***
Zza okna mignęły światła samochodu...
Blondynka w akcie desperacji spróbowała wyrwać się z chwytu Forest'a. Przyciągnął ją mocno, a chwilę później jej twarz zderzyła się z blatem biurka.
-Chyba na serio was nienawidzę- zauważył powoli, przyciągając ją spowrotem do siebie.
W drzwiach stały już trzy postacie odziane w granatowe stroje z pelerynami. Środkowa kapuca opadła, odsłaniając śnieżnobiałą kobiecą twarz o włoskich rysach. Włosy w barwie mlecznej czekolady spięte były w ciasny kok.
-Jest tak, jak sądziliśmy, Przewodniczący- wchodząc nie zaszczyciła Krzyżanowskiej nawet spojrzeniem, lecz skinęła na powitanie mojemu partnerowi.
Przymknąłem na chwilę oczy. Ta myśl nadal szumiała mi w głowie, jakby prosiła się o wypowiedzenie jej na głos.
-Coś jeszcze się wydarzyło?- Zanim zdążyłem skończyć pytanie do gabinetu jak wicher wpadła Cindy.
-Senat zaatakował Pretorię- wysapała.
Zobaczyłem wbite we mnie ciemne oczy Max'a.
-Wszyscy przeszkoleni łowcy do broni- podszedłem do ściany i zdjałem z haków laurys.
Cin wybiegła i popędziła schodami.
×××××
Przebrany w czarno kobaltowe stroje tłum łowczych krążył po pomieszczeniu, w którym zgromadzono różnego rodzaju broń. Wraz z Forest'em lawirowałem pośród znajomych twarzy; zabierając między innymi sztylety, bat...
Nagle Obaj wyciągnęliśmy ręce w stronę stojaka z dwoma mieczami w czarnych pochwach ze smokiem na jelcu..
-W naszej społeczności nic nie dzieje się przez przypadek- usłyszałem nagle słowa z przeszłości. Nie pamiętam już, kto je powiedział; ale moje życie- od tamtego "piwa" z Michaelem do teraz- diametralnie się zmieniło. Kiedyś osoba stojąca tuż obok bez mrugnięcia za kolejną zadymę wpakowałaby mnie do poprawczaka, a dziś Obaj stoimy w budynku okrytej tajemnicą organizacji zrzeszającej ludzi zawodowo zajmujących się zabijaniem.
Mitycznych Łowców Wampirów znanych tylko z opowiadań i historii o demonach.
-Bierz. I tak nie lubię mieczy- skłamałem z niechęcią.
-Daj spokój- żachnął się Forest wciskając mi w palce mniejsze i poręczniejsze ostrze.
-Orientem- odczytał szeptem wysuwając lekko broń z pochwy.
-Na nieskończoną cierpliwość Świętego Anioła; jak ty mnie czasem wkurwiasz, człowieku..- zacisnąłem dłoń na pochwie w kolorze węgla. Bez namysłu wysunąłem go delikatnie.
Na moim widniał pochyłp napis Occidentis. Był wygrawerowany na klindze, tuż nad jelcem i wpisany w jęzor ognia.
RuszhRuszy ku wyjściu ze zbrojowni, gdy z moich ust wyszło:
-Chwała Aniołowi!- Nie wiem, co mnie: ateistę, podkusiło; by to powiedzieć.
-A Jego Dzieciom oręż!- Rozległ się chór głosów za mną.
Potem słyszalny był tylko stuk naszych butów.
***
Kwadrans zajęło nam dotarcie do budynku Lupus Carceris, który z daleka oświetlony był łuną pożaru.
-Pretoria płonie- usłyszałem za sobą wyskakując z busa.
Sekundę później tuż przed oczami mignęło mi ostrze, a szczerzący kły wampir padł na ziemię zmieniając się w kupkę piachu.
-Chyba nadal nie wiesz, w co nas pakujesz- stwierdził malachitowooki powoli opuszczając miecz.
-Jakich nas?- Spojrzałem nań z boku zdumiony.
-Ktoś musi cię pilnować, szczeniaku- odparł spoglądając na mnie z ukosa.
Niby zabrzmiało to złośliwie, ale w tamtej chwili był dla mnie kimś więcej, niż tylko "Psiarskim".
-Wypchaj się. Taki że mnie szczeniak, jak z ciebie pies- odszczeknąłem się ruszając w stronę palącego się budynku.
Z dużą prędkością minęło mnie wielkie i rude wilcze cielsko z przypaloną blizną po srebrnym nożu i skoczyło do ataku na najbliższego z Rządowych.
W ostatniej chwili sam zrobiłem unik przed uzbrojonym wampirem i przebiłem go ostrzem.
***
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz