wtorek, 31 grudnia 2019

Demon, Ona i Ja: Rozdział I

}{
Czasami chciałbym wiedzieć, o czym myśli podczas pełnej łez nocy.. 
}{

Judith, co noc płacze w poduszkę. Tak już jest od dwóch miesięcy po tym, jak dowiedziała się, że ten chłopak- Jonathan- zdradził ją z jej najlepszą przyjaciółką.
Przewróciła się na drugi bok wyjmując spod poduszki złoty wisiorek z czymś w rodzaju ciemnofioletowego kryształu.
Rozpoznałem to coś i zbladłem, jeśli można być jeszcze bardziej bladym, niż odcień porcelany...
Był to klejnot nazywany przez nas Dzwonkiem. Nazwa brzmi może niewinnie, ale nic bardziej mylnego...
***
O poranku Judith przybierała dobrą minę do złej gry i szykowała się na zajęcia. Jej zielony plecak był wypełniony po brzegi wszystkim, czego potrzebowała do szkoły. 
Nadal niewidzialny zszedłem za nią na parter. 
-Będę dzisiaj późno, mamo- Judith uśmiechnęła się sztucznie i zarzucając torbę na ramię wybiegła z domu z tostem w palcach. 

Jak zawsze usiadła z tyłu autobusu i zakładając na uszy słuchawki włączyła jakiś wolny utwór z odtwarzacza w telefonie. Patrząc na widoki za oknem rozmyślała nad czymś. Kawałek dalej, z przodu jej ex i była przyjaciółka rozmawiali o czymś z ożywieniem, gdy w pewnej chwili autobus zatrzymał się przy stojącym na chodniku nieznanym mi dotąd chłopaku. 
Był to wysoki i szczupły, czarnowłosy o bezdennych oczach w barwie palonego karmelu i bladej cerze. Na pociągłej, wąskiej twarzy o dużych oczach, znad których rysowały się niemal idealne łuki brwi, średnim, prostym nosie i wąskich ustach malowało się znudzenie. 
Wszyscy ucichli, gdy wsiadł i przeszedł na tyły bacznie szukając wolnego miejsca, a wszyscy oglądali się za nim. Wtedy Dostrzegłem w nim coś jeszcze- aurę w kolorze pokusy: czarną, jak bezksiężycowa noc poprzetykaną cienkimi nićmi szkarłatu. Ubrany zwyczajnie nowy na szyi nosił mały wisiorek z czymś przypominającym zakorkowaną ampułkę. Była ciemnogranatowa z wytłoczeniem przedstawiającym trzy złączone klucze. 
Dostrzegł obok Judith ostatnie wolne miejsce i podszedł. 
-Wolne?- Spytał uprzejmie, choć wyluzowanym tonem. 
Kiwnęła głową twierdząco, więc usiadł. Autobus ruszył, ale on nie starał się zagdywać Judith, tylko czasami patrzył na nią ukradkiem. W pewnym momencie mnie dostrzegł, a w głowie usłyszałem jego głos: nie zrobię jej nic złego, Aniele...

poniedziałek, 30 grudnia 2019

Demon, Ona i Ja

Okrywając ją kołdrą, przysiadłem na skraju łóżka i patrzyłem jak śpi, słuchając jej cichego i równego oddechu.
Miała na imię Judith i była niewysoką, krótkowłosą blondynką o oczach w barwie łupiny orzecha laskowego i idealnych, krągłych lecz nie rubensowskich, zgrabnych kształtach.
Teraz, jako że elektroniczny budzik obwieszczał drugą w nocy, spała spokojnie pod kołdrą, w fioletowym topie ze śmiejącą się emotikoną i luźnych czarnych spodniach do kompletu w pogrążonym w ciemności pokoju o ścianach w jej ulubionym fiolecie, z plakatami swych muzycznych idoli przyczepionymi nad łóżkiem i szarym meblami po lewej stronie łóżka, na którym spała. Niedaleko krzesła, na którym siedziałem, przy biurku leżał porzucony plecak i kilka ciuchów.
Pewnie uważacie mnie za stalkera albo zboczeńca, skoro wiem, w czym śpi pod kołdrą. Lecz wiem o niej o wiele więcej..
Moja najdroższa Judith..
 *•••*
Wszystko widzę i słyszę...

Od dnia Twoich narodzin zakochałem się w biciu Twojego serca... 
Trwam przy Tobie i czekam na jego ostatni stuk.
Jestem Twoim...
Aniołem Stróżem.
*•••*

piątek, 13 grudnia 2019

Moi drodzy parafianie-odpierdolę Wam kazanie :)

Kon'nichiwa minna!
Poprzedni rozdział był zamknięciem serii Hunter. Mam nadzieję, że ta trylogia przypadła Wam do gustu 😊
Domō arigatō gozaimas
Yuurei 👻 😉
PS. Na razie blog po epilogu pozostaje w zawieszeniu, póki czegoś nie wymyślę.
Bądźcie czujni i cierpliwi ;)
Arigatō gozaimas za to, że czytacie :)

Hunter III Curse Epilogue

Nigdy nie poddawajcie się nikomu i niczemu, bo w Walce wszyscy Jesteśmy Braćmi...

Callisto Raven, postrach ogólniaka.
Michael Tyler, uczeń trzeciej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Jack L. Donovann, łowca herbu Kielich...

Kochani, najbliżsi naszym sercom ludzie; których poprzysięgliśmy chronić, 
Nasze Stowarzyszenie nadal działa i mam nadzieję, że jeszcze długo będzie...
Obiecujemy, że Was ochronimy i; że dołożymy wszelkich starań, aby żaden z Waszych bliskich nie stał się bardziej potworem, niż człowiekiem... 
Obyśmy spotkali się w tym lub następnym życiu.. 
Jack L. Donovan, herbu Kielich. 


Ostatnie zebranie Rady obfitowało w radosne wieści. 
Jutrzejszego dnia miała się odbyć egzekucja Tower. Między nami i Rządem Krwiopijców zapanował względny pokój. Kitsune zostały zapieczętowane, a ja.. Niedługo miałem poślubić dziewczynę, będącą całym moim życiem. 
Wszystko ułożyło się względnie dobrze, ale nigdy nie wiadomo, kiedy znów będziemy potrzebni. 

Nazywam się Jack Lawrence Donovann, łowca herbu Kielich. Jestem Przewodniczącym Związku Stowarzyszenia Łowców Wampirów..
Skoro już o tym wiecie- zawrzyjcie ze mną Pakt Milczenia...

wtorek, 5 listopada 2019

kolejna parafialka- notka :)

kon'nichiwa minna!
powstał nowy blog
póki nie mogę publikować na starym stwierdzam, że podrzucę Wam nowy projekt
miłej lektury
arigatou gozaimas
Yuurei
https://misslamentfull.blogspot.com

niedziela, 29 września 2019

Ogłoszenie parafialne

Kon'nichiwa minna!
Zawieszam bloga na jakiś czas; ponieważ telefon z notatkami ląduje w serwisie.
Nie martwcie się, kiedy będzie można wrzucę resztę notek.
Arigatō gozaimas.
Oyasumi.

niedziela, 25 sierpnia 2019

Hunter III Curse Rozdział XXXIV: "Najwyższa Więź" i inne życiowe przeboje..cz.2 tajemnica Feu i polityczne tańce Senatu

-Opuść broń, Cherub- nakazała cicho blada przybyszka.
-Ani myślę, Pijawo- syknął nieufnie młodszy z braci Angello.
-Kim jesteś Zapytałem zdziwiony, a Artie obserwował nas w ciszy.
-Przychodzę w pokojowych zamiarach, żeby was ostrzec- wytłumaczyła się niska wampirzyca- możesz mnie nie znać; więc się przedstawię: Jekaterina Woroszyłow, bratanica Caiusa. tak; tego Caiusa- dodała widząc moją minę.
Ruchem dłoni nakazałem Tyrone'owi opuścić szablę.
-Co cię tu sprowadza?- Zapytałem nieprzychylnie.
-Stryj chciał przybyć osobiście, ale Tower zaczęła go uważnie obserwować, więc przysłał mnie.
-Nie wierzę, że ta gnida tak łatwo zmieniłaby orientację polityczną- odezwał się tuż za nią Feu.
Tamta słysząc usypiający głos odwróciła się na pięcie i robiąc krok w tył ukłoniła się Starszemu.
-tryj chyba wreszcie zrozumiał swój błąd- odparła smutno.- Delegacja Senatu wybierze się do was. Chcą, żebyście podpisali akt kapitulacji.
Krzesło, na którym siedziałem zachwiało się niebezpiecznie i- dałbym głowę- wyjebałbym się; gdyby nie Feu.
-Kapitulacja? Zanim wszystko się rozpoczęło? Kto wymyślił coś tak...?
-Nie wiem, ale to tylko pretekst- odparła Jekaterina W.- Muszę iść, zanim się zorientują- wyszła szybko.
Zastanowiłem się. Tower myliła się, co do mnie: jeszcze nie miała pojęcia, jak bardzo zajdę jej za skórę. Wiedzieliśmy to od początku, ale panna W. utwierdziła nas w przekonaniu, że Senat chce zniszczyć Zrzeszenie.
-Co robimy?- Zaczął po długim milczeniu Tyrone.
-Plan B- rzuciłem wymownie, a on skinął i zniknął za drzwiami gabinetu.



Notka

Kon'nichiwa minna!
Jeszcze trochę zostało do końca Hunter, ale jest tego pozytyw.
Apropo poprzedniej zapowiedzi skończona i nawet więcej :) zostanie wrzucona zaraz po zakończeniu w/w
arigatou za uwagę i oyasumi!

wtorek, 6 sierpnia 2019

Hunter III Curse Rozdział XXXIV: "Najwyższa Więź" i inne życiowe przeboje..cz.2 tajemnica Feu i polityczne tańce Senatu

|***|
Godzinę później zadzwoniłem do znajomego księdza egzorcysty, z którym zaprzyjaźniłem się podczas wielu rozmów na temat wiary. jako ateista usiłowałem zrozumieć; skąd w innych ludziach bierze się ta wiara w istnienie Boga, zresztą ów duchowny szanując moje poglądy nawet nie próbował nawracać mnie na dobrą ścieżkę.
Każdy człowiek; nawet niewierzący ma sumienie i potrafi odróżnić dobro od zła. my, Katolicy nazywamy to sumieniem; wy po prostu etyką. Jesteś młody, Jack, ale zapewniam cię; że mimo braku wiary jesteś mądrym i sprawiedliwym człowiekiem. Kiedyś to zrozumiesz..- powiedział podczas jednej z naszych rozmów, klepiąc mnie po ramieniu.
-Rozumiem, Jack- rzucił ciepło; podałem mu adres.
-Bardzo dziękuję i przepraszam, że zawracam ci czymś takim głowę; Arthur- właściwie od samego początku naszej znajomości mówiliśmy sobie po imieniu.
-To nic takiego, serio. No, to do zobaczenia.
-Właśnie; do zobaczenia- pożegnałem się i odłożyłem słuchawkę.

W przerwie od pracy postanowiłem wyjść na podwórze kwatery głównej Zrzeszenia i pospacerować. Feu zaszył się w bibliotece szukając w tomach znaku ze sztyletu. Mistrz uczył młodych łowców, a Max po prostu gdzieś polazł, więc zostałem sam z własnymi myślami.
-Cholerna "Puszka Pandory"- mruknąłem wyjmując z kieszeni paczkę papierosów i zapalniczkę. otworzyłem kartonik i wyciągając ustami jednego, zapaliłem zaciągając się głęboko.- Ciekawe, jakie jeszcze przewidujecie dla nas niespodzianki; Krwiopijcy- dodałem z zastanowieniem patrząc w dal. \
-Nic jeszcze dzisiaj nie zjadłeś, a już spacerujesz z petem w paszczy, przewodniczący- usłyszałem zza siebie głos Clarissy.
-Nie jestem głodny, Skarbie- objąłem ją ramieniem, opierając o swój tors.
-Jak twoja rana?- Zapytała z troską; przesuwając delikatnie  palcami po wybrzuszeniu opatrunku.
-Jak na razie, w porządku- uśmiechnąłem się daając jej całusa.
-Kochana Popielniczka- zarechotała wesoło.
-Grzeczny Patyczak- odciąłem się pieszczotliwie, przyciskając ją mocniej do piersi.
Za każdym razem, gdy
była obok, moje serce biło odrobinę szybciej; jakby jakoś pewniej. Była moim centrum wszechświata i nie wyobrażałem sobie teraz życia bez tej wysokiej, długowłosej i patykowatej osóbki.
Nawet nie przypuszczałem, że niedługo  sytuacja nakłoni mnie do podjęcia szalonej, a zarazem najlepszej decyzji mojego życia.
***
Wczesne popołudnie spędziłem na rozmowie z Artie'm . Przy filiżance  kawy wyjaśniłem mu, z jakiego powodu go potrzebuję.
Jasnooki brunet upił ostrożnie łyk kawy i wbił we mnie uważne spojrzenie.
-Zdaje mi się, że z jakiegoś powodu nie mówisz mi całej prawdy; Jack- zauważył szczerze.
W tym momencie naszą rozmowę przerwał potężny huk wybuchu.
-Co tam się znowu odwala?- Jęknąłem wstając z obrotowego fotela. podszedłem do okna i wychyliłem się.
Zobaczyłem kłąb dymu; trzęsącego się ze śmiechu Lockwood'a i usłyszałem szydercze gwizdy kilku innych łowców. \
-Ale dałeś dupy; Falcon!- Zarechotał jeden.
Westchnąłem wracając do biurka.
-Wiem; że powinienem być wobec ciebie szczery, ale to nie takie proste..
-Zdaję sobie z tego sprawę- wpadł mi w słowo.- Idąc tutaj usłyszałem przypadkiem kilka rozmów.
-Rozmów?- Podchwyciłem niepewnie.
Artie upił kolejny łyk kawy.
-Nie owijajmy w bawełnę. słyszałem jak kilku facetów snuło domysły na temat wojny z jakimś Senatem. Poza tym dostrzegłem też, że liczna grupa młodych trzyma się trochę na dystans.
-To skomplikowane: taka cicha wojna z daleka od ludzi. a tak poza tym.. Kumple Jace'a to trochę nerwusy i...- wytłumaczyłem najlepiej; jak umiałem.
-Mam wrażenie, że boisz się powiedzieć za dużo- zaczął nieco urażony.
Podniosłem wzrok i spojrzałem mu w oczy z powagą.
-Czasami lepiej nie pytać- powiedziałem z wahaniem.- Po prostu nie chcę, żeby coś ci się stało, Arthur. Widzisz.. Ostatnio wszystkim, którzy  mnie znają dzieje się coś złego i.. Chcę chronić osoby, na których mi zależy- pukanie. Rzuciłem krótkie zaproszenie.
-Pochwalony- rzucił Tyrone Angello, witając się z księdzem.
-Na wieki wieków- odparł spokojnie Artie.
-Słyszałem,  że chłopaki robią trochę huku- zagadnąłem.
-Nasi rusznikarze prześcigają się w pomysłach na idiotę roku- kolejny potężny huk z zewnątrz- Sasza znowu zdetonował 'Kaczuszkę'- zauważył niechętnie, patrząc za okno.Położył na blacie stertę dokumentów i jakąś kopertę.
-Teraz nie wiadomo kto kogo goni. Lepiej być przygotowanym- zgodziłem się z namysłem.- Feu na coś wpadł?
-Widziałem, że kwadrans temu wychodził z biblioteki; więc może niebawem tu zajrzy- rzucił Cherub. Wychodząc wpadł na kogoś w progu.- Co, na Świętego Anioła?- Zaczął podejrzliwie i cofając się kilka kroków dobył szabli.

niedziela, 14 lipca 2019

Hunter III Curse Rozdział XXXIII: "Najwyższa Więź" i inne życiowe przeboje...

Obserwowałem pracującego w skupieniu Wampira, który uważnie i jednocześnie okiem znawcy oglądał każdą część broni. Obejrzał dokładnie nawet oplot na rękojeści. Zdjął go i rozłożył rękojeść, spomiędzy której coś wypadło. Feu pochwycił rzecz, która okazała się zwiniętą w ciasny rulonik karteczką. Wampir rozwinął go i rzucił okiem na zapisaną na nim treść.
-Już rozumiem..- zaczął cicho.
-Co takiego rozumiesz?- Zapytał zaniepokojony Mistrz. W gabinecie nadal panowała grobowa cisza.
-Ten świstek to jedna z największych starożytnych klątw. Przeklina nie tylko broń, sprawia również, że ta jest kierowana przez właściciela na odległość.
-Wiesz, do kogo należy?- Zapytał Morgenstern.
-Muszę sprawdzić w dokumentach, ale wiem jedno: jej posiadacz zawarł Faustowski Kontrakt- oznajmił.
Spojrzałem nań nie rozumiejąc.
-To inaczej pakt z diabłem- wyjaśnił Starszy.

-I co z tym zrobimy?- Zapytał jednookii wskazując sztylet.
Feu składając spowrotem ostrze odparł:
-Jedyne; co można zrobić, to wykonanie egzorcyzmu..
-Jestem wierzący, ale nigdy nie słyszałem; żeby wypędzać demony z...- wtrącił Max.
-Zbyt krótko żyjesz,żeby wiedzieć o takich sprawach- w tym momencie ich spojrzenia się zetknęły.
-Pięćdziesiąt lat, to według ciebie krótki czas?
Czystokrwisty z Linii Starszych skrzywił wąskie wargi w ponurym uśmiechu; mówiąc:
-Żyję ponad dwa tysiąclecia; więc śmiało mógłbym nazwać cię zwyczajnym dzieckiem. Dam ci dobrą radę, Max: jeśli chcesz ocenić wiek wampira, patrz mu prosto w oczy.
|***|

Ogłoszenie parafialne

Kon'nichiwa minna!
Kolejny rozdział w budowie
Wracając do mojej zapowiedzi, zostało kilka rozdziałów do zakończenia "Hunter III"
Postaram się publikować na bieżąco
Arigato za wizyty na moim blogu
Oyasumi!

wtorek, 9 lipca 2019

Hunter III Curse Rozdział XXXIII: "Najwyższa Więź" i inne życiowe przeboje...

-Max??-Rzuciłem głośno z niepokojem.
-W porządku!- Wydyszał. Słowom zawtórowała seria mocnych kopniaków.
-Nic mi nie możesz zrobić- nieznanemu mi głosowi towarzyszył huk rozpadającego się regału.
Przeskoczyłem dziewczynę i nim zdążyła się odwrócić wbiłem jej miecz w plecy. Z truchła buchnął niebieski ogień, a ścierwo obróciło się w popiół.
Wszedłem do pokoju, z którego dobiegały odgłosy.
Wampir i Max stali mierząc się wzrokiem. Przystojny, czerwonooki uśmiechał się dziwnie. Max był podrapany,  miał podbite oko, a z rozciętej wargi płynęła strużka krwii.
-Czym ty jesteś?- Zapytał z obrzydzeniem malachitowooki, nie spuszczając oczu z przeciwnika. Dostrzegłem, że regał za nim był w drzazgach.
-Biedne Dzieci Anioła- rzekł tamten z udawanym smutkiem- wszyscy zginiecie. Zmieciemy was z powierzchni ziemi; Pogromcy- powiedział pewnym siebie i jakby groźnym tonem. Wtedy spojrzał wprost na mnie, a jego wargi wygiął mściwy uśmiech. Załopotał peleryną; a po chwili z domu czmychnął czarny pies.
-Co to, kurwa, miało być??- Wypalił w głębokim zdumieniu Forest.
-Sam chciałbym wiedzieć- westchnąłem.

Południe. Kwatera Główna Związku Stowarzyszenia Łowców, Londyn.
-Pieprzony deszcz...
-A co ja mam powiedzieć? Zresztą w cholerę z deszczem! Mamy ważniejsze sprawy- odparłem zsiadając z motoru.
Pobiegliśmy na schody, uciekając przed ulewą.
-Przewodniczący- Deere ucichł, widząc, że coś nie gra.
-Gdzie pan Morgenstern?
-U siebie- odpowiedział mój zastępca, zaskoczony.
-Poproś go na słówko; jeśli ma wolną chwilę- owinąłem broń przemoczoną koszulą.
-Załatwione- rzucił Deere odchodząc.
-On chyba naprawdę mnie nie trawi- zagadnął Max, gdy szliśmy do gabinetu.
-James? Jest ostrożny, ale to spoko facet- odgarnąłem mokre włosy z czoła.
-Wyglądasz, jakbyś dostał z armatki wodnej- przyglądał mi się uważnie.
-Chcesz wiedzieć, skąd wiedziałem- nasze oczy nagle się zetknęły.
-No, trochę mnie to ciekawi- przyznał.
-Gdybym ci powiedział, chyba byś nie uwierzył- stwierdziłem powoli.
-Z góry zakładasz, że ci nie uwierzę? Po tylu nienormalnych rzeczach, których byłem świadkiem?- Zapytał patrząc na mnie z niedowierzaniem.
-Nie o to chodzi.. To po prostu pogmatwane..
-Co niby jest "pogmatwane"? To, że mi nie ufasz; czy to, że uratowałeś mi dupę? A może jedno i drugie?- Wkurzył się.
-Wziąłeś oba wisiorki, które miałeś w tej książeczce, nie?- Zapytałem zamyślony.
-Właściwie, co ma piernik do wiatraka?- Złość na twarzy Forest'a ustąpiła miejsca zaskoczeniu.
-Po prostu odpowiedz- wzruszyłem ramionami.
-Pewnie, że wziąłem oba. Nawet nie wyciągałem ich z tej cholernej książki- obruszył się.
Pchnąłem drzwi sypialni, mówiąc:
-Coś ci pokażę- podszedłem do parapetu.
Leżał tam pleciony, srebrno-złoty wisiorek z ciernistą Księżycową Różą.
Forest przez kilka minut poruszał ustami, jak ryba wyłowiona z wody.
-Skąd on się tutaj wziął..??- Zaczął bezgranicznie zdumiony.
-To Piechur. Zawsze wraca do osoby, którą sobie upatrzy; że tak powiem- odezwał się od progu Mistrz.- Wzywałeś mnie, Przewodniczący.
-Ta, chciałem spytać o kilka rzeczy- Przeszliśmy do gabinetu.

-Zatem: o co chodzi?- Zapytał Mistrz spokojnie.
Zastanowiłem się przez moment, po czym zacząłem opowiadać wszystko od początku.
-No i... Ten wisiorek zaczął świecić, jak porąbany.. Zresztą mnie też, w pewnym sensie, odbiło; bo bez namysłu pojechałem do jego domu- ruchem głowy wskazałem Max'a- ale to jeszcze nic. Dopiero na miejscu zaczęła się niezła jazda.
-Co chcesz przez to powiedzieć?- Zaciekawił się łowca rodu Jutrzenka.
-W skrócie: nie wiedział, że mieszkam w "nawiedzonym domu" i widział ducha. Poza tym miałem wampiry na karku, a poza tym... Istnieje coś takiego, jak wampiro-pies?
-Wampiro-pies? Do czego właściwie zmierzasz; Forest?- Zdziwił się jednooki.
-Może lepiej trzymajmy się faktów- zasugerowałem i dopowiedziałem resztę tej zwariowanej historii.

Hans Tyler Morgenstern, herbu Jutrzenka rozsiadł się wygodniej w fotelu i zamyślił się na jakiś czas.
-To się zdarza. Wampir o wiele większej mocy, niż inni, często przybiera postać zwierzęcia- oznajmił tonem nauczyciela- ale jedyni, którzy mają jej na tyle, by to zrobić na xawołanie to Czystokrwiści, z linii Starszych. Nawet Arystokraci tego nie potrafią.
-Czyli Senat ma kolejnego Starszego. To kolejna komplikacja- wywnioskowałem.
-Komplikacja, albo i nie- usłyszałem usypiający głos.
-Dzień dobry, Féu, mamy coś ciekawego?- Wskazałem mu miejsce.
-Dzień dobry. Tower chce dopaść was obu, Przewodniczący- siadając spojrzał na mnie, a potem na Forest'a.
-W sumie, my ją też; więc nie wiadomo, kto kogo goni- zauważył Max.
-Nie byłbym taki pewien, na twoim miejscu- zastopował go Féu.
-Co masz na myśli?- Zapytał z naciskiem Morgenstern.
-Są dwie możliwości: albo w Zrzeszeniu jest Kret; albo Senat ma Pogromcę, który był na ostatniej Radzie. Chyba wiesz, czym są Senackie przesłuchania; Jutrzenka- zauważył Wampir niechętnie.
-Nazywaj rzeczy po imieniu: zamiast przesłuchania, użyj bestialskie tortury, mające na celu wydobycie przydatnych informacji- odparował jednooki nieco poirytowany.
-Jak wolisz- Starszy wzruszył ramionami z obojętną miną.
Ktoś zapukał i wszedł do środka. Kyle Stevens.
-Co tam?- Rzuciłem w jego stronę.
-Przepraszam, że podsłuchiwałem waszą rozmowę, ale nie mam wpływu na wilczy słuch; cześć i dzień dobry- odparł na wstępie.- Jak wyglądał ten krwiopijca?
Forest ze wszystkimi szczegółami opisał owego wampira, a Kyle zbladł; jak trup i zachwiał się, jak gdyby zrobiło mu się słabo. Oparł się ciężko o ścianę, przykładając dłoń do opatrunku.
-Ten sukinsyn..- Zasyczał z głęboką nienawiścią.- To on wybił większość Wilków w Pretorii, a mnie ranił srebrem..- Jęknął z bólu, z trudem utrzymując się na nogach.
-Masz tę broń? Może na jej podstawie dowiemy się, kim jest ten wampir- Stwierdził Féu.
-Zatrzymałem ją sobie- Podpalany rzucił przedmiot w stronę Féu.
Wampir zręcznie pochwycił sztylet i spojrzał uważnie na ostrze. Twarz napięła -się, a przez jego oczy przemknął szkarłatny płomień. Wymruczał kilka słów w nieznanym mi języku, trzymając broń płasko na dłoni.
Ta wykonała obrót i unosząc się w powietrze wystrzeliła wprost we mnie. W ułamku sekundy zrobiłem unik; a ostrze wbiło się w ramę okna, kołysząc się złowrogo.
-Wybacz, Przewodniczący- rzucił przepraszająco Féu, skłaniając głowę.- Myślałem, że "Kompas" coś da.
-Kompas?
-U nas nazywa się to "rytuałem tropiącym"- wyjaśnił Mistrz.
-Jakoś sobie nie przypominam, żeby broń po użyciu rytuału próbowała mnie zabić- stwierdziłem wolno.
-Krwawy Oręż rządzi się swoimi prawami. Z reguły jest przywiązany do konkretnego wampira- odezwał się Féu.
-To czemu...?- Zacząłem oburzony.
-Jako Starszy mogę używać zaklęć na każdej podpisanej broni, ponieważ ten rodzaj oręża przechodzi również przez moje ręce i tylko męska część Starszyzny ją kuje. Pamiętam każdy miecz, czy sztylet; który w ciągu wieków stworzyłem- oznajmił spokojnie.- Jednak przy tym egzemplarzu na pewno ktoś majstrował- Wyciągając broń z okiennicy zaczął rozbierać ją na części.

czwartek, 4 lipca 2019

Hunter III Curse Rozdział XXXIII: "Najwyższa Więź" i inne życiowe przeboje...

Siedziałem przy biurku w gabinecie i pogryzając ciasteczka czytałem książkę.

Z faktów historycznych oraz większości rodowych kronik wynika, iż bicie dzwonów było najczęściej zwiastunem zbliżającego się niebezpieczeństwa lub wojny. 
Poniżej prezentujemy przykłady przesądów, które przetrwały do czasów współczesnych: 
*Rada zakończona pierwszym dzwonem obwieszczającym północ, będzie ostatnim zgromadzeniem przed wojną z wampirami* 
*Obecność Pogromcy w pobliżu bijących nocą kościelnych dzwonów przynosi owemu szczęście* 
*Mawiają, że całująca się przy dzwonnicy para, będzie szczęśliwym małżeństwem* 
W tym momencie oparłem głowę na ramionach i przez kilka chwil uśmiechałem się do siebie, jak idiota.
-D. zrób coś z nim, znowu kima przy biurku- rzucił zmartwiony (?) Forest.
Podniosłem głowę, gdy obajOz Daménem zajrzeli.
-Wcale nie śpię, Forest- odpowiedziałem lekko urażony.
-Miałeś mi mówić po imieniu- burknął Max niezadowolony.
-Ty też mówisz mi po nazwisku- odszczeknąłem się zamykając tom.
-Serio? Jesteś, jak wrzód na dupie; skoro tak się o wszystko czepiasz- zaczął że złością.
-Nawzajem- odprychnąłem, po czym obaj wypaliliśmy rechotem.
Damén z niedowierzaniem pokręcił głową i gdzieś wsiąkł. Kwadrans później wrócił z dwiema filiżankami herbaty i ciastkami.
Upiłem łyczek panującej zielonej herbaty i odetchnąłem z ulgą.
-Wreszcie relaks...

Następnego dnia.
-Słońce... Wypierdalaj..- jęknąłem w półśnie zakrywając twarz poduszką.
-Śniadanie, śpiochu- rzuciła z wesołym śmiechem Clarissa.
Poderwałem się całkiem rozbudzony i z hukiem wylądowałem na podłodze.
-Która godzina..?
-Dziewiąta rano- odparła ziewając.
Przetarłem twarz i podniosłem się z łóżka. Wciągnąłem na siebie koszulkę z podniszczonym logiem Pepsi.
-Wiesz, co?- Zaciekawiła się.
-No?
-Masz ładniejszy tyłeczek, niż Michael- zauważyła z namysłem.
Właśnie zakładałem krótkie jeansy. Zachwiało mną i zaliczyłem glebę z nogami zaplątanymi w nogawkach.
-Dziękuję, twój komplement mnie POWALIŁ- skomentowałem wesoło.
Piwnooka uśmiechnęła się szeroko. Dobrze, że ma równie specyficzne poczucie humoru.
Wciągnąłem się wreszcie w te bojówki i zacząłem zakładać buty.
-A to co takiego?- Zdziwiona wskazała na parapet, gdzie coś pulsowało złotym blaskiem.
Wówczas poczułem nagły niepokój, będący jak cios z pięści prosto w twarz, a przed oczami stanął mi widok malachitowego odcienia zieleni.
Ręce, jakby bez udziału woli, namierzyły kluczyki do motoru i krótki miecz w czarnej pochwie.
Nie odpowiadając na pytania Clari wybiłem się z podłogi i wyskoczyłem przez to okno.

Wylądowałem gładko na lekko ugiętych nogach i wsuwając broń w rękaw cieńkiej koszuli dobiegłem do motocykla. Wskakując nań, wsunąłem kluczyk i przekręcając zapłon kopnąłem w pedał. Uruchomiłem silnik i wrzucając bieg przekręciłem manetkę gazu.
Zamierzałem do domu sierżanta.
|•••|
Pędziłem krajówką słysząc tylko szum wiatru w uszach i czując- mimo upalnej pory- lodowaty chłód; a w głowie tliła się jedna kłująca myśl: obym zdążył na czas...
W -j dziwny i niewyjaśniony sposób czułem; że Max'owi grozi jakieś niebezpieczeństwo.

Parterówka z białej cegły z ciemnobrązowym, spadzistym dachem zbliżała się. Zwolniwszy, skręciłem ostro i ślizgiem wjechałem w bramę domostwa, zabijając chmurę kurzu.
Większość przechodzących chodnikiem mojego rodzinnego miasta znajomych moich rodziców gapiła się na mnie i komentowała zajście, ale nie przejąłem się tym, gasząc silnik.
Skradając się doszedłem do tylnego wejścia od strony podwórka i dyskretnie zaglądałem do każdego okna po kolei.
Minąłem tak trzy pokoje. Jedna z osób w czwartym odwróciła się w stronę szyby. Szybko cofnąłem się i przylgnąłem spowrotem do muru. Zdążyłem dostrzec trzy białe mundury Senatu i kogoś w czerni, a zza uchylonego okna usłyszałem rozmowę.
-Pani Katherine jest wściekła, że jej zwialiście, wiesz..?- Spytał dziewczęcy głos.
-A wiesz, że mało mnie to obchodzi?- Zapytał z drwiącym uśmieszkiem Forest, starając się wyplątać ze sznurów, którymi był przywiązany do krzesła.
Cios. Forest wraz z krzesłem zrobił szybki unik.
-Nawet trafić nie potrafisz, Brudasie- zakpił Max grzebiąc pod krzesłem, jakby czegoś szukał.
Ruszyłem w stronę wejścia i pchnąłem niedomknięte drzwi. Musiały mieć dobrze nasmarowane zawiasy, bo nie wydały z siebie żadnego dźwięku.
Na palcach, starając się robić jak najmniej hałasu przeszedłem korytarzem.
-Chyba mamy gościa- stwierdził głos Senackiego wampia, a po chwili usłyszałem kroki.
Przyczajony za dużą szafą nasłuchiwałem. Forest parsknął śmiechem.
-Wszyscy w okolicy wiedzą, że mieszkam w Nawiedzonym domu- rzucił swobodnie.
Oczywiście, że nie raz słyszałem; jak ludzie w miasteczku gadali niestworzone historie, jakoby tu straszyło, lecz nigdy nie dawałem temu wiary. Aż do tej chwili; gdy tuż obok siebie usłyszałem starszą panią.
-Co tu robisz, młodzieńcze w bieli?- Zwróciła się do krwiopijcy, który szybko wydobył broń z dziwną miną.
Z włosami zjeżonymi na łbie wlepiałem wzrok w mglistą postać babci; która zmierzyła pijawę wyjątkowo nieprzychylnym spojrzeniem jasnych tęczówek.
-T-tu na -naprawdę jest Duch!- Powiedział do swoich.
-I to niejeden!- Zarechotał Forest.
-Każ mu stulić ryj- Warknął dziewczęcy głos i rozbrzmiały kolejne kroki.- Co ty chrzanisz, Kla...?- Zaczęła z wyraźną irytacją, gdy nagle stanęła jak wryta.
Spojrzałem na widmo starszej pani, które mrugnęło do mnie szelmowsko.
Z pokoju rozległ się huk. Oboje zaalarmowani odwrócili się, aby tam wrócić.. Moje palce... Namierzyły sztylet i w mgnieniu oka posłały go w plecy wampira. Dziewczyna widząc upadającego towarzyszą odwróciła się spowrotem ku mnie.
-Kielich- zasyczała wrogo wyjmując broń.
-Złaź mi z drogi- oznajmiłem wyrzucając zza rękawa pochwę z mieczem.
Jej pełne usta rozjaśniłrodrapieżny uśmiech.
-Pani bardzo się ucieszy, gdy cię Jej dostarczę- zza warg błysnęły kły.
-Sam bym się ucieszył, gdybym w tym układzie mógł ją sprzątnąć. Jak śmiecia- odciąłem się pogardliwie.
-Jak śmiesz nazywać tak Panią Katherine ty...!!- Ruszyła na mnie z wściekłością i..
Właśnie o to mi chodziło.
Zamierzałem udowodnić swoje założenie, że wściekły wampir to martwy wampir...
Z łatwością odbiłem serię jej ataków i przechodząc do ofensywy zdzieliłem ją rękojeścią w twarz.
W tym momencie- zupełnie przypadkowo- nadepnąłem na deskę, której przeciwległy krawędź wzbiła się w powietrze i uderzyła przeciwniczkę w nadgarstkek dłoni trzymającej broń.
Kolce pędów przykuwających oręż wbiły się głębiej w jej rękę, a z ust wampirzycy wyrwał się pisk bólu.
-Nie baw się z tym śmiertelnikiem, Jane!- Zasyczał ktoś z drugiego pokoju.
-A teraz kurtyna w górę, co nie?- Spytał dziwnie zaciekawiony Forest.
Odbijając kolejne ataki usłyszałem z pokoju jazgotliwe szurnięcie krzesła i najmilszą muzykę dla moich uszu, czyli trzask pięści zderzającej się z czyjąś mordą
***

poniedziałek, 27 maja 2019

Hunter III Curse Rozdział XXXIII: "Najwyższa Więź" i inne życiowe przeboje...

Dzisiejsze posiedzenie Rady było wyjątkowo głośne. Większość łowców dyskutowało między sobą w różnych językach, albo wymieniało uwagi przyciszonym szeptem.
-Jak to sobie wyobrażasz, Przewodniczący?- Zapytała nagle przewodnicząca KGS w Paryżu. 
Zapadła idealna cisza. Powoli podniosłem wzrok znad listy łowców wykluczonych z organizacji. Oczy wszystkich zgromadzonych utkwione były we mnie. 
-Nie możemy sobie tak siedzieć i czekać aż -Senat zaatakuje. Traktat już od jakiegoś czasu nie obowiązuje, a ludzie; których mamy chronić giną. Nawet media zaczynają coraz bardziej węszyć- odezwałem się z namysłem.- Brakuje tylko, żeby ktoś się o nas dowiedział i nie mówię tu wyłącznie o Zrzeszeniu- po chwili zastanowienia dodałem- -Senat właśnie na to liczy: aż przeciwnikowi powinie się noga  i popełnimy fatalny błąd.
-Więc, co proponujesz?- Zapytał Kamiński, wódz warszawskiej KGS. 
-Myślałem, że to od was usłyszę jakieś pomysły, skoro nie jestem jeszcze Zaprzysiężonym Przewodniczącym- odpowiedziałem spokojnie i uprzejmie. 
Tak, jak się spodziewałem w sali znów rozległy się przekrzykujące się głosy łowców. 
-Masz w ogóle jakiś plan?- Szepnął z boku bursztynowooki Deere. 
-Żeby mieć plan, najpierw trzeba zorientować się w sytuacji- zauważył z lewej Forest. 
-Jakiś ty mądry..- Syknął jadowicie łowca herbu Jelenia świdrując go wzrokiem. 
Forest podtrzymał jego spojrzenie i skrzywił usta w tajemniczym uśmieszku. 
-Po prostu musimy znaleźć sposób, by być zawsze o krok przed wampirami- podsunął. 
-I niby jak zamierzasz to zrobić?- Tyrone Angello wpatrywał się w Forest'a dosyć sceptycznie. 
Max zmrużył oczy patrząc przez okno. 
-Tower nie znosi przegrywać- powiedział w końcu- poza tym słaby z niej strateg- wziął biszkopta, herbatnika z czekoladą i orzechowego wafelka- Tower- wskazał biszkopt- jest obecnie osobą kierującą Senatem- przesunął czekoladowy herbatnik- ale nie jest całkowicie niezależna od ich decyzji..
-Wiemy, ale co to ma, w sumie, do rzeczy?- Zapytała Sekretarz Związku wtrącając się do rozmowy. 
Forest obrócił w palcach wafelek. 
-Otóż to, że dowodzący Klasztorem Rady.. jak mu tam?.. Może zechcieć własnoręcznie się jej pozbyć. Jak sam stwierdził Deere: pijawki są fałszywe. 
-To nijak nie rozwiązuje naszego problemu- zauważył z porażką młodszy z braci Angello. 
-Jeśli zwrócimy ich przeciwko sobie, na pewno coś osiągniemy- odezwałem się z zastanowieniem. 
-Tylko trzeba to zrobić umkumiejętnie- cały James: zawsze znalazł jakieś "ale". 
-Jesteś, jak zawsze, pesymistą; James- rzucił uszczypliwie starszy z braci rodu Cheruba, Michael Angello. 
-To nie pesymizm, a realizm; Mika. Sam wiesz, że Woroszyłow jest podobny do Tower..
-Podobny, ale o wiele głupszy- rzucił Angello pewnym siebie tonem. 
Jego zastępca widocznie nie miała zamiaru na razie się odzywać. Callisto siedziała niemal zupełnie nieruchomo, czytając jeden z dokumentów. 
-Angello ma rację- drgnąłem szybko, słysząc jej głos.- Caius jest tylko pionkiem Tower, a nawet gdyby ta kopnęła w kalendarz; on i tak nie dojdzie do władzy. Po pierwsze: z powodu pochodzenia; a po drugie: bo zupełnie się do tego nie nadaje. Tak po prawdzie to jej ulubione popychadło- wzruszyła ramionami.- Forest też ma słuszność: Woroszyłow nienawidził Tower od zawsze i, jeśli zwrócić kogoś przeciwko sobie to są odpowiedni kandydaci- rysy twarzy Callisto wyostrzył drapieżny wyraz. 
-Zostało wykombinować, jak doprowadzić do tego, żeby skoczyli sobie do gardeł- zauważył Forest. 
-I to jest ta trudniejsza część planu- odezwał się jeden z Pogromców. 
-Najprostszy plan jest zawsze najskuteczniejszy- odpowiedzieli Callisto i Max, po czym oboje spojrzeli po sobie zdziwieni. 
Dziewczynka na rękach Callisto z zaciekawieniem obserwowała byłego policjanta. Po chwili wyciągnęła doń rączki domagając się, aby wziął ją na ręce. 
-Och, Liluś..- wymruczała z ciężkim westchnieniem turkusowooka. Mała zaczęła się wiercić i krzywić buzię. Wyciągając łapki starała się dosięgnąć upatrzony obiekt. 
Z kuchni wyszła jedną z dziewczyn. Podeszła bliżej i stając obok szepnęła:
-Przewodniczący, kolacja gotowa- oznajmiła krótko. 
-Dziękuję, Ann- gdy zniknęła, rzuciłem- odradzam Radę; skończymy po kolacji. 
-Maa.. Buu- Lily na rękach matki nadal próbowała wyrwać się do Forest'a. W pewnej chwili musiała naprawdę się zniecierpliwić, bo przez jej oczka przemknął szkarłatny płomień. 
-Bądź grzeczna, cukiereczku- zwrócił się łagodnie Forest do małej.- Ta krzywa minka ci nie pasuje- posłał dziewczynce uśmiech. Lily rozchyliła buźkę i patrząc na Max'a zaczęła chichotać perliście, nadal uparcie wyciągając doń rączki. 
-Maa...!- Callisto wreszcie ustąpiła małej i przekazała ją Max'owi na chwilę. 
-No, co Księżniczko?- Spytał malachitowooki zabawiając dziecko. 
Callisto i siedzący tuż obok niej Michael jak przymurowani do krzeseł obserwowali rozweseloną zabawą z Forest'em córę. 
-To niemożliwe- szepnęła Callisto do męża wpatrując się w rozbawioną Lily. 

Podczas kolacji mała Lily z kolan Forest'a z ciekawością śledziła, co się wokół nich dzieje. Była wesoła, jak nigdy i raz po raz ciągnęła go za klapę kieszonki czarnej bluzy. 
-Dzieciaki, wszędzie dzieciaki- rzucił przewracając oczami. 
Dziewczynka spojrzała na niego obrażona i wygięła buzię w podkówkę. 
-Zaraz się zacznie- niedaleko Michael posłał żonie wymowne spojrzenie. 
-No, No.. Pani obrażalska- Max żartobliw ie pogroził jej palcem. Zapiszczała radośnie, a w tym momencie ktoś rzucił z humorem: 
-Brawa dla Pana Super Niani- i nie minęła nawet sekunda, a w pomieszczeniu rozległy się gromkie oklaski. 
Rodzice Lily znów mieli miny, jakby dopadł ich error mózgu. 
-Oni potrafią nabijać się że wszystkiego, hm?- Spytał z ironią. 
-Nooo. Pozytywne pojeby- odparłem i obaj rechocząc omal nie powpadaliśmy nosami w talerze.
-Słowem w sedno- rzucił dusząc się ze śmiechu. 
|•••|
Rada zakończyła się wraz z wybiciem północy. 
Celowo wmieszałem się w tłum leniwe opuszczający jadalnię, by trochę popodsłuciwać, jak mnie obgadują. 
Każdy z nas, łowców- bez wyjątku- obgadał innego łowcę. 
-Będą z niego ludzie- rzucił wśród szmeru rozmów Carlisle z uznaniem. 
-Zwykle rada kończyła się przed dzwonami- zauważyła z niepokojem jedną z kobiet. 
-Och, nie mów, że wierzysz w ten głupi przesąd; Kaśka!.- Żachnęła się idąca obok ładna (i cycata) blondynka. 
-No, niby nie, ale.. 

sobota, 11 maja 2019

Hunter III Curse Rozdział XXXIII: "Najwyższa Więź" i inne życiowe przeboje...

Kiedy pchnąłem drzwi, rozmowy w środku ucichły. Łowcy i wilki siedzieli w milczeniu pochyleni nad dokumentami. Deere uniósł wzrok i spojrzał na mnie pytająco. Skinąłem.
-Ktoś z łowców zgłasza jakąś sprawę, nim zagłosujemy?- Siadajc rozejrzałem się. Wszyscy kręcili odmownie głowami.- Czy przedstawiciele Lupus Carceris chcą się jeszcze wypowiedzieć?
-Ja chcę..- odezwał się głos od drzwi.
Jace drgnął i zwrócił oczy na postać stojąca w progu i opierającą się o wnękę.
Był to Kyle Stevens. Jace zerwał się na równe nogi.
-Dlaczego nie powiedziałeś mi prawdy?- Kyle był ranny, półprzytomny i chciał się na nogach.
Schwarz patrzył nań z rozchylonymi ustami. Szybko ruszył w stronę rannego i złapał upadającego chłopaka, w którego plecach tkwiła rękojeść sztyletu.
***
Jace maszerował w tę i spowrotem przed "salą szpitalną"; jak zwaliśmy skrzydło, w którym po bitwie dochodzili do siebie ranni łowcy i likantropy. W jego twarzy i oczach było widać zarówno ulgę, że Kyle jest żywy, oraz troskę i zdenerwowanie.
Już od czterech godzin czekaliśmy na jakiekolwiek informacje o stanie Kyle'a.
-Coś jest nie tak- Schwarz nadal krążył po szerokim korytarzu.- Coś jest nie tak- powtarzał tonem pełnym strachu i niepokoju.
Przyłożyłem ucho do rzeźbionej deski drzwi.
-Uciskaj, Tyrone- usłyszałem głos jednego z łowców.
-Dawaj, młody..- wymamrotała jedną z Pretorianek.- Carlisle musimy go wybudzić..
-Nie teraz- rzucił ostro pierwszy z męskich głosów.- Wyciągam nóż..- cisza, którą przerwał przeraźliwy na pół wilczy skowyt bólu.
Odskoczyłem od drzwi, jak oparzony.
-Leż spokojnie. Tyrone podaj morfinę.
Krzątanina.
-Idzie, zaraz poczujesz się lepiej, chłopie- rzucił Angello zapewne do Kyle'a, a krzyki powoli ucichły.
Jeden z łowców wyszedł z pokoju.
-Co z nim?- Zapytał drżący z nerwów Jace, podchodząc szybko.
-Ostrze ominęło serce, rana nie jest rozległa, ale będzie się dłużej goić- odparł ochrypły głos.
Łowcą i naszym rozmówcą był Carlisle Brand. Szczupły, umięśniony łysol o bladoniebieskich oczach. Z wykształcenia lekarz.
-Co to było za ostrze?- Zapytał cicho Jace.
-Broń wampirów- odparł Carlisle, a zza drzwi rozległy się kolejne przepełnione bólem wrzaski.- Muszę do niego wrócić- dodał znikające za drzwiami.

Wrzaski Stevensa ucichły dopiero, gdy został nafaszerowany lekami przeciwbólowymi. Poprosił także o coś na sen.
Teraz spał spokojnie, a czuwali przy nim na zmianę Carlisle z Jace'em.

Idąc do gabinetu zacząłem rozpinać ciężką czarno kobaltową bluzę Widoczne były na niej plamy krwi, krwawego błota i cholera wie co jeszcze.
Jutro mieliśmy pochować poległych w walce łowców i wilki. Większość z nich życzyła sobie tradycyjnego pogrzebu, a mianowicie spalenia na stosie na rzece. Pretoria również miała taką tradycję.
Padłem na fotel rzucając bluzę w kąt. Byłem cholernie zmęczony..
-Zamierzasz spać przy biurku, Donovann?- Zapytał Forest.
-Nie mam sił dowlec się do łóżka, więc się odwal- burknąłem już w półśnie. Poczułem szarpnięcie w górę.- Co ty, do cholery, odpierdalasz??- Otworzyłem szeroko oczy.
-Eksmituję cię do spania- odparł wzruszając ramionami. Wyniósł mnie z gabinetu i skierował się do mojej sypialni.
-Postaw mnie, ćwoku..- burknąłem z niemałą irytacją.
-Spokojnie, dzieciuchu- prychnął z trudem wstrzymując się od śmiechu. WreaWres stanąłem na własnych nogach i szturchnąłem go mocno.
-Palant- burknąłem z wyrzutem.
-Dzieciuch- odciął się, ale nagle spoważniał.- Wydaje mi się, że ten Jace cię potrzebuje.
-Jace?- Spojrzałem nań jak na czubka.- Jace nie potrzebuje nikogo.
-Skąd możesz to wiedzieć?- Zdziwił się.
-Bo go znam. Obaj za sobą nie przepadamy, a nawet mamy ochotę się czasem pozabijać- rzuciłem z ironią.
-Też miałem kiedyś dziewiętnaście lat, Donovann- Forest wychodząc pomachał mi na pożegnanie.

Tej nocy, mimo potwornego zmęczenia, nie mogłem zasnąć. Wpatrzony w sufit rozmyślałem, a przed oczami przesuwały się sceny bitwy z Rządowymi.
I to wspomnienie, gdy podczas walki szukałem ze zdenerwowaniem Forest'a oraz tę ulgę; kiedy pojawił się tuż obok ratując mnie przed pijawą.
Czemu w ogóle go wtedy szukałem? Z jakiego powodu się martwiłem?
Czemu coraz częściej myślę o nim, jako o swoim partnerze..???
-Co tu jest, kurwa, grane?- Mruknąłem z zastanowieniem do siebie.
Zupełnie nic, a nic nie potrafiłem z tego zrozumieć- Forest był dla mnie kimś kompletnie obcym i osobą, której serdecznie nie znosiłem, a jednak jakaś część mnie potrafiła mu zaufać, traktować jako kogoś ze swoich. Mimo, że nie był jeszcze Zaprzysiężonym Łowcą, troszczyła się o niego.

Poranek następnego dnia..
-Jack... Hej, Golden retriever- ktoś lekko mnie szturchnął.
Powoli otworzyłem oczy i klnąc soczyście wybiłem się z łóżka, jak z procy i robiąc salto wylądowałem tuż za siedzącym na krześle Stevens'em przygotowany do walki.
-Ludzie.. No, co jest z wami...??- Wypaliłem niecierpliwie.
-Wyluzuj, chciałem tylko pogadać- odparł obronnym tonem.
-Nie musiałeś mnie od razu straszyć..
Kyle otworzył usta, ale zanim zdążył odpowiedzieć na horyzoncie pojawił się Tyrone Angello.
-Przewodniczący, kolejne ataki i zaginięcia- rzucił z pokaźną teczką w palcach.
-Gabinet- rzuciłem wymownie.

Damén czekał już z tacą, na której stały mocna kawa i śniadanie. Padłem na fotel biorąc teczkę. Pogryzając croissanta zacząłem czytać.
-Większość zaginięć na terytorium Tower East Endzie- mruknąłem pogrążony w papierach. Odkładając dokumenty napiłem się kawy i zacząłem stukać w klawiaturę laptopa.- Rada dziś przed kolacją. Cześć, Jace.
-W porządku- rzucił Tyrone wychodząc.
-Cześć, mamy coś?- Zapytał Schwarz.
-Chciałem pogadać, siadaj..
-O czym?- Zapytał z nutą wahania Jace. 
-Jako Centurion naprawdę chcesz Paktu między nami?- Zapytałem bardzo ostrożnie.
Kyle spojrzał na mnie dziwnie, a Jace zdawał się zaskoczony.
-Pakt obowiązywał od zawsze, czemu miałbym go nie chcieć?- Zdziwił się.
W milczeniu przesunąłem ku niemu ostatni dokument Porozumienia. Zaczął czytać.
-Przecież wszyscy o tym wiedzą. Niezarejestrowane watahy są pod bezpośrednią kontrolą Lupus Carceris, jeśli ktoś się nie kontroluje zostaje wcielony do Pretorii- wzruszył ramionami.
-Czytaj dalej- powiedziałem cicho.
Chodziło mi o punkt 18c, o następującej treści:
"•18c) Centurion w/w organizacji ma obowiązek przedłożenia Związkowi Stowarzyszenia miesięcznej listy niebezpiecznych lub poszukiwanych likantropów"
-Wiem o tym, Donovann- odezwał się w końcu oddając mi papier.- Łowcy polują nie tylko na krwiopijców. Niektóre wilki też bywają niebezpieczne. Jeśli któryś z nas stwarza zagrożenie, a jest poza terenami Straży, sprawa automatycznie trafia do was.
-Chronić ludzi, strzec tajemnicy, słuchać Alfy- wyrecytował Kyle, jakby to była jakaś mantra.
-Strzec tajemnicy- powtórzył twardo Schwarz.- Dlatego niektórzy nazywają nas Podziemnymi, a ludzie nawet nie mają pojęcia o naszym istnieniu- dodał wolno.
-To tak, jakbyś sprzedał kogoś ze swoich- stwierdziłem przyglądając mu się.
Jonathan Cristopher Schwarz zmierzył mnie długim, zamyślonym spojrzeniem.
-Prawa Pretorii są czasem okrutne, ale wilki nie mające nad sobą jakiejkolwiek władzy są pozbawione samokontroli, są.. Z biegiem czasu tracą swoje człowieczeństwo; Donovann- odezwał się ponuro.- Gdyby nie Lupus Carceris, większość rekrutów skończyłaby w ten sposób. To tak samo, jakby łowca z dnia na dzień porzucił Zawód.
-Nie znam osoby, która bez powodu odeszła że Zrzeszenia, Centurionie Schwarz- odezwał się od drzwi Morgenstern.
-Pomijając Wyklętych.
-Wyklęci sami sobie na to zasłużyli. Działając wbrew prawu ukręcili na siebie bat- oznajmił spokojnie, lecz z lekkim niezadowoleniem Mistrz.
Przymknąłem na chwilę oczy rozmyślając.
-Jeśli -Senat dotrze do tych osób..- Z faksu wyskoczyła kartka; wziąłem ją i przebiegłem wzrokiem po druku.- Mhm. Będziemy walczyć nie tylko z pijawami, ale i z łowcami.
- Pozbawionymi praw do wykonywania zawodu- poprawił jednooki z dziwnym wyrazem twarzy.
-Mimo to są wyszkoleni i niebezpieczni. To broń obosieczna..
-Cave me Domine ab amico; ab inimico vero me ipse cavebo- odezwał się Kyle.
Uniosłem brwi zaskoczony.
-Strzeż mnie Panie przed przyjaciółmi, z wrogami sam dam sobie radę- przetłumaczył Damén widząc moje zdziwienie.






poniedziałek, 6 maja 2019

Hunter III Curse Rozdział XXXIII: "Najwyższa Więź" i inne życiowe przeboje...

Hałas bitwy, Krzyki rannych, skowyt Wilków; a pośród tego wszystkiego ją rozglądający się za Forest'em.
-Uważaj!- Moje serce załomotało jeszcze szybciej, gdy mój przeciwnik stał się piachem.- Przestań myśleć o niebieskich migdałach; tylko walcz!- Kopniakiem odrzucił od siebie pijawę.
-Po prostu trzymajmy się razem- mruknąłem nie licząc na to, że mnie usłyszy.

Świt powitał nas zgliszczami, trupami naszych przyjaciół i rozwiewającymi się prochami wrogów oraz rannymi.
Straty Pretorii były o wiele większe, niż nasze.
Wilkołaki powarkiwały jeżąc sierść, gdy przechodziłem między nimi w stronę Jace'a, który stał w zgliszczach wejścia i wpatrywał się w nie ponuro.
-Jace- zacząłem cicho.
-Nie mamy gdzie mieszkać- powiedział, jakby mnie nie słyszał.- Swoim głupim uporem straciłem kilkadziesiąt wilków- kontynuował martwym głosem- bo nie chciałem się stąd wycofać..
-To nie twoja wina, Schwarz- odparłem kładąc mu rękę na ramieniu.
-Właśnie, że moja. Gdyby nie ja..- Wilki jednocześnie zaczęły wyć, lecz Jace nawet nie drgnął. W ciszy wpatrywał się w spalone ruiny Lupus Carceris oświetlone promieniami wschodzącego słońca.
-Chronić ludzi, strzec tajemnicy, słuchać Alfy- zacytował cicho, jakby te słowa miały go uspokoić, podnieść na duchu.- Boże... Może to nie ma sensu; skoro w ogóle nie istniejemy?- Zapytał w końcu obojętnie.
Dostał ode mnie strzała. Mój prawy prosty zachwiał chłopakiem, który oparł się barkiem o osmaloną ścianę. Jeden z podległych mu wilków, ruszył na mnie.
-Jonathanie Cristopherze Schwarz!- Zabrzmiało męski głos za mną.
Wszystkie Wilki rozstąpiły się i skłoniły wielkie, różnorodnej maści łby prped przechodzącym między nimi mężczyzną.
Ów był dobrze zbudowany i o głowę wyższy od Jace'a, ale ich twarze, choć był dużo starszy, były niemal identyczne.
-Co tu robisz, ojcze, skoro nie chcesz mnie znać?- Zapytał z goryczą Schwarz. Stał ze wzrokiem utkwionym w spalonej ziemi i dłońmi zaciśniętymi w pięści. Jego szczęka puchła po moim ciosie.
Łowcy siedzieli lub stali pod drzewami. Niektórzy opłakiwali zmarłych, drudzy opatrywali rannych.. Jeszcze inni rozmyślali o czymś.
-I co z tego, Schwarz? Poddasz się?- Zapytałem ignorując jego ojca.
-Może oni tego właśnie chcą? Być z wampirami?- Wzruszył ramionami, a wilki zaczęły jeżyć sierść i wściekle ujadać.
Nawet nie wiem, kiedy drugi raz dostał ode mnie w mordę. Zachwiał się i znów oparł o ścianę.
-Napierdolę ci po tym głupim ryju, jeśli zaraz nie przestaniesz chrzanić, Centurionie Schwarz!- Warknąłem ostro.
-Chrzanić? Kto tu chrzani, Donovann?- Zapytał tym samym apatycznym tonem.
Kolejny cios, po którym Schwarz osunął się na potrzaskane schody.
-Domyśl się- Warknąłem jadowicie, przez zęby. Wsunąłem laurys za pas, a miecz w pochwę i podniosłem go na nogi za koszulkę.- Nie wiem, który z tych kretynów zrobił cię Centurionem; ale mam nadzieję, że kurewsko się teraz wstydzi przez to, co wygadujesz!- Warknąłem potrząsając nim mocno.- Wampiry to bestie: WBIJ TO SOBIE DO ŁBA!- Puściłem go i odwracając się na pięcie poszedłem do swoich.
W połowie odległości między watahą olbrzymich Wilków, a grupą łowczych usłyszałem jego głos:
-To jest wojna, Donovann.. I my ją wygramy- oznajmił cicho.
***
W nieczynnym XIX- stowiecznym skrzydle Stowarzyszenia postanowiłem utworzyć tymczasową bazę Pretorii.
Natychmiast po powrocie zawołałem Radę, podczas której zastanawialiśmy się wspólnie, jak przygotować się do wojny i nie dopuścić w przyszłości do podobnego ataku, jak dziś.
Jace w milczeniu siedział przy drugim z węższych bokbokbw stołu i z głową podpartą na ręku przysłuchiwał się zebraniu.
-Ludzie nie są bezpieczni. Po nas odbiją się na nich- powiedział wreszcie.- Tereny sfor i Zrzeszenia krzyżują się wzajemnie, a większość Rodów nie jest nam przychylna- zauważył ponuro- zwłaszcza po tym, co nakombinował Maksym- dodał z niechęcią.
-Powinniśmy zacząć od najważniejszej sprawy, Przewodniczący: od Paktu. Bez niego nic nie możemy zrobić- odezwał się jeden z towarzyszących Schwarz'owi likantropów.
-Sam zauważyłem, że Wilki też są do nas wrogo nastawione- odezwał się Forest.- Ktokolwiek z nas przeszedł obok, widział w wilkach postawę bojową, jakbyście mieli zaraz rzucić się nam do gardeł..
-To młodsi rekruci Pretorii, jeszcze nie do końca się kontrolują- odpowiedział przepraszająco Jace.- Pochodzą z różnych środowisk i nie tworzą Sfory w pełnym tego słowa znaczeniu. To my jesteśmy za nich odpowiedzialni- wyjaśnił- trzeba wziąć pod uwagę również to, że stracili to, co znali i nie chodzi tu tylko o dom.
W tym momencie zebranie przerwało zajadłe ujadanie jednego, a także skowyt i popiskiwanie innego wilka.
-Przepraszam na chwilę- Jace wstał z miejsca i ruszył w stronę odgłosów.
Wyszedłem za nim.

Plac przed budynkiem.
-Malcolm! Cole! Dosyć tego!- Zawołał Schwarz ostrym tonem.
Dwa potężne wilkołaki rudy i biały natychmiast od siebie odeszły. Pochyliły łby przed Alfą.
-O co wam znowu poszło, chłopaki...?- Jace pokręcił głową z niedowierzaniem wzdychając ciężko.
Mrugnąłem, a chwilę później patrzyłem już na dwóch napakowanych piętnastolatków.
-To on zaczął- burknął czarnowłosy.
-Wcale nie; to ty się na mnie rzuciłeś- odwarknął blondyn, którego włosy były niemal białe.
-Silencio!.- Nakazał chłodno Jace, a przez jego oczy przeszedł mglisty, księżycowy blask.- O co poszło?
-Bo wszyscy gadają, że..- brunet spuścił wzrok i wodził nim po piaszczystej ścieżce- że to, że nie mamy domu to wina Centuriona..
-I o to się pobiliście? O to, że jestem hujowym Centurionem?- Jace odwrócił się i powlókł się spowrotem do budynku.
-Jace- dogoniłem go i złapałem za ramię.
-Zostaw mnie!- Wyrwał się, ale przyciągnąłem go za rękaw i oparłem o środkowy z posągów.
-Daj spokój. Nie przejmuj się tym..
-Senat chciał z nami układu, Donovann. Przysłali dokument Paktu.. Wszystko spłonęło w cholerę i.. Kyle prawdopodobnie nie żyje- zaczął gadać jakieś głupoty. Ukrył twarz w dłoniach.- Mój przyrodni brat nie żyje, rozumiesz..??
Osłupiałem ze zdumienia.
-Stevens był twoim bratem??- Wypaliłem.
-Nie zdążyłem mu powiedzieć.. Pogadać z nim.. Cholera- przysiadł na cokole i gapił się bezmyślnie w granitowe płyty.
Po kilku minutach opanował się i wstał. Ruszając do kwatery powiedział:
-Jeśli Łowcy będą przeciwko zawarciu Paktu, zrozumiem- odezwał się cicho, wracając na Radę.

niedziela, 5 maja 2019

Hunter III Curse Rozdział XXXIII: "Najwyższa Więź" i inne życiowe przeboje...

***
Zza okna mignęły światła samochodu...
Blondynka w akcie desperacji spróbowała wyrwać się z chwytu Forest'a. Przyciągnął ją mocno, a chwilę później jej twarz zderzyła się z blatem biurka.
-Chyba na serio was nienawidzę- zauważył powoli, przyciągając ją spowrotem do siebie.
W drzwiach stały już trzy postacie odziane w granatowe stroje z pelerynami. Środkowa kapuca opadła, odsłaniając śnieżnobiałą kobiecą twarz o włoskich rysach. Włosy w barwie mlecznej czekolady spięte były w ciasny kok.
-Jest tak, jak sądziliśmy, Przewodniczący- wchodząc nie zaszczyciła Krzyżanowskiej nawet spojrzeniem, lecz skinęła na powitanie mojemu partnerowi.
Przymknąłem na chwilę oczy. Ta myśl nadal szumiała mi w głowie, jakby prosiła się o wypowiedzenie jej na głos.
-Coś jeszcze się wydarzyło?- Zanim zdążyłem skończyć pytanie do gabinetu jak wicher wpadła Cindy.
-Senat zaatakował Pretorię- wysapała.
Zobaczyłem wbite we mnie ciemne oczy Max'a.
-Wszyscy przeszkoleni łowcy do broni- podszedłem do ściany i zdjałem z haków laurys.
Cin wybiegła i popędziła schodami.
×××××
Przebrany w czarno kobaltowe stroje tłum łowczych krążył po pomieszczeniu, w którym zgromadzono różnego rodzaju broń. Wraz z Forest'em lawirowałem pośród znajomych twarzy; zabierając między innymi sztylety, bat...
Nagle Obaj wyciągnęliśmy ręce w stronę stojaka z dwoma mieczami w czarnych pochwach ze smokiem na jelcu..

-W naszej społeczności nic nie dzieje się przez przypadek- usłyszałem nagle słowa z przeszłości. Nie pamiętam już, kto je powiedział; ale moje życie- od tamtego "piwa" z Michaelem do teraz- diametralnie się zmieniło. Kiedyś osoba stojąca tuż obok bez mrugnięcia za kolejną zadymę wpakowałaby mnie do poprawczaka, a dziś Obaj stoimy w budynku okrytej tajemnicą organizacji zrzeszającej ludzi zawodowo zajmujących się zabijaniem.
Mitycznych Łowców Wampirów znanych tylko z opowiadań i historii o demonach.
-Bierz. I tak nie lubię mieczy- skłamałem z niechęcią.
-Daj spokój- żachnął się Forest wciskając mi w palce mniejsze i poręczniejsze ostrze.
-Orientem- odczytał szeptem wysuwając lekko broń z pochwy.
-Na nieskończoną cierpliwość Świętego Anioła; jak ty mnie czasem wkurwiasz, człowieku..- zacisnąłem dłoń na pochwie w kolorze węgla. Bez namysłu wysunąłem go delikatnie. 
Na moim widniał pochyłp napis Occidentis. Był wygrawerowany na klindze, tuż nad jelcem i wpisany w jęzor ognia.
RuszhRuszy ku wyjściu ze zbrojowni, gdy z moich ust wyszło:
-Chwała Aniołowi!- Nie wiem, co mnie: ateistę, podkusiło; by to powiedzieć.
-A Jego Dzieciom oręż!- Rozległ się chór głosów za mną.
Potem słyszalny był tylko stuk naszych butów.
***
Kwadrans zajęło nam dotarcie do budynku Lupus Carceris, który z daleka oświetlony był łuną pożaru.
-Pretoria płonie- usłyszałem za sobą wyskakując z busa.
Sekundę później tuż przed oczami mignęło mi ostrze, a szczerzący kły wampir padł na ziemię zmieniając się w kupkę piachu.
-Chyba nadal nie wiesz, w co nas pakujesz- stwierdził malachitowooki powoli opuszczając miecz.
-Jakich nas?- Spojrzałem nań z boku zdumiony.
-Ktoś musi cię pilnować, szczeniaku- odparł spoglądając na mnie z ukosa.
Niby zabrzmiało to złośliwie, ale w tamtej chwili był dla mnie kimś więcej, niż tylko "Psiarskim".
-Wypchaj się. Taki że mnie szczeniak, jak z ciebie pies- odszczeknąłem się ruszając w stronę palącego się budynku.
Z dużą prędkością minęło mnie wielkie i rude wilcze cielsko z przypaloną blizną po srebrnym nożu i skoczyło do ataku na najbliższego z Rządowych.
W ostatniej chwili sam zrobiłem unik przed uzbrojonym wampirem i przebiłem go ostrzem.
***

czwartek, 2 maja 2019

Hunter III Curse Rozdział XXXIII: "Najwyższa Więź" i inne życiowe przeboje...

Wychwyciłem wzrok Forest'a i skinąłem ledwie zauważalnie. Obaj ruszyliśmy widząc w zagajnik grupę Rządowych i nawet Morgenstern nie byłby w stanie nas powstrzymać.
Jednak on tylko obserwował...

Nie mam pojęcia, kiedy ślizgnąłem pod uzbrojoną ręką wampira i chwyciłem dziewczynę wyrywając jaz jego łapsk.
-Siema, brudasy- zarechotałem i ścinając z nóg kolejnego, poczęstowałem go butem. Zanim zdążył się podnieść, został z niego piach.
Widząc niebezpieczeństwo za Max'em okręciłem w palcach sztylet i rzuciłem nim w napastnika.
-Łap- malachitowooki rzucił mi jeden ze swoich mieczy, kopniakiem odrzucając krwiopijcę. Z kolei ja, łapiąc ostrze przywaliłem atakującemu mnie z tyłu łokciem w twarz i, przy pomocy miecza i sztyletu położyłem dwoch od razu.
Dziewczyna krzyknęła, gdy obróciłem ją za siebie.
-Trzymaj się moich pleców- nakazałem ostro, odbijając Krwawe Ostrze.
Zaczęła coś nawijać w jakimś obcym języku. Przyciągnął ją spowrotem do moich pleców i odbiłem następny cios. Odwróciłem ją ku sobie i obejmując ją w talii, krokami walca wydostałem ją ze środka bitwy.
Reszta krwiopijców uciekła, a brunetka zaczęła się na mnie wydzierać po swojemu. Forest przyklęknął przykładając palce do szyi leżącego.
Po chwili wstał i rzucił do niej kilka słów. Krzyk zamarł na jej ustach, a ona zrobiła się blada, jak kreda. Mrugała tylko oczami wpatrując się w niego.
-Mon Diéu... Mon ami..- zaczęła kręcić odmownie głową, jakby nie przyjmowała do wiadomości słów mojego partnera.
W tej samej chwili nastąpił u mnie znajomy stan: po nadgarstkach przeszedł prąd, a plecy wyprostowały się szybko.
Crash systemu.
Niezmiernie zdziwiło mnie; że w myślach nazywam tego psiarskiego swoim partnerem. W kręgu naszego Zawodu nazywanie w ten sposób kogoś (nawet w myślach) wyrażało bezgraniczną wiarę i zaufanie wobec tej osoby.
I ten swoisty odjazd towarzyszący mi podczas każdej potyczki, kiedy ramię w ramię staliśmy przeciwko pijawom.
-Donovann..- Forest mną potrząsnął.- Donovann, dobrze się czujesz..??- Zapytał z niepokojem.
-Muszę spytać Daména; czy to była tylko kawa..- mruknąłem nieco nieprzytomnie.
|•••|
Siedziałem w swoim gabinecie bezceremonialnie rozwalony na biurowym krześle i z nogami na biurku rozmyślałem. Butelka piwa w mojej dłoni odbijała światło żarówek.
-Czyżby ktoś przypadkowo dosypał mi amfy do kawy- mruknąłem do siebie i zaraz parsknąłem śmiechem.
Ta opcja była mega zabawna- nawet w mojej zrytej głowie.
A jednak.. Ten dziwaczny stan euforii podczas walki, gdy Forest był obok, byl zastanawiający. Czułem się wtedy wszechmocny; jakbym był naćpany albo pijany. W sumie obie rzeczy naraz...
-Chyba na serio jestem na haju- powiedziałem do siebie oszołomiony.
-Też to czujesz?- Zapytał zdziwiony Max.
-Kurwa mać!- Krzesło wychyliło się niebezpiecznie, a ja najzwyczajniej w świecie się wyjebałem.- Czy ty możesz straszyć kogoś innego, człowieku?- Burknąłem z wyrzutem.
-Motyw z tą "amfą w kawie" był nawet ciekawy- skomentował wolno.
-Zupełnie nie w moim stylu- skłamałem.- Od jak dawna tu stoisz?
Wzniósł oczy ku sufitowi, jakbym był totalnym kretynem.
-A niby kto otwarł ci browara?- Uniósł brwi.
Spojrzałem na butelkę pod światło, jakbym bał się, że pływa tam jakieś paskudztwo.
-Wziąłem je od ciebie?? Eee, myślałem; że się bardziej postarasz- rzuciłem nieco złośliwie.
-Nie lubię dodatków w piwie. Psują smak- obaj uznaliśmy to za niezły dowcip; więc zarechotaliśmy.
Po chwili spoważniałem i wracając do tematu spytałem:
-Co znaczy "też"?
Forest podszedł i usiadł w fotelu. Nastąpiło dłuższe milczenie.
-W porządku..- odezwał się w końcu.- To cholernie dziwne, ale no- pierwszy raz wydawał się być zakłopotany, jakby nie do końca wiedział, jak opisać to odczucie.
-Co dokładnie jest dziwne?- Zacząłem powoli, choć czułem dokładnie to samo.
Jakbym bez niego był w jakimś stopniu niekompletny.
-Ten mmm.. Nie bardzo wiem; jak to określić- nasze spojrzenia się zetknęły.- Jakbym był naćpany samą walką.. Wiem: to jebnięte- przyznał po długiej chwili odwracając wzrok.
-Bitewny haj- mruknąłem do swoich myśli.
-Co takiego?- Odwrócił oczy od małej biblioteczki, a nasze spojrzenia znoz się skrzyżowały.
-Tez to czuję. Walka z Tower.. Z nimi.. Sam nie wiem- pokrpciłem głową z niedowierzaniem. Upiłem kolejny łyk piwa i mój wzrok zupełnie nagle podążył w stronę otwierających się drzwi.
-Mistrz..- zerwałem się na równe nogi Zachwiało mną, a Forest zrobił coś zaskakującego: jednym susem przeskoczył biurko i wyciągnął rękę, by podtrzymać mnie w pionie.
Mistrz widząc to rzucił jedno słowo w nieznanym mi języku. Spojrzałem z nadzieją na Max'a, ale pokręcił głową, że nie wie, o co chodzi.
-Od kiedy to masz; Max?- Zapytał uprzejmie jednooki, kładąc na ciemnym blacie książeczkę, zza której stronnic wychylały się dwa identyczne wisiorki. Ich zawieszki przedstawiały oplecione ciernistymi gałązkami Księżycowe Róże.
-Od dawna. Dostałem to od ojca, gdy skończyłem siedemnaście lat- Max wzruszył ramionami.
-Twój ojciec nie był Łowcą- stwierdził jednooki.
-Może to należało do matki- zasugerował powoli mój partner.
-Zaraz.. Cooo?- Mruknąłem do siebie zdumiony.
Mistrz zwrócił na mnie nieodgadnione spojrzenie, a Forest był równie zdziwiony.
-Patrzcie na..- zaczął.
Jeden z wisiorków- ten ze złoto- srebrną plecionką rozjarzył się ognistym blaskiem, a książeczka pod wpływem nieistniejącego wiatru otworzyła się i zamarła na stronie zaznaczonej przez wisiorki.
Morgenstern powoli podszedł i zajrzał w tomik wielkości książeczki do nabożeństwa.
-To "Najwyższy"..- Wyszeptał niemalże z czcią.
Podniósł głowę i wbił w nas dziwnie poważne spojrzenie.
W tym momencie w korytarzu usłyszeliśmy kroki i dwa podniesione głosy.
-...więc chyba nie odmówicie nam pomocy- mówił tymczasem wyraźnie dziewczęcy głos.
-Wszystko zależy od decyzji przewodniczącego- przerwał Deere chłodno.
-Który potrzebuje twoich rad; Jeleń- zauważyła z sykiem. Głośny trzask, jakby wiceprzewodniczący oparł ją o drzwi.
-Ten chłopak nie potrzebuje niczyich rad, a tym bardziej moich; Krzyżanowska- warknął ostro.
-- mnie się wydaje, że masz na niego duży wpływ.. Ten dzieciak, nowy przewodniczący ci ufa- ten jadowity ton, jakby wiedziała; że może coś tym osiągnąć.
-Nie bądź tego taka pewna, pijawo- zapukał.
-Proszę- rzuciłem z niepokojem.
-Przewodniczący..- piękna wampirzyca urwała nagle w głębokim zdumieniu.
-O co chodzi, Heleno Krzyżanowska; herbu Krzyż?- Zapytałem obojętnie.
-O Rząd- chyba niezbyt wiedziała, jak to ująć.- Oni.. Moja i kilka rodzin... Uciekliśmy z rzezi.. Chcemy współpracować- zaczęła szybko.
-Zwierzchnikiem Klanu jest Livia Vinci. Z tego; co wiem należycie do Klanu Vain- stwierdziłem z namysłem.
Blondynka zamarła na chwilę w bezruchu.
-Tak, ale.. Pani się wścieknie- zaczęła chcąc się tłumaczyć.
-Wasze wewnętrzne sprawy mnie nie interesują- przerwałem chłodno, sięgając po słuchawkę telefonu, drugą dłonią wertowałem mały, błękitny notatnik.
Po chwili wykręciłem numer do Livii Vinci.
-Dom Klanu Vain, w czym mogę pomóc?- Usłyszałem cichy, męski głos po drugiej stronie linii.
Starając się zignorować wbite we mnie zdziwione spojrzenia, rzuciłem spokojnie:
-Z tej strony Przewodniczący Związku Stowarzyszenia Łowców; Jack L. Donovann, chodzi o jedną z waszych klanowych- nagły szum w słuchawce nieco mnie zaniepokoił.
-Livia Vinci, słucham panie przewodniczący- rzuciła kobieta w głośniku.
-Dies Irae- rzuciłem odkładając słuchawkę..
Krzyżanowska cofnęła się o krok z mieszaniną zaskoczenia i przerażenia- jej drżące usta otwierały się i zamykały. Plecy napotkały pierś Forest'a, który wykręcając jej rękę w tył, przystawił kobiecie czubek sztyletu do tętnicy.
Morgenstern i Deere skinęli głowami i zniknęli za podwójnymi drzwiami.

środa, 17 kwietnia 2019

Hunter III Curse Rozdział XXXIII: "Najwyższa Więź" i inne życiowe przeboje...

-Nie mi nie jest- odparł beznamiętnie.
-Przykro mi, że straciłeś córkę, Forest.
-Córkę. Żonę. Matkę. Takie jest życie, Donovann- sierżant był ubrany na czarno.
-Jesteś na mnie wściekły- zauważyłem.
-Nie jestem- odpowiedział zrezygnowany.- Po prostu zastanawiam się nad odejściem z psiarni.
-Ty? Miałbyś odejść? Po co?- Zdziwiony uniosłem brew.
Forest zmierzył mnie długim spojrzeniem.
-Jeśli istnieje taka możliwość, chcę zostać łowcą, Przewodniczący- oznajmił spokojnie.
Usiadłem gwałtownie na łóżku i tłumiąc jęk wydyszałem:
-Chyba żartujesz...- powiedziałem głośno zszokowany.
W sekundę pojawiły się dwie młode pielęgniarki.
-Nie może się pan denerwować- blondynka zmierzyła krytycznym wzrokiem Max'a, który patrząc mi prosto w oczy rzucił:
-Mówię zupełnie poważnie, Donovann- odezwał się z determinacją.
-Jesteś pewien, że dasz radę przejść nasze szkolenie?
-Jack!- W tym momencie Clari wpadła do sali i rzuciła mi się na szyję.
-Cześć, skarbie- objąłem ją i dałem jej całusa.
-Skoro już sprzątnąłem kilku z nich, dam radę- oznajmił krótko, po czym pożegnał się i wyszedł.
-Jak się czujesz?- Zapytała z troską piwnooka.
-Dobrze. Jestem tylko trochę oszołomiony, pewnie przez leki- koszula od piżamy lekko się rozchyliła.
-Naprawdę Świętego Anioła- szepnęła gapiąc się na opatrunek..
-Nic takiego- rzuciłem lekceważąco.
-Jesteś wariatem, Jack- westchnęła cicho opierając mi głowę na ramieniu. Objąłem ją delikatnie.
-Chyba za to mnie kochasz, hm?- Zamruczałem jej do ucha.
-Czubek!.- Szturchnęła mnie w ramię.
-Miło mi: Donovann jestem- zarechotałem wesoło.
-Czego chciał od ciebie ten Psiarski?- Zapytała podejrzliwie.
-Chce dołączyć do Zrzeszenia.

Tydzień później, kwatera główna Związku.
-Jak pierdolę...- wymamrotałem ziewając, okręciłem się na biuurowym krześle.
Na blacie masywnego, ciemnego biurka leżał ostatni stos papierów. Wziąłem pierwszy spięty plik kartek i zagłębiłem się w lekturze.
-Paniczu..- podniosłem głowę i zupełnie odruchowo uśmiechnąłem się do Daména, który postawił przede mną filiżankę kawy i talerzyk ciastek.
-Zapytaj swego Anioła- usłyszałem ten delikatny głos.
-Wszystko w porządku, Jack-?- Zapytał Damén przyglądając mi się.
-Czym walczył mój ojciec?- Oderwałem się od dokumentów i popatrzyłem nań obracając w palcach ciastko.
-Miał kilka rodzajów broni, ale najczęściej używał laurysa. Dlaczego o to pytasz?- Zdziwił się.
-Przypadkiem poznałem jego prawowitą właścicielkę- nie miałem powodu, by mówić prawdę; ale byłem wobec niego szczery.
-Poznałeś Ją- Zdumiał się łapiąc w locie cukierniczkę.
-Mam na imię..- zacząłem zniecierpliwiony.
-Nie wypowiadaj imienia Anioła Śmierci, jeśli ci życie miłe- syknął zły.
No, to już po ptakach, Damén- pomyślałem z ironią.
-Powiedziała, że jeszcze nie mój czas, cokolwiek to znaczy- wzruszyłem ramionami.- Poza tym, skąd mój ojciec miał tę broń?
-Podobno był to zakład. Panicz Cristian lubił się zakładać- z jego twarzy nkc nie dało się wyczytać, ale w jakiś sposób wiedziałem, że nie mówi mi całej prawdy.
Dalsze moje rozmyślania przerwał pukanie, więc rzuciłem krótkie zaproszenie.
Do gabinetu wszedł Deere w towarzystwie sierżanta.
-Nie odpuszczasz, co?- Rzuciłem w Forest'a wafelkiem.
-Już ci mówiłem, że chcę ją dorwać- odpowiedział, a nasz wzrok się zetknął. Obaj mieliśmy ten stalowy wyraz oczu, jakbyśmy nadal byli na bitewnym haju.
-Będziemy się ścigać?- Zapytałem z ironicznym śmiechem.
-Jestem starszy, więc przegrasz z moim doświadczeniem- odciął się malachitowooki Forest, a Damén i Deere spoglądali po sobie z zaskoczeniem.
Bursztynowooki przesunął ku mnie po blacie tekę. Powoli zacząłem czytać łowcze akta Forest'a.
-Cudnie. Kolejny wariat w tym naszym cyrku- mruknąłem do siebie, podpisując zgodę na dołączenie do Zrzeszenia. Jako mistrza przydzielono mu Morgensterna.
***
-Możemy pogadać?- Deere wsunął się do gabinetu.
-Spoko- odłożyłem telefon i spojrzałem nań.- O co chodzi?
-Raczej o kogo, ten facet mi się nie podoba- stwierdził podejrzliwie.
-Bo to Psiarski.? Sorry: ex Psiarski- poprawiłem się szybko, świdrując zastępcę wzrokiem.
-Poznałeś prostu mu nie ufam.. Zaraz. On jest psem??
-Był psem. Rzucił tę robotę.
-Jesteś coś jeszcze, co mnie w nim zastanawia- odezwał się po długiej ciszy James.
-Co takiego?- Zapytałem ostrożnie.
-Nie wiem, skąd to ma- położył na biurku małą książeczkę. Zza jej kart wychodziły dwa identyczne wisiorki z jakimś znakiem.
-Co to jest?- Zapytałem próbując nie pokazać po sobie fascynacji.
-To Stary rytuał łowczy- nie wiem, skąd tuż za Jamesem pojawił się mistrz.- Nazywa się go"Braterskim" lub "Najwyższym".
-Naprawdę czym to dokładnie polega?- Zapytał zbity z tropu James.
-Związuje dwóch łowczych partnerów, którzy stają się jednym. Jeśli jeden zginie, drugi to wyczuje. Związani są silniejsi, niż pojedynczy łowca.
-Niby dlaczego?- Tym razem mój ton naprawdę wyrażał zaciekawienie.
Mistrz oparł się o ścianę i krzyżując ręce na piersi zmierzył nas wzrokiem.
-Ponieważ para związana rytuałem czerpie siły do walki od siebie nawzajem- oznajmił.
-Nigdy o tym nie słyszałem- powiedział Deere.
-Bo zaprzestano tych praktyk w XIII-stym wieku- wyjaśnił Morgenstern.
-Tylko skąd on to ma, skoro..
-Znałeś Grace Janett Sobiesky, herbu Janina?- Spytałem mimochodem.
-Była poprzedniczką twojego ojca- odpowiedział zdziwiony.
-I matką tego psiarskiego- wtrąciłem cicho.
-To wyjaśnia, dlaczego mógł dotknąć naszej broni- wywnioskował Jeleń w zamyśleniu.
-Mhm.. Facet zagadka- zauważył Mistrz.- Czas potrenować, przewodniczący- rzucił uśmiechając się kątem ust.
-Taa. Komu w drogę, temu trampki- odparłem wstając.

-Czujesz się na siłach?- Spytał jednooki, gdy wziąłem w ręce długie sztylety.
-Muszę się nauczyć filetować pijawy- odparłem nieco urażonym tonem, a Mistrz zachichotał i podnosząc szpadę zaczął mnie atakować.
Odbiłem pierwszy cios, a pojedynek stał się bardziej zaciekły. Broniłem się niekiedy robiąc uniki; a gdy w połowie potyczki przestałem sobie radzić, ktoś nam przerwał.
Mignęła mi ciemnooka postać w czerni, uzbrojona w dwa miecze. Oko mistrza błysnęło, kiedy ich miecze się zwarły. Gdy pojąłem, kto mnie osłonił opadła mi szczęka.
Max Forest odbił cięcie i zaatakował spychając Mistrza.
-Świetna garda- pochwalił jednooki.
-Dzięki- odpowiedział Max odbijając kolejny niespodziewany (dla mnie) cios.
-Mhm? Nie udało mi się?- Morgenstern uskoczył przed nożycami z mieczy.
-Nie wiele osób potrafi mnie rozkojarzyć- odparł Forest.
-Jesteś podobny do Rodu- tym razem mistrz zdekoncentrował faceta i rozbrajając go jednym ruchem, oparł szpadę na lewym ramieniu Max'a.- Pax?
-Pax- ustąpił Forest, a ja nadal stałem z opadniętą szczęką; nie wiedząc, co jest grane. Wodziłem po nich oczami, licząc na jakieś wytłumaczenie. Wreszcie zniecierpliwiony wybuchnąłem:
-O co tu, u cholery, chodzi??
Obaj spojrzeli na mnie.
-Co cię tak dziwi?- Zapytał mistrz. Zarejestrowałem, że z jakiegoś powodu jest lekko rozbawiony.
-Nic z tego nie łapię; Forest. Najpierw próbowałeś wpakować mnie do poprawczaka, a teraz mnie chronisz??
Wtedy zamknąłem jadaczkę zaskoczony.
Czasami kompletnie nie potrafię cię rozgryźć, człowieku- usłyszałem swoje własne słowa.
-Rany...- w nagłym olśnieniu przyłożyłem dłoń do czoła.
Ten bitewny haj wcale nie był przypadkowy...

Hunter III Curse Rozdział XXXIII: "Najwyższa Więź" i inne życiowe przeboje

***
-Meżczyzna, lat dziewiętnaście. Ciężko ranny w klatkę piersiową..
-Ma grupę krwi na bransoletce.. Zero minus.
-Natychmiast na blok. Meredith, dzwoń do banku- męski głos przerwał kobiecie.
Wtedy wszystko cichnie...
Idę jakimś zielonym korytarzem. W oddali mruga jarzeniówka. Widzę kolejkę złożoną z cieni.
Czerwonowłosa w mundurze prowadzi Trixie do otwierających się drzwi. Rozpoznaję windę i przystaję jak wryty, a w głowie pojawia się pytanie:
Czy ja...? Czy jestem już martwy?
-Jeszcze żyjesz Jacku L. Donovann- oznajmia umundurowana postać, a winda zamyka się bezszelestnie.
W ogóle jest tu cicho jak w...
-Grobie?- Dokończyła moją myśl.
Znowu ten sam chłód, jak w domu tej..
-Co z Tower??- Wypaliłem głośno.
-Wywinęła ci się- wzruszyła ramionami.
-Gdzie jesteśmy?- Przez chwilę obserwowałem kolejkę cienistych postaci.
-Nie zwracaj na nich uwagi. To dusze- jakby na jej słowa windy po obu stronach otworzyły się, a w jej dłoni pojawił się czarny kajet, który otworzyła.
W milczeniu patrzyłem na te wydarzenia, zastanawiając się czy...
-Nie jesteś na mojej liście.. Jeszcze nie..- odparła przyglądając mi się uważnie.

Znów głosy z oddali..
-Co z nim?- Forest pytajacy..
-Trwa operacja. Kiedy będzie coś wiadomo; zawiadomię pana. Teraz musi pan cierpliwie czekać- odparła kobieta inna, niż wcześniej. Poznałem po barwie głosu- był bardzo miękki i melodyjny.

Znów cisza, pośród której usłyszałem suchy trzask pieczatki i skrobanie pióra po papierze.
Ostatni cień zniknął w windzie.
-Skoro nie jestem trupem, to co ja tu właściwie robię?- Zacząłem nic z tego nie rozumiejąc.
-Zraniłeś się moją bronią. Skąd w ogóle masz mój "Kielich Łez"?- Odpowiedziała pytaniem.
-Był w zbrojowni Związku Stowarzyszenia Łowców- odpowiedziałem zbity z tropu.
-Jesteś synem Cristiana Rafaela Salvator, herbu Kielich?- Zapytała z namysłem.
-Nieślubnym- potwierdziłem obojętnie.- Co z tego?
-Już rozumiem..- mruknęła do swoich myśli.
-A ja nie za bardzo- burknąłem poirytowany.
-Dziwne, bo jesteś podobny do ojca. Był równie niecierpliwy, władczy i sadystyczny wobec Nocnych Dzieci. Nie sądzisz, że to trochę niesprawiedliwe.?- zauważyła powoli.
-Hm. Ty wiesz, jak się nazywam, a ja nawet nie mam pojęcia, kim jesteś. To jest dopiero niesprawiedliwe- prychnąłem przeciągając sylaby.
-Skoro jesteś jego synem, mam obowiązek ci się przedstawić. Jestem Azrael- rzuciła niechętnie.
-O-Obowiązek?- Zająknąłem się zdziwiony.
-Ekhm.. Po prostu dobrze się znaliśmy- wyjaśniła nieco zakłopotana.
-Aha.. Kojarzysz może Jonathana Cristophera Schwarz?- Wypaliłem nieprzemyślanie.
Klapnęła na wyczarowanym przez się mięciutkim fotelu i gestem pokazała mi, żebym również usiadł. Padłem na siedzisko.
-Schwarz...? Był u mnie trzy lata temu niedoszły samobójca o takim nazwisku. Podciął sobie żyły, ale przeżył. Lukantropy i ich samoregeneracja zranień zrobionych zwykłym ostrzem..- westchnęła przewracając oczami.
-Gdyby wtedy wiedział, ze jest uczulony na srebro, kopnąłby w kalendarz- stwierdziłem.
-Nie lubisz go- powiedziała przyglądając mi się natarczywie.
-Nie przepadamy za sobą. Męskie sprawy- skwitowałem.
Właściwie jedna. Ma na imię Cindy, ale mniejsza o to. W gruncie rzeczy i tak obaj jej nie dostaliśmy.
-I chyba obaj jesteśmy z tego powodu spokojniejsi- odezwał się tuż za mną odległy głos Jace'a.
Podskoczyłem z głośnym przekleństwem na ustach.
-Ty...
-Żyję. Czasem po prostu tak mam- prześlizgnął się beznamiętnym wzrokiem po Azrael.
-Nie które Likantropy są bardziej uzdolnione, niż reszta- wyjaśniła leniwie.
-Wolę określenie wilki lub podziemni- odparł z niesmakiem Jace.
-Pierwsze mnie obrzydza, drugie kojarzy mi się jeszcze gorzej...- odcięła się.
-Jace... Jakim cudem..?- Zacząłem oszołomiony.
-A jak myślisz? Z jakiego powodu wepchnęli mnie na Centuriona Pretorii?- Zapytał z ironią.- Jak widać jestem nie tylko wilkiem
-Potrafi podróżować- wyjaśniła niechętnie Azrael.
-Nie powiem, czyja to zasługa- odparł chłód o, a jego lekko przejrzysta postać zaczęła całować.
-Masz do mnie jakąś sprawę, że się zjawiasz?- Czerwonowłosa zmierzyła go podejrzliwym wzrokiem.
-Chodzi mi o pewną osobę.
-Nazwisko.
-Nie pamiętam, wiem tyle; że miał na imię Maksym. Był moim poprzednikiem- oznajmił Jace.
-Mam rozumieć, że chcesz wiedzieć, czy był to ktoś z Podziemnych lub Nocnych..- stwierdziła wolno.
-Chcę wiedzieć, czy to był wampir, a jeśli tak to jakiej kasty- odparł z naciskiem Schwarz.
Bezsenne jak otchłań czekoladowe tęczówki błysnęły; gdy pstryknęła palcami. Tuż obok niej pojawił się stos lewitujących tek.
Te miękkie ruchy były mi skądś znajome, jakbym już kiedyś je widział.
Nie miałem jednak pojęcia kiedy i w jakich okolicznościach miało to miejsce.
-Co..?- Spytała, a w jej oczach odbijała się moja rozdziawiona gęba.
-Nie, nic- mruknąłem, szybko zamykając usta.
Wbiła wzrok w akta i na dłuższą chwilę zapadło milczenie.

Ruchem dłoni zamknęła tekę. Powoli podniosła te bezsenne oczy i spojrzała w oczy Jace'a.
-Nie był to ani wampir, ani łowczy. Nawet nie likantrop- odpowiedziała w końcu. Głos miała...
Właśnie: przez jej wygląd zapomniałem wspomnieć o głosie, który porównywalny był do podzwaniania dzwoneczków. Czysty i delikatny, jak gdyby był zaprzeczeniem tego, co robiła.
Jace nagle parsknął śmieche, co wybudziło mnie z rozmaitych rozmyślań.
-To było świetne- zadrwił.
-O co ci lata?- Zdziwiony posłałem mu spojrzenie spod uniesionych brwi.
-Och, Azrael.. Ma bezsenne oczęta i głos, jak dzwoneczki.. Chyba się zabujałem w Aniele Śmierci- przedrzeźnił mnie.
-Zamknij się- oboje powiedzieliśmy to równocześnie: ona pełna irytacji, a ja obojętnie.
Jego pyskówki prawie nigdy nie robiły na mnie wrażenia.
-..i spływaj. Jeszcze minuta i naprawdę umrzesz- dorzuciła beznamiętnym tonem Azrael.
-Lubie ryzyko. Może dowiedziałbym się co tam masz pod mundurem. Poza tym lubię jeszcze dwie rzeczy: igranie z ogniem i randki- Jace był czasem naprawdę irytujący.
-Znikaj!- Prychnęła machając dłonią z obrączką z misternie wykonanych złotych cierni w bliżej nieokreślonym kierunku.
-Ona cię zanudzi; Donovann- rzucił z ironią Jace i rozpłynął się w powietrzu.
Zapadła niezręczna cisza, podczas której Azrael przyglądała mi się z zainteresowaniem.
Kolejny raz głosy z tamtej strony..
-Co z nim, doktorze- ostry, napięty i trochę zachrypły głos sierżanta domagał się odpowiedzi.
-Wszystko przebiegło bez komplikacji. Chłopak jest stabilny.
-Kiedy się ocknie?
-Nie długo powinien odzyskać przytomność- odezwał się chłodny męski głos, prawdopodobnie lekarza.
-Powinienem się obudzić- mruknąłem w zastanowieniu, jednak coś jeszcze mnie ciekawiło i postanowiłem o to zapytać.- Azrael. Właściwie skąd mój ojciec miał twoją broń?
Uniosła głowę, którą dotąd podpierała na pięści ozdobionej pierścionkiem i uśmiechnęła się zagadkowo.
-Naprawdę nie wiesz..?- Drasnęła mnie szybkim spojrzeniem.
-A niby skąd, skoro nawet go nie znałem?- Zniecierpliwiłem się.
-Zapytaj swego Anioła- rzuciła tajemniczo, a wszystko wokół zaczęło się rozmywać.
Zanikać...
***
Budzę się w sterylnym, białym pokoju. Zrywam się ze szpitalnego łóżka, tłumiąc jęk i przykładam dłoń do opatrunku na piersi.
-Powinien pań leżeć- gdzieś już słyszałem ten ostry, kobiecy głos.
-Siostro Meredith.. Co mi się stało?- Zapytałem półprzytomnie.
Jej duże, czarne jak noc oczy rozszerzyło zaskoczenie, jakby zadawała sobie pytanie, skąd znam jej imię, skoro nawet nie spojrzałem na szpitalny identyfikator przypięty na piersi.
-Został pan ranny- patrzyła na mnie dziwnie, jakby zastanawiała się w co się wpakowałem.
-Trenuję szermierkę- rzuciłem odruchowo.
-Z facetem, który tu pana przywiózł?
-Yyy.. nie do końca. Ile spałem..?
-Dwa dni- powiedziała to takim tonem, jakby zobaczyła demona i chciała uciekać jak najdalej.
-Donovann.. Dzięki Bogu- Forest bezszelestnie wsunął się do sali.
-Jestem niewierzący, sierżancie- rzuciłem z ironicznym śmiechem.
Pielęgniarka uznała to za dobrą okazję do wycofania się. Przez chwilę czułem na sobie jej podejrzliwy wzrok.
-Jak z tobą?- Obaj zapytaliśmy o to równocześnie.

wtorek, 16 kwietnia 2019

Moi drodzy parafianie... Ogłoszenie i zapowiedź

Konnichiwa minna!
Praca nad kolejną częścią rozdziału wre ;)
Może jutro wieczorem już będzie.
Poza tym po zakończeniu trzeciej części"Hunter" pojawi się coś nowego, więc tego nie przegapcie, bo na pewno będzie ciekawie✌️
Arigatō, jako, że jest już trochę późno wpadam pod kołderkę życząc Wam miłych snów.
Oyasumi!

wtorek, 19 lutego 2019

Hunter III Curse Rozdział XXXIII: "Najwyższa Więź" i inne życiowe przeboje

Tower zniknęła i po chwili stała tuż przed Forest'em.
-Twoja córeczka jest pyszniutka- rzuciła z dziwnym uśmiechem.
Max Forest w mgnieniu oka wyciągnął broń i odbezpieczając wymierzył jej w twarz.
-Tylko spróbuj tknąć moje dziecko- warknął z gniewem.
-Nie martw się; nie będzie wyglądać, jak twoja matka; gdy z nią skończyłam.. O, psiu!- Zachichotała paskudnie.- Byłeś zbyt mały, by to pamiętać..
Forest zbladł i strzelił do niej. Osłoniłem go, a ostrze laurysa odbiło cios Krwawego Oręża. Kopniakiem odrzuciłem wampira i zwarłem miecz z kolejnym.
Pistolet Forest'a zaczął grać, pogrążony w walce widziałem tylko wylatujące łuski po kulach i stal broni atakujących pijaw.

Wpadliśmy za szeroką kolumnę, a Forest oparł się o moje plecy zmieniając magazynki.
-Masz jeszcze jakiś super plan?- Zasyczał ostro.
Wyjrzałem zza kolumny ogarniając pokój szybkim spojrzeniem.
-Jeden, dawaj klamkę- posłałem miecz w wampira. Przejąłem pistolet i mierząc w zaczepy wiszącego przed Tower baldachimu oddawałem strzał za strzałem.
-Juuuhuuu!- Rzuciłem tryumfalnie, widząc kotłujące się pod płachtą pijawy.

-Oddaj dziecko, Tower- warknąłem zimno. Odstrzeliłem jednego z nich.
-Beatrice, kochanie- rzuciła pieszczotliwie.
Dziewczynka, która podeszła do Tower miała około sześć lat.
Była niziutką, drobną blondyneczką o ciemnozielonych oczach ojca, lecz nie była zbytnio doń podobna. Tower oparła delikatnie dłoń na ramieniu małej.
-Zabieraj od niej te brudne łapy!- Warknąłem wrogo. Oddając Forest'owi klamkę, zaatakowałem ją laurysem.
Jej szpada odbiła cios , choć moje ostrze drasnęło ja w twarz. rozpoczął się pojedynek.
-Odpuść sobie; Kielich!- Syknęła odbijając moje ataki.
-Oddaj małą!- Odepchnąłem jej broń i uskoczyłem. Zza rozciętego rękawa płynęła krew.
-Beatrice sama chce tutaj zostać, Kielich- oznajmiła wytrącając mi z dłoni podwójne ostrze, które furknęło w górę i wbiło się w belkę stropu.
Zaczęła atakować. Robiąc uniki kompletnie zapomniałem o ukrytych w butach sztyletach. Schowałem się za rzeczoną kolumną.
-Rzymska- oceniłem tonem znawcy i okręcając się zapisałem Arystokratce kolejnego kopa, pobiegłem w stronę zaklinowanego w belce laurysa i wybijając się zacisnąłem dłoń na drzewcu i wyszarpnąłem broń.
-"Śmierć to ostatnie wrota"- odczytała inskrypcję na ostrzu.- Dziś przez nie przejdziesz tak samo, jak rodzice..
-To ty ich...- poczułem ból i gniew, zaciskając mocniej palce na drzewcu. Nie utrzymałem gardy, adilny kopniak posłał mnie wraz z bronią po śliskich płytach podłogi. Laurys wymknął się z moich palców i pojechał w stronę Forest'a, po czym...
-Niemożliwe!.- Wyszeptała miodowowłosa, gdy ostrze wróciło do mojej ręki. Chwytając je z trudem podniosłem się na nogi. Max znalazł się obok i podtrzymał mnie w pionie.
-Kto ci pozwolił tknąć moją rodzinę, brudny wampirze??!!- Gniew wziął górę nad zmęczeniem i słabością. Rzuciłem się do dalszej walki, rzucając do Max'a:
-Zajmij się Trixie- powiedziałem policjantowi, walcząc z Katherine. Broń zwierając się zaczęła sypać snopy iskier.

Szczęk broni. Hałas bitwy.
-Jesteś kompletnie szajbnięty; Donovann! We dwóch na tylu przeciwników?! Ciebie do reszty pojebało!- Krzyknął w moją stronę okładając wampira.
Umknąłem Tower i jednym cięciem sprzątnąłem trzech za nim.
-Później mnie przymkniesz!- OdlOdpar waląc pijawę z łokcia. Z innego zrobiłem sobie tarczę przed atakiem Tower.
-Trixie wsiąkła!
Forest zaklął w odpowiedzi i jeszcze bardziej desperacko walczył z wampirami.
-Dzieci są takie słodkie- zagadnęła Tower, a stojące między nami pijawy cofnęły się na boki.
Bitwa zamarła. Max dołączył do mnie, jakby bał się spuścić mnie z oczu.
-Mówię ostatni raz: pusc ją; Czystokrwista Suko!- Warknąłem groźnie, ruchem dłoni z bronią likwidując następną wampirzycę.
-Trixie, pójdziesz z nimi?- Zwróciła się do blondyneczki.
Dziewczynka patrzyła na ojca obojętnie, zupełnie jakby w ogóle go nie znała.
-Ty...!- Warknąłem oburzony poruszając się.
-Dzieci są naprawdę słodkie, Jack- powiedziała niemal szeptem, obejmując Beatrice.
-Łamiesz prawo!- Zacisnąłem zęby i wykonałem kolejny krok.
-Jeszcze jeden ruch i ją zabiję...- Widząc na szyi dziecka ślady kłów poczułem obrzydzenie tak wielkie, ze aż w głowie mi się zakręciło. Zastanowiłem się chwilę.
-Chcesz mnie, a nie jej. Możemy się dogadać- zasugerowałem z namysłem.

Jeśli mała ma być bezpieczna... 

-Tak sądzisz?- Zapytała, udając zaciekawienie, a jej oczy błysnęły szkarłatem.
-Niby po co byś mnie tu ściągała, skoro nie miałabyś w tym żadnego interesu?- Zapytałem rozsądnie.
-Niby jaki miałabym z ciebie pożytek; Kielich?- Zapytała, a gdy znalazła się tuż przede mną, uniosłem miecz na wysokość jej gardła.
-Ze mnie żywego żaden, ale gdybym był martwy to zmieniłoby postać rzeczy. Wielu rzeczy- oznajmiłem uśmiechając się niewinnie.
-Dlaczego zostawiłeś wszystko po staremu w Rządzie? Z reguły każdy przewodniczący wybiera sobie nowych ludzi- zauważyła podejrzliwie.
-Bo tak mi się podobało- wzruszyłem ramionami i bez ostrzeżenia zamachnąłem się ostrzem.
Biała peleryna załopotała mi tuż przed oczami. Zrobiłem unik i znów ciąłem. Tym razem ubranie na jej piersi zabarwiło się czerwienią. Wtedy usłyszałem rozdzierający krzyk z ust Trixie. Kopnąłem Tower, a gdy padła na kolana chwyciłem ją za włosy, opierając jej klingę na gardle.
-Puść małą, inaczej skrócę twoją panią o głowę- zagroziłem wpatrzony w wampira. Przyciągnąłem mocno wyrywającą się Tower.
-Jeśli mnie tkniesz, każdy z nich ma rozkaz ją zabić- oznajmiła leniwie Arystokratka.
-Ile ci zabrało "zaklęcie wpływu"? Pewnie dużo sił; skoro Trixie pochodzi z Rodowych- zauważyłem z bronią.- Nie miałabyś na to wszystko czasu. Klan liczy pół tysiąca krwiopijców.
-Wiesz, jak twoja matka skomlała o życie?- Uśmiechnęła się a oczy błysnęły radośnie.- Próbując uciec czołgała się korytarzem, jak mały robak.. Wyglądało to całkiem zabawnie- Zachichotała paskudnie; a moja lewa ręka, jakby bez udziału mojej woli, wyciągnęła z buta nóż i z impetem wpakowała go w jej plecy o wlos mijając serce. Wrzasnęła z bólu, a z jej ust wypłynęło trochę krwi.
-Coś ci powiem: jesteś obrzydliwą pijawą i morderczynią- szepnąłem jej do ucha dociskając broń do jej gardła- nazwałbym cię zwierzęciem, ale ubliżyłbym im; bo w przeciwieństwie do ciebie, one zabijają wyłącznie dla jedzenia- drugie sztylet okręcił się w moich palcach i wbił się w jej ciało, klanowi odsłonili kły warcząc wrogo, a Max przyglądał mi się z dziwnym zainteresowaniem.
-Nie chcesz wiedzieć, jak uciekał twój ojczym tchórz..?- Zaczęła chcąc mnie wyprowadzić z równowagi.
-Ostatnie słowa?- Przycisnąłem butem jej pelerynę i cofnąłem dłoń z laurysem do ciosu.
-Nic nie wiesz o broni, którą trzymasz; Śmiertelniku- wraz z dziewczęcym głosem wszystko zastygło w bezruchu, jakby czas stanas w miejscu.
Usłyszałem stukot podkutych butów, a ze ściany naprzeciw mnie wyszła czerwonowłosa dziewczyna w moim wieku, odziana w onyksowy mundur z niebieskim sznurem na piersi i pagonami. Jej stopy obute w wysokie oficerki stukały z każdym krokiem w moją stronę.
W pomieszczeniu zupełnie nagle zrobiło się lodowato zimno. Przy każdym oddechu z moich ust wydobywał się obłoczek pary.
-Ale mi się trafił przystojniak- jej dłoń dotykająca mojej twarzy była zimna, jak u trupa, a czekoladowe tęczówki były pozbawione wszelkich uczuć, prócz jednego. Obojętności.
-K-K-Kim-m je-jes-sttteś?- Zapytałem szczękając zębami z zimna.
-Aniołem Śmierci, to jedyne co musisz o mnie wiedzieć- odpowiedziała spokojnie, a ja czułem; jakbym pod jej dotykiem bardzo powoli zamarzał.
-Przyszłaś po mnie..?- Starałem się nie okazywać ogarniającego mnie strachu.
-Nie. Po nią- ruchem głowy wskazała Trixie.
Dłoń się cofnęła, a ona ruszyła ku małej... Czas spowrotem ruszył.
Moja dłoń wzięła zamach, ale zanim zadała cios zachwiało mną, gdy Tower mnie odepchnęła.

Rozdzierający krzyk dziecka.
Strzały..
Ja niefortunnie upadający na ostrze laurysa...
Ciemność.

sobota, 12 stycznia 2019

Hunter III Curse Rozdział XXXIII: "Najwyższa Więź" i inne życiowe przeboje

-Aniołowie; pozwólcie nam wrócić w jednym kawałku- mruknąłem spoglądając na posągi przedstawiające trójcę archaniołów: Mikaela; Suriela i Razjela, w którego dłoni lśnił dymiący; brązowy kielich.
-Ogień zgasł. Jeszcze raz i marnie skończę, hm?- Mruknąłem znowu do swoich myśli.- Nie jestem wierzący, a tym bardziej nie przesądny- szybkim krokiem minąłem kamienne anioły i ruszyłem schodami.

-Więc, gdzie trzymają Trixie?- Zapytał niepewnie, gdy jechaliśmy zatłoczoną ulicą.
-Mówi ci coś East End?
-To biedniejsza dzielnica miasta. Masz jakieś namiary? Cokolwiek??- Był poirytowany.
Odczytałem adres.
-Przecież to jadłodajnia- żachnął się.
-Najciemniej jest pod latarnią; Forest- odparłem tajemniczo.
-Nic z tego nie rozumiem, a naprawdę bardzo chcę łapac cokolwiek z tego wszystkiego. Właściwie nie wiem, czemu jadę gdzieś, gdzie może jej nie być..
-Człowieku.. Choć raz nie myśl jak pies i zdaj się na kogoś mądrzejszego w sprawie, na której kompletnie odpadasz- jakby wbrew sobie uśmiechnąłem się z wyższością.
-Ryzykujesz, że znów zechcę wpakować cię do Ośrodka- zauważył patrząc na mnie podejrzliwie kątem oka.
-Na trzy lata? Opłacałoby ci się?- Zapytałem z powątpiewaniem.- A może bardziej profilaktycznie wyślesz mnie do czubków?- Zarechotałem, bo mnie samemu ta rzucona mimochodem propozycja wydała się mega zabawna.
-Nie sądzę, że nie można ci ufać- odparł po długiej ciszy z oczami utkwionymi w drodze.
-W sumie co ma piernik do wiatraka?- Zapytałem zaskoczony dziwacznością naszej rozmowy.
-Po prostu zdaje mi się, że jak na świra, wiesz co robisz..
-Czasami kompletnie nie potrafię cię rozgryźć, człowieku. Odparłem z irytacją.
-Przedtem nie nosiłeś tego sygnetu- zauważył malachitowooki zmieniając szybko temat.
-To po ojcu, którego nawet nie znałem- odparłem spoglądając na tarczę z kielichem oplecionym dzikim winem, na którego czaszy widniał krzyż Templariuszy.
-Serio myślisz, że Trixie tu jest?- Spytał cicho.
-Mam taką nadzieję- Forest skręcił i zaparkował wóz.

Jadłodajnia pękała w szwach. Gdzie okiem sięgnąć widziałem zmęczenie w twarzach dorosłych i smutek dzieci. Powoli wszedłem do środka z bronią zawiniętą w bluzę i mijając jedną z kobiet dostrzegłem to: małe, ledwie widoczne ślady kłów pijawy i poczułem jakbym dostał w twarz.
Skierowałem się w stronę najbliższych drzwi.
-Panowie! Tam nie wolno wchodzić- jeden z facetów prowadzących ten bajzel złapał mnie za ramię.
Ruchem dłoni uciszyłem Forest'a i rzuciłem spokojnie:
-Przepraszam najmocniej, ale byłem tu umówiony z Katherine Tower- rzuciłem uprzejmie marząc o tym jak zrobić jej krzywdę.
-Z Panią Katherine?- Zapytał z czcią niski brunet.
-Owszem, trochę mi się spieszy; więc..- zasugerowałem, a Forest wpatrzony we mnie pytał wzrokiem co kombinuję.
Brunet grzebał tymczasem w pęku kluczy. Trzask. Otworzył drzwi i poprowadził nas spiralnymi schodami w górę.
-Przyszedł..- usłyszałem jej znienawidzony głos.
-Prosto i pierwsze drzwi po lewej- rzucił brunet i zniknął, jakby nie chciał spotkać się ze swoją Panią.
-Mam cię, Tower- założyłem bluzę i kopniakiem otworzyłem drzwi.

Katherine wcale nie zdziwiona, patrzyła na mnie siedząc w wyluzowanej pozie na kanapie. Otoczona swoimi sługusami piłowała paznokcie.
-Jaśnie Wielmożny Salvator, herbu Kielich łaskawie zaszczycił nas swą obecnością- z szyderczym uśmiechem zdmuchnęła niewidzialny pył z paznokcia; a jej słowom zawtórował drwiący śmiech jej przybocznych.
-Nazywam się Donovann, nie przyjąłem nazwiska ojca- odpowiedziałem obojętnie- chyba wiesz po kogo przyszliśmy- stwierdziłem ruchem dłoni z laurysem pozbywając się atakującego wampira, którego truchło w zetknięciu z panelami zmieniło się w popiół.

czwartek, 10 stycznia 2019

Ogłoszenie parafialne 😎

Konnichiwa minna!
Kolejna część rozdziału pojawi się w sobotę lub niedzielę
Domo arigatō gozaimas za wizyty na moim blogu i zachęcam was do komentowania ;)
Sayo!

piątek, 4 stycznia 2019

Hunter III Curse Rozdział XXXIII: "Najwyższa Więź" i inne życiowe przeboje

Dwudziesty czwarty dzień lipca spędziłem przy biurku studiując papiery; gdy nagle ktoś zapukał.
-Proszę- rzuciłem nadal zaczytany w dokumencie raportu z wczorajszej obławy na Rządowych.
-Dzień dobry; szukam Przewodniczącego Związku- wtedy ton postaci się zmienił.- Co ty tu robisz, Donnovan?- Zdumiał się.
-Mógłbym cię zapytać o to samo, Schwarz- stwierdziłem podnosząc wzrok.
Zapadła chwila niezręcznej ciszy.
-Spodziewałem się kogoś poważniejszego- oznajmił wolno.
-I vice versa.
-Maksym nie żyje. Pretoria chce, bym objął Urząd. Ktoś musi ogarnąć bajzel, którego narobił- odparł siadając.
-Kyle i reszta o tym wiedzą?- Zapytałem z grzeczności, bo w sumie niewiele mnie to obchodziło.
-Jeszcze nie. Właściwie to chciałem pogadać- powiedział z namysłem.
-No, to wal; a nie się czaisz, jakbyś miał coś złapać; Tępaku- nie mogłem się powstrzymać od rzucenia kąśliwego przezwiska.
-No.. bo chodzi o to, że.. Większość Rządu Pretorii chce spowrotem "Paktu"...
-Mówisz o pakcie; który zerwał Maksym?
-Taa, ale on zrobił to wbrew woli Rady. Zresztą nigdy nikogo nie słuchał- stwierdził Jace.
-To zależy od decyzji łowców ze wszystkich kwater, a nie tylko ode mnie; Jace. A przeciwieństwie do was nie jesteśmy watahą, a ja nie jestem Alfą, by decydować za kogokolwiek- byłem trochę nieostrożny, bo mógł to uznać za celowy przytyk i traktowanie go z góry, ale chciałem uświadomić mu pewba roznice między naszymi organizacjami.
-Traktujesz mnie, jak tresowanego szczeniaka; Donnovan??- Warknął oburzony.
-Och, daj spokój.. Jace- jęknąłem niecierpliwie.- Chcę po prostu powiedzieć, że w przeciwieństwie do nas: łowców; ty możesz narzucić komuś swoje zdanie- po jego minie poznałem, że nie powinienem przeginać .
-Mogę, ale nie chcę- odwarknął z naciskiem.
-Nadziany, rozpuszczony bachor wydoroślał, co?- Zażartowałem, próbując rozładować napięcie.
-Wcale nie rozpuszczony, Donnovan- Jace westchnął ciężko.- Wiesz, z jakiego powodu wszyscy nabijają się z tego, że ciągle noszę długi rękaw?- Spytał, jakby z innej beczki.
-Nie mam zielonego pojęcia- wzruszyłem ramionami.
Schwarz bez słowa podwinął rekawy i pokazał wewnętrzne strony przedramion.
Oba były pokryte poszarpanymi bliznami.
-Co ci się stało, do cholery??- Wypaliłem ze zdumieniem.
-Po pierwszej pełni próbowałem się zabić - odparł cicho, z niechęcią.
-Jace.. Mogę cię o coś spytać?- Wolno skinął głową.- Czy wy.. Czy jestescie nieśmiertelni..?
Jace zmierzył mnie uwaznym spojrzeniem zielonozłotych oczu o wilczym wyrazie . Po chwili jego kanciastą twarz rozjaśnił lekki uśmiech.
-Żyjemy dość długo, ale nie. Nie jesteśmy nieśmiertelni- odparł spokojnie.- Czy to wywiad ze słynnym Wilkiem?- Uniósł brew.
-Nie wiedziałam, że zostałeś celebrytą- Zażartowała nieco uszczypliwie Cindy dźwigając pokaźny stos papierów.
-Nie widać?- Jace popatrzył na nią dziwnie uwodzicielsko.
-Sorry, nadal cuchniesz Zmokłym Psem, więc nie umówię się z tobą- odparła przewracając oczami.
-Nie wiesz, co tracisz- rzucił to niby żartobliwie, ale bardziej brzmiało to, jakby mówił: kurczę szkoda..
Jakby na serio mu zależało...
***
Kiedy Jace zniknął za drzwiami, Cin oparła się dłońmi o parapet okna.
-Czego on od ciebie chciał?- Zapytała cicho.
-Został Centurionem Pretorii. Pytał, czy można znów zawrzeć Pakt- odparłem, odkładając pióro spojrzałem na zegarek na lewym nadgarstku. Wskazywał czwartą po południu.
-A ty?
-Myślę, że powinny to przegłosować wszystkie KGS- odparłem przeciągając się.
-Nabrałeś pewności siebie, Jack- stwierdziła nie odwracając wzroku od okna.
-Serio?- Nie wiem, czemu; ale podszedłem bliżej i objąłem ją, jak wtedy, gdy byliśmy jeszcze parą.
-Taa, zmądrzałeś- czasem nawet lubiłem tę jej uszczypliwość.- Jak tam Clari?
Moje ręce automatycznie się cofnęły, a ja oparłem się o ścianę wsuwając ręce do kieszeni krótkich do kolan dzinsów.
-Dobrze tylko.. Martwię się, bo wygląda na przemęczoną- żadne z nas nie miało odwagi skomentować tej niezręcznej sytuacji sprzed zaledwie chwili.
Właściwie sam nie wiedziałem, czy było to tylko zwyczajne przyjacielskie przytulenie, czy jednak coś więcej. Nadal nie wiem, co tak naprawdę do niej czuję i..
-Bidula. Sword nie daje jej żyć, bo jest najlepsza- rzuciła ciepło.- Jack..
-Hm?- Podniosłem wzrok ze swoich butów.
-Wszystko gra?- Spytała z troską.
Skinąłem głową, słysząc pukanie. Kłamałem, ale..
Grało, póki nieoczekiwany gość nie wszedł do środka. Był to policjant, który kiedyś chciał władować mnie do poprawczaka, a nazywał się Max Forest.
-Przewodniczący jest zajęty- tuż za nim wszedł Deere usiłując zatrzymać policjanta.
-W porządku, Jeleń- westchnąłem ciężko.
-Powiem, że się trochę spóźnisz- Cin klepnęła mnie w ramię wychodząc.
-Dzięki- rzuciłem.- O co chodzi?- Zwróciłem się do Forest'a, gdy zamknęły się drzwi. Siadając wskazałem mu fotel i przełożyłem na parapet dokumenty.
Facet zmierzył mnie uważnym spojrzeniem i w milczeniu przesunął po blacie biurka małą kartkę.
Rozłożyłem ją i wbiłem oczy w treść liściku.
J. W. Przewodniczący Związku,
nadal nie słuchasz moich rad, aby Zrzeszenie nie wtrącało się w nieswoje rzeczy, poza tym nadal próbujesz się mścić nie tylko na mnie, ale i na Senacie. 
Mam kogoś na kim bardzo zależy Twojemu znajomemu.
Wiesz kto. 
-Przeklęta Tower- warknąłem przez zaciśnięte zęby odjeżdżając na krześle w stronę regału w kącie gabinetu. Ściągnąłem z dolnej półki czarny segregator ze znakiem Senatu i wróciłem do biurka.
-Znasz ją?- Zaczął zaskoczony.
-Kogo porwała?
-Moją córkę- odparł grobowo.
Powoli otworzyłem segregator i zagłębiłem się w lekturze.
***
-Są dwie opcje- oznajmiłem zamykając z trzaskiem segregator.- Przepraszam na chwilę- dodałem wychodząc.
Akurat szczęśliwie się złożyło, bo tuzza drzwiami wpadłem na Deere'a.
-James, jest sprawa.
-No, nawijaj; Przewodniczący- rzucił krótko.
Wyjaśniłem mu; o co lata. Bursztynowooki zamyślił się na chwilę.
-Nie liczyłbym na to, że będzie w budzie Senatu, obstawiłbym raczej Dom Klanu na East End.
-Masz namiary?- Z kieszeni wydobyłem długopis i na wnętrzu dłoni zanotował em adres.
|•••|
-Donnowan!- Forest wyciągnął rękę; zeby mnie zatrzymać, ale szedłem daled- Donnowann, gdzie ty mnie znowu wleczesz?.
-Do zbrojowni- burknąłem nie zatrzymując się.
-Po co? Mam...
-Broń, którą można ich tylko wkurzyć- raptem przystanąłem i odwróciłem się w jego stronę.
-Przewodniczący, kto nie jest jednym z nas nie może- do rozmowy wtrącił się kobiecy głos.
-Spokojnie, pani Sekretarz. Ze mną nic mu nie grozi- uspokoiłem.
-W Imię Anioła..- zaczęła z irytacją. Pewnie uznawała mnie jeszcze za nierozgarniętego szczawia.
-Właśnie: w Imie Anioła nie pozwolę tym brudasom zrobić krzywdy małemu dziecku- rzuciłem lodowato, mijając ją szybkim krokiem. Pchnąłem ciężkie metalowe drzwi z wytłoczonymi w nich dwoma skrzyżowanymi sztyletami nad- znakiem Zrzeszenia- Księżycow Różą.

Nasze kroki odbijały się echem w ogromnym pustym pomieszczeniu pełnym różnorodnej broni w sciennychgaleriach i szeregach stojaków po obu naszych stronach. Forest rozglądał się z niemałym zaciekawieniem.
-"Kto chwali Anioła, udźwignąć Ją zdoła"- zacytowałem z tęsknym westchnieniem.- Gdyby tylko nie było to pancerne szkło- mruknąłem sięgając po sztylety. Jemu rzuciłem dwa pistolety, kilka magazynków i kindżał, a sobie wziąłem piękny laurys.
-Co to ma być, do...- Zaczął oburzony.
-Przesłuchania zostaw sobie na potem- przerwałem mu nieco złośliwie.- Pieprzeni Arystokraci, kurwa ich mać.- Co jest grane?- Zaskoczony obejrzałem się na stojącego przy 'ścianie zasłużonych' policjanta.
-To niemożliwe- wyszeptał niemal, gapiąc się na jedno ze zdjęć.
-Grace Janett Sobiesky, herbu Janina; łowca stopnia ósmego. Zginęła podczas 'Ósmej nocy".
-Była moją matką..
-Dziwi cię szlacheckie pochodzenie?- Uniosłem brwi .
-Ojciec twierdził, że ona nadal żyje. Nie powiedział, że była.. Że w ogóle o was wie..
-Pakt Milczenia. Osoby niezwiązane z naszym zawodem składają specjalną przysięgę- wyjaśniłem idąc dalej.
-Ile jeszcze o tobie nie wiem, Donovann?- Zniecierpliwił się.
-Wiesz tyle, na ile jesteś gotów, Forest. Kiedyś to ogarniesz- odparłem widząc, że wściekły próbuje mi przerwać. Powoli zamknął usta i bez słowa poszedł za mną.