-Wykończyć, ale nie zabić- odparłem mając w opuszczonej do boku ręce broń lekko wysuniętą z pochwy.
-Nie kracz za dużo tym dziobem, bo ci go przestawię, Raven- warknął wampir wychodząc z cienia drzew w zagajniku.
-Odważysz się spróbować; gnido poziomu B?- Zakpiła czarnowłosa. Bawiła się, podrzucając sztylety.
-Ty marny poziomie D!- Warknął startując do niej z bronią.
-Nie tęp kłów tymi kiepskimi dowcipami!- Odparowała blokując atak skrzyżowanymi sztyletami.
Drugi natarł na mnie, odrzuciłem go kopniakiem i zwarłem broń z ostatnim. Jack osłonił sobą Cindy, cofając się.
Callisto odepchnęła przeciwnika i rzuciła do niego sztylety.
-A ty? Przecież nie masz broni!- Zaczął odbijając ataki pijawy.
-Poradzę sobie, zaatakuj z lewej- jej przeciwnik dostał strzała z pięści i cofnął się zamroczony. Callisto wyciągnęła zza bluzki klamkę i unikając ciosów odbezpieczyła. Po serii kolejnych uników przywaliłem wampirowi rękojeścią miecza.
-Jack?
-Radzę sobie- blondyn zapodał pijawce kolejnego buta i pchnął broń do przodu. Wampir zastawił się klingą i odepchnął Jack'a, po czym dopadł do przerażonej Cindy.
Ciszę rozdarł huk strzału, a z wampira zostały prochy. Callisto była zbyt zajęta walką, żeby mogła strzelić.
-Brudasy- burknął Lucas Lockwood zeskakując z drzewa.
-Za..!- Zaczął alarmująco Jack.
Wysoki okręcił w palcach karabinek snajperski i przywalił następnemu kolbą, po czym zgrabnie obracając broń w dłoni wymierzył i zastrzelił kolejną wampirzycę.
-Oni coś kombinują- zauważył wolno Lucas. Jack podniósł się na nogi.
Otaczało nas około dwudziestu odzianych w czerń wampirów, spośród których wyszła wampirzyca.
-Jesteś, jak zawsze, uparty Lucas- zauważyła.
Zaskoczony Lockwood cofnął się o krok. Jego wyraz twarzy.. Ten szok w oczach. Drżenie dłoni trzymającej broń i twarz blada, jak u trupa.
-Jesteś martwa- przemówił ochrypłym głosem Lucas, jakby nie wierzył w to, co widzi.- Sam cię zastrzeliłem..- zaczął oszołomiony.
-Znasz ją, Lucas?- Zapytałem zaskoczony.
-To... Moja.. Żona- głos mu drgnął.
-Jak to twoja żona??- Zdumiałem się.
-Nie wiem, skoro sam ją zastrzeliłem, gdy się tym stała- odparł nic z tego nie rozumiejąc.
-Odpuść i oddaj nam dzieciaka; Lucas- zwróciła się doń czule.
-Prędzej piekło zamarznie, Irina- odparł zimno Lucas.- Jakim cudem żyjesz, skoro władowałem w ciebie cały magazynek święconych kul?- Zapytał ostro i zupełnie bezdusznie.
-Dzięki mnie- oznajmił głos za mną. Lucas zwrócił się w tamtą stronę i rzucił jakieś słowo w obcym języku, którego nie znałem, mierząc do niego z broni.
Tamten uśmiechał się. Na widok tego uśmiechu zebrało mi się na wymioty.
-I kto to mówi? Prawie morderca własnej żony- zauważył nieznajomy.
Padł strzał, ale Lucas nie trafił w rozmówcę tylko w wampira obok.
Lockwood znów odezwał się w tym nieznanym mi języku.
-Powinieneś mi dziękować, że wyszedłeś cało z tej jatki w Bośni- odpowiedział beznamiętnie tamten.
Lockwood obojętnie wymierzył i zastrzelił kolejnego wampira.
-Nie żartuj sobie, jebany krecie. To głównie ty donosiłeś na własnych ludzi wrogom- odstrzelił kolejnego.
-Podejrzewasz własnego przyjaciela?- Zapytał tamten z niedowierzaniem.
-Przestałeś nim być już dawno. Dokładnie dziewiątego grudnia dziewiędziesiątego trzeciego- odwarknął Lucas.
-Gdyby nie pchał nosa w nieswoje sprawy, żyłby do dziś i dobrze o tym wiesz- oznajmił wampir lodowato.
Strzał. Wampirzyca tuż obok niego rozsypała się w powietrzu. Wampir uchylił się przed kulą zza siebie, a Irina zasłoniła się inną pijawą, używając jej, jako tarczy.
-Szeregowy Dorian Falcon, zdegradowany szeregowy z za długim pyskiem- rzucił wampir, widząc zeskakującego z drzewa do kręgu faceta.
-Czasy wojska już dawno minęły, więc nie szczekaj do mnie rangą, skurwiały bydlaku- łowca herbu Jastrząb splunął pogardliwie na ziemię.- Czego chcesz?- warknął mierząc doń z takiej samej broni, jaką dzierżył również Lucas.
-Oddajcie dzieciaka; a grzecznie sobie stąd pójdziemy- oznajmił wampir.
-Nie oddałbym ci nawet ślepego i głuchego psa, a co dopiero jednego ze swoich.
-W takim razie wszyscy pożegnajcie się z życiem- rzucił wampir i wykonał lekki ruch palcami dłoni ozdobionej lazurytem.
Cindy przytuliła się mocno do Jack'a. Trzęsła się z przerażenia.
-Będę cię chronił, Cin. Nie bój się- chwycił jej dłoń i okręcił ją za siebie.- Trzymaj się blisko mnie- pociągnął wampirowi z buta i zaraz go sprzątnął. Lucas i Falcon walczyli ramię w ramię.
Wampiry widząc, że przegrywają odpuściły i zbiły się w grupę.
-Odejdziecie sami, czy z kapciem w dupie?- Zapytał wyzywająco Jack zręcznie obracając w palcach broń.
-Ty bezczelny bachorze- warknął wampir, rzucając się do Jack'a z mieczem.
Blondyn zgrabnie odbił atak i przywalił mu pięścią przyozdobioną ciężkim sygnetem z emblematem oplecionego dzikim winem Kielicha z krzyżem Templariuszy na czaszy. Wszyscy z otwartymi ustami niezdolni do jakiegokolwiek ruchu potrafiliśmy tylko patrzeć, jak Jack tłucze pijawę po mordzie.
Kobieta ruszyła ku walczącym. Dorian Falcon i Lucas Lockwood poszli równocześnie do rozróby. Walcząc obserwowałam ich- wręcz idealną- synchronizację.
Jack zgarnął Cindy za siebie, odbił butem Krwawe Ostrze wampira i przebił innego sztyletem.
-Trzymaj się tuż przy mnie Cin- nakazał brunetce.
-Może mam ci jeszcze do kieszeni wskoczyć?- Zapytała przerażona.
-Jeśli potrafisz zmaleć na zawołanie- zasugerował i znów zdzielił wampira butem.
Strzały i szczęk stali- zdawało się, jakby Jack był do tego stworzony.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Tylko butów nie pogubcie; łamagi!- Zarechotał za uciekającymi pijawami.
Michael potknął się o własne nogi i padając w bujną trawę zaczął rżeć jak koń, ze śmiechu.
-Wszystko gra, Dorian?- Rzucił Lucas w stronę stojącego z opartym o ramię karabinem przyjaciela.
-Vain miała rację, Lucas. Rząd szykuje się do wojny- zauważył grobowo.
-Skurwiałe pijawki- zaklął Jack z nagłą złością.
-Widzę, że Przewodniczący pokazuje kły- zauważył nasz rusznikarz.
-Nie żartuj sobie!.- Żachnął się blondas.- Powinienem rozjebać łeb temu psu!
Z ust Lucasa aż wyrwał się gwizd podziwu, a Michael siadł na trawie i zaczął się gapić na przyjaciela z ogromnym zaskoczeniem, tak samo jak Cindy.
-Zmieniłeś się, brachu- zauważył zielonooki.
-Wcale nie- zaprzeczył spokojnie Jack.- Po prostu nie lubię, jak mi ktoś wjeżdża z buta na teren. No, bez jaj!- Jęknął wpatrzony w zagajnik.
-Chryste Panie... Tylko nie oni.. Błagam.! Nie znowu...- Zawtórował mu Michael poirytowany.
-Cholerna sekta.. Czego chcesz, Jace?- Zapytał Jack z jawną niechęcią.
-Rozmowy z Przewodniczącym Związku- odburknął wkurzony chłopak.
-Właśnie nań patrzysz, Jace. Nawijaj.
-Wiesz, co; Donnovan? Nie trawię cię, ale żarty na bok- warknął Jace.
-Wiesz co; Schwarz? Chciałbym sobie żartować. Mów, o co ci lata; albo nie zawracaj mi dupy- odpowiedział Jack beznamiętnie.
-Ktoś wali w moich srebrem, kurwa. Wytłumacz mi to z łachy swojej- zasyczał Jace doskakując do Jack'a.
-Grzeczniej, paniczyku- warknął Lucas zimno odsuwając go lufą broni.
-To nikt z łowców. Żaden nawet nie ruszył czterech liter zza drzwi kwatery, Jace- odparł obojętnie blondyn.- Poza tym mamy ważniejsze rzeczy na głowie, niż ty i twoja sekta; a sam wiesz; że obchodzisz mnie tyle, co zeszłoroczny śnieg- dodał niechętnie.
-Lepiej nas nie prowokuj; Donnovan- zauważył niski ciemnooki.
-Ani mi to przez myśl nie przeszło; Stevens- odparł Jack wzruszając ramionami.
-Akurat. Szczerze mówiąc dopchałeś się do koryta bo twój ojczulek tego chciał- prychnął z irytacją Jace.
-Ojczulek, którego nawet nie znałem; Schwarz- odparł Jack.- Chcesz? W porządku, zajmij moje miejsce; przerośnięty psie z wielkim ego, które możesz sobie teraz wsadzić: wiesz gdzie- dodał siląc się na spokojny ton.
-Masz rację, Donnovan- ton Jace'a nagle złagodniał.- Może nie powinienem za dużo kłapać; skoro nie wiem nic na sto procent- zauważył po chwili z namysłem.
-Ty? Najpierw mówisz, a dopiero potem myślisz; Schwarz: dla mnie- spojrzał na mojego męża- dla nas to żadna nowość. Zresztą wiesz, że jako Pretorianin naruszasz granicę, skoro nasze organizacje nie są już w sojuszu- dodał patrząc na lewe ramię chłopaka.
-Nie przychodzę tu z woli Pretorii, tylko jako przywódca swojej sfory. Gdybym miał to gdzieś, mógłbyś już wąchać kwiatki od spodu..
-Zmień ton, psie- nakazał lodowato Lucas.
-Gdyby mnie to nie obchodziło uwierzyłbym Maksymowi, że cytuje: "bękart Kielicha jest tylko zrzeszeniowym pionkiem; który tańczy, jak ktoś mu zagra"- stwierdził Jace, a Lucas aż zazgrzytał zębami z wściekłości.- Wiecie, jak jest naprawdę? W sumie nie powinienem wam tego mówić; ale Lupus Carceris będzie skomlić na kolanach o kolejny rozejm. Większość już krzywo patrzy na Maksyma, a może dojść i do tego; że zostanie Omegą. Skoro to żaden z was, mamy kogoś innego na celowniku. Idziemy; Kyle- rzucił przez ramię do kumpla, który niezbyt chętnie chciał za nim iść. Bardziej wyglądał, jakby miał ochotę przybrać wilczą formę i rzucić się Jack'owi do gardła.
-Kyle- Jace go ponaglił.
-Nie wierzę w ani jedno jego słowo- Kyle nie ruszył się z miejsca wpatrując się nieprzychylnie w blondyna.
-Idziemy. Naprawdę nie chcę powtórzyć tego trzeci ra...- W tym momencie rudy basior wystartował w stronę Jack'a.
Błyszczący wilk o jasnobrązowej sierści zmiótł tamtego z łap. Rudy potoczył się na grzbiecie i zatrzymał się kilka metrów dalej na trawie, po czym otrząsnął się wstając i z warkotem ponowił atak na Jack'a.
Nagle w pół skoku zesztywniał i spadł twardo na ziemię tuż przed przerażonym blondynem; popiskując i skamląc. Ślepia jasnobrązowego przybrały srogi wyraz, gdy księżycowy błysk zniknął z tęczówek. Kształt wilka rozmył się, a na jego miejscu stał rozdrażniony Jace.
-Powiedziałem idziemy; Beta- oznajmił twardo i groźnie, ruchem głowy wskazując mu kierunek do odejścia.
Odpowiedział mu cichy warkot. Falcon przezornie wymierzył w niego lufę.
-Opuść broń.. Nie lubię, jak ktoś celuje do moich- powiedział z prośbą Jace.
-Najpierw naucz swoich jakiegoś porządku- oznajmił chłodno Falcon.
-Uprzejmie cię proszę, żebyś nie wtrącał się w sprawy sfory, łowczy rodu Jastrząb- odparł z naciskiem Jace.- Kyle, wracaj do watahy, za pięć minut do was dołączę- oznajmił spokojnie.
Tym razem jego towarzysz usłuchał i ruszył do zagajnika.- Przepraszam za niego, cześć- rzucił idąc.
***
-Oni są po prostu zajebiści- stwierdził z podziwem Jack patrząc w plecy oddalających się Falcona i Lockwooda.
-Takiego synchronu jeszcze nie widziałam- zauważyła Cin, gdy już ochłonęła z szoku.- Tak, w sumie, co mu się stało w twarz?- Zapytała ostrożnie.
-Jako jeden z niewielu przeżył Kryształową Noc- odparłam wolno.
-To znaczy? Co to ta noc?- Zdziwiła się.
-Podczas KN Rządowe Pijawy mordowały łowców, ale też i ludzi- wyjaśniłam.- Rodzinę Lucasa wymordowano, bo pijawy pomyliły domy. On jako jedyny wyszedł z tego cało. Pomijając oszpeconą twarz. Tak dołączył do Stowarzyszenia.
-W ogóle zauważyłam, że prawie każdy ma jakąś bliznę. Na przykład pan Morgenstern... Jest taki.. Przerażający.
Parsknęliśmy śmiechem. Michael chyba miał niekontrolowaną śmiechawę, bo nie mógł przestać rżeć.
-Mistrz... Przerażający... Ale numer!- Rzucił zanosząc się wesołym śmiechem.
-Co w tym śmiesznego?- Burknęła urażona.
-To przeze mnie Mistrz stracił oko- powiedziałam cicho opierając się o męża.
-Jak to..?- Cin czasem zadawała za dużo pytań.
-Chodziłam do zerówki w Riverdale. Była tam taka fajna opiekunka.. Do czasu aż ugryzł ją Czystej Krwii wampir. Na widok krwi dostała szału.. Mistrz zwykle odbierał mnie ze szkoły i wtedy również tak było. Jeszcze nie wiedziałam zbyt wiele o pijawach i chciałam ją... Mistrz mnie odepchnął, więc rzuciła się na niego. Pozbawiła go oka, a on bez wahania ją zastrzelił. Wystarczyło małe skaleczenie, żeby ze zwykłej miłej kobiety wyszedł potwór. Wtedy na własne oczy zobaczyłam, czym oni tak naprawdę są. Bestiami w ludzkiej skórze- zakończyłam ponuro. Michael objął mnie mocniej.
-Ale to nie była jej wina- zauważyła wolno.
-To prawda, jednakże..- zaczęłam niepewnie.
-To była konieczność, Cin- odezwał się Michael.- W większości ludzie zmienieni w pijawy.. Oni się staczają i zabijają ludzi.
-A ten poziom D? Co to takiego?- Tego pytania się właśnie bałam.
-To.. Pijawa, która się stacza- odparłam przytulona do zielonookiego.
-Czyli ty też jesteś..- Zaczęła ostrożnie.
-Również jako jedna z nielicznych przeżyłam Kryształową Noc. Wampir, który mi to zrobił.. Zabił moją matkę i ojca.. Zrobił mi z życia piekło. Potem okazało się, że mój ojciec upozorował własną śmierć.. Ten wampir został zlikwidowany, a mnie... Mnie też pewnie to kiedyś czeka- westchnęłam ciężko, starając się ignorować ból i inne objawy nasilającego się pragnienia.
-Jednym wampom uciekłam, a na innego wampa trafiłam..- zauważyła z niedowierzaniem.
-Jestem człowiekiem. Z założenia- przyznałam smutno.- Jako ten potwór zabijam inne potwory...
-Moje Kochanie- mruknął Michael z niezadowoleniem, biorąc moją lewą dłoń w swoje.
-Pewnie czasem jest ci cholernie ciężko- zauważył Jack obejmując lekko Cindy.
-Czasem tak, ale zdążyłam się już przyzwyczaić..- Odetchnęłam głębiej. Gardło zaczynało coraz bardziej palić.
|•••|
-Przyjęli to wszystko trochę zbyt spokojnie- zauważyłam podchodząc do przenośnej lodówki z krwią.
Michael przyciągnął mnie ku sobie.
-Możesz wziąć ode mnie- szepnął cicho, obejmując mnie.
-Obiecałam sobie, że nie będę...- zaczęłam, ale zamknął mi usta lekkim pocałunkiem. Kły zawibrowały bólem, a ciało zaczęło płonąć.
-Nie..- szepnęłam z trudem, próbując go odsunąć.
-Cicho, Moje Kochanie- odszepnął kładąc mi palce na ustach.. Patrzyłam nań błagalnie, ale wiedziałam, że nie ustąpi.
-Michael.. Puść.. To boli..- zaczęło kręcić mi się w głowie.
-Myślałem, że przestałaś się tego bać- powiedział smutny.
-Nigdy nie przestanę bać się o ciebie- odparłam słabym głosem.
-Nic mi się nie stanie- powiedział chcąc mnie przekonać. Jego ciepły, pachnący kawą oddech delikatnie owiewał moją twarz, a spojrzenie zielonych oczu wwiercało się we mnie prosząco.
-Oboje tego chcemy, Cally- powiedział tym seksownym półgłosem, całując mnie znów w usta, a przez moje ciało przeszedł dreszcz bólu.
-Może.. Może już ci nie smakuję- zauważył po chwili smutny, gdy nie odpowiedziałam. Zaczął się ode mnie odsuwać, a ja wplotłam dłoń w jego i przysunęłam go do siebie.
-Przecież wiesz, że to nie tak- odezwałam się smutno, wciągnęłam jego zapach, próbując zapanować nad drżeniem.
-Przecież wiesz, że jestem twój- powiedział szeptem przesuwając ustami po pieczęci na mojej szyi.
Ten zapach tak bardzo mnie kusi...
-Pyszny...- wyrwał mi się z ust rozmarzony szept.
Wiedziałam, że coraz trudniej jest mi się powstrzymywać. Zauważyłam, że piję coraz więcej i irytuję się, gdy zabraknie mi krwi..
-Cally, Kochanie Moje- szepnął tuląc mnie lekko. Czułam oplatające mnie silne ręce.
-Ja.. Pyszczulku..- bałam się, że dostanę szału i spełni się najgorszy z moich koszmarów: ten, w którym..
Jack zgarnął Cindy za siebie, odbił butem Krwawe Ostrze wampira i przebił innego sztyletem.
-Trzymaj się tuż przy mnie Cin- nakazał brunetce.
-Może mam ci jeszcze do kieszeni wskoczyć?- Zapytała przerażona.
-Jeśli potrafisz zmaleć na zawołanie- zasugerował i znów zdzielił wampira butem.
Strzały i szczęk stali- zdawało się, jakby Jack był do tego stworzony.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Tylko butów nie pogubcie; łamagi!- Zarechotał za uciekającymi pijawami.
Michael potknął się o własne nogi i padając w bujną trawę zaczął rżeć jak koń, ze śmiechu.
-Wszystko gra, Dorian?- Rzucił Lucas w stronę stojącego z opartym o ramię karabinem przyjaciela.
-Vain miała rację, Lucas. Rząd szykuje się do wojny- zauważył grobowo.
-Skurwiałe pijawki- zaklął Jack z nagłą złością.
-Widzę, że Przewodniczący pokazuje kły- zauważył nasz rusznikarz.
-Nie żartuj sobie!.- Żachnął się blondas.- Powinienem rozjebać łeb temu psu!
Z ust Lucasa aż wyrwał się gwizd podziwu, a Michael siadł na trawie i zaczął się gapić na przyjaciela z ogromnym zaskoczeniem, tak samo jak Cindy.
-Zmieniłeś się, brachu- zauważył zielonooki.
-Wcale nie- zaprzeczył spokojnie Jack.- Po prostu nie lubię, jak mi ktoś wjeżdża z buta na teren. No, bez jaj!- Jęknął wpatrzony w zagajnik.
-Chryste Panie... Tylko nie oni.. Błagam.! Nie znowu...- Zawtórował mu Michael poirytowany.
-Cholerna sekta.. Czego chcesz, Jace?- Zapytał Jack z jawną niechęcią.
-Rozmowy z Przewodniczącym Związku- odburknął wkurzony chłopak.
-Właśnie nań patrzysz, Jace. Nawijaj.
-Wiesz, co; Donnovan? Nie trawię cię, ale żarty na bok- warknął Jace.
-Wiesz co; Schwarz? Chciałbym sobie żartować. Mów, o co ci lata; albo nie zawracaj mi dupy- odpowiedział Jack beznamiętnie.
-Ktoś wali w moich srebrem, kurwa. Wytłumacz mi to z łachy swojej- zasyczał Jace doskakując do Jack'a.
-Grzeczniej, paniczyku- warknął Lucas zimno odsuwając go lufą broni.
-To nikt z łowców. Żaden nawet nie ruszył czterech liter zza drzwi kwatery, Jace- odparł obojętnie blondyn.- Poza tym mamy ważniejsze rzeczy na głowie, niż ty i twoja sekta; a sam wiesz; że obchodzisz mnie tyle, co zeszłoroczny śnieg- dodał niechętnie.
-Lepiej nas nie prowokuj; Donnovan- zauważył niski ciemnooki.
-Ani mi to przez myśl nie przeszło; Stevens- odparł Jack wzruszając ramionami.
-Akurat. Szczerze mówiąc dopchałeś się do koryta bo twój ojczulek tego chciał- prychnął z irytacją Jace.
-Ojczulek, którego nawet nie znałem; Schwarz- odparł Jack.- Chcesz? W porządku, zajmij moje miejsce; przerośnięty psie z wielkim ego, które możesz sobie teraz wsadzić: wiesz gdzie- dodał siląc się na spokojny ton.
-Masz rację, Donnovan- ton Jace'a nagle złagodniał.- Może nie powinienem za dużo kłapać; skoro nie wiem nic na sto procent- zauważył po chwili z namysłem.
-Ty? Najpierw mówisz, a dopiero potem myślisz; Schwarz: dla mnie- spojrzał na mojego męża- dla nas to żadna nowość. Zresztą wiesz, że jako Pretorianin naruszasz granicę, skoro nasze organizacje nie są już w sojuszu- dodał patrząc na lewe ramię chłopaka.
-Nie przychodzę tu z woli Pretorii, tylko jako przywódca swojej sfory. Gdybym miał to gdzieś, mógłbyś już wąchać kwiatki od spodu..
-Zmień ton, psie- nakazał lodowato Lucas.
-Gdyby mnie to nie obchodziło uwierzyłbym Maksymowi, że cytuje: "bękart Kielicha jest tylko zrzeszeniowym pionkiem; który tańczy, jak ktoś mu zagra"- stwierdził Jace, a Lucas aż zazgrzytał zębami z wściekłości.- Wiecie, jak jest naprawdę? W sumie nie powinienem wam tego mówić; ale Lupus Carceris będzie skomlić na kolanach o kolejny rozejm. Większość już krzywo patrzy na Maksyma, a może dojść i do tego; że zostanie Omegą. Skoro to żaden z was, mamy kogoś innego na celowniku. Idziemy; Kyle- rzucił przez ramię do kumpla, który niezbyt chętnie chciał za nim iść. Bardziej wyglądał, jakby miał ochotę przybrać wilczą formę i rzucić się Jack'owi do gardła.
-Kyle- Jace go ponaglił.
-Nie wierzę w ani jedno jego słowo- Kyle nie ruszył się z miejsca wpatrując się nieprzychylnie w blondyna.
-Idziemy. Naprawdę nie chcę powtórzyć tego trzeci ra...- W tym momencie rudy basior wystartował w stronę Jack'a.
Błyszczący wilk o jasnobrązowej sierści zmiótł tamtego z łap. Rudy potoczył się na grzbiecie i zatrzymał się kilka metrów dalej na trawie, po czym otrząsnął się wstając i z warkotem ponowił atak na Jack'a.
Nagle w pół skoku zesztywniał i spadł twardo na ziemię tuż przed przerażonym blondynem; popiskując i skamląc. Ślepia jasnobrązowego przybrały srogi wyraz, gdy księżycowy błysk zniknął z tęczówek. Kształt wilka rozmył się, a na jego miejscu stał rozdrażniony Jace.
-Powiedziałem idziemy; Beta- oznajmił twardo i groźnie, ruchem głowy wskazując mu kierunek do odejścia.
Odpowiedział mu cichy warkot. Falcon przezornie wymierzył w niego lufę.
-Opuść broń.. Nie lubię, jak ktoś celuje do moich- powiedział z prośbą Jace.
-Najpierw naucz swoich jakiegoś porządku- oznajmił chłodno Falcon.
-Uprzejmie cię proszę, żebyś nie wtrącał się w sprawy sfory, łowczy rodu Jastrząb- odparł z naciskiem Jace.- Kyle, wracaj do watahy, za pięć minut do was dołączę- oznajmił spokojnie.
Tym razem jego towarzysz usłuchał i ruszył do zagajnika.- Przepraszam za niego, cześć- rzucił idąc.
***
-Oni są po prostu zajebiści- stwierdził z podziwem Jack patrząc w plecy oddalających się Falcona i Lockwooda.
-Takiego synchronu jeszcze nie widziałam- zauważyła Cin, gdy już ochłonęła z szoku.- Tak, w sumie, co mu się stało w twarz?- Zapytała ostrożnie.
-Jako jeden z niewielu przeżył Kryształową Noc- odparłam wolno.
-To znaczy? Co to ta noc?- Zdziwiła się.
-Podczas KN Rządowe Pijawy mordowały łowców, ale też i ludzi- wyjaśniłam.- Rodzinę Lucasa wymordowano, bo pijawy pomyliły domy. On jako jedyny wyszedł z tego cało. Pomijając oszpeconą twarz. Tak dołączył do Stowarzyszenia.
-W ogóle zauważyłam, że prawie każdy ma jakąś bliznę. Na przykład pan Morgenstern... Jest taki.. Przerażający.
Parsknęliśmy śmiechem. Michael chyba miał niekontrolowaną śmiechawę, bo nie mógł przestać rżeć.
-Mistrz... Przerażający... Ale numer!- Rzucił zanosząc się wesołym śmiechem.
-Co w tym śmiesznego?- Burknęła urażona.
-To przeze mnie Mistrz stracił oko- powiedziałam cicho opierając się o męża.
-Jak to..?- Cin czasem zadawała za dużo pytań.
-Chodziłam do zerówki w Riverdale. Była tam taka fajna opiekunka.. Do czasu aż ugryzł ją Czystej Krwii wampir. Na widok krwi dostała szału.. Mistrz zwykle odbierał mnie ze szkoły i wtedy również tak było. Jeszcze nie wiedziałam zbyt wiele o pijawach i chciałam ją... Mistrz mnie odepchnął, więc rzuciła się na niego. Pozbawiła go oka, a on bez wahania ją zastrzelił. Wystarczyło małe skaleczenie, żeby ze zwykłej miłej kobiety wyszedł potwór. Wtedy na własne oczy zobaczyłam, czym oni tak naprawdę są. Bestiami w ludzkiej skórze- zakończyłam ponuro. Michael objął mnie mocniej.
-Ale to nie była jej wina- zauważyła wolno.
-To prawda, jednakże..- zaczęłam niepewnie.
-To była konieczność, Cin- odezwał się Michael.- W większości ludzie zmienieni w pijawy.. Oni się staczają i zabijają ludzi.
-A ten poziom D? Co to takiego?- Tego pytania się właśnie bałam.
-To.. Pijawa, która się stacza- odparłam przytulona do zielonookiego.
-Czyli ty też jesteś..- Zaczęła ostrożnie.
-Również jako jedna z nielicznych przeżyłam Kryształową Noc. Wampir, który mi to zrobił.. Zabił moją matkę i ojca.. Zrobił mi z życia piekło. Potem okazało się, że mój ojciec upozorował własną śmierć.. Ten wampir został zlikwidowany, a mnie... Mnie też pewnie to kiedyś czeka- westchnęłam ciężko, starając się ignorować ból i inne objawy nasilającego się pragnienia.
-Jednym wampom uciekłam, a na innego wampa trafiłam..- zauważyła z niedowierzaniem.
-Jestem człowiekiem. Z założenia- przyznałam smutno.- Jako ten potwór zabijam inne potwory...
-Moje Kochanie- mruknął Michael z niezadowoleniem, biorąc moją lewą dłoń w swoje.
-Pewnie czasem jest ci cholernie ciężko- zauważył Jack obejmując lekko Cindy.
-Czasem tak, ale zdążyłam się już przyzwyczaić..- Odetchnęłam głębiej. Gardło zaczynało coraz bardziej palić.
|•••|
-Przyjęli to wszystko trochę zbyt spokojnie- zauważyłam podchodząc do przenośnej lodówki z krwią.
Michael przyciągnął mnie ku sobie.
-Możesz wziąć ode mnie- szepnął cicho, obejmując mnie.
-Obiecałam sobie, że nie będę...- zaczęłam, ale zamknął mi usta lekkim pocałunkiem. Kły zawibrowały bólem, a ciało zaczęło płonąć.
-Nie..- szepnęłam z trudem, próbując go odsunąć.
-Cicho, Moje Kochanie- odszepnął kładąc mi palce na ustach.. Patrzyłam nań błagalnie, ale wiedziałam, że nie ustąpi.
-Michael.. Puść.. To boli..- zaczęło kręcić mi się w głowie.
-Myślałem, że przestałaś się tego bać- powiedział smutny.
-Nigdy nie przestanę bać się o ciebie- odparłam słabym głosem.
-Nic mi się nie stanie- powiedział chcąc mnie przekonać. Jego ciepły, pachnący kawą oddech delikatnie owiewał moją twarz, a spojrzenie zielonych oczu wwiercało się we mnie prosząco.
-Oboje tego chcemy, Cally- powiedział tym seksownym półgłosem, całując mnie znów w usta, a przez moje ciało przeszedł dreszcz bólu.
-Może.. Może już ci nie smakuję- zauważył po chwili smutny, gdy nie odpowiedziałam. Zaczął się ode mnie odsuwać, a ja wplotłam dłoń w jego i przysunęłam go do siebie.
-Przecież wiesz, że to nie tak- odezwałam się smutno, wciągnęłam jego zapach, próbując zapanować nad drżeniem.
-Przecież wiesz, że jestem twój- powiedział szeptem przesuwając ustami po pieczęci na mojej szyi.
Ten zapach tak bardzo mnie kusi...
-Pyszny...- wyrwał mi się z ust rozmarzony szept.
Wiedziałam, że coraz trudniej jest mi się powstrzymywać. Zauważyłam, że piję coraz więcej i irytuję się, gdy zabraknie mi krwi..
-Cally, Kochanie Moje- szepnął tuląc mnie lekko. Czułam oplatające mnie silne ręce.
-Ja.. Pyszczulku..- bałam się, że dostanę szału i spełni się najgorszy z moich koszmarów: ten, w którym..
Kły wydłużały się powoli i boleśnie. W oczach stanęły mi łzy. Czułam, jakby w moich ustach wszystko się rozrywało. Pękało.
Nawet jego całusy bardzo bolały.
Przyparł mnie sobą do ściany pokoju i znów obdarzył mnie kilkoma całusami.
-Turkusiku..- szepnął z przywiązaniem.
Kły wreszcie się przebiły. Okropnie zabolała mnie szczęka, a z moich ust wyrwał się stłumiony jęk.
-Cśśś, Kochanie.. Spokojnie- szepnął troskliwie.
-Nie potrafisz trzymać rąk przy sobie- odparłam czując, że rozpina guziki mojej bluzki.
-Działasz na mnie, jak diabli..- odparł z łobuzerskim uśmieszkiem.- Mmm- zamruczał, gdy kły zatopiły się w jego ciele. Serce i oddech delikatnie przyspieszyły, a ramiona objęły mnie tak mocno, jakby chciał mnie zgnieść.
-Boli cię..- przerwałam na chwilę.
-Nie przestawaj- szepnął przyciskając mnie do piersi.
-Michael- zaczęłam z wahaniem.
-Nic mi nie jest, napij się- powiedział rozmarzony, rozluźniając lekko uścisk.
Oblizałam usta i nagle zawirowało mi w głowie.
-Napiłaś się? Na pewno nie chcesz więcej?- Szepnął troskliwie mi się przyglądając.
-Nie potrzebuję więcej- zaprzeczyłam cicho. Zatrzęsło mną mocno.
-Co się dzieje?- Zapytał zmartwiony.
-To nic.. Tylko turbulencje- uspokoiłam go.- Wiesz, że od wyjazdu z Fallen moja Moc trochę szaleje.. Za kilka dni to minie- zapewniłam.- Łooo.. Kto to się obudził?- Rzuciłam podchodząc do łóżeczka.
-Maa pa ra pa pa!.- Zapiszczała wesoło.
-Mój Potworek najdroższy, mua- dostała ode mnie całusa.- Chodź, zjemy coś- wymruczałam uśmiechając się do mojego skarba. Michael wziął butelkę i mleko i wyparował na dół.
-Zobacz, jaki tata jest szybki...- Rzuciłam spacerując z Lily po pokoju zaczęłam szykować krew dla małej.
Dziesięć minut później.
-Łooo, człowieku..- rzucił z korytarza jeden z chłopaków dusząc się ze śmiechu.
-Tatastrofa- zarechotał Michael, pojawiając się w drzwiach. Mała pokazała na niego rączką chichrając się.
-Płomień... Jak ty wyglądasz?- Zapytałam załamana z trudem powstrzymując się od śmiechu. Michael nie dość, że był cały mokry, to jeszcze musiała spaść na niego mąka lub coś takiego, bo wyglądał, jakby wykąpał się w cieście.
-Jak dopadnę tego dowcipnisia, to nie wiem co mu zrobię..- Rzucił z ironicznym uśmiechem, podając mi ciepłą butelkę mleka.- Muszę się wykąpać... Matko... Całe życie z wariatami- dodał z humorem biorąc ręcznik, ubrania na zmianę i resztę potrzebnych rzeczy.
Ściągnęłam palcem trochę ciasta z jego koszulki i spróbowałam.
-Żytnie, chlebowe.. Nawet niezłe- znów miałam niekontrolowany napad rechotu. Oparłam się tyłem o stolik i zaczęłam rżeć karmiąc Lily.
-Wiesz, co? Dzięki- burknął udając obrażonego.
-Och, Pyszczulku- pocałowałam go czule- naprawdę zabawnie wyglądasz, hihihihi, buhahaha..- Znowu śmiechawa- Jesteś taki... Kocham cię- Wymruczałam całując go.
-Ja ciebie bardziej.. A tego skarba najmocniej- ucałował małą.
-Bo będę zazdrosna- zażartowałam.
Zaśmiał się w odpowiedzi- naprawdę miał cudowny śmiech.
Lucas siedział przed budynkiem oparty o cokół, na którym stał posąg Razjela: był to wykuty w marmurze rycerz w zbroi i z hełmem na głowie. Postać w lewej dłoni trzymała długi miecz o prostej głowni, a w prawej kielich, który zapalano, gdy zmieniał się Przewodniczący Związku. Jego olbrzymie skrzydła rzucały cień na twarz wysokiego szarookiego mężczyzny, który z puszką lemoniady w dłoni rozmyślał w ciszy i samotności, wpatrując się w dal.
Spotkanie własnej żony... Jakimś cudem żywej i będącej jedną z tych potwornych istot; na których widok mógł czuć tylko i wyłącznie nienawiść, ból i pragnienie zemsty. Odebrano mu nie tylko żonę, ale i pięcioletniego syna. Został z niczym. Sam. Mimo to nie stracił woli życia, ani się nie poddał.
Nie wiem, co ja bym zrobiła na jego miejscu. Gdyby odebrano mi coś, co kocham najmocniej na ziemi- moją rodzinę.
-Znów się tym wszystkim zadręcza- zauważył ponuro Dorian Falcon, patrząc przez okno na Lucasa.
-Dlaczego z nim nie pogadasz?- Spytałam.
-Myślisz, że nie próbowałem?- Westchnął ciężko.- Lucas jest piekielnie zawzięty i...
-Widzę, że dobrze się znacie i w ogóle- stwierdziłam przyglądając mu się.
-Poznaliśmy się w wojsku. Obaj w jednej jednostce, jednym oddziale i z jedną specjalnością. "Snajperzy. Partnerzy. Bracia."- odebrał ode mnie broń i zwolniwszy magazynek przystąpił do swojej pracy.
-Nie wiem, czy bym się pozbierała, gdyby mnie coś takiego spotkało. To serio silny facet- powiedziałam cicho.
-Wiele przeszedł, to fakt- potwierdził Jastrząb.- Bośnia, Liban, potem ten atak.. Teraz jeszcze to..
-Taa- westchnęłam ciężko.
Michael Tyler, uczeń trzeciej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Michael, możemy pogadać?- Zapytała Cin, niepewnie przestępując z nogi na nogę.
-Spoko, o co chodzi?- Odparłem bawiąc się z córką.
Wyjrzała na korytarz na kilka sekund.
-O nas.. Mnie i Jack'a- powiedziała cicho.- No, bo- przymknęła drzwi lekko.
-No, nawijaj; co jest grane- zachęciłem.
-My chyba.. Znaczy ja.. Ja chyba nie pasuję do Jack'a- powiedziała cicho.