niedziela, 14 lipca 2019

Hunter III Curse Rozdział XXXIII: "Najwyższa Więź" i inne życiowe przeboje...

Obserwowałem pracującego w skupieniu Wampira, który uważnie i jednocześnie okiem znawcy oglądał każdą część broni. Obejrzał dokładnie nawet oplot na rękojeści. Zdjął go i rozłożył rękojeść, spomiędzy której coś wypadło. Feu pochwycił rzecz, która okazała się zwiniętą w ciasny rulonik karteczką. Wampir rozwinął go i rzucił okiem na zapisaną na nim treść.
-Już rozumiem..- zaczął cicho.
-Co takiego rozumiesz?- Zapytał zaniepokojony Mistrz. W gabinecie nadal panowała grobowa cisza.
-Ten świstek to jedna z największych starożytnych klątw. Przeklina nie tylko broń, sprawia również, że ta jest kierowana przez właściciela na odległość.
-Wiesz, do kogo należy?- Zapytał Morgenstern.
-Muszę sprawdzić w dokumentach, ale wiem jedno: jej posiadacz zawarł Faustowski Kontrakt- oznajmił.
Spojrzałem nań nie rozumiejąc.
-To inaczej pakt z diabłem- wyjaśnił Starszy.

-I co z tym zrobimy?- Zapytał jednookii wskazując sztylet.
Feu składając spowrotem ostrze odparł:
-Jedyne; co można zrobić, to wykonanie egzorcyzmu..
-Jestem wierzący, ale nigdy nie słyszałem; żeby wypędzać demony z...- wtrącił Max.
-Zbyt krótko żyjesz,żeby wiedzieć o takich sprawach- w tym momencie ich spojrzenia się zetknęły.
-Pięćdziesiąt lat, to według ciebie krótki czas?
Czystokrwisty z Linii Starszych skrzywił wąskie wargi w ponurym uśmiechu; mówiąc:
-Żyję ponad dwa tysiąclecia; więc śmiało mógłbym nazwać cię zwyczajnym dzieckiem. Dam ci dobrą radę, Max: jeśli chcesz ocenić wiek wampira, patrz mu prosto w oczy.
|***|

Ogłoszenie parafialne

Kon'nichiwa minna!
Kolejny rozdział w budowie
Wracając do mojej zapowiedzi, zostało kilka rozdziałów do zakończenia "Hunter III"
Postaram się publikować na bieżąco
Arigato za wizyty na moim blogu
Oyasumi!

wtorek, 9 lipca 2019

Hunter III Curse Rozdział XXXIII: "Najwyższa Więź" i inne życiowe przeboje...

-Max??-Rzuciłem głośno z niepokojem.
-W porządku!- Wydyszał. Słowom zawtórowała seria mocnych kopniaków.
-Nic mi nie możesz zrobić- nieznanemu mi głosowi towarzyszył huk rozpadającego się regału.
Przeskoczyłem dziewczynę i nim zdążyła się odwrócić wbiłem jej miecz w plecy. Z truchła buchnął niebieski ogień, a ścierwo obróciło się w popiół.
Wszedłem do pokoju, z którego dobiegały odgłosy.
Wampir i Max stali mierząc się wzrokiem. Przystojny, czerwonooki uśmiechał się dziwnie. Max był podrapany,  miał podbite oko, a z rozciętej wargi płynęła strużka krwii.
-Czym ty jesteś?- Zapytał z obrzydzeniem malachitowooki, nie spuszczając oczu z przeciwnika. Dostrzegłem, że regał za nim był w drzazgach.
-Biedne Dzieci Anioła- rzekł tamten z udawanym smutkiem- wszyscy zginiecie. Zmieciemy was z powierzchni ziemi; Pogromcy- powiedział pewnym siebie i jakby groźnym tonem. Wtedy spojrzał wprost na mnie, a jego wargi wygiął mściwy uśmiech. Załopotał peleryną; a po chwili z domu czmychnął czarny pies.
-Co to, kurwa, miało być??- Wypalił w głębokim zdumieniu Forest.
-Sam chciałbym wiedzieć- westchnąłem.

Południe. Kwatera Główna Związku Stowarzyszenia Łowców, Londyn.
-Pieprzony deszcz...
-A co ja mam powiedzieć? Zresztą w cholerę z deszczem! Mamy ważniejsze sprawy- odparłem zsiadając z motoru.
Pobiegliśmy na schody, uciekając przed ulewą.
-Przewodniczący- Deere ucichł, widząc, że coś nie gra.
-Gdzie pan Morgenstern?
-U siebie- odpowiedział mój zastępca, zaskoczony.
-Poproś go na słówko; jeśli ma wolną chwilę- owinąłem broń przemoczoną koszulą.
-Załatwione- rzucił Deere odchodząc.
-On chyba naprawdę mnie nie trawi- zagadnął Max, gdy szliśmy do gabinetu.
-James? Jest ostrożny, ale to spoko facet- odgarnąłem mokre włosy z czoła.
-Wyglądasz, jakbyś dostał z armatki wodnej- przyglądał mi się uważnie.
-Chcesz wiedzieć, skąd wiedziałem- nasze oczy nagle się zetknęły.
-No, trochę mnie to ciekawi- przyznał.
-Gdybym ci powiedział, chyba byś nie uwierzył- stwierdziłem powoli.
-Z góry zakładasz, że ci nie uwierzę? Po tylu nienormalnych rzeczach, których byłem świadkiem?- Zapytał patrząc na mnie z niedowierzaniem.
-Nie o to chodzi.. To po prostu pogmatwane..
-Co niby jest "pogmatwane"? To, że mi nie ufasz; czy to, że uratowałeś mi dupę? A może jedno i drugie?- Wkurzył się.
-Wziąłeś oba wisiorki, które miałeś w tej książeczce, nie?- Zapytałem zamyślony.
-Właściwie, co ma piernik do wiatraka?- Złość na twarzy Forest'a ustąpiła miejsca zaskoczeniu.
-Po prostu odpowiedz- wzruszyłem ramionami.
-Pewnie, że wziąłem oba. Nawet nie wyciągałem ich z tej cholernej książki- obruszył się.
Pchnąłem drzwi sypialni, mówiąc:
-Coś ci pokażę- podszedłem do parapetu.
Leżał tam pleciony, srebrno-złoty wisiorek z ciernistą Księżycową Różą.
Forest przez kilka minut poruszał ustami, jak ryba wyłowiona z wody.
-Skąd on się tutaj wziął..??- Zaczął bezgranicznie zdumiony.
-To Piechur. Zawsze wraca do osoby, którą sobie upatrzy; że tak powiem- odezwał się od progu Mistrz.- Wzywałeś mnie, Przewodniczący.
-Ta, chciałem spytać o kilka rzeczy- Przeszliśmy do gabinetu.

-Zatem: o co chodzi?- Zapytał Mistrz spokojnie.
Zastanowiłem się przez moment, po czym zacząłem opowiadać wszystko od początku.
-No i... Ten wisiorek zaczął świecić, jak porąbany.. Zresztą mnie też, w pewnym sensie, odbiło; bo bez namysłu pojechałem do jego domu- ruchem głowy wskazałem Max'a- ale to jeszcze nic. Dopiero na miejscu zaczęła się niezła jazda.
-Co chcesz przez to powiedzieć?- Zaciekawił się łowca rodu Jutrzenka.
-W skrócie: nie wiedział, że mieszkam w "nawiedzonym domu" i widział ducha. Poza tym miałem wampiry na karku, a poza tym... Istnieje coś takiego, jak wampiro-pies?
-Wampiro-pies? Do czego właściwie zmierzasz; Forest?- Zdziwił się jednooki.
-Może lepiej trzymajmy się faktów- zasugerowałem i dopowiedziałem resztę tej zwariowanej historii.

Hans Tyler Morgenstern, herbu Jutrzenka rozsiadł się wygodniej w fotelu i zamyślił się na jakiś czas.
-To się zdarza. Wampir o wiele większej mocy, niż inni, często przybiera postać zwierzęcia- oznajmił tonem nauczyciela- ale jedyni, którzy mają jej na tyle, by to zrobić na xawołanie to Czystokrwiści, z linii Starszych. Nawet Arystokraci tego nie potrafią.
-Czyli Senat ma kolejnego Starszego. To kolejna komplikacja- wywnioskowałem.
-Komplikacja, albo i nie- usłyszałem usypiający głos.
-Dzień dobry, Féu, mamy coś ciekawego?- Wskazałem mu miejsce.
-Dzień dobry. Tower chce dopaść was obu, Przewodniczący- siadając spojrzał na mnie, a potem na Forest'a.
-W sumie, my ją też; więc nie wiadomo, kto kogo goni- zauważył Max.
-Nie byłbym taki pewien, na twoim miejscu- zastopował go Féu.
-Co masz na myśli?- Zapytał z naciskiem Morgenstern.
-Są dwie możliwości: albo w Zrzeszeniu jest Kret; albo Senat ma Pogromcę, który był na ostatniej Radzie. Chyba wiesz, czym są Senackie przesłuchania; Jutrzenka- zauważył Wampir niechętnie.
-Nazywaj rzeczy po imieniu: zamiast przesłuchania, użyj bestialskie tortury, mające na celu wydobycie przydatnych informacji- odparował jednooki nieco poirytowany.
-Jak wolisz- Starszy wzruszył ramionami z obojętną miną.
Ktoś zapukał i wszedł do środka. Kyle Stevens.
-Co tam?- Rzuciłem w jego stronę.
-Przepraszam, że podsłuchiwałem waszą rozmowę, ale nie mam wpływu na wilczy słuch; cześć i dzień dobry- odparł na wstępie.- Jak wyglądał ten krwiopijca?
Forest ze wszystkimi szczegółami opisał owego wampira, a Kyle zbladł; jak trup i zachwiał się, jak gdyby zrobiło mu się słabo. Oparł się ciężko o ścianę, przykładając dłoń do opatrunku.
-Ten sukinsyn..- Zasyczał z głęboką nienawiścią.- To on wybił większość Wilków w Pretorii, a mnie ranił srebrem..- Jęknął z bólu, z trudem utrzymując się na nogach.
-Masz tę broń? Może na jej podstawie dowiemy się, kim jest ten wampir- Stwierdził Féu.
-Zatrzymałem ją sobie- Podpalany rzucił przedmiot w stronę Féu.
Wampir zręcznie pochwycił sztylet i spojrzał uważnie na ostrze. Twarz napięła -się, a przez jego oczy przemknął szkarłatny płomień. Wymruczał kilka słów w nieznanym mi języku, trzymając broń płasko na dłoni.
Ta wykonała obrót i unosząc się w powietrze wystrzeliła wprost we mnie. W ułamku sekundy zrobiłem unik; a ostrze wbiło się w ramę okna, kołysząc się złowrogo.
-Wybacz, Przewodniczący- rzucił przepraszająco Féu, skłaniając głowę.- Myślałem, że "Kompas" coś da.
-Kompas?
-U nas nazywa się to "rytuałem tropiącym"- wyjaśnił Mistrz.
-Jakoś sobie nie przypominam, żeby broń po użyciu rytuału próbowała mnie zabić- stwierdziłem wolno.
-Krwawy Oręż rządzi się swoimi prawami. Z reguły jest przywiązany do konkretnego wampira- odezwał się Féu.
-To czemu...?- Zacząłem oburzony.
-Jako Starszy mogę używać zaklęć na każdej podpisanej broni, ponieważ ten rodzaj oręża przechodzi również przez moje ręce i tylko męska część Starszyzny ją kuje. Pamiętam każdy miecz, czy sztylet; który w ciągu wieków stworzyłem- oznajmił spokojnie.- Jednak przy tym egzemplarzu na pewno ktoś majstrował- Wyciągając broń z okiennicy zaczął rozbierać ją na części.

czwartek, 4 lipca 2019

Hunter III Curse Rozdział XXXIII: "Najwyższa Więź" i inne życiowe przeboje...

Siedziałem przy biurku w gabinecie i pogryzając ciasteczka czytałem książkę.

Z faktów historycznych oraz większości rodowych kronik wynika, iż bicie dzwonów było najczęściej zwiastunem zbliżającego się niebezpieczeństwa lub wojny. 
Poniżej prezentujemy przykłady przesądów, które przetrwały do czasów współczesnych: 
*Rada zakończona pierwszym dzwonem obwieszczającym północ, będzie ostatnim zgromadzeniem przed wojną z wampirami* 
*Obecność Pogromcy w pobliżu bijących nocą kościelnych dzwonów przynosi owemu szczęście* 
*Mawiają, że całująca się przy dzwonnicy para, będzie szczęśliwym małżeństwem* 
W tym momencie oparłem głowę na ramionach i przez kilka chwil uśmiechałem się do siebie, jak idiota.
-D. zrób coś z nim, znowu kima przy biurku- rzucił zmartwiony (?) Forest.
Podniosłem głowę, gdy obajOz Daménem zajrzeli.
-Wcale nie śpię, Forest- odpowiedziałem lekko urażony.
-Miałeś mi mówić po imieniu- burknął Max niezadowolony.
-Ty też mówisz mi po nazwisku- odszczeknąłem się zamykając tom.
-Serio? Jesteś, jak wrzód na dupie; skoro tak się o wszystko czepiasz- zaczął że złością.
-Nawzajem- odprychnąłem, po czym obaj wypaliliśmy rechotem.
Damén z niedowierzaniem pokręcił głową i gdzieś wsiąkł. Kwadrans później wrócił z dwiema filiżankami herbaty i ciastkami.
Upiłem łyczek panującej zielonej herbaty i odetchnąłem z ulgą.
-Wreszcie relaks...

Następnego dnia.
-Słońce... Wypierdalaj..- jęknąłem w półśnie zakrywając twarz poduszką.
-Śniadanie, śpiochu- rzuciła z wesołym śmiechem Clarissa.
Poderwałem się całkiem rozbudzony i z hukiem wylądowałem na podłodze.
-Która godzina..?
-Dziewiąta rano- odparła ziewając.
Przetarłem twarz i podniosłem się z łóżka. Wciągnąłem na siebie koszulkę z podniszczonym logiem Pepsi.
-Wiesz, co?- Zaciekawiła się.
-No?
-Masz ładniejszy tyłeczek, niż Michael- zauważyła z namysłem.
Właśnie zakładałem krótkie jeansy. Zachwiało mną i zaliczyłem glebę z nogami zaplątanymi w nogawkach.
-Dziękuję, twój komplement mnie POWALIŁ- skomentowałem wesoło.
Piwnooka uśmiechnęła się szeroko. Dobrze, że ma równie specyficzne poczucie humoru.
Wciągnąłem się wreszcie w te bojówki i zacząłem zakładać buty.
-A to co takiego?- Zdziwiona wskazała na parapet, gdzie coś pulsowało złotym blaskiem.
Wówczas poczułem nagły niepokój, będący jak cios z pięści prosto w twarz, a przed oczami stanął mi widok malachitowego odcienia zieleni.
Ręce, jakby bez udziału woli, namierzyły kluczyki do motoru i krótki miecz w czarnej pochwie.
Nie odpowiadając na pytania Clari wybiłem się z podłogi i wyskoczyłem przez to okno.

Wylądowałem gładko na lekko ugiętych nogach i wsuwając broń w rękaw cieńkiej koszuli dobiegłem do motocykla. Wskakując nań, wsunąłem kluczyk i przekręcając zapłon kopnąłem w pedał. Uruchomiłem silnik i wrzucając bieg przekręciłem manetkę gazu.
Zamierzałem do domu sierżanta.
|•••|
Pędziłem krajówką słysząc tylko szum wiatru w uszach i czując- mimo upalnej pory- lodowaty chłód; a w głowie tliła się jedna kłująca myśl: obym zdążył na czas...
W -j dziwny i niewyjaśniony sposób czułem; że Max'owi grozi jakieś niebezpieczeństwo.

Parterówka z białej cegły z ciemnobrązowym, spadzistym dachem zbliżała się. Zwolniwszy, skręciłem ostro i ślizgiem wjechałem w bramę domostwa, zabijając chmurę kurzu.
Większość przechodzących chodnikiem mojego rodzinnego miasta znajomych moich rodziców gapiła się na mnie i komentowała zajście, ale nie przejąłem się tym, gasząc silnik.
Skradając się doszedłem do tylnego wejścia od strony podwórka i dyskretnie zaglądałem do każdego okna po kolei.
Minąłem tak trzy pokoje. Jedna z osób w czwartym odwróciła się w stronę szyby. Szybko cofnąłem się i przylgnąłem spowrotem do muru. Zdążyłem dostrzec trzy białe mundury Senatu i kogoś w czerni, a zza uchylonego okna usłyszałem rozmowę.
-Pani Katherine jest wściekła, że jej zwialiście, wiesz..?- Spytał dziewczęcy głos.
-A wiesz, że mało mnie to obchodzi?- Zapytał z drwiącym uśmieszkiem Forest, starając się wyplątać ze sznurów, którymi był przywiązany do krzesła.
Cios. Forest wraz z krzesłem zrobił szybki unik.
-Nawet trafić nie potrafisz, Brudasie- zakpił Max grzebiąc pod krzesłem, jakby czegoś szukał.
Ruszyłem w stronę wejścia i pchnąłem niedomknięte drzwi. Musiały mieć dobrze nasmarowane zawiasy, bo nie wydały z siebie żadnego dźwięku.
Na palcach, starając się robić jak najmniej hałasu przeszedłem korytarzem.
-Chyba mamy gościa- stwierdził głos Senackiego wampia, a po chwili usłyszałem kroki.
Przyczajony za dużą szafą nasłuchiwałem. Forest parsknął śmiechem.
-Wszyscy w okolicy wiedzą, że mieszkam w Nawiedzonym domu- rzucił swobodnie.
Oczywiście, że nie raz słyszałem; jak ludzie w miasteczku gadali niestworzone historie, jakoby tu straszyło, lecz nigdy nie dawałem temu wiary. Aż do tej chwili; gdy tuż obok siebie usłyszałem starszą panią.
-Co tu robisz, młodzieńcze w bieli?- Zwróciła się do krwiopijcy, który szybko wydobył broń z dziwną miną.
Z włosami zjeżonymi na łbie wlepiałem wzrok w mglistą postać babci; która zmierzyła pijawę wyjątkowo nieprzychylnym spojrzeniem jasnych tęczówek.
-T-tu na -naprawdę jest Duch!- Powiedział do swoich.
-I to niejeden!- Zarechotał Forest.
-Każ mu stulić ryj- Warknął dziewczęcy głos i rozbrzmiały kolejne kroki.- Co ty chrzanisz, Kla...?- Zaczęła z wyraźną irytacją, gdy nagle stanęła jak wryta.
Spojrzałem na widmo starszej pani, które mrugnęło do mnie szelmowsko.
Z pokoju rozległ się huk. Oboje zaalarmowani odwrócili się, aby tam wrócić.. Moje palce... Namierzyły sztylet i w mgnieniu oka posłały go w plecy wampira. Dziewczyna widząc upadającego towarzyszą odwróciła się spowrotem ku mnie.
-Kielich- zasyczała wrogo wyjmując broń.
-Złaź mi z drogi- oznajmiłem wyrzucając zza rękawa pochwę z mieczem.
Jej pełne usta rozjaśniłrodrapieżny uśmiech.
-Pani bardzo się ucieszy, gdy cię Jej dostarczę- zza warg błysnęły kły.
-Sam bym się ucieszył, gdybym w tym układzie mógł ją sprzątnąć. Jak śmiecia- odciąłem się pogardliwie.
-Jak śmiesz nazywać tak Panią Katherine ty...!!- Ruszyła na mnie z wściekłością i..
Właśnie o to mi chodziło.
Zamierzałem udowodnić swoje założenie, że wściekły wampir to martwy wampir...
Z łatwością odbiłem serię jej ataków i przechodząc do ofensywy zdzieliłem ją rękojeścią w twarz.
W tym momencie- zupełnie przypadkowo- nadepnąłem na deskę, której przeciwległy krawędź wzbiła się w powietrze i uderzyła przeciwniczkę w nadgarstkek dłoni trzymającej broń.
Kolce pędów przykuwających oręż wbiły się głębiej w jej rękę, a z ust wampirzycy wyrwał się pisk bólu.
-Nie baw się z tym śmiertelnikiem, Jane!- Zasyczał ktoś z drugiego pokoju.
-A teraz kurtyna w górę, co nie?- Spytał dziwnie zaciekawiony Forest.
Odbijając kolejne ataki usłyszałem z pokoju jazgotliwe szurnięcie krzesła i najmilszą muzykę dla moich uszu, czyli trzask pięści zderzającej się z czyjąś mordą
***