piątek, 15 czerwca 2018

Hunter III Curse Rozdział XXVIII Na głeboką wodę.

-Co to znaczy? Spytał Jack zaciekawiony.
-Wykończyć, ale nie zabić- odparłem mając w opuszczonej do boku ręce broń lekko wysuniętą z pochwy.
-Nie kracz za dużo tym dziobem, bo ci go przestawię, Raven- warknął wampir wychodząc z cienia drzew w zagajniku.
-Odważysz się spróbować; gnido poziomu B?- Zakpiła czarnowłosa. Bawiła się, podrzucając sztylety.
-Ty marny poziomie D!- Warknął startując do niej z bronią.
-Nie tęp kłów tymi kiepskimi dowcipami!- Odparowała blokując atak skrzyżowanymi  sztyletami.
Drugi natarł na mnie, odrzuciłem go kopniakiem i zwarłem broń z ostatnim. Jack osłonił sobą Cindy, cofając się.
Callisto odepchnęła przeciwnika i rzuciła do niego sztylety.
-A ty? Przecież nie masz broni!- Zaczął odbijając ataki pijawy.
-Poradzę sobie, zaatakuj z lewej- jej przeciwnik dostał strzała z pięści i cofnął się zamroczony. Callisto wyciągnęła zza bluzki klamkę i unikając ciosów odbezpieczyła. Po serii kolejnych uników przywaliłem wampirowi rękojeścią miecza.
-Jack?
-Radzę sobie- blondyn zapodał pijawce kolejnego buta i pchnął broń do przodu. Wampir zastawił się klingą i odepchnął Jack'a, po czym dopadł do przerażonej Cindy.
Ciszę rozdarł huk strzału, a z wampira zostały prochy. Callisto była zbyt zajęta walką, żeby mogła strzelić.
-Brudasy- burknął Lucas Lockwood zeskakując z drzewa.
-Za..!- Zaczął alarmująco Jack.
Wysoki okręcił w palcach karabinek snajperski i przywalił następnemu kolbą, po czym zgrabnie obracając broń w dłoni wymierzył i zastrzelił kolejną wampirzycę.
-Oni coś kombinują- zauważył wolno Lucas. Jack podniósł się na nogi.
Otaczało nas około dwudziestu odzianych w czerń wampirów, spośród których wyszła wampirzyca.
-Jesteś, jak zawsze, uparty Lucas- zauważyła.
Zaskoczony Lockwood cofnął się o krok. Jego wyraz twarzy.. Ten szok w oczach. Drżenie dłoni trzymającej broń i twarz blada, jak u trupa.
-Jesteś martwa- przemówił ochrypłym głosem Lucas, jakby nie wierzył w to, co widzi.- Sam cię zastrzeliłem..- zaczął oszołomiony.
-Znasz ją, Lucas?- Zapytałem zaskoczony.
-To... Moja.. Żona- głos mu drgnął.
-Jak to twoja żona??- Zdumiałem się.
-Nie wiem, skoro sam ją zastrzeliłem, gdy się tym stała- odparł nic z tego nie rozumiejąc.
-Odpuść i oddaj nam dzieciaka; Lucas- zwróciła się doń czule.
-Prędzej piekło zamarznie, Irina- odparł zimno Lucas.- Jakim cudem żyjesz, skoro władowałem w ciebie cały magazynek święconych kul?- Zapytał ostro i zupełnie bezdusznie.
-Dzięki mnie- oznajmił głos za mną. Lucas zwrócił się w tamtą stronę i rzucił jakieś słowo w obcym języku, którego nie znałem, mierząc do niego z broni.
Tamten uśmiechał się. Na widok tego uśmiechu zebrało mi się na wymioty.
-I kto to mówi? Prawie morderca własnej żony- zauważył nieznajomy.
Padł strzał, ale Lucas nie trafił w rozmówcę tylko w wampira obok.
Lockwood znów odezwał się w tym nieznanym mi języku.
-Powinieneś mi dziękować, że wyszedłeś cało z tej jatki w Bośni- odpowiedział beznamiętnie tamten.
Lockwood obojętnie wymierzył i zastrzelił kolejnego wampira.
-Nie żartuj sobie, jebany krecie. To głównie ty donosiłeś na własnych ludzi wrogom- odstrzelił kolejnego.
-Podejrzewasz własnego przyjaciela?- Zapytał tamten z niedowierzaniem.
-Przestałeś nim być już dawno. Dokładnie dziewiątego grudnia dziewiędziesiątego trzeciego- odwarknął Lucas.
-Gdyby nie pchał nosa w nieswoje sprawy, żyłby do dziś i dobrze o tym wiesz- oznajmił wampir lodowato.
Strzał. Wampirzyca tuż obok niego rozsypała się w powietrzu. Wampir uchylił się przed kulą zza siebie, a Irina zasłoniła się inną pijawą, używając jej, jako tarczy.
-Szeregowy Dorian Falcon, zdegradowany szeregowy z za długim pyskiem- rzucił wampir, widząc zeskakującego z drzewa do kręgu faceta.
-Czasy wojska już dawno minęły, więc nie szczekaj do mnie rangą, skurwiały bydlaku- łowca herbu Jastrząb splunął pogardliwie na ziemię.- Czego chcesz?- warknął mierząc doń z takiej samej broni, jaką dzierżył również Lucas.
-Oddajcie dzieciaka; a grzecznie sobie stąd pójdziemy- oznajmił wampir.
-Nie oddałbym ci nawet ślepego i głuchego psa, a co dopiero jednego ze swoich.
-W takim razie wszyscy pożegnajcie się z życiem- rzucił wampir i wykonał lekki ruch palcami dłoni ozdobionej lazurytem.
Cindy przytuliła się mocno do Jack'a. Trzęsła się z przerażenia.
-Będę cię chronił, Cin. Nie bój się- chwycił jej dłoń i okręcił ją za siebie.- Trzymaj się blisko mnie- pociągnął wampirowi z buta i zaraz go sprzątnął. Lucas i Falcon walczyli ramię w ramię.

Wampiry widząc, że przegrywają odpuściły i zbiły się w grupę.
-Odejdziecie sami, czy z kapciem w dupie?- Zapytał wyzywająco Jack zręcznie obracając w palcach broń.
-Ty bezczelny bachorze- warknął wampir, rzucając się do Jack'a z mieczem.
Blondyn zgrabnie odbił atak i przywalił mu pięścią przyozdobioną ciężkim sygnetem z emblematem oplecionego dzikim winem Kielicha z krzyżem Templariuszy na czaszy. Wszyscy z otwartymi ustami niezdolni do jakiegokolwiek ruchu potrafiliśmy tylko patrzeć, jak Jack tłucze pijawę po mordzie.

Kobieta ruszyła ku walczącym. Dorian Falcon i Lucas Lockwood poszli równocześnie do rozróby. Walcząc obserwowałam ich- wręcz idealną- synchronizację.
Jack zgarnął Cindy za siebie, odbił butem Krwawe Ostrze wampira i przebił innego sztyletem.
-Trzymaj się tuż przy mnie Cin- nakazał brunetce.
-Może mam ci jeszcze do kieszeni wskoczyć?- Zapytała przerażona.
-Jeśli potrafisz zmaleć na zawołanie- zasugerował i znów zdzielił wampira butem.
Strzały i szczęk stali- zdawało się, jakby Jack był do tego stworzony.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Tylko butów nie pogubcie; łamagi!- Zarechotał za uciekającymi pijawami.
Michael potknął się o własne nogi i padając w bujną trawę zaczął rżeć jak koń, ze śmiechu.
-Wszystko gra, Dorian?- Rzucił Lucas w stronę stojącego z opartym o ramię karabinem przyjaciela.
-Vain miała rację, Lucas. Rząd szykuje się do wojny- zauważył grobowo.
-Skurwiałe pijawki- zaklął Jack z nagłą złością.
-Widzę, że Przewodniczący pokazuje kły- zauważył nasz rusznikarz.
-Nie żartuj sobie!.- Żachnął się blondas.- Powinienem rozjebać łeb temu psu!
Z ust Lucasa aż wyrwał się gwizd podziwu, a Michael siadł na trawie i zaczął się gapić na przyjaciela z ogromnym zaskoczeniem, tak samo jak Cindy.
-Zmieniłeś się, brachu- zauważył zielonooki.
-Wcale nie- zaprzeczył spokojnie Jack.- Po prostu nie lubię, jak mi ktoś wjeżdża z buta na teren. No, bez jaj!- Jęknął wpatrzony w zagajnik.
-Chryste Panie... Tylko nie oni.. Błagam.! Nie znowu...- Zawtórował mu Michael poirytowany.
-Cholerna sekta.. Czego chcesz, Jace?- Zapytał Jack z jawną niechęcią.
-Rozmowy z Przewodniczącym Związku- odburknął wkurzony chłopak.
-Właśnie nań patrzysz, Jace. Nawijaj.
-Wiesz, co; Donnovan? Nie trawię cię, ale żarty na bok- warknął Jace.
-Wiesz co; Schwarz? Chciałbym sobie żartować. Mów, o co ci lata; albo nie zawracaj mi dupy- odpowiedział Jack beznamiętnie.
-Ktoś wali w moich srebrem, kurwa. Wytłumacz mi to z łachy swojej- zasyczał Jace doskakując do Jack'a.
-Grzeczniej, paniczyku- warknął Lucas zimno odsuwając go lufą broni.
-To nikt z łowców. Żaden nawet nie ruszył czterech liter zza drzwi kwatery, Jace- odparł obojętnie blondyn.- Poza tym mamy ważniejsze rzeczy na głowie, niż ty i twoja sekta; a sam wiesz; że obchodzisz mnie tyle, co zeszłoroczny śnieg- dodał niechętnie.
-Lepiej nas nie prowokuj; Donnovan- zauważył niski ciemnooki.
-Ani mi to przez myśl nie przeszło; Stevens- odparł Jack wzruszając ramionami.
-Akurat. Szczerze mówiąc dopchałeś się do koryta bo twój ojczulek tego chciał- prychnął z irytacją Jace.
-Ojczulek, którego nawet nie znałem; Schwarz- odparł Jack.- Chcesz? W porządku, zajmij moje miejsce; przerośnięty psie z wielkim ego, które możesz sobie teraz wsadzić: wiesz gdzie- dodał siląc się na spokojny ton.
-Masz rację, Donnovan- ton Jace'a nagle złagodniał.- Może nie powinienem za dużo kłapać; skoro nie wiem nic na sto procent- zauważył po chwili z namysłem.
-Ty? Najpierw mówisz, a dopiero potem myślisz; Schwarz: dla mnie- spojrzał na mojego męża- dla nas to żadna nowość. Zresztą wiesz, że jako Pretorianin naruszasz granicę, skoro nasze organizacje nie są już w sojuszu- dodał patrząc na lewe ramię chłopaka.
-Nie przychodzę tu z woli Pretorii, tylko jako przywódca swojej sfory. Gdybym miał to gdzieś, mógłbyś już wąchać kwiatki od spodu..
-Zmień ton, psie- nakazał lodowato Lucas.
-Gdyby mnie to nie obchodziło uwierzyłbym Maksymowi, że cytuje: "bękart Kielicha jest tylko zrzeszeniowym pionkiem; który tańczy, jak ktoś mu zagra"- stwierdził Jace, a Lucas aż zazgrzytał zębami z wściekłości.- Wiecie, jak jest naprawdę? W sumie nie powinienem wam tego mówić; ale Lupus Carceris będzie skomlić na kolanach o kolejny rozejm. Większość już krzywo patrzy na Maksyma, a może dojść i do tego; że zostanie Omegą. Skoro to żaden z was, mamy kogoś innego na celowniku. Idziemy; Kyle- rzucił przez ramię do kumpla, który niezbyt chętnie chciał za nim iść. Bardziej wyglądał, jakby miał ochotę przybrać wilczą formę i rzucić się Jack'owi do gardła.
-Kyle- Jace go ponaglił.
-Nie wierzę w ani jedno jego słowo- Kyle nie ruszył się z miejsca wpatrując się nieprzychylnie w blondyna.
-Idziemy. Naprawdę nie chcę powtórzyć tego trzeci ra...- W tym momencie rudy basior wystartował w stronę Jack'a.
Błyszczący wilk o jasnobrązowej sierści zmiótł tamtego z łap. Rudy potoczył się na grzbiecie i zatrzymał się kilka metrów dalej na trawie, po czym otrząsnął się wstając i z warkotem ponowił atak na Jack'a.
Nagle w pół skoku zesztywniał i spadł twardo na ziemię tuż przed przerażonym blondynem; popiskując i skamląc. Ślepia jasnobrązowego przybrały srogi wyraz, gdy księżycowy błysk zniknął z tęczówek. Kształt wilka rozmył się, a na jego miejscu stał rozdrażniony Jace.
-Powiedziałem idziemy; Beta- oznajmił twardo i groźnie, ruchem głowy wskazując mu kierunek do odejścia.
Odpowiedział mu cichy warkot. Falcon przezornie wymierzył w niego lufę.
-Opuść broń.. Nie lubię, jak ktoś celuje do moich- powiedział z prośbą Jace.
-Najpierw naucz swoich jakiegoś porządku- oznajmił chłodno Falcon.
-Uprzejmie cię proszę, żebyś nie wtrącał się w sprawy sfory, łowczy rodu Jastrząb- odparł z naciskiem Jace.- Kyle, wracaj do watahy, za pięć minut do was dołączę- oznajmił spokojnie.
Tym razem jego towarzysz usłuchał i ruszył do zagajnika.- Przepraszam za niego, cześć- rzucił idąc.
***
-Oni są po prostu zajebiści- stwierdził z podziwem Jack patrząc w plecy oddalających się Falcona i Lockwooda.
-Takiego synchronu jeszcze nie widziałam- zauważyła Cin, gdy już ochłonęła z szoku.- Tak, w sumie, co mu się stało w twarz?- Zapytała ostrożnie.
-Jako jeden z niewielu przeżył Kryształową Noc- odparłam wolno.
-To znaczy? Co to ta noc?- Zdziwiła się.
-Podczas KN Rządowe Pijawy mordowały łowców, ale też i ludzi- wyjaśniłam.- Rodzinę Lucasa wymordowano, bo pijawy pomyliły domy. On jako jedyny wyszedł z tego cało. Pomijając oszpeconą twarz. Tak dołączył do Stowarzyszenia.
-W ogóle zauważyłam, że prawie każdy ma jakąś bliznę. Na przykład pan Morgenstern... Jest taki.. Przerażający.
Parsknęliśmy śmiechem. Michael chyba miał niekontrolowaną śmiechawę, bo nie mógł przestać rżeć.
-Mistrz... Przerażający... Ale numer!- Rzucił zanosząc się wesołym śmiechem.
-Co w tym śmiesznego?- Burknęła urażona.
-To przeze mnie Mistrz stracił oko- powiedziałam cicho opierając się o męża.
-Jak to..?- Cin czasem zadawała za dużo pytań.
-Chodziłam do zerówki w Riverdale. Była tam taka fajna opiekunka.. Do czasu aż ugryzł ją Czystej Krwii wampir. Na widok krwi dostała szału.. Mistrz zwykle odbierał mnie ze szkoły i wtedy również tak było. Jeszcze nie wiedziałam zbyt wiele o pijawach i chciałam ją... Mistrz mnie odepchnął, więc rzuciła się na niego. Pozbawiła go oka, a on bez wahania ją zastrzelił. Wystarczyło małe skaleczenie, żeby ze zwykłej miłej kobiety wyszedł potwór. Wtedy na własne oczy zobaczyłam, czym oni tak naprawdę są. Bestiami w ludzkiej skórze- zakończyłam ponuro. Michael objął mnie mocniej.
-Ale to nie była jej wina- zauważyła wolno.
-To prawda, jednakże..- zaczęłam niepewnie.
-To była konieczność, Cin- odezwał się Michael.- W większości ludzie zmienieni w pijawy.. Oni się staczają i zabijają ludzi.
-A ten poziom D? Co to takiego?- Tego pytania się właśnie bałam.
-To.. Pijawa, która się stacza- odparłam przytulona do zielonookiego.
-Czyli ty też jesteś..- Zaczęła ostrożnie.
-Również jako jedna z nielicznych przeżyłam Kryształową Noc. Wampir, który mi to zrobił.. Zabił moją matkę i ojca.. Zrobił mi z życia piekło. Potem okazało się, że mój ojciec upozorował własną śmierć.. Ten wampir został zlikwidowany, a mnie... Mnie też pewnie to kiedyś czeka- westchnęłam ciężko, starając się ignorować ból i inne objawy nasilającego się pragnienia.
-Jednym wampom uciekłam, a na innego wampa trafiłam..- zauważyła z niedowierzaniem.
-Jestem człowiekiem. Z założenia- przyznałam smutno.- Jako ten potwór zabijam inne potwory...
-Moje Kochanie- mruknął Michael z niezadowoleniem, biorąc moją lewą dłoń w swoje.
-Pewnie czasem jest ci cholernie ciężko- zauważył Jack obejmując lekko Cindy.
-Czasem tak, ale zdążyłam się już przyzwyczaić..- Odetchnęłam głębiej. Gardło zaczynało coraz bardziej palić.
|•••|
-Przyjęli to wszystko trochę zbyt spokojnie- zauważyłam podchodząc do przenośnej lodówki z krwią.
Michael przyciągnął mnie ku sobie.
-Możesz wziąć ode mnie- szepnął cicho, obejmując mnie.
-Obiecałam sobie, że nie będę...- zaczęłam, ale zamknął mi usta lekkim pocałunkiem. Kły zawibrowały bólem, a ciało zaczęło płonąć.
-Nie..- szepnęłam z trudem, próbując go odsunąć.
-Cicho, Moje Kochanie- odszepnął kładąc mi palce na ustach.. Patrzyłam nań błagalnie, ale wiedziałam, że nie ustąpi.
-Michael.. Puść.. To boli..- zaczęło kręcić mi się w głowie.
-Myślałem, że przestałaś się tego bać- powiedział smutny.
-Nigdy nie przestanę bać się o ciebie- odparłam słabym głosem.
-Nic mi się nie stanie- powiedział chcąc mnie przekonać. Jego ciepły, pachnący kawą oddech delikatnie owiewał moją twarz, a spojrzenie zielonych oczu wwiercało się we mnie prosząco.
-Oboje tego chcemy, Cally- powiedział tym seksownym półgłosem, całując mnie znów w usta, a przez moje ciało przeszedł dreszcz bólu.
-Może.. Może już ci nie smakuję- zauważył po chwili smutny, gdy nie odpowiedziałam. Zaczął się ode mnie odsuwać, a ja wplotłam dłoń w jego i przysunęłam go do siebie.
-Przecież wiesz, że to nie tak- odezwałam się smutno, wciągnęłam jego zapach, próbując zapanować nad drżeniem.
-Przecież wiesz, że jestem twój- powiedział szeptem przesuwając ustami po pieczęci na mojej szyi.

Ten zapach tak bardzo mnie kusi...

-Pyszny...- wyrwał mi się z ust rozmarzony szept.
Wiedziałam, że coraz trudniej jest mi się powstrzymywać. Zauważyłam, że piję coraz więcej i irytuję się, gdy zabraknie mi krwi..
-Cally, Kochanie Moje- szepnął tuląc mnie lekko. Czułam oplatające mnie silne ręce.
-Ja.. Pyszczulku..- bałam się, że dostanę szału i spełni się najgorszy z moich koszmarów: ten, w którym.. 

Kły wydłużały się powoli i boleśnie. W oczach stanęły mi łzy. Czułam, jakby w moich ustach wszystko się rozrywało. Pękało.
Nawet jego całusy bardzo bolały.
Przyparł mnie sobą do ściany pokoju i znów obdarzył mnie kilkoma całusami.
-Turkusiku..- szepnął z przywiązaniem.
Kły wreszcie się przebiły. Okropnie zabolała mnie szczęka, a z moich ust wyrwał się stłumiony jęk.
-Cśśś, Kochanie.. Spokojnie- szepnął troskliwie.
-Nie potrafisz trzymać rąk przy sobie- odparłam czując, że rozpina guziki mojej bluzki.
-Działasz na mnie, jak diabli..- odparł z łobuzerskim uśmieszkiem.- Mmm- zamruczał, gdy kły zatopiły się w jego ciele. Serce i oddech delikatnie przyspieszyły, a ramiona objęły mnie tak mocno, jakby chciał mnie zgnieść.
-Boli cię..- przerwałam na chwilę.
-Nie przestawaj- szepnął przyciskając mnie do piersi.
-Michael- zaczęłam z wahaniem.
-Nic mi nie jest, napij się- powiedział rozmarzony, rozluźniając lekko uścisk.

Oblizałam usta i nagle zawirowało mi w głowie.
-Napiłaś się? Na pewno nie chcesz więcej?- Szepnął troskliwie mi się przyglądając.
-Nie potrzebuję więcej- zaprzeczyłam cicho. Zatrzęsło mną mocno.
-Co się dzieje?- Zapytał zmartwiony.
-To nic.. Tylko turbulencje- uspokoiłam go.- Wiesz, że od wyjazdu z Fallen moja Moc trochę szaleje.. Za kilka dni to minie- zapewniłam.- Łooo.. Kto to się obudził?- Rzuciłam podchodząc do łóżeczka.
-Maa pa ra pa pa!.- Zapiszczała wesoło.
-Mój Potworek najdroższy, mua- dostała ode mnie całusa.- Chodź, zjemy coś- wymruczałam uśmiechając się do mojego skarba. Michael wziął butelkę i mleko i wyparował na dół.
-Zobacz, jaki tata jest szybki...- Rzuciłam spacerując z Lily po pokoju zaczęłam szykować krew dla małej.
Dziesięć minut później.
-Łooo, człowieku..- rzucił z korytarza jeden z chłopaków dusząc się ze śmiechu.
-Tatastrofa- zarechotał Michael, pojawiając się w drzwiach. Mała pokazała na niego rączką chichrając się.
-Płomień... Jak ty wyglądasz?- Zapytałam załamana z trudem powstrzymując się od śmiechu. Michael nie dość, że był cały mokry, to jeszcze musiała spaść na niego mąka lub coś takiego, bo wyglądał, jakby wykąpał się w cieście.
-Jak dopadnę tego dowcipnisia, to nie wiem co mu zrobię..- Rzucił z ironicznym uśmiechem, podając mi ciepłą butelkę mleka.- Muszę się wykąpać... Matko... Całe życie z wariatami- dodał z humorem biorąc ręcznik, ubrania na zmianę i resztę potrzebnych rzeczy.
Ściągnęłam palcem trochę ciasta z jego koszulki i spróbowałam.
-Żytnie, chlebowe.. Nawet niezłe- znów miałam niekontrolowany napad rechotu. Oparłam się tyłem o stolik i zaczęłam rżeć karmiąc Lily.
-Wiesz, co? Dzięki- burknął udając obrażonego.
-Och, Pyszczulku- pocałowałam go czule- naprawdę zabawnie wyglądasz, hihihihi, buhahaha..- Znowu śmiechawa- Jesteś taki... Kocham cię- Wymruczałam całując go.
-Ja ciebie bardziej.. A tego skarba najmocniej- ucałował małą.
-Bo będę zazdrosna- zażartowałam.
Zaśmiał się w odpowiedzi- naprawdę miał cudowny śmiech.

Lucas siedział przed budynkiem oparty o cokół, na którym stał posąg Razjela: był to wykuty w marmurze  rycerz w zbroi i z hełmem na głowie. Postać w lewej dłoni trzymała długi miecz o prostej głowni, a w prawej  kielich, który zapalano, gdy zmieniał się Przewodniczący Związku. Jego olbrzymie skrzydła rzucały cień na twarz wysokiego szarookiego mężczyzny, który z puszką lemoniady w dłoni rozmyślał w ciszy i samotności, wpatrując się w dal.
Spotkanie własnej żony... Jakimś cudem żywej i będącej jedną z tych potwornych istot; na których widok mógł czuć tylko i wyłącznie nienawiść, ból i pragnienie zemsty. Odebrano mu nie tylko żonę, ale i pięcioletniego syna. Został z niczym. Sam. Mimo to nie stracił woli życia, ani się nie poddał.
Nie wiem, co ja bym zrobiła na jego miejscu. Gdyby odebrano mi coś, co kocham najmocniej na ziemi- moją rodzinę.
-Znów się tym wszystkim zadręcza- zauważył ponuro Dorian Falcon, patrząc przez okno na Lucasa.
-Dlaczego z nim nie pogadasz?- Spytałam.
-Myślisz, że nie próbowałem?- Westchnął ciężko.- Lucas jest piekielnie zawzięty i...
-Widzę, że dobrze się znacie i w ogóle- stwierdziłam przyglądając mu się.
-Poznaliśmy się w wojsku. Obaj w jednej jednostce, jednym oddziale i z jedną specjalnością. "Snajperzy. Partnerzy. Bracia."- odebrał ode mnie broń i zwolniwszy magazynek przystąpił do swojej pracy.
-Nie wiem, czy bym się pozbierała, gdyby mnie coś takiego spotkało. To serio silny facet- powiedziałam cicho.
-Wiele przeszedł, to fakt- potwierdził Jastrząb.- Bośnia, Liban, potem ten atak.. Teraz jeszcze to..
-Taa- westchnęłam ciężko.
Michael Tyler, uczeń trzeciej klasy ogólniaka- łowca wampirów... 
-Michael, możemy pogadać?- Zapytała Cin, niepewnie przestępując z nogi na nogę.
-Spoko, o co chodzi?- Odparłem bawiąc się z córką.
Wyjrzała na korytarz na kilka sekund.
-O nas.. Mnie i Jack'a- powiedziała cicho.- No, bo- przymknęła drzwi lekko.
-No, nawijaj; co jest grane- zachęciłem.
-My chyba.. Znaczy ja.. Ja chyba nie pasuję do Jack'a- powiedziała cicho. 


Hunter III Curse Rozdział XXVIII Na głeboką wodę.

-A Jego dzieciom oręż!- Odpowiedziały głosy.

-Niech nas Anioł ciągle chroni, 
kiedy dobywamy broni. Dba o wszystkie Łowców Rody 
i pilnuje wszelkiej zgody. 
Daje Łowcom wszelkie siły, 
by po dziś dzień Mu służyły- wyrecytował Deere.
-Amen- odpowiedzieli zgromadzeni, stojąc.
-Siadajcie. Sekretarz odczyta teraz List Nominacyjny, pozostawiony przez poprzedniego przewodniczącego Związku Stowarzyszenia Łowców- oznajmił Deere.
Wstała kobieta i zakładając okulary zaczęła czytać:
-„Ja, niżej podpisany, obecny Przewodniczący Związku Stowarzyszenia Łowców; Cristian Rafael Salvator, piszący się herbem Kielicha oświadczam zapieczętowanym dokumentem, iż:
Primo: jestem świadom odpowiedzialności, która na mnie spoczywa, gdy piszę ten list.
Secundo: dokument jest niepodważalny tylko wtedy, gdy posiada trzy pieczęcie: Papieską, Moją i Zrzeszenia. Jeśli złamano wszystkie- list jest ważny, przez co nikt nie może negować jego autentyczności.
Tercjo: Dlatego na Tron Anioła wyznaczam: Jack'a L. Donnovan'a, którego- proszę- wspierajcie i, któremu zaufajcie, bo wierzę, że nie popełni błędów; które sam popełniłem.
W imię Anioła; nie poddawajcie się nikomu i niczemu. Mimo wszystko, w walce: wszyscy jesteśmy Braćmi!
Chwała Aniołowi.
Jedność. Prawda. Tajemnica.
Signo victoriam Tenebris.
Podpisano:
Cristian Rafael Salvator, herbu Kielich.”- odczytała Sekretarz Zrzeszenia.
Zapadła długa cisza, po której rozległy się szepty w wielu językach. Jack siedział cicho. Długo rozmyślał, lecz w końcu wstał.
-Szczerze mówiąc: jestem zwykłym licealistą. Jak dotąd uważałem wampiry i wielkie wilki za bajki, ale to się zmieniło. Zmieniło się dokładnie trzy dni temu, gdy moje życie wywróciło się jak bęben pralki w trakcie wirowania- rozległy się chichoty.- Wiem, może wam się to wydać zabawne, ale.. Jestem osobą, która nie wie zupełnie nic. Nie znam waszych tradycji, zwyczajów.. Niczego i... Szczerze powiedziawszy: boję się, jak jasna cholera; czy ogarnę ogrom pracy; który wkładacie w to, by chronić ludzi, przed tym... Tym czymś, czym są wampiry- zauważył cicho.- Dziękuję, to wszystko, co chciałem powiedzieć- zakończył siadając.
Łowcy zaczęli klaskać i wyć z podziwu.
-Przejdźmy zatem do spraw ogólnych Zrzeszenia- oznajmił Deere.
***
-Czyli mówi pan, że mamy tu niezły burdel- zauważył Jack z zastanowieniem.
-James- odparł Deere krótko.
-Co?- Spytał Jack unosząc głowę znad stosu papierów.
-Tu wszyscy mówimy sobie po imieniu- wyjaśnił Deere spokojnie.
-Jack.. Chyba będę się musiał się sporo nauczyć- stwierdził.
-Nie przejmuj się. Nie jesteś w tym wszystkim sam- pocieszył Deere.
-Dzięki- odparł Jack z ciężkim westchnieniem.
Otworzyły się drzwi sali. Do środka wkroczyła trójka wampirów.
-Granatowi przyleźli- mruknął.- Jaki jest powód tego wątpliwego zaszczytu, Pani Klanu Vain?- Zapytał ostrożnie.
Kobieta odrzuciła powoli kaptur granatowego stroju.
-Spokojnie, Pogromco Rodu Jelenia- odparła Livia Vinci z opanowaniem.- Przyszłam was ostrzec: Senat porozumiał się z Rządami.
-To wróży kłopoty- zauważył z namysłem Tyrone Angello.
-Gorzej. Nie chciałabym być złym prorokiem; ale jest bardzo prawdopodobne, że będzie wojna.
-Dlaczego nas ostrzegasz? Jaki masz w tym interes?- Zapytał nieufnie Deere.
-Żadnego, po prostu jestem przeciwna decyzjom Senatu. Najpierw układają się z wami i szczekają o pokoju i współpracy; a teraz szykują się do wojny? Co, jak co, ale ja nie chcę w tym uczestniczyć- odparła obojętnie.
-Cuchnie mi to na kilometr jakimś syfem- zauważył Jack ostrożnie.
-Odszczekaj to, łowcze szczenię- zasyczał jeden z ochroniarzy Vain.
Trzask. Dłoń ozdobiona lazurytem zderzyła się z jego twarzą.
-Zamilcz- warknęła lodowato, nie zaszczycając go spojrzeniem.- Jean również zagłosował przeciwko. Co więcej: nazwał pół Senatu podłymi gnidami i powiedział, że każdego, kto wkroczy do Fallen z zamiarem robienia rozróby, zabije- oznajmiła.- Dodał też, że jeśli będzie trzeba postawi cały Klan na nogi. Zresztą, kilka potężniejszych klanów ostatnio krzywo patrzy na poczynania Senatu. To kopia dokumentów z wczorajszego posiedzenia- pstryknęła palcami, a do środka wszedł wampir z kilkoma grubymi tekami akt, które po chwili położył na stole.
***
-Jack.. Jack, słuchasz mnie w ogóle?- Zapytała Cindy.
-Przepraszam- odpowiedział cicho.
-Coś cię martwi- powiedziała z troską.- W ogóle od dwóch dni nic do ciebie nie dociera.. Jakbyś był na mnie zły za tamto- zauważyła przyglądając mu się.
-Nie jestem- odparł Jack zamyślonym tonem, pijąc oranżadę z puszki.
-Więc co się z tobą dzieje? Nawet nie od...
-Oni nie żyją, prawda?- Przerwał jej cicho.
Cindy zatrzymała się raptownie w progu pokoju. Przestąpiła z nogi na nogę, nie wiedząc, czy powinna mu powiedzieć.
-Cindy, powiedz mi; co się stało w moim domu- odezwał się cicho, starając się, by jego głos brzmiał spokojnie.
-Na pewno nie chcesz z nim pogadać?- Zapytałam Michaela.
-Już dosyć wywróciłem mu życie do góry nogami- zauważył zielonooki.
-Jesteś smutny- zauważyłam biorąc go za rękę.
Zielone oczy spojrzały na mnie delikatnie.
-Po prostu martwię się o Jack'a- odezwał się po chwili cicho.- Wszystko zleciało na niego, jak lawina- przytulił małą i pocałował ją lekko.
-W porządku, nie płacz- Jack objął dziewczynę.
-Ale... Ja tak po prostu.. uciekłam. Jestem beznadziejna- powiedziała przybita.
-Wcale nie- zaprzeczył przytulając ją.- Też pewnie uciekałbym z płaczem, jak małe dziecko.
-Ty uciekał? Jakoś sobie tego nie wyobrażam- zauważyła poważnie.- Jesteś odważny i w ogóle..
-Odważny? Daj spokój- westchnął ciężko.- Mój ojciec, którego nawet nie znałem, wyznaczył mnie na przewodniczącego super mega tajnego Stowarzyszenia Łowców Wampirów- wybuchnął ze złością.- A ja jestem w tym wszystkim kompletnie zielony. Castor też nawet nie wspomniał, że był łowcą, a co więcej ich nauczycielem.
-Nie możesz odmówić; skoro sobie z tym nie radzisz?- Zapytała cicho.
-Nie mogę. Ten cały List Nominacyjny to jedyny dokument, od którego nie można się odwołać- odparł Jack, leżąc na łóżku wpatrywał się w sufit.- Nie wiem, czy sobie poradzę z tym wszystkim i... Najgorsze będzie to całe Zaprzysiężenie i będę musiał się wszystkiego nauczyć, pogodzić szkołę z innymi obowiązkami...
-Chyba za bardzo się martwisz, Jack- powiedziała pocieszająco.- Jesteś ogarnięty, więc na pewno dasz radę.
-To poważna sprawa, a nie jakaś impreza nad rzeką, Cin- odparł.
-Wiem, widziałam te.. Te potworne wampiry- Cindy wbiła wzrok w swoje sandałki.- Zresztą będę starała się ci pomagać, jak mogę...
-Dzięki, Cin...- westchnął, spoglądając na zegarek.- Trzeba ruszyć cztery litery- rzucił wstając.
***
Michael Tyler, uczeń trzeciej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Na podwórzu za budynkiem Stowarzyszenia mistrz obchodził Jack'a do okoła.
-Stoisz zbyt sztywno, Przewodniczący- pouczył ciepło.- Trochę wyżej miecz- poruszył lekko nadgarstkiem chłopaka.- Bardzo dobrze- rzucił podrzucając szpadę, pochwycił ją wprawnie.- Zaatakuj, gdy będziesz gotów- oznajmił spokojnie.
Cindy siedziała obok Cally na niskim murku i obserwowała szkolenie.
-Naprawdę to najlepszy z waszych nauczycieli?- Spytała z ciekawością patrząc na Morgensterna.
-Najlepsi łowcy wychodzą spod jego ręki- odparła Callisto, uśmiechając się do wspomnień.
-Uważasz się za najlepszą?- Spytała Cin przyglądając się Cally.
Czarnowłosa spojrzała uważnie na dziewczynę.
-Nie, są lepsi ode mnie- odparła z ironią, wzruszając ramionami.- Od szóstego roku życia uczyłam się obchodzić z bronią.
-To nie jest taka zwykła broń, nie?- Zapytała patrząc na pojedynek.
-Nie do końca- Callisto pochwyciła frunącą szpadę tuż przed Cindy.- To, tak zwana, poświęcona stal. Specjalny stop stworzony do zabijania pijawek, którym nie można zranić zwykłego człowieka- wyjaśniła, odrzucając broń do Mistrza.
-Każdą bronią można zranić człowieka- zauważyła oszołomiona Cindy.
-Tą nie- oznajmiła Callisto spokojnie.- Daj rękę, pokażę ci.
Cindy z niedowierzaniem wystawiła przedramię, a Callisto oparła sztylet na skórze dziewczyny, próbując ją rozciąć.
-Ten nóż jest chyba tępy- zdumiała się brunetka.- Kurcze, łaskocze...- Cally puściła rękojeść sztyletu, który zawisł w powietrzu tuż nad dłonią Cindy, która zamrugała z przejęcia.- Niemożliwe...
-Nawet cię nie drasnął. To patrz teraz- Czarnowłosa wzięła sztylet w palce i pewnym ruchem dłoni posłała go w stojącą kilka kroków od nas tarczę. Ostrze wbiło się w cel kołysząc się lekko.
-Nieprawdopodobne- wyszeptała Cindy gapiąc się na tarczę.- Naprawdę myślałam, że to jakiś wkręt..
-Nikt cię nie wkręcał. Też na początku w to nie wierzyłem- zauważyłem powoli.
-Młody- rzucił Mistrz kiwając dłonią.
-Wreszcie coś się dzieje- rzuciła z uciechą Callisto, gdy wstałem, biorąc swój miecz.
-Daj głos- uśmiechnąłem się dając żonie całusa.
-Hau, hau; otwieraj piwo- odparła chichocząc.
-Brzdęk i poszło- rzuciłem idąc w stronę Mistrza.
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
-Czemu twierdzisz, że wreszcie coś się dzieje?- Brunetka śledziła wzrokiem idącego Michaela.
-Sama zobaczysz- odparłam tajemniczo.
-Ha, czuję paloną gumę- zarechotał tuż za nami Horse, patrząc na Michaela.
-Cicho, bo się zaczyna- prychnął Vładimir.
-Co się za...?- Cindy rozejrzała się dookoła i przybrała zaskoczony wyraz twarzy. Młodzi łowcy ze wszystkich kwater pojawili się zupełnie nagle. Słychać było ciche rozmowy.
Michael skinął głową na salut bronią. Jednooki zaatakował, a Michael w sekundzie wyciągnął swój miecz i broń obu zwarła się ze szczękiem.
-Jak on...??- Cindy próbowała pojąć, jak to się stało, że zielona pochwa leżała na ziemi, a Michael walczył odbijając ciosy i atakując.
W pobliżu usłyszeliśmy rozmowę starszych łowców.
-Szkoła Rodu Kruka nadal przeważa- rzucił stary Kostenlos.
-O, żesz ty w mordę kopany!- Wydyszał z podziwem ojciec Władii, Aleksiej Romanow, gdy Michael przemknął tuż obok nas i wskakując na murek wybił się. Robiąc w powietrzu salto odbił szpadę Mistrza i znów unikał ciosów.
-To żadna z naszych technik- dodał zaskoczony Tyrone Angello, a wszyscy wydali z siebie zdumione jęki, gdy Michael odbił serię ataków i podrzucając miecz przerzucił go do lewej dłoni. Blokując szpadę Mistrza, rzucił:
-Pax?- Zapytał wesoło.
-Parabellum- Morgenstern odbił miecz, a Michael cofnął się lekko i podrzucił butem drugi miecz, łapiąc go w prawą rękę.
-To tak się bawimy, synu herbu Płomień?- Spytał Mistrz pieszczotliwie, ruszając do ataku, a Jack i Cindy oniemieli na widok wrzeszczących, gwiżdżących i dopingujących Michaela młodych łowców.
Zielonooki oparł się o słup i odbił szpadę, po czym znalazł się z jego drugiej strony.
-Ha!- Rzucił z tryumfem Mistrz, wykonując kolejny agresywny atak.
Michael zniknął przeciwnikowi z oczu.
-Tu jestem; Mistrzu- rzucił wesoło do zdziwionego jednookiego, wisząc kawałej dalej do góry nogami na równoważni.
-A niech go Anioł w dupę kopnie!- Wyszeptał Deere, gdy zielonooki wskoczył na belkę w górze.
Wszyscy pobiegli tam, by obserwować dalszy pojedynek.
-Patrzcie, co on robi- wydyszał Romanow uważnie patrząc na poczynania Michaela. Zielonooki odskoczył i wylądował niemal na krańcu belki.
Zapadła cisza, w której chyba wszyscy zastanawiali się, jaki będzie następny krok Michaela.
-Pax?- Zapytał Mistrz.
-Parabellum; Mistrzu- odparł wyzywająco Michael.
-Ten chłopak to szaleniec!- Wyrwało się z ust łowcy herbu Jelenia.
Morgenstern zaatakował z impetem. Michael odbił się od belki i z gracją wytrącił przeciwnikowi szpadę, po czym wylądował za mistrzem, który butem podbił upadającą broń i pochwycił ją pewnym ruchem.
Wszyscy jęknęli ze zdumienia, a Cindy i Jack gapili się z otwartymi ustami na zielonookiego, który znów skrzyżował swoje miecze i odbił, żeby zaraz zaatakować z prawej. Mistrz zablokował.
-Pax?- Zapytali równocześnie, mając skrzyżowaną broń.
I obaj jednogłośnie:
-Parabellum- szczęknęły klingi i Michael znów musiał się bronić przed atakami.
-Nikt jeszcze nie wytrzymał starcia z Jutrzenką tak długo- zauważył Michael Angello tonem znawcy, śledząc potyczkę.
-Ten chłopak jest naprawdę niesamowity- przytaknął Deere.- Który ma stopień? Czwarty? Piąty?
-Jest dopiero Kapslem- odparł starszy z braci Rodu Cheruba.
-Nie pierdol!!- Odparował zaskoczony Deere.
-Serio, powaga- odparł z opanowaniem Angello, a Deere'owi opadła szczęka i spojrzał na rozmówcę powątpiewająco.
-Robisz mnie w wała, Cherub- zauważył podejrzliwie.
-Zapytaj go, jak mi nie wierzysz- Angello uśmiechnął się wyzywająco.- Na Świętego Anioła...!- Wyjęczał zdumiony, widząc, jak okularnik składa oba miecze w jedną dłoń, a w palce drugiej chwyta szpadę i opiera klingę o lewe ramię zaskoczonego Mistrza.
-Jakim cudem??- Zawtórowała mu grupka znanych mi z widzenia Mistrzów: nauczycieli naszego zawodu. Ja sama miałam problem pojąć, jak Michael pokonał Mistrza najwyższego stażem w całym Stowarzyszeniu.
-To jest, kurwa, niemożliwe!- Wydyszała Sekretarz Związku.- Gadaj prawdę, który ten chłopak ma stopień szkolenia- nakazała z naciskiem.
-Drugi- odparł tuż za nią Morgenstern spokojnie.
Kobieta odwróciła się i odsunęła się o krok, poruszając ustami, jak ryba wyciągnięta z wody; nie wiedząc, czy to żart, czy jej się to śni. Jak wszyscy nie mogła uwierzyć, że jej idol Hans Tyler Morgenstern, herbu Jutrzenka przegrał taki pojedynek ze zwykłym Kapslem.
-Młody- rzucił pieszczotliwie Mistrz, a Michael natychmiast dołączył doń. Na dłoniach podał jednookiemu szpadę, po czym schował swój miecz w pochwę.
-To.. To...- tylko tyle potrafiła z siebie wykrztusić kobieta.
-Jest nadzwyczaj zdolny, prawda?- Spytał wesoło Morgenstern, kładąc dłoń na ramieniu zasapanego Michaela.
-Brak mi słów.. Przecież on pokonał w pojedynku najwyższego stażem nauczyciela Zawodu- powiedział oszołomiony Deere.
-Och, nie róbcie ze mnie takiej legendy- powiedział Morgenstern z wesołym śmiechem.- Jak każdy mam mocne i słabe strony. Jestem tylko człowiekiem- dorzucił lekko.
-Nie mogę w to uwierzyć.. To mi się po prostu śni- zaczął Deere.- Au! Zabieraj łapska, Cherub!- Prychnął krzywiąc się, gdy Michael Angello go uszczypnął.
-Co oni wszyscy tak szeptają?- Zdziwiła się Cindy, rozglądając się wokół.
-Wyszłam za mąż za Samego Diabła- wyszeptałam oszołomiona.
-Niby czemu?- Zapytali gapiąc się na mnie zaskoczeni.
-Michael pokonał najwyższego stażem nauczyciela Zawodu, który wyszkolił jedną trzecią obecnych tu Łowców...- wyjaśnił stojący tuż za nami Porter.
-Rozwalił wszystkim system- Zawtórowała szeptem moja kuzynka, Caroline.
-Rozwalił to mało powiedziane, Raven...- Nawet Vładimir był pełen podziwu.
Dwa dni później.
-Diabeł idzie!- Zarechotali chłopcy.
-Zjazd, mordy!- Odparował wesoło zielonooki, biorąc sobie drożdżówkę.
-Znów nie jesz- zauważyłam z troską.
-Nie jestem zbytnio głodny- odparł bawiąc się z Lily.
-Tyler, ogarnij się- prychnęłam z irytacją.- Ostatnio stale twierdzisz, że nie jesteś głodny.
-Bo nie jestem- wzruszył ramionami, gdy odlepiłam od niego naszą córeczkę.- Co poradzę, że raz żrę, jak odkurzacz, a raz nie jestem głodny; Moje Kochanie- westchnął ciężko. Kiedy chciał mnie pocałować, na znak manifestu odwróciłam głowę w drugą stronę.
-Callisto Anabelle.. Mój ty cudny Turkusiku- wymruczał i łapiąc mnie za lewą dłoń obrócił ku sobie i pocałował mocno.
-Wcisnęła cię pod buta; skurczysynu- zarechotał Horse wesoło.
-Wcale nie wcisnęłam Michaela pod kapeć; Podkowa- rzuciłam w niego bananem, który złapał lekkim ruchem.
-Ta dziecinka jest naprawdę mega słodziutka- Cindy patrzyła na małą w moich ramionach.
-Maa.. Ba ba... Bach!- Zapiszczała Lily patrząc na Jack'a.
-Co, wujek ci się spodobał?- Jack miał minę, jakbym zdzieliła go patelnią.
-Sam teraz nie wiem, do kogo jesteś bardziej podobna, skarbie- rzucił, gdy dałam mu małą.- Do mamy, czy do taty.. Hmm. Jesteś ładna, jak.. Jak nie wiem co- rzucił do małej dając jej wyczarowanego niewiadomo skąd kwiatka, lecz nagle zamarł w bezruchu gdy Lily położyła paluszki na jego twarzy.- Pewnie, Aniołku- wyrwał mu się z ust zdumiony szept, a mała wyciągnęła łapki do brunetki.
-Ja się nie znam na dzieciach- zaczęła dziewczyna obronnym tonem.
-No weź tego słodkiego Okruszka- zaśmiał się wesoło Jack.
-Ale ja naprawdę... No, Jack.. Ty pusta pało..- prychnęła złośliwie, gdy podał jej malutką.
-Jest podobna do tatusia, ale po Callisto też coś ma- zauważyła brunetka trzymając delikatnie rączkę Lily.
-Co takiego ma po Nisko latającej Kruk?- Rzucił Horse, tym razem łapiąc grejfruta o włos przed swoją twarzą.
-Co ma po Kruku... Niech pomyślę..- Zastanowiła się Cindy. Po chwili popatrzyła na mnie.- Ma.. Ten sam nos i usta.. Oczka też będzie miała ładne, ale zielone. Po tacie- zauważyła.- Te paluszki też są po mamie.
-Czemu tak sądzisz?- Zdziwiłam się.
-Bo czepiają się każdej ciekawej rzeczy, zupełnie jak ty- odparła uszczypliwie, ale zaraz uśmiechnęła się szczerze.
-Jesteś gorsza, niż Michael- stwierdziłam szturchając ją lekko.
-Dzięki za uznanie mojego całokształtu- rzuciła ze śmiechem, a Vładimir zakrztusił się mocną kawą. Jacob poklepał go mocno po plecach.
-Spasi Hospody, ostatnio wszyscy chcą mnie zabić- wymruczał z ironią.
-Kto by chciał sobie rączki brudzić, Władia?- Zarechotał Jacob szturchając go przyjaźnie.
Przy końcu naszego stołu rozległo się długie beknięcie.
-Ktoś przebija?- Rzucił wesoło Lucas Lockwood.
-Zaraz pójdzie coś mocnego- zauważyła Caro.
Jak powiedziała, tak się stało. Viceprzewodniczący moskiewskiej kwatery głównej walnął beka przypominającego ryczącą ropuchę.
-Nu szto? Kotoryj idu?- Rzucił po swojemu, gdy rozległy się oklaski.
-Co wy myślicie, że baba nie płooooooootrafi?- Zapytała z wiadomym dźwiękiem przewodnicząca KGS w Paryżu, nazwiskiem Light.- Kto tańczy ze mną?- Rzuciła wśród rechotów i gwizdów podziwu.
-Mnie nie dorównasz; Światło! Rzucił z innego stołu Angello.
-No.. Jak Cherub zaraz zapierdoli..- w tym momencie z ust Michaela Angello wyszedł meeega bek.- Bronicie tytułu, łajzy?- Spytał wesoło, a Porter ze śmiechu prawie wjechał pod stół.
Pierwszy stół, sam środek.
-To patrz teraz; Cherub- zarechotała niska szczupła kobieta. Chamski dźwięk był mega mocny.
-Co to za konkurs?- Zdziwił się Jack.
-Kto beknie najlepiej, wygrywa dwa litry najlepszego samogonu z piwnicy rodu Romanow- odparł Horse.
-Kto teraz?- Zapytała z szerokim uśmiechem.
Wtedy Michael zupełnie niezamierzenie zapodał swój popis umiejętności.
-Trzeba się raz na miesiąc zdrowo odchamić... Następny, proszę- zauważył; spoglądając na opadnięte kopary Cindy i Jack'a.
-Raven?- Rzucił ktoś z łowców.
-Oddaję pałeczkę; Deere- rzucił Jonathan Raven.
-Ja odpadam- dodał ktoś inny.
-Wy cieniaaaaasy- Nick-Rozpuszczalnik beknął z grubej rury.- No, dawać cieńkie kołki!. Zarechotał.
-Za Aniołaaaaaaaaaaaa- ciotka Michaela naprawdę dała czadu.- Jak zawsze muszę ratować wam tyłki, brygada- rzuciła.
Wtedy przerwało jej bardzo potężne beknięcie, a wszyscy spojrzeli zdumieni na maleństwo na rękach Callisto.
-Pfffrrry ba ba buuuuch!- Zapiszczała Lily radośnie a wszyscy wybuchnęli rechotem i rozległy się gromkie brawa.
-Ale haroszo paszła... Krasnaja dziewoszka- rzucił Viceprzewodniczący moskiewskiej kwatery z podziwem.
-Spasiba- odparłam uprzejmie.
-Tylerowie wygrali.
***
Michael Tyler, uczeń trzeciej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Ci ludzie są odrobinę walnięci- zauważyła Cindy.
-Dzięki- rzucił z ironią Jack.
-Za co?- Zdziwiła się lekko.
-Za nazwanie mnie walniętym. Schlebiasz mi- odparł, a Cally nie mogła powstrzymać się od rechotu z miny Cin. Nagle jednak uśmiech zastygł na jej ustach, a czarnowłosa rozejrzała się uważnie.
-Trzech na trzeciej, Michael- rzuciła przystając. Zakrakała przeraźliwie, a jeden z wampirów warknął wrogo.
-Demoniczna Kruk- rzucił do jednego ze swoich.
-Wyjdziecie sami, czy czekacie na komitet powitalny?- Zapytała Callisto, pokazując mi jeden z naszych znaków: dłoń przecięła powietrze i zwinęła się w V.

Hunter III Curse Rozdział XXVIII Na głeboką wodę.

Angello swobodnym ruchem wyciągnął z kieszeni papierośnicę i zapalniczkę. Wziął jednego i powoli zapalił.
-Cristian zostawił dwa listy: do niego i Nominacyjny- oznajmił zaciągając się dymem.- Sekretarz Związku przypuszcza, że oba mogą być powiązane.
-To mi się chyba śni...- zaczął oszołomiony Jack gapiąc się po nas z niepokojem.
-Uszczypnij się, to zobaczysz- rzuciła z ironią Callisto.
-Sezon na wywracanie ludziom życia uważam za otwarty- westchnąłem ciężko.
-Wszystko jest możliwe- mruknął Jack dziwnie spokojnie. Nabrał powietrza i wypuścił je ze świstem, żeby się uspokoić.- Większej masakry, niż już mam, chyba nie będzie..- jak zawsze, starał się myśleć pozytywnie.
***
-Czyli chcecie, żebym pojechał z ludźmi, których nie znam i to niewiadomo gdzie i nie wiedząc po ki czort- zauważył Jack niepewnie.
-Nie mamy wyjścia, szczerze mówiąc- potwierdził Angello spokojnie.
Dźwięk przychodzącego SMS-a, sprawił; że podskoczyłem.

Od: ciocia M.
Spakowałam wszystko. Spotkamy się w Związku. Nie martw się, Lily będzie bezpieczna. 
Odpisałem jej krótko:
Uważaj na siebie i zaopiekuj się Lily. 

-W porządku. Skoro to takie ważne, pojadę z wami- oznajmił po długim namyśle Jack.
-Nie łam się, dasz radę; brachu- zdzieliłem go mocno w plecy.
|•••|
Podróż mijała nam w milczeniu. Jack patrzył przez szybę samochodu na przemykający krajobraz. Angello obserwował chłopaka we wstecznym lusterku.
Objąłem mocniej śpiącą Callisto, przytulając ją do piersi i pocałowałem ją czule. Przez te dni nawet nie wiedziałem, jak bardzo mi jej brak. Tak cholernie za nią tęskniłem.
-Dokąd właściwie jedziemy?- Jack niepewnie przerwał ciszę.
-Do kwatery głównej Związku Stowarzyszenia Łowców w Londynie- odparł spokojnie Angello.
-To żart, prawda? Pan sobie ze mnie jaja robi- zaczął zaskoczony Jack.
-Możesz tak sądzić; masz do tego całkowite prawo- zauważył przewodniczący z powagą- ale zapewniam cię; że chciałbym sobie żartować.
-Rozumiem, przepraszam- odparł cicho Jack, nie odwracając wzroku od widoków za szybą.

Następnego dnia, Kwatera główna Związku Stowarzyszenia Łowców. Londyn.
Wokół ogromnego białego budynku na planie litery U zgromadzeni łowcy rozmawiali w różnych językach, gęsto wplatając w zdania zgrabne przekleństwa.
-Wszyscy gadają- zauważyła Callisto rozglądajądając się uważnie po tłumie kierującym się do podwójnych drzwi nad którymi widniał łuk z literami ułożonymi w słowa: Jedność, Prawda, Tajemnica.
Jack właśnie zjadał wzrokiem posągi przedstawiające trzech Aniołów, z których rozpoznałem tylko zakapturzoną postać Suriela. Weszliśmy do środka, a Angello powiódł nas lekko zakręcającymi w prawo, marmurowymi stopniami w górę.
-Na pewno, wszystko z tobą w porządku?- Zwrócił się do Jack'a.
-Sam nie wiem- westchnął ciężko blondyn.
Dotarliśmy do drzwi na końcu korytarza. Angello spokojnie zapukał.
-Burdel otwarty- rzucił ironicznie Deere. Angello pchnął drzwi.
-Chwała Aniołowi- rzucił na wstępie.
-A Jego dzieciom oręż. Długo ci to nie zajęło- stwierdził przyjacielsko.
-Okoliczności sprzyjały. Jak sytuacja na szachownicy?- Spytał krótko, gdy usiedliśmy.
-Senat nie zamierza się wycofać. Ten Stary Diabeł twierdzi, że chcą wojny. Padają oskarżenia, że Thunder'a załatwił ktoś z naszych..
-Jeśli to ktoś z naszych, to ja jestem księdzem- zakpił Angello.
-Do tego żonatym i dzieciatym- wpadł mu w słowo Deere i zarechotali zgodnie.- To jest ten chłopak?- Spytał przyglądając się Jack'owi.
-Tak, to on.
Deere przesunął ku blondynowi białą kopertę, na której pochyłą kaligrafią napisano: Jack'owi L. Donnovan'owi: do rąk własnych. 
-Macie całkowitą pewność, że chodzi o mnie?- Zapytał z wahaniem blondyn.
-Jesteś synem Carly Donnovan, urodzonym- tu, patrząc w dokumenty, podał jego datę urodzenia.
-Zgadza się, skąd o tym wiecie?- Zapytał zaskoczony Jack.
-Cristian założył ci akta w Stowarzyszeniu. Leżały w sejfie.
Jack wziął list i ostrożnie otworzył kopertę, z której na blat biurka wypadł srebrny sygnet z emblematem kielicha z krzyżem. Blondyn zaczął czytać list.
***
-Ten facet chyba całkiem zwariował- zauważył odkładając kartkę.
-Legat tłumaczy List Nominacyjny. Kiedy tylko skończy odbędzie się Konklawe- oznajmił po chwili Deere.
-Jaki to ma związek ze mną?- Zapytał Jack powoli.
-Jest dziewięćdziesiąt procent prawdopodobieństwa, że- spojrzał pytająco na Angello, który skinął głową- że Nominacja dotyczy ciebie.
-I twierdzi pan, że człowiek; który całe życie miał mnie zwyczajnie w dupie, zrobiłby coś tak mega idiotycznego  wyznaczając kogoś, kto nie dość, że kompletnie nie wie; o co chodzi; to- na domiar złego- na niczym się nie zna? Niech pan sobie nie żartuje.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Blondyn wyglądał na zupełnie skołowanego całą tą sytuacją i tajemnicami, które poznał; a z którymi nie wiedział, co zrobić. Starał się być spokojny, ale trzęsące się lekko dłonie zdradzały jego zdenerwowanie.
-Chciałbym żartować, ale znałem twojego ojca.
-Nie był moim ojcem, tylko zwykłym palantem- odparł beznamiętnie Jack z oczami utkwionymi w blat biurka.
Deere westchnął ciężko.
-To prawda, Cristian często bywał palantem; ale jedno wiem na pewno. Chciał, żebyś miał zwyczajne dzieciństwo i bezpieczeństwo- powiedział z naciskiem. Nagle spojrzał na drzwi.- Co tam, Tyrone?- Zapytał wyczekująco.
-Dokument przetłumaczony, możemy zaczynać Konklawe- oznajmił młodszy brat Angello.
-Kogo Cristian wyznaczył?- Deere wpatrywał się w Tyrone'a, jak sroka w gnat.
-Swojego syna. Tak, jak przypuszczaliśmy- oznajmił krótko.
-Kurwa mać...- wymamrotał stłumionym ze zdenerwowania, przerażenia i niepewności szeptem blondyn.
-Cristian na pewno dobrze to przemyślał?- Zapytał ostrożnie starszy z braci rodu Cheruba.
-Na pewno wiedział, co robi. Wiesz, że ten dokument jest niepodważalny- zauważył Tyrone spokojnie.
-Nie mogę odmówić nawet, gdybym chciał; prawda?- Zapytał drżącym z nerwów tonem Jack.
Mężczyźni wymienili zaniepokojone spojrzenia.
-To jedyny dokument, od którego nie można się odwołać- odparł zgodnie z prawdą Tyrone Angello.
Jack milczał wpatrzony w poszarpane tenisówki w kolorze kawy z mlekiem i długo rozmyślał.
-Jak wy sobie to wyobrażacie? Beznadziejny szczeniak, bez najmniejszej wiedzy i doświadczenia mający kierować ogromnym Stowarzyszeniem Łowców Wampirów? Nie uważacie, że to nie ma najmniejszego sensu?- Zapytał przyglądając się uważnie trzem mężczyznom, dzięki którym jego dotychczas spokojne życie w przeciągu zaledwie trzech godzin tak strasznie się skomplikowało.
-Przeciwnie- zaprzeczył ku zaskoczeniu chłopaka James Deere.- Wszystkiego można się nauczyć, trzeba mieć tylko odpowiednie nastawienie- wzruszył ramionami.
-Nastawienie. Ta, jasne- mruknął ponuro Jack.- Czuję się, jakbym był w Czarnej Dupie, po prostu. Nic nie wiem, niczego nie ogarniam i...
-Ty się zwyczajnie boisz- zauważyłam.
-A niby, jak mam się nie bać? Mam podskakiwać i wrzeszczeć z radości, że zostałem wkopany w coś, co nie wiem; czy potrafię ogarnąć??- Zapytał wściekły, a Michael Angello, nie potrafiąc się powstrzymać, zaczął się cicho śmiać i rzucił coś szeptem do Deere'a.
-Co w tym takiego śmiesznego?- Zapytał z lekkim rozdrażnieniem blondyn.
-To się nazywa nastawienie, Jeleń- przepchnął przyjaźnie Deere'a.- "Jestem biedną samotną ofiarą, którą ktoś władował w niezły bajzel" Aniele ty to widzisz i nie grzmisz- westchnął z ironią.- Dorosły, mądry i pewny siebie chłopak; a zachowuje się, jakby chciał wiać, bo mu się podeszwy jarają.
-Jakoś nikomu do głowy nie przyszło, że może chciałbym to sobie przemyśleć. Za to wszyscy stawiają mnie przed faktem dokonanym. Klamka zapadła. Wyrok podpisany, dziękuję bardzo- stwierdził z sarkazmem.
-Zatem, jedyne co możemy zrobić, to odroczyć Konklawe na jutro- stwierdził Deere.
-Czas ogarnąć ten syf- zgodził się Tyrone Angello, wychodząc.
-My też się zwijamy, chyba, że jest jeszcze jakaś sprawa- oznajmiłam.
-Narazie nic więcej nie mamy, poza tym, co już poszło, Kruk- odparł Deere.
-No, to na razie- rzuciliśmy wychodząc.
×××
Blondyn szedł obok Michaela ze wzrokiem utkwionym w podłodze. Milczał.
-Nie pękaj, brachu. Świat się jeszcze nie wali- starał się pocieszyć kumpla.
-Komu się nie wali, temu się nie wali- zauważył ponuro Jack.
-Głowa do góry; Jack. Jesteśmy z tobą.
Michael Tyler, uczeń trzeciej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Miałeś rację, mówiąc, że może mnie to przerosnąć- zauważył cicho.- Teraz  dopiero mnie to przerasta... Co za palant. Palant do sześcianu, ja pierdolę- zaklął, gdy nagle utkwił wzrok w drzwi jednej z sypialń budynku, z której właśnie wychodziła kuzynka Callisto, Clarissa Raven.
-Te, co jest?- Zero reakcji. Pomachałem mu dłonią przed oczami.- Tu ziemia. Ziemia do Jack'a Donnovana- rzuciłem zaskoczony.
-Łoo, bracie... Takiej PETARDY to jeszcze w życiu nie widziałem!- Wyszeptał ze wzrokiem utkwionym w plecy długowłosej szatynki.
-Typowy facet. Tylko się za laskami oglądać, nic więcej- rzuciła odrobinę złośliwie Callisto.
-Czy piękno zawsze idzie w parze z wredotą?- Spytał uprzejmie.
-Wcale nie jestem wredna.. Liluś..- Callisto w podskokach znalazła się tuż przy ciotce.
Wzięła dziecko na ręce i wycałowała z miłością.
-Sorry, przejechałem się po twojej..- zauważył.
-Nawet jej nie drasnąłeś- odparłem klepiąc go po ramieniu.
-Na serio myślisz, że się do tego nadaję?- Zapytał niepewnie.
-Wszystko zależy od tego, co ty o tym myślisz. Początki zawsze są masakrą, ale wiedz jedno; wierzę w ciebie brachu..- rzuciłem, by dodać mu otuchy.
Pożegnaliśmy się, a Jack zaszył się w pokoju obok.
Nazajutrz, rano.
-Wiesz, co? Zamknij twarz, bo następną rzeczą jaka z niej wyleci będą twoje zęby; ciulu- prychnął Jack.
-Jakiś ty wyszczekany, golden retrieverze- stwierdził drwiący głos Weissa.
Zwlokłem się z łóżka i wylazłem z pokoju zaspany.
-Zamknij mordę, Weiss- rzuciłem znudzonym tonem ziewając.
-Bo, co? No, co mi takiego zrobisz, Płomień?- Zakpił chudy ciemnowłosy.
-Nie mam chęci się z tobą użerać. Zawrzyj łaskawie ten małpi pysk, dziecko śpi- odwarknąłem.
-Spierdalaj i się nie wtrącaj, bo twój półwampirzy bachor mało mnie obchodzi.
Doszedłem do niego i wyprowadziłem zamach pięścią. Dostał strzała.
-Uważaj, co kłapiesz tą mordą, ty mały, skurwiały śmieciu- podniosłem go za szmaty i trzasnąłem nim o ścianę.- Lepiej to odszczekaj, Blaszaku!.
-Chciałbyś- odwarknął próbując mi oddać. Odbiłem jego rękę i znowu dostał w pysk. Wyrwał się i pchnął mnie w tył, startując do mnie z pięścią.
-Uważaj, bo trafisz- zakpiłem robiąc unik wepchnąłem go w otwierające się drzwi, zza których pięść ozdobiona sygnetem z herbem rodu Podkowa przywaliła Weissowi w nos.
-Pomóc ci w ustawieniu tego jebanego szczawia?- Spytał z łobuzerskim uśmiechem.
-Jeśli masz chęć- odparłem przewracając oczami.
-Pierwszą wizytę w Związku trzeba uczcić. Władia wyłaź; mamy kandydata do Niagary- rzucił waląc z buta w drzwi pokoju.
-Wchodzę w to!- Rzucił chłopak wychodząc, gwizdał coś ruskiego.- O, przymusowy ochotnik. Mała podskakująca Blachara, Weiss- zwinął czternastolatka.
-Te, co to jest Niagara?- Zapytał zaciekawiony Jack.
-Chodź to zobaczysz- zachęciłem.
W klopie chłopaki zaciągnęli Weiss'a do jednej z kabin i wsadzili mu głowę do klopa.
-Chrzest bojowy, ciulu- rzucił z uciechą Horse spuszczając wodę w klozecie.
-Tylko spróbuj nakablować, a zrobimy to ponownie, mały śmieciu- dodał Vładimir.
-Niezła balanga- skomentował Jack przyglądając się procederowi.
-Dobra, starczy Podkowa- rzucił Romanow.- Idziemy na śniadanie.

-Ale wyyypas- wydyszał z podziwem Jack rozglądając się po ogromnej jadalni.
-Full wypas- potwierdził Horse, siadając przy  najbliższym stole.
-Smacznego, końskie łby- rzucił z humorem Porter.
-I vice versa, kołku- zarechotał w odpowiedzi Horse, nakładając sobie górę jedzenia, na której widok Jack'owi opadła kopara.
-Nie mów, że on TO wtryni- zaczął szeptem.
-To. I dokładkę. I jeszcze deserem popchnie- uświadomił go Romanow z ironią.
Callisto pojawiła się na horyzoncie ubrana w obcisłe jeansowe szorty i koszulkę z napisem: królowe rodzą się w lutym. Włosy miała związane w kucyk a na szyi wisiał toporny, srebrny krzyż rodu Holy. Wyglądała tak nieziemsko sexy...!
-Cześć brygada. Pyszczulku- dostałem całusa- i smacznego.
Jedząc gadaliśmy, ale zauważyłem, że Jack niezbyt się odzywał.
-Co jest, brachu?- Rzuciłem szturchając go.
-Chyba do was nie pasuję- zauważył niepewnie.
-Co ty pieprzysz?- Zdziwił się Jacob, pochłaniając kolejnego kotleta.- Przecież jesteś spoko.
-Znamy się dopiero od pięciu minut, więc, co możesz o mnie wiedzieć?- Zapytał zaskoczony Jack.
-Jesteś opanowanym hetero, lubisz kolor brązowy, masz wręcz, zajebisty kolczyk i chyba zestrzeliła cię jedna z naszych extra lasek..
-Która?- Zapytała tuż za nami zaintrygowana Clarissa, a Jack zrobił się czerwony, jak burak i bez słowa wrócił do jedzenia.
-Cześć Długi Jęzor- rzucił Jacob przymilnie.
-Siema, Wasza Kretyńska Mość- odcięła się z przesadnym ukłonem szatynka, siadając przy stole, podobnie, jak Jacob nałożyła sobie ogrom jedzenia.- Smacznego- rzuciła jedząc, a ja zauważyłem, że Jack obserwuje ją ukradkiem.
Nagle podskoczył, gdy w jego kieszeni zadzwonił telefon.
-Witaj masakro- mruknął spoglądając na pokryty pajęczynką pęknięć wyświetlacz Nokii.
Wyszedł z jadalni, odbierając telefon.
-Cześć, Cin. Zaraz, przestań wrzeszczeć..- zaczął zaniepokojony wychodząc na korytarz, lecz nagle stanął jak wryty w progu.- Uspokój się i powiedz kto jest u nas w domu.- Zamarł w bezruchu.- Słuchaj uważnie, co teraz powiem; Cin- wziął głębszy wdech żeby się uspokoić.- W moim pokoju na trzecim regale od okna leżą klucze i dokumenty od motoru. Pamiętasz, jak uczyłem cię jeździć? Dobrze, nie płacz- pocieszył ją.- Znalazłaś? Świetnie.- Przez jego twarz przemknął uśmiech.- Lewą nogą sprzęgło, a prawą przesuń dźwignię biegu, przekręcając manetkę.. Tak, to to, co kręci się na kierownicy. Ruszyłaś? Wrzuć dwójkę. Nie bój się, uczyłem cię jak się tym jeździ i całkiem nieźle ci to szło- pocieszył dziewczynę.- Dobra. Teraz słuchaj: jedź do Luke'a. Tak, do Luke'a dobrze słyszysz.
-Co się dzieje?- Zapytałem za nim.
-Zadzwoń gdy dojedziesz, zastanowię się, co dalej. Weź się w garść, Cin- odparł kończąc rozmowę.
-Wampiry, które podobno nie istnieją, wjechały mi na chatę- odparł.- Cin się na nich natknęła.
-Coś tu nie gra- powiedziała podejrzliwie Callisto, która znalazła się tuż obok nas.
-Wszystko nie gra, kurwa- zaklął z irytacją.- Cin mówiła, że ją doganiają..!
-Ochłoń, człowieku..- odparła Callisto, rozglądając się. Łowcy wybiegali z jadalni, a w oczy kłuło migające na błękitno światło kinkietów.
-Co to ma być?- Zdumiał się Jack, rozglądając się po sali, gdzie zostały tylko dzieciaki.
-Błękitny alert: pijawy zaatakowały ludzi- odparła Callisto.
Wtedy zobaczyliśmy, że ktoś przedziera się przez tłum.
Deere rozmawiał z Angello kierując się biegiem do wyjścia.
-Grupa "B" ze mną!- usłyszeliśmy głos Mistrza.
-Wołają nas, zostań tu...- Rzuciłem chcąc biec. Złapał mnie za ramię.
-Co z Cindy?- Zaczął.
-Będzie bezpieczna- odparłem ruszając do zbrojowni.

Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Kim jest Cindy?- Zapytałam.
-Naszą wspólną kumpelą i dziewczyną Jack'a. Chociaż ich związek jest mega skomplikowany- odparłem biorąc sobie drugi miecz i kilka sztyletów.

-Spóźniacie się, Tylerowie- zauważył jednooki.
-Ale jesteśmy; Mistrzu- odparłam krótko.
***
W centrum miasta, potrącani przez uciekających ludzi, wpadliśmy w sam środek bitwy.
-Callisto z prawej!- Rzucił zielonooki, kopniakiem odrzucając od siebie wampira, drugiego rozciął na pół i odwracając się położył następne dwie wampirzyce.
-Za tobą!- Odparłam waląc rękojeścią stoczonego wampira.

Bitwa trwała w najlepsze. Nawet policjanci zwiewali w popłochu. Wydostałam się ze środka walki i dostrzegłam jednego z mundurowych, strzelającego do wampira poziomu C.
-Daj spokój.. Zabić mnie? Tym?- W mgnieniu oka złapał funkcjonariusza za gardło. Przycisnął go do słupa i chciał się dobrać do faceta.
W drodze do nich położyłam kilka pijawek.
-Siema i cię nie ma- prychnęłam przebijając poziom C klingą. Odwrócił się puszczając policjanta, a ja dostając mocnego kopa przefroterowałam chodnik.
-Demoniczna Kruk- Zasyczał wrogo próbując mnie dopaść. Po serii uników, przeskoczyłam przeciwnika i pchnęłam go w słup, na który wpadł rozwalając sobie pysk.
-Widzę, że znasz Legendę Podziemia- zakpiłam wstając z chodnika, a policjant gapił się na trzymane przeze mnie ostrza.
Wampir zaatakował. Sparowałam cios Krwawego Oręża i przywaliłam mu pięścią, jednocześnie odsyłając kopniakiem atakujący mnie z lewej wrak.
Miecze znów się zwarły. Odepchnięta oparłam się na słupie i zdążyłam uciec, nim dosięgła mnie wampirza broń. Wyszarpnął ją szybko i znów ruszył na mnie z impetem.
-Postaraj się bardziej; Rządowy Brudasie- odbiłam cios i odcięłam kolczaste pędy splatające broń z dłonią właściciela. Miecz furknął w powietrzu, a ja wbiłam oba swoje w przeciwnika rozcinając go na pół.
-Hasta la vista, bejbe. Schyliłam się widząc coś interesującego w ciuchach, z których wysypywał się piasek, a atakujący mnie wampir wpadł pod przejeżdżający motor...
Siedząca na nim dziewczyna z krzykiem przerażenia wzbiła się w powietrze i pofrunęła w górę wprost w ręce..
Wysokiego czarnowłosego mężczyzny, który mocnym kopniakiem zdzielił wampira w pysk.
W ostatniej sekundzie przeskoczyłam jadący na boku po chodniku jednoślad i robiąc salto wylądowałam na innym wampirze przebijając mu serce.
-Za Anioła!- Zarechotał Porter, odbezpieczając jakiś jajowaty przedmiot, który posłał w wampira, rzucając z przekorą:
-Łap!
Pijawa zaczęła zwiewać, ale inny z tych kretynów złapał.
-Padnij!- Rzucił alarmująco Morgenstern, a wszyscy, jak na komendę rozpłaszczyli się na ziemi. Wybuch wstrząsnął nami, a powietrze stało się szare od rozwiewających się wampirzych prochów.
-Jazzy, skąd to wytrzasnąłeś?- Zawołał z irytacją Dorian Falcon.
-Leżało tu porzucone, to se wziąłem- Porter wzruszył ramionami stojąc na nogach.
-Ja pierdolę, jesteś kompletnie popierdolony..- Wydyszał Michael dźwigając się na nogi.
-Nie zaprzeczycie, że to załatwiło sprawę- zauważył z ironią, rzucając sztyletem w uciekającego niedobitka. Broń przeleciała przez pijawę i została przechwycona przez czarnowłosego.
-To chyba twoje- rzucił przechodząc obok Portera, podał mu broń.
Odstawił dziewczynę i podniósł motor.
-Nie jest tak źle. Do wyklepania- ocenił, stawiając go na nóżce.
-Michael!- Dziewczyna wpadła w ramiona mojego męża niemal zwalając go z nóg.
-Już dobrze, Cin- odparł obejmując ją przyjacielsko.
-Wszystko gra; Michael?- Zapytałam. Widząc krew odsunęłam się.
Ten zapach... Gardło zaczęło okropnie palić.
-To nic...- odparł. Widząc mój stan otworzył usta, by coś powiedzieć.
-Nie- ucięłam szybko. Wyciągając opatrunek i kawałek bandaża szybko zajęłam się zranieniem. Dziewczyna odsunęła się, przyglądając mi się dziwnie uważnie.
-Na pewno..?- Zaczął z troską.
-Na pewno- powtórzyłam z naciskiem. Złapał mnie zanim upadłam.
-Potrzebujesz jej- szepnął prosząco, biorąc mnie na ręce.
×××
Budynek Związku, kwadrans później.
-Piętnastu lekko rannych, ośmiu oberwało porządnie.
-Są trupy w szeregach?- Zapytał Deere.
-Nie ma, wiceprzewodniczący- oznajmiła niższa od niego kobieta.
-Dziękuję, a to kto; u...?- Zdumiał się.
-W skrócie? Dziewczyna która potrąciła wampira, a jego chyba nie muszę ci przedstawiać- zauważyła.
-Jack!- Cin wpadła z impetem na blondyna.- Tak się bałam...- wymamrotała przytulając się mocno.
-Chcę wiedzieć, co się stało u mnie w domu- powiedział odsuwając ją lekko.
Wybuchnęła szlochem.
-Nie rycz, tylko mów!- Jack potrząsnął nią mocno.
-Twoi rodzice...- zaczęła dławiąc się łzami.
Jack odsunął się gwałtownie i opadł na ławkę ukrywając twarz w dłoniach.
***
Blondyn bardzo powoli podniósł głowę i spojrzał na czarnowłosego.
-Luke... Wiesz, czego oni mogli chcieć ode mnie?- Zapytał rzeczowo.
-Cindy powiedziała mi, że cię szukali. Tylko tyle wiem- oznajmił czarnowłosy Luke.
-Jak byli ubrani?- Zapytałam wtrącając się w rozmowę.
-Na czarno. Mieli takie dziwne broszki...- zaczęła płaczliwie Cindy.
-Takie?- Zapytałam wyciągając z kieszeni przypinki z dwoma znakami. Pokazałam jej je.
-To były... Te- wskazała tą z literami za którymi krył się wzór kielicha.
-Klasztor Rady- zauważył Michael.
-Kto?- Zdumiała się.
-Oni nadal działają?- Zdziwił się Luke.
-Ty o nich wiesz?- Zapytałam.
-Jestem emerytowanym nauczycielem łowców- odparł spokojnie.
Wszedł Mistrz i stanął, jak wryty gapiąc się na czarnowłosego.
-A ty skąd żeś się urwał,  Castor?- Zapytał zaskoczony.
-Chwała Aniołowi, Eyepatch- rzucił czarnowłosy.
-Mistrzu, wy się znacie?
-A Jego dzieciom oręż, Castor- odwzajemnił powitanie Mistrz.- Tak, Młoda; znamy się: Castor był moim uczniem- uśmiechnął się do czarnowłosego rzucając w niego mieczem.
-Chcesz się zmierzyć; Mistrzu?- Zapytał z szacunkiem czarnowłosy chwytając półtorak.
-A nawet jeśli?- Spytał wyzywająco jednooki.
-Dla mnie bomba- stwierdził Luke Castor uprzejmie. Zdążył sparować cios szpady Morgensterna i zrobić unik przed następnym. Jack i Cindy obserwowali to z niepokojem.

-Pax?- Spytał lekko Mistrz. Jego szpada opierała się na tętnicy czarnowłosego.
-Parabellum, Jutrzenka- zarechotał mężczyzna znikając nam z oczu. Rozbujał się na ozdobnym żyrandolu i wylądował w pustej przestrzeni między stołami.
-Kusisz..- Mistrz zniknął.
-Wystawiasz sekundanta, czy się poddajesz?- Zapytał z przekorą czarnowłosy.
-Callisto Anabelle?- Rzucił lekko Mistrz.
-Z przyjemnością; Mistrzu- rzuciłam wesoło. Łapiąc szpadę zakręciłam młynka.- Poddaj się, póki możesz. Jestem Burkiem.
-Zaszczekaj, zanim wrócę*- zarechotał atakując.
Michael Tyler, uczeń trzeciej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Hau, hau!- Zakpiła odbijając cios półtoraka. Broń zazgrzytała sypiąc iskry. Callisto dostała kopa i odlatując wylądowała pewnie na nogach.
-No, dawaj; Kotku- rzuciła; jak zawsze; pewna siebie.
Natarł na nią z impetem, odruchowo wyszarpnąłem zza rękawa bluzy broń i, odpychając Cally, skrzyżowałem z nim.
-Gdzie z łapami do mojej kobiety?- Zasyczałem.
-A ty to niby kto?- Spytał z drwiną.
-Łowca herbu Płomień- odparłem dumnie sparowując atak.
-Ha. Synalek Armanda, jak mniemam- rzucił atakując.
-Spoko, że znasz jednego z Diabłów Stowarzyszenia. Miło mi, Diablątko jestem- zarechotałem krzyżując z nim miecz. Jack chciał zareagować, ale Cally mu nie pozwoliła.
†††
Pojedynek trwał, a ja- szczerze mówiąc- nie chciałem przegrać. Choć byłem już zmęczony, uparcie odbijałem i atakowałem przeciwnika.
Wtedy stało się coś, czego chyba nikt nie mógł przewidzieć...
Jack wyrwał Morgensternowi drugą szpadę i odbijając się od stołu wykonał salto. Lądując z prawej od nas wcisnął klingę między nasze miecze i jednym, płynnym ruchem ręki odepchnął nas od siebie.
-Pojedynek przerwany przez Fraternité- oznajmił od progu łowca Rodu Cheruba; Michael Angello.
-Że co?- Zdziwiłem się, nadal stojąc z bronią w gotowości.
-Fraternité: przerwanie pojedynku przez przyjaciela obu stron- oznajmiła Callisto cicho.- Występuje w bardzo rzadkich przypadkach, gdy łowca nie chce wybierać między przyjaciółmi, lub uzna pojedynek za bezsensowny.
Jack opuścił szpadę, którą odgradzał mnie od Castora.
-Że niby, kurwa, was?- Zdumiał się.
-Kapusta i kwas.- Rzucił z ironią Mistrz.- Przerwałeś pojedynek. Jaki jest powód?
Jack gapił się nań zdumiony.
-P-Powód?- Wyjąkał. Po chwili wziął się w garść.- Po prostu.. Obaj to nieobliczalni debile- powiedział obrażony podrzucając szpadę, która zawisła na żyrandolu.
-Libra- oznajmił Angello patrząc na kołyszący się żyrandol.
Jack uniósł brwi nic nie rozumiejąc.
-Waga- wyjaśnił Castor.- Wtrącający się w walkę uznaje, że obaj walczący mają trochę racji.
-To przypadek, że ten głupi kawałek blachy zawisł na lampie- bronił się Jack.
-W naszej społeczności nic nie dzieje się przez przypadek- Deere spojrzał na kołyszący się żyrandol.- Libra.- nagle żyrandol się zatrzymał.- Signo victoriam Tenebris. Pojedynek przerwany przez Braterstwo. Wydano znak do Konklawe- rzucił do Angello, który dmuchnął w złoty gwizdek.
WTF?? Miny Jack'a i Cindy wyrażały mega zaskoczenie.
-Hasło!- Rzucił Morgenstern.
-Jedność. Prawda. Tajemnica! Chwała Aniołowi!- Odparł chór głosów, zajmując miejsca.

-Otwieram Konklawe- oznajmił spokojnie Deere- Przewodniczący rejonów powstań. Do meldunku- Rzucił krótko.
Szły odpowiedzi poszczególnych kwater głównych.
-Michael Angello, herbu Cherub; Kwatera Główna miasta Fallen- rzucił spokojnie nasz przewodniczący.
-Viceprzewodniczący. Do meldunku.

Dotarło do Cally.
-Callisto Anabelle Tyler, herbu Kruk; Kwatera Główna miasta Fallen- powiedziała z opanowaniem.- Signo victoriam Tenebris. Chwała Aniołow
i.

*gra słów: Bumerang zawsze wraca do właściciela, jest to także dziewiąty stopień szkolenia łowców




czwartek, 14 czerwca 2018

Kolejne z serii ogłoszeń parafialnych

Konbanwa minna!
Jibun ga arimasen..
Staram się wrzucać notki na bieżąco, ale jakoś albo brak czasu, albo brak 3 kilo chęci xD
Jutro wrzucę ze trzy bo sporo mam tego 😊
Arigatō i zapraszam do czytania.
Oyasumi! 😴

Hunter III Curse XXVII Konklawe

Położyła paluszki na mojej twarzy i pokazała mi obrazek- książeczkę.
-Którą baję chcesz?- Ułożyłem ją i przykryłem kocykiem. Objęła kolorowego pluszowego misia.

W połowie bajki przysnęła wtulona w zabawkę.
-Śpij słodko, skarbuś- szepnąłem dając jej całusa w czoło.

-Obiad gotowy- rzuciłem z kuchni, odcedzając ziemniaki.
-Gotujący facet.. Co to się na tym świecie porobiło- wymruczała ciotka nakrywając do stołu.
-Znowu marudzisz, ciociu- rzuciłem ze śmiechem.
-Wcale nie- odparła.
-Spoko. Czasem nawet lubię to twoje zrzędzenie- rzuciłem siadając przy stole.- Smacznego.
-Tobie też- odpowiedziała nieco urażona.
|•••|
-Siema- rzuciliśmy witając się splotem dłoni.
Przed barem stała grupka chłopaków.
-Cholerny Jace i jego sekta- burknął Jack patrząc nieprzychylnie na idącą ku nam zgraję.
-Kogo ja widzę? Pinglarz i jego golden retriever- rzucił złośliwie Jace zachodząc mi przejście.
-Zejdź mi z drogi- odparłem obojętnie próbując go obejść, ale, gdy zszedłem na bok zrobił to samo.
-Mógłbyś być trochę milszy dla znajomego- zauważył z groźbą.
-Nie trzymam z takimi, jak ty. Z drogi- odparłem patrząc mu prosto w oczy.
-Co chcesz przez to powiedzieć, Pinglarzu?- Zapytał chwytając mnie za poły bluzy.
-To, żebyś nie robił zadymy i zlazł mi z drogi, Jace. Serio: nie mam chęci się z tobą użerać- odbiłem jego ręce i odepchnąłem go lekko.
-Ktoś tu za bardzo zadziera nosa- warknął.
-Zjeżdżaj gonić własny ogon, Psie- odburknąłem idąc w stronę baru.
-Michael uwa...!- Zaczął ostrzegawczo Jack.
Uchyliłem się przed pięścią i zablokowałem kolejny atak.
-Odpuść, bo i tak nie wygrasz- odparłem niechętnie.
-To ty się doigrałeś- odwarknął atakując.
Jack obserwował z niepokojem coraz mocniejszą bójkę między nami. Odskoczyłem i chwytając jego rękę obróciłem się i odepchnąłem Jace'a.
-Nie mam ochoty brudzić sobie rąk; idziemy- rzuciłem do Jack'a.
-Jeszcze z tobą nie skończyłem, Tyler- Jace złapał mnie za ramię i odwrócił ku sobie. Odruchowo wyprowadziłem zamach i mu przywaliłem. Zaczęła się rozróba. Cała jego banda rzuciła się na mnie.
-Ech.. Gdybyś tu była, Cally- rzuciłem tęsknie do swych myśli.
-Zasłaniasz się swoją dziunią?- Zakpił Jace, gdy zablokowałem atak.
-Skąd, po prostu, gdyby cię spotkała sama dałaby ci porządnie po tym głupim ryju- odparłem, częstując butem jednego z jego kumpli.- Od dawna marzyłem, żeby ci porządnie wjebać- drugi z jego kumpli dostał z łokcia w twarz, trzeciego użyłem jako tarczy przed Jace'em.
-Co tu jest grane?- Prychnął przechodzący chodnikiem facet. Ruszył w naszą stronę i rozdzielił mnie i Jace'a. Na lewym przedramieniu zauważyłem tatuaż.
-Pretoria powinna pilnować swoich szczeniaków- stwierdziłem niechętnie, ruchem głowy wskazując Jace'a.
-Zrzeszony powinien trzymać się z dala od terenów watahy.
-Przypominam, że to wy zerwaliście nasz rozejm- odparłem.- Poza tym nie jestem tu „służbowo”; więc ucisz swoje psiaczki- odparłem mijając faceta.
-Lepiej uważaj na słowa, skoro nie jesteś u siebie- zasugerował lodowato.
-Wsadź sobie pod ogon te dobre rady- odparłem odwracając się przez ramię. Jack pokazał coś za mną ze zszokowanym wyrazem twarzy. Odskoczyłem wyciągając zza rękawa miecz. Jack stał z opadniętą szczęką.
-Lepiej tego nie próbuj- ostrzegłem wpatrując się w wielkiego wilka.
Odsunął się i wskazał reszcie łbem jakiś kierunek. Kiedy już sobie poszli wsunąłem miecz w pochwę pod rękawem.
-Co to... Co to miało, kurwa, być??- Wyjąkał zdumiony Jack.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć, więc wszedłem do baru wzruszając ramionami.
-Co podać?- Rzuciła barmanka.
-A, co pani poleca?- Spytałem uprzejmie.
-Karuzela, Sen Anioła.. Ostatnio popularny jest też Gwóźdź do Trumny- zaczęła wyliczać.
-Gwóźdź do Trumny brzmi ciekawie. Dwa razy poproszę- rzuciłem ze śmiechem.

Jack w milczeniu obracał na kontuarze szklaneczkę z brązowym drinkiem i rozmyślał.
-To nie były zwidy, nie?- Zapytał w końcu cicho.
Upiłem łyk i skrzywiłem się lekko. Mocny, jak cholera.
-Nie, to nie zwidy- odparłem niechętnie.
-Wiedziałem, że coś jest z nimi nie tak. No, kurwa, wiedziałem- powiedział dobitnie.- Co to właściwie miało być..?- Prychnął pijąc drinka.
-Nie sądzę, żebyś w to uwierzył- zauważyłem z przekąsem.
-Wierzę w to, co widziałem- odparł z naciskiem. Rozejrzał się i przyciszył głos- wszystko przełknę, ale wielki wilk?? Czułem, że sekta Jace'a to jakieś świry..
Ech, żebyś ty wiedział choć połowę tego co ja...- pomyślałem z ironią.
-Wydaje mi się, że wiesz o tym dużo więcej. Nie byłeś tym wszystkim w ogóle zaskoczony i...- mówił dalej, obracając szklaneczkę.
-Widziałem już tyle nienormalnych rzeczy, że się przyzwyczaiłem- westchnąłem wzruszając ramionami.
-Właściwie, o co chodziło temu facetowi?- Spytał.
-Widziałeś ten tatuaż na jego ręce?- Odparłem pytaniem.
-No... Fajny, ale co z tego?- Zdziwił się.
-Trzymaj się od nich z daleka, mówię ci..- ostrzegłem go.
-Kim oni tak właściwie są? Zauważyłem, że nie darzycie się jakąś specjalną sympatią- stwierdził wolno, przyglądając mi się.
-Nie powinienem ci tego mówić, ale.. Ten facet jest z pewnej organizacji zrzeszającej takich, jak Jace. Nazywają się Lupus Carceris, albo potocznie: Pretorianie. Jeszcze raz to samo- zwróciłem się do zaciekawionej naszą rozmową barmanki, wypiłem duszkiem większe pół drinka.
-Zaraz koleś padnie trupem- usłyszałem szept z najbliższego stolika.
-Nie gadajmy o tym, w końcu są lepsze tematy. Dawno się nie widzieliśmy, więc..
-Zmieniłeś się, Michael- zauważył powoli.
-Czemu? Jestem tym samym "czterookim"; co kiedyś- rzuciłem ze śmiechem, przewracając oczami.
-Kiedyś nie widywałem cię z mieczem. Nawet nie plątałeś się w żadne bójki i w ogóle...- odezwał się po długiej chwili.
-Od dwóch lat uczę się szermierki i jakoś mi zostało to chodzenie wszędzie z mieczem. Co do bójki, to Jace zaczął- wzruszyłem ramionami i upiłem łyk drinka.
-Wydaje mi się, że mówisz mi tylko to, co powinienem wiedzieć. Nie wpakowałeś się przypadkiem w jakiś bajzel?- Zapytał z troską.
-Gdzie tam- zaprzeczyłem poważnie.- Wiedziałbyś, gdyby tak było. Cin nadal jest na mnie wściekła?- Zapytałem mimochodem.
-Zmieniasz temat- powiedział świdrując mnie wzrokiem.
-Nie zmieniam. Po prostu nie jestem pewien, czy uwierzysz w te wszystkie pokręcone rzeczy.
-Czemu miałbym nie uwierzyć najlepszemu kumplowi?- Zapytał zaskoczony.
Zamilkłem i przez jakiś czas mieszałem słomką napój.
-To mogłoby cię przerosnąć- przyznałem w końcu.
-Co ty chrzanisz, człowieku?- Wybuchnął bezgranicznie zdumiony, a kilkanaście osób spojrzało na nas z zaciekawieniem.
-Za dużo tu ludzi, chodźmy się przejść- zauważyłem kątem oka krzywe spojrzenie jednego z okolicznych wampirów. Dopiliśmy drinki i ruszyliśmy do wyjścia.
***
Wskoczyłem na rampę w skateparku i położyłem się wygodnie patrząc w granatowe niebo.
-Coś mi się zdaje, że władowałeś się w coś po uszy i nie chcesz powiedzieć, o co chodzi- zauważył cicho.
-W nic się nie władowałem. Serio- zapewniłem patrząc mu w oczy.
Z drzewa kilka metrów od nas zeskoczył Jacob Horse.
-A ty tu skąd, złamasie?- Rzuciłem pieszczotliwie, rzucając w niego kamykiem.
-Przywiało diabła do starego wiadra; Płomień- rzucił łapiąc pocisk.
Oczy Jack'a skakały po nas ze zdziwieniem.
-Od Angello- rzucił podając mi szarą kopertę.
-Dzięki, co u Cally?- Zapytałem wolno.
-Tak z grubsza? Spokojnie, narzekająco i ogólnie zawalona robotą. Pretoria..- spojrzał na Jack'a ostrożnie.
-Już wie. Przypadkiem- odparłem.
-No, więc... Pretoria robi zamieszanie, w Związku burdel na kółkach.. A! I podobno ta cała Seiren zniknęła..
-Psy były i wypytywały mnie o nią..- odparłem.
-A fakt. Chodzicie do jednej klasy- przypomniał sobie.- Ogólnie syf i malariaaaa- stłumił ziewnięcie.- Jak chcesz odpocząć, to zawsze się coś zwali.. Nic, zawijam dupsko, bo Jazzy mi je skopie. Jest ostatnio w paskudnym nastroju wściekłego jamnika.
-Słyszałem- odparł tuż za nim Jasper.- Cześć- zdzielił Jacoba po głowie.- To za jamnika, kociambrze- rzucił złośliwie.
-Dla ciebie: "panie Kociambrze"- odciął się Horse.
-Dobrze, Sierściuchu- zarechotał Porter.- Zwijamy manele. Nara- Rzucili odchodząc.
-Cześć..- westchnąłem ciężko, wsuwając kopertę w wewnętrzną kieszeń bluzy.
-Możesz mi wyjaśnić, o co tu biega?- Zapytał ostrożnie, jakby sam do końca nie wiedział, czy jednak chce wiedzieć coś wiecej, niż już wie.
Leżąc na rampie gapiłem się w niebo przez moment.
-Obiecaj mi, że nie odlecisz- powiedziałem cicho.
-Słowo największego przystojniaka w Liceum Thomasa Jeffersona- odparł próbując stłumić śmiech.
-To naprawdę poważna sprawa- obruszyłem się.
-Okej, spokojnie. Nie odlecę- Jack spoważniał.
Trzask. Na rampę wskoczył...
-O matko... Jeszcze ciebie tu brakowało, Mikaelis..- jęknąłem.
-Też miło mi cię widzieć- jego wyraz twarzy wyraźnie przeczył jego słowom.
-Jak ty to robisz, że zawsze zjawiasz się nie w porę?- Zapytałem złośliwie.
-Lepiej to ty mi powiedz, czemu masz taki długi jęzor- zauważył z ironią.
-A pierdolnął cię ktoś kiedyś w ten czarnooki łeb?- Zapytałem niechętnie.
Lucian otworzył usta, by się odszczeknąć, ale naszą rozmowę przerwał rechot i szum jadącego z rampy Jack'a.
-Powinniście być mega kumplami- zarechotał uderzając otwartą dłonią w beton.- Jak w mordę strzelił...
-Nie mów, że zadajesz się z wariatami- rzucił półgłosem Lucian.
-On wcale nie jest wariatem- odburknąłem z ironią.- O co ci w sumie lata?
-Powinien złożyć Pakt Milczenia, jeśli chcesz mu powiedzieć- zauważył z niechęcią.
-Widział likantropa, to ci nie wystarczy?
-Że co; na Nieskończoną Cierpliwość Anioła??- Wyparował zaskoczony czarnooki.- Chyba cię totalnie pogrzało!.
-Spytaj o to tego likantropa, bo to jego; jak mówisz: totalnie pogrzało- odparłem obojętnie.
-Zaraz... Spotkał likantropa i przeżył?- Zdziwił się Mikaelis.
-Taa. Pretorianina, któremu nie pasowało, że jego młodszy psi kolega, zaczął ze mną bójkę- odparłem niechętnie.
-Pretorianin? Szukał guza? Dziwne- stwierdził wolno Mikaelis odpalając wyciągniętego z kieszeni szluga.
-Co, mafia pali drewnem?- Zakpiłem.
-Ktoś zwinął mi moją srebrną zapalniczkę- Lucian wzruszył ramionami. Nagle wystawił dłoń w stronę lecącej w jego stronę butelki i pochwyciwszy ją lekkim, płynnym ruchem posłał szkło tam skąd przyszło.
-Patrzcie chłopaki! Panieneczka Tyler ma bodyguarda!- Zarechotał Jace.
-Tylko nie ten idiota.. Nie znowu...- jęknąłem z irytacją.
-Księżniczko na ziarnku grochu, może zaszczycisz nas swoją obecnością?- Rzucił drwiąco Kyle Stevens.
-Inaczej to my się pofatygujemy!- Dorzucił Tim Potter kpiąco.
-A chodźcie! Znowu spuszczę wam niezły wjeb; ciule!- Usłyszałem swój własny głos, choć nie otwarłem ust.
Mikaelis trzymał w drugiej dłoni przenośny dyktafon.
-Zabiję cię; Mikaelis.. Wylądujesz w piachu, obiecuję ci to- warknąłem z groźbą.
-Do usług- odparł wesoło Mikaelis, zaciągając się dymem, wyłączył dyktafon i wsunął go do kieszeni.- Może spróbujecie z kimś równym sobie, ratlerki!- Rzucił w przestrzeń.
-Najpierw skończę z jednym, potem zatańczę z tobą!- Odparł Jace.
-Tylko nie pomyl kroków, kochanie!- odparł zarówno  uwodzicielsko, jak i prześmiewczo czarnooki, a Jack dostał nagłego napadu rechotu.
-Pożałujesz tego, ty...- warknął wściekły Jace.
-Zobaczymy, czy warto ostrzyć pazurki, kochanie!- odciął się Mikaelis, zeskakując na ziemię. Jace wyszedł z cienia.- Fuj! Zdecydowanie nie jesteś w moim typie- rzucił czarnooki krzywiąc się. Podrzucał i łapał stary, czarny klucz.- No? Który był taki odważny?- rzucił tonem miłej pogawędki, w którym ledwie słyszalna była groźba.
-Dobra. Skoro tak się prosisz, pierwszy dostaniesz łomot;  schweine!
-Teraz to już zasłużyłeś na lanie- Mikaelis zaciągnął się dymem i ruszył w stronę, z której dochodziły głosy nastolatków. Jakby na odgłos jego kroków chmura zasłoniła księżyc i pogrążyła wszystko w ciemności. Mrok dziwnie zgęstniał i stał się jakiś taki.. Nieprzyjemny.
-Co jest grane?- Zapytał Jack z niepokojem.
-Cokolwiek Jace szczeknął, tak oberwie, że nie będzie mógł szczekać przez miesiąc- zauważyłem wolno.
Tylko raz widziałem w towarzystwie Mikaelisa tak nieprzeniknioną ciemność. Było to wtedy, kiedy odeszła Doll- dziewczyna z ich dawnej "ekipy".
-Chcesz zatańczyć to zatańczymy; du verfluchte hunde- oznajmił lodowato Mikaelis, a ja usłyszałem stuk podkutych butów. Był miarowy i dziwnie znajomy, jakbym go znał. Taki... Żołnierski krok. Przed oczami od razu stanął mi Bastién, mój kuzyn; który był żołnierzem zawodowym.
Usłyszałem tylko wymianę ciosów. Bójka była chyba najkrótsza w historii, bo nie twała dłużej niż pięć, może dziesięć minut.
-Psinka rezygnuje?- Spytał lekko głos Mikaelisa.
Chmura przemknęła powoli, a naszym oczom ukazał się ten widok.
Jace oddychał ciężko zakrwawiony i posiniaczony, jego szczęka w zastraszającym tempie puchła. W ogóle chłopak ledwie trzymał się na nogach.
-Jace odpuść..- zaczął Dan York, lecz tamten nie posłuchał kompana i odepchnął go na bok.
-Uparci ludzie- westchnął Lucian z ironią, posłał atakującego na ziemię i obłożył kilkoma mocnymi kopniakami.- Odpuszczasz, burku?- Zakpił, a atakujący go niespodziewanie Kyle dostał kantem dłoni i padł nieruchomo na trawę. Tim przyklęknął przy nim.
-Coś ty mu, kurwa, zrobił?!- Zapytał ostro, nieźle wystraszony.
-Eins, zwei, drei- Lucian pstryknął palcami tuż przed twarzą wystraszonego chłopaka, a Kyle nagle odzyskał zdolność poruszania się i w panice rzucił się do ucieczki.
-Zapłacisz za to..- odgrażał się Jace, chcąc wyrwać się któremuś z odciągających go chłopaków.
-Chłopaki, widzieliście coś?- Rzucił w naszą stronę czarnooki.
-Nie, a ty; Jack?- odparłem niewinnie, spoglądając na przyjaciela.
-Jakby meteor spadł to może bym coś zauważył, a tu było trochę ciemno- zauważył uśmiechając się, jak aniołeczek.
-Jeszcze cię urządzę.. Urządzę cię, zobaczysz- odgrażał się przez ramię prowadzony siłą przez uciekających chłopaków Jace.
-Mikaelis, coś ty mu zrobił?- Zapytałem oszołomiony.
-Zapoznałem go tylko z moją pięścią- czarnooki wzruszył ramionami z ironią.
***
Mikaelis ostrzegł Jack'a o Pakcie Milczenia.
-Chcę po prostu zrozumieć, co tu jest do cholery grane- odparł cicho.- W ogóle ten wielgachny pies wyglądał... Brrry!- Otrząsnął się, jakby zobaczył potwora.
-Po pierwsze: to nie był pies tylko wilk. Nazwij niekontrolującego się likantropa psem, a może cię rozszarpać. Paskudna rzecz..- Lucian patrzył w dal zamyślony.
-Nie chcę być wredny, ale banda Jace'a zachowuje się, jak nieznośne psiska- zauważył.
-Oni to jeszcze pikuś- stwierdził z rozmarzeniem Mikaelis.
-Tak myślisz? Są meeega upierdliwi. Jak wrzód na dupie.
-Bu!- Rzucił tuż za nim miękki kobiecy głos.
-Żesz ty, kurwa mać!- Zaklął wystraszony odskakując, jak oparzony. Zdążyłem wyciągnąć rękę i wciągnąć go zanim zleciał z rampy.
-Niezłe wejście, Jane- rzuciłem.
-Mało zawału nie dostałem- powiedział z wyrzutem Jack.

-Czyli mówisz, że oni istnieją?- Zapytał zaciekawiony.- Wow... Zajebiście..
-Szczerze mówiąc: nie bardzo- odparłem otwierając szarą kopertę.
Zdjęcie i dane poszukiwanego wampira.
-Zaraz.. Stary Krzy... Kurwa jego mać- splunąłem nie mogąc wymówić obcojęzycznego nazwiska- coś odwalił?.
-Jest kontrkandydatem do wyborów na Przewodniczącego Związku- odparł Mikaelis.
-No, chyba cię pogrzało, Mikaelis- wyparowałem zdumiony.- Chwila.. Chcą wykorzystać, że ktoś pozbył się Salvator'a..
-Ty mówisz o Cristianie Salvator?- Zapytał nagle Jack.
-Taa, czemu pytasz?- Zdziwiłem się.
Jack długi czas milczał.
-Wyciągnąłem od matki prawdę kilka dni temu...- powiedział cicho.- Ten facet był... Ten palant był moim ojcem- przyznał z naciskiem.
-Szlag..- Mikaelis spadł z rampy i zachwiał się lądując na nogach.
Czy Anioły mogą kląć?- Przemknęło mi w tej samej chwili przez myśl.
-Jak to? Przecież twój ojciec..- zacząłem.
-Poprawka: przybrany ojciec. Mój prawdziwy był PALANTEM- oznajmił niechętnie.
Przez grzeczność, nie zaprzeczę- pomyślałem, ale nie miałem odwagi powiedzieć tego na głos.
Nagły dźwięk mojej Motoroli wyrwał mnie z odrętwienia.
-Co jest grane?- Zdumiałem się widząc na horyzoncie srebrną Hondę, telefon umilkł jak ucięty nożem. Kierowca wykonał gwałtowny skręt, a wóz obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni.
-Coś naprawdę się stało...- zjechałem z rampy, gdy z wozu wyskoczyła Callisto.
-Michael- przytuliła mnie mocno.
-Moje Kochanie. Co się wydarzyło? Opowiadaj z detalami- szepnąłem tuląc ją.
Zanim Callisto zdążyła odpowiedzieć, Angello wysiadł z wozu.
-Zamieszanie; Płomień. Zbieramy wszystkich Zrzeszonych. Związek zarządził Konklawe.
-A co z tym numerem od Salvator'a?- Zdziwiłem się.
-Z tym jest problem- zauważył Angello.- Deere znalazł dwa listy w sejfie Związku, do którego mieliśmy szyfr, czyli numer od Salvator'a. Poszukujemy niejakiego Jack'a L. Donnovan'a.
-Że, kurwa, co?- Zdumiał się stojący tuż obok mnie wspomniany.- Niby z jakiego powodu mnie szukacie? Co jest do...?
-Zluzuj; Jack- uspokoiłem chłopaka.- O co dokładnie chodzi, Angello?- Zapytałem rzeczowo.


Hunter III Curse XXVII Konklawe

W biegu przeskoczyłam kutą bramę posiadłości rodziny Rodriguez. Skradając się ostrożnie, obeszłam dom i zajrzałam dyskretnie do salonu.
Tori siedziała na krześle ze związanymi z tyłu oparcia rękoma. Cristopher grzebał przy jakichś lekach.
-Wiedziałem, że twój mąż będzie za mną łazić- zauważył.- Powinienem rozwalić mu łeb; ale nie zabijamy ludzi- odstawił buteleczkę i ze strzykawką w ręku niebezpiecznie zbliżał się do zakneblowanej Tori.
-Chcę wiedzieć tylko jedną, drobną rzecz... A mianowicie: gdzie on jest?- Pokazał jej chyba jakieś zdjęcie, zdejmując jej szmatę z ust.
-Nikogo takiego nie znam- warknęła ostro.
-Naprawdę nie ma sensu kłamać, Tori- odparł wesoło.- Nie chcę tego użyć, wierz mi.
-Przestań się z nią bawić Cristopher- nakazał męski głos.- Nie mamy na to czasu.
-Tak, Mistrzu- rzucił machinalnie chłopak.- Powiedz, gdzie jest, a nic ci nie zrobię- zwrócił się znów do Tori.
-Naprawdę nie mam pojęcia!
Usłyszałam dźwięk odbezpieczanego pistoletu i ciche niemal bezszelestne kroki.
Przeładowałam swoją broń i wchodząc pewnym ruchem wymierzyłam w Cristophera.
-Rzuć to!- Rozkazałam ostro.
-A jeśli nie?- Zakpił blondyn.
-On zginie- usłyszałam zza mężczyzny głos Vincenta.
-Blood Cross, specjalny model antywampirzej broni- zauważył blondyn kątem oka spoglądając na lufę.
-Rzuć to, powiedziałam- rozkazałam zimno.
-Rób, co mówi, Cristopher- odezwał się mężczyzna.
-Tylko bez żadnych numerów- ostrzegł z groźbą Vincent.
Dostrzegłam delikatny ruch palców nieznajomego składających się w V, który znaczył: „wykończ ją"
W ułamku sekundy uchyliłam się przed poświęconą stalą i odbiłam następny cios. Znikając mu z oczu pokazałam Vincentowi jeden z naszych znaków, złożyłam obie ręce w X.
Odbiłam następny atak i przeskakując przeciwnika założyłam mu chwyt na gardle. Tymczasem Rodriguez przywalił facetowi w głowę kolbą broni, ogłuszając go.
-Wiedziałam, żeby ci nie ufać...
W kuchni rozległ się charakterystyczny dźwięk wskakującej oknem osoby.
-Ave, ekipa- Miecio ze swoim kumplem weszli prowadząc półprzytomnego Setha.
Miecio pokazał towarzyszowi jakiś znak i podszedł ku nam.
Wziął zamach i walnął Cristophera z pięści tak, że blondyn wylądował na podłodze. Zdążyłam odskoczyć na bezpieczną odległość, a Miecio obłożył leżącego kilkoma kopniakami.
-Pamiętasz mnie, szmato?- Spytał lodowato.
-Znasz go?- Zdziwił się Vincent, a ja miałam oczy wielkie, jak talerze ze zdumienia.
-Kto by nie znał tej szmaty?.- Miecio znów kopnął Cristophera, tym razem w brzuch.- Lipiec, osiem lat temu, Riverdale. Spłonął dom należący do sławnego rodu Kosa. Podpalacz był najstarszym z synów.
-Ten ród już nie istnieje. Mówią, że wszyscy z rodziny tam spłonęli- zauważył Vincent.
-Nie wszyscy. To jeden z nich- ruchem głowy wskazał Cristophera. Uwolnił Tori i przywiązał chłopaka do krzesła.
-Skąd niby możesz to wiedzieć?- Zapytałam z wahaniem.
Miecio uśmiechnął się blado.
-Wie, bo jesteśmy braćmi- przyznał obojętnie blondyn.
-Stul pysk, szmato!- Warknął pogardliwie Miecio.
-A ten? Wiesz kto to?- Spytał Vincent wiążąc bruneta.
-Nie znam- odparł wolno Miecio. Powoli podniósł strzykawkę i nim się obejrzeliśmy blondyn znów dostał z pięści.
-Hej!- Zastopowałam go szybko.- Hola, hola! Ochłoń, człowieku!- Odciągnęłam go od chłopaka.- Vincent, twój ojciec wraca do domu?- Spytałam.
-Wyjechał na tydzień do Hiszpanii, w interesach.
-A...
-Matka i babcia pojechały do cioci Silvii. Jakieś rodzinne perypetie, nie wiadomo, jak długo tam zabawią- skwitowała Tori, ze złością rozrywając knebel, który miała w ustach.

Dwa dni później, piwnica domu Vincenta..
-Kim ty jesteś, żeby mnie tu trzymać, podły wampirze??!- Warknął wściekle blondyn.
-Mam do ciebie sporo pytań, więc lepiej zacznij śpiewać, ptaszku- rzuciłam. Siedząc na metalowej szafce z narzędziami, podrzucałam strzykawkę z... Niewiadomo czym.
-Ach, słodkie Riverdale.. Też mieszkałam w tej ponurej dziurze.. Chyba coś nas łączy, hm?- Zakpiłam przyglądając się medykamentowi w strzykawce.
-Kim, kurwa, jesteś?- Warknął.
Cios.
-Szczekaj ciszej, psie- syknęłam z groźbą.
-Raven; pora karmienia- rzucił Vincent rzucając mi butelkę z krwią, z zapasu, który wziął podczas wczorajszej wizyty w Stowarzyszeniu.
-Dzięki. A ty, ptaszku, podaj mi swoje prawdziwe nazwisko..- zwróciłam się do przesłuchiwanego.
-Krzysztof Kolumb, kurwa twoja mać- odparował złośliwie.
-Ciekawe, co to takiego..?- Zastanowiłam się na głos.- Dragi?- Zauważyłam, że stara się zachować stoicki spokój.
-Nic mi nie zrobisz..
-Nie bądź taki pewny, ptaszku- zakpiłam.- Odpoczniemy, może zajmę się tym facetem- rzuciłam idąc do drzwi.
-Tylko spróbuj go tknąć, pijawo, a cię rozszarpię..!- Warknął z gniewem w oczach.
-Pijawa? Chyba już gdzieś to słyszałam- rzuciłam ironicznie, podchodząc do związanego, pochyliłam się pociągając nosem.- Cuchniesz werbeną, jak każdy z nas. Ciao- rzuciłam znikając na schodach.
-Lepiej, żebyś zaczął śpiewać, dobrze ci radzę- dodał Vincent, po czym ruszył za mną.
***
-Nic wam nie powiem, bando dzieciaków- rzucił obojętnie mężczyzna.
-Jeśli uczysz zawodu, znajdę twoje akta i już mi się nie przydasz- wzruszyłam ramionami.
-Jakiego zawodu?- Zapytał niewinnie.
-Nie rżnij głupa, to nic nie da- powiedziałam beznamiętnie.- On nazwał cię Mistrzem, poza tym widziałam, że pokazałeś mu jeden ze znaków.
Napotkałam milczenie.
-Niewerbalnie kazałeś mu mnie "wykończyć"- ciągnęłam obojętnie.
-Nie rozmawiam z wampirami- stwierdził krótko.
-Jeju. Słuchasz Beyoncé: wszystko jest okej; jesteś wampirem i wszystkim zwyczajnie odpierdala- żachnęłam się.
-Nie zadaję się z Rządowym ścierwem- oznajmił spokojnie patrząc mi prosto w oczy.
-Dla twojej informacji: nie należę ani do Rządu, ani do Senatu; foczko- rzuciłam ziewając.
-Jakie te pijawki kłamliwe. Chyba przez to nawet w piekle was nie chcą- skomentował z sarkazmem.
-Nazwisko- zażądałam.
-Hans Tyler Morgenstern, herbu Jutrzenka..
-Tak się bawimy, hm?- Rzuciłam drwiąco.- Łżesz. Nazwisko- powtórzyłam chłodno.
Cisza.
-Dobra. Czas zrobić grilla. Vincent, dawaj zapalniczkę. Wracamy do ptaszka- pochwyciłam przedmiot.- Smażone podeszwy raz!- Zarechotałam idąc w stronę piwnicy.
-To twoja ostatnia szansa. Jeśli nie powiesz, kim jesteś, zacznę go torturować.
-Nie jesteś do tego zdolna, a ja i tak będę milczał- powiedział z trudem panując nad drżeniem głosu.
-Z informacji, które mam wynika, że jesteś łowcą dziewiątego stopnia, co oznacza, że możesz również uczyć zawodu. Dzięki, Miecio- odebrałam od niego notes z notatkami.- Z tego co widzę nie jesteś żonaty. Nauczyciele zwykle są singlami.
-Jestem wdowcem- skłamał bez mrugnięcia.
-Kolejne kłamstwo. Nie widzę śladu po obrączce. Większość wdowców nosi też ślubną obrączkę na drugiej dłoni.
-Skąd wiesz?- Zdziwił się Seth.
-„Trupek” jest wdowcem i nadal nosi obrączkę- rzuciłam spokojnie.

Wchodząc przewróciłam przywiązanego do krzesła chłopaka i zdjęłam mu buty.
-Zobacz co mam, ptaszku- odpaliłam benzynową zapalniczkę.- Nazwisko.
-Nic ci nie powiem, pijawo- zasyczał. Podsunęłam płomień bliżej. Zacisnął zęby sycząc.
-Nazwisko- powtórzyłam, podsuwając płomień.
-Pierdol się, suko.!
-Och, naprawdę? Suko?- Spytałam złośliwie.
Kroki po schodach. Z wnęki wynurzyła się Tori.
-Cally- skinęła na mnie ręką. Kiedy podeszłam szepnęła:
-Ten środek. Poszperałam w sieci i znalazłam, co to takiego.
-Mianowicie?- Spytałam zaintrygowana.
-Nazywają to serum prawdy- oznajmiła.
-Przecież to mit. Coś takiego nie istnieje- stwierdziłam wolno, dostrzegając, że Cristopher zbladł jak ściana.
-Co szkodzi wypróbować?- Zapytała wzruszając ramionami.
-A jeśli wykorkuje?- Zapytałam wolno.
-Wrzucimy go do rzeki, zakopiemy... Coś się wykombinuje; Raven- stwierdziła obojętnie.
-Jesteś bardziej jebnięta, niż ja- rzuciłam z uznaniem.- Hitler kaput i jazda za Anioła..- rzuciłam z ironią, szybkim ruchem dłoni gasząc zapalniczkę.
-Nawet tego nie próbuj!- Warknął więzień próbując ukryć strach.
-Cicho, ptaszyno- powiedziałam łagodnie, butem podnosząc krzesło do pionu.- Pani domu powinna doglądać gości- zasugerowałam, podając Tori dawkę "leku".- Pan domu chyba pomoże, hm?- Rzuciłam wesoło w stronę śniadego dryblasa.
-Czemu nie..?- Vincent podszedł.- Dawaj, Kotku.
-Pan domu?- Chłopakowi coś się nie zgadzało.
-Misiaku, ty mój- rzuciła z uczuciem Tori dając Vincentowi całusa.
-Dosyć tych czułości, robota czeka- rzuciłam ze śmiechem.
|×××|
Dwie godziny po opisanych wydarzeniach.
-Mamy problem, Raven. Facet zwiał- odezwał się Seth.
-Jakim cudem on się wywinął z moich węzłów..?- Mruknęłam z zastanowieniem.- A huj z nim. I tak wróci.
-Jesteś tego pewna??-Wybuchnął wściekły kompan Miecia przykładając do bani chusteczkę z lodem.
-Owszem. Mistrz nigdy nie zostawia swojego ucznia, Trevor- odparłam opróżniając butelkę.- Nie z tym, co mamy.
-A co my właściwie takiego mamy, hę?- Zdziwił się.
-Coś, co na czarnym rynku jest warte kupę siana. Udoskonalone serum prawdy- wzruszyłam ramionami.
-PIERDOLISZ!!- Wyparowali wszyscy trzej w osłupieniu.
-Znamy już ich nazwiska, cel i zleceniodawców. Wyśpiewał wszystko od A do Z.
-Więc teoretycznie moglibyśmy się go pozbyć- zauważył Seth.
-Teoretycznie możemy go stąd wyeksmitować, ale facet pomyśli, że chłopak jest tu. Rozwali pół chaty, żeby go znaleźć. Grzecznie zwrócimy ”cenny przedmiot”.
Miecio wbił we mnie nieco zaniepokojony wzrok.
-Jak bardzo go uszkodziłaś, Kruk?- Zapytał ostrożnie.
-Nie bardzo. Poparzona stopa, limo pod okiem i złamany nos. Nic wielkiego- przyznałam z ironią.
-Czyli słabo go urządziłaś- rzucił Seth.
Tori trzymała malca na rękach i zabawiała go.
-Będę musiała napisać kolejny raport dla Angello- padłam na kanapę i przymknęłam na chwilę oczy.

Noc, dom rodziny Rodriguez.
-Starych nie ma: chata wolna- zanucił Miecio z ironią.
-Kota nie ma: myszy harcują. Jak tam hawir?- Rzucił Seth do walkie-talkie.
Trzaski.
-Na razie czysto. Zobaczymy co będzie dalej- odparł Miecio.

-Aha. Cel w zasięgu. Kieruje się drugą bramą w stronę tylnego wejścia.
-Przyjąłem- odparł Seth.- Co robimy; Raven?- Zapytał.
-Przynęta. Syriusz; jesteś?- Zza przeszklonych drzwi salonu, pomachał nam wampir.
Pokazałam mu kierunek i zniknął.
-W co ty w ogóle grasz, Callisto?- Zapytał ostrożnie Trevor.
-Vincent, zwijamy chłopaka- rzuciłam z ironią.
-Spoko- odparł Rodriguez.

-Syriusz, twoja kwestia- mruknęłam wiedząc, że wampir usłyszy.
-Do wozu, jedziemy na wycieczkę- rzucił Seth wpychając Cristophera do auta. Obaj wpakowali się po obu jego stronach. Ja i Vincent zajęliśmy miejsca z przodu.
***
Półtorej godziny później, Nawiedzona Farma.
Tuż przede mną z drzewa do góry nogami zwisł Syriusz.
-Wszystko idzie zgodnie z planem. Złapał haczyk- rzucił z ironią.
-Jest sam?- Spytałam.
-Taa, kilometr stąd. Bibi go obserwuje.
-Cudownie. Zaczynamy balangę- zarechotałam.
***
-Świetnie rozegrane, Raven; herbu Kruk- odezwał się głos z ciemności.
-Pogadamy sobie, Valentine'ie Shield. Wiedziałam, że skądś cię znam.
-Przyszedłem tylko po chłopaka, więc nie będę z tobą dyskutować, wampirze poziomu D- odparł obojętnie.
-Stowarzyszenie wysłało za tobą list gończy. Mogę szepnąć to i owo przewodniczącemu- odpowiedziałam lekko.
-Jeśli cię załatwię, nie piśniesz ani słówka- oznajmił opierając dłoń na kaburze z bronią.
-Nawet tego nie próbuj, bo go sprzątnę- oznajmił Syriusz trzymający blondyna.
-Coś za coś; Shield- powiedziałam przeciągając się lekko.- Wiesz, że on to zrobi, jeśli mnie postrzelisz.
Dłoń łowcy zwisła luźno przy boku.
-Co chcesz wiedzieć?- Zapytał krótko.
-Krążą plotki, że rozmawiałeś z Przewodniczącym Związku, na dwa dni przed jego śmiercią- zauważyłam.
-Nawet, jeśli; to co?- Zapytał przyglądając mi się bardzo uważnie.- Podejrzewasz mnie?
-Chcę tylko wiedzieć, czego dotyczyła wasza rozmowa- zauważyłam wolno.
-Moja rozmowa z Cristianem.. Jednym słowem: w Związku jest kret, którego miałem namierzyć- wzruszył ramionami.
-Wiesz coś o numerze 2369?- Co mi szkodziło zapytać.
-Skąd o tym wiesz?- Zapytał dziwnie ostro.
-Dał kartkę z tymi cyframi swojej matce, zanim zginął- odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
-To szyfr do sejfu w gabinecie Przewodnczącego Związku.
-Nie wspominał, co tam takiego ukrył?- Wypytywałam.
-Cristian? On nie ufał nikomu. Nawet swoim podwładnym- odparł Shield wzruszając ramionami.- Jeleń powie ci to samo, jeśli go zapytasz.
-Czemu spotkał się z tobą? Z poszukiwanym „przestępcą”?- Zdziwiłam się.
-Spotkaliśmy się przypadkiem, akurat sprzątnąłem kilka poziomów D w okolicy Gracetown- stwierdził spokojnie.- Zdziwiło mnie, że nic nie zrobił; skoro wysłano za mną aż list gończy. Po prostu zaczął ze mną gadać, powiedział o krecie i to wszystko.
-Jak myślisz, co może być w sejfie?- Zapytałam wolno.
-Żebyś mnie zabiła, nie mam pojęcia. Nie puścił pary- wzruszył ramionami.
-Mogę ci wierzyć?- Niezbyt mu ufałam.
-Rób, co chcesz. Co bym miał z tego, że Stowarzyszenie Łowców trafiłby szlag?- Zapytał retorycznie.- Senat próbuje nas ustawiać, a ja, jako łowca miałbym im to jeszcze ułatwiać?
-Poszukiwany łowca, dla ścisłości- poprawiłam.
-Wszystko jedno. Cristian na pewno nie zostawiłby po sobie burdelu. Kto wie, co może być w tym sejfie.
-Syriusz, oddaj mu dzieciaka. Niech idą swoją drogą- rzuciłam niechętnie.
-Mam nadzieję, że się już nie spotkamy. Chwała Aniołowi.
-A Jego dzieciom oręż, też mam taką nadzieję- odparłam krótko.

Kwatera główna  Stowarzyszenia, pierwsza trzydzieści w nocy.
Kończyłam kolejny raport dla Angello. Spodziewałam się, że przewodniczący niedługo zwoła Radę.
Michael Tyler, uczeń trzeciej klasy ogólniaka- łowca wampirów... 
-Tu Cally, zostaw wiadomość. Oddzwonię- rozłączyłem się i rzuciłem telefon na szafkę nocną.
Tęskniłem za nią. Bałem się, że jednak coś jej się stało.
-Michael.!- Usłyszałem z dołu wołanie ciotki.
-Co jest? Koniec świata, hę?- Jęknąłem wyczołgując się z pościeli. Na bosaka poczłapałem na dół, zakładając okulary.
Ze schodów dostrzegłem mundur i podskoczyłem, jakby ktoś ukłuł mnie w siedzenie.
-Czego chce ode mnie psiarnia?- Mruknąłem schodząc na dół.
-Dzień dobry, o co chodzi?- rzuciłem nieco zaspany.
-Pan Michael James Tyler?- Rzucił mundurowy.
-Taa.
-Sierżant Ash, komenda miejska w Fallen. Prowadzimy sprawę zaginięcia Diany Gold.
Moja szczęka chyba dotknęła podłogi. Opadając na najbliższe krzesło wydusiłem:
-Diana zniknęła?
-Kiedy rozmawiał pan z zaginioną ostatni raz?- Zapytał Ash.
-Na zakończeniu roku szkolnego, jakoś pod koniec czerwca- odparłem zamyślony.
-A jakieś miejsca, w których często bywa?- Zapytał.
Ciocia postawiła przede mną kubek kawy. Upiłem łyk.
-Nie wiem. Spytajcie jej kolegów z zespołu.
-Niestety nic nie wiedzą- przerwał mi Ash.
Zamyśliłem się pijąc kawę.
-Dziwne, Diana zawsze mówiła chłopakom dokąd idzie- zauważyłem wolno.- Może poszła do Domu Strachu?
-Przeszukaliśmy tę ruderę. Nikogo nie było.- oznajmił Church, partner Ash'a.
-Hmmm. Diana lubi opuszczone miejsca. Wie pan, ona jest trochę eee... Sam nie wiem, jak to ująć..
-Dziwna?- Zasugerował.
-Nie bardzo. To zupełnie normalna osoba, tylko trochę bardziej zamyślona i zarobiona. Kiedy widzieliśmy się ostatni raz... Moment- wydusiłem w olśnieniu.- Wspominała wtedy coś o jakimś słynnym moście.. Tylko, jak to się zwało...(?)
-„Most Zakochanych”?- Zdziwił się Ash.
-Chyba tak. W pobliżu jest plaża- z każdą chwilą odnajdywałem w głowie coraz więcej informacji.- Twierdziła, że musi się zastanowić nad kilkoma rzeczami, czy coś w tym stylu.
-Nie zauważył pan, żeby zaginiona zachowywała się jakoś niecodziennie?
-Nie sądzę..
Dzwonek. Ciotka poszła otworzyć. Z przedpokoju rzuciła:
-Michael, paczka i list do ciebie.
-Przepraszam- rzuciłem idąc do drzwi.

Paczka była wielkości pudełka do butów, owinięta w szary papier i obwiązana plecionym sznurkiem, za który była wetknięta koperta.
Odczytałem nadawcę.
-No i gitara- rzuciłem zastanawiając się jednocześnie, o co tu chodzi. Uratował mnie płacz małej. Wbiegłem na piętro. Zostawiłem przesyłkę w pokoju, w szufladzie zamykanej na klucz i ruszyłem do pokoiku Lily.
-Cio? Obudził się mój skarbuś?- Szepnąłem pieszczotliwie do córki.- Głodna i zła, hm?- rzuciłem dając małej buziaka. Zszedłem z dzieckiem na dół, by przygotować mleko. Potrząsnąłem grzechotką, żeby rozweselić dziewczynkę.
-Łup, łup. Baaach! Samolocik, hm?- Rzuciłem do córki, wprawiając w zaskoczenie policjantów.- Cii, zaraz będzie żarło..- Zdążyłem złapać zabawkę, zanim Church dostał w głowę.
-Myślałem, że to pańska żona zajmuje się dzieckiem- zauważył Ash.
-Czyżby ojciec nie mógł zajmować się własną córką?- Zapytałem urażony.
-Tego nie powiedziałem- odparł przepraszająco.- Gdyby coś pan sobie przypomniał, to kontakt do mnie- rzucił podając mi kartkę z numerem telefonu.- Do widzenia- rzucili obaj, a ciotka odprowadziła ich do drzwi.
-Jezu... Co się tu odwala, to nie do opisania- westchnąłem ciężko.

Na spacerze Lily całkiem się rozweseliła. Patrzyła z zaciekawieniem na bawiące się starsze dzieci.
Jakiś chłopiec przemknął obok nas, lecz nagle zahamował i wrzucił wsteczny. Nawet nie wiedziałem, że można jechać tyłem na rolkach.
-Dzień doberek- przywitał się, padając na ławkę.
-Bry- odparłem lekko.
Chłopiec zapatrzył się w dal na park, sięgając do leżącego przy siedzisku plecaka, skąd wyciągnął puszkę coli i otworzył ją z psyknięciem.
 -Pan na wakacjach?- Spytał zaciekawiony dzieciak. Trochę dziwnie się poczułem słysząc "pan". Jakoś tak... Staro.
-Można to tak nazwać- przyznałem uprzejmie.
-Śliczna dziewczynka- zagadnął po dłuższej chwili.
Mała popatrzyła nań.
-Łaaaa..- ziewnęła słodko i rozejrzała się wokół trochę sennym wzrokiem.
-Co, skarbuś?- Rzuciłem do córki lekko.
-Ba ba ba baaach. Pfff!- Rzuciła rozbawiona nadal wlepiając oczka w dzieciaka.
-Pewnie, że jesteś słodka, malutka i śliczna- rzucił do niej chłopiec.
Lily zaczęła klaskać i chichotać po swojemu, a dzieciak na rolkach był nią po prostu zaczarowany.
-Bądź zdrowa, ślicznotko. Do widzenia, panu- rzucił odpychając się z miejsca, zarzucił plecak na ramię.
-Cześć, mały- odparłem, a Lily okręciła się i trzymając się boku wózka patrzyła, jak chłopiec odjeżdża. Zaczęła klaskać, gdy z gracją odbił się od deptaku, przeskoczył niski murek i jadąc tyłem do kierunku, w którym zmierzał, pomachał do nas jeszcze raz.
-Co, księżniczko?- Rzuciłem pieszczotliwie.
-Ptaa- rzuciła z uciechą pokazując na pobliski staw.
-Ładne łabędzie, co?- szepnąłem.
Wpatrywała się w płynące po tafli wody białe, pierzaste i dziobate stworzenia z rozchyloną buzią. Ptak schował się pod wodą i wypłynął kawałek dalej.
-Chodź przejdziemy się jeszcze trochę- rzuciłem pchając wózek po deptaku.

Ciotka przysłała SmS-a, żebym wpadł po zakupy do spożywczaka.
-Jezu... Co za litania...- mruknąłem.- Robić milion rzeczy naraz. Lily, zostaw to. To niedobre- rzuciłem zabierając dziecku obierak do ziemniaków.- Chryste Panie.
-Ale się z ciebie zrzęda zrobiła, Czterooki- rzucił za mną znajomy głos.
-Kogo moje oczy widzą?- Zapytałem z przyjacielską uszczypliwością. Pochwyciłem batonik, którym we mnie rzucił.
-Opowiadaj, co u ciebie. Wieki cię nie widziałem- zarechotał dając mi szturchańca.
-Człowieku... Jestem żonaty i dzieciaty... Poza tym: ogólnie wszystko u mnie okej, a ty, jak się miewasz?
-Mogło być gorzej, ale nie narzekam. Wolny strzelec, jak na razie; bo znowu mam „separację” z Cindy- wzruszył ramionami ponuro.
-Który to już raz; siódmy?- Spytałem z troską.
-A, bo ona sama nie wie, co chce..- żachnął się.- Staram się, skaczę w koło niej, jak jakiś golden retriever, a i tak wychodzi do dupy. Może to ja jestem do bani?- Westchnął ciężko.
-Wcale nie jesteś. Po prostu może powinniście od siebie odpocząć..- zasugerowałem.
-Łatwo ci mówić- skomentował ponuro.- Cindy ostatnio ma dziwne humory. Wścieka się zupełnie bez powodu, a jak się nie wścieka to płacze.. Wolę nie pytać, bo znowu oberwę z czegoś ciężkiego.
-Może jest w ciąży? Moja Cally też tak miała, kiedy mała była w drodze- uczucie tęsknoty zakłuło mnie w sercu. Wziąłem kolejny artykuł z listy.
-Może. Przez ostatnie trzy dni ciągle na mnie warczy. Wredna zmora- prychnął.
-Kogo nazywasz Zmorą?- Zapytał za nami głos Cindy.
-No, fajnie. Jestem już martwy...- jęknął spanikowany.
-Cześć, Cindy. Ładnie wyglądasz- rzuciłem przymilnie w stronę brunetki w kwiecistej sukience.
-Dzięki, widziałam się już w lustrze- odpowiedziała z sarkazmem.- A ty od kiedy latasz z wózkiem?- Zdziwiła się.
-Niedługo. Mała niedawno dołączyła do nas- odparłem.
-Podobna do ciebie- zajrzała do wózka.- Jakie słodziutkie maleństwo. Jak laleczka- rozmarzyła się.
-Buubaa pffrrypypy!- Zapiszczała Lily.
-Buba?- Zdziwiła się przyglądając się małej.
-Tak reaguje na nowe twarze. Nie, skarbek?
Ten słodziutki, jeszcze bezzębny uśmiech był dla mnie całym światem. Zauważyłem też, że Cindy stara się ignorować Jack'a.
-Może powinniście ze sobą pogadać?- Zasugerowałem bardzo ostrożnie.
-Rozmawiać z tym dupkiem? Daj se siana- prychnęła poirytowana.
-Powiedziała ta, która rzuciła we mnie ostatnio patelnią- burknął.
-To może wy się w ogóle rozstańcie. Będzięcie mieli święty spokój- westchnąłem ciężko biorąc kilka konserw.
Jack'owi z zaskoczenia aż szczęka opadła.
-Wiesz, co? Myślałam, że przynajmniej ty to zrozumiesz- zauważyła ze złością Cindy.
-Przepraszam, ale nie. Nie łapię tego, że oboje zachowujecie się, jakbyście nie wyszli jeszcze z piaskownicy. Sorry, ale tak to dla mnie wygląda, Cin- odparłem spokojnie.
-A ty i ta twoja to może chodzące ideały, co?- Prychnęła wściekła, jak osa.
-Obudź się, dziewczyno. Ideały nie istnieją- odparłem z naciskiem.
-Odpuść. Michael ma rację- odezwał się cicho Jack.- Może i to najlepsze wyjście.
-Najlepsze wyjście, czyli co? Rzucenie mnie?- Pod wzburzeniem starała się ukryć, że jest jej cholernie smutno.
-Zaraz tam rzucenie- żachnął się chłopak, biorąc kilka batoników i jakiś sok.- Może powinniśmy po prostu odpocząć kilka dni od siebie. Przemyśleć pare spraw.
-Cudownie. Znalazł się kolejny chodzący ideał. Super- prychnęła jadowicie, odchodząc bez pożegnania.
-Przepraszam za nią. Wiesz, że z trudem znosi krytykę- odezwał się po chwili.
-To ja przepraszam. Wpieprzam się w nieswoje sprawy- odparłem ponuro.
-Najlepszy kumpel zawsze walnie prawdę z mostu; więc nie masz za co- odpowiedział spokojnie.- Właściwie chciałem zaprosić cię na jakieś piwo, ale widzę; że twoja maluda się niecierpliwi.
-I tak będę wieczorem na mieście; może się zgadamy?- Spytałem.- Och, Liluś; zostaw wreszcie ten obierak- zabrałem dziecku sprzęt kuchenny i odłożyłem na miejsce.
-Spoko, o której ci pasuje?
-Ósma może być?
-Gra gitara- rzucił z aprobatą.
Przed sklepem pożegnaliśmy się i ruszyłem do domu.
***
Wszedłem do środka, rzucając od progu:
-Ciociu, zakupy.
Odpowiedziała mi cisza, co nie tylko mnie zaskoczyło, ale też zaniepokoiło.
-Ciociu??- Zapytałem drżącym z nerwów głosem.
W salonie ekran telewizora ukazywał kolejną ulubioną operę mydlaną ciotki.
Wszedłem ostrożnie z małą na rękach i podszedłem w stronę kanapy. Z tłukącym się w piersi sercem zajrzałem przez oparcie mebla.
Mary Ann Jackson spała, jak zabita. Odetchnąłem z ulgą.
-Mogliby ją łatwo okraść, albo zabić i nawet nie kapnęłaby się, że jest martwa- mruknąłem do siebie, zdejmując małej kurteczkę.
Poszedłem z małą do kuchni, by ją nakarmić. Potem zamierzałem się wziąć za obiad.

Mała półleżała w wózku i obserwowała z zaciekawieniem, jak krzątam się po kuchni, przygotowując obiad. Pociągnęła noskiem patrząc w stronę patelni.
-O, kurwa... Zaczyna mi się mięso jarać- zakląłem zdejmując patelnię z ognia.- Uff, po strachu.. Luzik..
Byłem też ciekawy, czemu Lily tak się uparła na ten obierak do ziemniaków. Usłyszałem ciche kroki z salonu.
-Michael. Ty gotujesz?- Zdumiała się ciotka Mary.
-Nie chciałem cię budzić, więc zacząłem.
-Przecież bym to wszystko zrobiła- odparła z lekką pretensją.
-Och, ciociu... Przecież mogę od czasu do czasu sam coś upichcić- rzuciłem ze śmiechem.
-Zostałam bezrobotną, starą i niepotrzebną kwoką domową- ech, to jej zrzędzenie: chyba mam to po niej.
-Nie przesadzaj, ciociu. Przynajmniej mogłaś sobie trochę odpocząć- odparłem ciepło.- Poza tym nie jestem już dzieckiem..
-Wiem, wiem. Mój chrześniak jest dorosłym facetem. Tak, tak- odparła z małą ironią.
Przerwałem mieszanie w garnku i zwróciłem się do niej, pytając:
-O co ci chodzi, ciociu?
-O nic. Po prostu trochę przypominasz mi Armanda- wzruszyła ramionami, popijając ziołową herbatę.
-Ostatnio wszyscy mi to mówią. Naprawdę jestem aż tak podobny do ojca?- Zdziwiłem się.
-Bardzo...
-Bach.. Łaaaaaa..- Lily ziewnęła przeciągle.
-Oczka ci się kleją, co?- Spytałem biorąc małą na ręce.- Chodź do taty. Idziemy do wyrka..- rzuciłem wsuwając jej smoczek w buzię.- Co jest?
Ciotka Mary miała łzy w oczach.
-Jest taka podobna do ciebie..- powiedziała cicho, ocierając łzy wzruszenia.
-A do kogo miałaby być? To w końcu moja piękność- odparłem z dumą.

Wszedłem na górę do pokoiku, a mała zaczęła pokazywać coś rączką.
-Co, skarbuś?- Spytałem.