czwartek, 2 maja 2019

Hunter III Curse Rozdział XXXIII: "Najwyższa Więź" i inne życiowe przeboje...

Wychwyciłem wzrok Forest'a i skinąłem ledwie zauważalnie. Obaj ruszyliśmy widząc w zagajnik grupę Rządowych i nawet Morgenstern nie byłby w stanie nas powstrzymać.
Jednak on tylko obserwował...

Nie mam pojęcia, kiedy ślizgnąłem pod uzbrojoną ręką wampira i chwyciłem dziewczynę wyrywając jaz jego łapsk.
-Siema, brudasy- zarechotałem i ścinając z nóg kolejnego, poczęstowałem go butem. Zanim zdążył się podnieść, został z niego piach.
Widząc niebezpieczeństwo za Max'em okręciłem w palcach sztylet i rzuciłem nim w napastnika.
-Łap- malachitowooki rzucił mi jeden ze swoich mieczy, kopniakiem odrzucając krwiopijcę. Z kolei ja, łapiąc ostrze przywaliłem atakującemu mnie z tyłu łokciem w twarz i, przy pomocy miecza i sztyletu położyłem dwoch od razu.
Dziewczyna krzyknęła, gdy obróciłem ją za siebie.
-Trzymaj się moich pleców- nakazałem ostro, odbijając Krwawe Ostrze.
Zaczęła coś nawijać w jakimś obcym języku. Przyciągnął ją spowrotem do moich pleców i odbiłem następny cios. Odwróciłem ją ku sobie i obejmując ją w talii, krokami walca wydostałem ją ze środka bitwy.
Reszta krwiopijców uciekła, a brunetka zaczęła się na mnie wydzierać po swojemu. Forest przyklęknął przykładając palce do szyi leżącego.
Po chwili wstał i rzucił do niej kilka słów. Krzyk zamarł na jej ustach, a ona zrobiła się blada, jak kreda. Mrugała tylko oczami wpatrując się w niego.
-Mon Diéu... Mon ami..- zaczęła kręcić odmownie głową, jakby nie przyjmowała do wiadomości słów mojego partnera.
W tej samej chwili nastąpił u mnie znajomy stan: po nadgarstkach przeszedł prąd, a plecy wyprostowały się szybko.
Crash systemu.
Niezmiernie zdziwiło mnie; że w myślach nazywam tego psiarskiego swoim partnerem. W kręgu naszego Zawodu nazywanie w ten sposób kogoś (nawet w myślach) wyrażało bezgraniczną wiarę i zaufanie wobec tej osoby.
I ten swoisty odjazd towarzyszący mi podczas każdej potyczki, kiedy ramię w ramię staliśmy przeciwko pijawom.
-Donovann..- Forest mną potrząsnął.- Donovann, dobrze się czujesz..??- Zapytał z niepokojem.
-Muszę spytać Daména; czy to była tylko kawa..- mruknąłem nieco nieprzytomnie.
|•••|
Siedziałem w swoim gabinecie bezceremonialnie rozwalony na biurowym krześle i z nogami na biurku rozmyślałem. Butelka piwa w mojej dłoni odbijała światło żarówek.
-Czyżby ktoś przypadkowo dosypał mi amfy do kawy- mruknąłem do siebie i zaraz parsknąłem śmiechem.
Ta opcja była mega zabawna- nawet w mojej zrytej głowie.
A jednak.. Ten dziwaczny stan euforii podczas walki, gdy Forest był obok, byl zastanawiający. Czułem się wtedy wszechmocny; jakbym był naćpany albo pijany. W sumie obie rzeczy naraz...
-Chyba na serio jestem na haju- powiedziałem do siebie oszołomiony.
-Też to czujesz?- Zapytał zdziwiony Max.
-Kurwa mać!- Krzesło wychyliło się niebezpiecznie, a ja najzwyczajniej w świecie się wyjebałem.- Czy ty możesz straszyć kogoś innego, człowieku?- Burknąłem z wyrzutem.
-Motyw z tą "amfą w kawie" był nawet ciekawy- skomentował wolno.
-Zupełnie nie w moim stylu- skłamałem.- Od jak dawna tu stoisz?
Wzniósł oczy ku sufitowi, jakbym był totalnym kretynem.
-A niby kto otwarł ci browara?- Uniósł brwi.
Spojrzałem na butelkę pod światło, jakbym bał się, że pływa tam jakieś paskudztwo.
-Wziąłem je od ciebie?? Eee, myślałem; że się bardziej postarasz- rzuciłem nieco złośliwie.
-Nie lubię dodatków w piwie. Psują smak- obaj uznaliśmy to za niezły dowcip; więc zarechotaliśmy.
Po chwili spoważniałem i wracając do tematu spytałem:
-Co znaczy "też"?
Forest podszedł i usiadł w fotelu. Nastąpiło dłuższe milczenie.
-W porządku..- odezwał się w końcu.- To cholernie dziwne, ale no- pierwszy raz wydawał się być zakłopotany, jakby nie do końca wiedział, jak opisać to odczucie.
-Co dokładnie jest dziwne?- Zacząłem powoli, choć czułem dokładnie to samo.
Jakbym bez niego był w jakimś stopniu niekompletny.
-Ten mmm.. Nie bardzo wiem; jak to określić- nasze spojrzenia się zetknęły.- Jakbym był naćpany samą walką.. Wiem: to jebnięte- przyznał po długiej chwili odwracając wzrok.
-Bitewny haj- mruknąłem do swoich myśli.
-Co takiego?- Odwrócił oczy od małej biblioteczki, a nasze spojrzenia znoz się skrzyżowały.
-Tez to czuję. Walka z Tower.. Z nimi.. Sam nie wiem- pokrpciłem głową z niedowierzaniem. Upiłem kolejny łyk piwa i mój wzrok zupełnie nagle podążył w stronę otwierających się drzwi.
-Mistrz..- zerwałem się na równe nogi Zachwiało mną, a Forest zrobił coś zaskakującego: jednym susem przeskoczył biurko i wyciągnął rękę, by podtrzymać mnie w pionie.
Mistrz widząc to rzucił jedno słowo w nieznanym mi języku. Spojrzałem z nadzieją na Max'a, ale pokręcił głową, że nie wie, o co chodzi.
-Od kiedy to masz; Max?- Zapytał uprzejmie jednooki, kładąc na ciemnym blacie książeczkę, zza której stronnic wychylały się dwa identyczne wisiorki. Ich zawieszki przedstawiały oplecione ciernistymi gałązkami Księżycowe Róże.
-Od dawna. Dostałem to od ojca, gdy skończyłem siedemnaście lat- Max wzruszył ramionami.
-Twój ojciec nie był Łowcą- stwierdził jednooki.
-Może to należało do matki- zasugerował powoli mój partner.
-Zaraz.. Cooo?- Mruknąłem do siebie zdumiony.
Mistrz zwrócił na mnie nieodgadnione spojrzenie, a Forest był równie zdziwiony.
-Patrzcie na..- zaczął.
Jeden z wisiorków- ten ze złoto- srebrną plecionką rozjarzył się ognistym blaskiem, a książeczka pod wpływem nieistniejącego wiatru otworzyła się i zamarła na stronie zaznaczonej przez wisiorki.
Morgenstern powoli podszedł i zajrzał w tomik wielkości książeczki do nabożeństwa.
-To "Najwyższy"..- Wyszeptał niemalże z czcią.
Podniósł głowę i wbił w nas dziwnie poważne spojrzenie.
W tym momencie w korytarzu usłyszeliśmy kroki i dwa podniesione głosy.
-...więc chyba nie odmówicie nam pomocy- mówił tymczasem wyraźnie dziewczęcy głos.
-Wszystko zależy od decyzji przewodniczącego- przerwał Deere chłodno.
-Który potrzebuje twoich rad; Jeleń- zauważyła z sykiem. Głośny trzask, jakby wiceprzewodniczący oparł ją o drzwi.
-Ten chłopak nie potrzebuje niczyich rad, a tym bardziej moich; Krzyżanowska- warknął ostro.
-- mnie się wydaje, że masz na niego duży wpływ.. Ten dzieciak, nowy przewodniczący ci ufa- ten jadowity ton, jakby wiedziała; że może coś tym osiągnąć.
-Nie bądź tego taka pewna, pijawo- zapukał.
-Proszę- rzuciłem z niepokojem.
-Przewodniczący..- piękna wampirzyca urwała nagle w głębokim zdumieniu.
-O co chodzi, Heleno Krzyżanowska; herbu Krzyż?- Zapytałem obojętnie.
-O Rząd- chyba niezbyt wiedziała, jak to ująć.- Oni.. Moja i kilka rodzin... Uciekliśmy z rzezi.. Chcemy współpracować- zaczęła szybko.
-Zwierzchnikiem Klanu jest Livia Vinci. Z tego; co wiem należycie do Klanu Vain- stwierdziłem z namysłem.
Blondynka zamarła na chwilę w bezruchu.
-Tak, ale.. Pani się wścieknie- zaczęła chcąc się tłumaczyć.
-Wasze wewnętrzne sprawy mnie nie interesują- przerwałem chłodno, sięgając po słuchawkę telefonu, drugą dłonią wertowałem mały, błękitny notatnik.
Po chwili wykręciłem numer do Livii Vinci.
-Dom Klanu Vain, w czym mogę pomóc?- Usłyszałem cichy, męski głos po drugiej stronie linii.
Starając się zignorować wbite we mnie zdziwione spojrzenia, rzuciłem spokojnie:
-Z tej strony Przewodniczący Związku Stowarzyszenia Łowców; Jack L. Donovann, chodzi o jedną z waszych klanowych- nagły szum w słuchawce nieco mnie zaniepokoił.
-Livia Vinci, słucham panie przewodniczący- rzuciła kobieta w głośniku.
-Dies Irae- rzuciłem odkładając słuchawkę..
Krzyżanowska cofnęła się o krok z mieszaniną zaskoczenia i przerażenia- jej drżące usta otwierały się i zamykały. Plecy napotkały pierś Forest'a, który wykręcając jej rękę w tył, przystawił kobiecie czubek sztyletu do tętnicy.
Morgenstern i Deere skinęli głowami i zniknęli za podwójnymi drzwiami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz