piątek, 20 kwietnia 2018

Hunter III Curse Rozdział XXIII Dawca..

Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów... 
Pod wpływem ciosu w pysk zamrugałem budząc się z letargu. Odruchowo podniosłem rękę, żeby mu oddać; ale kiedy nań spojrzałem opuściłem ją.
-Ona cię teraz potrzebuje, więc nie odpływaj...- powiedział podając Cally coś przeciwbólowego. Położył ją delikatnie, ale stanowczo.
-Powinnaś teraz odpoczywać- nakazał z troską.
-Dosyć już leżałam.. Muszę wrócić po tego chłopaka..- zaczęła protestować.
-Marius, o czym ona mówi?- Zwróciłem się doń zaniepokojony.
-Kiedy tam byłam... On.. Pomagał mi.. Muszę go ocalić..- Zaczęła cicho.
-Kto? Kim on jest?- Zapytałem z naciskiem.
-Ma na imię Hideyoshi i... To kitsune..- Widząc moją minę, chciała mnie przekonać.- On jest dobrym lisem.. Jego też tam zamknęli.. Pomagał mi..- mówiła chaotycznie.- Ja.. Obiecałam, że go stamtąd wyciągnę..
-Kitsune? Ty chyba zwa...- urwałem nagle, widząc przed oczami obraz chłopca o zielonożółtych oczach zmieniającego się w śnieżnobiałego lisa z dwoma ogonami...
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
-Rozumiem- powiedział zupełnie innnym tonem, przysiadając na skraju łóżka, wziął mnie za rękę i ucałował lekko palce.
-Naprawdę??- Zdumiałam się splatając z nim dłoń, chciałam się podnieść, ale popchnął mnie lekko, prosząc żebym leżała.
-Ten chłopiec.. Ma żółtozielone oczy?- Zapytał dziwnie zamyślonym tonem.
-Skąd wiesz??- Zdumiona i zaniepokojona równocześnie musnęłam dłonią jego policzek. Marius wyszedł po coś, zostawiając nas samych.
-To może głupio zabrzmi, ale...- Michael był bardzo blady. Wziął głęboki oddech, żeby opanować drżenie głosu.- Widziałem go.. W wizji.. On, w pewnym sensie, powiedział mi, gdzie jesteś..- Wyznał cicho.- Poza tym..
-No, mów...- Wtrąciłam cicho.
-Tori, powiedziała; że w mieście jest koszmar. Krzyżanowski też był opętany przez akuma.
-Akuma?- Patrzyłam nań nie rozumiejąc.
-Tak się nazywają te rybo-ślimaki. Znalazłem kilka przydatnych informacji- odparł krótko.- Zajmę się wszystkim, ty wypoczywaj..- dodał całując mnie subtelnie.
-Jesteś bardzo blady- odpowiedziałam zmartwiona, zaglądając mu głęboko w oczy.
-To nic wielkiego, poradzę sobie- uśmiechnął się do mnie.
-Oddajesz mi za dużo- powiedziałam smutno, starając się ukryć złość na niego.
-Podjąłem tę decyzję z własnej woli- odparł cierpliwie.- Marius nic przede mną nie zataił. Wiem, że to niebezpieczne, znam tego konsekwencje...- usłyszałam, że jego serce przyspieszyło, na jego twarzy pojawił się lekki rumieniec, a zielone oczy stały się błyszczące. Jego dłoń była gorąca. Z trudem panował nad przechodzącymi go dreszczami.
Marius wrócił. Widząc zmianę w stanie Michaela wyciągnął z kieszeni saszetkę i wsypał proszek do parującego kubka.
-Wypij to- Wcisnął w palce zielonookiego naczynie.
Michael z wahaniem zaczął pić napój.

Oparł się o ścianę i odstawił kubek przymykając na moment oczy. Oddychał powoli i głęboko, a dreszcze zaczęły się uspokajać. Jego policzki nabierały normalnego koloru.
-Spodziewałeś się tego- zwrócił się do blondyna, nadal nie otwierając oczu.
-Tak, kiedy zbladłeś jak dziewczyna, którą kiedyś poznałem. Ma na imię Kostucha- odparł z ironią, a Michael nie otwierając oczu wybuchnął śmiechem.
-Taa, trudna z niej laska... Jak już kochać, to na zabój.. Zresztą, co ja o tym wiem? Przecież to ciebie rzuciła- zażartował dziwnie.
-Rzuciła; hmmm... To dobre określenie- przyznał z westchnieniem Marius.
-Przestańcie tak głupio sobie żartować- burknęłam zła.
-Spokojnie, Moje Kochanie- powiedział cicho, głaszcząc mnie po włosach.- Nie możesz się denerwować..- uniósł powieki i spojrzał na mnie ciepło.
-Jak mam się nie denerwować, gdy żartujecie sobie z takich rzeczy?- Zapytałam patrząc nań oburzona.
-Przepraszam, Szafirku- odparł cicho Wadera.
-Bardzo się zmieniłeś; Marius- odezwałam się trochę niepewnie.- Kiedyś byłeś..
-Podłym, zakochanym w sobie dupkiem?- Rzucił unosząc brew.
Skinęłam głową ponuro. Podniósł palcami moją głowę i spojrzał mi w twarz.
-To nie ja się zmieniłem, to ty wydoroślałaś; bachorku- powiedział odrobinę złośliwie.- Wypiękniałaś, nabrałaś kształtów tu i tam.. W porównaniu do tamtego rozwrzeszczanego kurdupla z dawnych lat, jesteś dobrą osobą...- zatonęłam w jego objęciu.
-Wcale nie jestem- szepnęłam z poczuciem winy.- Ciągle mnie przepraszasz, a to ja powinnam to zrobić.. Przepraszam, za to, co powiedziałam, że cię zraniłam..
-Nie powinnaś robić takich głupstw- zauważył odsuwając mnie na wyciągnięcie ręki.
-Co..?- Zdziwiłam się.
-Nie przeprasza się za to, że się coś czuje; Callisto Anabelle- odpowiedział spokojnie, ocierając jej łzy z oczu.- Prześpijcie się, to wam dobrze zrobi- Wstał i ruszył do drzwi.
-A ty?
Przeciągnął się i machając na pożegnanie zniknął za drzwiami, nie odpowiadając na moje pytanie.

Powoli zasypiałam z głową na piersi Michaela. Zamykały mi się oczy, a usta raz po raz rozwierało głośne ziewnięcie.
Jednak, gdy usłyszałam w pobliżu cichy kobiecy głos coś poderwało mnie z ramion Michaela.
-Daj spokój, Claude.. Sam wiesz, że nie potrafisz kontrolować tak olbrzymiej Mocy- mówiła starając się go przekonać.
-Tylko po to przyszłaś; Veronique?- Zapytał beznamiętnie.
-Ludzka krew może ci pomóc...- zaczęła z prośbą.
Podniosłam się lekko i nasłuchiwałam.
-Nigdy nie tknę ludzkiej krwii!- Odwarknął z nienawiścią.
-Jesteś wampirem. Jednym z nas. Ta walka jest bezcelowa, Claude. W końcu wpadniesz w amok i zaczniesz...
Ręka z pierścieniem z lazurytową wilczycą wystrzeliła do przodu łapiąc ją za gardło.
-Zapominasz, że nadal trzymam "Lady Mary"- odparł lodowato.
Zakryłam usta z trudem powstrzymując jęk.
-Jesteś szalony...- z jej ust wyszedł zdumiony szept.- Jeśli to zrobisz..
-Zrobię- Marius puścił pijawę, która cofnęła się o krok patrząc nań; jak na kompletnego szaleńca.
-Jesteś... Jesteś okrutny..- powiedziała sparaliżowana przerażeniem.
-I to mówi osoba, która własnoręcznie mordowała dzieci- odparł pogardliwie.- Swoją drogą, pamiętasz; jak próbowałaś mnie ułożyć, jak psa? Każdego dnia patrząc w lustro nie mogę przestać cię nienawidzić; obłudna suko.
-Z dwojga złego, powinieneś się cieszyć; że cię Wybrałam. Skończyłbyś gorzej, gdybyś trafił pod opiekę innego Klanu- odparła chłodno.
-Gorzej? Nie rozśmieszaj mnie!- Warknął.- Żałujesz, że nie zrobiłaś ze mnie swojej posłusznej maskotki..? Coś ty sobie myślała, ha? Bardzo mnie ciekawi, z jakiego powodu tak desperacko próbowałaś mnie złamać.. Dlaczego, wolałaś mnie; niż inne Worki Krwi.?
Obserwowałam zza szyby ich rozmowę.
Kobieta otworzyła usta w głębokim zdumieniu, wpatrując się w czarnookiego blondyna zszokowana.
-Po tylu latach, nadal chcesz wiedzieć?- Zapytała, jakby nie przypuszczała, że to pytanie kiedyś padnie.
-Gdybym nie chciał, nie pytałbym o to. Zresztą, gdziekolwiek zniknę, zaraz pojawiasz się za mną, jakbyś miała na moim punkcie jakąś obsesję- zauważył obojętnie, patrząc na ruchliwą ulicę.
Veronique zacisnęła usta w wąską linię, taksując go dziwnie pożądliwym spojrzeniem. Pożerała go wzrokiem, jakby chciała mieć go na własność. Jej oczy zapłonęły szkarłatem.
-Ja... Kocham cię, Claude.
Blondyn bardzo powoli odwrócił wzrok od sunących drogą samochodów i zmierzył ją spojrzeniem. Długą chwilę, w ciszy ją obserwował. Widząc w jej oczach szczerość oparł się o drzwi i osuwając się po nich na pierwszy stopień schodów, zaczął zwijać się ze śmiechu; jakby powiedziała najśmieszniejszy dowcip pod słońcem.
-Ty? Kogoś kochasz??- Zapytał nadal dusząc się ze śmiechu.
-Wybrałam cię, bo cię pokochałam- odparła nadal poważnie.
Ona naprawdę mówiła serio, ale Marius znów zaczął się śmiać.
-Nie rób z siebie pośmiewiska.. Jesteś żałosna, Veronique- nawet jego śmiejący się głos ociekał jadem.- Takie bestie, jak ty nie wiedzą, co to jest miłość...- powiedział patrząc na nią twardo.- Muszę ci przyznać, że masz zajebiste poczucie humoru.- Podniósł się i pchnął drzwi.- Jeśli jeszcze raz tu przyjdziesz; zabiję cię, przysięgam- usłyszałam jego kroki, w korytarzu znów zabrzmiał jego drwiący śmiech.

Jeśli "Lady Mary" jest tym, o czym myślę...
Wyskoczyłam z łóżka i otwierając drzwi wyszłam z pokoju. Stanęłam tuż za drzwiami połączonego z kuchnią salonu i obserwowałam blondyna. Stał oparty o ścianę przy oknie patrząc w zamyśleniu na trzymaną w dłoni ozdobną kryształową buteleczkę z pięciokątnym dnem i korkiem w kształcie czaszki, wypełnioną ciemnoniebieskim płynem.
To była właśnie ta "Lady Mary". Był to niezwykle rzadki i trudny do zdobycia, specjalny rodzaj narkotyku, który mógł prawie bezboleśnie zabić wampira.
Zrobiło mi się słabo, szybko zacisnęłam dłoń na krawędzi stolika i zmusiłam się, by dalej obserwować Mariusa.
-Miłość, ta?- Mruknął beznamiętnie, ukrywając przedmiot za pazuchą. O kostki otarł mi się kot, miałcząc wbił we mnie dziwnie pytające ślepia, jakby mówił: chyba oboje strasznie się o niego martwimy, co(?).
Poczułam ramiona oplatające moje żebra. Dłonie splotły się na moim brzuchu, a moje ciało przeszedł przyjemny dreszcz.
-Powinnaś odpoczywać, Kochanie Moje- szepnął troskliwie, przesuwając wargami po pieczęci na mojej szyi. Ostrożnie wziął mnie na ręce i zaniósł do pokoju.
***
Chyba jeszcze się zdrzemnęłam, bo kiedy otworzyłam oczy siedział przy mnie Marius.
-Jesteś głodna?- I nie czekając na odpowiedź postawił mi na kolanach tacę pełną jedzenia.
-Z kim rozmawiałeś w nocy?- Zapytałam wprost.
Czarnooki znieruchomiał z kolejnym opakowaniem krwii w dłoni.
-Z nikim- odparł niezbyt przekonującym tonem, wracając do podpinania mi drugiego jedzenia.
-Widziałam, co masz przy sobie.. To nie jest dobre rozwiązanie, Marius...- zaczęłam z troską.
-Dosyć- przerwał mi chłodno, unikając moich oczu.- To nie twoja sprawa, więc odpuść..
-Nie mogę. Jesteś moim najlepszym przyjacielem- odparłam ostro.
-Musisz.. Jeśli znów będę przy tobie; zginiesz..- powiedział przez zaciśnięte zęby.- Oboje przeze mnie zginiecie, zrozum to w końcu! Wszyscy wokół mnie..- wreszcie spojrzał mi w twarz, a z jego oczu wyjrzało ogromne poczucie winy i cierpienie.
-Nie rób tego.. Marius, proszę.. Błagam, żyj...- wzięłam jego twarz w dłonie i zajrzałam głęboko w jego czarne tęczówki.- Potrzebuję cię..- szepnęłam rozpaczliwie.
-Nie. To jego potrzebujesz- przerwał mi znów chłodno.- Tylko jego kochasz..
-Ciebie też kocham...- Powiedziałam płaczliwie, przyciskając się do niego.- Żyj... Proszę...- Bez wahania zaczęłam go całować.
Odsunął mnie mocno.
-Nie mam powodu, żeby żyć- oznajmił cicho.
-A ja? Czy nie jestem wystarczająco dobrym powodem; Marius?- Zapytałam ze łzami w oczach.
-Ty.. Ty...- spuścił głowę, bym nie widziała jego wyrazu twarzy.- Wystarczająco długo.. Żyłem tylko po to, żeby zobaczyć, czy jesteś szczęśliwa. Tylko tego chciałem..
-Więc to utrzymaj.. Jeśli nie chcesz żyć dla siebie, zrób to dla mnie..- Nie chciałam go stracić drugi raz. To bolało..
-Szafirku... Ja...- Zerwał się z łóżka.- Nie mogę. Nie chcę tak żyć. Wybacz..- Z jego palców wysunęła się szklana buteleczka.. Ku mnie potoczył się korek-czaszka.
Dopadłam do niego zrzucając tacę.
-Coś ty zrobił.? Coś ty, do diabła, zrobił..?- Wyszeptałam przerażona.
Michael wszedł do sypialni. Woreczki z krwią wypadły mu z rąk, a on przyklęknął szybko przy nim.
Nie zawahał się ani chwili. Wyciągnął miecz i opierając rękę na ostrzu rozciął bliznę. Wyssał trochę krwi i pochylając się wtłoczył ją w rozchylone usta blondyna. Zacisnął mu szczękę, zmuszając Mariusa do wypicia tej krwi.
-Nie pozwolę ci jej skrzywdzić.. Ona już dosyć wycierpiała- zwrócił się do szarpiącego się blondyna ostrym tonem.- Żyj, oczadziały krwią kretynie..!- Warknął blokując nogami jego ręce.
-Za późno, Płomień- Marius uśmiechnął się drwiąco.. Krew wypłynęła kącikiem ust. Ostatnimi siłami zrzucił z siebie zielonookiego, drżąc.
Jego oczy błysnęły karmazynem, wyciągnął do mnie rękę i...
Strużka krwi wsiąkła w jego blade, prawie sine usta, barwiąc je lekkim różem, twarz odzyskała porcelanową barwę, a w szeroko otwartych oczach odbił się gniew. Zerwał się z podłogi i chwytając zielonookiego za gardło przycisnął go do ściany
-Myślałem, że wyraziłem się dość jasno- powiedział zimno, zaciskając mocniej dłoń.
-Marius, nie...- Zaczęłam z bólem.
Na twarzy Michaela zamajaczył lekki uśmiech.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Niko.. mu nie poz..wolę jej skrzy...wdzić. Nawet tobie..- wydyszałem z trudem, patrząc przez łzy bólu w karmazynowe tęczówki. Płuca paliły, zaczynało brakować mi tchu. Ciemniało mi przed oczami i robiło mi się słabo.
Dłoń z obrączką, z lazurytową Wilczycą drgnęła, palce rozluźniły się, a ja wylądowałem na podłodze, kaszląc i krztusząc się powietrzem.
-Przysiągłeś, że tego nie zrobisz..- obejmując się ramionami, osunął się na kolana, a z jego ust wyrwał się jęk bólu.
-Nie mogłem dotrzymać tej obietnicy, bo, gdybym to zrobił nie mógłbym spojrzeć Callisto w oczy- odparłem cicho, podsuwając mu ranną rękę. Odtrącił ją mocno w odmownym geście. Powstrzymywał się, choć w jego oczach widać było palące pragnienie. Mimo, że wampirzy głód rozrywał go od środka, nadal brzydziła go myśl o wypiciu ludzkiej krwii. Obawiał się tego, że stanie się taki sam, jak ci, do których żywił ogromną nienawiść
Doszedłem do niego na kolanach i oparłem mu ręce na ramionach.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Nie jesteś jedną z tych bestii- powiedział poważnie patrząc  w te oczy.
Skierował do niego te same słowa, co kiedyś do mnie
Blondyn bardzo wolno podniósł głowę i spojrzał mu w oczy ze strachem.
-To grzech- wyszeptał z przekonaniem.
-Przestań chrzanić- odparł zielonooki z iskrzącymi oczami.- Jestem... Ja..- Michael nie bardzo wiedział, jak to ująć.- Karmię Callisto swoją krwią.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Marius spojrzał przez ramię na Callisto, potem na mnie. W jego, zwykle pozbawionych uczuć, czarnych oczach pojawił się paniczny strach.
-Nie.. Nie mówisz poważnie..- zaczął ochrypłym półgłosem, patrząc na mnie oszołomiony tą informacją.
Wstał i chwiejnie odsunął się od nas o krok. Nie wierzył mi.
Wstając przygarnąłem ramieniem turkusowooką, która przytuliła się do mnie drżąc lekko.
-Jesteś człowiekiem.. Łowcą..- zaczął gapiąc się na mnie sparaliżowany zdumieniem.
Poczułem jej kły zatapiające się w mojej szyi..
-To jest, jak nałóg, Marius..- przymknąłem na chwilę oczy...
Claude Marius Wolf, herbu Wadera, ex-łowca. 
Obserwowałem to z rosnącym przerażeniem. Ignorując płomień w żyłach zmusiłem się by patrzeć na tę straszną scenę.
Callisto. Piła ludzką krew. Wprost z jego żył.. A on...
On czerpał z tego przyjemność!
 Nie mieściło mi się to w głowie. Z całych sił usiłowałem pojąć to, co  widziałem; ale nie potrafiłem..
-Weź jeszcze..- szepnął do niej z prośbą.
-Nie mogę więcej.. Istnieje granica, której nie mogę przekroczyć- odszepnęła z przywiązaniem, odsuwając usta, zza których majaczyły wydłużone kły.- Której nie chcę przekraczać- uściśliła z uczuciem.
Cofnąłem się o kolejne dwa kroki. Moje plecy napotkały ścianę. W głowie miałem totalny chaos. 
Nie umiałem uwierzyć, w to, co było w zasięgu mojego wzroku. Chciałem zrozumieć, jak.. Z jakiego powodu on: nie tylko łowca, ale i człowiek- z bijącym w piersi sercem- z własnej, nieprzymuszonej woli karmi swoją krwią wampira..
Jak w ogóle może robić coś tak.. Tak okropnego. Obrzydliwego..
Nie przyjmowałem tego do wiadomości. Nie wiedziałem, co mam o tym myśleć..
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów... 
Dostrzegłem, że Wadera bije się z myślami. W jego oczach była cała gama uczuć od obrzydzenia zaczynając, a na niedowierzaniu kończąc.
-Jak możesz robić coś tak ohydnego...? Ty... Człowiek i łowca wampirów..- powiedział łamiącym się głosem wpatrując się we mnie uważnie.- Dlaczego? Jaki jest w tym cel..?
-Naprawdę nie możesz, czy nie chcesz tego zrozumieć?- Zapytałem retorycznie. Jego wyraz twarzy pozostał bez najmniejszej zmiany- nadal widziałem w nim zagubienie, strach i brak zrozumienia tej sytuacji, jakby uważał mnie za szaleńca.
-To po prostu..- chciał znaleźć mniej okrutny opis tego, co czuł.- Obrzydliwe... Ohydne...
Wiedziałem. Spodziewałem się, że to powie. Miałem świadomość tego, że starał się znaleźć mniej raniące Ją słowa..
-Jak możesz tego chcieć..? Jak możesz czerpać przyjemność z czegoś takiego..?- Zapytał szeptem, starając się uspokoić. Wyciszyć. Patrząc mi w oczy błagalnie, czekał na jakieś sensowne wyjaśnienie.
Claude Marius Wolf, herbu Wadera, ex-łowca.
-Kocham ją- odpowiedział spokojnie.
-To nie jest żadne wytłumaczenie- przerwałem mu.
-Zamknij się i słuchaj, ty zamroczony krwią kretynie- odparł cicho, z naciskiem. Nie pozwolił Callisto wymknąć się z jego ramion, tuląc jej policzek do swojego ciepłego, pulsującego i tłoczącego krew serca, umiejscowionego w jego piersi.- Musisz zrozumieć jedną, prostą rzecz. Kocham obie jej strony: łowcę i wampira, którym jest- obsypał pocałunkami jej policzek.- Sam w głębi serca wiesz, że nie jesteś taki, jak Oni.. Byłeś człowiekiem. Łowcą wampirów. Masz szacunek do ludzkiego życia- powiedział mi prosto w twarz.- Możesz tego nie akceptować, wiem: masz własne zdanie, ale dla mnie... To, że ją karmię jest... Definicją mojej miłości do niej- dodał.
-Wampiry to mordercy- zasyczałem pogardliwie.
Nadal pozostawała we mnie jakaś niechęć i upór.
-To prawda- zdziwiło mnie, że tak łatwo przyznał mi rację, nawet więcej: zbiło mnie to z tropu.- Sam powiedziałeś, że to oni urządzili ci piekło na ziemi. Kogo za to winisz? Siebie? Kogoś, kto podzielił ten sam los? Kogo winisz?- Zapytał z naciskiem.
Patrzyłem na niego, próbując jakoś zebrać myśli. Odnaleźć sens tego, co chciał mi uświadomić. Zamilkłem, pogrążając się w myślach i odpychając tamte straszne i bolesne wspomnienia.

Rządowi... 
Klasztorni.. 
Ta Czystokrwista suka... 

Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Oczy blondyna zabarwiły się głębokim szkarłatem, a jego anielskie rysy przybrały wyraz nieposkromionej nienawiści. Ręce opuszczone do boków zacisnęły się w pięści.
Znałam ten stan i zwałam go krótko. Furia.
-Idziemy... Idę zapolować- poprawił się twardym tonem, wychodząc z pokoju.

Kilka godzin później...
Michael włączył telewizor.
-Dobry wieczór, nadajemy specjalne wydanie wiadomości- Michael tłumaczył.- Z ostatniej chwili: na wschodzie Barcelony godzinę temu doszło do trzeciego masowego morderstwa. Trzeciego w tym samym dniu. Na miejscu zabójstwa jest nasz specjalny korespondent. Słyszymy się, Vincent?
-Dobry wieczór. Świetnie, jak zawsze- potwierdził.- Z dotychczas ustalonych faktów wynika, że dom; który widzą państwo za mną był własnością rodu Cortez, jego przedstawicielka była wpływową prawniczką. Z policyjnych ustaleń wynika, że sprawcą był prawdopodobnie mężczyzna w wieku lat około siedemnastu. Policjanci są pewni, że te trzy sprawy są ze sobą ściśle związane; jednak nie ustalono jeszcze motywu sprawcy.
-Cortez... Następni będą Dark.- odezwałam się wolno.
-Skąd wiesz, że to na pewno on?- Zapytał zaskoczony.
-Marius zabija alfabetycznie, przyniesiesz popcorn?- Zapytała z nadzieją.
-Sam chętnie popatrzę na ten wyścig..- stwierdził.- Musisz zjeść coś treściwego- zganił mnie, wychodząc.
Wrócił kwadrans później z piramidą kanapek na talerzu.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów... 
-Na wszystkich kanałach są wiadomości. Marius rozrabia na całego- odezwała się turkusowooka. 


Hunter III Curse Rozdział XXIII Dawca..

Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
-Chce ci się pić..- zaczął z prośbą.
-Nie..- odmówiłam przerażona.
-Wiesz, że ten kij ma dwa końce- powiedział cicho.
-To tak, jakbyś mówił, że nie możesz bez tego żyć..- zauważyłam wbijając oczy w płytki na podłodze. Byłam niezadowolona z takiego obrotu spraw. Bałam się, że kiedyś zatracę się do tego stopnia, że go zabiję. Zawsze istniało to niebezpieczeństwo. Strach, że przekroczę tę niepisaną granicę...
-Bo nie mogę- potwierdził, bojąc się, jak to odbiorę.- Bez tego jestem niekompletny- położył moją dłoń na swojej piersi, zadrżałam czując lekkie i miarowe bicie jego serca, ale...
Miałam świadomość tego, że nie potrafię oprzeć się mojemu nałogowi. Sam zapach tej krwi potęgował u mnie kolejny atak.
Zachwiałam się... Mimo, że byłam wykończona, a pragnienie krwi rozrywało mnie od środka, nadal wolałam się powstrzymywać.
-Nie boję się...- szepnął kojąco tuląc mnie mocno.
-Ale ja..- szepnęłam ochryple.
Bez słowa ogarnął mnie ramieniem.- Musimy powiedzieć Angello, że Torres nie żyje- przypomniałam sobie nagle.
-Nie martw się pracą, to może poczekać..- powiedział cicho, dając mi całusa.- Moje Kochanie..
Ustąpiłam, pozwalając mu na pierwszy krok.

Oderwałam usta od jego szyi i wbiłam oczy w drzwi.
-Nie zatonęliście sobie w oczach?- Rzucił zza drzwi z ironią Marius.
-Już idziemy- odparłam, asekurowana przez Michaela otworzyłam drzwi łazienki.
-Zapomniałem o klapkach- rzucił z ironią.
-Dzięki- odparłam.
Dziwnie było zobaczyć go żywego po tylu latach. Nadal onieśmielał mnie widok jego przystojnej anielskiej twarzy i umięśnionej, wysportowanej figury.
Poszliśmy za nim do jadalni. Na widok stołu pełnego żarcia opadła mi szczęka.
-Łał...- wymruczał Michael zaskoczony.
-Smacznego- Marius odsunął mi krzesło.
-Dlaczego nie kontaktowałeś się ze mną, skoro żyjesz?- Zapytałam niepewnie.
-Miałem kilka starych spraw do załatwienia- odparł wolno.
-Zbywasz mnie- wiedziałam, że ta rozmowa jest trudna dla nas obojga.
-Nie zbywam. Po prostu...- zastanowił się przez krótką chwilę.- Musiałem przyczaić się na jakiś czas.. Bywałem tu i tam, wiesz; jak jest- skwitował.- Poza tym... Kiedy dowiedziałem się o "tamtej nocy" i o późniejszym rozejmie.. Byłem z tego powodu taki.. Taki...
-Wściekły?- Podsunął Michael.
-Wściekły to mało powiedziane..- Marius obracał w palcach zapalniczkę.- Na kilka miesięcy przestałem się kontrolować. Każdego Rządowego pozbywałem się, jak śmiecia, aż w końcu znalazły mnie te Senackie szmatławce.. Zagrozili, że jeśli się nie uspokoję, rozwalą mi łeb- parsknął ironicznie.- Wywinąłem się i poszedłem spowrotem w tango. Pewnie, jak większość łowczych, szukałem jakichś śladów Linka i tak dowiedziałem się, że Cristopher przeżył.. Zaczęliśmy szukać Linka we dwóch. Rozbijaliśmy się po różnych zabitych dechami dziurach.. Wierz mi, naprawdę nie chcesz wiedzieć; co tam wyprawiałem..- powiedział, jakby się tego wstydził.
-To tamtego dnia stałeś się..- zaczęłam cicho.
-Tak... Właściwie nie wiem, dlaczego nie odrzuciłem krwi.. Nie wiem, z jakiego powodu..- zacisnął zęby z ponurą miną.
Nic się nie zmienił. Nadal w tym rogatym sercu pozostały żal, cierpienie i poczucie winy- ciągle obwiniał się o szerzące się wokół niego okrucieństwo i śmierć. Czuł się bezsilny, że nie potrafił nikogo przed tym  ochronić. W końcu i jego ogarnął syf podziemnego świata łowców.
Odłożyłam widelec i ścisnęłam jego dłoń.
-To nie jest twoja wina; Marius- powiedziałam z naciskiem.
-Właśnie, że jest. Wszystkim wokół mnie.. Wszyscy wokół mnie giną- zaczął przez zaciśnięte zęby- To ciągle wraca, Szafirku.. Stale od początku ten sam koszmar..- mówił z rozpaczą.- Sam już nie wiem, kim naprawdę jestem: człowiekiem, czy zwykłym potworem..
Michael trzasnął pięścią w blat, aż podskoczyłam. Spojrzałam nań z boku, zaskoczona dostrzegłam w jego oczach gniew.
-Ty cholerny kretynie..- zasyczał rozdrażnionym tonem zielonooki okularnik.- Jesteś kretynem do potęgi nieskończonej cierpliwości Anioła.. Wampiry takie, jak Link powinny zdychać, jak szczury.. Pokój między nami to jawna bzdura.
-Może, gdybyśmy przestali walczyć między sobą, to coś by..- nie zdążyłam powstrzymać Michaela, który przywalił blondynowi z pięści.
Wybuchła między nimi bójka. Zaczęli się tarzać po podłodze i okładać, kłócąc się zawzięcie.
Starałam się ich rozdzielić, ale obaj odepchnęli mnie i wrócili do mordobicia.
-Przestańcie! Każdy wasz cios boli też mnie..- opadłam na krzesło ze łzami w oczach.- Przestańcie..
Marius zamarł z ręką uniesioną do następnego ciosu, a Michael oddychając ciężko opuścił gardę. Obaj odeszli od siebie bez słowa.
-Przepraszam, chyba serio pieprzę głupoty- odezwał się Marius niechętnie.
-Ja też przegiąłem- przyznał ciemnowłosy okularnik, ocierając krew z rozciętej...
Nagle poczułam mocny chwyt na ramionach. Zaczęłam się wyrywać, szczerząc wystające kły. Marius podniósł mnie w powietrze.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Co jej jest?..- Zapytałem ostro.
-Dostała szału... Nie powinieneś jej karmić tak szybko- odparł wlokąc ją z dala ode mnie.
Zatkało mnie, gapiłem się nań zaskoczony. Na usta cisnęło mi się zaprzeczenie, a serce w mojej piersi tańczyło salsę.
-Nie broń się, i tak znam prawdę- oznajmił z niechęcią, starając się utrzymać Cally. W pewnej chwili wyswobodziła się.
Błyskawicznie przyciągnął ją i ogłuszył; mówiąc:
-Wybacz, Szafirku..- wziął na ręce upadającą dziewczynę i ułożył ją na sofie. Przesunął palcami po Róży na jej szyi, patrząc na nią smutno. Wstał i poszedł po transfuzyjną.

Krążyłem po salonie, rozmyślając. Byłem na siebie zły, bałem się o nią i cholernie się martwiłem.
Zastanawiałem się, ile tam głodowała; jak bardzo przez nich cierpiała...

Niech cię tylko dorwę, Zetsubō... Na własnej skórze poznasz znaczenie swojego imienia..

Patrzyłem na moją śpiącą piękność, głaszcząc ją po włosach. Z jej ust wyrwał się okropny krzyk bólu.. Marius znalazł się w salonie. Torebki z krwią wyleciały mu z rąk i pacnęły o podłogę, a on natychmiast zmaterializował się tuż przy niej. Trzęsła się, wrzeszcząc.
-Odsuń się..- nakazał przytrzymując ją, uniósł lekko jej powiekę i spojrzał uważnie.- W dolnej szafie są pasy, podaj mi je- zaordynował.
-Po co ci pasy??!!- Zapytałem ostro.
-Nie zadawaj bezsensownych pytań, tylko mi pomóż!- Odparł wystraszony nie na żarty, przytrzymując rzucającą się na sofie Callisto.
Szybko wyciągnąłem z szafki karton z jakimś napisem i przyniosłem go. Marius wyciągnął zza materaca karabińczyki.
-Zwiąż nogi w kostkach i nad kolanami- powiedział rzucając mi węższe pasy, sam zamontował dwa na rękach w wysokości ramion i nieco niżej łokci. Nadgarstki przywiązał do ud. Szybko założył jej na szyję kołnierz ortopedyczny i ułożył dziewczynę na płasko.
-Po co to robisz? Czemu?- Ządałem jakiegoś sensownego wyjaśnienia.
Marius grzebiąc w szafkach odparł:
-To drugi stopień szału. Nie sądziłem, że ją do tego doprowadzili..
-Oni jej to zrobili?!- Byłem rozwścieczony na maksa tą informacją.
-Długo głodowała i to są tego skutki- odpowiedział szukając czegoś. Chyba to znalazł, bo wrócił ku nam.
-T-To i-igła??- Zacząłem sparaliżowany strachem.
Wziął delikatnie jej dłoń i wkłuł się w żyłę. Zabezpieczył ją jakimś plastrem i podłączając rurkę sięgnął po opakowanie z krwią.
Zacisnął zęby i zaczął głębiej oddychać, starając się uspokoić drżenie... Z trudem podłączył krew, przymykając oczy. Na jego twarzy widać było grymas bólu.
-Co...
-Zaraz mi przejdzie..- syknął przez zęby, gdy otworzył oczy pojawił się w nich szkarłatny błysk. Porzucona poduszka wybuchła rozrzucając pierze na pół salonu.- Dziwne, jak te szumowiny trzymają taką samokontrolę...- mruknął do swoich myśli.
-Co masz na myśli?- Zdziwiłem się.
Patrzył na mnie przez pewien czas w zastanowieniu.
-Mam zbyt dużo Mocy, jak na przemienionego wampira. Czasem tego nie powstrzymuję i przedmioty.. Wybuchają albo fruwają w powietrzu .- wyjaśnił.- Pewnie brzmi to niegroźnie, ale...- nagle zwrócił się w stronę korytarza nasłuchując czegoś, bezszelestnie skierował się w tamtą stronę.
Instynktownie wysunąłem z rękawa rękojeść miecza, wyczekując najgorszego...

Usłyszałem głośny trzask i koci syk.
-Maze!- Jęknął z pretensją Marius.- Ty, durny sierściu..
Odpowiedziało mu przeciągłe miau. Schowałem miecz.- W takiej chwili żreć ci się zachciało.. Kici, kici- burknął wracając.
Nagle usłyszałem huk.
-O, zabłądziliśmy?- Spytał z przekąsem. Chyba jednak znalazł się tu ktoś nieproszony.
-Ty...!- Odwarknęła nieznajoma.
Usłyszałem odgłosy walki.
-Nie złość się, kotku- rzucił uwodzicielsko, by jeszcze bardziej ją wkurzyć.
-Draniu..!- Chyba naprawdę się wkurzyła, bo Marius zaczął robić uniki. Jego przeciwniczka wpadła do salonu, atakując. Wtedy zauważyła mnie. Chwila jej nieuwagi wystarczyła, by Marius wytrącił broń z jej ręki.
-Anne! Co tu robisz?- Zapytałem zaskoczony.
-Trzymasz z Nimi?- Odcięła się wrogo.
-Wa..de..ra- szepnęła z trudem Callisto, poruszyła się w więzach.
Czarnooki pojawił się tuż przy niej.
-Szafirku.. Jak się czujesz?- Zapytał.
-Ja.. To okropnie... BOLI!- Oczy błysnęły czerwienią, znów zaczęła się trząść.
-Callisto.. Kochanie Moje...- Zacząłem troskliwie.- Zrób coś! Ona cierpi!
Czarnooki blondyn powoli podniósł głowę.
-Chcesz wybierać między nią, a dzieckiem?- Zapytał poważnie, patrząc mi w oczy. Odwróciłem wzrok, wbijając go w panele.
Marius zmienił pusty worek na pełny. Anne patrzyła na to podejrzliwie.
-Muszę pomyśleć...- Marius zaczął głęboko oddychać. Kot otarł mu się o kostki, gdy blondyn podszedł do okna.
-Co się stanie, jeśli nic nie wymyślisz..?- Zapytałem szybko, żeby nie stracić odwagi.
-Będziesz szykował ich pogrzeb- oznajmił ponuro.
Pociemniało mi w oczach. Ktoś mnie podtrzymał. Uniosłem opadające powieki i zobaczyłem twarz Anne.
-Nie musiałeś tego mówić- naskoczyła na blondyna.
-Lepiej, żeby znał najgorszą prawdę, niż podłe, lukrowane kłamstwo- odparował ostro czarnooki, sięgając po ciemną książkę. Wyciągnął z kieszeni spodni paczkę czerwonych Malboro i wsunąwszy jednego w usta przypalił płomieniem zapalniczki. Zaciągnął się dymem i zaczął wertować tom.
Nazajutrz...
Sobotni poranek, szesnastego dnia maja, powitał mnie w fotelu. Anne obserwowała nieufnie Mariusa, który zajmował się Callisto i jednocześnie, czytał stronę czarnego tomu.
-To może się udać..- powiedział zamyślony, nadal śledząc wzrokiem tekst w książce.- Z całym szacunkiem, panie autorze, ale chyba zwyczajnie cię pojebało- stwierdził powoli, z lekką ironią. Podłączył kolejną torebkę z krwią i znów wrócił do lektury.
-Co może się udać?- Zapytałem z wahaniem.
Marius podskoczył. Powoli na mnie spojrzał. Chyba zastanawiał się, czy powinien mi powiedzieć.
-Istnieje sposób, by wyciągnąć ją z tego stanu- odezwał się bardzo ostrożnie, jakby stąpał po cieniutkiej warstwie lodu.
-Jaki?- Obudziłem się już zupełnie i patrzyłem nań wyczekująco.
-To niebezpieczne...- Zaczął ostrzegawczo.
-Zrobię wszystko, żeby jej pomóc, mów- przerwałem mu poważnie.
Długi czas patrzył na mnie w milczeniu.
-Naprawdę jesteś tego pewien?- Zapytał, żeby się upewnić.
-Jestem pewien, gadaj wreszcie- zniecierpliwiłem się.
Jasnowłosy westchnął ciężko.
-Jesteś albo w niej zakochany, albo niespełna rozumu- stwierdził z namysłem, po czym zaczął opisywać to, co znalazł w literaturze.

Podparłem głowę na ręku i spojrzałem w okno.
-Ile mamy czasu?- Zapytałem cicho.
-Niewiele, ale porządnie się nad tym zastanów- odparł.- Kawa?- Rzucił idąc do kuchni
-Chętnie, dzięki- pogrążyłem się w rozmyślaniach, gdy coś puszystego wylądowało mi na kolanach. Tuż przed oczami zamerdał mi ogon, którego właściciel miałknął.
Był to sierściuch, rasowy. Maine coon. Tłusty, kot pół-długowłosy, średniej wielkości, o normalnym, kocim pysku z dużymi zielonożółtymi ślepiami, o rudym umaszczeniu. Z dziwaczną grzywą wokół głowy, czy czymś w ten deseń. Na mój gust wyglądał mniej więcej, jak dziwne skrzyżowanie dachowca z szopem.
-Maze, chodź żreć; obiboku- na stuk michy zwierzę zerwało się i w mig znalazło się przy właścicielu.- Tylko żresz, nic więcej...- mruknął tonem narzekania blondyn. W tej samej chwili wbił zaskoczony wzrok w wylot korytarza, wrogo odsłaniając wydłużone kły.
-Miło, że przyprowadziłeś ze sobą obiad; Claude..- odezwał się schrypły głos.
-Powinienem dawno cię zlikwidować; Klaus. Upadły i Czysty od zawsze cuchną Niewinną Krwią- zasyczał przez zęby.
-Chyba podzielisz się z bratem, co?- Spytał swobodnie tamten.
-Nie nazwałbym cię nawet "znajomym"; bo to wstyd; Klaus- skwitował pogardliwie Marius.
-Powiedział ten, który nie może tknąć herbowej broni- nieznajomy był uderzająco podobny do Mariusa, jakby był jego bliźniakiem.
-To mój starszy brat-zdrajca- wyjaśnił Marius, jakby czytając mi w myślach.- Jakie to uczucie patrzeć, jak Klasztorni mordują naszych rodziców i braci...? Jak w ogóle śmiałeś podnieść rękę na naszego ojca, ty przeklęty zdrajco?- Warknął z nienawiścią i pogardą. Widok medalionu z rodzinnym herbem zwisającego z szyi Klausa musiał jeszcze bardziej go rozwścieczyć, bo bez wahania wyciągnął rękę w stronę rodowego klejnotu. Klaus odtrącił jego dłoń. Wywiązała się walka. Marius odskoczył robiąc unik i pchnął Klausa w ścianę.
***
Klaus przegrywał starcie, a gdy wylądował na podłodze Marius zaczął go kopać. Z wyraźną przyjemnością pastwił się nad Klausem. Okładał go mocno.
-Ty nędzna szumowino...- warknął nienawistnie, nie przestając tłuc leżącego.- Ty podły, zdradziecki wraku.. Przeciwnik pociągnął go na glebę i kontynuowali bójkę. Marius ściągnął z parapetu kamienną doniczkę i roztrzaskał ją na łbie brata. Klaus warknął coś i odrzucił go kopniakiem.
Wyszarpnąłem miecz.
-Tak ci się spieszy na Tamten Świat?- Zakpił Klaus uśmiechając się zimno.
-Z drogi, on jest mój- Marius podniósł się chwiejnie. Zagarnął mnie za siebie.
Obaj patrzyli sobie w oczy.
-Czekałem na to przez lata, Klaus- oznajmił Marius.
-Tęskniłeś za starszym braciszkiem; Claude?- Zakpił tamten.
-Zamilcz. Nie waż się nazywać moim bratem; podły zdrajco- ręka z pierścieniem wystrzeliła do przodu i zacisnęła się na gardle Klausa.

Palce zaciskały się jak kleszcze. Anne zbladła i wywróciła białkami. Straciła przytomność.
Marius bez najmniejszego wahania przebił drugą dłonią pierś Klausa. Puścił sypiące się w proch truchło i runął na panele.
-Marius... Co z tobą?- Zapytałem klękając przy nim. Był bardziej blady, spod półprzymkniętych powiek wyzierały pełne głodu czarne tęczówki.
Sięgnąłem po miecz i podwinąwszy rękaw bluzy, chciałem oprzeć rękę na ostrzu.
-Nie.- Marius chwycił mocno mój nadgarstek i odsunął go od klingi.
-Jesteś głodny- odparłem ostro.  
-Nigdy nie tknę ludzkiej krwii- odwarknął z uporem, odpychając mnie mocno.
Wstałem ukrywając broń w pochwie pod rękawem i poszedłem w stronę ciemnych drzwi.

Chłodnia.
Zdjąłem z półki kilka torebek z krwią.
Polubiłem tego zadufanego w sobie kretyna i, choć był wampirem nie chciałem, żeby przeze mnie zginął.
Zamknąłem drzwi i rozrywając zabezpieczenie pierwszego opakowania podszedłem do półprzytomnego Mariusa. Przytrzymując go przytknąłem wylot torebki do jego ust i ostrożnie przechyliłem. Zaczął kaszleć, ale przełknął.
-Pij, kretynie...- warknąłem usiłując doprowadzić go do normalnego stanu.
Ostatnia torebka wyszła, chciałem iść po więcej. Blondyn powstrzymał mnie, chwytając za koszulkę.
-Wystarczy...- Powiedział słabym głosem. Jego czarne tęczówki wbiły się w moje.
-Ale...
Maze ułożył się na jego nogach, z miałknięciem, wlepiając ślepia w swego towarzysza.
-Muszę tylko odpocząć...- przerwał mi cicho, zapatrzył się na korytarz, jakby widział tam coś interesującego.
Claude Marius Wolf, herbu Wadera, ex-łowca. 
Zobaczyłem biegające bachory. Trzynastoletni Klaus odwrócił się z mieczem w ręku i sparował cios broni, młodszego o dwa lata, Syriusza. Ojciec siedzący przy stole wynurzył surową twarz zza gazety. Matka, szykując śniadanie tylko ciężko westchnęła.
-Do stołu, diabelskie pomioty- burknął surowo.- Miecze do mnie, natychmiast.
-Dzień dobry; ojcze, matko- rzuciłem wraz z moim trzecim bratem; Stefanem.
-Dzień dobry, wyspaliście się?- Zapytał troskliwie nas obejmując.
-Tak, ojcze..- potwierdziliśmy szybko.
Klaus z szacunkiem podał broń ojcu i moje starsze rodzeństwo usiadło do stołu.
-Pomóc w czymś, Matko?- Zacząłem z dziecięcą energią.
-Nie, skarbie. Siadaj szybciutko- rzuciła głaszcząc mnie pieszczotliwie.
Matka stawiając herbatę zajęła swoje miejsce.
-Gdzie Giorgio?- Zdziwiła się.
-Pewnie znów gdzieś łazi, Przybłęda- odezwał się Klaus z niechęcią; ojciec zgromił go wściekłym spojrzeniem.
-Przeproś- rozkazał ojciec ostro.
-Nie trzeba- powiedział cicho Venture, wchodząc do kuchni. Skłonił głowę witając się z Claude'em Victorem i ujmując dłoń mojej matki ucałował ją lekko. Klaus patrzył nań spode łba, z wyraźną wrogością.
Gdybym wtedy wiedział, że kocham mordercę własnej rodziny.. Gdybym mógł w porę ich ostrzec.. Ocalić..
***
-Marius.. Marius- mgliste wspomnienie prysło, jak bańka mydlana.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Nic mi nie jest- odparł cicho.
-On naprawdę był twoim...- zacząłem.
-Najstarszym bratem, taa- odparł cicho.- Bez mrugnięcia okiem wydał własną rodzinę Rządowym. Podpisał na nas wyrok śmierci... Co za ironia losu: nienawidzący wampirów człowiek; zaprzedał się właśnie krwiopijcom- roześmiał się bez cienia wesołości.
-Słyszałem, że to wampir was sprzedał- zauważyłem ostrożnie.
-Bzdura. Venture z nimi walczył, chronił mnie.. To Klaus urządził to całe piekło, które przeszedłem... Zabił własnego brata. Taka jest prawda...- powiedział z goryczą.
-Cally mówiła, że nigdy nie chciałeś do tego wracać- zauważyłem.
-Chciałem zapomnieć- przytaknął.- Tamtego dnia, gdy ocaliłem Callisto i stałem się tym czymś... Był tam jeden z zabójców ojca, chciałem go zabić.. Jakoś zagłuszyć to wszystko...- Pokręcił głową z niedowierzaniem.
Obaj zwróciliśmy wzrok na śpiącą niespokojnie Callisto.
-Musisz naprawdę bardzo ją kochać- odezwał się nagle.
-Mogę o coś zapytać?- Zacząłem. Skinął.- Pocałowałeś ją kiedyś?
Spojrzał na mnie z boku zaskoczony. Długo milczał, z trudem powstrzymując się od śmiechu. Nie wytrzymał i wyparował takim rechotem, że aż kot zwiał pod stół.
-Co w tym śmiesznego?- Burknąłem.
-Całusy w policzek się liczą?- Spytał unosząc brew, widząc moją minę spoważniał.- Jeśli o to chodzi, nigdy się nie całowaliśmy. I nigdy nie będziemy- stwierdził spokojnie.- Zresztą to ty jesteś jej facetem. Ona cię kocha i jeśli ją skrzywdzisz, znajdę cię i zabiję- powiedział tonem przysięgi.
-Nigdy bym jej nie skrzywdził, Marius- odparłem cicho patrząc na moją Gwiazdeczkę.

Trzy dni później, dziewiętnasty maj, po zajęciach.
Wszedłem do domu Mariusa i opadła mi szczęka. Wszystko spowijała czerń, obawiałem się najgorszego.
-Nie jestem w nastroju, Callisto Anabelle- odparł niecierpliwie blondyn.
-Powinieneś mu powiedzieć prawdę..- odparła z naciskiem.
Przystanąłem za drzwiami i zerknąłem przez szparę.
Callisto z karmazynowymi od mojej krwii oczami patrzyła na blondyna spacerując w tę i spowrotem w zielonej ciążowej sukience. Na nadgarstku nosiła pompę, która pompowała krew z worka do jej żył.
-To nikomu nie pomoże. Próbowałaś i co z tego wyszło? Nic- odparł ostro.
-Ciebie na pewno posłucha. Jesteś facetem- czułem, że zaczyna brakować jej argumentów.
-Mylisz się. On jest zdolny zrobić wszystko, żeby postawić cię do pionu i moje słowa tego nie zmienią- odparł chcąc wsunąć w usta papierosa. Odebrała mu go szybkim ruchem i westchnęła poirytowana.- Uprzedzałem go, że to niebezpieczne, zna konsekwencje- zabrał jej szluga i wsunąwszy w usta zapalił powoli. 
-To może go nawet zabić. Jeśli mój następny atak będzie silniejszy, to jego serce...- urwała wbijając wzrok w panele.
-To nic nie zmieni; Szafirku. Nie obchodzi go jego własne bezpieczeństwo..
-Jest takim samym szaleńcem, jak ty!- Wyrzuciła mu rozdrażniona.
-Pozwól mi skończyć, Kruk- zastopował ją łagodnie.- Kiedy powiedziałem mu o konsekwencjach, odparł: "Ja się tu nie liczę. Jeśli tylko w ten sposób mogę... Nie, ochronię ją w każdy możliwy sposób. Jeśli jej życie.. Jej bezpieczeństwo zależy ode mnie, czy mojej krwii to nie..."
-To nie boję się niczego. Nawet śmierci- dokończyłem wchodząc do środka.
Szklanka soku wypadła z dłoni Callisto roztrzaskując się z hukiem. Dziewczyna cofnęła się od niego o pół kroku i zwróciła wzrok na mnie. Jej oczy odzyskały turkusową barwę i wypełniły się łzami.
-To nieprawda.. Powiedz, że to nieprawda..- zaczęła błagalnym szeptem.
-Skłamałbym mówiąc to- odpowiedziałem ze śmiertelną powagą.
-Nie... Boże, nie...- Szept zmienił się w płaczliwy jęk. Po jej pięknej twarzy spływały łzy, a ja poczułem w sercu ukłucie żalu. Nie chciałem, żeby przez mnie płakała. Nigdy już nie chciałem widzieć na jej obliczu żadnych łez. Żadnego smutku, ani strachu.
Chciałem ją przeprosić, cofnąć te słowa; ale nie mogłem. W końcu robiłem to z miłości do niej.
-Świetnie. Cudownie. Trzymaj jeszcze jego stronę; Marius! I wiesz, co?? Obaj jesteście siebie warci.
-Nie wyżywaj się na nim. To była moja decyzja i nikt do niczego mnie nie zmuszał- wziąłem Waderę w obronę, w końcu nie był niczego winien.
Callisto minęła mnie i wyszła trzaskając mocno drzwiami.
Marius stał oparty o ścianę tuż obok okna z oczami utkwionymi w stojącym na komodzie posążku misternie wykonanej ze srebrnego kruszcu wilczycy. Jego wyraz twarzy pełen był krzywdy i rozpaczy.
Panowała między nami cisza.
-Nie powinienem..- zacząłem ponuro.
-Powinieneś- odparł dziwnie spokojnie.
-Nie. Wyładowała się na tobie, choć nic nie zrobiłeś- powiedziałem cicho.
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
Zatrzasnęłam drzwi sypialni Mariusa i padłam na łóżko. Wzięłam leżącą na materacu jego bluzę i przycisnęłam ją do piersi. Choć od środka rozsadzała mnie ogromna wściekłość, nie potrafiłam sobie wybaczyć, że potraktowałam go tak niesprawiedliwie...
Byłam wściekła na nich obu- nie wiedziałam, na którego bardziej. Sama nie miałam pojęcia, jak nazwać własne uczucia. Zastanawiałam się, co jest ze mną nie w porządku.. Dlaczego jestem taka..
Zimna.
Podła.
Samolubna.
Okrutna...
Czemu ranię osobę, którą spotkało tak wiele okropieństw...
Z jakiego powodu jestem taka uparta...
Dlaczego życie jest tak cholernie trudne?!
Przecież kocham ich obu... Marius jest moim najlepszym przyjacielem, a Michael tym jednym jedynym...
Wciągnęłam zapach bluzy. Nie pachniała, jak dawniej.

Przeszła wonią wampira, od której aż mnie mdliło. To tak strasznie bolało...

On był już kimś innym- nie chodzi o to, że stał się wampirem.. Był inną osobą- zupełnie takim samym «człowiekiem»; jak jego ojciec. Surowym wobec siebie, samokrytycznym i przesiąkniętym nienawiścią wobec pijaw. Od kiedy go znam, nie pamiętam, żebym widziała go uśmiechniętego.

-Od tamtej masakry zapomniałem, co to śmiać się szczęśliwie...- usłyszałam jego głos z przeszłości.
W żaden sposób nie wspominał tego, co przeżył. Powiedział na ten temat tylko jedno słowo. Piekło. Nie dodał nic więcej i nie chciał o tym rozmawiać. Uciekał od tego rozdziału.
Ułożyłam się na wznak i gapiłam się w sufit, starając się uspokoić. Nie potrafiłam czasem zrozumieć Michaela. Tak bardzo się poświęcał. Dla mnie. Dla tego potwora, którym jestem. Nie zasługiwałam na to, co dla mnie robił.
Poczułam serię mocnych uderzeń w moim brzuchu.
-Nawet ty jesteś po ich stronie..?- Szepnęłam z wyrzutem.
Poczułam kolejne ciosy w brzuchu. Mój kręgosłup wygiął się w łuk, a ciało zaczęło płonąć bólem..
-Callisto...- Michael szybko odstawił tacę i dobiegł do mnie.- Co się dzieje, Moje Kochanie? Co ci jest..?- Zaczął pytać.
Zacisnęłam mocno dłoń na jego. Patrząc nań z bólem próbowałam powiedzieć, żeby...
Fala bólu w moim brzuchu, przypominała rozwścieczonego King Konga, nabierałam głośno powietrza, starając się nie pokazywać, że bardzo mnie boli. Czułam jakbym miała być zaraz rozerwana na pół..
-Pójdę po Mariusa..- powiedział spanikowany.
***
-Co jej jest?- Zapytał nagląco Michael.
Marius nagle cofnął dłonie od mojego brzucha, zerwałam się i podkuliłam nogi, z sykiem zaciskając zęby.
-To tylko skurcze... Zbliża się rozwiązanie..- powiedział spokojnie.
-Kiedy?- Zapytał z naciskiem Michael.
-W najbliższych dniach, nie jestem w stanie dokładnie  ustalić terminu.
-Miała się urodzić dopiero w czerwcu... Jest za wcześnie...- Michael totalnie tracił głowę.- To za wcześnie..- powiedział z dziwnym spokojem patrząc na mnie nieobecnym wzrokiem.
-Nie odpływaj!- Czarnooki potrząsnął nim mocno, ale zielonooki odtrącił jego ręce, nadal patrząc na mnie.- Obudź się, człowieku- uderzył go w twarz.  


sobota, 7 kwietnia 2018

Hunter III Curse Rozdział XXII: Demoniczne lisy

-Kim, do kurwy nędzy, jest Kurushimi?- Zapytałem jakby mnie piorun strzelił.
-A znasz jakiegoś... Cholera, jak mu było...?- Zastanowił się przez chwilę.- Z.. Z.. A, mam!. Zetsubō- przypomniał sobie Marius.
-Zetsubō?? Pewnie, że kojarzę tego drania; ale co ma piernik do wiatraka?- prychnąłem.
-To chyba jego siostra bliźniaczka- zauważył z namysłem.
-No, normalnie cudownie. Jeszcze jednego kitsune potrzeba mi do szczęścia. Ja pierdolę; po prostu świetnie- westchnąłem z irytacją.
-Fallen ga ochiteiru.. Ochiteiru.. Ochiteiru...- Callisto zaczęła dziwnie wesoło nucić.- Jigoku wa futatabi tokeru.. My dear brother..
Przyciągnąłem ją za brudne strzępy ubrań, które miała na sobie i pocałowałem ją mocno.

Jeśli to coś ją opętało, ciebie usmażę, a twoje futro przerobię na buty, Zetsubō...

Powoli chciałem się odsunąć, ale w tym momencie to ona dociągnęła mnie, nie pozwalając mi się od siebie odkleić... Całowała łapczywie, jakby panicznie się bała, że zaraz zniknę, jak przebita bańka mydlana. Powoli ochłonęła i spojrzała na mnie dziwnie.
-Co się dzieje, Moje Kochanie..?- Zapytałem łagodnie, przyglądając jej się.- To przecież ja... Michael.. Twój Pyszczulek..- szepnąłem patrząc jej w oczy.
Długi czas wbijała we mnie nieruchome szkliste spojrzenie. Wyglądała żałośnie- brudna; pokaleczona, rozczochrana, wygłodniała.. W podartych ubraniach i bez butów..
-Callisto.. Powiedz coś- poprosiłem nadal cierpliwym tonem.- Proszę.. Cokolwiek, Moje Kochanie..
Chyba jednak coś do niej dotarło, albo przypomniała sobie, co się stało.. Chciałem znowu ją pocałować.. Objąć.. Nie ważne, że była brudna i wyglądała, jak zwykła żebraczka- nadal była moją ukochaną Cally...
-Chcę się wykąpać.. Nie pamiętam, kiedy ostatnio się kąpałam... Cuchnę wampirami- powiedziała słabym szeptem. To był pierwszy raz, kiedy usłyszałem od niej to słowo. Zawsze było tylko „pijawa”.
-Dobrze; Moje Kochanie...- zapewniłem przytulając ją.
-Będziesz brudny..- powiedziała, jakby to miało jakieś znaczenie.
-To nieistotne- odparłem czule.
-To twoja ulubiona koszulka...- upierała się.
Jakbym nie miał innych ciuchów.!
-Kupię sobie ładniejszą- odpowiedziałem z miłością.
-Ale ja.. Strasznie cuchnę..- powiedziała z uporem, jakby bała się, że od tego zaraz wykorkuję.
-Przygotuję kąpiel- rzucił Marius znikając w korytarzu.
-Kochanie.. Mój ty cudny klejnociku..- Pocałowałem ją delikatnie.- Nie jesteś głodna?- Zapytałem szeptem.- Co byś zjadła..?- Zajrzałem jej w oczy.
-Schrupałabym nawet lodówkę..- przyznała, gdy wziąłem ją na ręce.

-Wszystko gotowe- rzucił blondyn wychodząc z łazienki.
-Możesz coś jeszcze dla mnie zrobić?- Zapytałem cicho.
-Jasne- odparł krótko.
-Ugotujesz coś do jedzenia?
-Nie ma problemu- rzucił mijając mnie.
Callisto nagle wzięła jego twarz w swoje palce i przez dłuższy moment patrzyła mu w oczy.
-Wytłumacz się natychmiast, Wadera..- powiedziała z naciskiem.
-Później wszystko ci wyjaśnię, Szafirku..- odjął jej dłonie od swojej twarzy i zamknął je na kilka sekund w swoich.
Na jej lewej dłoni błysnęły sygnet i pierścionek.

Zamknąłem się z nią w łazience i bardzo ostrożnie zacząłem pomagać jej się rozebrać. Na parapecie leżał puszysty ciemny szlafrok, kilka dziewczęcych ciuchów i bielizna w rozmiarze Cally (byłem ciekaw, skąd- u diabła- je wytrzasnął!) oraz miękki ręcznik. Wsadziłem ją do wanny.
-Ciepło..- szepnęła z rozmarzeniem.
Wyglądała tak okropnie, że miałem ochotę dopaść Zetsubō i zakatować sukinsyna.
-Powinnam cię przeprosić...- zaczęła smutna.
-To ja cię przepraszam- odparłem odruchowo.
-Nie masz powodu, a ja...
-Nie martw się tym teraz- przerwałem cicho obchodząc się z nią, jak z jajkiem.
-Przecież się nie rozpadnę- powiedziała ostrożnie.
-Wiem, ale nie chcę zrobić wam krzywdy..- odparłem z troską.
Wzięła moją dłoń i położyła na swoim wielkim brzuchu. Ledwie czułem stukanie serduszka w środku. Trwałem tak, przez kilka minut przesuwając pieszczotliwie dłoń po tym tłuszczyku.

Najchętniej wyrwałbym ci serce, a reszte przerobiłbym na karmę dla psów, kitsune...

Jęknęła cicho.
-Kochanie?- Zapytałem zmartwiony.
-To tylko Mała... Przeciągnęła się..- odezwała się szeptem.

Pomogłem jej wstać i wycierając jej ciało rozmyślałem o torturach, którym poddam tego małego psychopatę, kiedy go wreszcie dorwę...
-Już jestem sucha, Michael...- zaczęła przyglądając mi się uważnie.
-Przepraszam..- włożyłem jej ręcznik na głowę i pomogłem zawinąć w turban. Poddała się i opuściła ręce. Choć chciała wszystko zrobić sama, na pierwszy rzut oka było widać po niej wyczerpanie.

Może lepiej, gdybym cię spalił na stosie, Zetsubō..? Nie, to zbyt litościwe.. Mogę wymyślić coś o wiele lepszego, więc lepiej zacznij się mnie bać... 

-Znowu masz ten wzrok..- powiedziała z troską.
-Nic mi nie będzie...- odparłem cicho starając się wytrzymać jej zmartwione spojrzenie.- Tak bardzo za tobą tęskniłem... Tak strasznie was kocham...
Callisto oparła się na mnie i wciągnęła mój zapach.

Hunter III Curse Rozdział XXII: Demoniczne lisy

Wampiry wymieniły spojrzenia.
-Ślady wyglądają na zwierzę- oznajmiła Livia.
-Likantrop?- Zapytał Morgenstern.
-Za małe szczęki, jak na wilka- odezwał się Féu wolno.
Zapadło milczenie, w którym każdy zastanawiał się, co mogło zagryźć wampira.
-W gabinecie Marszałka znaleźliśmy również nagranie- wampir w szarym ubraniu pogrzebał coś przy stojącej nieopodal wieży stereo, a po chwili salę wypełnił głos przetworzony za pomocą syntezatora mowy.
-Zastanawiam się, z którymi z was będzie lepsza zabawa- rzucił głos chichocząc upiornie.- Zegar tyka, a ja nadal nie dostałem "Księżycowej". Spójrzcie przez okno- dodał tajemniczo i nagranie się urwało.
Wszyscy spojrzeliśmy w okna, a kobieta w mgnieniu oka znalazła się tuż przy szybie. Zza warg błysnęły kły, a z jej ust wydobył się warkot, lecz nadal wbijała wzrok w przestrzeń za oknem, gdzie stały dziewczęta z miasta. Wszystkie miały oczy w kolorze fuksji z czarnymi, kocimi źrenicami, większość z nich posiadała zadrapania, rany i sińce, oraz była bardzo skąpo ubrana.
Zaczęły coś śpiewać piskliwymi dziecięcymi głosami, usłyszałam z ich ust kilka przekleństw i obelg.
Jedna z nich- Meredith Bell- oparła ręce na szybie i patrząc na nas wesoło wystawiła rozcięty język i zamachała nim, jak wąż.
Oczy wampirzycy błysnęły szkarłatem, szyby pokryły się pajęczyną rys i po chwili wszystkie okna poszły w proch.
Jedna z dziewczyn sięgnęła dłonią z nożem do swojej twarzy i zrobiła coś przerażającego. Bez grymasu bólu zaczęła rozcinać kąciki ust. Angello zerwał się z miejsca blady jak trup, zresztą wszyscy obserwowaliśmy to z rosnącym przerażeniem.
Nagle zwróciły wzrok gdzieś w górę, skąd nadleciała płonąca szmaragdem karteczka.
-Zetsubō ga ochiteiru, ochiteiru ochiteiru.. Zetsubō ga shinu, mou daisuki onii-san- zanuciła monotonnie dziewczyna, która wylądowała tuż przed rozbitym oknem, gdzie stała Livia.
Dziewczyna-potwór, która oberwała kartką zasyczała wrogo, bezskutecznie probując odkleić papierek ze swojego czoła, gdy niemal w tym samym momencie zaczęła płakać. Reszta cofała się od nieznajomej i w panice rzuciła się do ucieczki.
-Co to ma być, do jasnej cholery??- Zapytał wstrząśnięty przewodniczący Stowarzyszenia, gapiąc się na poranioną ośmiolatkę, którą nieznajoma złapała w locie.
-Niech pan wezwie karetkę- odpowiedziała nagląco, a tajemnicza karteczka rozsypała się, jakby spłonęła w niewidzialnym ogniu.
Lucas zadzwonił po pogotowie...
***
Dziewczyna weszła do środka.
-Opuść broń, Angello-sama- rzuciła cicho.
-Nie wiemy kim jesteś- odpowiedziała nieufnie Wayland.
-Tylko ja mogę wam teraz pomóc- zaczęła niespokojnie dziewczyna.- Te dziewczyny są opętane przez...- urwała niepewna, czy powinna mówić dalej.
-Zaraz... To ona była w gabinecie Marszałka!- Odezwał się oskarżycielsko wampir w szarych ciuchach wbijając w nią wzrok.- To ona Go zabiła!- Warknął ruszając krok do przodu; lecz Stary Diabeł wyciągnął rękę zatrzymując go.
-Nie wygląda mi na zwierzę, które zagryzło Thunder'a- oznajmił chłodno.- Kim jesteś?- zwrócił się do dziewczyny w prostym czarnym kimonie.
-Nazywam się Yuri Hanayakana, jestem kapłanką ze świątyni Fushimi Inari, niedaleko Kioto. Przyjechałam tu z pewną misją- wytłumaczyła pokrótce.
-Jesteś łowcą?- Zapytał Angello.
-Niezupełnie- odpowiedziała Yuri.- Mam tylko zapieczętować ich spowrotem.
-Ich, czyli kogo?- Zapytał Féu z naciskiem.
-Kitsune.
Wszyscy zaczęli rozmawiać.
-Chyba gdzieś już słyszałam to dziwne słowo...- zaczęłam zamyślona. Zdziwiona nagłą ciszą rozejrzałam się po twarzach reszty zgromadzonych.
-Kitsune?- Podchwyciła Livia po chwili.- Ty mówisz o dzikich lisach.?
-O czym; przepraszam?- Zdziwił się Angello, a reszta spoglądała po sobie z zaskoczeniem.

-Czyli te kitsune to demony słabsze od krwiopijców?- Wywnioskował z nutą pytania Lucas.
-Tak, ale...- zaczęła Azjatka.
-Więc gdzie podziały się pijawy?- Przerwał Angello ostrożnie.
-Jak już mówiłam One wymyślają różne zmyślne pułapki. Zanim wampir się domyśli, jest już w potrzasku.
Moja poprzedniczka, która miała ich zapieczętować również zniknęła bez wieści. Potrafią też opętać osobę przy pomocy słabszych demonów: te dziewczyny są tego doskonałym przykładem. Obierają na cel miasta takie, jak to, a ich; pozornie niewinne; gierki są makabryczne- ciągnęła Hanayakana.
-Jak możemy wykurzyć ich z miasta?- Zapytał milczący dotąd Tanner.
|•••|
Narada trwała do rana, gdy w kieszeni Angello zadzwonił telefon. Mężczyzna odebrał.
-Coś się stało, Płomień?- Słysząc odpowiedź zerwał się na równe nogi.- Jak to zniknęła??- Zapytał ostro.- To niemożliwe, że nikt jej nie widział... Cholera...- zdenerwowany rozmówca mu przerwał- Rozumiem, daję wam wolną rękę.. W porządku, na razie.
-Was ist los?- Zapytał Morgenstern z niepokojem.
-Callisto zaginęła...- odparł grobowo.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
 Dziewiętnasty kwietnia.
Czuję zimno.. Jest ciemno.. Wokół siebie słyszę słabe jęki i zawodzenia, a mój łowczy instynkt zaczyna mnie paraliżować.
Bardzo powoli otwieram oczy, a mój wzrok pada na kraty. Więzień z naprzeciwległej celi wlepia we mnie zółto-zielone skośne oczy.
Gdzie jestem..? Nie mam zielonego pojęcia, jak wmanewrowałam się w ten syf. Z trudem podnoszę się i opieram ramieniem o ścianę.
-Dlaczego nic nie pamiętam..?- Szepnęłam cicho, starając się zignorować wlepiającego we mnie gały dziwnego chłopaczka, który nagle się odezwał.
-Nie znam twojego języka..- odpowiedziałam oszołomiona.
-Ty być wampir?- Zapytał łamanym francuskim.- Znać francuski?- Dodał niepewnie.
-Jestem zarówno wampirem, jak i łowcą, dla ścisłości- poprawiłam wolno.- Gdzie my jesteśmy..?
-Więzienie kitsune..
-Musimy stąd uciec- przerwałam mu szybko, ale on pokręcił głową zrezygnowany.
Sięgnęłam dłonią do krat, lecz nim zdążyłam dotknąć prętów wystrzeliły z nich ostre kolce, raniąc mnie w palec.
-Nie uciekać.. Zły pomysł- powiedział przerażony.
-Musimy stąd uciekać- upierałam się.
-Stąd nie da się uciec; Raven, herbu Kruk- odezwał się słaby szept z celi po mojej prawej. Spojrzałam w tamtym kierunku i opadła mi szczęka.
-Torres, wampir Rządu. Co ty tu robisz?- Zapytałam ostro.
-To samo, co ty... Ta cała reklama to bujda na resorach- kopnął mocno w kraty.- Teraz wszyscy tu zginiemy.
Prawda uderzyła we mnie z siłą rozpędzonego TIR-a.
-Więc to jest "Seventh Angel"; a raczej to, co się za tym kryje- powiedziałam z namysłem. Zgięłam się wpół pod wpływem serii mocnych kopniaków w moim brzuchu.
-Nie mogę się poddać.. Nie mogę!- Nagle wpadłam w panikę.
-Więc te pogłoski to prawda..? Jesteś...- Zaczął.
-Tak, jestem w ciąży..- Odpowiedziałam wbijając oczy w rozbitą i okropnie brudną podłogę.
Zrozumiałam, że sytuacja, w jakiej wszyscy jesteśmy jest wyjątkowo beznadziejna. Poza tym powiedziałam Michaelowi tyle okropnych słów, których teraz zaczynałam żałować... Tak bardzo chciałabym je teraz cofnąć. Przytulić go i przeprosić. Powiedzieć mu to, czego dotąd nie miałam odwagi...
-Nie mogę się poddać- powiedziałam szeptem.
Rzeczywiście nie mogłam- nie dla swojej pieprzonej dumy, tylko dla tej małej osóbki pod moim cichym już sercem. Słyszałam i czułam tylko jej serce, którego odgłos był dla mnie najpiękniejszą muzyką.
|•••|
Dwunasty maja...
Leżę w bezruchu. Jestem strasznie głodna. Potrafię myśleć tylko o Michaelu.
Ostatni batonik zjadłam wczoraj, a ten dziwaczny Azjata nawet oddał mi swoje jedzenie, za co byłam mu bardzo wdzięczna.
Jednak coraz bardziej zaczynałam potrzebować krwii...
Oszczędzaj siły, jeśli chcesz wyciągnąć stąd siebie i dziecko- pouczył mnie Torres. Dawniej od razu wbiłabym mu broń w serce, ale teraz wiele się zmieniło. Jechaliśmy na tym samym wózku, a on na pewno był tu już jakiś czas i coś niecoś wiedział o tym przeklętym miejscu.
Podczas dni spędzonych tutaj myślałam tylko o Nim. Było mi strasznie smutno i ciężko. Ciągle odtwarzałam wspomnienia, w których był, barwę jego głosu, zapach, ciepło- czasem nawet wydawało mi się, jakbym czuła jego ramiona.
Szczerze mówiąc tylko to utrzymywało mnie przy zdrowych zmysłach. Większość wampirów już dawno popadła w rozpacz i zwyczajnie się poddała.
Często rozmawiałam z tym chłopaczkiem "z naprzeciwka". Przyznał się, że też jest kitsune; ale z tych dobrych lisich duchów. Rozmawialiśmy o różnych rzeczach i zauważyłam, że coraz lepiej mówi po francusku- tylko w tym języku mogliśmy jakoś porozmawiać, bo istniała bariera językowa- ani ja nie znałam japońskiego, ani on angielskiego.
Ów kitsune przedstawił się, jako Hideyoshi i pomagał mi, jak tylko mógł.
Powiedziałam mu nawet o tym, że chciałabym być zwykłym człowiekiem. Był teraz- w pewnym sensie- moim jedynym wsparciem. Czułam jakąś nić porozumienia między nami.
Nagle, kładąc wymownym gestem palec na ustach, cofnął się w głębszy mrok. Usłyszałam z góry kroki. Wszyscy wbili przerażone spojrzenia w schody, na których ukazała się niska dziesięciolatka o fioletowych oczach i długich czarno- rudych włosach.
-Plugawe stado wampirzego bydła i kitsune uragirimono.- Sarknęła z pogardą po swojemu. Idąc korytarzem pomiędzy celami przesuwała kijem po kratach, żeby jeszcze bardziej nas dobić.
-To ty jesteś zdrajcą!- Nie potrafiłam znieść, że nikt jej się nie stawia. Wszyscy patrzyli na mnie, jakby prosząc; żebym zamilkła, bo źle się to dla mnie skończy, ale dalej ciskałam w nią obelgami.
Wsunęła kij między kraty mojej celi i podniosła nim moją twarz.
-Nie wiesz, z kim zadzierasz, brudny wampirze- oznajmiła lodowato, a jej tęczówki przybrały ten demoniczny wygląd.- Lepiej nie pyskuj, bo znów nie dostaniesz żreć- pojawiła się tuż przede mną i zamachnęła się kijem. Chwyciłam za jego koniec i rzuciłam nią w ścianę celi. Biorąc kij oburącz kopnęłam ją w żebra i przyciskając knebel do jej gardła oparłam ją o ścianę. Starała się podciąć mi nogi, zablokowałam atak, a z jej ust wydobył się pisk bólu.
-To ty nie zadzieraj ze mną, bachorze- odwarknęłam, łapiąc ją za gardło przydusiłam i zaczęłam okładać tym kneblem.
W tym momencie niespodziewanie przybrała lisią postać i próbowała drapać. W akcie desperacji przywaliłam jej łbem o ścianę.
-Wiesz, co?- Szepnęłam jej do ucha z zimnym uśmieszkiem.- Może odetnę ci jeszcze jeden ogon?- Zapytałam lekkim tonem.
-Nie masz czym tego zrobić, kitanai kyūketsuki- odparowała telepatycznie, pewna siebie.
-Tak sądzisz?- Zapytałam drwiąco wyciągając zza bluzy nożyce do mięsa. Rozwarłam je i przysunęłam w stronę jednego z jej ogonów. Lisica zaczęła warczeć i popiskiwać, próbując się wyrwać. Wszyscy więźniowie gapili się na mnie na równi ze zdumieniem i podziwem.
Podniosłam ją za futro na kłębie i przesunęłam inaczej nożyce. Zaczęła wierzgać próbując się wyrwać.
-A może poderżnę ci gardło, żeby było zabawniej?- Spytałam swobodnie, przyciskając ostrze nożyc do jej tętnicy. Przydepnęłam jej ogon- ten prawdziwy- do podłoża i podniosłam ją trochę wyżej, z pyska wydobył się pisk bólu.
-Nie możesz mnie zabić. Jesteśmy nieśmiertelni!- Odparła śmiejąc się złośliwie.
Złapałam nożyce normalnie i otoczyłam nimi mglisty ogon.
-To co się stanie, jeśli go utnę?- Zapytałam zaciekawiona.
-Onee-san!- Zetsubō pojawił się na horyzoncie.- Puść ją, ty...
-Stul pysk, lisi śmieciu- prychnęłam z pogardą. Trzasnęłam jeszcze raz jej łbem o ścianę. Zetsubō warknął coś po swojemu wściekły i zrobił krok do przodu, lecz musiał się cofnąć. Powstrzymywała go bariera jego siostrzyczki.
-Otwórz celę, albo pożegnasz się z kolejnym ogonem- zagroziłam.
-Skąd o tym wiesz?!- Warknęła piskliwie.
Zamknęłam z trzaskiem nożyce tuż za jej ogonem. Pisnęła przerażona, a jej demoniczy brat warknął coś z groźbą. Niby przypadkiem drasnęłam jej prawdziwy ogon.
-Sore wa itai!- Warknęła ze łzami w oczach.
-O, przepraszam. Chciałam mocniej- zachichotałam niewinnie.- Otwórz celę, bo odetnę ci nawet tę rudą kitę.
-Nie wybaczę ci tego...! Zabiję cię!- Warczał rozwścieczony Zetsubō.
-Też jestem nieśmiertelna, niestety- rzuciłam patrząc mu prosto w oczy.- Otwieraj..
Przed oczami mignęła mi puszysta kita, która po chwili owinęła się wokół mojego gardła. Zaczęłam się z nią szamotać...
Potem ciemność..
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Dwudziesty maja.
Nie mogę znaleźć Callisto..
Pokłóciliśmy się.
Zniknęła.
Przytulam jej sweterek i nie potrafię przestać się winić za to, ile złych rzeczy nagadałem jej w złości.
-Chodź coś zjeść- powiedziała cicho Caroline.
-Nie jestem głodny- odparłem obojętnie ściskając w palcach jej sweterek.- Chcę być sam..
Caro wyszła zamykając drzwi. Przepełniało mnie uczucie bezgranicznej pustki- bez Niej byłem tak strasznie samotny i to cholernie bolało.
Znów wtuliłem twarz w ciuch, próbując się uspokoić, ale nie umiałem- podświadomość łowcy podpowiadała, że Callisto jest w jakimś niebezpieczeństwie.
Byłem na siebie wściekły i ciągle zadawałem sobie pytanie: dlaczego jej nie zatrzymałem(?)
Nie potrafiłem opanować strachu i niepokoju.. Wiele razy bezskutecznie usiłowałem się do niej dodzwonić.
Musiałem jej jeszcze raz poszukać.
***
-Señor Tyler?- Zwrócił się do mnie nauczyciel.
-Może pan powtórzyć pytanie?- Zapytałem rozkojarzony.
-Co się z panem dzieje? Od kilku dni wygląda pan na przybitego- zauważył wychowawca klasy, pan Dicarlo.
-To nic takiego- nie miałem ochoty nikomu się zwierzać.
Jedyne na co miałem chęć, to zakopać się w łóżku przytulając się do jej ubrania i w ogóle się stamtąd nie ruszać.
-Przecież widać, że jesteś przygnębiony- zauważył mężczyzna przyglądając mi się z troską. Reszta grupy patrzyła na mnie tak samo.
-Wszystko gra, naprawdę- skłamałem uśmiechając się sztucznie. Dostrzegłem zmartwione spojrzenie Glorii, ale udawałem, że mnie to nie obchodzi.

-Niech to szlag...- wymruczałem zły idąc na kolejną lekcję.
Wpadłem na kogoś. Pomoce naukowe wypadły mi z rąk i wylądowały na podłodze, a ja z przeprosinami na ustach, przyklęknąłem, by zebrać rzeczy.
-Nie.. To ja przepraszam, zagapiłam się i...- urwała nagle, wpatrując się we mnie, jak w obrazek. Poczułem jej palce na swoim ramieniu. Chwilę potem odsunęła rękę i unikając mojego wzroku pomogła mi zebrać rzeczy, dostrzegłem lekki rumieniec pokrywający jej policzki.
-Dzięki- rzuciłem. Mijając ją, poszedłem swoją drogą poprawiając książki w rękach. Chwilę jeszcze czułem na sobie jej zaciekawiony wzrok.

Zetknąłem się z nią kilka godzin później, podczas przerwy, przy automacie z napojami. Stała w tłumie roześmianych koleżanek pogrążona w rozmowie, gdy w pewnej chwili zauważyła mnie.
Zacisnąłem dłoń na puszce z napojem energetycznym, gdy przed oczami stanęło mi to wspomnienie, gdy Callisto skonfiskowała mi czteropak. Znieruchomiałem na dłuższą chwilę, a puszka wysunęła mi się z palców.
Dziewczyna podbiegła i złapała szybko napój.
-To chyba twoje- wtedy zrobiła się czerwona jak burak.
-Dzięki- odparłem nie patrząc na nią. Odebrałem przedmiot.
-Wszystko gra?- Zapytała cicho, przypatrując mi się.
-Nic mi nie jest. Czemu wszyscy mnie o to pytają?- Wybuchnąłem zły.
-Przepraszam, po prostu widać, że coś cię martwi i..- pokręciła głową i odwróciła się chcąc odejść.
-Nie, to ja przepraszam- odparłem opierając się ciężko o ścianę. Upiłem łyk energetyka i usiadłem na ławce.
-Może mogłabym ci jakoś pomóc?- Zapytała po krótkim milczeniu.
Spojrzałem na nią trochę niechętnie, chociaż czułem, że muszę się komuś wygadać, bo inaczej wybuchnę.
Wyciągnąłem z wewnętrznej kieszeni zdjęcie.
-Moja narzeczona.. Zaginęła...- odezwałem się ponuro.- Martwię się o nią, bo.. Ona jest w... w ciąży i..
Wzięła fotografię i patrzyła na nią długą chwilę z namysłem.
-To na szyi... Tatuaż?- Zapytała wolno.
Kiwnąłem głową twierdząco.
-Kiedy zniknęła?- Spytała cicho.
-Przedwczoraj wieczorem..
Brunetka zamyśliła się na kilka minut.
-Ma kilka cech szczególnych- powiedziała w końcu.
-To znaczy?- Zdziwiłem się.
-Niespotykany kolor oczu. Jest piękna i nosi tatuaż, którego jeszcze nigdy nie widziałam- oznajmiła z namysłem.- Jeśli chcesz, popytam znajomych; może ktoś ją widział..- rzuciła oddając mi zdjęcie.
-Tak sądzisz..? Yyy no.. Będę wdzięczny- poprawiłem się szybko.
-Może nie powinnam, ale powiem wprost: taka dziewczyna, jak ona na bank przykuwa wzrok- odparła wbijając wzrok w płytki.
-Przykuwa wzrok- powtórzyłem szeptem, jak echo.
-Mam nadzieję, że twoja narzeczona się znajdzie- powiedziała, obejmując mnie przyjacielsko i.. Pocałowała mnie w policzek.- Nie martw się.. Będzie dobrze- mrugnęła do mnie odchodząc.
-Dzięki..- podniosłem głowę i w ostatnim momencie rzuciłem za nią.- Nie powiedziałaś, jak masz na imię..
-Diana, a ty?- odparła, odwracając się przez ramię.
-Michael- odparłem.
Szedłem na pozostałe zajęcia trochę podniesiony na duchu, ale nadal nie przestawałem myśleć o Callisto.
Włoski..
Siedziałem w ławce z głową podpartą na ręku i patrzyłem przez okno. Padał lekki deszcz. Oberwałem papierkiem i ocknąłem się z zamyślenia, podnosząc liścik. Rozwinąłem go pod ławką.
"Idziemy po szkole na strzelnicę. Przyłączysz się?"
Szybko naskrobałem odpowiedź: "Taa, muszę to wszystko odreagować" i odrzuciłem kulkę w stronę Vegi. Odczytał i podniósł kciuk w górę z przyjaznym uśmiechem. 
Nauczycielka widocznie nic nie zauważyła, bo nadal spokojnie prowadziła lekcję.

Wychowanie fizyczne, ostatnia lekcja szkolnego dnia nie napawała mnie optymizmem. Byłem zmęczony, ale nadzieja, że Callisto się znajdzie dodawała mi sił i odpędzała choć na chwilę smutek i tęsknotę.
Graliśmy w nożną, a że nie chciało mi się biegać, zaoferowałem; że stanę na bramce. Tiberius rzucił mi rękawice. Założyłem je szybko.

Hiszpanie są strasznie zawzięci, jeśli chodzi o piłkę nożną. Preferują przemyślaną, choć szybką i ostrą grę.
Odbiłem piłkę, broniąc. Przejął ją Vega i natychmiast podał do Daména, który kiwając przeciwnika, przekazał piłkę Tiberiusowi, który niemal natychmiast oddał do Vegi. Miguel podał do tyłu, do Martina del Toro, który rozejrzał się szybko i widząc atakującego, podał do wolnego z naszej drużyny. Ten przyjął i strzelił celnie.
***
Po szkole. Cała trójka była w dobrych humorach.
-Nie łam się, Gringo: wszystko będzie dobrze- Damén objął mnie ramieniem i poczochrał.
-Zjazd, świrze- odepchnąłem go lekko.- Staram się w to wierzyć- dodałem niepewnie.
-I tak trzymaj; chłopie- powiedział z otuchą Vega.
-Wszystko się ułoży, tylko bez załamki- Tiberius szturchnął mnie.- Twoja piękność na pewno nie poddaje się tak łatwo.
-Po prostu cholernie za nią tęsknię..- westchnąłem ciężko.
-Znam ten ból- odezwał się Vega- czasem mam ochotę rzucić to wszystko w cholerę, ale uświadamiam sobie; jak by mi mojej brakowało.
-Nie mówiłeś, że masz dziewczynę- zauważyłem.
-Żonę, od pół roku- poprawił ze śmiechem, obracając na serdecznym palcu prawej dłoni obrączkę.
-Przecież... no...- zatkało mnie.
-Jestem od was trzy lata starszy, poza tym rok wcześniej poszedłem do szkoły- wyjaśnił.
-I rok kiblowałeś- rzucił złośliwie Damén.
-Przyganiał kocioł garnkowi- odciął się ironicznie Miguel Vega.
Stanęliśmy przed niezbyt zachęcająco wyglądającymi drzwiami, które Miguel pchnął lekko. Ustąpiły z delikatnym skrzypnięciem i zeszliśmy po schodach do środka.
-Siemka- facet drgnął słysząc głos i odwrócił się.
Znałem go. Organizował skoki na wampirze konwoje.
-Gdzie byłeś? Moja córka jest wkurzona i zamierza urwać ci łeb- rzucił na powitanie stary Carlos.
-Jestem pewien, że to mi nie grozi- zanim zdążyliśmy go ostrzec; uchylił się przed nadlatującą puszką i spojrzał na brunetkę.
-Miłe powitanie, skarbeńku- rzucił z lekkim uśmieszkiem.
-Powinnam urwać ci łeb i rzucić psu na pożarcie- odwarknęła ostro.- Od trzech dni nie było cię w domu. Lepiej nie mów, że nie miałeś czasu, łaskawie, do mnie zadzwonić.
-Jest jeden maleńki problem: my nie mamy psa- stwierdził Vega starając się zachować powagę.
-Nie pyskuj...- zasyczała przez zęby.
-Po ślubie wszystkie zamieniają się w wiedźmy- rzucił do mnie z ironią.
-Przynajmniej żyjesz, jak w bajce- znów czymś w niego rzuciła.
-Diabeł, nie kobieta.. Wszystkie wasze dziewczyny takie są?- mruknąłem do Tiberiusa.
-Carmen, w porównaniu z innymi naszymi, jest jeszcze niewinnym aniołkiem- odmruknął i pochwycił magazynek, którym dziewczyna w niego rzuciła
-Mogłam się spodziewać, że sprowadzasz mi męża na złą drogę, bracie. Powinnam ci dokopać- spiorunowała go wzrokiem.
-To twoja siostra?- Zdumiałem się.
-Bliźniaczka- przytaknął przewracając oczami.
Carmen odłożyła kolejny magazynek i podchodząc przytuliła się do Miguela.
-Po prostu się o ciebie martwię- powiedziała cicho.
-Wiem- objął ją czule i pocałował we włosy.
W tym momencie z tylnego pomieszczenia wybiegł czterolatek. Potruchtał do Miguela, wołając radośnie "tata".
-Chodź no tu, skarbuś- rzucił chłopak przytulając synka, który spojrzał na mnie z zaciekawieniem. Zawstydzony szepnął coś cichutko do Miguela.
-To mój kolega, skarbie- rzucił pieszczotliwie do dziecka.
-Jest trochę inny- zauważył chłopiec przyglądając mi się z ukosa.
-Jestem obcokrajowcem; mały- przyklęknąłem przy dziecku.
-I tak dobrze zna pan hiszpański?- Zdziwił się chłopiec podchodząc do mnie.
-Przepraszam, jest ciekawski- odezwał się Vega.
-Raczej spostrzegawczy, a to dobra cecha- odparłem mrugając porozumiewawczo.- Hiszpański to mój ulubiony przedmiot w szkole- wyjaśniłem dziecku.- To, co? Idziemy postrzelać?- Rzuciłem do jego ojca.
-A lekko- rzucił wesoło Vega.

-Strzelnica, jak się patrzy- gwizdnąłem z podziwem.
W tym momencie uchyliłem się przed sztyletem, który obracając się w powietrzu wbił się we framugę drzwi.
-W swoich nie wal!- Prychnął Tiberius.
-Nie wiedziałem, że ktoś idzie- odparł z wyrzutem młodszy od nas nastolatek. Wyciągnął broń z framugi, idąc do kanciapy. Zamknął drzwi.
-Rodzeństwo- sapnął Tiberius z ciężkim westchnieniem.
Bez słowa wepchnąłem magazynek w pistolet i przeciągnąwszy zamek zacząłem strzelać.
Wtedy obraz przed moimi oczami nagle się zmienił. Zobaczyłem ten pomarańczowy dom na slumsach, a po chwili ciemną, brudną celę i Callisto. Głodną, brudną i osłabioną. Powoli uniosła powieki.
-Zabierzcie mnie stąd..- szepnęła żałośnie samymi wargami.
Nagle obraz zaczął śnieżyć, jak zepsuty telewizor i zobaczyłem co innego.
Chłopca o skośnych żółto-zielonych oczach stojącego w ciemności.
-Nana tenshi... Onegai.. Karisuto-sama..- powiedział błagalnie.
-Nic nie rozumiem..- zacząłem oszołomiony. Miałem wrażenie, że nieznajomy chce mi powiedzieć coś ogromnie ważnego.
-Kitsune... Kitsune- powtórzył szeptem- Anata no kodomo..- Nagle zmienił się w śnieżnobiałego lisa z dwoma ogonami. Chyba chciał, żebym szedł za nim.

Biegłem za lisem aż dotarłem do ciemnych, zimnych cel. Po dłuższej chwili moje oczy przyzwyczaiły się do mroku. Chłopiec-lis przystanął przed kratami w połowie korytarza.
Dopadłem do nich i zacisnąłem mocno dłonie na prętach.
Callisto!
Była w opłakanym stanie. Drżała, mamrocząc coś niezrozumiale.
-Moje Kochanie...- wyszeptałem przerażony.

-Obudź się... Wstawaj, chłopie- usłyszałem jakby z oddali zdenerwowany głos Daména.

Otworzyłem oczy i podniosłem się gwałtownie. Zakręciło mi się w głowie, a Vega złapał mnie szybko i ułożył na podłodze.
-Nie wstawaj przez chwilę- pouczył mnie.
Milczałem. Świat zawirował mi przed oczami. W środku wszystko mi się trzęsło- serce chciało wyskoczyć z piersi, a oddech przyspieszył...
-Nic mi nie jest..- powiedziałem wstając szybko, zachwiałem się, a Tiberius podtrzymał mnie w pionie i siłą usadził na jakimś krześle. Sięgnąłem do kieszeni po telefon i wybrałem numer Tori.
-Co jest grane, Michael?- Rzuciła rzeczowo.
-Chyba wiem, gdzie jest Cally- odparłem.
-Nawijaj- odpowiedziała machinalnie.
Opowiedziałem jej całą historię. Słuchała w tle stukając w klawiaturę komputera.
-Nana tenshi, to po naszemu Seventh Angel- chwila ciszy w słuchawce.- Ten brudas Krzyżanowski.. On musi coś o tym wiedzieć..- Zasyczała wściekle.
-Gdzie ty w ogóle jesteś?- Zapytałem wolno.
-To długa i pogmatwana historia- zbyła mnie.- Jeśli u nas jest jedna z tych Bram, to u ciebie też może coś takiego istnieje..- zauważyła.
-Sprawdzę to, cześć.
-Też się rozejrzę, nara- koniec rozmowy. -No, to sobie zagramy; dranie- mruknąłem do swoich myśli.
-Mogę się dowiedzieć, co jest grane?- Zapytał ostrożnie Tiberius.
-Dużo by opowiadać, cześć- rzuciłem biegnąc do wyjścia.
***
Chodziłem po mieście, nie do końca wiedząc, czego szukać.
W myślach odtwarzałem notatki, które robiliśmy razem z Cally przy śledztwie na temat "Syndromu Anioła".
-Dziwny dom, z którego już nikt nie wychodzi- mruknąłem w zastanowieniu.
-Znam coś takiego- odezwał się w tłumie ludzi głos za mną, a ja odwróciłem się zdziwiony, że osoba słyszała mnie w takim gwarze.
Otaksowałem ją spojrzeniem. Była kobietą koło dwudziestu pięciu lat, długowłosą blondynką z dość zwariowaną fryzurą, ubraną na czarno, choć trochę w dziwacznym stylu- coś jakby skrzyżowanie cosplayu z... niewiadomo czym. Na jej szyi wisior z rzucającym się w oczy krzyżem a na środkowym palcu pierścionek z kwadratowym ciemnobłękitnym kamieniem. Wyrazisty, ciemny makijaż, oraz buty na platformie. Wyglądała, jak niezbyt udana kopia gitarzystki Suriel's Grave.
-Naprawdę?- Udałem zaciekawienie.
-Mhm- potwierdziła wolno, gdy przysiedliśmy na jakiejś ławce.- To kilka ulic dalej, była tam kiedyś fabryka Seata..
Zaraz... Idąc do szkoły przechodzę koło..(?)
-Bingo!- Rzuciłem w olśnieniu.- Mam was..- wstałem z ławki i w biegu uśmiechnąłem się do zaskoczonej dziewczyny.

Tori Miles, Królowa Ogólniaka.
-Królestwo za kawę- rzucił z rozmarzeniem Lucas, ziewając.
-Właśnie w tym was przewyższamy, nie potrzebujemy snu- Zakpił związany Rafael.
Mocny cios powalił go na betonową podłogę.
-Mówiłeś coś, brudasie?- Spytał wysoki z ironią.
-Mówiłem, że jesteście śmieciami, Worku Krwi- rzucił z kaszlącym śmiechem chłopak o dwukolorowych oczach.
-Zmień płytę. Przynudzasz- rzuciłam niosąc filiżankę kawy i cukierniczkę.
-Wampiry.. Obrzydliwe, cuchnące krwią zwierzęta- skomentował z odrazą Angello.
-Masz?- Spytał wymownie Lucas.
-Pewnie, że mam- Przewodniczący Stowarzyszenia rzucił w jego stronę nieprzejrzysty pojemnik wielkości kieszonkowej książki. Rafael odsłonił kły i warcząc, próbował rozerwać więzy.
Lucas wyciągnął z pudełeczka strzykawkę z czymś zielonym i z mściwym uśmieszkiem przesunął ją tuż przed oczami Rafaela.
-To nie musi się tak skończyć, brudasku- rzucił Lucas udając smutek.- Zacznij śpiewać, a nic ci nie zrobię.
Więzień spojrzał nań z odrazą, sycząc:
-Pierdol się.
-Twoje fantazje erotyczne niespecjalnie mnie  interesują.. Dziękuję, Tori- zwrócił się do mnie swoim chłodnym głosem. Posłodził kawę i upił łyk.- Czemu zawsze ja odwalam czarną robotę..(?)- westchnął ciężko.
-Może dlatego, że masz błyskotliwy umysł- stwierdził Angello z trudem powstrzymując się od śmiechu.
-Dzięki za delikatną definicję mojego psychopatyzmu- zakpił w odpowiedzi Lucas.
-Ja tego nie powiedziałem...- rzucił Angello
-Ale pomyślałeś- odbił piłeczkę wysoki.
-No, dobra: masz mnie- przyznał niebieskooki.

Przesłuchania ciąg dalszy. Rafael nadal pyskuje i odmawia odpowiedzi.
-Nie pozostawiasz mi wyboru, brudasku- westchnął Lucas pijąc lemoniadę z puszki, zręcznie podrzucał i łapał strzykawkę. 

Powoli podniósł się z krzesła i zdjął z igły osłonkę. W mgnieniu oka przycisnął Rafaela do ściany i podał mu środek.
-Mam sporo wolnego czasu, a ty i tak wyśpiewasz, co wiesz- zauważył wysoki spokojnie.
-Nic ci nie powiem..- odparł ledwie słyszalnie Rafael wbijając wzrok w podłogę.
-Mogę cię do tego zmusić; nie zależy mi; ile to potrwa- odparł Lucas ze wzruszeniem ramion. Upił kolejny łyk z puszki i przymknął na chwilę oczy.- Brudne, cuchnące krwią bestie- mruknął do siebie z nienawiścią i odrazą, a jego oczy błysnęły jakimś uczuciem, którego nie potrafiłam jeszcze odszyfrować.
Rafael zwisł w łańcuchach. Wzrok miał utkwiony w podłodze i dziwnie się trząsł.
***
Trzeci dzień przesłuchania, piętnasty maj...
Uprzedziłam Vincenta, że będę w domu trochę później niż zwykle, żeby się o mnie nie martwił. Opowiedziałam o zniknięciu Cally, a on obiecał, że rozejrzy się po mieście.
Lucas siedział przed Domem Klanu i pijąc lemoniadę z puszki patrzył w dal. Myślami był jakby gdzieś daleko stąd.
-Przeklęte Bestie- mruknął nadal pogrążony w myślach. Oparty o ścianę przymknął na chwilę oczy, a jego oszpecona twarz przybrała zamyślony wyraz.
-O czym myślisz, Lucas?- Spytał tuż obok Morgenstern.
-Zastanawiam się, czy ten brudas nie chce, czy nie może gadać- zauważył wysoki szarooki.
-Co chcesz przez to powiedzieć?- Zdziwił się Celownik, patrząc nań z boku.
Lucas spojrzał w jedyne oko Morgensterna zastanawiając się przez chwilę.
Ku nim podbiegł wampir. Zamienili po cichu kilka słów i ruszyli w stronę podziemnych cel.

Rafael wisząc w więzach rozglądał się po pomieszczeniu szeroko otwartymi oczami. Wyglądał, jakby nie wiedział, gdzie jest i, co się dzieje.
-Co jest grane? Czemu jestem skuty..?- Zaczął się szarpać w łańcuchach.- Puśćcie mnie!
Lucas powstrzymał jednego z wampirów.
-Wezwij swoją Panią- rzucił krótko.
-Rozkuj mnie natychmiast, ty łowczy psie!- Rozkazał wściekle więzień.
-Pamiętasz coś z wczoraj?- Przerwał mu Lucas spokojnie.
Wyraz twarzy Krzyżanowskiego złagodniał, gdy ten pogrążył się w myślach.
-Nie wiem nawet, jaki mamy dzień..- zauważył z porażką kręcąc głową odmownie.
-Dwudziesty kwiecień- rzucił krótko Lucas.
Rafael wbił w łowcę zdumione spojrzenie.
-Niemożliwe...- szepnął.- Dopiero co był październik.. Ja.. Nic nie pamiętam...- powiedział oszołomiony.
-Jakieś kłopoty?- W drzwiach stanęła Livia.
-Nic nie pamiętam... Nie pamiętam..- Powtarzał Rafael oszołomiony.
-Półroczna przerwa w życiorysie? Nie wierzę- zauważyła.
-Przysięgam... Mówię prawdę..- szepnął. Nagle jego oczy błysnęły czerwonym płomieniem, a chłopak wybuchnął śmiechem.
-Gra nabiera tempa- powiedział nieswoim głosem.
Trzask. Z dłoni wampirzycy wysypały się okruchy szklanki. Jej oczy zapłonęły szkarłatem, a z ciała Rafaela trysnęła krew.
-Opanuj się, pani klanu Vain- odezwał się sprzed stolika Angello.- Być może on też jest przez nich opętany- zauważył z zastanowieniem.
-Na jakiej podstawie tak twierdzisz, Cherub?- Zapytała chłodno.
-W moim języku przeklina nawet lepiej, niż ja sama- odezwała się siedząca obok Angello Japonka.- Jak sądzę nigdy nie miał styczności z tym dialektem- zasugerowała.
-Z pochodzenia jest Polakiem, więc raczej wątpię- oznajmiła kobieta
Yuri poprawiła kimono wstając. Podeszła do Rafaela i spojrzała mu głęboko w oczy.
-Anata no namae- zwróciła się do więźnia.
Z ust Rafaela wydobył się przerażający chichot i gadzi syk.
-Omae wo korosu- rzucił chichocząc wesoło.
Yuri patrzyła nań obojętnie; a my z rosnącym niepokojem obserwowaliśmy wydarzenia. Odwróciła się, jakby chciała odejść, a sekundę później wyprowadziła cios. To coś o postaci Rafaela zasyczało wściekle i zaczęło kląć i grozić. Azjatka przesunęła tuż przed jego oczami trzymaną w palcach prostokątną karteczkę z jakimiś krzaczkami. Demon umilkł i wbijał świecące fuksją ślepia w skrawek papieru.
-Densetsu no kitsune- szepnął wystraszony.
-Anata no namae- rzuciła wyczekująco.
-Itami desu...
Dziewczyna w kimonie wzięła ze stołu dziwaczne oklejone karteczkami pudełko, mamrocząc coś po swojemu.
-Właź do pudła- nakazała spokojnie, a nam poopadały szczęki.
-A jak nie?- Zaczął.
Twarz Yuri wydłużyła się w lisi pysk, wyrosły jej lisie uszy, a spod kimona błysnęło dziewięć ogonów- zawarczała ruchem pyska wskazując pudło, a jej ślepia zaiskrzyły jasnym różem. Przybrała postać pół człowieka- pół lisa.
Obłoczek popielatego dymu uniósł się nad Rafaelem i pod naporem groźnego wzroku lisicy wskoczył do pudła.
-Nie powiedziałaś, że jesteś jedną z nich- warknęła Livia odsuwając się przezornie.
Dziewczyna przybrała normalną formę i zamykając karton odparła:
-Kapłanki Fushimi Inari to w większości lisice, myślałam; że o tym wiecie- zauważyła ostrożnie.
-Teraz już tak- rzuciła z ironią wampirzyca.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów..
Wczesny wieczór spędziłem przy laptopie, szukając informacji o Seventh Angel i naszym obecnym problemie zwanym lisimi duchami.
Przydatne fakty notowałem sobie na bieżąco.
Jedyne, czego mogłem być pewien to to, że Callisto jest gdzieś uwięziona i muszę ją stamtąd wyciągnąć. Za wszelką cenę. Byłem również ciekaw, kim jest ten dzieciak z mojej wizji i, czy na pewno mogę mu ufać.
Kliknąłem w kolejny link, a ekran laptopa spowiła czerń.
-Nie rób mi tego.. Nie teraz..- jęknąłem myśląc, że sprzęt znów zaczyna szwankować. Podparłem głowę na ręku.- No, nie wierzę...- westchnąłem z niemałą irytacją, grzebiąc w ustawieniach wyświetlacza.

Wykorzystałem chyba milion kombinacji i już chciałem się poddać, gdy moja ręka drgnęła przesuwając pasek kontrastu o zaledwie jeden procent. Ukazała się czarna witryna z karmazynowym napisem w tym dziwacznym alfabecie, którego używała Yuri. Przepuściłem stronę przez tłumacza, bo skoro ktoś zadał sobie tyle trudu, by ukryć jej treść; to pewnie zawiera ona coś ważnego.
***
-To nie jest śmieszne, Google- mruknąłem, gdy na wyświetlaczu ukazało mi się jakieś forum dla wampirów. Jednak temat wątku okazał się interesujący, a głosił: "Śmiejący się strach". Pogrążyłem się w lekturze.

Użytkownicy grupy dyskusyjnej opisywali swoje doświadczenia związane z kitsune, ale i stworzeniami zwanymi akuma. Z tego, co udało mi się zrozumieć te ostatnie w jakiś sposób podlegają kitsune i...
Czytając dalej upiłem łyk Fanty i prawie bym się udławił- opisem tego czegoś były nasze rybo-ślimaki!
-Cholera..- zakląłem pokasłując.
Ktoś poklepał mnie mocno po plecach.
-Dzięki..- wysapałem.
-Wiedziałam, że nie odrabiasz lekcji- zauważyła Caroline.
-Skąd ty tutaj?- Zdziwiony odwróciłem się do niej na biurowym krześle.
-Przerzucili nas spowrotem- odparła wolno.- Pijawy świrują tu na maksa.- A ty? Znalazłeś coś?
-Na razie nic szczególnego, ale przeglądam ciekawe forum dla pijawek- odparłem.
-Co w tym interesującego?- Spytała bez entuzjazmu.
-Jeszcze do tego nie doszedłem, ale na pewno coś znajdę- odparłem.- A wy?
Natrafiliście na coś?- Spytałem.
-W opuszczonej fabryce Seata wampir, którego ścigaliśmy zniknął bez śladu i to na naszych oczach- przyznała na pół ze wstydem i zaskoczeniem.
-Kolejne dziwne zniknięcie wampira- mruknąłem z zastanowieniem.
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
Słysząc przy drzwiach jakieś zamieszanie wszyscy podnieśliśmy głowy. Wampir oberwał. Jakoś zdołał wyrwać się strażnikom, a ci ruszyli za nim. Nagle widząc mnie znieruchomiał. Dopadł do dzielących nas krat i zacisnął na nich ręce.
Te platynowoblond włosy i czarne, jak węgiel oczy, oraz niezmiennie blada twarz pozbawiona szczęśliwego uśmiechu.
-Ca..llisto Ana..belle- i ten głos, którego miałam już nigdy nie usłyszeć.
Z trudem podniosłam się i podeszłam do krat. Nasze dłonie splotły się w mocnym uścisku.
-Marius... Ty żyjesz... Żyjesz..- szepnęłam w głębokim zdumieniu.
-Szafirku... Ciebie też TO spotkało...- poczułam na jednym z jego palców pulsujący Mocą pierścień. Lazuryt.
Kraty nagle odjechały na bok przechodząc przez nasze nadgarstki, jak przez próżnię.
Wyciągnął mnie z celi i zatonęłam w jego ramionach.
-Stara miłość, jakie to cudowne uczucie, prawda?- Zapytał Zetsubō śmiejąc się paskudnie.
-Czego chcesz?- Zapytałam nieufnie.
-Och, Skarbie. Nie psuj takiej pięknej chwili- zachichotał złośliwie.
-Nie nazwałbym jej "piękną"- odezwał się cicho Marius.
-Przecież jesteś tu ze swoją Ukochaną, czego chcieć więcej...?- Zetsubō wyraźnie coś kombinował..
-Ona jest "własnością" kogoś innego- odpowiedział spokojnie Marius.
-Przecież mieliście być parą- zaczął zaskoczony chłopiec.
-Skąd o tym wiesz?- Warknęłam ostro, a palce Mariusa przylgnęły do moich ust nakazując mi ciszę.
-To prawda. Byliśmy sobie Przyrzeczeni, ale to było dawno temu.. Mimo to nie  potrafię kochać jej inaczej, niż jak młodszą siostrę...- skończył spokojnie Marius.
Zetsubō nie spuszczając błyszczących fuksją kocich ślepi z Mariusa cofnął się o pół kroku.
-Ty... Nie żartuj sobie- zaczął z niedowierzaniem kitsune, przybierając postać pół chłopca- pół lisa.- To.. To bzdura!- Wybuchnął nagle drwiącym śmiechem, nadal wierząc; że czarnooki blefuje.
-To rzeczywistość- oznajmił spokojnie Wadera.- Callisto zawsze była dla mnie nikim innym; jak osobą, którą traktowałem; jak siostrę- Oznajmił przyciskając mnie do swojej piersi. Obejmował mnie zupełnie, jak dawno temu- mocno i jednocześnie tak, jakby mówił: jestem twoją siłą, przy mnie nikt nie zrobi ci krzywdy.
Przylgnęłam do niego. Sama przez te lata nie do końca wiedziałam, kim dla mnie był; ani kim mógłby być i co wobec niego czułam. Nasze wcześniejsze relacje były niejasne- ja nazywałam go narwanym idiotą; a on mnie po prostu Szafirkiem; potrafił mnie doprowadzić do szewskiej pasji jednym słowem; czy drobnym komentarzem, a gdy go za to opieprzyłam zwyczajnie przepraszał. Potrafiliśmy kłócić się z powodu błachostek, rywalizować ze sobą, godzić się walcząc ramię w ramię; rozmawiać o głupotach. Byliśmy różnymi ludźmi, ale był z nas naprawdę zgrany łowczy team.
Kurushimi wyszła zza pleców brata chichocząc.
-Uso!. Nie istnieje między obcymi sobie ludźmi braterska miłość- oznajmiła patrząc mu w oczy. 
Marius przytulił mnie jeszcze mocniej. Przy nim ból nasilającego się pragnienia stawał się bardziej znośny, ale...

Ten zapach..

Kitsune zaatakowały. Marius odskakiwał robiąc uniki. Kopniakiem odrzucił Zetsubō. Spomiędzy krat celi obok mojej wystrzeliła ręka zaciskając się na gardle Kurushimi.
-Zabiję cię...- powiedział ochrypłym głosem Torres. Długi paznokieć oparł się na szyi demonicznej dziewczynki. Pojawiła się plamka krwi.
Marius zwrócił głowę w kierunku głosu.
-Czego stoisz, durniu?!- Warknął Czystokrwisty w stronę oniemiałego z zaskoczenia Mariusa.- Zabieraj ją i w nogi! Uciekajcie stąd!
Marius bez słowa pociągnął mnie za sobą. Odwróciłam się przez ramię. Z krat wystrzeliły ostre szpile rozrywając Torres'a na strzępy.

Zaparłam się nogami, Marius  obrócił się na pięcie i wziąwszy mnie na ręce biegł dalej.
-Musimy tam wrócić- powiedziałam z naciskiem.
-Nie ma mowy- odparł tonem nie znoszącym sprzeciwu.
-Marius, muszę go ocalić! Zrozum mnie!- Zaprotestowałam.
-To ty zrozum! W tym stanie jesteś tylko ciężarem! Nie będę mógł cię ochronić!- Odparł niecierpliwie, a ja zamknęłam oczy z trudem powstrzymując łzy. Jednak obiecałam sobie, że wrócę po Hideyoshi'ego.
-Nie będę mógł cię ochronić, Callisto- powtórzył cicho, biegnąc.
***
Skręcił i zobaczyłam lśniące czystością, bogato urządzone pokoje po obu stronach korytarza. Po chwili obraz zmienił się na ponurą i  opuszczoną halę produkcyjną.
Wyważył butem drzwi i wpadliśmy na kogoś. Marius ślizgnął i w mgnieniu oka pochwycił mnie niemal tuż nad ziemią.
Chłopak wstając, podniósł okulary i założył je na nos. Widząc mnie w innych objęciach nie do końca wiedział, jak na to zareagować.
-Moje Kochanie...- poczułam dotyk jego palców i ciepło.
Jego słodka woń obudziła we mnie żądną krwii bestię. Zaczęłam wyrywać się Mariusowi. Ogarnął mnie ramionami, unieruchamiając.
-Nie zbliżaj się..- powiedział cicho.
-Kim jesteś?- Zapytał zielonooki ostro.
Marius siłą odwrócił mnie do siebie i przycisnął mocno do swojej piersi.
-N-Nie...- Opanowałam się i zaczęłam stawiać opór.
-Zrób to- przerwał ostro, nie pozwalając mi się wyrwać.
-Przestań jej rozkazywać!- Warknął wściekły Michael, chcąc podejść.
-Powiedziałem, żebyś się nie zbliżał. Ona potrzebuje krwii, inaczej..- gdy straciłam siły, ukląkł ze mną na asfalcie.- Callisto... Szafirku..- przytrzymał moją twarz i spojrzał mi w oczy.
Bolało.. Czułam kłujący chłód i ciemniało mi przed oczami. Byłam taka ciężka..
Słaba.
Gardło okropnie paliło, a ciało płonęło z pragnienia. Kły wibrowały ogromnym bólem, z ust wyrwał mi się wrzask.
-Szafirku... Proszę..- Szepnął ten drogi mi głos. Jego dotyk zadawał mi niewyobrażalne cierpienie, a zapach potęgował te męczarnie.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Nie chcę...- wyjęczała błagalnie.- Nie chcę cię znów.. stracić...- Jej słowa bardzo mnie zabolały.
Kim on dla niej jest?- Zadawałem sobie to pytanie, próbując stłumić ból.
-Puść.. Puść mnie, Wadera!- Zawyła z bólu.
-Nie, póki się nie napijesz- oznajmił cicho i spokojnie.
Zamarła na dłuższą chwilę. Bardzo powoli podniosła głowę i spojrzała w jego czarne oczy. Odbijająca się w nich twarz Callisto wyrażała uczucie nierozerwalnej więzi; jakby on był dla niej kimś więcej; niż ja..
-Szafirku, pomyśl o nich- powiedział wampir cicho.- Troszcz się o swoje dziecko.. O niego- starał się ją przekonać.- Szafirku, chcę ci pomóc.. Pozwól mi na to i weź..- Czarnooki blondyn przytulał lecącą mu przez ręce Callisto, która oddychała ciężko; próbując się uspokoić.
-Nie chcę, żebyś znów cierpiał..- szepnęła słabo.
-To nic, Szafirku- zapewnił ją kojąco.- Jeśli tylko tyle mogę zrobić, żeby odwdzięczyć ci się za to wszystko..- urwał nagle, przymykając na chwilę oczy.- Chcę tylko twojego dobra; Callisto Anabelle Raven!.- chwycił dziewczynę za ramiona i potrząsnął nią ze złością.
-To chore... Mam krzywdzić, kogoś, kogo kocham- widziałem, jak cierpi- bo to dla „mojego dobra”? To po prostu chore... Chore; Marius...- szepnęła z trudem.
-Poświęcenie dla kogoś nie jest chore; Szafirku- odparł cierpliwie.- Ty też zrobiłabyś to dla niego- dostrzegłem, że ruchem głowy wskazał mnie, lecz nadal wbijałem wzrok w asfaltową nawierzchnię. Gapiłem się w nią uparcie, choć miałem ochotę dopaść do tego kolesia i pociąć go w idealnie równą kostkę.
-Szafirku- powiedział pieszczotliwie, głaszcząc jej włosy.
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
Czułam bicie serca Małej. Słabnące uderzenia w moim ciele sprawiały, że grunt uciekał mi spod nóg. Wiedziałam, że jeśli ją stracę załamię się. Zwariuję. Bałam się, że jeśli stracę ją; stracę również Michaela.
Poczułam usta Mariusa na policzku. Przylgnęły do niego, delikatnie, jak skrzydła motyla.
-Nie walcz ze sobą.. Potrzebujesz krwii, Szafirku- szepnął uspokajająco.
Moje kły delikatnie przebiły jego arterię. Zaczęłam pić..

Smak jego krwi był oszałamiający. Po tylu dniach głodu rozgrzewał moje ciało, jak gorąca herbata zimą. Krew Mariusa była słodka, jak nektar i dawała mi więcej siły.

Poza tym serce Małej zaczęło się stabilizować.
Po kilku minutach przestałam pić. Moje szkarłatne tęczówki odbijały się w jego czarnych, gdy patrzyliśmy na siebie.
Wtedy uświadomiłam sobie, że nie powinno go tutaj być..
On przecież nie żyje..
-Nie żyje..- Szepnęłam słabo, chwytając mocno jego dłoń z lazurytową biżuterią.
-Jestem taki sam, jak oni; Szafirku- Marius wbił oczy w ziemię.- Jestem jednym z tych brudnych krwiopijców- powiedział dobitnie, puszczając mnie. Wstał i odwrócił się, chcąc odejść, ale wyciągnęłam rękę, zamknęłam jego nadgarstek w dłoni i podniosłam głowę.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Nie zostawiaj mnie znowu..- szepnęła z przywiązaniem.
Podniósł ją na nogi.
-Dopiero, gdy zniknę będziesz szczęśliwa- odparł cicho.
Strzeliła mu mocnego liścia.
-Wiesz, że nie będę!- Wykrzyczała mu w twarz, rozdrażniona zaczęła go okładać pięściami w bezsilnej złości.- Powiedz mi prawdę! Kim dla ciebie byłam? Kim teraz jestem?
Młody mężczyzna patrzył na nią, cierpliwie znosząc jej ciosy. W jego pełne mroku tęczówki zakradło się coś na wzór uśmiechu.
-To, co im powiedziałem było prawdą. Kochałem, kocham i będę cię kochać tylko jako siostrę- powiedział cicho Marius znów całując delikatnie jej policzek. Wziął ją na ręce.
Jego stwierdzenie otrzeźwiło mnie, odganiając ból i niepewność.
|•••|
Mieszkał niedaleko. Sam w dużej posiadłości. Powiódł mnie do salonu, i poszedł w stronę sofy, gdzie ułożył śpiącą Callisto.
-Pewnie jesteś wściekły- odezwał się, gdy rozglądałem się po pomieszczeniu.
-Naprawdę traktujesz ją tylko jak siostrę?- Zapytałem przyglądając mu się uważnie.
-Nie pytasz, kim jestem?- Odparł pytaniem.
-Chyba wystarczy mi wiedzieć, że jesteś wampirem- zauważyłem.
-Chyba źle sformułowałem pytanie- stwierdził z ironią. Otworzył przyległe drzwi, a po chwili wrócił z kilkoma torebkami krwi.
-Ona.. Jest do ciebie przywiązana..- powiedziałem niepewnie, zawieszając wzrok na starej tarczy z Wilczycą w herbie.
-To było dawno temu- odpowiedział spokojnie Marius.- Byliśmy... Cristopher chciał, żebyśmy byli małżeństwem..- pokręcił głową z niedowierzaniem; jakby uważał to za totalną głupotę. Rozerwał zębami zabezpieczenie opakowania i upił trochę transfuzyjnej, patrząc w okno.- Może to prawda; że jesteśmy gorszymi mordercami, niż Oni..- westchnął ciężko.
-Bredzisz bez sensu- zauważyłem powoli.
-Kiedyś było inaczej, Płomień. Byłem łowcą..- Marius wzruszył ramionami.- Moją rodzinę wymordowali Rządowi na spółkę z Klasztornymi, tych którzy mieli mniej szczęścia; czyli przeżyli, wywieźli do swojego miasta. Byłem wśród tych osób- Jego oczy błysnęły czerwienią z szafki z hukiem spadł jakiś wazon.- Przy życiu trzymała mnie tylko jedna myśl. Zabić jak najwięcej wampirów, zemścić się- czarne oczy były zimne i puste.- Żyłem tak, póki na świat nie przyszła Callisto... Jej ojciec, według tradycji, przyrzekł mi ją za żonę- Marius buchnął śmiechem.- Stare rodziny praktykowały ten głupi zwyczaj.
-A kochałeś kiedyś Callisto w ten sposób?- Zapytałem z wahaniem.
Blondyn powoli odwrócił twarz od okna i spojrzał mi prosto w oczy.
-Nigdy nie czułem do niej więcej, niż braterskiej troski. Zawsze była, jak moja młodsza siostra.. Zawsze chciałem mieć siostrę...- westchnął z rozmarzeniem.
-To czemu nie odmówiłeś jej ojcu?- Zacząłem zdziwiony.
-Nie wypadało, bo to tak, jakbym go obraził- wzruszył ramionami.- Na szczęście sprawa sama się rozwiązała- dokończył pierwszą torebkę i bez wahania otwarł drugą.
Zapanowało między nami milczenie, a ja zastanawiałem się, co takiego kiedyś ich łączyło i, czy mogę mu wierzyć na słowo.

Callisto przekręciła się na bok i odetchnęła słabo. Zerwałem się z półsnu na równe nogi. Zaszumiało mi w głowie, a przed oczami zatańczyły czarne plamki.
-Wszystko z tobą w porządku?- Zapytał tuż obok Marius.
-Zaraz mi przejdzie- zbyłem mrugając szybko.
Marius zwrócił wzrok w kierunku Callisto. Podszedł do niej i przysunął dłoń do jej policzka.
-Zdaje się, że kryzys opanowany- stwierdził odsuwając rękę, okrył ją kocem.
Callisto mamrotała coś przez sen niezrozumiale. Nagle zerwała się z kanapy z szeroko otwartymi oczami, przeklinając:
-Załatwię cię, ty mały, zajebany kitsune..- przytrzymała się oparcia mebla i rozejrzała się. Najpierw spojrzała na niego, potem na mnie... I zakryła usta w przerażonym geście.
-Callisto..- oparłem jej dłonie na ramionach.
Zaczęła przeraźliwie wrzeszczeć. Odsunąłem się zaskoczony jej zachowaniem.
-Wynoście się! Zostaw mnie w spokoju; dziwko!- Spojrzałem pytająco na Mariusa, a on na mnie- chyba obaj byliśmy zdumieni zaistniałą sytuacją.
-Zostaw mnie... Nie podchodź..- przestraszona zawinęła się w koc.
-Callisto.. Moje Kochanie, co ci jest..?- Zacząłem zmartwiony.
-Nie dam ci się nabrać; Kurushimi... Nie dam się nabrać..- powtórzyła nieufnie.