poniedziałek, 27 maja 2019

Hunter III Curse Rozdział XXXIII: "Najwyższa Więź" i inne życiowe przeboje...

Dzisiejsze posiedzenie Rady było wyjątkowo głośne. Większość łowców dyskutowało między sobą w różnych językach, albo wymieniało uwagi przyciszonym szeptem.
-Jak to sobie wyobrażasz, Przewodniczący?- Zapytała nagle przewodnicząca KGS w Paryżu. 
Zapadła idealna cisza. Powoli podniosłem wzrok znad listy łowców wykluczonych z organizacji. Oczy wszystkich zgromadzonych utkwione były we mnie. 
-Nie możemy sobie tak siedzieć i czekać aż -Senat zaatakuje. Traktat już od jakiegoś czasu nie obowiązuje, a ludzie; których mamy chronić giną. Nawet media zaczynają coraz bardziej węszyć- odezwałem się z namysłem.- Brakuje tylko, żeby ktoś się o nas dowiedział i nie mówię tu wyłącznie o Zrzeszeniu- po chwili zastanowienia dodałem- -Senat właśnie na to liczy: aż przeciwnikowi powinie się noga  i popełnimy fatalny błąd.
-Więc, co proponujesz?- Zapytał Kamiński, wódz warszawskiej KGS. 
-Myślałem, że to od was usłyszę jakieś pomysły, skoro nie jestem jeszcze Zaprzysiężonym Przewodniczącym- odpowiedziałem spokojnie i uprzejmie. 
Tak, jak się spodziewałem w sali znów rozległy się przekrzykujące się głosy łowców. 
-Masz w ogóle jakiś plan?- Szepnął z boku bursztynowooki Deere. 
-Żeby mieć plan, najpierw trzeba zorientować się w sytuacji- zauważył z lewej Forest. 
-Jakiś ty mądry..- Syknął jadowicie łowca herbu Jelenia świdrując go wzrokiem. 
Forest podtrzymał jego spojrzenie i skrzywił usta w tajemniczym uśmieszku. 
-Po prostu musimy znaleźć sposób, by być zawsze o krok przed wampirami- podsunął. 
-I niby jak zamierzasz to zrobić?- Tyrone Angello wpatrywał się w Forest'a dosyć sceptycznie. 
Max zmrużył oczy patrząc przez okno. 
-Tower nie znosi przegrywać- powiedział w końcu- poza tym słaby z niej strateg- wziął biszkopta, herbatnika z czekoladą i orzechowego wafelka- Tower- wskazał biszkopt- jest obecnie osobą kierującą Senatem- przesunął czekoladowy herbatnik- ale nie jest całkowicie niezależna od ich decyzji..
-Wiemy, ale co to ma, w sumie, do rzeczy?- Zapytała Sekretarz Związku wtrącając się do rozmowy. 
Forest obrócił w palcach wafelek. 
-Otóż to, że dowodzący Klasztorem Rady.. jak mu tam?.. Może zechcieć własnoręcznie się jej pozbyć. Jak sam stwierdził Deere: pijawki są fałszywe. 
-To nijak nie rozwiązuje naszego problemu- zauważył z porażką młodszy z braci Angello. 
-Jeśli zwrócimy ich przeciwko sobie, na pewno coś osiągniemy- odezwałem się z zastanowieniem. 
-Tylko trzeba to zrobić umkumiejętnie- cały James: zawsze znalazł jakieś "ale". 
-Jesteś, jak zawsze, pesymistą; James- rzucił uszczypliwie starszy z braci rodu Cheruba, Michael Angello. 
-To nie pesymizm, a realizm; Mika. Sam wiesz, że Woroszyłow jest podobny do Tower..
-Podobny, ale o wiele głupszy- rzucił Angello pewnym siebie tonem. 
Jego zastępca widocznie nie miała zamiaru na razie się odzywać. Callisto siedziała niemal zupełnie nieruchomo, czytając jeden z dokumentów. 
-Angello ma rację- drgnąłem szybko, słysząc jej głos.- Caius jest tylko pionkiem Tower, a nawet gdyby ta kopnęła w kalendarz; on i tak nie dojdzie do władzy. Po pierwsze: z powodu pochodzenia; a po drugie: bo zupełnie się do tego nie nadaje. Tak po prawdzie to jej ulubione popychadło- wzruszyła ramionami.- Forest też ma słuszność: Woroszyłow nienawidził Tower od zawsze i, jeśli zwrócić kogoś przeciwko sobie to są odpowiedni kandydaci- rysy twarzy Callisto wyostrzył drapieżny wyraz. 
-Zostało wykombinować, jak doprowadzić do tego, żeby skoczyli sobie do gardeł- zauważył Forest. 
-I to jest ta trudniejsza część planu- odezwał się jeden z Pogromców. 
-Najprostszy plan jest zawsze najskuteczniejszy- odpowiedzieli Callisto i Max, po czym oboje spojrzeli po sobie zdziwieni. 
Dziewczynka na rękach Callisto z zaciekawieniem obserwowała byłego policjanta. Po chwili wyciągnęła doń rączki domagając się, aby wziął ją na ręce. 
-Och, Liluś..- wymruczała z ciężkim westchnieniem turkusowooka. Mała zaczęła się wiercić i krzywić buzię. Wyciągając łapki starała się dosięgnąć upatrzony obiekt. 
Z kuchni wyszła jedną z dziewczyn. Podeszła bliżej i stając obok szepnęła:
-Przewodniczący, kolacja gotowa- oznajmiła krótko. 
-Dziękuję, Ann- gdy zniknęła, rzuciłem- odradzam Radę; skończymy po kolacji. 
-Maa.. Buu- Lily na rękach matki nadal próbowała wyrwać się do Forest'a. W pewnej chwili musiała naprawdę się zniecierpliwić, bo przez jej oczka przemknął szkarłatny płomień. 
-Bądź grzeczna, cukiereczku- zwrócił się łagodnie Forest do małej.- Ta krzywa minka ci nie pasuje- posłał dziewczynce uśmiech. Lily rozchyliła buźkę i patrząc na Max'a zaczęła chichotać perliście, nadal uparcie wyciągając doń rączki. 
-Maa...!- Callisto wreszcie ustąpiła małej i przekazała ją Max'owi na chwilę. 
-No, co Księżniczko?- Spytał malachitowooki zabawiając dziecko. 
Callisto i siedzący tuż obok niej Michael jak przymurowani do krzeseł obserwowali rozweseloną zabawą z Forest'em córę. 
-To niemożliwe- szepnęła Callisto do męża wpatrując się w rozbawioną Lily. 

Podczas kolacji mała Lily z kolan Forest'a z ciekawością śledziła, co się wokół nich dzieje. Była wesoła, jak nigdy i raz po raz ciągnęła go za klapę kieszonki czarnej bluzy. 
-Dzieciaki, wszędzie dzieciaki- rzucił przewracając oczami. 
Dziewczynka spojrzała na niego obrażona i wygięła buzię w podkówkę. 
-Zaraz się zacznie- niedaleko Michael posłał żonie wymowne spojrzenie. 
-No, No.. Pani obrażalska- Max żartobliw ie pogroził jej palcem. Zapiszczała radośnie, a w tym momencie ktoś rzucił z humorem: 
-Brawa dla Pana Super Niani- i nie minęła nawet sekunda, a w pomieszczeniu rozległy się gromkie oklaski. 
Rodzice Lily znów mieli miny, jakby dopadł ich error mózgu. 
-Oni potrafią nabijać się że wszystkiego, hm?- Spytał z ironią. 
-Nooo. Pozytywne pojeby- odparłem i obaj rechocząc omal nie powpadaliśmy nosami w talerze.
-Słowem w sedno- rzucił dusząc się ze śmiechu. 
|•••|
Rada zakończyła się wraz z wybiciem północy. 
Celowo wmieszałem się w tłum leniwe opuszczający jadalnię, by trochę popodsłuciwać, jak mnie obgadują. 
Każdy z nas, łowców- bez wyjątku- obgadał innego łowcę. 
-Będą z niego ludzie- rzucił wśród szmeru rozmów Carlisle z uznaniem. 
-Zwykle rada kończyła się przed dzwonami- zauważyła z niepokojem jedną z kobiet. 
-Och, nie mów, że wierzysz w ten głupi przesąd; Kaśka!.- Żachnęła się idąca obok ładna (i cycata) blondynka. 
-No, niby nie, ale.. 

sobota, 11 maja 2019

Hunter III Curse Rozdział XXXIII: "Najwyższa Więź" i inne życiowe przeboje...

Kiedy pchnąłem drzwi, rozmowy w środku ucichły. Łowcy i wilki siedzieli w milczeniu pochyleni nad dokumentami. Deere uniósł wzrok i spojrzał na mnie pytająco. Skinąłem.
-Ktoś z łowców zgłasza jakąś sprawę, nim zagłosujemy?- Siadajc rozejrzałem się. Wszyscy kręcili odmownie głowami.- Czy przedstawiciele Lupus Carceris chcą się jeszcze wypowiedzieć?
-Ja chcę..- odezwał się głos od drzwi.
Jace drgnął i zwrócił oczy na postać stojąca w progu i opierającą się o wnękę.
Był to Kyle Stevens. Jace zerwał się na równe nogi.
-Dlaczego nie powiedziałeś mi prawdy?- Kyle był ranny, półprzytomny i chciał się na nogach.
Schwarz patrzył nań z rozchylonymi ustami. Szybko ruszył w stronę rannego i złapał upadającego chłopaka, w którego plecach tkwiła rękojeść sztyletu.
***
Jace maszerował w tę i spowrotem przed "salą szpitalną"; jak zwaliśmy skrzydło, w którym po bitwie dochodzili do siebie ranni łowcy i likantropy. W jego twarzy i oczach było widać zarówno ulgę, że Kyle jest żywy, oraz troskę i zdenerwowanie.
Już od czterech godzin czekaliśmy na jakiekolwiek informacje o stanie Kyle'a.
-Coś jest nie tak- Schwarz nadal krążył po szerokim korytarzu.- Coś jest nie tak- powtarzał tonem pełnym strachu i niepokoju.
Przyłożyłem ucho do rzeźbionej deski drzwi.
-Uciskaj, Tyrone- usłyszałem głos jednego z łowców.
-Dawaj, młody..- wymamrotała jedną z Pretorianek.- Carlisle musimy go wybudzić..
-Nie teraz- rzucił ostro pierwszy z męskich głosów.- Wyciągam nóż..- cisza, którą przerwał przeraźliwy na pół wilczy skowyt bólu.
Odskoczyłem od drzwi, jak oparzony.
-Leż spokojnie. Tyrone podaj morfinę.
Krzątanina.
-Idzie, zaraz poczujesz się lepiej, chłopie- rzucił Angello zapewne do Kyle'a, a krzyki powoli ucichły.
Jeden z łowców wyszedł z pokoju.
-Co z nim?- Zapytał drżący z nerwów Jace, podchodząc szybko.
-Ostrze ominęło serce, rana nie jest rozległa, ale będzie się dłużej goić- odparł ochrypły głos.
Łowcą i naszym rozmówcą był Carlisle Brand. Szczupły, umięśniony łysol o bladoniebieskich oczach. Z wykształcenia lekarz.
-Co to było za ostrze?- Zapytał cicho Jace.
-Broń wampirów- odparł Carlisle, a zza drzwi rozległy się kolejne przepełnione bólem wrzaski.- Muszę do niego wrócić- dodał znikające za drzwiami.

Wrzaski Stevensa ucichły dopiero, gdy został nafaszerowany lekami przeciwbólowymi. Poprosił także o coś na sen.
Teraz spał spokojnie, a czuwali przy nim na zmianę Carlisle z Jace'em.

Idąc do gabinetu zacząłem rozpinać ciężką czarno kobaltową bluzę Widoczne były na niej plamy krwi, krwawego błota i cholera wie co jeszcze.
Jutro mieliśmy pochować poległych w walce łowców i wilki. Większość z nich życzyła sobie tradycyjnego pogrzebu, a mianowicie spalenia na stosie na rzece. Pretoria również miała taką tradycję.
Padłem na fotel rzucając bluzę w kąt. Byłem cholernie zmęczony..
-Zamierzasz spać przy biurku, Donovann?- Zapytał Forest.
-Nie mam sił dowlec się do łóżka, więc się odwal- burknąłem już w półśnie. Poczułem szarpnięcie w górę.- Co ty, do cholery, odpierdalasz??- Otworzyłem szeroko oczy.
-Eksmituję cię do spania- odparł wzruszając ramionami. Wyniósł mnie z gabinetu i skierował się do mojej sypialni.
-Postaw mnie, ćwoku..- burknąłem z niemałą irytacją.
-Spokojnie, dzieciuchu- prychnął z trudem wstrzymując się od śmiechu. WreaWres stanąłem na własnych nogach i szturchnąłem go mocno.
-Palant- burknąłem z wyrzutem.
-Dzieciuch- odciął się, ale nagle spoważniał.- Wydaje mi się, że ten Jace cię potrzebuje.
-Jace?- Spojrzałem nań jak na czubka.- Jace nie potrzebuje nikogo.
-Skąd możesz to wiedzieć?- Zdziwił się.
-Bo go znam. Obaj za sobą nie przepadamy, a nawet mamy ochotę się czasem pozabijać- rzuciłem z ironią.
-Też miałem kiedyś dziewiętnaście lat, Donovann- Forest wychodząc pomachał mi na pożegnanie.

Tej nocy, mimo potwornego zmęczenia, nie mogłem zasnąć. Wpatrzony w sufit rozmyślałem, a przed oczami przesuwały się sceny bitwy z Rządowymi.
I to wspomnienie, gdy podczas walki szukałem ze zdenerwowaniem Forest'a oraz tę ulgę; kiedy pojawił się tuż obok ratując mnie przed pijawą.
Czemu w ogóle go wtedy szukałem? Z jakiego powodu się martwiłem?
Czemu coraz częściej myślę o nim, jako o swoim partnerze..???
-Co tu jest, kurwa, grane?- Mruknąłem z zastanowieniem do siebie.
Zupełnie nic, a nic nie potrafiłem z tego zrozumieć- Forest był dla mnie kimś kompletnie obcym i osobą, której serdecznie nie znosiłem, a jednak jakaś część mnie potrafiła mu zaufać, traktować jako kogoś ze swoich. Mimo, że nie był jeszcze Zaprzysiężonym Łowcą, troszczyła się o niego.

Poranek następnego dnia..
-Jack... Hej, Golden retriever- ktoś lekko mnie szturchnął.
Powoli otworzyłem oczy i klnąc soczyście wybiłem się z łóżka, jak z procy i robiąc salto wylądowałem tuż za siedzącym na krześle Stevens'em przygotowany do walki.
-Ludzie.. No, co jest z wami...??- Wypaliłem niecierpliwie.
-Wyluzuj, chciałem tylko pogadać- odparł obronnym tonem.
-Nie musiałeś mnie od razu straszyć..
Kyle otworzył usta, ale zanim zdążył odpowiedzieć na horyzoncie pojawił się Tyrone Angello.
-Przewodniczący, kolejne ataki i zaginięcia- rzucił z pokaźną teczką w palcach.
-Gabinet- rzuciłem wymownie.

Damén czekał już z tacą, na której stały mocna kawa i śniadanie. Padłem na fotel biorąc teczkę. Pogryzając croissanta zacząłem czytać.
-Większość zaginięć na terytorium Tower East Endzie- mruknąłem pogrążony w papierach. Odkładając dokumenty napiłem się kawy i zacząłem stukać w klawiaturę laptopa.- Rada dziś przed kolacją. Cześć, Jace.
-W porządku- rzucił Tyrone wychodząc.
-Cześć, mamy coś?- Zapytał Schwarz.
-Chciałem pogadać, siadaj..
-O czym?- Zapytał z nutą wahania Jace. 
-Jako Centurion naprawdę chcesz Paktu między nami?- Zapytałem bardzo ostrożnie.
Kyle spojrzał na mnie dziwnie, a Jace zdawał się zaskoczony.
-Pakt obowiązywał od zawsze, czemu miałbym go nie chcieć?- Zdziwił się.
W milczeniu przesunąłem ku niemu ostatni dokument Porozumienia. Zaczął czytać.
-Przecież wszyscy o tym wiedzą. Niezarejestrowane watahy są pod bezpośrednią kontrolą Lupus Carceris, jeśli ktoś się nie kontroluje zostaje wcielony do Pretorii- wzruszył ramionami.
-Czytaj dalej- powiedziałem cicho.
Chodziło mi o punkt 18c, o następującej treści:
"•18c) Centurion w/w organizacji ma obowiązek przedłożenia Związkowi Stowarzyszenia miesięcznej listy niebezpiecznych lub poszukiwanych likantropów"
-Wiem o tym, Donovann- odezwał się w końcu oddając mi papier.- Łowcy polują nie tylko na krwiopijców. Niektóre wilki też bywają niebezpieczne. Jeśli któryś z nas stwarza zagrożenie, a jest poza terenami Straży, sprawa automatycznie trafia do was.
-Chronić ludzi, strzec tajemnicy, słuchać Alfy- wyrecytował Kyle, jakby to była jakaś mantra.
-Strzec tajemnicy- powtórzył twardo Schwarz.- Dlatego niektórzy nazywają nas Podziemnymi, a ludzie nawet nie mają pojęcia o naszym istnieniu- dodał wolno.
-To tak, jakbyś sprzedał kogoś ze swoich- stwierdziłem przyglądając mu się.
Jonathan Cristopher Schwarz zmierzył mnie długim, zamyślonym spojrzeniem.
-Prawa Pretorii są czasem okrutne, ale wilki nie mające nad sobą jakiejkolwiek władzy są pozbawione samokontroli, są.. Z biegiem czasu tracą swoje człowieczeństwo; Donovann- odezwał się ponuro.- Gdyby nie Lupus Carceris, większość rekrutów skończyłaby w ten sposób. To tak samo, jakby łowca z dnia na dzień porzucił Zawód.
-Nie znam osoby, która bez powodu odeszła że Zrzeszenia, Centurionie Schwarz- odezwał się od drzwi Morgenstern.
-Pomijając Wyklętych.
-Wyklęci sami sobie na to zasłużyli. Działając wbrew prawu ukręcili na siebie bat- oznajmił spokojnie, lecz z lekkim niezadowoleniem Mistrz.
Przymknąłem na chwilę oczy rozmyślając.
-Jeśli -Senat dotrze do tych osób..- Z faksu wyskoczyła kartka; wziąłem ją i przebiegłem wzrokiem po druku.- Mhm. Będziemy walczyć nie tylko z pijawami, ale i z łowcami.
- Pozbawionymi praw do wykonywania zawodu- poprawił jednooki z dziwnym wyrazem twarzy.
-Mimo to są wyszkoleni i niebezpieczni. To broń obosieczna..
-Cave me Domine ab amico; ab inimico vero me ipse cavebo- odezwał się Kyle.
Uniosłem brwi zaskoczony.
-Strzeż mnie Panie przed przyjaciółmi, z wrogami sam dam sobie radę- przetłumaczył Damén widząc moje zdziwienie.






poniedziałek, 6 maja 2019

Hunter III Curse Rozdział XXXIII: "Najwyższa Więź" i inne życiowe przeboje...

Hałas bitwy, Krzyki rannych, skowyt Wilków; a pośród tego wszystkiego ją rozglądający się za Forest'em.
-Uważaj!- Moje serce załomotało jeszcze szybciej, gdy mój przeciwnik stał się piachem.- Przestań myśleć o niebieskich migdałach; tylko walcz!- Kopniakiem odrzucił od siebie pijawę.
-Po prostu trzymajmy się razem- mruknąłem nie licząc na to, że mnie usłyszy.

Świt powitał nas zgliszczami, trupami naszych przyjaciół i rozwiewającymi się prochami wrogów oraz rannymi.
Straty Pretorii były o wiele większe, niż nasze.
Wilkołaki powarkiwały jeżąc sierść, gdy przechodziłem między nimi w stronę Jace'a, który stał w zgliszczach wejścia i wpatrywał się w nie ponuro.
-Jace- zacząłem cicho.
-Nie mamy gdzie mieszkać- powiedział, jakby mnie nie słyszał.- Swoim głupim uporem straciłem kilkadziesiąt wilków- kontynuował martwym głosem- bo nie chciałem się stąd wycofać..
-To nie twoja wina, Schwarz- odparłem kładąc mu rękę na ramieniu.
-Właśnie, że moja. Gdyby nie ja..- Wilki jednocześnie zaczęły wyć, lecz Jace nawet nie drgnął. W ciszy wpatrywał się w spalone ruiny Lupus Carceris oświetlone promieniami wschodzącego słońca.
-Chronić ludzi, strzec tajemnicy, słuchać Alfy- zacytował cicho, jakby te słowa miały go uspokoić, podnieść na duchu.- Boże... Może to nie ma sensu; skoro w ogóle nie istniejemy?- Zapytał w końcu obojętnie.
Dostał ode mnie strzała. Mój prawy prosty zachwiał chłopakiem, który oparł się barkiem o osmaloną ścianę. Jeden z podległych mu wilków, ruszył na mnie.
-Jonathanie Cristopherze Schwarz!- Zabrzmiało męski głos za mną.
Wszystkie Wilki rozstąpiły się i skłoniły wielkie, różnorodnej maści łby prped przechodzącym między nimi mężczyzną.
Ów był dobrze zbudowany i o głowę wyższy od Jace'a, ale ich twarze, choć był dużo starszy, były niemal identyczne.
-Co tu robisz, ojcze, skoro nie chcesz mnie znać?- Zapytał z goryczą Schwarz. Stał ze wzrokiem utkwionym w spalonej ziemi i dłońmi zaciśniętymi w pięści. Jego szczęka puchła po moim ciosie.
Łowcy siedzieli lub stali pod drzewami. Niektórzy opłakiwali zmarłych, drudzy opatrywali rannych.. Jeszcze inni rozmyślali o czymś.
-I co z tego, Schwarz? Poddasz się?- Zapytałem ignorując jego ojca.
-Może oni tego właśnie chcą? Być z wampirami?- Wzruszył ramionami, a wilki zaczęły jeżyć sierść i wściekle ujadać.
Nawet nie wiem, kiedy drugi raz dostał ode mnie w mordę. Zachwiał się i znów oparł o ścianę.
-Napierdolę ci po tym głupim ryju, jeśli zaraz nie przestaniesz chrzanić, Centurionie Schwarz!- Warknąłem ostro.
-Chrzanić? Kto tu chrzani, Donovann?- Zapytał tym samym apatycznym tonem.
Kolejny cios, po którym Schwarz osunął się na potrzaskane schody.
-Domyśl się- Warknąłem jadowicie, przez zęby. Wsunąłem laurys za pas, a miecz w pochwę i podniosłem go na nogi za koszulkę.- Nie wiem, który z tych kretynów zrobił cię Centurionem; ale mam nadzieję, że kurewsko się teraz wstydzi przez to, co wygadujesz!- Warknąłem potrząsając nim mocno.- Wampiry to bestie: WBIJ TO SOBIE DO ŁBA!- Puściłem go i odwracając się na pięcie poszedłem do swoich.
W połowie odległości między watahą olbrzymich Wilków, a grupą łowczych usłyszałem jego głos:
-To jest wojna, Donovann.. I my ją wygramy- oznajmił cicho.
***
W nieczynnym XIX- stowiecznym skrzydle Stowarzyszenia postanowiłem utworzyć tymczasową bazę Pretorii.
Natychmiast po powrocie zawołałem Radę, podczas której zastanawialiśmy się wspólnie, jak przygotować się do wojny i nie dopuścić w przyszłości do podobnego ataku, jak dziś.
Jace w milczeniu siedział przy drugim z węższych bokbokbw stołu i z głową podpartą na ręku przysłuchiwał się zebraniu.
-Ludzie nie są bezpieczni. Po nas odbiją się na nich- powiedział wreszcie.- Tereny sfor i Zrzeszenia krzyżują się wzajemnie, a większość Rodów nie jest nam przychylna- zauważył ponuro- zwłaszcza po tym, co nakombinował Maksym- dodał z niechęcią.
-Powinniśmy zacząć od najważniejszej sprawy, Przewodniczący: od Paktu. Bez niego nic nie możemy zrobić- odezwał się jeden z towarzyszących Schwarz'owi likantropów.
-Sam zauważyłem, że Wilki też są do nas wrogo nastawione- odezwał się Forest.- Ktokolwiek z nas przeszedł obok, widział w wilkach postawę bojową, jakbyście mieli zaraz rzucić się nam do gardeł..
-To młodsi rekruci Pretorii, jeszcze nie do końca się kontrolują- odpowiedział przepraszająco Jace.- Pochodzą z różnych środowisk i nie tworzą Sfory w pełnym tego słowa znaczeniu. To my jesteśmy za nich odpowiedzialni- wyjaśnił- trzeba wziąć pod uwagę również to, że stracili to, co znali i nie chodzi tu tylko o dom.
W tym momencie zebranie przerwało zajadłe ujadanie jednego, a także skowyt i popiskiwanie innego wilka.
-Przepraszam na chwilę- Jace wstał z miejsca i ruszył w stronę odgłosów.
Wyszedłem za nim.

Plac przed budynkiem.
-Malcolm! Cole! Dosyć tego!- Zawołał Schwarz ostrym tonem.
Dwa potężne wilkołaki rudy i biały natychmiast od siebie odeszły. Pochyliły łby przed Alfą.
-O co wam znowu poszło, chłopaki...?- Jace pokręcił głową z niedowierzaniem wzdychając ciężko.
Mrugnąłem, a chwilę później patrzyłem już na dwóch napakowanych piętnastolatków.
-To on zaczął- burknął czarnowłosy.
-Wcale nie; to ty się na mnie rzuciłeś- odwarknął blondyn, którego włosy były niemal białe.
-Silencio!.- Nakazał chłodno Jace, a przez jego oczy przeszedł mglisty, księżycowy blask.- O co poszło?
-Bo wszyscy gadają, że..- brunet spuścił wzrok i wodził nim po piaszczystej ścieżce- że to, że nie mamy domu to wina Centuriona..
-I o to się pobiliście? O to, że jestem hujowym Centurionem?- Jace odwrócił się i powlókł się spowrotem do budynku.
-Jace- dogoniłem go i złapałem za ramię.
-Zostaw mnie!- Wyrwał się, ale przyciągnąłem go za rękaw i oparłem o środkowy z posągów.
-Daj spokój. Nie przejmuj się tym..
-Senat chciał z nami układu, Donovann. Przysłali dokument Paktu.. Wszystko spłonęło w cholerę i.. Kyle prawdopodobnie nie żyje- zaczął gadać jakieś głupoty. Ukrył twarz w dłoniach.- Mój przyrodni brat nie żyje, rozumiesz..??
Osłupiałem ze zdumienia.
-Stevens był twoim bratem??- Wypaliłem.
-Nie zdążyłem mu powiedzieć.. Pogadać z nim.. Cholera- przysiadł na cokole i gapił się bezmyślnie w granitowe płyty.
Po kilku minutach opanował się i wstał. Ruszając do kwatery powiedział:
-Jeśli Łowcy będą przeciwko zawarciu Paktu, zrozumiem- odezwał się cicho, wracając na Radę.

niedziela, 5 maja 2019

Hunter III Curse Rozdział XXXIII: "Najwyższa Więź" i inne życiowe przeboje...

***
Zza okna mignęły światła samochodu...
Blondynka w akcie desperacji spróbowała wyrwać się z chwytu Forest'a. Przyciągnął ją mocno, a chwilę później jej twarz zderzyła się z blatem biurka.
-Chyba na serio was nienawidzę- zauważył powoli, przyciągając ją spowrotem do siebie.
W drzwiach stały już trzy postacie odziane w granatowe stroje z pelerynami. Środkowa kapuca opadła, odsłaniając śnieżnobiałą kobiecą twarz o włoskich rysach. Włosy w barwie mlecznej czekolady spięte były w ciasny kok.
-Jest tak, jak sądziliśmy, Przewodniczący- wchodząc nie zaszczyciła Krzyżanowskiej nawet spojrzeniem, lecz skinęła na powitanie mojemu partnerowi.
Przymknąłem na chwilę oczy. Ta myśl nadal szumiała mi w głowie, jakby prosiła się o wypowiedzenie jej na głos.
-Coś jeszcze się wydarzyło?- Zanim zdążyłem skończyć pytanie do gabinetu jak wicher wpadła Cindy.
-Senat zaatakował Pretorię- wysapała.
Zobaczyłem wbite we mnie ciemne oczy Max'a.
-Wszyscy przeszkoleni łowcy do broni- podszedłem do ściany i zdjałem z haków laurys.
Cin wybiegła i popędziła schodami.
×××××
Przebrany w czarno kobaltowe stroje tłum łowczych krążył po pomieszczeniu, w którym zgromadzono różnego rodzaju broń. Wraz z Forest'em lawirowałem pośród znajomych twarzy; zabierając między innymi sztylety, bat...
Nagle Obaj wyciągnęliśmy ręce w stronę stojaka z dwoma mieczami w czarnych pochwach ze smokiem na jelcu..

-W naszej społeczności nic nie dzieje się przez przypadek- usłyszałem nagle słowa z przeszłości. Nie pamiętam już, kto je powiedział; ale moje życie- od tamtego "piwa" z Michaelem do teraz- diametralnie się zmieniło. Kiedyś osoba stojąca tuż obok bez mrugnięcia za kolejną zadymę wpakowałaby mnie do poprawczaka, a dziś Obaj stoimy w budynku okrytej tajemnicą organizacji zrzeszającej ludzi zawodowo zajmujących się zabijaniem.
Mitycznych Łowców Wampirów znanych tylko z opowiadań i historii o demonach.
-Bierz. I tak nie lubię mieczy- skłamałem z niechęcią.
-Daj spokój- żachnął się Forest wciskając mi w palce mniejsze i poręczniejsze ostrze.
-Orientem- odczytał szeptem wysuwając lekko broń z pochwy.
-Na nieskończoną cierpliwość Świętego Anioła; jak ty mnie czasem wkurwiasz, człowieku..- zacisnąłem dłoń na pochwie w kolorze węgla. Bez namysłu wysunąłem go delikatnie. 
Na moim widniał pochyłp napis Occidentis. Był wygrawerowany na klindze, tuż nad jelcem i wpisany w jęzor ognia.
RuszhRuszy ku wyjściu ze zbrojowni, gdy z moich ust wyszło:
-Chwała Aniołowi!- Nie wiem, co mnie: ateistę, podkusiło; by to powiedzieć.
-A Jego Dzieciom oręż!- Rozległ się chór głosów za mną.
Potem słyszalny był tylko stuk naszych butów.
***
Kwadrans zajęło nam dotarcie do budynku Lupus Carceris, który z daleka oświetlony był łuną pożaru.
-Pretoria płonie- usłyszałem za sobą wyskakując z busa.
Sekundę później tuż przed oczami mignęło mi ostrze, a szczerzący kły wampir padł na ziemię zmieniając się w kupkę piachu.
-Chyba nadal nie wiesz, w co nas pakujesz- stwierdził malachitowooki powoli opuszczając miecz.
-Jakich nas?- Spojrzałem nań z boku zdumiony.
-Ktoś musi cię pilnować, szczeniaku- odparł spoglądając na mnie z ukosa.
Niby zabrzmiało to złośliwie, ale w tamtej chwili był dla mnie kimś więcej, niż tylko "Psiarskim".
-Wypchaj się. Taki że mnie szczeniak, jak z ciebie pies- odszczeknąłem się ruszając w stronę palącego się budynku.
Z dużą prędkością minęło mnie wielkie i rude wilcze cielsko z przypaloną blizną po srebrnym nożu i skoczyło do ataku na najbliższego z Rządowych.
W ostatniej chwili sam zrobiłem unik przed uzbrojonym wampirem i przebiłem go ostrzem.
***

czwartek, 2 maja 2019

Hunter III Curse Rozdział XXXIII: "Najwyższa Więź" i inne życiowe przeboje...

Wychwyciłem wzrok Forest'a i skinąłem ledwie zauważalnie. Obaj ruszyliśmy widząc w zagajnik grupę Rządowych i nawet Morgenstern nie byłby w stanie nas powstrzymać.
Jednak on tylko obserwował...

Nie mam pojęcia, kiedy ślizgnąłem pod uzbrojoną ręką wampira i chwyciłem dziewczynę wyrywając jaz jego łapsk.
-Siema, brudasy- zarechotałem i ścinając z nóg kolejnego, poczęstowałem go butem. Zanim zdążył się podnieść, został z niego piach.
Widząc niebezpieczeństwo za Max'em okręciłem w palcach sztylet i rzuciłem nim w napastnika.
-Łap- malachitowooki rzucił mi jeden ze swoich mieczy, kopniakiem odrzucając krwiopijcę. Z kolei ja, łapiąc ostrze przywaliłem atakującemu mnie z tyłu łokciem w twarz i, przy pomocy miecza i sztyletu położyłem dwoch od razu.
Dziewczyna krzyknęła, gdy obróciłem ją za siebie.
-Trzymaj się moich pleców- nakazałem ostro, odbijając Krwawe Ostrze.
Zaczęła coś nawijać w jakimś obcym języku. Przyciągnął ją spowrotem do moich pleców i odbiłem następny cios. Odwróciłem ją ku sobie i obejmując ją w talii, krokami walca wydostałem ją ze środka bitwy.
Reszta krwiopijców uciekła, a brunetka zaczęła się na mnie wydzierać po swojemu. Forest przyklęknął przykładając palce do szyi leżącego.
Po chwili wstał i rzucił do niej kilka słów. Krzyk zamarł na jej ustach, a ona zrobiła się blada, jak kreda. Mrugała tylko oczami wpatrując się w niego.
-Mon Diéu... Mon ami..- zaczęła kręcić odmownie głową, jakby nie przyjmowała do wiadomości słów mojego partnera.
W tej samej chwili nastąpił u mnie znajomy stan: po nadgarstkach przeszedł prąd, a plecy wyprostowały się szybko.
Crash systemu.
Niezmiernie zdziwiło mnie; że w myślach nazywam tego psiarskiego swoim partnerem. W kręgu naszego Zawodu nazywanie w ten sposób kogoś (nawet w myślach) wyrażało bezgraniczną wiarę i zaufanie wobec tej osoby.
I ten swoisty odjazd towarzyszący mi podczas każdej potyczki, kiedy ramię w ramię staliśmy przeciwko pijawom.
-Donovann..- Forest mną potrząsnął.- Donovann, dobrze się czujesz..??- Zapytał z niepokojem.
-Muszę spytać Daména; czy to była tylko kawa..- mruknąłem nieco nieprzytomnie.
|•••|
Siedziałem w swoim gabinecie bezceremonialnie rozwalony na biurowym krześle i z nogami na biurku rozmyślałem. Butelka piwa w mojej dłoni odbijała światło żarówek.
-Czyżby ktoś przypadkowo dosypał mi amfy do kawy- mruknąłem do siebie i zaraz parsknąłem śmiechem.
Ta opcja była mega zabawna- nawet w mojej zrytej głowie.
A jednak.. Ten dziwaczny stan euforii podczas walki, gdy Forest był obok, byl zastanawiający. Czułem się wtedy wszechmocny; jakbym był naćpany albo pijany. W sumie obie rzeczy naraz...
-Chyba na serio jestem na haju- powiedziałem do siebie oszołomiony.
-Też to czujesz?- Zapytał zdziwiony Max.
-Kurwa mać!- Krzesło wychyliło się niebezpiecznie, a ja najzwyczajniej w świecie się wyjebałem.- Czy ty możesz straszyć kogoś innego, człowieku?- Burknąłem z wyrzutem.
-Motyw z tą "amfą w kawie" był nawet ciekawy- skomentował wolno.
-Zupełnie nie w moim stylu- skłamałem.- Od jak dawna tu stoisz?
Wzniósł oczy ku sufitowi, jakbym był totalnym kretynem.
-A niby kto otwarł ci browara?- Uniósł brwi.
Spojrzałem na butelkę pod światło, jakbym bał się, że pływa tam jakieś paskudztwo.
-Wziąłem je od ciebie?? Eee, myślałem; że się bardziej postarasz- rzuciłem nieco złośliwie.
-Nie lubię dodatków w piwie. Psują smak- obaj uznaliśmy to za niezły dowcip; więc zarechotaliśmy.
Po chwili spoważniałem i wracając do tematu spytałem:
-Co znaczy "też"?
Forest podszedł i usiadł w fotelu. Nastąpiło dłuższe milczenie.
-W porządku..- odezwał się w końcu.- To cholernie dziwne, ale no- pierwszy raz wydawał się być zakłopotany, jakby nie do końca wiedział, jak opisać to odczucie.
-Co dokładnie jest dziwne?- Zacząłem powoli, choć czułem dokładnie to samo.
Jakbym bez niego był w jakimś stopniu niekompletny.
-Ten mmm.. Nie bardzo wiem; jak to określić- nasze spojrzenia się zetknęły.- Jakbym był naćpany samą walką.. Wiem: to jebnięte- przyznał po długiej chwili odwracając wzrok.
-Bitewny haj- mruknąłem do swoich myśli.
-Co takiego?- Odwrócił oczy od małej biblioteczki, a nasze spojrzenia znoz się skrzyżowały.
-Tez to czuję. Walka z Tower.. Z nimi.. Sam nie wiem- pokrpciłem głową z niedowierzaniem. Upiłem kolejny łyk piwa i mój wzrok zupełnie nagle podążył w stronę otwierających się drzwi.
-Mistrz..- zerwałem się na równe nogi Zachwiało mną, a Forest zrobił coś zaskakującego: jednym susem przeskoczył biurko i wyciągnął rękę, by podtrzymać mnie w pionie.
Mistrz widząc to rzucił jedno słowo w nieznanym mi języku. Spojrzałem z nadzieją na Max'a, ale pokręcił głową, że nie wie, o co chodzi.
-Od kiedy to masz; Max?- Zapytał uprzejmie jednooki, kładąc na ciemnym blacie książeczkę, zza której stronnic wychylały się dwa identyczne wisiorki. Ich zawieszki przedstawiały oplecione ciernistymi gałązkami Księżycowe Róże.
-Od dawna. Dostałem to od ojca, gdy skończyłem siedemnaście lat- Max wzruszył ramionami.
-Twój ojciec nie był Łowcą- stwierdził jednooki.
-Może to należało do matki- zasugerował powoli mój partner.
-Zaraz.. Cooo?- Mruknąłem do siebie zdumiony.
Mistrz zwrócił na mnie nieodgadnione spojrzenie, a Forest był równie zdziwiony.
-Patrzcie na..- zaczął.
Jeden z wisiorków- ten ze złoto- srebrną plecionką rozjarzył się ognistym blaskiem, a książeczka pod wpływem nieistniejącego wiatru otworzyła się i zamarła na stronie zaznaczonej przez wisiorki.
Morgenstern powoli podszedł i zajrzał w tomik wielkości książeczki do nabożeństwa.
-To "Najwyższy"..- Wyszeptał niemalże z czcią.
Podniósł głowę i wbił w nas dziwnie poważne spojrzenie.
W tym momencie w korytarzu usłyszeliśmy kroki i dwa podniesione głosy.
-...więc chyba nie odmówicie nam pomocy- mówił tymczasem wyraźnie dziewczęcy głos.
-Wszystko zależy od decyzji przewodniczącego- przerwał Deere chłodno.
-Który potrzebuje twoich rad; Jeleń- zauważyła z sykiem. Głośny trzask, jakby wiceprzewodniczący oparł ją o drzwi.
-Ten chłopak nie potrzebuje niczyich rad, a tym bardziej moich; Krzyżanowska- warknął ostro.
-- mnie się wydaje, że masz na niego duży wpływ.. Ten dzieciak, nowy przewodniczący ci ufa- ten jadowity ton, jakby wiedziała; że może coś tym osiągnąć.
-Nie bądź tego taka pewna, pijawo- zapukał.
-Proszę- rzuciłem z niepokojem.
-Przewodniczący..- piękna wampirzyca urwała nagle w głębokim zdumieniu.
-O co chodzi, Heleno Krzyżanowska; herbu Krzyż?- Zapytałem obojętnie.
-O Rząd- chyba niezbyt wiedziała, jak to ująć.- Oni.. Moja i kilka rodzin... Uciekliśmy z rzezi.. Chcemy współpracować- zaczęła szybko.
-Zwierzchnikiem Klanu jest Livia Vinci. Z tego; co wiem należycie do Klanu Vain- stwierdziłem z namysłem.
Blondynka zamarła na chwilę w bezruchu.
-Tak, ale.. Pani się wścieknie- zaczęła chcąc się tłumaczyć.
-Wasze wewnętrzne sprawy mnie nie interesują- przerwałem chłodno, sięgając po słuchawkę telefonu, drugą dłonią wertowałem mały, błękitny notatnik.
Po chwili wykręciłem numer do Livii Vinci.
-Dom Klanu Vain, w czym mogę pomóc?- Usłyszałem cichy, męski głos po drugiej stronie linii.
Starając się zignorować wbite we mnie zdziwione spojrzenia, rzuciłem spokojnie:
-Z tej strony Przewodniczący Związku Stowarzyszenia Łowców; Jack L. Donovann, chodzi o jedną z waszych klanowych- nagły szum w słuchawce nieco mnie zaniepokoił.
-Livia Vinci, słucham panie przewodniczący- rzuciła kobieta w głośniku.
-Dies Irae- rzuciłem odkładając słuchawkę..
Krzyżanowska cofnęła się o krok z mieszaniną zaskoczenia i przerażenia- jej drżące usta otwierały się i zamykały. Plecy napotkały pierś Forest'a, który wykręcając jej rękę w tył, przystawił kobiecie czubek sztyletu do tętnicy.
Morgenstern i Deere skinęli głowami i zniknęli za podwójnymi drzwiami.