sobota, 14 lipca 2018

Hunter III Curse Rozdział XXIX: Rozstanie i Przyjaźń. Cindy łowcą. Zakochana para i inne niespodzianki...

Szatyn skinął wolno głową, zastanawiając się pewnie, w co gram.
-Czy Clarissa Jane...? Czy jest komuś Przyrzeczona?- Zapytałam nieco niepewna jego reakcji.
Cindy spoglądała po nas pytająco nie wiedząc, o co chodzi.
Po raz pierwszy w życiu Luca Raven zmienił wyraz twarzy z surowego na zaskoczony.
-Przecież wiesz, że coraz rzadziej praktykuje się ten zwyczaj- zauważył z niemałym zaskoczeniem.
-Ale się go praktykuje- oznajmiłam krótko.
-Nie łap mnie za słówka; Callisto Anabelle- odparł niezadowolony.
-Coś ukrywasz, wujku- zauważyłam przyglądając mu się natarczywie.
-Jesteś gorsza, niż mój brat- stwierdził niechętnie.
-Och, nie mieszaj w to mego ojca, tylko odpowiedz wreszcie- żachnęłam się.
Luca westchnął ciężko. Czekałam z zapartym tchem jego odpowiedzi.
-Clarissa nie jest i nigdy nie będzie nikomu Przyrzeczona- oznajmił patrząc mi spokojnie w oczy.- Od zawsze byłem przeciwny tej tradycji.
-Rozumiem- w tym momencie zawiesiłam wzrok na drzwiach, gdzie pojawiła się Clarissa. Czerwona, jak piwonia, widząc swego ojca, nagle zbladła i cofnęła się o krok, lecz zdradził ją stuk butów.
-Mogę wreszcie dowiedzieć się, co tu zaszło?- Zapytał po dłuższej chwili wujek Luca.
Jak najdyskretniej starałam się pokazać kuzynce, żeby znikała. Jednak piwnooki wychwycił moje nieudane próby pozbycia się dziewczyny z horyzontu.
-Clarisso Jane Raven, herbu Kruk: w łaskawości swojej wytłumacz się; proszę- nakazał z powagą wujek.
-Yyyy... No, więc... Eee- Clarissa zakłopotana nie miała pojęcia, co powiedzieć.
-Ja to załatwię; Clari- Jack położył jej dłoń na ramieniu.
-Z jakiego powodu przewodniczący wtrąca się w sprawy rodzinne?- Zdziwił się Luca Raven.
Jack wypuścił powietrze z płuc ze świstem i odezwał się tymi słowy:
-Wtrącam się, ponieważ Clari... Clarissa- poprawił się szybko- zgodziła się zostać moją dziewczyną.
Luca Raven otworzył usta i mrugając oczami zamarł w bezruchu wpatrując się z przejęciem w blondyna.
-C-Co t-takiego? K-Kiedy?- Wydukał w oszołomieniu mój chrzestny, gdy wreszcie odzyskał głos.
-Kwadrans temu, proszę pana- odpowiedział uprzejmie Jack.- Wszystko w porządku?- Zapytał z niepokojem.
-Wujku, co z tobą?- Zaczęłam podtrzymując go w pionie.
-Ojcze- zmartwili się Clarissa i Jason.
-To tylko... Ciśnienie- powiedział słabo mój chrzestny, gdy doprowadziłam go do pufa.
-Idę po Marco- rzucił Michael.
-Nie ma potrzeby.. Zaraz.. Przejdzie- zaczął piwnooki.
Jednak zielonooki nie posłuchał i wybiegł z pokoju.
***
Marco zdjął rękaw ciśnieniomierza z ramienia mężczyzny.
-Otwórz usta- nakazał i wsunął mu jakąś tabletkę pod język.- Mówiłem, że tak to się skończy; jeśli nie będziesz o siebie dbać- zauważył zrzędliwie.
-To nic takiego- odparł wujek z uporem.
-To "nic takiego" może cię wpędzić do grobu- prychnął Holy.- Wiesz, co ci grozi; jeśli nie ograniczysz kawy?- Zapytał ostro.
-To moja jedyna przyjemność- burknął urażony szatyn.
-Sam wiesz, że pięć kaw dziennie to stanowczo za dużo- odparł cierpliwie Marco.
-Wiem, wiem- mruknął na odczepne Luca.
-Ogranicz chociaż do trzech, nie mówię ci, żebyś od razu odstawił kawę- Marco westchnął ciężko.

-No... W granicach normy- Marco odetchnął z ulgą.
Clarissa rzuciła się ojcu na szyję, Jason dołączył się.
-To nic.. Nie musicie się o mnie martwić- odezwał się cicho obejmując dzieciaki.
-To przeze mnie..- zaczęła Clarissa z poczuciem winy.
-Wcale nie- przerwał przytulając ją do serca- taki wiek, Jane- pocałował ją w czoło.- Śmigajcie spać, jutro macie trening- przypomniał troskliwie.
-Ale nic ci się nie stanie, prawda?- Zapytał Jason ze łzami w oczach.
-Nie martw się. Jestem nie do zdarcia- uspokoił Luca ocierając łezki z oczu syna. Klepnął go w ramię.- Jesteś facetem, Jason- rzucił z otuchą.- Kolorowych snów.
-Dobranoc, ojcze- odparli cicho.
Luca wstał z siedziska i podszedłszy do Jack'a oparł mu dłoń na ramieniu.
-Jeśli skrzywdzisz Clarissę, zabiję cię- oznajmił z powagą.
-Będę jej pilnował, jak największego skarbu; panie Raven- odparł Jack patrząc mu w oczy.
Luca wyszedł i ruszył korytarzem w stronę swojej sypialni. Kiedy kroki ucichły Cindy wypaliła:
-O co chodzi z tym Przyrzeczeniem?
-To jedna ze starych tradycji łowców. Kiedyś rodzice przyrzekali na przykład córkę jakiemuś chłopakowi. Częściej zdarzało się to w rodzinach szlacheckich takich, jak moja. Są to tak zwane...
-Aranżowane małżeństwa- dokończył Jack za mnie.
-Otóż to- przytaknęłam niechętnie.
-To okropne- prychnęła Cindy.
-Nie aż tak. Małżonkami bywają często przyjaciele lub znajomi- wyjaśniłam.
-To tak, jakbyś miała teraz wyjść za Jack'a, a nie za Michaela- stwierdziła wolno.
-Też byłam kiedyś Przyrzeczona- wzruszyłam ramionami.
-Ty byłaś...? Komu..?- Zdumiała się.
-Był moim partnerem łowczym i przyjacielem. Marius pochodził z rodu Wadery, a nasi ojcowie byli znajomymi. Zanim przyszedł tamten dzień- dokończyłam ponuro.
-Dzień?- Podjęła brunetka.
-Likwidowaliśmy Rządowych. Marius oddał za mnie życie..- odparłam cicho. Nie chciałam nikomu mówić całej prawdy.- W ogóle oboje byliśmy przeciwieństwami- uśmiechnęłam się z ironią.
-Podobno przeciwieństwa się przyciągają- zauważył Jack.
-Nie w naszym przypadku. Marius był szalonym ryzykantem, a ja starałam się nie wychylać, bardziej, niż to było konieczne. Kłóciliśmy się, ale w walce ochranialiśmy się nawzajem. Zresztą on też wiele przeszedł, ale... Było, minęło.. Tak w sumie, gratulacje wyrwania mojej kuzynki.
-Dzięki- odparł odruchowo.
-Jeśli coś jej zrobisz, zabiję cię- dodałam udając powagę.
-Mam wrażenie, że pół Zrzeszenia chciałoby mnie zabić- stwierdził- bo większość chłopaków dziwnie się na mnie patrzyło. Co..?- Zaczął, gdy parsknęliśmy śmiechem.
-Ta większość to ci, którzy palili podeszwy do Clarissy- zarechotałam.- W końcu nie bez powodu Clarissa ma ksywę Petarda.
-Zdążyłem zauważyć- uśmiechnął się nieśmiało.

Następnego dnia czternasty lipca, śniadanie.
Po korytarzach latały rozmaite plotki i komentarze na temat wczorajszego zajścia. Wujek Luca chyba wziął sobie do serca słowa Marco- siedział przy stole pogryzając pączka, pogrążony w rozmyślaniach.
W tym momencie nagle zapadła cisza, a oczy wszystkich zwróciły się na wejście do jadalni. Jack przepuścił Clarissę przodem i zaoferował jej ramię, a ta roześmiała się machając dłonią z lekceważeniem rzuciła doń coś wesoło.
-Ciekawe, co ona w nim widzi- mruknął z zazdrością jeden z chłopaków.
-Przewodniczący. Warto się w koło niego zakręcić, nie?- Zakpił Weiss.
-Boli cię, że nazwała cię głąbem do potęgi Nieskończonej Cierpliwości Anioła, którym zresztą jesteś?- Zapytał Dimitrij Romanow nie otwierając oczu. Uśmiechnął się z wyższością.
-Po prostu poleciała na niego, bo...
-Bo co?- Zapytał tuż przed nim z udawanym zaciekawieniem Jack.
-Bo wiecie.. Chodzi o rodowe interesy, a on, Przewodniczący i w ogóle- Weiss wstając zignorował Jack'a.
Cios. Weiss potknął się o własne nogi i oparł się o ścianę. Obecni łowcy wstali, by w razie czego szybko zainterweniować.
-W końcu nie od dzisiaj wiadomo, że Raven to zdzira- Weiss sobie grabił.
Luca Raven zwrócił wściekłe spojrzenie na nasz stół.
-Odszczekaj to, póki możesz- warknął Jack wściekły idąc, by obejść stół.
-Ani mi się śni; golden retriverze.
-Odszczekaj, mówię!- Jack podnosząc rękę doszedł do Weissa i wyprowadził cios.
-Raven to...- nie zdążył skończyć, bo Jack tak mu przyjebał, że dzieciak wypluł kilka zębów.
Jack odwrócił się do odejścia, a Weiss ruszył na niego.
Szykowało się widowisko.
Blondyn zrobił unik i chwyciwszy przeciwnika za szmaty przywalił jego twarzą o drzwi. Zaczęła się regularna bójka.
Weiss trzasnął Jack'a z pięści trafiając w twarz, jednak Donnovan zdążył złapać cofającą się rękę przeciwnika. Wykręcił ją mocno w tył i przycisnął chłopaka do blatu tuż obok  Cole'a Middforda.
-Masz trzy sekundy, by to odszczekać, cieciu!-  warknął z groźbą Jack i mocniej wykręcił Weiss'owi rękę.
-W życiu!- Odwarknął tamten próbując się bronić.
Jack w ataku furii rzucił go na stół i przeciągnął chłopakiem po pustym blacie, po czym znów przywalił mu pięścią w twarz. Podnosząc go zawlókł w stronę szatynki i wykręcając mu jeszcze mocniej rękę syknął:
-Przeproś ją, szmato!- Rozkazał pogardliwie.
-Nie ma mowy, ał!- Jęknął z bólu Weiss.
-Przeproś; już!- Jack wykręcił przeciwnikowi rękę tak mocno, że jeszcze jeden drobny ruch i mógłby ją złamać, Weiss był przygięty prawie do gleby.- Przeproś, bo tak cię urządzę, że twój ojczulek cię nie pozna- zagroził z gniewem, a wszyscy zgromadzeni w sali gapili się na tę scenę.
-Przepraszam!- Pisnął z bólem dzieciak.
-Nie słyszałem- oznajmił mściwie Jack.
-Przepraszam...!- Wydyszał błagalnie Weiss.
-Zjeżdżaj stąd!- Jack odepchnął przeciwnika i objął mocno stojącą ze łzami w oczach Clarissę pocieszając ją cicho.
Wszyscy usiedli, a w sali rozległy się szepty.
-W końcu ktoś nauczył szacunku tego rozpuszczonego bachora- skomentował Jacob Horse gryząc kęs naleśnika.
-Należało mu się- dodała Elizabeth z przekonaniem.
Zwróciłam ukradkowe spojrzenie na ojca chrzestnego. Piwne oczy przyglądały się blondynowi z dumą, jakby uznał, że to naprawdę odpowiedni chłopak dla Clarissy.
Na horyzoncie zamajaczył ojciec Weissa.
-Kto tym razem uderzył mojego syna?- Warknął ostro.
-Już wtyczka doszła do gniazdka?- Mruknął ironicznie Vładimir.
Ku naszemu zdziwieniu Jack odparł:
-Ja mu nakopałem do dupy. Jeśli pan i pańska żona nie potraficie nauczyć szczawia szacunku do kobiet, to ja bardzo chętnie to zrobię. Ręcznie- powiedział lodowato blondyn patrząc Austryjakowi prosto w oczy.
Mężczyznę zatkało. Gapił się na chłopaka w milczeniu z rozdziawioną gębą.
-Co chcesz przez to powiedzieć; przewodniczący?- Zapytał ostro.
-To, że żaden mężczyzna nie powinien pomyśleć, a co dopiero ośmielić się nazwać dziewczyny w tak chamski sposób, jak pański rozpuszczony bachor. Chodźmy, Clari- rzucił ciepło do szatynki.
-Jeszcze nie skończyliśmy, młody człowieku- zastopował Jack'a.
-Ja z panem: tak- odparł obojętnie blondyn mijając mężczyznę.- Dzień dobry wszystkim i smacznego- rzucił rozglądając się po stołach z uśmiechem.
Wszyscy odwzajemnili uprzejmość chłopaka i w o wiele lepszych nastrojach wrócili do jedzenia.
-Ale mu dałeś popalić- zagadnął Potrer, pijąc kawę.
-Skoro Niagara nie pomogła- Jack kopnął pod stołem Władię, a Jacob i Michael zarechotali ciesząc się z czegoś, co tylko oni wiedzieli.
-Cudowne wspomnienie... Łeb tego szczeniaka w klopie..- Rozmarzył się Jacob.
-Podkowa! Ktoś tu je, gdybyś nie zauważył- rzuciła z wyrzutem Caroline.
-Och, nie bądź taka "och, ach"; Raven. Może pączusia?- Rzucił podając jej talerzyk domowych wypieków.
-Dzięki, jestem na diecie- odmówiła.
-Taa, chyba rotacyjnej; bo gdzie się nie obrócisz, tam coś wtrynisz, siostra- zauważył Devon.
-Cii, bo się wyda!- Prychnęła żartobliwie Caro biorąc pączka od Jake'a.
-O, dojechałeś wreszcie- rzucił Michael z ironią rzucając w Devona winogronem.- Czemu nie było cię na Konklawe?
-Stary Carlos poprosił o przysługę- odparł orzechowooki.- Czemu Weiss ma ryj w klapkach?
-Bo przewodniczący mu wjebał- odpowiedziałam wskazując Jack'a.
-Coś młody ten przewodniczący. Żartuję, Devon jestem- przedstawił się.
-Jack, miło mi- rzucił w odpowiedzi blondyn.
-Widzę, że nasza kuzyneczka cała w skowronkach- zagadnął Clarissę, która poczerwieniała lekko i rzuciła w niego mandarynką.- Zestrzelona jesteś, czy co?- Spytał, a my wszyscy z trudem powstrzymaliśmy się od śmiechu.
Długowłosa szatynka przytuliła się delikatnie do Jack'a.
-Oświecimy go?- Spytał ją szeptem.
-Czy ja o czymś nie wiem?- Rzucił podejrzliwie Devon.
Salwa śmiechu, kopniaki pod stołem, wymowne spojrzenia i poszturchiwania.
Clarissa zabrała się za jedzenie, czerwona jak piwonia.
-Powiecie w końcu, z czego macie takie kocie mordy?- Wypalił zniecierpliwiony orzechowooki.
-Dobra, dobra. Zluzuj- uspokoił Jack obejmując Clarissę. Zapadła dramatyczna cisza.- Jesteśmy parą- powiedział dumnie dając szatynce całusa.
-COOOOOO, PRZEPRASZAM??!!- Wyparował Devon niesamowicie zdumiony, odstawiając z hukiem kubek. Gapił się na blondyna, jak zaczarowany.- Kłamiesz! Żaden nigdy nie zdobył mojej małej kuzyneczki!- Wydusił z siebie, mówiąc pieszczotliwie dwa ostatnie słowa.
-Jemu się to udało- Clarissa wreszcie się odezwała.
-Ej, nie wkręcajcie mnie!- Jęknął z wyrzutem Devon.
-To żaden wkręt, D- odparła Caro.- Wszyscy jesteśmy jeszcze trochę zaskoczeni- dodała z szerokim uśmiechem.
-Z-Za-Zaskoczeni??- Devon wypluł kawę spowrotem do kubka.- Tylko??! Dla mnie to normalnie szok...- wgryzł się w kanapkę- Szok...- Powtórzył z pełnymi ustami. Przełknął w końcu.- Jack.
-Aha?- Spytał blondyn lekko.
-Jeśli ośmielisz się ją skrzywdzić- zaczął Devon.
-Tak, wiem: zabijesz mnie- dokończył Jack za niego.
-Skąd wiesz?- Zdziwił się Devon.
-Jesteś trzecią osobą, która mnie ostrzega- wyszczerzył się w uśmiechu blondyn.- A to już poważna sprawa- dorzucił poważnie. Przegryzł donuta.- Możesz być spokojny: Clari nic się nie stanie.
-Clari..?- Devon rozdziawił dziób w zdumieniu.
-Och, Devon. Zejdź z niego wreszcie- zniecierpliwiła się szatynka, wpychając w siebie kolejną porcję jajecznicy.
-Jeszcze na niego nie wlazłem..
-Ohyda!- Wtrącili Jacob i reszta z obrzydzeniem.
-Bo jedyną osobą, która to zrobi będę ja- zarechotała tryumfalnie Clarissa, a Jack mruknął coś pod nosem z zakłopotaniem.
-Szykują się pikantniejsze szczegóły?- Zapytał z żartobliwym zaciekawieniem Horse.
-Ja nie pytam o to, co robisz w pokoju z Vładimirem- zasugerowała z nutą tajemniczości Clarissa. Wszyscy znów się roześmiali, a Vładimir prychnął:
-Nie wiem, jak on; ale ja jestem stuprocentowym hetero- odparł z ironią.
-A wczorajsze, cytuje: ej, nie tak mocno(!); czego dotyczyło?- Spytała przymilnie.
Wszyscy zawyliśmy z podziwu, a Romanow rzucił:
-No, dobra; powiem to: Jacob miał na mnie chęci.
Znów rechot.
-Nie jesteś w moim typie- burknął Horse urażony.
-A kto jest „w twoim typie”?- Zapytała w tym momencie całkiem niewinnie Cindy, a Jacob spalił raka.
-Zbroja?- Podsunęłam.
-Ale się zrobiłeś czerwony- rzuciła Elizabeth.
-Strasznie się tu gorąco zrobiło.. Pewnie przez te ostre tematy- odparł wykrętnie Jacob, pijąc wodę z cytryną.- Zwróćcie się do Tylerów: oni są podobno najlepsi w te klocki.
-No, wiesz; Podkowa. Takiej seksownej kobiety trudno raz po raz nie szturchnąć- zarechotał Michael, przytulając mnie.
-Oj, tak- potwierdziłam ochoczo.- Szturchnąć to mało powiedziane.. Co tam się wczoraj działo...! Łuuu hu hu...- zagwizdałam lekko.
-Pikujący Kruk?- Rzuciła Caro, gdy nagle tuż obok rozległ się  huk.
-Jasper??- Zdziwił się Devon.
-Padłem, nie wstaję...- wydyszał zanosząc się śmiechem Porter, klepiąc ręką w ławkę.- Ja, pierdolę... No, nie mogę...- Dodał dusząc się z wesołości, wlazł na siedzisko, z którego zleciał.- No, normalnie majstersztyk... Hahahaha hihihih.
***
-Łooo, jak mi się nie chce- jęknęła Clarissa leżąc na ławce po śniadaniu.
-Nawet nie mów...- skomentowała Cindy.
-Popieram- Jack ziewnął.
-Też trening, Cin?- Spytałam lekko.
-Ten facet nie daje żyć... Normalnie Kongo w biały dzień..- jęknęła.
-Uczy się pod okiem Mistrza, Cally?- Spytała Clarissa.
-Mhm.
-Wy jeszcze Kongo nie widzieliście- stwierdziła z przekonaniem Clarissa, patrząc w sufit jadalni.
-Też cię uczył?- Zapytał zaciekawiony Jack.
-Aha- przytaknęła szatynka.- Zanim rodzice odkryli, że jestem "wykrywaczem pijaw" musiałam stać na jednej nodze z dwoma dzbankami wody w rękach i mieczem w zębach na równoważni, a to wszystko trzy metry nad ziemią.
Cindy wybałuszyła na nią oczy.
-Powaga?- Zdumiała się.
-Mhm. Cally miała to samo.
-Z tym wyjątkiem, że miałam trzeci dzbanek na głowie, świetnie to pamiętam- rzuciłam uśmiechając się do wspomnień.- Clarissa, a kojarzysz „Strzał w dziesiątkę”?
-O, Aniele... Nie przypominaj, masakra..
-Co to właściwie takiego?- Spytał Jack.
-Podciągałeś się na drążku i obrywałeś kijem. Mistrz połamał na mnie trzy, więc dostawałam rurą- rzuciłam wesoło.
-Rurą??- Przerazili się oboje.
-Ta rura też się potem zgięła. Na mnie- rzucił Jason, siadając obok.
-Wkręcacie nas- stwierdziła z powątpiewaniem Cindy.
-Najlepsza była "Trójeczka" rozmarzył się mój kuzyn.
-Nienawidziłam tego; brrr!- Rzuciłyśmy równocześnie z Clarissą.- Rzucanie trzema sztyletami do tarczy z przywiązanym tresowanym skunksem.. Okropność..
-Mnie to akurat śmieszyło- zarechotał Jason.
-Bo nigdy nie dostałeś od sukinsyna- prychnęłam.
-Co to, kurna, jakieś kary za brak postępów w nauce?- Jęknęła brunetka.
-Uuuu, gdybyś usłyszała o karach, nie podjęłabyś się Zawodu- zauważył Michael.
-Co, dostałeś jakąś?- Spytałam.
-Wiesz, na co wołają "Bomba"?- Spytał mimochodem, a my parsknęliśmy śmiechem.
-Nie mów, że ci to zrobił!- Wydyszałam zaskoczona.
-Wierz mi, zrobił.. Bomba: stoisz pod wiadrem lodowatej wody, które masz przywiązane do nadgarstka dłoni z mieczem, jeśli źle poruszysz ręką... Brrry...
-Zaczynam się tego bać...- zauważył Jack powoli.- No, nic.. Komu w drogę, temu trampki- rzucił, wstając dopił sok.
-Miejmy nadzieję, że to przeżyjemy- dodała Cindy.
-Marzę o tym, by Sword mi znów nie dokopał do tyłka- westchnęła ciężko wysoka szatynka.- Święty Aniele, pomóż mi przeżyć dzisiejszy trening...

-Wstałaś dzisiaj lewą nogą, skarbuś?- Szepnęłam do płaczącej Lily, próbując ją uspokoić potrząsałam grzechotką.
Bez rezultatu. Płakała, jak jasna cholera. Wraz z Michaelem stawaliśmy na głowie, żeby nasza Kruszyna się rozchmurzyła.
-No, cio ci się dzieje? Skarbie..- Szepnęłam tuląc i kołysząc małą.
-Może coś ją boli... Nigdy tak mocno nie płakała- zmartwił się zielonooki.- Pójdę po Marco..
-Masz rację.. Cśśś.. Liluś moja..- przysiadłam na łóżku kołysząc małą.
Potrząsałam grzechotką, bawiłam się pacynką, pluszakiem.. Dosłownie wychodziłam z siebie, żeby rozweselić dziecko.
-Co się dzieje?- rzucił mój kuzyn, wchodząc do pokoju.- Czemu płaczesz , maleńka?- Spytał, biorąc małą na ręce, a ja już spodziewałam się, zę będziemy mieli serię nieprzespanych nocy...







Hunter III Curse Rozdział XXIX: Rozstanie i Przyjaźń. Cindy łowcą. Zakochana para i inne niespodzianki...

-Co dokładnie chcesz przez to powiedzieć; Cindy?- Zapytałem zaskoczony.
-No, sam wiesz..- zaczęła ostrożnie, jakby szła po bardzo kruchym lodzie. Nerwowo bawiła się paskiem rybaczek.- Stale jest jakaś kłótnia między nami, a ja.. Ja nie chcę, żeby- wpatrywała się w swoje sandałki długą chwilę.- Nie chcę, żeby on był.. Nieszczęśliwy- szepnęła wybuchając szlochem.
-Ty chcesz go od tak sobie rzucić?- Wychrypiałem oszołomiony.
-Wiedziałam, że... Że mnie nie zrozumiesz!- Wybuchnęła, zerwała się z miejsca obok mnie i ocierając łzy chciała odejść.
-Czekaj- złapałem ją za rękę i osadziłem na miejscu.- Czemu myślisz, że Jack jest nieszczęśliwy?- Zapytałem, biorąc dziecko na ręce. Mała wyciągnęła rączki do Cin.
-Bo widzę, jaką ma minę. Ciągle jest jakiś taki.. Poważny, jakby był przybity i...- westchnęła, z trudem powstrzymując łzy.
Pukanie.
-Michael, możemy...- Jack zauważył Cindy i zrobiło się cholernie niezręcznie.- Sorry, chyba nie w porę przyszedłem- stwierdził cofając się do odejścia.
-Jack, to nie tak..- zaczęła Cindy, chcąc wszystko wyjaśnić.
-Ja to załatwię, zajmiesz się małą przez chwilę?- Wreszcie podałem jej dziecko. Dziewczynka położyła paluszki na jej twarzy, a Cin zawiesiła niewidzący wzrok na mnie. Lily coś jej pokazała.
-Michael...- wyrwał się z jej ust zdumiony szept.
-Co widziałaś? Co Lily ci pokazała?- Zapytałem, patrząc, czy w pobliżu nie ma Callisto; która jeszcze nie wiedziała o zdolnościach naszej córeczki.
-Ona... Jest genialna...- szepnęła zdumiona.- Jesteś genialna, malutka- oddała mi Lily i wypadła w podskokach z pokoju.
-Co pokazałaś cioci, skarbie?- Zapytałem Lily, której rączka oparła się na moim policzku.
Obraz..
Market. Nasze spotkanie z Jack'iem i te słowa:
-Staram się, skaczę w koło niej, jak jakiś golden retriever, a i tak wychodzi do dupy. Może to ja jestem do bani?- I to zastanowienie w głosie.
Całe wspomnienie tak, jak sam je zapamiętałem.
-Mój skarbek najdroższy- wymruczałem z miłością.- No, daj tacie buzi.. Łooo, mua.!- Rzuciłem ciepło.
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
Jack minął mnie. Szedł ze wzrokiem wbitym w ornamenty na podłodze, z dłońmi za szlufkami krótkich spodni z lekkiego materiału. Wyglądał na zamyślonego.
-Jack, zaczekaj!- Łup. Wpadła na mnie z impetem.- Przepraszam.. DONNOVAN, TY PUSTA PAŁO ZACZEKAJ; KIEDY DO CIEBIE, KURWA, MÓWIĘ!!- Zawołała zniecierpliwiona, goniąc go.
Zaciekawiona przystanęłam na schodach i patrzyłam na biegnącą za Jack'iem brunetkę.
-Mówię ci, poczekaj... Jack..- Wysapała wtulając się w jego plecy.- Chcę z tobą porozmawiać.. To najważniejsza rzecz pod słońcem..
-Nie ma o czym rozmawiać, Cin. Rozumiem, gdzie mnie nie chcą- odparł chłodno wyślizgując się z jej objęcia.
Dogoniła go i znów obróciła do siebie.
-Posłuchaj mnie, bo wiedz, że nie odpuszczę- odparła ostro.
-Daj spokój, nie masz z czego się tłumaczyć- odparł znów chcąc odejść.
Zwróciła go twarzą ku sobie i dała mu mocnego liścia.
-Na Świętego Anioła, posłuchaj wreszcie, co mam ci do powiedzenia; Donnovan!- Wykrzyczała niecierpliwie.
-Przecież widziałem, jak się na niego gapisz..- odparł beznamiętnie.
-Czterooki nie ma z tym nic wspólnego, a ty widzisz coś, czego nie ma- odwarknęła odruchowo. Kolejny raz musiała go powstrzymać od pójścia przed siebie.- Jack... Zrozum.. Chciałam, żeby to wszystko się zmieniło.. No, wiesz: między nami..
-To ty powiedziałaś, że do ciebie nie pasuję. Więc niby kto "pasuje"? Michael?. Czy kto?.- Zapytał wściekły.
-Nie plątaj w to Michaela, przecież wiesz, że zawsze tylko się przyjaźniliśmy.. Proszę cię: on jest żonaty i kocha tylko ją, a tu chodzi o nas. O NAS- podkreśliła cicho.
-Wiem, co widziałem. Trzymał cię za rękę- odwarknął z irytacją, a mnie opadła szczęka i poczułam uścisk w piersi.
-Bo się uniosłam, jak idiotka i chciałam wyjść w połowie rozmowy! Wiesz, o kim rozmawialiśmy? O tobie- burknęła.- O tym, że nie chcę, żebyś był przeze mnie smutny i nieszczęśliwy!- Prychnęła mu prosto w oczy.
Blondyn długą chwilę mierzył ją uważnym spojrzeniem. Nagle wybuchnął wesołym śmiechem.
-Kto z kim teraz zrywa, Cin?- Zapytał próbując stłumić go w sobie.- Najpierw to ty byłaś wściekła, gdy zaproponowałem; żeby od siebie odpocząć; a teraz bezceremonialnie dajesz mi kopa w tyłek? To cios poniżej pasa, Cin..
-Nie o to chodzi, Jack..- odetchnęła głębiej.- Po prostu widzę po tobie, że coś jest nie w porządku i... Miałam wrażenie, że może to o nas chodzi... Myślałam nad tym całą noc i doszłam do wniosku, że nie powinnam ci się narzucać...
-Narzucać, czyli?- Podjął blondyn z naciskiem.
Brunetka przysiadła na murku i spojrzała na niego uważnie.
-Jack.. Powiedz tak szczerze: czujesz coś do mnie?- Zapytała w zamyśleniu.
-A ty?- Odbił szybko pytanie.
-Pytam poważnie- odpowiedziała cicho.
-Chcesz szczerze... Tak, jak jest?- Upewniał się.
-Wal, wezmę to na klatę- odparła krótko.
Jack przez dłuższy moment gryzł czekoladowy batonik zastanawiając się, jak ubrać w słowa to, co czuł.
-Ale na serio się nie obrazisz, albo co?- Zapytał w końcu niepewnie.
-Słowo najbardziej wyszczekanej laski w liceum Thomasa Jeffersona- odparła z ręką na sercu.
-No, bo jest tak, że... Ja bardzo cię lubię i tylko lubię.. Nic poza tym- powiedział zamyślony wbijając wzrok w swoje buty.
Zdzieliła go mocno w plecy aż się zgiął, rzucając:
-Też cię lubię; Brachu!- Objęła go ramieniem i poczochrała mu włosy.- To, jak? Przyjaciele?- Spytała wyciągając rękę.
-Przyjaciele- odparł przybijając piątkę.
Pchnęłam drzwi i weszłam do budynku.
***
Michael leżąc na łóżku bawił się z małą.
-Samolocik! Łaaaa! Bach- wymruczał z miłością, patrząc na Lily.- Oczka ci się kleją, widzę- podniósł się na nogi.- Zobacz, kto przyszedł..
-A kuku, skarbie!- Rzuciłam biorąc moją malutką.
No, nie była już taka malutka, bo miała prawie cztery miesiące.
-No, chyba cię pogięło, Cin!- Buchnął w głębokim zaskoczeniu Jack.
-Przemyślałam to sobie dokładnie, Przewodniczący- oznajmiła zdecydowanym tonem- i stwierdziłam, że, jeśli to możliwe zostanę łowcą wampirów.
-Nie ma mowy! Twój brat nie da mi żyć, jeśli coś ci się stanie. Pomyślałaś, że to nie przelewki?- Zapytał z niepokojem.
-Wiem. Widziałam, jak walczycie- przyznała spokojnie.- Nie chcę się ich bać, jeśli trafi na mnie. Na pewno wiedzą, że coś nas łączy. Pomyślałeś.. O, sorry: masz za dużo spraw na głowie, żeby myśleć bardziej, co by było; gdyby...!
-Zostawić was samych na chwilę i znowu się żrecie, jak psy... Prawdziwa przyjaźń, nie ma co- skomentował uszczypliwie Michael.
-Nie słyszałeś jeszcze, co ta wariatka chce zrobić..- zaczął rozdrażniony blondyn.
-Wypraszam sobie, pusta pało- odburknęła ostro.
-Słyszałem, Jack i szczerze mówiąc: Cin ma rację- odparł spokojnie zielonooki okularnik.
Jack'owi opadła kopara. Gapił się na Michaela zdziwiony.
-I ty, Brutusie, przeciwko mnie??- Wychrypiał mrugając powiekami.
-Dobrze wiesz, że nie- odparł z naciskiem Michael.- Stowarzyszenie jest w trudnej sytuacji; Jack. Jesteś Przewodniczącym Związku, a Cin już raz musiała uciekać przed Rządowymi. Co, jeśli za drugim razem nie zdąży? Jak będziesz się czuł, wiedząc; że nie pozwoliłeś jej na coś, co mogło ją uratować?- Zapytał patrząc prosto w oczy przyjaciela.
Położyłam córkę w łóżeczku i odwróciłam się w samą porę, by zobaczyć, jak Jack zaciska zęby ze złości wytrzymując stalowy wzrok Michaela.
-Nie kłóćcie się- zaczęła słabo brunetka.
-Chcesz być łowcą, Cin? To się nie wtrącaj.- Odparł krótko zielonooki okularnik.- Słyszałeś, co mówili na Radzie; więc chyba zdajesz sobie sprawę z tego, że teraz nigdzie może nie być bezpiecznie.
-Oni o niej nie wi.. Cholera! Wiedzą- Jack oparł się o przeciwległą ścianę, zjechał po niej i usiadł na podłodze ukrywając twarz w dłoniach. Westchnął głęboko, żeby się uspokoić.- Jej rodzina może oberwać.. I to przeze mnie... Kurwa mać- zaklął zły na siebie.- Dobra.. Dajcie mi chwilę się zastanowić- zaczął powoli, przymykając oczy. Zmarszczył czoło i rozmyślał jakiś czas.- Zaraz wracam- rzucił otwierając oczy i szybkim krokiem poszedł, prawdopodobnie, do swojego gabinetu.
-Co on, tym razem, wykombinuje?- Mruknął Michael do siebie w zastanowieniu.
-Serio może być aż tak strasznie?- Zapytała z wahaniem brunetka.
-Z tymi bestiami nigdy nic nie wiadomo- odparłam ponuro.
×××
Jack wrócił prawie po godzinie z grubą teczką w ręku.
-To ma być: zaraz..? Coś ty przytachał?- Zdumiała się.
-Twoje przyszłe akta; Wariatko- odparł z ironicznym grymasem.- Zresztą musiałem też obskoczyć parę osób, "przyszła łowczyni"- prychnął uszczypliwie.
-Jeju, dużo tego- stwierdziła zaskoczona.
-Pomożemy ci, bez obaw- odparłam dołączając do trójcy. W tym momencie idący skądś Jacob Horse widząc Cin nie trafił w zakręt i wpadł na ozdobną zbroję, która zachwiała się na cokole i zaczęła spadać prosto na niego.
-Szlag by to..- Zaklął bliznowaty próbując nie dopuścić do katastrofy i postawić zbroję całą i zdrową na miejscu.
-Czekaj, pomogę ci- Rzuciłam znajdując się tuż obok.
-Jest szybka..- zaczęła Cindy z podziwem.
-Jak na pijawę- rzuciłam z ironią.
***
-Już mnie ręka boli od tego pisania- westchnęła brunetka, odkładając na chwilę pióro.
-Maruda- rzucili złośliwie Michael i Jack.
-Kogo masz na jej Mistrza?- Spytałam wesoło.
-Pomyślałem, że Morgenstern mógłby się nią zająć. Facet chyba zna pojęcie: niereformowalna- odparł z lekkim chichotem.
-Spadaj- prychnęła szturchając go, znów zabrała się za pisanie.
-Zresztą nawet się zgodził- zarechotał Jack turlając się po łóżku.
-No, to życzymy miłego przejścia przez piekło- Michael spojrzał na mnie i oboje dostaliśmy ataku mega śmiechawy.
-Piekło? Jest aż taki straszny?- Jęknęła załamana Cindy.
-Gdzie tam. Jest tylko bardzo wymagający- Wyjaśniłam spokojnie.
-Czyli...- zaczęła niepewnie.
-Uczę się Zawodu, od kiedy skończyłam sześć lat- odparłam.
-No, wspominałaś coś..- wpadła mi w zdanie.
-Do tego czasu opanowałam: miecze, sztylety, piki, halabardy, włócznie, łuk i kuszę. Poza tym pod jego okiem uczyłam się także strzelać z broni długiej i krótkiej. Obecnie jestem na piątym stopniu szkolenia.
-A ile jest tych stopni?- Spytała z wahaniem.
-Dziewięć. Przeważnie całe szkolenie przechodzą łowcy, którzy potem uczą zawodu- odpowiedziałam wolno.
-W ile lat ogarnęłaś tyle broni?- Zaczynało się "przesłuchanie".
-Hm.. Pierwszy stopień zdałam mając dziewięć lat. Pięć lat później przeszłam egzamin na Kapsla, w tym samym roku dostałam Szczurzy ogon. Mając lat szesnaście byłam już na czwartym szczeblu, a w zeszłym roku zdobyłam piąty stopień. U nas każdy po egzaminie przez pół roku ma określone przezwisko.
-Za mną lata teraz brzdęk, albo "otwórz piwo"; a za Cally...
-Daj głos, waruj, burek, kundel, terier; hau, hau. Jest wesoło- rzuciłam ironicznie.- Istnieje też elita bardziej utalentowanych łowców; których nazywamy Niebieskimi.
-Czemu są jacyś lepsi?- Zdziwił się Jack.
-Potrafią wyczuć pijawę o wiele szybciej, niż reszta. Poza tym, jak my, są szkoleni do walki i mają o wiele większą odporność na ból i zdolności pijawek. W mojej rodzinie jest tylko dwoje Niebieskich: młodszy brat ojca; wujek Alec i moja kuzynka Clarissa Jane, zwana przez większość chłopaków "Petardą"- rzuciłam mrugając porozumiewawczo do Jack'a.
-Ale zwykli łowcy też są odporni..- zaczęła zdziwiona Cin.
-To prawda, ale.. Łowca wyczuje wampira z odległości plus minus trzech, czterech metrów; natomiast Niebieski poda bezbłędnie pozycję pijawy, która znajduje się około dwa kilometry stąd. Długi Jęzor; mamy w pobliżu jakąś pijawkę?- Rzuciłam do przechodzącej korytarzem Clarissy.
Długowłosa szatynka oparła się o framugę drzwi i przymknęła na chwilę oczy oddychając głęboko.
-Grupa trzynastu wampirów związanych z Senatem szwenda się w pobliżu Big Bena- oznajmiła machinalnie.- Poza tym trzech nomadów kręci się kilometr na północny zachód stąd- dodała otwierając oczy.
-Jak ona to robi??- Zdumiał się Jack gapiąc się na dziewczynę.
-Cally pewnie wam nie wspomniała, ale nas: Niebieskich nazywa się też wykrywaczami wampirów- wyjaśniła Clarissa przeciągając się lekko.
-Widać, że jesteś jakaś wykończona- stwierdziła Cindy.
-Sword mnie trochę przemaglowaaaał- ziewnęła lekko.- Poza tym czwarty z czwartego pokolenia Rodu, zwany dalej moim tatą, znów się czepia o ostatnie świadectwo... O, Święty Aniele, masakra- westchnęła niecierpliwie.- Spadam się zdrzemnąć, bo zaraz padnę...- stwierdziła znikając w korytarzu.
-Jest naprawdę niezła- skomentowała brunetka z uznaniem.- Chciałabym tak umieć..- rozmarzyła się.
-Może umiesz, ale jeszcze o tym nie wiesz? To się zdarza, bo nawet łowcy pochodzenia nieszlacheckiego posiadają tę zdolność- wytłumaczyłam swobodnie.
-Chyba mogę sobie tylko pomarzyć- zauważyła trochę smutno.
-Wcześniej nie chciałam o to pytać, ale co czułaś, kiedy zobaczyłaś pijawy w domu Jack'a?
-Czemu o to pytasz?- Zdziwiła się.
Dostrzegłam, że nauczyciel Niebieskich: Jim Sword podsłuchuje naszą rozmowę. Zauważyłam też, że cały czas uważnie obserwuje Cindy.
-Tak po prostu- skłamałam bez zająknięcia, a Michael pytał mnie wzrokiem, co kombinuję.
-To strasznie głupie...- Zawstydziła się obracając na nadgarstku bransoletkę.- Już zanim weszłam do środka, wiedziałam, że coś nie gra... Zignorowałam to i weszłam. Któryś z nich mnie zobaczył, a ja... Ja... Zrobiłam się taka... Sztywna, było mi zimno, słabo i przebiegając koło lustra zobaczyłam, że jestem blada, jak kostucha.. Potem jakoś tak nagle zaczęła napierdalać mnie bania...
Wpatrywałam się w fiołkowooką brunetkę poruszając wargami, jak ryba wyciągnięta z wody, oniemiała z zaskoczenia.
-Cz-Czemu nie powiedziałaś tego od razu??- Jim Sword wyszedł z ukrycia. Był równie zaskoczony, jak ja.
-Nie miałam pojęcia, że to takie ważne- obruszyła się Cindy zdziwiona.- Myślałam, że to tylko ze strachu, czy coś...
-Wiedziałem, że coś jest na rzeczy- mruknął czarnowłosy z fryzem na jeża w zastanowieniu, wtedy zauważył piętrzący się stos dokumentów.- Mamy nowego na Zaprzysiężenie?- Zagadnął zaintrygowany.
-Raczej nową- stwierdził Michael ruchem głowy wskazując Cin.
-A niech mnie Anioł w dupę kopnie- wydyszał zaskoczony.
-A masz- zarechotał Deere dając mu lekkiego kopa w zad.
-Koło Anioła to ty nawet nie leżałeś, spadaj na Rykowisko- rzucił uszczypliwie Jim.
-Już mi jedziesz po herbie? Swoim Nożykiem to ty se możesz: jabłka obierać- Deere odciął się z humorem.
-Nabijcie Mięcho na Rożen, łazęgi- zaśmiał się Mistrz.
-I niech Jutrzenka wam świeci- rzucili obaj z ironią.
-Płotka gotowa na wycisk?- Rzucił jednooki w stronę Cin.
-Chyba mnie nie doceniasz, Mistrzu- odparła uprzejmie Cindy, zakładając adidasy.
-Takie coś to ja rozumiem- zarechotał Morgenstern, a sygnet z gwiazdą na jego prawej dłoni błysnął odbijając światło.
***
Kwadrans później; plac ćwiczebny za budynkiem.
-Callisto Anabelle- Mistrz rzucił do mnie półtorak. Sam trzymał w dłoni swą ukochaną szpadę. Zasalutowaliśmy i rozpoczęliśmy.
Widziałam, że brunetka z wyraźnym zainteresowaniem obserwuje naszą wymianę ciosów. Po chwili jednak zwróciła uwagę na nasze kroki i pracę rąk.
-Ha!- Prychnął wesoło Mistrz bez trudu odbijając mój atak. Po chwili pojedynek nabrał tempa, a wymiana ciosów stała się szybsza i agresywniejsza.
-Kra!- Rzuciłam w odpowiedzi ruszając do ataku. Miecze się zwarły, a Mistrz odepchnął mnie mocno i nim zdążyłam ponownie zaatakować wykonał salut. Odwzajemniłam gest i opuściłam miecz, a on gestem ręki przywołał Cindy.
-Na początek broń lekka: szabla- podał dziewczynie ostrze.- Postawa szermiercza. Wyżej broń- poruszył jej nadgarstkiem.- W porządku. Podnieś lekko gardę- pouczył obchodząc ją do okoła.- Świetnie. Zaatakuj, gdy będziesz gotowa.- rzucił stając ze szpadą w palcach w postawie obronnej.
Cindy patrzyła niepewnie na szpadę w dłoni Morgensterna, jakby bała się, że ta w zetknięciu z mieczem złamie się. Odetchnęła i... Rzuciła się do szybkiego ataku.
Mistrz z wyrazem zaskoczenia odbił- niewiarygodnie szybką- serię ciosów i zasłonił się przed kolejnym.
-Trenowałaś kiedyś fechtunek?- Zdumiał się odbijając następne cięcie.
-Nigdy nawet nie miałam miecza w dłoni- zaprzeczyła ku zaskoczeniu wszystkich Cindy.
-Zatem, jakim cudem TAK zaatakowałaś?- Zapytał, gdy przystanęli.
Wtedy powiedziała coś, co kompletnie nas zamurowało:
-To trochę przypomina mi taniec- zauważyła z namysłem.- O co chodzi?- Zapytała opuszczając szablę do boku, widząc, że wszyscy milczymy, jak zaklęci.
Mistrz w oszołomieniu przemówił w swoim rodowitym języku: niemieckim.
-Co go tak nagle wzięło?- Zdumieli się chłopcy.
-Powiedział, że jeszcze nie słyszał takiego uznania dla szermierki, tym bardziej z ust zupełnie zielonej uczennicy.
-Jedyne, co umiem po niemiecku to: Nicht ferstehen- rzuciła przepraszająco.
-Hm? Powiedziałem to po...?- Mistrz roześmiał się lekko, jakby z własnego roztargnienia.- Jeszcze nikt kompletnie zielony nie porównał szermierki do tańca..- powiedział śmiejąc się lekko.
-To źle?- Cindy zmartwiła się.
-Wręcz przeciwnie: zaimponowałaś mi- odparł z podziwem.- Koniec lekcji- rzucił krótko.

Cindy szła zamyślona ze wzrokiem utkwionym w trawie i gryzła wafelka.
-Właściwie nie rozumiem, czym mu zaimponowałam- stwierdziła w końcu, odkręcając butelkę gazowanej wody mineralnej. Upiła spory łyk.
-Oświecić ją?- Szepnął mi Michael do ucha.
-Poczekajmy na rozwój wydarzeń- odszepnęłam poszturchując go wesoło.
-Wydaje mi się, że cię polubił- zauważył Jack ze śmiechem.
-Akurat- prychnęła, ale zachichotała lekko.

Kolacja. Wchodząc rzuciłam ukradkowe spojrzenie na Mistrza i zauważyłam, że, gdy ujrzał Cindy przez jego twarz przemknęło coś na kształt uśmiechu.
-Smacznego, żarłoki- rzuciła brunetka do Jacoba i reszty ekipy przy stole.
-Dzięki, wzajemnie- odparł z pełnymi ustami Horse.
-To ty wleciałeś dzisiaj na zbroję- powiedziała, a chłopak zakrztusił się sokiem. Porter poklepał go po plecach.
-Dzięki, Jazzy..- odparł czerwony jak burak.- Po prostu trochę się zagapiłem- wytłumaczył się niemrawo.
-Ciekawe, na kogo- szepnął wymownie Jack do Michaela, który dostał nagłego napadu nieposkromionego chichotu i niepostrzeżenie strzelił oczami na Cindy, a blondyn pokiwał głową, jakby mówiąc: strzał w dziesiątkę.
-Co tak szepczecie?- Obruszył się Horse.
-Nic, nic. Takie tam- odparł Jack przewracając oczami.
-Chcę wiedzieć, o co chodzi; panie przewodniczący- powiedział z naciskiem Jacob.
-Och, o nic. Zastanawiałem się tylko, kto wytrzyma ze mną dłużej, niż tydzień- skłamał Jack wzruszając ramionami.
-Mogę liczyć na puchar? Wytrzymałam z tobą dwa lata w jednej ławce- zarechotała Cindy, odciągając Jake'a od dalszych pytań.
-Zestrzelony- mruknęłam konspiracyjnie do Michaela.
-Wcale nie. Niech tylko Amor tego spróbuję to wsadzę mu ten łuk tam gdzie słońce nie dochodzi- burknął Horse.
-Znowu masz tryb: związki są do chrzanu?- Spytał uszczypliwie Romanow.
-Mów za siebie- zakpił Jacob rzucając w niego mandarynką.
-Nie czepiaj się- prychnął Vładimir.
-Sam zacząłeś- wypomniał mu usłużnie Horse.
-Dobra, masz mnie. Podajmy sobie ręce, trzymajmy się razem- zanucił drwiąco Romanow.
-A Putin niech zakręci nasze kurki z gazem- donucił Jake i zarechotali zgodnie.
-Czubki- skomentował Jasper z ironią.
-Odezwał się ten mądry. Dać dziecku zabawkę, to wysadzi hordę pijawek- odciął się Vładimir.
-Uratowałem ci dupę, więc powinieneś mi podziękować- odszczeknął się Jasper.
-A idź, bo jak ci pizgnę, to ci Pochodnia zgaśnie- Romanow szturchnął go przyjaźnie.
-Pożyczę trochę Płomienia od Michaela- odpowiedział wesoło Jazzy.
-Taa, a Kruk w herbie Ravenów zgubi swój klucz- zażartowała Clarissa, poprawiając wisiorek ze znakiem rodzinnym, a ja parsknęłam śmiechem.
-Ale wam dogięła. Punkt dla Kruka- zarechotał Jack.
-Uważaj, żeby ten Długi Jęzor nie zawiązał ci się przypadkiem w supeł- rzucił jeden z chłopców w wieku Clarissy.
-Tylko nie zaryj szczęką o asfalt z taką siłą, jak dziś na treningu przyjebałeś w jesion- odcięła się szatynka, a grupa dzieciaków z plecionymi niebieskimi bransoletkami na nadgarstkach zawyła z uciechą.
-Teraz to dopiero go zjechała- zauważyła Cindy przyglądając się czternastolatce, a Jack patrzył na dziewczynę z podziwem.
-To było mega- poparł brunetkę dusząc się ze śmiechu.

-Hej, Pyszczulku...- zagadnęłam, wsuwając ręce pod jego koszulkę przytuliłam się i oparłam policzek o jego plecy.
-Aha; Moje Kochanie?- Spytał, przytrzymując moje dłonie przy swojej piersi.
-Nie sądzisz, że Jack może być zestrzelony?- Spytałam zaciekawiona.
Usłyszałam jego cudny śmiech.
-Jack L. Donnovan? Zestrzelony?- Zapytał z niedowierzaniem.- Wątpię w to- dodał spokojnie.
Wtedy z korytarza usłyszeliśmy chóralne wycie i ogólny szum; a do sypialni jak wicher wpadł Jason, mój kuzyn, a młodszy brat Clarissy.
-Uciekajcie... To koniec świata..- wydyszał spanikowany z rozognionymi oczami.
-Co się stało?- Zaskoczeni odkleiliśmy się od siebie na chwilę i wbiliśmy wzrok w Jasona.
-Clarissę właśnie pocałował chłopak i... Napewno mi nie uwierzycie..- dokończył niepewnie, mnąc w palcach jakiś papierek.
-Kto pocałował Clarissę??- Potrząsnęłam mocno  kuzynem.- No, gadaj!.
-Chłopak..
-Tyle już wiemy: jaki chłopak?- Zaczęłam.
-Nie byle jaki...- Jason chciał się wykręcić, czując, że mu nie uwierzymy.
-Mów; kto to był- wyciągałam z niego.
-Przewodniczący Donnovan- szepnął nieco przestraszony.
-ŻE COOOOO?!- Wybuchnął Michael oszołomiony, siadając na czymś szybko.
-Nie przywidziało ci się coś?- Dodałam powoli.
-Widziałem to na własne oczy.. Wszyscy to widzieli...- wymamrotał mój kuzyn.
-To się w pale nie mieści...- tym razem do sypialni wpadła Cindy z oczami wielkimi, jak ping-pongi.- To się w pale po prostu nie mieści- powtórzyła jakby nie mogła ogarnąć tego, co się stało.
-Cindy, można wiedzieć; co jest grane?- Zaczęłam skołowana.
-Jack dosłownie przed sekundą pocałował Clarissę Raven...- wypaliła.
-Muszę... Muszę usiąść...- Zaczęłam zszokowana padając na puf.- To niemożliwe.. To KONIEC ŚWIATA: ratuj się, kto może- wyszeptałam kręcąc głową, jakby mnie piorun strzelił.
-Co z tym "końcem świata"?- Zdziwiona Cindy skakała po nas oczami.
-Właśnie- podjął cichy męski głos o przyjemnej barwie.
Na horyzoncie pojawił się wujek Luca. Zobaczyłam tylko strach w oczach Jasona.- A, ty jeszcze nie śpisz?- Piwne oczy zawiesiły się na swojej młodszej latorośli.
-Już szedłem się kłaść, ojcze...- zaczął chłopiec zacinając się, minął szybko piwnookiego szatyna.
-W tył, na lewo- zawrócił go wujek Luca, widząc, że coś tu nie jest, jak być powinno.- Wszyscy macie takie miny, jakby was ktoś kołkiem przechrzcił- zauważył spoglądając uważnie po naszych twarzach.
-Nic takiego się nie stało- zaczęłam próbując ratować sytuację.
-Czyżby; Callisto Anabelle Tyler, herbu Kruk?- Zapytał świdrując mnie spojrzeniem.
Cholera... Nawet po ślubie nie przestaję czuć respektu wobec wykrywacza kłamstw w oczach ojca chrzestnego.
-Diabli mi cię nadali- mruknęłam cicho, by nie dosłyszał.
-Co tam mamroczesz?- Jednak usłyszał i dał ostatnią szansę na zmianę wypowiedzi.
-Po prostu nie spodziewałam się, że będziesz chciał jeszcze ze mną rozmawiać po tym, kiedy sam zacząłeś mnie unikać- zaczęłam próbując...
-Nieudolnie zmieniasz temat, Callisto Anabelle- odparł przeciągając sylaby.
Właśnie. Przejrzał mnie od razu.
-Przechodząc usłyszałem dwa znajome słowa- kontynuował Luca Raven, a srebrny sygnet na środkowym palcu prawej dłoni i obrączka odbiły światło żarówek.- Co Clarissa przeskrobała tym razem? Które z was mi powie?- Powoli zwrócił wzrok na najmłodsze z dwójki swych dzieci.
Jason wpatrzony w podłogę zmełł w ustach przekleństwo.
-Callisto- to świdrujące spojrzenie piwnych oczu, które znałam aż za dobrze. Potrafiło sprawić, że największy kłamca, zaczynał gadać prawdę. Poczułam ramiona Michaela oplatające moje żebra i lekki całus w kark.
-Mogę o coś zapytać wujku?- Zaczęłam nieśmiało.