wtorek, 19 lutego 2019

Hunter III Curse Rozdział XXXIII: "Najwyższa Więź" i inne życiowe przeboje

Tower zniknęła i po chwili stała tuż przed Forest'em.
-Twoja córeczka jest pyszniutka- rzuciła z dziwnym uśmiechem.
Max Forest w mgnieniu oka wyciągnął broń i odbezpieczając wymierzył jej w twarz.
-Tylko spróbuj tknąć moje dziecko- warknął z gniewem.
-Nie martw się; nie będzie wyglądać, jak twoja matka; gdy z nią skończyłam.. O, psiu!- Zachichotała paskudnie.- Byłeś zbyt mały, by to pamiętać..
Forest zbladł i strzelił do niej. Osłoniłem go, a ostrze laurysa odbiło cios Krwawego Oręża. Kopniakiem odrzuciłem wampira i zwarłem miecz z kolejnym.
Pistolet Forest'a zaczął grać, pogrążony w walce widziałem tylko wylatujące łuski po kulach i stal broni atakujących pijaw.

Wpadliśmy za szeroką kolumnę, a Forest oparł się o moje plecy zmieniając magazynki.
-Masz jeszcze jakiś super plan?- Zasyczał ostro.
Wyjrzałem zza kolumny ogarniając pokój szybkim spojrzeniem.
-Jeden, dawaj klamkę- posłałem miecz w wampira. Przejąłem pistolet i mierząc w zaczepy wiszącego przed Tower baldachimu oddawałem strzał za strzałem.
-Juuuhuuu!- Rzuciłem tryumfalnie, widząc kotłujące się pod płachtą pijawy.

-Oddaj dziecko, Tower- warknąłem zimno. Odstrzeliłem jednego z nich.
-Beatrice, kochanie- rzuciła pieszczotliwie.
Dziewczynka, która podeszła do Tower miała około sześć lat.
Była niziutką, drobną blondyneczką o ciemnozielonych oczach ojca, lecz nie była zbytnio doń podobna. Tower oparła delikatnie dłoń na ramieniu małej.
-Zabieraj od niej te brudne łapy!- Warknąłem wrogo. Oddając Forest'owi klamkę, zaatakowałem ją laurysem.
Jej szpada odbiła cios , choć moje ostrze drasnęło ja w twarz. rozpoczął się pojedynek.
-Odpuść sobie; Kielich!- Syknęła odbijając moje ataki.
-Oddaj małą!- Odepchnąłem jej broń i uskoczyłem. Zza rozciętego rękawa płynęła krew.
-Beatrice sama chce tutaj zostać, Kielich- oznajmiła wytrącając mi z dłoni podwójne ostrze, które furknęło w górę i wbiło się w belkę stropu.
Zaczęła atakować. Robiąc uniki kompletnie zapomniałem o ukrytych w butach sztyletach. Schowałem się za rzeczoną kolumną.
-Rzymska- oceniłem tonem znawcy i okręcając się zapisałem Arystokratce kolejnego kopa, pobiegłem w stronę zaklinowanego w belce laurysa i wybijając się zacisnąłem dłoń na drzewcu i wyszarpnąłem broń.
-"Śmierć to ostatnie wrota"- odczytała inskrypcję na ostrzu.- Dziś przez nie przejdziesz tak samo, jak rodzice..
-To ty ich...- poczułem ból i gniew, zaciskając mocniej palce na drzewcu. Nie utrzymałem gardy, adilny kopniak posłał mnie wraz z bronią po śliskich płytach podłogi. Laurys wymknął się z moich palców i pojechał w stronę Forest'a, po czym...
-Niemożliwe!.- Wyszeptała miodowowłosa, gdy ostrze wróciło do mojej ręki. Chwytając je z trudem podniosłem się na nogi. Max znalazł się obok i podtrzymał mnie w pionie.
-Kto ci pozwolił tknąć moją rodzinę, brudny wampirze??!!- Gniew wziął górę nad zmęczeniem i słabością. Rzuciłem się do dalszej walki, rzucając do Max'a:
-Zajmij się Trixie- powiedziałem policjantowi, walcząc z Katherine. Broń zwierając się zaczęła sypać snopy iskier.

Szczęk broni. Hałas bitwy.
-Jesteś kompletnie szajbnięty; Donovann! We dwóch na tylu przeciwników?! Ciebie do reszty pojebało!- Krzyknął w moją stronę okładając wampira.
Umknąłem Tower i jednym cięciem sprzątnąłem trzech za nim.
-Później mnie przymkniesz!- OdlOdpar waląc pijawę z łokcia. Z innego zrobiłem sobie tarczę przed atakiem Tower.
-Trixie wsiąkła!
Forest zaklął w odpowiedzi i jeszcze bardziej desperacko walczył z wampirami.
-Dzieci są takie słodkie- zagadnęła Tower, a stojące między nami pijawy cofnęły się na boki.
Bitwa zamarła. Max dołączył do mnie, jakby bał się spuścić mnie z oczu.
-Mówię ostatni raz: pusc ją; Czystokrwista Suko!- Warknąłem groźnie, ruchem dłoni z bronią likwidując następną wampirzycę.
-Trixie, pójdziesz z nimi?- Zwróciła się do blondyneczki.
Dziewczynka patrzyła na ojca obojętnie, zupełnie jakby w ogóle go nie znała.
-Ty...!- Warknąłem oburzony poruszając się.
-Dzieci są naprawdę słodkie, Jack- powiedziała niemal szeptem, obejmując Beatrice.
-Łamiesz prawo!- Zacisnąłem zęby i wykonałem kolejny krok.
-Jeszcze jeden ruch i ją zabiję...- Widząc na szyi dziecka ślady kłów poczułem obrzydzenie tak wielkie, ze aż w głowie mi się zakręciło. Zastanowiłem się chwilę.
-Chcesz mnie, a nie jej. Możemy się dogadać- zasugerowałem z namysłem.

Jeśli mała ma być bezpieczna... 

-Tak sądzisz?- Zapytała, udając zaciekawienie, a jej oczy błysnęły szkarłatem.
-Niby po co byś mnie tu ściągała, skoro nie miałabyś w tym żadnego interesu?- Zapytałem rozsądnie.
-Niby jaki miałabym z ciebie pożytek; Kielich?- Zapytała, a gdy znalazła się tuż przede mną, uniosłem miecz na wysokość jej gardła.
-Ze mnie żywego żaden, ale gdybym był martwy to zmieniłoby postać rzeczy. Wielu rzeczy- oznajmiłem uśmiechając się niewinnie.
-Dlaczego zostawiłeś wszystko po staremu w Rządzie? Z reguły każdy przewodniczący wybiera sobie nowych ludzi- zauważyła podejrzliwie.
-Bo tak mi się podobało- wzruszyłem ramionami i bez ostrzeżenia zamachnąłem się ostrzem.
Biała peleryna załopotała mi tuż przed oczami. Zrobiłem unik i znów ciąłem. Tym razem ubranie na jej piersi zabarwiło się czerwienią. Wtedy usłyszałem rozdzierający krzyk z ust Trixie. Kopnąłem Tower, a gdy padła na kolana chwyciłem ją za włosy, opierając jej klingę na gardle.
-Puść małą, inaczej skrócę twoją panią o głowę- zagroziłem wpatrzony w wampira. Przyciągnąłem mocno wyrywającą się Tower.
-Jeśli mnie tkniesz, każdy z nich ma rozkaz ją zabić- oznajmiła leniwie Arystokratka.
-Ile ci zabrało "zaklęcie wpływu"? Pewnie dużo sił; skoro Trixie pochodzi z Rodowych- zauważyłem z bronią.- Nie miałabyś na to wszystko czasu. Klan liczy pół tysiąca krwiopijców.
-Wiesz, jak twoja matka skomlała o życie?- Uśmiechnęła się a oczy błysnęły radośnie.- Próbując uciec czołgała się korytarzem, jak mały robak.. Wyglądało to całkiem zabawnie- Zachichotała paskudnie; a moja lewa ręka, jakby bez udziału mojej woli, wyciągnęła z buta nóż i z impetem wpakowała go w jej plecy o wlos mijając serce. Wrzasnęła z bólu, a z jej ust wypłynęło trochę krwi.
-Coś ci powiem: jesteś obrzydliwą pijawą i morderczynią- szepnąłem jej do ucha dociskając broń do jej gardła- nazwałbym cię zwierzęciem, ale ubliżyłbym im; bo w przeciwieństwie do ciebie, one zabijają wyłącznie dla jedzenia- drugie sztylet okręcił się w moich palcach i wbił się w jej ciało, klanowi odsłonili kły warcząc wrogo, a Max przyglądał mi się z dziwnym zainteresowaniem.
-Nie chcesz wiedzieć, jak uciekał twój ojczym tchórz..?- Zaczęła chcąc mnie wyprowadzić z równowagi.
-Ostatnie słowa?- Przycisnąłem butem jej pelerynę i cofnąłem dłoń z laurysem do ciosu.
-Nic nie wiesz o broni, którą trzymasz; Śmiertelniku- wraz z dziewczęcym głosem wszystko zastygło w bezruchu, jakby czas stanas w miejscu.
Usłyszałem stukot podkutych butów, a ze ściany naprzeciw mnie wyszła czerwonowłosa dziewczyna w moim wieku, odziana w onyksowy mundur z niebieskim sznurem na piersi i pagonami. Jej stopy obute w wysokie oficerki stukały z każdym krokiem w moją stronę.
W pomieszczeniu zupełnie nagle zrobiło się lodowato zimno. Przy każdym oddechu z moich ust wydobywał się obłoczek pary.
-Ale mi się trafił przystojniak- jej dłoń dotykająca mojej twarzy była zimna, jak u trupa, a czekoladowe tęczówki były pozbawione wszelkich uczuć, prócz jednego. Obojętności.
-K-K-Kim-m je-jes-sttteś?- Zapytałem szczękając zębami z zimna.
-Aniołem Śmierci, to jedyne co musisz o mnie wiedzieć- odpowiedziała spokojnie, a ja czułem; jakbym pod jej dotykiem bardzo powoli zamarzał.
-Przyszłaś po mnie..?- Starałem się nie okazywać ogarniającego mnie strachu.
-Nie. Po nią- ruchem głowy wskazała Trixie.
Dłoń się cofnęła, a ona ruszyła ku małej... Czas spowrotem ruszył.
Moja dłoń wzięła zamach, ale zanim zadała cios zachwiało mną, gdy Tower mnie odepchnęła.

Rozdzierający krzyk dziecka.
Strzały..
Ja niefortunnie upadający na ostrze laurysa...
Ciemność.