Kiedy pchnąłem drzwi, rozmowy w środku ucichły. Łowcy i wilki siedzieli w milczeniu pochyleni nad dokumentami. Deere uniósł wzrok i spojrzał na mnie pytająco. Skinąłem.
-Ktoś z łowców zgłasza jakąś sprawę, nim zagłosujemy?- Siadajc rozejrzałem się. Wszyscy kręcili odmownie głowami.- Czy przedstawiciele Lupus Carceris chcą się jeszcze wypowiedzieć?
-Ja chcę..- odezwał się głos od drzwi.
Jace drgnął i zwrócił oczy na postać stojąca w progu i opierającą się o wnękę.
Był to Kyle Stevens. Jace zerwał się na równe nogi.
-Dlaczego nie powiedziałeś mi prawdy?- Kyle był ranny, półprzytomny i chciał się na nogach.
Schwarz patrzył nań z rozchylonymi ustami. Szybko ruszył w stronę rannego i złapał upadającego chłopaka, w którego plecach tkwiła rękojeść sztyletu.
***
Jace maszerował w tę i spowrotem przed "salą szpitalną"; jak zwaliśmy skrzydło, w którym po bitwie dochodzili do siebie ranni łowcy i likantropy. W jego twarzy i oczach było widać zarówno ulgę, że Kyle jest żywy, oraz troskę i zdenerwowanie.
Już od czterech godzin czekaliśmy na jakiekolwiek informacje o stanie Kyle'a.
-Coś jest nie tak- Schwarz nadal krążył po szerokim korytarzu.- Coś jest nie tak- powtarzał tonem pełnym strachu i niepokoju.
Przyłożyłem ucho do rzeźbionej deski drzwi.
-Uciskaj, Tyrone- usłyszałem głos jednego z łowców.
-Dawaj, młody..- wymamrotała jedną z Pretorianek.- Carlisle musimy go wybudzić..
-Nie teraz- rzucił ostro pierwszy z męskich głosów.- Wyciągam nóż..- cisza, którą przerwał przeraźliwy na pół wilczy skowyt bólu.
Odskoczyłem od drzwi, jak oparzony.
-Leż spokojnie. Tyrone podaj morfinę.
Krzątanina.
-Idzie, zaraz poczujesz się lepiej, chłopie- rzucił Angello zapewne do Kyle'a, a krzyki powoli ucichły.
Jeden z łowców wyszedł z pokoju.
-Co z nim?- Zapytał drżący z nerwów Jace, podchodząc szybko.
-Ostrze ominęło serce, rana nie jest rozległa, ale będzie się dłużej goić- odparł ochrypły głos.
Łowcą i naszym rozmówcą był Carlisle Brand. Szczupły, umięśniony łysol o bladoniebieskich oczach. Z wykształcenia lekarz.
-Co to było za ostrze?- Zapytał cicho Jace.
-Broń wampirów- odparł Carlisle, a zza drzwi rozległy się kolejne przepełnione bólem wrzaski.- Muszę do niego wrócić- dodał znikające za drzwiami.
Wrzaski Stevensa ucichły dopiero, gdy został nafaszerowany lekami przeciwbólowymi. Poprosił także o coś na sen.
Teraz spał spokojnie, a czuwali przy nim na zmianę Carlisle z Jace'em.
Idąc do gabinetu zacząłem rozpinać ciężką czarno kobaltową bluzę Widoczne były na niej plamy krwi, krwawego błota i cholera wie co jeszcze.
Jutro mieliśmy pochować poległych w walce łowców i wilki. Większość z nich życzyła sobie tradycyjnego pogrzebu, a mianowicie spalenia na stosie na rzece. Pretoria również miała taką tradycję.
Padłem na fotel rzucając bluzę w kąt. Byłem cholernie zmęczony..
-Zamierzasz spać przy biurku, Donovann?- Zapytał Forest.
-Nie mam sił dowlec się do łóżka, więc się odwal- burknąłem już w półśnie. Poczułem szarpnięcie w górę.- Co ty, do cholery, odpierdalasz??- Otworzyłem szeroko oczy.
-Eksmituję cię do spania- odparł wzruszając ramionami. Wyniósł mnie z gabinetu i skierował się do mojej sypialni.
-Postaw mnie, ćwoku..- burknąłem z niemałą irytacją.
-Spokojnie, dzieciuchu- prychnął z trudem wstrzymując się od śmiechu. WreaWres stanąłem na własnych nogach i szturchnąłem go mocno.
-Palant- burknąłem z wyrzutem.
-Dzieciuch- odciął się, ale nagle spoważniał.- Wydaje mi się, że ten Jace cię potrzebuje.
-Jace?- Spojrzałem nań jak na czubka.- Jace nie potrzebuje nikogo.
-Skąd możesz to wiedzieć?- Zdziwił się.
-Bo go znam. Obaj za sobą nie przepadamy, a nawet mamy ochotę się czasem pozabijać- rzuciłem z ironią.
-Też miałem kiedyś dziewiętnaście lat, Donovann- Forest wychodząc pomachał mi na pożegnanie.
Tej nocy, mimo potwornego zmęczenia, nie mogłem zasnąć. Wpatrzony w sufit rozmyślałem, a przed oczami przesuwały się sceny bitwy z Rządowymi.
I to wspomnienie, gdy podczas walki szukałem ze zdenerwowaniem Forest'a oraz tę ulgę; kiedy pojawił się tuż obok ratując mnie przed pijawą.
Czemu w ogóle go wtedy szukałem? Z jakiego powodu się martwiłem?
Czemu coraz częściej myślę o nim, jako o swoim partnerze..???
-Co tu jest, kurwa, grane?- Mruknąłem z zastanowieniem do siebie.
Zupełnie nic, a nic nie potrafiłem z tego zrozumieć- Forest był dla mnie kimś kompletnie obcym i osobą, której serdecznie nie znosiłem, a jednak jakaś część mnie potrafiła mu zaufać, traktować jako kogoś ze swoich. Mimo, że nie był jeszcze Zaprzysiężonym Łowcą, troszczyła się o niego.
Poranek następnego dnia..
-Jack... Hej, Golden retriever- ktoś lekko mnie szturchnął.
Powoli otworzyłem oczy i klnąc soczyście wybiłem się z łóżka, jak z procy i robiąc salto wylądowałem tuż za siedzącym na krześle Stevens'em przygotowany do walki.
-Ludzie.. No, co jest z wami...??- Wypaliłem niecierpliwie.
-Wyluzuj, chciałem tylko pogadać- odparł obronnym tonem.
-Nie musiałeś mnie od razu straszyć..
Kyle otworzył usta, ale zanim zdążył odpowiedzieć na horyzoncie pojawił się Tyrone Angello.
-Przewodniczący, kolejne ataki i zaginięcia- rzucił z pokaźną teczką w palcach.
-Gabinet- rzuciłem wymownie.
Damén czekał już z tacą, na której stały mocna kawa i śniadanie. Padłem na fotel biorąc teczkę. Pogryzając croissanta zacząłem czytać.
-Większość zaginięć na terytorium Tower East Endzie- mruknąłem pogrążony w papierach. Odkładając dokumenty napiłem się kawy i zacząłem stukać w klawiaturę laptopa.- Rada dziś przed kolacją. Cześć, Jace.
-W porządku- rzucił Tyrone wychodząc.
-Cześć, mamy coś?- Zapytał Schwarz.
-Chciałem pogadać, siadaj..
-O czym?- Zapytał z nutą wahania Jace.
-Jako Centurion naprawdę chcesz Paktu między nami?- Zapytałem bardzo ostrożnie.
Kyle spojrzał na mnie dziwnie, a Jace zdawał się zaskoczony.
-Pakt obowiązywał od zawsze, czemu miałbym go nie chcieć?- Zdziwił się.
W milczeniu przesunąłem ku niemu ostatni dokument Porozumienia. Zaczął czytać.
-Przecież wszyscy o tym wiedzą. Niezarejestrowane watahy są pod bezpośrednią kontrolą Lupus Carceris, jeśli ktoś się nie kontroluje zostaje wcielony do Pretorii- wzruszył ramionami.
-Czytaj dalej- powiedziałem cicho.
Chodziło mi o punkt 18c, o następującej treści:
"•18c) Centurion w/w organizacji ma obowiązek przedłożenia Związkowi Stowarzyszenia miesięcznej listy niebezpiecznych lub poszukiwanych likantropów"
-Wiem o tym, Donovann- odezwał się w końcu oddając mi papier.- Łowcy polują nie tylko na krwiopijców. Niektóre wilki też bywają niebezpieczne. Jeśli któryś z nas stwarza zagrożenie, a jest poza terenami Straży, sprawa automatycznie trafia do was.
-Chronić ludzi, strzec tajemnicy, słuchać Alfy- wyrecytował Kyle, jakby to była jakaś mantra.
-Strzec tajemnicy- powtórzył twardo Schwarz.- Dlatego niektórzy nazywają nas Podziemnymi, a ludzie nawet nie mają pojęcia o naszym istnieniu- dodał wolno.
-To tak, jakbyś sprzedał kogoś ze swoich- stwierdziłem przyglądając mu się.
Jonathan Cristopher Schwarz zmierzył mnie długim, zamyślonym spojrzeniem.
-Prawa Pretorii są czasem okrutne, ale wilki nie mające nad sobą jakiejkolwiek władzy są pozbawione samokontroli, są.. Z biegiem czasu tracą swoje człowieczeństwo; Donovann- odezwał się ponuro.- Gdyby nie Lupus Carceris, większość rekrutów skończyłaby w ten sposób. To tak samo, jakby łowca z dnia na dzień porzucił Zawód.
-Nie znam osoby, która bez powodu odeszła że Zrzeszenia, Centurionie Schwarz- odezwał się od drzwi Morgenstern.
-Pomijając Wyklętych.
-Wyklęci sami sobie na to zasłużyli. Działając wbrew prawu ukręcili na siebie bat- oznajmił spokojnie, lecz z lekkim niezadowoleniem Mistrz.
Przymknąłem na chwilę oczy rozmyślając.
-Jeśli -Senat dotrze do tych osób..- Z faksu wyskoczyła kartka; wziąłem ją i przebiegłem wzrokiem po druku.- Mhm. Będziemy walczyć nie tylko z pijawami, ale i z łowcami.
- Pozbawionymi praw do wykonywania zawodu- poprawił jednooki z dziwnym wyrazem twarzy.
-Mimo to są wyszkoleni i niebezpieczni. To broń obosieczna..
-Cave me Domine ab amico; ab inimico vero me ipse cavebo- odezwał się Kyle.
Uniosłem brwi zaskoczony.
-Strzeż mnie Panie przed przyjaciółmi, z wrogami sam dam sobie radę- przetłumaczył Damén widząc moje zdziwienie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz