poniedziałek, 28 maja 2018

Hunter III Curse XXVI: Komplikacje.

Wsunęłam telefon do kieszeni i znów zapieprzyłam butem w blachę.
-Co mnie powstrzymało od załatwienia tego brudnego ścierwa?.- Warknęłam z wściekłością.- Brudasy... Uch, kurwa!
-Co się stało, że jesteś taka wnerwiona?- Zdziwił się Cristopher. Wpadł na kogoś.
-Jak leziesz; cholerna ofermo?.- Syknął zaczepnie głos.
Rafael.
Odsunęłam szybko Cristophera i zaszłam Krzyżanowskiemu drogę.
-Zjeżdżaj, Raven- odparł mierząc mnie pogardliwym spojrzeniem. Chciał mnie minąć, ale nie pozwoliłam mu na to.
-Zamierzasz prysnąć, brudasie?- Zapytałam  lodowato.
-Nie twój interes, łowczyni- odwarknął odpychając mnie.
Zareagowałam zupełnie odruchowo i zwinąwszy dłoń w pięść wyprowadziłam ręką zamach.
Krzyżanowski cofnął się, a po chwili zjechał po słupie na chodnik.
-Ty brudna wampirza hieno!- Warknęłam tłukąc go.- Sprzedajna dwulicowa szujo- dostał kolejnego strzała.- Vain cię wypuściła, czy zwiałeś?
-Nie twój interes, więc się pierdol; żałosny poziomie D- odparował wściekle, odsłaniając kły.
W mojej dłoni pojawił się pistolet. Postrzeliłam go w ramię.
-Nie pyskuj, tylko szczekaj, psie- znów kopniak, tym razem w twarz.
-Skąd ona ma broń??
-Pilnuj, żeby nie przeszkadzał mi w robocie- rzuciłam przez ramię do Tori.
Usłyszałam za sobą kroki.
-Jezu... Znowu nas wyprzedziłaś; Kruk- jęknął zawiedziony Horse.
-Możesz się przywitać, nie ma sprawy- odparłam obojętnie.
-Czyli już słyszałaś- stwierdził kopiąc leżącego.
-Angello mnie poinformował- wyjaśniłam.- Co ten śmieć tu robi?
-Zwiał tym przygłupim krwiopijcom od Vain. Jest mega wściekła. Powiedziała Angello, że jeśli znajdziemy zbiega to... Urwie mu łeb.- Nachylił się i szepnął.- Dodała też, że zlikwiduje cały ród tego śmiecia..
-Znowu mamy w cholerę roboty, hm?- Spytał Romanow związując Rafaela.
-Co tak pachnie?- Zdziwił się Cristopher.
-A to kto?- Spytał Vładimir nieufnie.
-Przyjezdny, nic nie czai- odparłam obojętnie.
-Realista, w sensie?- Dopytywał.
-Czy realista nie wiem; a o to nawet nie pytam, to wasze sprawy. Wyjebane mam na to- powiedział zszokowany Cristopher.- Co to za zapach?
-Ja pierdolę... Cuchnie gorzej, niż on- jęknęłam z ironią.- Jak ja nie lubię werbeny...
-Już go zwijamy. Nie denerwujmy abstynenta.. „Soczku”?- Rzucił machając mi butelką przed nosem.
-Weź się.. Dzięki, ryju- rzuciłam pieszczotliwie odbierając od niego butelkę.
-To narazicho- rzucili.
-Chwała Aniołowi.
-A Jego dzieciom oręż- rzucili idąc do ciemnego Mercedesa, z wnętrza którego pomachał mi Mistrz.
-Wyżyłam się. Możemy wpaść na drinka- skwitowałam.
***
Pub "Gruba Berta".
-Trzy razy "Anielski Młot"- rzuciłam siadając przy barze.
-I raz "Diabelski Młyn"; cześć brygada- rzucił Paul dosiadając się do baru.
-Jak sprzeczka z Jamesem?- Rzuciłam z ironią.
-Gdyby nie Damon doskoczylibyśmy sobie do gardeł- westchnął.- Skończyło się bez większej bójki. Dzięki- rzucił do barmanki.- A jak w Stowarzyszeniu?
-Jednym słowem? Sajgon- rzuciłam z ironią.- Za półtorej godziny zbiera się Rada, a w większości mamy poszlaki i domysły. To w sumie tyle. A jak w sforze?
W tym momencie telewizor w barze przerwał mecz, rozległy się przekleństwa i zawiedzione jęki.
-Przerywamy program. Tu specjalne wydanie wiadomości, Kanał Czwarty. W lesie na wschodzie miasta Fallen miał miejsce wypadek drogowy. Samochód transmisyjny naszej stacji uderzył w olbrzymiego wilka.
Paul omal nie udławił się kolorowym drinkiem.
Zaraz rozległy się przekleństwa i niepochlebne komentarze klientów baru.
-Cholerne sępy, nie mają już co zmyślać- prychnął jeden z miejscowych.
-Materiał się wyczerpał, czy co? Oddajcie mecz, a nie przynudzacie.
-Ale pierdoły..- skomentowała jakaś kobieta znudzonym tonem.- Tu wielkie wilki, tam wielkie wilki... Taa, a Yeti i Nessie istnieją- dorzuciła z sarkazmem, przechylając do ust kieliszek czystej.
-Nikt już nie wierzy w takie bajki- odezwał się z namysłem milczący dotąd Cristopher.
-Skąd wiesz, że to bajki?- Zapytał z wahaniem Paul.
-Po prostu wiem. Te świry stale coś filmują- stwierdził z przekonaniem blondyn.- Jeśli jest w tym jakaś prawda, to świnie latają- dorzucił z przekąsem. Obracając na kontuarze ozdobną szklaneczkę, mieszał w niej parasolką.
-Aż taki z ciebie sceptyk?- Spytałam powoli.
-Sceptyk? Po prostu myślę, że wszystko da się wyjaśnić, bez wyolbrzymiania faktów. Zwyczajnie robią z igły widły- Cristopher wzruszył ramionami, pijąc drinka.
Poszły dyskretne, lecz porozumiewawcze kopniaki.
-Może lepiej, żeby nie wiedział?- Szepnęła mi do ucha Tori.
-Może..- duszkiem wypiłam drinka i spojrzałam na zegarek.- Muszę jeszcze zrobić papierologię- dodałam zeskakując ze stołka.- Cześć, tymczasem- rzuciłam na pożegnanie.
Tori Miles; Królowa Ogólniaka. 
Wiedziałam, że z jakiegoś powodu Callisto jest bardzo nieufna i podejrzliwa wobec Cristophera. Paul też przez chwilę, gdy patrzył na rozglądającego się po barze blondyna miał podejrzliwy wyraz twarzy.
-Myślisz o tym samym, co ja?- Spytałam.
-Szczurzy Ogon- odparł  twierdząco.
|•••|
Przy wyjściu z baru pożegnaliśmy się z Cristopherem. Seth jakby znalazł się znikąd.
-Co tam?- Spytał przyciszonym głosem.
-Szczurzy Ogon- odezwał się Paul.
-Kto jest obiektem?- Zapytał rzeczowo Seth.
-Widzisz tego kolesia z aparatem po drugiej stronie ulicy?- Seth strzelił wzrokiem w stronę chłopaka, po czym skinął.
-Wiecie coś na jego temat?- Zapytał.
-Przedstawił się jako Cristopher, mówił, że pochodzi z Londynu, a teraz mieszka w Horsetown. Podobno lubi robić zdjęcia i studiuje- opowiedziałam pokrótce.
-Co w tym dziwnego?- Zapytał wolno.
-Kto interesujący się ogólnie fotografią robi zdjęcia tylko jednej osobie?- Spytałam.
-Kogo fotografuje?- Zapytał, jakby uznał to za ważne.
-Callisto Raven- odparliśmy.
-Łapię. Zabieram się za niego- odparł. Widząc, że Cristopher patrzy na nas przechodząc rzucił:
-To, cześć; Kotku- rzucił dając mi lekkiego całusa w usta, objął mnie; jak swoją dziewczynę. Załapałam jego grę.
-Cześć, Misiaku.. Będę późno w domku- odparłam uspokajająco.
-Nara, Tanner- rzucił do Paula i ruszył swoją drogą.
-Kotku?- Zdziwił się Paul.
-Mamy drugiego "Vincenta Rodrigueza" i tylko my wiemy który z nich jest prawdziwy- szepnęłam konspiracyjnie.
-Nie łapię- odparł, gdy wsiedliśmy do szarej Mazdy.
-Element zaskoczenia, na wypadek gdyby spotkał mojego Vincenta. Skołujemy go i może sam siebie sypnie- wyjaśniłam, gdy włączał się do ruchu.
-Thrilllery szpiegowskie to nie do końca moje klimaty, ale wierzę, że wiecie; co robicie- uśmiechnął się z otuchą.
-Miejmy nadzieję, że to nie fałszywy trop- przyznałam z westchnieniem.
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
Budynek Stowarzyszenia, kwadrans później.
-Piszesz raport?- Rzucił Jacob wchodząc do pokoju.
-Właśnie się zabieram; Podkowa- odparłam siadając przy biurku. Wyciągnęłam z szafki druk raportu i pióro.-Pomożecie mi i podpiszecie potem?- Zapytałam widząc w drzwiach Władię.
-Nie ma problemu- odparł krótko Vładimir.

"Wampir jest ranny ale przytomny. Został doprowadzony do celi, ale odmawia składania zeznań.
Podpisano:
Callisto Anabelle Tyler, herbu Kruk
Vładimir Michaił Romanow
Jacob Thomas Horse, herbu Podkowa"- tak brzmiał koniec raportu.
-Vain zostaje na Radzie?
-Prawdopodobnie. Wspominała coś o procesie tego brudasa- odparł Jacob.
-Czyli sytuacja robi się nerwowa..
-Jeszcze jak- potwierdził Vładimir.- Wszyscy zaczynają gadać i wymyślać coraz lepsze teorie spiskowe.
-Kto teraz przewodzi w Związku?
-Nasz matematyk, był zastępcą Salvator'a- odparł Jacob.
Rozmowa na chwilę się urwała, a ja pogrążyłam się w myślach.
-Coś mnie zastanawia.. Salvator był jednym z najlepszych w Zawodzie i zawsze był przygotowany na wszystko.
-Cholerny pedancik- prychnął złośliwie Romanow.
-Pedant nie zostawiłby po sobie takiego bajzlu. To niepodobne do niego- zauważyłam zamyślona.
-Ty chyba nie myślisz, że mógł TO zrobić??- Zapytali równocześnie.
Mówiąc "to", pytali o list. W społeczności Zrzeszonych Łowców istniała pewna tradycja: każdy przewodniczący- nieważne, czy chodzi o sam Związek, czy Kwaterę Główną w razie nagłej śmierci miał przygotowany List Nominacyjny. Był to jeden dokumentów nie do sfałszowania, ponieważ pisano go w języku watykańskim i był opatrzony trzema woskowymi pieczęciami: papieską, stowarzyszeniową i rodową łowcy, który był przewodniczącym. Poza tym papier również nie był taki zwyczajny, bo ozdobna obramówka była znakiem wodnym, w którym były litery. Na obu bokach i górze tworzyły imiona trzech Łowczych Patronów, Aniołów: Michała, Suriela i Razjela (od dewizy Związku: „Jedność, Prawda, Tajemnica”), natomiast dolne litery składały się w łacińskie słowa «Signo victoriam Tenebris», przy czym litera "T" była rysunkiem wagi szalowej.
Widziałam ten list tylko raz, przypadkiem. Przyniosłam wówczas kilka raportów do gabinetu przewodniczącego, gdy był zajęty owym dokumentem. Do dziś nie mam pojęcia, kogo wyznaczył na swojego następcę i czasem się nad tym zastanawiam. Nigdy nie odważyłam się zapytać- zresztą, nawet, gdybym to zrobiła; nie zdradziłby mi tego sekretu.
-To tylko przypuszczenia. Może ta kobieta, z którą widział się w dniu swej śmierci coś wie.
Pukanie we framugę. Zwróciłam pytający wzrok na drzwi, w których stał Lucas Lockwood.
-Callisto, przewodniczący prosi na słówko.
-Rozumiem, jest u siebie?- Wstając wzięłam druk raportu.
-Taa- rzucił znikając w korytarzu.
-Komu w drogę, temu trampki. Do zobaczenia na Radzie- rzuciłam.

Idąc do gabinetu przewodniczącego, rozmyślałam o czym Angello chce porozmawiać. Zastanawiało mnie również, czy nie za wcześnie wysuwam wnioski i, czy moja intuicja się nie myli.
Przystanęłam przed drzwiami i zapukałam.
-Wejdź, Kruk- rzucił ze zmęczeniem Angello.
-Wzywałeś mnie, Angello- w tym momencie zauważyłam starszą kobietę, koło siedemdziesiątki.- Dobry wieczór..- powitałam ją uprzejmie.
-Dobry wieczór- odparła dziwnie urażonym tonem. Jakby nie podobało jej się, że chciałam być taktowna.
Nie. Bardziej nie pasowało jej, że musiała się przywitać z pijawą.
-Tak, Callisto.. Siadaj- rzucił wskazując mi miękkie krzesło.
-Raport z dzisiaj- rzuciłam podając mu papier.
-Zatem, mówisz; że Cristian zachowywał się wtedy dziwnie?- Podjął Angello przerwaną rozmowę.
-Jakby nie do końca był sobą; mówiąc w skrócie- oznajmiła kobieta- w pewnej chwili myślałam, że kompletnie oszalał..- Angello nie przerywał.- Rozmawialiśmy całkiem normalnie, do momentu; gdy zaczął nucić piosenkę-zagadkę, której nauczył go ojciec- urwała nagle.
-Rzeczywiście niepokojące- przyznał Angello.
Raczej tajemnicze- przemknęło mi przez myśl.
-Niepokojące? To było.. Wręcz przerażajace- zauważyła.
-A może ktoś go obserwował? Może domyślił się, że jest śledzony?- Wypaliłam niespodziewanie.
Ktoś oprócz, Lucasa- dodałam w myślach.
Ciemnoszare oczy spojrzały na mnie z boku uważnie i jakby z zastanowieniem.
-Cristian? Śledzony?Niemożliwe- odparła bez przekonania.
Zapadła długa cisza.
-Podał mi też tę kartkę- wyciągnęła z kieszeni świstek.
-Nie wyjaśnił, czym są te cyfry?- Zapytał Angello wolno, spisując zeznanie.
-Nie. Może chciał, ale nie zdążył- zauważyła cicho.

Piosenka-zagadka, cyfry, dziwne zachowanie Salvator'a i jego tajemniczy drugi ogon... 

Postanowiłam przejrzeć jeszcze raz nagranie z hotelowych kamer, które mam od Lucasa.
I, czy osoba Cristophera ma gdzieś w tym jakieś miejsce?- W mojej głowie pojawiło się pytanie. Wydawało mi się, że gdzieś już widziałam tego całego Cristophera.
-Jeśli to wszystko, Angello chciałabym już jechać. Policja też wzywa mnie na przesłuchanie- zauważyła nieco niechętnie.
-Tak, to wszystko. Dziękuję, pani Salvator..- po niebieskookim widać było zmęczenie.
-Zatem do widzenia- rzuciła wychodząc.
-Do widzenia- pożegnaliśmy się.
-Z jakiego powodu mnie wezwałeś, Angello?- Zapytałam rzeczowo.
Niebieskooki oparł się wygodniej o fotel i odezwał się:
-Coś mi w tym wszystkim nie pasuje- zaczął zamyślonym tonem, zdejmując okulary do czytania odłożył je na blat.
-To znaczy?- Zapytałam wolno.
-To dziwne, bo... Wydaje mi się, że Cristian zginął z jakiegoś konkretnego powodu- zauważył po namyśle.- Zresztą nigdy nie zostawiłby Stowarzyszenia Łowców w takim... Bałaganie- ujął po chwili.
-Tak też pomyślałam, że „Pedancik” nie wzięło się znikąd- zauważyłam.- Może ktoś go załatwił, bo za dużo wiedział..
-To bardzo prawdopodobne- przytaknął.- Albo coś wiedział, albo widział zbyt wiele i chciał sypnąć..
-Tylko co z tym świstkiem?- Zapytałam ostrożnie.
-Oto jest pytanie- westchnął ciężko.- Pomyślimy nad tym później.. Inne obowiązki wzywają.
-Nie jesteś zmęczony? Słabo wyglądasz, Angello- zauważyłam wstając.
-To nic takiego- uspokoił mnie, biorąc stos teczek.
Michael Tyler, uczeń trzeciej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Siedziałem przy laptopie czytając to wampirze forum, na które kiedyś natrafiłem, gdy zobaczyłem to.

Czerwony Cień, 
Poziom: nowicjusz; 
4444 punktów.

Nie wierzycie, że byłem tam tamtej nocy. [LINK] to dowód, że oni są niebezpieczni i nie można im ufać. To było siedemdziesiąt lat temu..- tu post nagle się urywa.

-Michael, wołałam cię na obiad- podskoczyłem słysząc za sobą głos ciotki Mary.
-Przepraszam, nie słyszałem- odparłem, szybkim kliknięciem zamykając przeglądarkę.- Lily śpi?
-Zasnęła. Zajrzałam do niej kwadrans temu- odparła nie bez uśmiechu.- Wyglądała tak słodziutko.
-Jakoś kiedyś nie podobało się wam, że chcę ożenić się z Cally- powiedziałem tak ostrożnie, jakbym stąpał po kruchym lodzie.
-Sam wiesz, że Armand chciałby dla ciebie jak najlepiej- oznajmiła cicho.
-Dlatego chciał wybierać za mnie?- Zapytałem ponuro.
-Och, to nie tak, Michael- odparła cierpliwie.- Każdy małżonek chce chronić swoje skarby. Tak jak wy chronicie Lily.
Taa. Jeszcze ten przytyk do Callisto. Oby tak dalej, to na bank się pokłócimy...
-Moja córka ma przerąbane już na starcie, przez te głupie lisopodobne bachory- burknąłem z bezsilną wściekłością.
Długa chwila milczenia.
-Myliłam się co do Callisto i przepraszam za to- powiedziała w końcu z żalem.
-A może przepraszasz, bo nie byłaś po mojej stronie, kiedy tego potrzebowałem?- Co się ze mną, do cholery, dzieje?.
-Wiem, że możesz być o to wściekły, ale nie musisz od razu traktować mnie, jak wroga.
-Jak wroga? Myślałem, że zawsze mogę na ciebie liczyć, ale jednak nie mogę...- urwałem widząc jej minę.
Nie wiem, co mnie napadło.
Wcale nie chciałem tego mówić. Co mi, do diaska, odbiło??
-Jesteś bardzo.. szczery- powiedziała starając się opanować drżenie głosu. W jej zielonych oczach szkliły się łzy.
-Ciociu ja... Nie chciałem..- zacząłem smutno, podchodząc, by ją objąć i pocieszyć.
-Nie, Michael..- Zabolało mnie to, że się odsunęła.- Nie przeprasza się za prawdę..
-To wcale nie tak.. Wcale tak nie myślę- zaprzeczyłem zły na siebie.

Jesteś zły, bo zawsze byłeś sam- skąd ten głos...?
To nieprawda!
Co się ze mną dzieje??
***
Obiad przebiegał w milczeniu. Przewracałem widelcem w spaghetti, rozmyślając, co jest ze mną nie w porządku. Westchnąłem ciężko do swoich myśli i zacząłem w końcu jeść.
Nie przeszkadzało mi, że jedzenie było już całkiem zimne. Byłem zbyt zamyślony, żeby się tym przejmować.
Jedno wiedziałem na pewno- działo się ze mną coś niepokojącego...

-Nie zwariowałem... Jeszcze nie zwariowałem- mruknąłem pochylony nad łóżeczkiem, gdzie spała moja córka.
Przesunąłem pieszczotliwie palcami po małej twarzyczce, zastanawiając się, czemu- zupełnie bez powodu- jestem taki sfrustrowany..
Drgnąłem czując paluszki Lily na swojej prawej dłoni. Mała całkiem rozbudzona uśmiechała się do mnie.
-Nie jesteś głodna, skarbeńku?- Spytałem biorąc małą na ręce.- No, przytul się do taty- szepnąłem tuląc moją Kruszynkę.
Jej rączka spoczęła na mojej twarzy, a w mojej głowie pojawił się obraz zatrzaskujących się czarnych drzwi.
-Co chcesz mi powiedzieć, skarbuś..?- Zacząłem zaskoczony, przyglądając się dziewczynce.
Lily patrzyła na mnie tymi swoimi dużymi oczkami, które po raz pierwszy błysnęły wampirzą czerwienią. Moja nieuzasadniona wściekłość zupełnie nagle wyparowała i poczułem, jakby z serca spadł mi tonowy głaz.
-Moja kochana półwampirzyca- rzuciłem z uczuciem obsypując córkę całusami, przytuliłem maleństwo.- Mój skarbuś najdroższy- szepnąłem pieszczotliwie.
Dziewczynka wsłuchiwała się w odgłosy zza uchylonego okna. Pokazała rączką w stronę szyby. Poszedłem z nią na rękach w tamtą stronę. Ciepły wiatr musnął lekko moją twarz, przymrużyłem  oczy chroniąc je przed blaskiem słońca.
Motyl wleciał do pokoju i wylądował na rączce Lily, która rozchyliła buzię, patrząc z zaciekawieniem na kolorowe skrzydełka. Zachichotała ucieszona, a kiedy motyl odfrunął przytknęła rączkę do mojego policzka i ukazała mi kolejny obrazek.
Callisto trzymającą ją na rękach.
-Chyba oboje strasznie za nią tęsknimy..- szepnąłem całując małą.
Przesuwające się paluszki dotknęły wisiorka na mojej szyi..
-Dlaczego ogień?- usłyszałem ten cudny głosik.
-To nasz znak rodzinny...- zacząłem.
-Ale... Czy nie pali wszystkiego na swojej drodze...?- Lily była bardzo mądrym półwampirzątkiem.
-Po ciemnej nocy wstaje świt- nie wiem, czemu powtórzyłem słowa Jean'a Féu- Tak samo po płomieniach wszystko odradza się silniejsze, skarbie.
-Ogień jest zły, bo zabija..- nie była do końca pewna tego, co mówi.
Ogień zabija wampiry. Pamiętasz, co zrobiła Stacia na polanie. Zniszczyła ich dusze, choć wątpię; żeby kiedykolwiek je mieli..- usłyszałem przez mgłę wspomnień słowa Cally.
-Jestem z Rodu Płomienia i nigdy nie pozwolę cię skrzywdzić. Nikomu- szepnąłem poważnie.
-Dlaczego tak bardzo chcesz o mnie walczyć, Daa?- To pytanie było takie... Irracjonalne. Bezsensowne.
-Jesteś moją córeczką.. Moim szczęściem, skarbie- ubierając dziewczynkę, obsypałem ją pocałunkami.
-Czym właściwie jest "szczęście"?- Jak na swój wiek była naprawdę inteligentna.
-Dla mnie „szczęściem” jesteście wy: ty i twoja mama.
-Kochasz Maa?
-Czy kocham? Tego się nie da tak po prostu opisać...- szepnąłem cicho.- No.. Gotowa na spacerek?
Zaczęła się bujać na łóżku i chichrać po swojemu. Nagle jednak spoważniała, a w moich myślach pojawiło się pytanie:
-Czemu dawałeś Maa swojej krwii?- Spytała moja mała Kruszynka.
Tak mnie zaskoczyła, że zapomniałem języka w gębie. Nie wiedziałem, skąd wie; że karmiłem Callisto..
-Chciałem tego..- odparłem zaskoczony, biorąc ją na ręce. Te niebieściutkie tęczówki patrzyły na mnie ze zdziwieniem.
-Ale.. Łowcy nienawidzą wampirów..- zawahała się przez chwilę.
-Twoja mama też jest łowcą, skarbie..
-A ja..? Ja też będę łowcą..?- Zapytała cichutko.
-Jeszcze nie wiemy..- odpowiedziałem zgodnie z prawdą, zapinając jej buciki.
Szczerze mówiąc nie chciałem, żeby Lily w przyszłości została łowcą. Nie miałaby zwykłego dzieciństwa, bo od najmłodszych lat musiałaby uczyć się władania bronią i dużo trenować.
-Nie powinienem zbyt dużo o tym myśleć..- mruknąłem.
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
Na zebraniu Rady trwały ożywione dyskusje, lecz sama nie miałam ochoty zbytnio się odzywać. Rozmyślałam, jak złożyć tę układankę. Brakowało tu kilku elementów- zwłaszcza najważniejszego: kto był zamieszany w zabójstwo Salvator'a i gdzie ta osoba się znajduje...
-Głowa Rodu Kruka dziwnie dziś milczy- zauważył Grey przyglądając mi się.
-Układanka jest niekompletna. Poza tym nie chcę nic mówić bez namysłu- zauważyłam wolno.- Wiemy jedno: Salvator zginął bo wiedział, albo widział za dużo. Dodatkowo musimy znaleźć sprawcę przed policją, co również nie będzie proste. W skrócie jesteśmy trzymani w szachu. To tyle, co chciałam powiedzieć, dziękuję- zakończyłam.

Czy jednak Cristopher ma z tym coś wspólnego...?
Miałam podstawy by go podejrzewać. Większość zdjęć które posiadał w pamięci aparatu przedstawiała nie tylko mnie, ale i osoby ściśle związane ze Stowarzyszeniem.
-Kim on, u diabła, jest...?- Mruknęłam w zastanowieniu, podpierając głowę na ręku.
Tuż po zebraniu. Nie miałam ochoty siedzieć w tych pustych czterech ścianach i rozmyślać. Potrzebowałam się przejść.
Wsunęłam słuchawki w uszy i wrzuciłam jakiś wolniejszy kawałek z playlisty.

Idąc chodnikiem, pogryzałam pianki zastanawiając się, jak rozwiązać tę zagadkę.
-Gdyby ten świstek do czegoś prowadził..- mruknęłam pogrążona w myślach, wchodząc na jezdnię, z zamiarem pójścia na drinka.
-Uważaj!- Padł okrzyk. Chwilę potem ktoś zmiótł mnie z nóg i oboje poturlaliśmy się na drugą stronę. Samochód trąbiąc wściekle odjechał.
-Mało brakowało...- skwitował chłopak, podnosząc się, otrzepał koszulkę.
-Dzięki- zignorowałam wyciągniętą dłoń i wstałam wolno.
-Radzisz sobie sama, jak widzę- stwierdził Cristopher nieco złośliwie.
-Staram się nie wciągać w mój bajzel osób trzecich- odparłam wzruszając ramionami.
Nagle ten dziwny dźwięk dzwonków...
Rozejrzałam się wokół niespokojnie.
Zupełnie odruchowo odepchnęłam Cristophera i odbiłam cios wampira.
-Miłe powitanie, Raven; herbu Kruk- rzucił znajomy głos.
-Chyba wiesz, kto ustala tu zasady; Syriusz- odparłam nie bez uśmiechu.
Syriusz Jade. Wampir poziomu B. Nomad. Niezwiązany z Rządem Wampirów.
Syriusz był wysokim na metr osiemdziesiąt czarnowłosym o ciemnoczerwonych oczach, ukrytych za stylowymi przeciwsłonecznymi okularami. Na przystojnej, pociągłej i niezwykle bladej twarzy z wąskim nosem i ustami błąkał się lekki uśmieszek. Posiadał dłonie o długich palcach, z wypielęgnowanymi paznokciami. Na lewej dłoni połyskiwała lazurytowa obrączka. Nosił tylko i wyłącznie drogie, dopasowane i czarne ubrania w stylu motocyklowym.
-Gdzie zostawiłeś swoją Bibi?- Spytałam z ironią.
-Bibi, skarbie?- Rzucił w przestrzeń.
Z knajpy tuż obok wybiegł jakiś facet, a tuż za nim wyleciała butelka pełna wina.
-To na wieczór?- Spytał Syriusz łapiąc pocisk. Obejrzał etykietę.- Darmowy Don Perignon?- Zdziwił się.
-Ohydne worki krwii- burknęła po francusku równie piękna, długowłosa blondynka o ciemnoszarych oczach. Wzrok Cristophera sunął za nią, a usta chłopaka były rozchylone z podziwu.
-Witaj, skarbie- rzuciła wieszając się na szyi Syriusza.- Kruk, jak miło.
-Mnie też w odwrotną stronę, Frei; nie ukrywajmy tego- zażartowałam, a czterej faceci tuż za Syriuszem buchnęli nieposkromionym rechotem.
-Słyszeliśmy kilka plotek- zauważył niski, muskularny i krótko obcięty blondyn, z tatuażem-wężem owiniętym wokół ramienia.
-Cuchnie zmokłym psem- skomentowała Bibi.
-Zależy, co słyszeliście- stwierdziłam.
-W skrócie?- Spytał leniwie Syriusz.- Salvator to trup. Thunder to trup, a Senat miesza się w nieswoje rzeczy: to tak z grubsza. Jeszcze do tego ta żmija, herbu Krzyż planuje coś ugrać na trupach.. Żałosne zagranie- skomentował niechętnie.
Cristopher, jakby sobie o czymś przypomniał ruszył z miejsca.
-Znasz go?- Syriusz ruchem głowy wskazał idącego chłopaka.
-Tylko z widzenia. Pląta mi się ostatnio pod nogami- stwierdziłam nieufnie.
-Właściwie, jaką masz do nas sprawę?- Spytał Syriusz.

-Współpracować z nimi? Chyba cię porąbało- zauważył oburzony.
-Też nie jestem jakoś przekonany. Cześć Callisto- rzucił Damon, przeskakując płot.
Skinęłam głową na powitanie, zwracając się do Syriusza:
-Musicie się jakoś dogadać- zza mnie dobył się wrogi warkot.
-Spokojnie, Shawn- rzucił krótko Damon.- Dla mnie to nie ma różnicy- dodał obojętnie.
-Mnie też wszystko jedno- Syriusz wzruszył ramionami.- Spłacam tylko dług.
-Czyli się dogadacie?- Spytałam z nadzieją.
-To już zależy od nich- ruchem głowy wskazał wilka z odsłoniętymi zębiskami.
***
Siedliśmy w knajpce i nad drinkami wprowadzaliśmy gromadę pijawek we wszelkie szczegóły.
-Kitsune...? Trudny przeciwnik- stwierdziła Bibi z namysłem, pociągnęła drinka przez słomkę, wyginając wargi w uśmiech wpatrzona w stolik naprzeciw naszego.
-Każdego da się pokonać- skwitował Alec, siedzący tuż obok Syriusza, krótkowłosy, błękitnooki blondyn.- Trzeba tylko starać się myśleć, jak oni.
-Taa, łatwiej powiedzieć; o wiele trudniej zrobić; Alec- rzuciłam z zastanowieniem.
Do knajpki weszła grupka nastolatków poubierana w koszulki z wielkim pomarańczowym napisem Tygrysy i tygrysim łbem w koronie, rozmawiając cicho między sobą.
-Czyżby znowu coś się stało?- Mruknął zaniepokojony Shawn.
-Co chcesz powiedzieć przez 'znowu'?- Zaczęła ostrożnie Bibi.
-Tygrysy Królowej Victorii zawsze mają coś nowego- odparłam, machając Vincentowi.- Przepraszam na chwilę..- rzuciłam wstając.

-Coś nowego?- Spytał.
-Robi się nieciekawie- odparłam wolno.- A wy czemu latacie w tygryskach?
-Hooch'owi odbiło i wpisał nas na zawody za miesiąc- odpowiedział niechętnie.- Poza tym nie podoba mi się ten koleś, którego obserwuje Seth.
To mogło oznaczać jedno.

Hetman na właściwym polu, Tori..

-Poza tym jest jeszcze ktoś inny- zauważył podejrzliwie.
-Czyli?
-Miecio twierdzi, że ten facet poluje na kitsune. Znalazł kilka żelaznych pocisków w dzielnicy slumsów. Widział jak Zetsubō dostał kilka kulek od tego faceta.
-Będzie dziś w okolicy?- Zaciekawiłam się.
Dzwoneczek obwieścił otwierające się drzwi. Stał w nich Miecio.
-O wilku mowa- stwierdziliśmy równocześnie.
-Siema- rzucił witając się z nami.

-Czyli mówisz, że ten facet poluje na kitsune.
-Czy tylko na kitsune, nie wiem- odparł wolno.- Planujemy z Trevorem przetrząsnąć mu chatę; może czegoś więcej się dowiemy.
-To legalne?- Zapytałam zaniepokojona.
-Nie, ale jakie ekscytujące- odparł wesoło Miecio.
Pokręciłam głową z niedowierzaniem.
-To szaleństwo- uciął Vincent.- Co, jak cię nakryje?- Zapytał rozsądnie.
-Jeszcze mało o mnie wiesz, Vincent. Wszyscy tu obecni zaryjecie szczękami w podłogę, zobaczycie- zarechotał i wypił kolejny kieliszek czystej.- To narazicho, muszę się przygotować- rzucił machając nam na pożegnanie.
-Co on, kurwa, kombinuje?- Zdumiał się Syriusz.
-Jak żyje nie zaryłam jadaczką o asfalt i na pewno jeszcze długo nie zaryję- stwierdziła Bibi z przekąsem.
-Musi mieć jakiś mega plan, nie ma innej opcji- zauważyli Vincent i Damon.
***
Późne popołudnie..
Szu! Szu! Dwóch chłopaków równocześnie przebiegło tuż obok mnie, wzbijając chmurę kurzu. Chwilę potem z rozpędu przesadzili płot.
Dostrzegłam jednego z nich.  Chwycił się wmurowanej w ścianę domu rurki i rozbujawszy się zahaczył stopą o jakieś żelastwo w górze. Minutę potem rozkładane metalowe schody pożarowe przechwycił Miecio.
-Na pewno nie ma Go na hawirze?- Spytał rzeczowo.
-Seth widział go ze swoim "obiektem badań". Ciekawe, skąd się znają- rzucił przyciszonym głosem chłopak.
-To mi się cholernie nie podoba- Miecio wparował na schody.- Ty podpytaj sąsiasów, ja wjadę mu na chatę. Widzimy się za równy kwadrans, ave- Miecio chwycił się framugi i wskoczył przez otwarte okno do mieszkania.
-Powodzenia, czubku- rzucił z troską tamten.

Wróć. Moment.
Cristopher zna tego faceta??!!

Dźwięk mojego Samsunga wyrywa mnie z szoku. Wyciągam telefon.
-Co tam, Miles?- Rzuciłam.
-U mnie, za dziesięć minut- Tori nigdy nie mówiła w ten sposób.
-Co jest grane?- Miałam przeczucie, że coś jest nie w porządku.
-Chodzi o Cristophera. Po prostu przyjdź, to nie rozmowa na telefon- oznajmiła.




czwartek, 24 maja 2018

Hunter III Curse Rozdział XXV Kitsune rozrabiają

Dziś przypadał dwudziesty szósty czerwca, festyn rodzinny. Jak na to zadupie, było kilka ciekawych atrakcji.
-O żesz ty, jaki byczy michu- jęknęła z podziwem Tori, gdy przechodziliśmy obok budki z obrotową tarczą.
-Dawno nie strzelałam w sumie- rzuciłam w zamyśleniu, przeciągając się z lubością.
Facet podał mi naładowaną wiatrówkę, a gdy oparłam kolbę broni na ramieniu rozkręcił tarczę z fantami.
Przymrużyłam oko a wskazujący palec oparł się na spuście. Spory tłum zebrał się wokół mnie i pilnującej chłopca w wózku,Tori, obserwując z ciekawością, co ustrzelę.
Oddychając spokojnie nacisnęłam spust broni. Padł strzał. Obracająca się tarcza zwolniła, a kilka uderzeń serca później zatrzymała się.
-Ma pani świetne oko- powiedział facet na równi ze zdumieniem i podziwem, wciskając mi w ręce olbrzymiego misia.
-Dzięki.. O, matko...- ugięłam się pod ciężarem białego pluszaka.
-Nie wierzę, że go ustrzeliłaś- stwierdziła zaskoczona szatynka.
-Mam chęć na jakieś dobre polowanie- rzuciłam z uśmiechem.
-Na co chcesz zapolować?- Zapytała z lekkim niepokojem.- Chyba nie na Nich??
-Bingo, laska- zarechotałam wesoło.
-Ty chyba zwariowałaś, Raven!.- Zaczęła wystraszona nie na żarty.
-Być może; ale muszę przynajmniej spróbować...- stwierdziłam.
-Czego spróbować, pani?- Zapytała tuż za nami Jane.
Wywróciłam oczami do Tori i odwróciłam się siadając na jakiejś ławce Towarzyszył jej Lucian.
-Miałam na myśli mmm wrzucenie czegoś na ząb- odparłam zupełnie niezmieszana.
Jane od dnia ślubu zaczęła nazywać mnie „panią”. Twierdziła, że skoro jestem żoną jej panicza, będzie to jak najbardziej odpowiednie zachowanie. Za to Lucian jakoś nie kwapił się by zwracać się do Michaela w równie tradycyjny sposób.
-W zasadzie możnaby coś przegryźć- zgodziła się płomiennooka, a Lucian bez słowa skierował się w stronę budki z żarciem.
-Czemu wysłałaś Luciana?- Zapytałam powoli.
-Nie powinien usłyszeć, że zamierzasz zrobić coś tak niebezpieczego i...
-Skrajnie głupiego..?- Wpadłam jej w słowo niechętnie.
-Właśnie- potwierdziła z wahaniem.- On się o ciebie martwi..
-Niepotrzebnie- powiedziałam cicho.- Nie musicie mnie pilnować dwadzieścia cztery na siedem. Naprawdę potrafię o siebie zadbać- zauważyłam z naciskiem.
-W to nie wątpię, ale panicz prosił bym miała na ciebie oko- przyznała poważnie.
-Cały Michael..- westchnęłam ciężko.
-Szczerze mówiąc Jeckyll ma rację- powiedziała Tori chwytając mnie za rękę, ścisnęła ją lekko.- Za dużo ryzykujesz, Cally.
-Co złego w tym, że chcę chronić swoją rodzinę?- Zapytałam ostrożnie.
-Swoją rodzinę, przyjaciół, wrogów i całe to zadupie razem wzięte- odparła z lekką irytacją.- Za dużo na siebie bierzesz, Callisto, zrozum- dodała z troską.
-Chcecie mnie zwyczajnie udupić- burknęłam odrobinę wkurzona.
-Nie w tym rzecz...- zaczęła Jane.
-Jedyne, czego chcemy; to ci pomóc, Raven- prychnęła niska szatynka patrząc mi prosto w oczy.- Rozumiem, że chcesz chronić Michaela i małą, ale nie ochronisz ich robiąc głupstwa..- powiedziała spokojnie.
Westchnęłam ciężko, pijąc sok.

Tori miała rację. Nie powinnam grać zbyt ostro, ale nadal do głosu dochodził szalony temperament rodu Kruka. Uwielbienie dla ryzykownych gier na krawędzi.
W milczeniu przeżuwałam kolejny kęs pikantnego kebaba, zastanawiając się, co dalej. Miasto nie znajdowało się w dobrym położeniu. Sama- jako pijawa- odczuwałam coraz bardziej wahania Mocy w mieście. Widoczne pod ziemią linie przygasały.
Opleciona spiętymi kłódką łańcuchami kamienna trumna...
-Cally. Cally?- Podnoszę wzrok. Kilka osób przy stolikach w pobliżu wlepia we mnie dziwne spojrzenia.
-Co..? Mówiłam coś..?- Zapytałam zdziwiona, widząc, że Lucian przygląda mi się uważnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
Dlaczego wszyscy tak dziwnie się na mnie gapią?.
-Taa, chodźmy stąd.. Muszę się położyć- przyznałam wstając.

Godzinę później. Kwatera Główna Stowarzyszenia Łowców..
-Co jest?- Zapytałam wyczekująco, widząc wymianę zaniepokojonych spojrzeń między Tori, Lucianem i Jane.
-Wszystko gra- odparła dziwnie wesoło Tori unikając mojego wzroku. Kłamała.
-Nie rób mnie w balona, tylko nawijaj; Miles- prychnęłam z lekką irytacją, siadając na łóżku.
Niska szatynka spojrzała pytająco na czarnookiego. Lucian po dłuższej chwili skinął głową.
-Może to głupio zabrzmi; ale... No... Powiedziałaś coś w parku..- zaczęła niepewnie Tori.
-To znaczy?- Spytałam ostrożnie.
Moja przyjaciółka wyciągnęła z kieszeni telefon. Nie wiem, czemu, ale na widok czerwonej Nokii poczułam dość duży niepokój.
-Na pewno powinnam to puścić..?- Zwróciła się niepewnie do Luciana.
Czarnooki skinął głową.
-Z pękającej, kamiennej trumny spadają łańcuchy.
Z lat tamtej wojny obudzą się duchy- jednym z nich skrucha a drugim żałoba. Dzień gniewu nadchodzi, a wraz z nim osoba. Świętego Anioła najdroższa Księżniczka. Jego lojalność wobec niej nieskończona; bo będzie służył nawet bez przysięgi, a kitsune otrzymają cięgi..- słuchałam własnego spokojnego głosu. Ogarniał mnie strach.
Tori Miles, Królowa Ogólniaka. 
Nagranie się urwało.
-Ni-Nie p-p-pam-mię- t-tam t-te-tego...- Cally jąkając się ukryła twarz w dłoniach. Po chwili przeczesała palcami włosy.- Il est impossiblé. Naprawdę nie pamiętam...
Niedobrze.
Bardzo niedobrze.
Cally się łamie!
Kurewsko niedobrze!!.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Ten ciągle powtarzający się- wręcz prześladujący mnie- sen.
Wstałam szybko. Tori aż drgnęła z przestrachu.
-Muszę zajrzeć do biblioteki- zauważyłam. Naprawdę chciałam wierzyć, że coś tam znajdę.
-Przecież nienawidzisz książek- zauważyli równocześnie Tori i Lucian.
|•••|
Tori Miles, Królowa Ogólniaka. 
Trzeci lipca, tydzień po opisanych wydarzeniach...
Cally nadal jest zakopana w opasłych tomach biblioteki Stowarzyszenia Łowców.
Czytając kolejny tom opróżnia piątą torebkę krwi transfuzyjnej.
-Co..?- Nagle podnosi głowę i wbija we mnie zaskoczone spojrzenie szkarłatnych tęczówek.
-Nie, nic- odparłam odwracając szybko wzrok.
-Gapisz się na mnie- zauważyła lekko zdziwonym tonem.
-Nie zwracaj na to uwagi- westchnęłam ciężko.
Czarnowłosa zamknęła z trzaskiem księgę.
-O co chodzi, Miles?- Zapytała wprost.
-To nic takiego. Serio- skłamałam uśmiechając się niepewnie.
Callisto zmrużyła czerwone oczy wpatrując się we mnie uważnie.
-Wyglądałaś, jakbyś chciała o coś spytać- stwierdziła z namysłem.

Cholera. Naprawdę aż tak było widać??

-Och, to nic takiego- spokojnie wzruszyłam ramionami, jakby to nie było  aż takie ważne.
-Możesz mi powiedzieć, o co biega. Przecież się nie obrażę- powiedziała odrobinę zniecierpliwiona.
-Nieważne- odparłam niechętnie.
Callisto otworzyła kolejny tom i znów pogrążyła się w lekturze. Na chwilę zapadło między nami milczenie.
Od kiedy dowiedziałam się prawdy o tamtej nocy i poznałam tajemnicę Cally.. Próbowałam ją zrozumieć- właściwie bardziej chciałam pojąć jej wampirze nawyki. Zastanawiałam się, jakie trudne jest bycie jednym z nich. Wampirem. Dla kogoś, kto ogromnie ich nienawidzi. Dla łowcy, który chce tylko i wyłącznie ich zniszczenia.
I, czy krew jest dla niej tym samym czym dla mnie jedzenie...
-Znów się lampisz- tym razem to ona się odezwała. Blady uśmiech przemknął przez jej piękną porcelanową twarz.
-Przepraszam- odparłam wbijając wzrok w okno. Dzieciaki na boisku wrzeszczały i śmiały się grając w piłkę.
Z nami było kiedyś tak samo. Aż przyszła dorosłość i obowiązki..
-O czym myślisz?- Cally oparła łokcie na stoliku patrząc na mnie wyczekująco.
-Callisto...- zaczęłam z wahaniem.
-No, co jest grane?- Zapytała z lekkim rechotem bujając się na ławce.
-Jaka była moja krew? No, wiesz... Wtedy..
Łup! Zerwałam się na równe nogi i wychyliłam się przez stolik.
Callisto siedziała na ławce leżącej na podłodze i wbijała oczy w sufit.
-Dlaczego o to pytasz?- Odezwała się po chwili, nadal wlepiając wzrok w ten sam punkt.
-Tak po prostu...- skwitowałam.
-Boisz się mnie. Tego, czym jestem- powiedziała nadal na mnie nie patrząc.
-Przecież wiesz, że tak nie jest. Jesteśmy przyjaciółkami i... Jeśli nie chcesz o tym gadać, spoko. Nie było tematu- byłam cholernie zakłopotana.
-Nie o to chodzi..- Przyznała w końcu zamyślonym tonem, podnosząc się razem z ławką z podłogi.- Nadal, chociaż minęły trzy lata nie bardzo lubię o tym mówić. To trudne i..
-Nigdy nie miałaś ochoty tego z siebie wyrzucić?- Zapytałam zdziwiona.
Uśmiechnęła się blado, a wzrok znów skierował się gdzieś poza wszystko.
-Myślałam, że nigdy w życiu nie zrozumiem Linka. Że nie będę mogła wybaczyć mu tego, co zrobił.. Że on i Grace na zawsze będą kimś, kogo będę cholernie nienawidzić...- powiedziała cicho. Oparła się wygodniej kładąc lewą dłoń  na jednej z lini tatuażu na szyi.- Mimo to... Nie potrafiłam pchnąć sztyletu, by zabić Grace. Nie zabiłam też Ethana Link, choć ogromnie tego chciałam.. Tamtego wieczora coś mnie powstrzymało. Tym czymś było to, że odepchnął ją z zasięgu broni.. Chronił jedną z tych ludzi; którymi głęboko gardził.. Była jedynym człowiekiem, którego nie potraktował, jak śmiecia. Karmił ją krwią, ale sam nawet jej nie tknął.
-To obrzydliwe- stwierdziłam z odrazą.
-Co sama byś wybrała, gdybyś była- przykładowo- śmiertelnie chora?- Zanim zdążyłam się odezwać, kontynuowała.- Faszerowanie się lekami, czy coś o wiele bardziej skutecznego?
Jej wyraz twarzy był poważny, jak nigdy wcześniej.
-Sama nie...- zaczęłam drżącym z nerwów głosem.
-Wybrałabyś drugą opcję, jak wszyscy- przerwała mi cicho i spokojnie. Prawie obojętnie.- To czysty układ, z korzyścią dla obu stron- wzruszyła ramionami.
-Co chcesz przez to powiedzieć, Cally?- Zapytałam drżącym tonem.
Czarnowłosa otworzyła leżącą na stoliku czekoladę i chrupiąc kostkę odparła:
-Widzisz... Dla pijaw krew jest nie tylko jedzeniem...- Oznajmiła patrząc mi w oczy spokojnie.- Nawet przez krew wampir wie, co myślisz i czujesz..
-To zboczone- obruszyłam się.
-Nawet nie masz pojęcia, jakie pijawy potrafią być zboczone- stwierdziła z ironią.- Niby z jakiego powodu tak wyglądają?- Wskazała na siebie. Róg kostki czekolady lekko wystawał z jej ust.
Pstryk!
-Ha! Nareszcie mam najseksowniejsze zdjęcie dziewczyny!- Zarechotał tryumfalnie jakiś chłopak. Nie kojarzyłam go. Niewysoki szczupły blondyn o zawadiackim błysku w brązowych oczach.
Siedział na oknie tuż obok nas zupełnie niezauważony.
Callisto drasnęła go ostrym spojrzeniem, a chłopak drgnął przestraszony.
-Rany... Jeśli chcesz, żebym była twoją modelką ustaw się w kolejce i weź numerek- odcięła się ironicznie, wyciągając mu z dłoni aparat.
-Ej. Oddaj- jęknął wyciągając ręce po swoją lustrzankę.
-Niezła kolekcja- stwierdziła przeglądając pamięć urządzenia. Zajrzałam jej przez ramię: w większości były to jej zdjęcia... W różnych sytuacjach.- Nie miałam pojęcia, że mam wiernego fana- chłopak zrobił się czerwony, jak piwonia ze wstydu.
-To wcale nie tak..- Zaczął się tłumaczyć.
Cally prześwidrowała go wzrokiem.
-A jak?- Zapytała z dziwacznym zaciekawieniem wwiercając się w niego spojrzeniem.
-Może jest podjarany?- Zasugerowałam wesoło.
-W sensie: napalony?- Upewniała się nie spuszczając turkusowych oczu z blondyna, który był już purpurowy ze wstydu.
-Saa.. Kto wie..?- Spytałam lekko.
-Wcale nie jestem napalony- burknął niewyraźnie, zabierając Cally aparat.
-No, co ty..? Nie chcesz mnie?-Zapytała z udawanym zawodem Cally, a ja niemal wjechałabym pod stolik z trudem wstrzymując rechot.
-Po prostu lubię robić zdjęcia, co w tym dziwnego?- Zaczął zaskoczony.
-Jednej osobie? Czy to nie zboczone?- Zdziwiła się Cally.
-Po prostu... No...- Zaczął się trochę zacinać.- Przepraszam..
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Nie bądź taki sztywniak, koleś- Szturchnęłam go mocno w ramię ze śmiechem. Zdążyłam go pochwycić i wciągnąć spowrotem, zanim wyleciał z drugiego piętra.- Właściwie, jak się tu znalazłeś?
-Byłem nad jeziorem i trochę pobłądziłem. Tak właściwie to przyszedłem spytać o drogę- odparł z nieśmiałym uśmiechem.
-Wydaje mi się, że nie jesteś stąd- zauważyłam uprzejmie, wychwyciłam spojrzenie Tori, które pytało, co kombinuję.
-Słyszałem, że to miasto jest ciekawe, więc wpadłem- wzruszył ramionami.
-Co na tym zadupiu może być ciekawego?- Spytałam zamyślona.
-Undertaker?- Rzuciła Tori unosząc brwi.
-Roberts? W sumie, jeśli ktoś lubi cmentarne opowieści...- Zarechotała Clarissa.- Łosz ty..- Przystanęła gapiąc się na młodego chłopaka.- Jedenaście na dziesięć- stwierdziła do swoich myśli wlepiając w niego gały.
-Co tam, Clarissa?- Spytałam wolno.
-Przewodniczący chciał, zebym przekazała, że Rada zbiera się pojutrze o dziesiątej- odparła machinalnie.
-Mają coś, czy znów będzie wiać nudą?- Spytałam ziewając ostentacyjnie.
-Nie mam pojęcia. Znasz Cheruba. Pewnie wyskoczy z czymś, jak potwór z szafy- zauważyła moja kuzynka z ironią.
Nagle rozległ się przeciągły gwizd. Clarissa podskoczyła, jak oparzona i jak strzała wybiegła z biblioteki.
-Sword nie odpuszcza nawet w wakacje; hmm?- Mruknęłam jakby do siebie.
-Co ona tak wystartowała?- Zdziwił się nieznajomy.
-Trening- wyjaśniłam krótko.- Może cię odprowadzimy? Muszę odpocząć od tych tomiszczy- westchnęłam.
-Jeśli to nie kłopot.. Czekam na dole- rzucił schodząc po murze.

-Ciekawe, kto to- zauważyłam, gdy wychodziłyśmy na korytarz.
-Nie znam, ale ostrożności nigdy za wiele.- Niska szatynka związała włosy.
-Racja- przytaknęłam idąc po schodach.

W przedsionku trwała odprawa przedtreningowa. Czarnowłosy z fryzurą na jeża przeciągnął się aż mu kości zatrzeszczały.
-No, jazda do zbrojowni bando dzieciaków- rzucił lekko.
Głośny huk na dworze i okrzyk wytrącił mnie z rytmu.
-Co się tam znów wyrabia?- Zdziwiłam się.
-Och, to pewnie Dorian z Lucasem- rzucił z wesołym śmiechem Jim.
-Rany... Co oni tam tworzą za ustrojstwo..?- Mruknęłam wychodząc.
Otwierając drzwi pochwyciłam nadlatujący sztylet tuż przed swoją twarzą.
-Pierwszo-kurwa-rzędnie; Jastrząb- skomentował siedzący pod starą kolumną Lucas Lockwood.- Za duży rozrzut. W swoich walisz, kutasie- rzucił upijając łyk lemoniady z puszki.
-Sam, zamiast pomóc, to się opierdalasz- odciął się Falcon puszczając się gałęzi. Wylądował gładko na nogach.
-Moje biedne, wrażliwe uszy...- jęknęłam obracając w palcach ostrze.
-Wszystko gra, Kruk?- Zapytał Falcon.
Nieznajomy zwrócił nań wzrok zastanawiając się do kogo facet mówi.
-Pomijając latającą wszędzie poświęconą broń: w porządku- odparłam z sarkazmem.- Co do rozrzutu, Lucas ma rację. Mniej prochu równa się więcej radochy.
-Subtelnie dajesz mi do zrozumienia, że to zjebałem- zauważył, niechętnie szturchając butem odłamek bomby.
-Pierwszorzędnie zjebałeś- zarechotał Lucas, łapiąc  sztylet tuż przed swoją oszpeconą twarzą.
-Powodzenia z kolejną- rzuciłam przechodząc.
-Taa, przyda się- odparł Dorian zamyślony.

-Czemu ten facet nazwał cię Kruk?- Zapytał zaciekawiony chłopak.
-To mój herb rodzinny- wyjaśniłam.- Nadal nie powiedziałeś, jak ci na imię.
-Cristopher- rzucił obojętnie.
-Callisto, moja przyjaciółka Tori- rzuciłam wskazując szatynkę.
-Miło mi- uśmiechnął się lekko.- Może oprowadziłybyście mnie po mieście?- Spytał z nadzieją.
-Czemu nie?- Rzuciłam zachęcająco przeciągając się.- Co chcesz zwiedzić?
-Pilot wycieczki po totalnym zadupiu, hm?- Zachichotała Tori.
-Gdyby nie to zadupie, nie byłabyś mężatką- odcięłam się wesoło.
-I wice versa, pani Tyler- rzuciła w odpowiedzi.
-Spokój, Rodriguez- przepchnęłam ją przyjaźnie i zarechotałyśmy zgodnie.
-Od dawna się przyjaźnicie?- Spytał przyglądając nam się z boku z zainteresowaniem.
-Uuu... Szmat czasu- stwierdziła leniwie niska szatynka.
-To widać..- w tym momencie wpadł na kogoś.
-Patrz czasem, jak chodzisz, przyjemniaczku- rzucił z humorem Porter. Podbił stopą upadający aparat i pochwycił go szybko.
-Przepraszam najmocniej, kotku- na widok miny Jaspera parsknęłam śmiechem.- I dzięki- dodał Cristopher odbierając od niego sprzęt.
-Bardzo zabawne; Kruk- prychnął Porter.
-Choć raz ktoś cię zgasił, Jazzy. Owacje na stojąco- gdy nas mijał, rzuciłam mu długie, porozumiewawcze spojrzenie.
Nadal pozostawałam podejrzliwa co do Cristophera.
-Jazzy. Rura cieknie- rzuciłam krótko.
-Zajmę się tym- odparł Porter idąc do swojego auta.
***
-To Kościół pod wezwaniem Świętej Trójcy. Najstarszy budynek w mieście. Wzniesiony w XIV-stym wieku, tuż po założeniu miasta, na prośbę Jamesa Corvinusa- omawiałam kolejny zabytek.
-Ten Corvinus musiał być naprawdę zajebisty. Kim tak właściwie był?
*Strzał z gunshota w łeb*
-James Corvinus, pierwszy z rodu Kruka. Mój przodek. Był rycerzem i dowódcą armi, która dotarła tu w tysiąc trzysta trzydziestym trzecim roku.
-Czad...- gwizdnął z podziwem.- Czyli to najstarsza część miasta- wywnioskował.
-Niezupełnie- zaprzeczyłam.- Najstarsza jest katedra na obrzeżach miasta.
-Katedra?
-Tak to nazywamy. Właściwie nie wiadomo, co to za budynek. Stał w Fallen zanim założono miasto- wyjaśniła Tori.
-A to, co takiego?- Zapytał zaciekawiony ruchem głowy wskazując mały szary budyneczek z ciemnogranatową dachówką i strzelistymi okienkami. Tori zacichotała cicho.
-Zakład pogrzebowy starego Daniellsa- odparłam próbując zachować powagę.
-Seryjnie??- Spojrzał na nas z niedowierzaniem.
-Seryjnie- potwierdziłam.
-Zakład pogrzebowy 'Wesoła Trumienka' w naszej trumnie wyglądasz zupełnie jak żywy- rzucił tuż za nami szepczący półgłos..
-Undertaker. Przestań mnie w końcu straszyć- prychnęła Tori podskakując jak oparzona.
-Sorry, nie zrezygnuję z mojej specjalności- odparł z satysfakcją. Opierał o ramię bejsbol, z taką miną; jakby zastanawiał się przed kim dziś będzie się bronił.
-Wszyscy tutaj chodzą uzbrojeni?- Zapytał Cristopher rozglądając się uważnie.
-Miasto przeżywa drobny kryzys- odparłam niechętnie.
-Kitanai kyūketsuki!. Znów się z nim użerać... Nanda?- gdy nas dostrzegł przystanęłam wpatrzona z nienawiścią w chłopaczka.
Iskrzące fioletem oczy i czarne włosy z ognistorudymi końcówkami.
Undertaker oparł mi dłoń na ramieniu. Trzęsłam się jak osika zaciskając dłonie w pięści.
-Co...- Zaczął brązowooki.
Wyciągnęłam z palców Sebastiana pałkę i ruszyłam w stronę dzieciaka odsłaniając kły.
-Tylko spróbuj, brudny wampirze- zasyczał Zetsubō cofając się.
-Czas na przesłuchanie, lisie ścierwo- nie dałam mu czasu na reakcję. Kopniakiem posłałam dzieciaka w mur i zaraz zdzieliłam go mocno kijem.
-Ej. Tak nie można..- Zaczął Cristopher.
-Lepiej dla ciebie, żebyś się nie wtrącał- usłyszałam głos Undertaker'a.
Zamroczony kitsune przytrzymał się węgła domu i rzucił mi wściekłe spojrzenie.
-Co? Nie jesteś już taki wyszczekany?- Spytałam łapiąc go za gardło  przycisnęłam do muru.
-Jakim cudem jeszcze żyjesz?- Sapnął wściekle. Kopał nogami w powietrzu próbując się bronić.- Zettai yurusenai! Co zrobiłaś mojej siostrze, ty czarownico??!
-Nawet jej nie tknęłam- odwarknęłam odruchowo.- Zaraz... Coś się stało Kurushimi?- Zapytałam z mściwym uśmieszkiem.
Zaczął warczeć coś po swojemu.
-Denerwują mnie te twoje piski- trzasnęłam nim brutalnie o mur.- Co z Kurushimi? Odpowiadaj, bo przerobię cię na cieplutki szalik.
-Nic ci nie powiem- zachichotał złośliwie.
-Możemy to ciągnąć w nieskończoność. Tobie prędzej się znudzi, niż mnie. Ja mogę tak ciągle- rzuciłam z przyjemnością go dręcząc. Przybrał postać lisa i próbował drapać. Trzasnęłam bejsbolem w kość jednej z przednich łap. Zmienił się spowrotem wrzeszcząc z bólu.
-Jak na demona masz słabe, ludzkie kości- stwierdziłam.- Gadaj: co z tą małą suką!- Potrząsnęłam nim jak szmacianą lalką.
-Pożałujesz tego..- powiedział płaczliwie.
-Sebastian, da się temu czemuś skręcić kark?- Zawołałam do Undertaker'a.
-Nie mam pojęcia, ale możesz spróbować- szafirowooki rozłożył ręce.
-Lepiej spuszczę go z jakiegoś dachu- kitsune chciał się wyrwać. W akcie desperacji próbował gryźć.- Zwierzątko jest głodne?- chwyciłam go za szmaty i trzasnęłam twarzą o mur.
-Chijo!- Warknął wypluwając kilka zębów.
-Co, bo nie dosłyszałam?- Zapytałam podnosząc go jedną ręką, przywaliłam mu znowu kijem.
-Pieprzona puszczalska dziwka!
-Te, Miles! Z czego był ten extra-wypasiony pręt?- Spytałam uśmiechając się łobuzersko do Tori.
-Żelazo, laska- odparła wesoło.
-Dzięki- i wraz z kitsune zniknęłam im z oczu.
Tori Miles; Królowa Ogólniaka.
-Gdzie ona się podziała..?- Zapytał zdumiony blondas.
-Cała Cally, lubi efektownie znikać- odparłam tajemniczo.
***
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
Cristopher milczał rozmyślając nad czymś.
-Co zrobiłaś z tym dzieckiem?- Zapytał w końcu takim tonem, jakby jednak nie chciał wiedzieć.
Biorąc kilka głębszych wdechów zachwiałam się i przystając oparłam się o mur Margherity.
-Wszystko okej??- Zapytał podtrzymując mnie w pionie.
-S.. Słabo mi..- powiedziałam świszczącym szeptem. Rozpinając lekko kołnierzyk bluzki z krótkim rękawem.
-Wezwę karetkę..- Zaczął.
-Nie. Żadnej karetki- ucięłam oddychając ciężko.
-No to, jak niby ci pomóc...?- Zapytał zdenerwowany.
Tori Miles; Królowa Ogólniaka.
-Tori.. W mojej kieszeni.. Pudełko z Różą..- wydyszała słabo turkusowooka.
Zaczęłam obszukiwać jej kieszenie. Robiła się coraz bledsza, a tęczówki oczu zaczęły zmieniać kolor. Przymknęła oczy oddychając ciężko.
Po długich poszukiwaniach w kieszeni jeansowej kamizelki znalazłam małe drewniane grzechoczące pudełko. Na przesuwnej deseczce wyrzeźbiona była identyczna, jak na szyi Cally, Księżycowa Róża.
-Znalazłaś...?- Zapytała słabym szeptem.
Podałam jej. Była tak słaba, że nie mogła zacisnąć palców.
-Ile musisz tego wziąć?- Callisto zaczynała tracić kontakt z rzeczywistością. Potrząsnęłam nią mocno, powtarzając pytanie. Zastukała kilka razy w drewno ławki.
-Na pewno cztery?- Zapytałam wystraszona.
Stuk. Potwierdzenie.
Pomogłam jej wziąć te dziwnie oznaczone tabletki.
Dziesięć minut siedziała w bezruchu. Jej oddech się unormował.
-Nie strasz mnie tak nigdy więcej- potrząsnęłam nią i zaraz przytuliłam czarnowłosą.
-Kolejny niespodziewany atak. Przepraszam za ten mega odlot- odezwałam się cicho.
-Naprawdę wszystko dobrze?  Możemy to odłożyć, jeśli nie czujesz się na siłach- odezwał się chłopak.
Skinęłam głową.
-To nic takiego..- Odparła Callisto zakładając przeciwsłoneczne okulary.
-Co się stało z tym dzieciakiem?- Zapytał ostrożnie.
-Zwiał- odparła niechętnie czarnowłosa, zamykając pudełeczko.
-A to...?- Zaczął.
-Nie sądzisz, że zadajesz czasem za dużo pytań?- Rzuciła chowając przedmiot w kieszeni.
-Przepraszam- odparł cicho unikając jej wzroku.
-Skąd jesteś?- Spytała.
-Pochodzę z Londynu, obecnie mieszkam w Horsetown. Studia- wyjaśnił spokojnie.
-To blisko- stwierdziłam.
-Ogólnie szukam jakiejś chaty na stałe. Chcę się wyrwać z Londynu- rzucił ziewając. Wy pewnie stąd- zauważył wolno.
-Taa. Mieszkałam jakiś czas w Riverdale, ale w końcu wróciłam na stare śmieci- westchnęła Cally.
-Mam wrażenie, że też chętnie byś się gdzieś wyprowadziła- stwierdził przyglądając mi się.
-Nigdy się nad tym nie zastanawiałam- Cally wzruszyła ramionami.- Zresztą.. W sumie lubię to zadupie.
-Jesteś silną i zdecydowaną osobą, Callisto- powiedział z podziwem.
-Mówisz tak, jakbyś chciał wybadać wroga- Callisto spojrzała mu prosto w oczy.
-Przepraszam.. Naprawdę aż tak dziwnie to zabrzmiało?- Spytał zdezorientowany grą Cally.
-Trochę- skwitowała czarnowłosa. Nagle przystanęła i podnosząc okulary wbiła wzrok w chodnik po drugiej stronie ulicy.
-Na nieskończoną cierpliwość Anioła, co tu się odwala?- Zdumiała się.
-Paul?- Tori aż podskoczyła.
Przeszliśmy na drugą stronę.

-Dobra, chłopaki. O co wam znów poszło?- Zapytał Damon.
-To skończony idiota- prychnął James z irytacją.
-Sam jesteś idiotą. Nie moja wina, że na pełnej prędkości przyjebałeś w wóz telewizyjny- odparł drwiąco Paul.
-W co, kurwa??- Damonowi opadła szczęka.
-Przyjebał w wóz Kanału Czwartego- wyjaśniła Michelle powstrzymująca Paula od rzucenia się na Jamesa.
-Jeszcze tego brakowało, zebyś wystąpił w wiadomościach- Damon pokręcił głową.
-Wiesz, że po ostatnim nie mogę kręcić szyją.
-W jakim stanie jest ten cały wóz?- Spytał wolno.
-Jest trochę wgnieciony, ale nikomu nic się nie stało- odparł Klaus.
-Co jest grane? Cześć wszystkim- Rzuciłam.
-Cześć, Kruk. Ścigaliśmy kitsune ale... Wsiąkł bez śladu.
-Mnie też zwiał, skubany.- westchnął ciężko.- Coś nawywijał?
-Może nie on, ale te leśne potworki. Znowu kogoś pogryzły.
-Ilu tym razem?
-Troje, w tym pięcioletnie dziecko- odparł Klaus.
-Niech to szlag! Przeklęte kitsune!- Zapodałam kopa w ciężki kontener, który odjechał kilka metrów i z łoskotem walnął w ścianę.
Dostrzegłam zdumioną minę Cristophera.
-A Panna Prześcieradło?- Zapytałam zamyślona.
-Masz jakiś pomysł?- Zapytał Damon.
Oparłam się o mur i pogrążyłam się w myślach.
-Na pomoc Pretorii nie można liczyć- mruknęłam- Nie za bardzo chciałabym też, żeby Senat plątał się pod nogami. Zaraz- rzuciłam w olśnieniu, podnosząc głowę wbiłam wzrok w kościelną wieżę.- Pora by kilka osób spłaciło długi. Do jutra uruchomię kilka kontaktów.
-Tylko nie zwierzyniec... Jezu..- jęknął Klaus niechętnie.
-Nie mamy wyjścia. Poza tym są udomowieni- blondyn skakał po nas oczami nie wiedząc o czym mowa.- Zresztą sama mam zamiar się do nich dobrać, więc nie powinno być problemów.
-Oby..- stwierdził Klaus z ciemną nutą w głosie.
-Skończ krakać; Klaus. Ty i to twoje czarnowidztwo, kuurwa- westchnął niecierpliwie Shawn.
-Stajesz w opozycji do watahy?- Burknął ostro Klaus.
-Gdzie Alfa, tam i ja- odparł spokojnie Shawn.
-Ktoś jeszcze ma jakiś problem? Jak nie, koniec pogaduszek i do roboty- stwierdziła Michelle przeciągając się lekko.
-Skontaktuję się z tobą jutro, Damon- rzuciłam na pożegnanie, odchodząc.
-To do miłego. Idziemy coś wszamać, ludziska- rzucił ze zmęczeniem.
-Co jak, co; ale ja się dzisiaj urżnę na amen- stwierdził jeden z wilków.
-Wszyscy się napierdolimy- rzucił James, gdy zniknęli za zakrętem rozmowa przycichła.
-O jakich kontaktach mówiłaś, Callisto?- Spytała wolno Tori.
-Uruchomię kanały. Kilka zwierzątek lata luzem, mając totalną wyjebkę na Rząd, a tym bardziej na Senat, niektórzy to całkiem w porzo "ludzie"- wyjaśniłam pokazując w powietrzu cudzysłów.- Może Wadera też da się namówić..
-Zara... To on żyje??- Zdumiała się.
-Można to tak ująć. Też byłam zdziwiona, gdy spotkaliśmy się w Hiszpanii.
-Małe pytanie: co to jest kitsune?- Zapytał podejrzliwie Cristopher.
-Takie małe, wkurwiające i strasznie cuchnące lisołaki; tak z grubsza..- Szturchnęłam dyskretnie, choć mocno Tori.-Co..?- Zapytała unosząc brwi.
-Nie sądzę, żeby istniało coś takiego jak lisołak. O wilkołakach słyszałem, ale lisołaki..? Nie obiło mi się o uszy- stwierdził wolno.
-Co słyszałeś o wilkołakach?- Zapytałam trochę szybciej, niż pomyślałam.
-Chyba to, co wszyscy, że to bujda na resorach- wzruszył ramionami.
-I lepiej się tego trzymaj- rzuciła tajemniczo Tori. Spojrzałam na witrynę kiosku  zaskoczona. Wszystkie gazety ogłaszały: "Kościelny łowca skarbów powrócił". Zboczywszy z kursu nagle  zderzyłam się ze słupem.
-Cally? Nic ci nie jest?- Zdziwiona Tori podbiegła do mnie, gdy nagle zadzwonił mój telefon.
-Kto tam się dobija?- Mruknęłam szukając Samsunga. Wygrzebałam go ze spodni.- Co jest, do cholery, grane?- Zdumiałam się.- Słucham, Angello.
-Słyszałaś najnowsze wieści z podziemia; Kruk?- Rzucił, w jego głosie wyczuwałam rozdrażnienie.
-Nic nie wiem, o co chodzi?- Zapytałam krótko.
-Senat chce podporządkować sobie Związek. Wystawiają swojego kontrkandydata do wyborów.
-Chyba dokumentnie ich popierdoliło!- Wybuchnęłam kopiąc w coś.- Który z tych szmatławców ubiega się o stołek?
-Stary Krzyżanowski- odparł grobowo.
-Ten sukinsyn..- zaklęłam.- Jeśli zmienił obóz. Chwila... Vain o tym wie?- po drugiej stronie usłyszałam trzask otwierających się drzwi.
-Właśnie się dowiedziała...
-Pieprzone pijawy.. Uch, niech to!- By dać upust wściekłości zapodałam buta w jakąś blachę.- Ciekawi mnie jedno, Angello.
-Co takiego?- Spytał.
-Może sprzątnęli Salvator'a, bo coś o tym wiedział.. Albo... Siedział w tym, coś mu się nie spodobało i.. Łup! Mamy niewygodnego świadka, w skrócie: trupa- odparłam.- A ta kobieta z nagrania?
-Ściągnęliśmy ją do naszej Kwatery. Twoja koncepcja jest nawet dobra.. Postanowiłem przesunąć zebranie Rady. Odbędzie się za dwie godziny- oznajmił.
-Dasz radę skombinować akta Salvator'a?
-Kopia przyszła godzinę temu- odparł  krótko.
-Cudownie- rzuciłam.- Do zobaczenia na Radzie- rzuciłam żegnając się z przewodniczącym.
-Na razie, Raven.





Hunter III Curse Rozdział XXV: Kitsune rozrabiają.

Słowa, które wypowiedział wujek Luca odczytując swój raport sprawiły, że zerwałam się na równe nogi. Michael również stał blady, jak prześcieradło.
Wzbierała we mnie coraz większa wściekłość, zaczęło robić mi się gorąco.
-Kruk...- Angello podtrzymał mnie w pionie zanim upadłam.
Moje dziecko..
Chcą dopaść moje dziecko- moją maleńką kruszynkę.
Szybko odsunęłam się od Angello i przytrzymałam się blatu stołu.
-Rozszarpię...- warknęłam rozzłoszczona na maksa, odsłaniając wydłużone kły.- Rozszarpię to coś na strzępy!- warknęłam.
-Nie wyjdziesz stąd w takim stanie Callisto Anabelle..- Felix Moon starał się jakoś mnie uspokoić.
-Chce się pan przekonać?- Spojrzałam mu w oczy wyzywająco.
-Jeśli się nie uspokoisz, popełnisz błąd i zginiesz. Chcesz, żeby dziecko dorastało bez matki?- Zapytał ze śmiertelną powagą odwzajemniając mój wzrok.
-Więc, niby co mam zrobić?!
-Nie histeryzować.
Trzasnęłam pięścią w stół, a kilkanaście osób drgnęło.
-To nie jest żadna histeria, do cholery! Nie chcę, żeby ci mali psychopaci zrobili cokolwiek mojej córce!- Warknęłam idąc do drzwi.
Michael zareagował. Po chwili zatonęłam w jego mocnym objęciu.
-Spokojnie, Moje Kochanie- szepnął tuląc mnie.- Nikt nie skrzywdzi Lily.. Nie, póki ja żyję- zapewnił opierając brodę o moje ramię.
-Puść mnie... Rozerwę te przeklęte kitsune...- zaczęłam usiłując uwolnić się z jego ramion.
-Nie chcę stracić was obu; Moje Kochanie- objął mnie jeszcze mocniej.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów... 
Od kiedy poznałem Cally zrozumiałem, czym jest życie. Walką o wszystko i... Ochroną ukochanych osób.
Chciałem JE chronić- zrobiłbym wszystko, byle moje kobiety zawsze były bezpieczne...
Będą bezpieczne, nawet jeśli miałbym dla nich zginąć.
|***|
-Aniele?- Szepnąłem cicho w ciemną i pustą przestrzeń.
-To niebezpieczne; paniczu- Jane starała się odwieść mnie od zamiaru ostatecznego rozmówienia się z Surielem.
-Cicho bądź, Jane- odburknąłem z niezadowoleniem.- Aniele?- Rzuciłem znów w mrok.
Powiał lekki wiatr, a gdy ucichł zabrzmiał baryton:
-Odeślij swą Strażniczkę- odparł spokojnym tonem.
-Nigdzie się stąd nie ruszę- zaprotestowała płomiennooka.
-Idź, proszę.. Zajmij się moją rodziną..- powiedziałem cicho.- Proszę, Jane...- spojrzałem na nią błagalnie.
-Nie ufam Mu- zaczęła ostrożnie.
-Jane, błagam.. Chroń moje kobiety..- Odpowiedziałem. Wbijając wzrok w ziemię, otarłem szybko łzy.
Nie mogłem się teraz rozklejać- musiałem wziąć się w garść i być ich tarczą.
-Paniczu...- poczułem jej dłoń na swojej twarzy.- Ja... Zrobię wszystko, czego sobie zażyczysz, ale... Pod żadnym pozorem nie waż się zginąć- powiedziała z naciskiem, patrząc mi prosto w oczy.
-Jestem jeszcze za młody na trumnę- odparłem cicho.
Jane czasem przypominała mi moje wyobrażenie matki. Ilekroć robiłem coś ryzykownego, zawsze czułem, że jest blisko mnie. To, co przysięgła wykonywała strasznie sumiennie. Służyła radą, gdy nie miałem pojęcia, co robić. Była cierpliwa, pomocna i nie ochrzaniała mnie, gdy pieprzyłem głupoty; choć bywało też, że krytykowała moje postępowanie. Czasem nawet widywałem w jej oczach twarz mamy...

Anioł Rodu Płomień, Jane.
Odchodząc obróciłam się jeszcze przez ramię, by spojrzeć na mojego młodego panicza..
Na mojego chłopca.. Nawet Armand nie wiedział, że zawarłam pewną umowę z Panią, w dzień jej śmierci.. Nim zginęła z rąk Linka, poprosiła mnie, bym była jej oczami i uszami- chciała patrzeć, jak jej młodszy syn dorasta i... Czasem czułam jej uczucia i sama zaczynałam traktować Michaela Jamesa, jak własne dziecko.
-Gdybym była człowiekiem, byłabym dumna z takiego syna- szepnęłam cicho.

Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów... 
Czarny prochowiec wyszedł zza najbliższego drzewa.
-Po co mnie wezwałeś? Zwykle to ja muszę na ciebie czekać- zauważył odrobinę złośliwie.
-Chodzi o miasto- zacząłem ostrożnie.
-Ta zapadła dziura mnie nie interesuje- przerwał mi obojętnie.
-Czyli moja córka też przestała cię interesować- odparłem odwracając się do odejścia.
-Co z Moją Księżniczką??.- Warknął ostro, a ostrze topora pojawiło się przy moim gardle.
-Opuść broń. To nie czas, ani miejsce- odpowiedziałem cicho.- Kitsune chcą czegoś od naszej córki..
Suriel zamarł w bezruchu. Powoli odsunął topór od mojego gardła i opuścił rękę do boku.
-Od Niej? Czego chcą?- Zapytał z naciskiem. Oczy pod kapucą błysnęły błękitem.
-Sam chciałbym wiedzieć. Jedno wiem na pewno: oni są niebezpieczni..
-Co chcesz zrobić?- ton  Suriela stał się ostry i bardziej rzeczowy.
-Myślałem, że sam podsuniesz jakiś pomysł- stwierdziłem z zastanowieniem.
-Hmmm. Te małe, śmierdzące kitsune mają kilka słabości..- Anioł zamyślił się na dłuższy moment.- Jedną z nich jest kawałek żelaza, ale nie jestem pewien, że to zadziała- drgnął nagle, jakby coś przyszło mu do głowy.- Ta dziewczyna w kimonie.. Jest kapłanką, prawda?
-No, tak... Zupełnie o tym zapomniałem- odezwałem się powoli.- Zaraz: jest mały problem..
-Czyżby twoja zazdrosna żona?- Miałem wrażenie, że uśmiecha się złośliwie.
-Callisto mi ufa, tak samo, jak ja jej- odparłem ze stoickim spokojem.
-Jesteś tego pewien całkowicie?- Zapytał nie kryjąc wesołości.
-Do czego zmierzasz?- Zapytałem prosto z mostu.
Zabrzmiał jego cichy śmiech.
-Cóż za niezachwiana wiara- stwierdził z podziwem.- A co, jeśli twoja przepiękna małżonka ma inne plany?
-O co ci, kurwa, chodzi?- Zdziwiłem się patrząc nań podejrzliwie.
-O nic- odparł niewinnie.- Sugeruję tylko, że twoja żona być może chce wywieźć twoje dziecko i...
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
W pośpiechu pakowałam ciuszki i akcesoria potrzebne mojej małej Lily, w międzyczasie przygotowywałam do podróży również Michaela.
Nie mogłam pozwolić by mojej córce stała się jakakolwiek krzywda. Mój teść miał zawiadomić siostrę, by zwinęła ich do siebie, jakieś sto kilometrów od Fallen.
-Byle z dala od tego przeklętego zadupia- mruknęłam. Nagle zamarłam tuż przy szybie widząc, że Michael z kimś rozmawia.
-Wyjedziesz, nawet jeśli będę musiała cię do tego zmusić..- Szepnęłam smutno.- Musisz się nią opiekować..
-Wszystko gotowe?- Zapytał Armand Tyler wchodząc do sypialni.
-Tak. Które z nas mu powie?- Zapytałam ostrożnie.
-Cristopher to zrobi- odparł spokojnie.- Nie denerwuj się, James zrozumie- powiedział pocieszająco, kładąc mi ręce na ramionach.
-Martwię się, jak on na to wszystko zareaguje...- westchnęłam ciężko.
-Uprzedziłem Mary, że w razie problemów wpakuję własnego syna do bagażnika wozu.
-Wątpię, że Michael na to pozwoli- stwierdziłam kwaśno.
-Zawsze istnieje perswazja siłowa, choć nie chciałbym jej użyć- przytaknął niechętnie.
-Jeśli go nie przekonamy, nie będzie wyjścia- sama w tamtej chwili nie wiedziałam, czy postępuję słusznie. Byłam niepewna swej decyzji i bałam się, że będzie wściekły, że zdecydowałam za niego.
Chyba jednak bardziej bałam się kolejnej kłótni między nami.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów... 
-Lily jest zbyt mała by... Ty chyba oszalałeś...- Zacząłem zdumiony, łapiąc ten cały haczyk.
-No, cóż... Arrivederci Roma- w tym momencie oberwałem i straciłem przytomność...
Callisto Raven; postrach ogólniaka.

Michael,
przepraszam, że to robię; ale tylko Ty, jako mój mąż i jej ojciec możesz ochronić naszą najdroższą Lily. Wyjaśnię Ci to wszystko później, gdy tutaj się uspokoi.. Proszę, nie bądź na mnie zły...
Kocham Was,
Cally. 
Wsunęłam liścik i zacisnęłam lekko jego palce, całując go delikatnie. Opatuliłam szczelniej małą, która patrzyła na mnie w ciszy, z zaskakującą powagą.
-Pilnuj tatusia; skarbuś- szepnęłam i ocierając łzy, ucałowałam małą w czoło.
-Musimy jechać- ponagliła cicho „ciocia” Mary.
-Bezpiecznej podróży- powiedziałam przez łzy, gdy samochód odjeżdżał.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Dziesięć minut wcześniej...
Ktoś- być może mój teść, bo skądś znałem ten szelest koszuli- zanim zdążyłem się odwrócić, zdzielił mnie mocno po bani.

Budzę się w pędzącym aucie i podnosząc się przykładam dłoń do łba, ze zbolałą miną... Zamroczony, przez chwilę nie ogarniam całej sytuacji..
Rozluźniam dłoń. Kartka papieru, po której przebiegam wzrokiem.
Liścik Callisto. Musiała pisać w ogromnym pośpiechu.
Blednę i zrywam się szybko z tylnej kanapy, warcząc:
-Gdzie ja, kurwa mać, jestem??
-Mów ciszej, obudzisz tą malutką kruszynkę- rozpoznaję głos siostry ojca, cioci Mary.
-Możesz mi wyjaśnić, co tu jest grane??- Zapytałem świszczącym szeptem. Strasznie bolała mnie głowa. Ten cholerny, pulsujący ból nie pozwalał mi trzeźwo myśleć.
"Proszę, nie bądź na mnie zły...
Kocham Was,
Cally."- Wtedy wszystko sobie uświadamiam...
Zrobiła to, by chronić naszą córeczkę..
Zrobiła to, bo nas kocha i wiedziała, że JĄ ochronię..

Zrobiła to wbrew mnie. To takie dziwne, ale nie potrafiłem być zły na Callisto. Ten czyn był tylko dowodem na to, jak bezgranicznie potrafiła mi zaufać...
-Michael...
-Co. Jest. Grane.?- Zapytałem z naciskiem.
-Wściekniesz się, jeśli powiem ci prawdę- zauważyła ciocia.
-Nie pierdol, tylko nawijaj- moja ostra odpowiedź nawet mnie samego zaskoczyła.
-Ona bardzo cię kocha. Uknuła ten plan, żeby chronić was oboje...
-Nie pierdol czegoś, o czym dobrze wiem!.- Prychnąłem z irytacją- Chryste Panie... Ale mnie baniak nawala- jęknąłem nadal z dłonią przy bolącym miejscu.
-Wykapany braciszek; rzuca mięsem, kiedy jest zły lub nie ogarnia- westchnęła, jakby do siebie.
-Dokąd jedziemy...?- Zapytałem opierając się słabo o kanapę przyłożyłem dłoń do głowy, przymykając oczy. Ten pieprzony, tępy ból głowy...
-Do mnie...
*******
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Tydzień później.
-Tu Płomień: wiesz, co zrobić po sygnale. Jeśli chcesz się umówić na karty, spadaj: mam ważniejsze rzeczy na łbie- faceci i ich automatyczne sekretarki... Mimo to cieszyło mnie, że mogłam słyszeć jego głos w tej oschłej wiadomości na poczcie głosowej.. Jego głos mi wystarczał- nieważne, co mówił- nieistotne, że to zwyczajne, suche nagranie.
Liczyło się tylko, że to..
Jego głos.
-Chcę ci tylko powiedzieć trzy słowa: kocham cię i przepraszam... Ucałuj ode mnie Lily...- powiedziałam cicho ocierając łzy.
W sumie nie dziwiło mnie, że nie chciał ze mną rozmawiać...
Powoli zakończyłam połączenie. Padłam spowrotem na łóżko. Zakopując się w ciepłej pościeli, przymknęłam oczy i wtuliłam twarz w jedną z jego koszulek.
-Cześć, piękna- słysząc głos Tori powoli otwieram oczy i podnosząc się, szybko ocieram łzy, odkładając ubranie..- Spokojnie... No, przytul się- szepnęła obejmując mnie mocno.
-Przepraszam...- rzuciłam ze wstydem, próbując się odsunąć, ale Tori przygarnęła mnie mocno ramieniem.
-Nie martw się. Michael sobie poradzi- starała się mnie pocieszyć.
-Tęsknię za nimi..- mruknęłam płaczliwie.- Nie wiem, czy dobrze zrobiłam...
-Chcesz ich chronić- odparła cicho.- Michael na pewno to zrozumie, laska.
-Pewnie jest na mnie mega wściekły.. Na nieskończoną cierpliwość Anioła, co mi; do jasnej cholery; odbiło?- Byłam na siebie zła, że nie przedyskutowałam z nim... Że nawet nie próbowałam pogadać z Michaelem.
-Jestem mega kretynką...- nagle rozchyliłam usta w zaskoczeniu.- No, właśnie...- zaczęłam w nagłym olśnieniu.
-Co: właśnie??- Tori gapiła się na mnie nic nie kapując.
Wyskoczyłam z łóżka, jak z procy i pojawiłam się tuż przy oknie.
-Ciekawe, czy nadal na Nią czekasz; Aniele- rzuciłam patrząc na majaczący niedaleko las.
-O, żesz kurna!- Niska szatynka potknęła się i wylądowała na podłodze.
-Tak, jak mówiłem, będę czekał na Moją Księżniczkę- oznajmił baryton.
-Myślałam, że ruszysz za nią- zauważyłam podejrzliwie.
Dłoń z toporem wystrzeliła do przodu i zatrzymała się tuż przy gardle Tori, która stanęła między nami.
-Nic do ciebie nie mam, z drogi- zwrócił się do niej.
-Jeśli masz coś do Cally, masz coś do mnie; jasne?- Zapytała ostro dziewczyna.
-Klucz do JEJ bezpieczeństwa leży w tej zabitej dechami dziurze- Suriel zwracając się do mnie, powoli opuścił topór do boku.- Nie mam potrzeby strzec Mojej Księżniczki tam, gdzie jest bezpieczna.
-Jeszcze nie Zaprzysiężyłam cię mojej córce, Aniele- zauważyłam powoli.
-Czyżbyś nie zamierzała tego zrobić?- Zapytał chłodno.
-Niczego ci nie obiecałam- odwarknęłam poirytowana.
Oczy Tori skakały po nas ze zdziwieniem.
-To prawda, ale wiesz; że mogę ci pomóc- potwierdził spokojnie.
-Równie dobrze mogę poprosić tę owiniętą w prześcieradło dziewuchę- wzruszyłam ramionami, starając się, by mój głos brzmiał obojętnie.
-Nie zrobisz tego, bo nie tylko owej nie lubisz, ale i jej nie ufasz- Miałam wrażenie, że Anioł złośliwie się uśmiecha.
Niestety miał rację. W życiu nie upadłabym tak nisko, by prosić o pomoc kogoś, kogo traktowałam, jak wroga. To byłoby dla mnie strasznie upokarzające. Co innego Suriel. Jako Anioł był mi zupełnie obojętny.
-Nie zapominaj, że pochodzę z diabelskiego rodu- zauważyłam dumnie.
-Nawet Diabeł dotrzymuje obietnic- odciął się ironicznie.
-Niczego ci nie obiecałam. Zaślubię córkę z kim zechcę, a ty, Aniele, jesteś ostatni w kolejce- wiedziałam, że pyskując Mu, igram z ogniem; ale mało mnie to obchodziło.
Ostrze w mgnieniu oka oparło się na mojej tętnicy. Suriel zazgrzytał zębami z wściekłości. Tori wystraszona obserwowała wydarzenia.
-Szkoda, że nosisz Moją Pieczęć- warknął lodowato.
-Powstrzymuje cię to, Aniele?- Spytałam nieco zaintrygowana.
Anioł wsunął broń za pas i zasłonił ją połą prochowca.
-Nie tylko to wstrzymuje mnie od zabicia cię, wampirze- odparł z niechęcią.
-Jeszcze raz obraź Moją Panią, a będziesz miał ze mną do czynienia!.- Lucian pojawił się u mojego boku zupełnie niespodziewanie.
-Mój ulubiony starszy brat, Archanioł Chóru...
Lucian przerwał mu w śpiewnym języku, którego nie zrozumiałam.
-Powinna wiedzieć, Bracie- odpowiedział tajemniczo nasz Łowczy Anioł.
-Żałuję, że nie pozwolił odebrać ci Skrzydeł- odwarknął zimno czarnooki, wpatrując się w Suriela nieufnie.- Nie dość, że mieszasz się w nieswoje sprawy i kombinujesz pod moim nosem, to jeszcze nękasz moją Panią- Lucian chyba naprawdę się wkurzył, bo jego postać płonęła błękitnym ogniem, a w ręce opuszczonej do boku błyszczał miecz.
-Chcesz walki, Mika..elis?- Zapytał drwiąco Anioł.
-Wyzywasz mnie?- Odpowiedział pytaniem czarnooki.
-A jeśli nawet..?- Suriel zaśmiał się cicho, nie kryjąc wesołości.

Kilka sekund później znaleźliśmy się tuż przy ponurej ścianie lasu, a Suriel ruszył na Luciana. Przystojny młodzieniec zastawił się mieczem, a Anioł poczęstował go kopniakiem. Czarnooki odleciał kilka metrów i lądując na nogach, szybko uskoczył przed następnym ciosem topora.

Broń zwierała się krzesząc snopy iskier. Lucian odbił kolejny cios, a topór furknął w górę. Anioł syknął coś przez zaciśnięte zęby i zniknął mi z oczu. Pojawił się trzy metry dalej i złapał broń, a jego kapuca...
-Tori zamknij oczy- nakazałam szybko.
-Czemu?- Zdziwiła się.
-Przesąd, wyjaśnię później- rzuciłam krótko.
-Spoko- Zamknęła oczy, a ja zrobiłam to samo. 
-Możecie patrzeć- oznajmił Lucian, po długich minutach.
Obie otworzyłyśmy oczy.
Zakapturzony Anioł spychał czarnookiego w tył, gdy nagle zatrzymał się. Lekki ruch dłoni i topór obracając się furknął w powietrzu. Lucian uskoczył, gdy dwadzieścia metrów później usłyszeliśmy przerażony okrzyk i kilka piskliwych słów; które prawdopodobnie były przekleństwami.
-Ciekawe, kogo złapałem.. Hm?- Spojrzał z boku na Luciana, który trzymał płonący miecz przy jego gardle.
-Trzeba to sprawdzić- zgodził się mój Strażnik. Opuszczając lekko ostrze zakręcił młynka i po chwili w jego dłoni pojawił się stary klucz.
Uprzedziłyśmy ich i ruszyłyśmy przodem.
***
-Puszczaj, ty draniu! Zettai yurusenai; kimkolwiek jesteś!- Warczał głos dziewczyny.
Stanęłam raptownie, jakby wryło mnie w ziemię. Zadrżały mi wargi, a w oczach stanęły łzy. Z trudem opanowałam drżenie rąk, które zacisnęłam w pięści i zmusiłam się, by tam pójść.

Wszystko wróciło. Brudna, ciemna i zimna cela. Kij grający na kratach upiorną melodię. I piskliwy, szyderczy śmiech tej...
-Suka..!- Moja pięść wystrzeliła w stronę przyszpilonej toporem do klonu Kurushimi i zderzyła się z jej twarzą.
-Zabiję... Rozszarpię cię na strzępy za to, co zrobiłaś- warknęła wściekle, próbując się wyrwać.
-Nie ona przybiła cię do tego drzewa- właściciel barytonu wyprowadził ją z błędu.
-Więc kto?- Syknęła rozdrażniona.
-Ja to uczyniłem- przyznał Suriel łobuzerskim tonem.
Oczy Kurushimi przybrały ten znienawidzony przeze mnie dziki, demoniczny wygląd. Potężny konar klonu rosnąc w zastraszającym tempie pędził ku Aniołowi, który z opanowaniem pochwycił szpic tuż przed swoją piersią.
-To ona?- Zapytał, patrząc na mnie. Potaknęłam skinieniem.
Z jego lewej dłoni wyszedł jęzor ognia, który pełznąc po konarze przysmażył dziewczynce rękę. Chwile potem gałąź rozsypała się w popiół.
-Smażony kitsune. Rarytas prosto z Japonii. Oishii desu!- Zarechotała Tori.
-Twój japoński jest koszmarny, więc się zamknij, bo tak cię urządzę; że własna matka cię nie rozpozna!- odpyskowała.
-Kurushimi ga ochiru, ochiru, ochiru, goban no gēto wa sudeni hōkai shite imasu. Kago wa mada tonde iru, tonde iru, tonde iru. Kurushimi wa fushidaradesu, Chīsana chūgokujin josei.- Widząc po minie Kurushimi, ta owinięta w prześcieradło dziewucha musiała nucić coś naprawdę wrednego.
-Rany... Nie wyrywaj się tak, bo zrobisz sobie kuku.- Yuri zachichotała wyjątkowo złośliwie.
-Mogłam się ciebie wcześniej pozbyć, ty...- zasyczała wściekle Kurushimi, wyrywając się.
-Żałuj zmarnowanej okazji, hihihihihi- Hanayakana wstydliwie zasłoniła twarz szerokim rękawem kimona, chichocząc drwiąco.
-Mogę ją jeszcze podsmażyć?- Zapytał z nadzieją Anioł.
-Twoja wola, Aniele. Legendy mówią, że lubisz tortury- rzuciłam z ironią.
-Zatem trzymajmy się legend- Miałam dziwne wrażenie, że mówiąc to przewrócił oczami.
-Yamette! Dostaniesz, co chcesz, tylko tego nie rób!
-Jeśli mogę prosić o przysługę; zamknij jej pysk, Bracie- zasugerował Anioł.
Stanęłam tuż przed nią i zajrzałam w jej fioletowe tęczówki.
-I co, Kurushimi? Karty się odwróciły, hm?- Spytałam uśmiechając się paskudnie.
Zamachała rękami próbując mnie dosięgnąć. Docisnęłam jedną z jej rąk do pnia i przybiłam ją sztyletem. Zaczęła wrzeszczeć, kląć i grozić. Lucian bez wahania wymierzył jej siarczysty policzek.
-Soshite, anata ga ochiru yō ni, Tenshi! Jigoku de anata o tabe saseyou!- Warknęła pogardliwie.
-Będzie buba- skomentował zakapturzony Suriel drżąc ze śmiechu.
-Co ona powiedziała?- Spytałam Yuri.
-"A żebyś upadł, Aniele i niech cię piekło pochłonie"- Zacytowała „panna prześcieradło”.
Lucian słysząc to pociągnął jej mocno z buta.
-Nie spoufalaj się tak, ścierwo. Pożałujesz, że śmiałaś tknąć Moją Panią, bachorze- drugi mocny kopniak, po którym coś dziwnie chrupnęło.- Nawet, gdybyś miała wszystkie dziewięć ogonów, nie dorównałabyś mi.
-Lucian, mam sprawę...- zaczęła nieśmiało Tori.
-Jaką?- Spytał lekko.
-Polecony, do rąk własnych- odparła podrzucając gruby drut.
-To niech leci- odparł półżartem.
-To za mojego męża i dziecko- Tori przywaliła mocno lisicy.- Drugi za moją najlepszą kumpelę- zdzieliła Kurushimi w żebra.- Aha, i ze specjalną dedykacją, franco!- Niska szatynka wbiła kitsune pręt, w ramię.
-Aian! Sore wa itai! Itai!- Warknęła Kurushimi. W jej oczach zaszkliły się łzy.- Coś ty zrobiła, puszczalska dziwko?! Zniszczę cię! Zrujnuję! Pożałujesz tego!!
-Za słabo? Wolisz hardcore?- Tori uśmiechnęła się wrednie, spoglądając z ukosa na pręt.- Zaraz.. Wiem! Rozgrzejemy to ustrojstwo!.- Ucieszyła się, spoglądając na czarny prochowiec.
-Ta dziewka naprawdę nie jest Łowcą?- Zapytał szeptem Luciana.
-Nie, a co?- Zdziwił się czarnooki.
-Nadawałaby się znakomicie- stwierdził Suriel z rozmarzeniem. Spod kaptura błysnęły błękitne tęczówki, a drut w ramieniu kitsune zaczął zmieniać kolor. Po jakimś czasie najpierw stał się czerwony. Fioletowooka zaczęła wrzeszczeć z bólu.
-Czego chcesz od Mojej Księżniczki?- Zapytał ją Anioł, a czarne tęczówki Luciana patrzyły nań z boku podejrzliwie.
Z ust Kurushimi, zamiast sensownej odpowiedzi, wydobył się złośliwy chichot. Pręt zmienił kolor na intensywny pomarańcz, a dziewczynka zawyła z bólu.
-Jeśli nie zaczniesz gadać, z przyjemnością cię usmażę- odezwał się wesoło Suriel.
-Jestem nieśmiertelna, jak wszystkie kitsune- warknęła w odpowiedzi.
-A jeśli znajdę twoją Kulę?- Spytał zaciekawiony, świdrując ją wzrokiem.
Kurushimi ignorując drut w ciele wyrwała się do przodu z groźbami na ustach.
-Hihihihi, tylko spróbuj- znów ten irytujący, psotny chichot.
-Na pewno spróbuję- zapewnił Anioł Suriel.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów. 
-Witamy w Guadalupie, a właściwie w Czarnej Dupie- stwierdziłem kwaśno.
-Telefony i internet działają, więc nie dramatyzuj; Michael- stwierdziła ciotka Mary.
-Taa, racja. Zawsze mogło być gorzej- westchnąłem tęsknie.
-Co chcesz przez to powiedzieć..?- Spytała wjeżdżając w bramę. Samochód stanął, a silnik zgasł.
-To skomplikowane- odparłem wysiadając szybko.
-Twoja żona też zbyt wiele nie wyjaśniła- zauważyła nieco podejrzliwie.- Od Armanda również nic nie dało się wyciągnąć i...
-To drobnostka- odparłem na odczepne.
Chyba wiedziała, że ją zbywam, ale skwitowała to tylko ciężkim westchnieniem.
-Wiesz, że możesz mi powiedzieć o wszystkim, Michael- zapewniła, gdy wziąłem nosidełko, ze śpiącą kruszynką.
Dziewczynka nagle się zbudziła i zacisnęła paluszki na mojej prawej dłoni.
Kolejny obraz...
Leżąca na łóżku Callisto zaciskająca palce na telefonie, ociera łzy.
-Nie jestem zły na mamusię, skarbie- szepnąłem pieszczotliwie do córki.
Przyglądała mi się dziwnie natarczywie.
-Naprawdę- zapewniłem dając jej buziaka.
***
Siedziałem w pokoju i zajmując się Lily, wyciągnąłem z kieszeni telefon.
-Jak nie brak zasięgu, to ci padnie bateria.. Na nieskończoną cierpliwość Anioła...- westchnąłem z irytacją podłączając telefon pod ładowarkę.- Masz, nażryj się- burknąłem niechętnie. Kładąc Lily na łóżku położyłem się obok, bawiąc się z córką.
Martwiłem się tym wszystkim. Bałem się, że coś stanie się mojej Cally.
Dźwięk telefonu wyrwał mnie z ponurych rozmyślań. Ostra, rockowa melodia sprawiła, że mała zaczęła się wiercić, machając rączkami i nóżkami.
-Mój skarbuś kochany sobie dyla...- uśmiechnąłem się do dziecinki, sięgając po urządzenie. Widząc na wyświetlaczu zdjęcie Callisto odebrałem.- Kochanie moje..- rzuciłem do słuchawki.
Lily znieruchomiała na chwilę.
-Pewnie jesteś na mnie wściekły- odezwała się smutna.
-Nie jestem. Miałaś powody- odparłem cicho, widząc że mała wyciąga rączki do telefonu.- Ktoś chce się z tobą przywitać..- skierowałem Motorolę w stronę Lily.
-Maa.. Ba, bach..- zapiszczała radośnie.
-Cześć, skarbuś.. Pilnujesz taty?- Spytała z miłością.
-Gaaa pffry. Buu..- odpowiedziała po swojemu Lily, z dziwną powagą.
-Też bardzo tęsknię, kochanie- odpowiedziała cicho.
-Coś w mieście się zmieniło?- Zapytałem.
-Widzieliśmy Corę- odezwała się z wahaniem.- To straszne... Ona nie jest sobą i...
-To znaczy?..
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Kiedy u niej byliśmy... W pokoju jest bałagan i mrok. Wszędzie pełno ciuchów.. Ona wygląda okropnie, jest pokaleczona, rozczochrana... Chodzi na czworakach, jakaś poskręcana, mówi wspak i... Rzuciła w Paula jakąś patelnią..
-Skąd w jej pokoju patelnia?- Zapytał zaskoczony.
-A żebym to ja wiedziała, ale to jeszcze nic. Najgorsze jest to, że... Jej matka twierdzi, że Cora śpi pod biurkiem, albo w szafie..
-Wiadomo, kiedy to się zaczęło?- Zapytał z namysłem.
-Co sugerujesz?- Zapytałam ostrożnie.
Przez dłuższą chwilę w słuchawce zapanowała cisza.
-Mam na myśli to, że Cora spotkała kogoś opętanego przez kitsune i złapała to samo- zauważył.
-Mówisz tak, jakby to była choroba..- stwierdziłam wolno.
-Ech, kto wie.. Może coś w tym jest.. Jak twierdziła Yuri..
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Demony tak samo, jak ludzie lubią gry- zacytowała ponuro.- Gorsze jest to, że te ich gry... To czysta makabra.. Oni bawią się tymi ludźmi, jak zabawkami... Tak, jak... Jak bawili się mną...- przyznała z rozpaczą.- Nie mogę stać bezczynnie i patrzeć, jak rujnują Mój Bajzel... To jest, kurwa, mój bajzel i nie pozwolę się nikomu wpierdolić- zaklęła z irytacją.
-Potomkini Założyciela chce chronić tą zabitą dechami dziurę?- Nie wiem, dlaczego sobie zakpiłem.
-Och, daj spokój... Może i to totalny wypiździaj, ale.. Gdyby nie to zadupie, nie byłoby nas i naszej słodziaśnej Kruszynki- przyznała rozsądnie.
-Kocham to MEGA-zadupie- zarechotaliśmy zgodnie.

-Trzeba ich jakoś wykurzyć z miasta. Poszperam w sieci, może znajdę coś ciekawego..- stwierdziłem zamyślony, włączając laptopa. 
-Powinieneś odpocząć- odezwała się troskliwie.
-Znowu chcesz robić wszystko sama, Callisto.. - zacząłem niechętnie.
-Nie, że sama- zaprzeczyła spokojnie.- Chodzi o to, że... Że...- jej ton nagle stał się płaczliwy.
-Że: co, Kochanie Moje..?- Szepnąłem zmartwiony.
-Nie chcę, żeby coś wam się stało, dlatego...- Callisto nagle urwała.
-Dlatego..?- Podchwyciłem.
-Obiecaj mi coś- powiedziała ledwie słyszalnie.
-Wiesz, że obiecałbym ci nawet gwiazdkę z nieba, Moje Kochanie- odparłem szeptem.
Westchnęła, jakby bała się, że to będzie dla mnie zbyt wiele.
-Przysięgnij, że... Jeśli coś mi się stanie... Przysięgnij na wszystko, co kochasz, że zaopiekujesz się naszą córką...
-Callisto Anabelle Tyler, herbu Kruk, nawet tak nie żartuj!- Wykrzyknąłem ze strachem.
-Michael.. Pyszczulku, proszę...- szepnęła cichutko.
-Na wszystko, co kocham i, czego pragnę, przysięgam, ale błagam cię; Callisto: nie zostawiaj nas tu samych.. Moje Kochanie...- Szepnąłem ocierając łzy.
-Kocham cię... Kocham was oboje i zrobię wszystko, żeby wydostać miasto z tego syfu i do was wrócić... Wrócę- to nie było tylko stwierdzenie. To jedna z jej obietnic...
-Będę czekał, Moje Kochanie.. Oboje będziemy- odparłem na pożegnanie.

Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Wiedziałam, że się o mnie boi. Czułam to, ale nie wybaczyłabym sobie, gdyby stało im się coś złego. Zadręczałabym się, że jednak mogłam zrobić dla nich coś więcej.
 |•••|
Otwieram oczy i zamykam usta otwarte w niemym wrzasku przerażenia.

Ten cholerny sen nadal mnie prześladuje...

Pękająca kamienna trumna opleciona łańcuchami.. Tonąca w krwawym błocie kłódka ze znakiem saturna...

Ignis. Sanguis. Et angelorum psallentium chori. 

-Niech to diabli...- szepnęłam siadając na łóżku.
Przetarłam zmęczone oczy patrząc na nadgarstek prawej ręki, z której znów nie zdjęłam zegarka. Zielone cyfry wskazywały czwartą czterdzieści cztery..
-Kuso! Przeklęte kitsune, niech was szlag!- Rozpoznałam akcent „panny prześcieradło”. Coś musiało ją naprawdę- nie tyle zdenerwować, co zwyczajnie- wkurwić.
Wyczłapałam się spod cieplutkiej kołdry i wyszłam na korytarz.
-Coś ty taka wściekła? Stało się coś?
-Sumimasen, Karisuto-san.. Obudziłam cię..- rzuciła przepraszająco.
-Nie spałam już. Doushite mo?- to było jedyne pytanie, którego się tam nauczyłam.
-Kurushimi. Mści się na dziewczynach z miasta..- odezwała się cicho.
-Powinnam Mu pozwolić usmażyć tę dziwkę...- mruknęłam z rozdrażnieniem.
Trzasnęłam otwartą dłonią we framugę.
-Hideyoshi. On wiedziałby, co robić- westchnęłam ciężko.
-Skąd go znasz?- Zdziwiła się Hanayakana.
Powoli podniosłam głowę i spojrzałam na nią z zastanowieniem.
-Nie mogę powiedzieć, że się znamy.. Bardziej ujęłabym to tak, że byliśmy sąsiadami... No, wiesz.. Tam- odpowiedziałam niepewnie.
-Zaraz... On jest w...? Kuso!- Zaklęła po swojemu z wściekłością.- Muszę go stamtąd wyciągnąć, zanim...- ruszyła z miejsca.
-Też chcę iść- chwyciłam ją mocno za rękę.
-Nie- odparła uwalniając dłoń z mojej.- To sprawy pomiędzy kitsune- oznajmiła z naciskiem.
Obróciłam ją i przyparłam do ściany.
-Obiecałam sobie, że go stamtąd uwolnię- Powiedziałam ostro, patrząc jej w oczy.
-A ja obiecałam komuś, że będziesz bezpieczna- odwarknęła ze złością.
-Komu? Michaelowi?- Zapytałam szybko.
Wbiła wzrok w panele. Milczała, jakby zrozumiała, że powiedziała za dużo.
-Nieważne, komu obiecałam- odezwała się przerywając ciszę.
-Ty...- Mimo, że chciałam wiedzieć, co takiego ich łączy; nadal wahałam się, czy zadać to pytanie.- Ty Go kochasz..?- Ach, ten mój niewyparzony język.. Zawsze odzywa się jakby wbrew mnie, cholera..
Dziewczyna nadal patrzyła w podłogę.
-Jeśli kogoś kochasz, puść go wolno. Jeśli wróci, jest twój. Jeśli nie wróci; nigdy nie był- powiedziała cicho.
Odsunęłam się zaskoczona, a ona odeszła. Długo patrzyłam w korytarz wiodący na schody, nie wiedząc; co o tym myśleć.

-Cally, wszystko gra?- Zapytała Tori. Odwróciła się przyglądając mi się uważnie.
Podniosłam wzrok i tuż przed moimi oczami zamajaczyła uliczna latarnia.
-Taa, okej- odparłam omijając betonowy słup.
W uszach ciągle słyszałam słowa Yuri i nie potrafiłam przestać się zastanawiać, co by było gdyby wszystko potoczyło się inaczej...
Jakiś czas szłyśmy w milczeniu, a ja starałam się ignorować zatroskane spojrzenie Tori.

-Czymś się martwisz, Callisto- zauważyła powoli, gdy usiadłyśmy na ławce w parku.
-Naprawdę wszystko gra- odparłam ziewając.
-Powiedz, o co chodzi.. Pobiłaś się z Prześcieradłem?- Spytała żartobliwie, lecz nawet się nie uśmiechnęłam. Ten żart nagle przestał być zabawny.
-Och, nie... Zupełnie nie o nią chodzi- skłamałam zamyślona.
-Więc o kogo?- Zdziwiła się.
Westchnęłam ciężko wlepiając wzrok w trawę.
-Nie chcę cię dołować, więc nie gadajmy o tym...- westchnęłam cicho.- Chodźmy się rozerwać- zaproponowałam.- Przecież jest festyn. 

czwartek, 10 maja 2018

Hunter III Curse Rozdział XXIV Nasza mała księżniczka

Powoli ukryłem miecz w pochwie i rozglądając się po lesie rozmyślałem; co z tego wszystkiego wyniknie.
***
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
Leżałam na łóżku, zabawiając małą i rozmyślałam, z jakiego powodu sam Anioł Suriel ukląkł oferując służbę mojej córce i, czy ta obecność; którą czułam pisząc raport dla Angello- była Nim- naszym Łowczym Patronem.
Nazwał ją „swoją Małą Księżniczką”; jakby całym sobą pragnął należeć do niej- być jej Własnością i ochraniać Lily bez względu na wszystko.
-Niczego ci nie obiecałam; Aniele- szepnęłam przytulając z miłością córkę.

Nikomu nie ufać.
Do nikogo się nie przywiązywać..
To przynosi tylko niepotrzebne cierpienie...
Bzdura! Gdybym nie zaprzyjaźniła się z Michaelem, nadal byłabym tamtą Callisto. Pełną rozpaczy, goryczy i pragnienia zemsty łowczynią- i jednocześnie- po brzegi naładowanym wściekłością, krzywdą i bólem wampirem poziomu D na skraju upadku.
Nikomu nie ufać...
Gdybym tego nie zrobiła, nie byłoby mnie tu teraz. Owszem; czasem miałam pretensje do Michaela, że ryzykuje karmiąc mnie swoją krwią, ale to on- ten chudy ciemnowłosy okularnik o jasnozielonych tęczówkach- podniósł mnie z otchłani rozpaczy i napełnił moje serce nadzieją.
Do nikogo się nie przywiązywać..
W tamtym czasie wiele razy myślałam o śmierci. Pragnęłam umrzeć. Nic nie czuć. Po tamtej nocy wszystko straciło sens. Nienawiść Grace paliła moje serce, jakby ktoś rzucił je prosto w płomienie i nadal nie potrafiłam zrozumieć; dlaczego zamiast powiedzieć; jak bardzo jej nienawidzę, powiedziałam, że ciągle ją kocham- mimo tego, co mi zrobiła.
To przynosi tylko niepotrzebne cierpienie...
Bałam się kolejnej zdrady. Nie chciałam pokochać kolejnej osoby, która potraktowałaby mnie, jak śmiecia..
Zbyt wiele nocy płakałam w poduszkę.
Zbyt wiele postawiłam na szali, żeby, mimo przeciwności losu, nadal żyć..

-I zbyt wiele mam teraz do stracenia, żeby się poddać- szepnęłam całując Lily.
Zaczynałam rozumieć, co miała na myśli ciotka Sussan, mówiąc "zobaczysz, jak ta Kruszynka będzie rosnąć"; jednak.. Chyba nigdy nie pojmę; dlaczego nie walczyła o mego ojca, skoro go kochała- tak samo; jak nie zrozumiem, czemu wujek Luca nie walczył o moją matkę; do której także czuł coś więcej...
Mój chrzestny już drugi miesiąc był w Bułgarii, gdzie załatwiał jakieś sprawy Stowarzyszenia. Nie kontaktował się z nikim, oprócz ciotki, dzieciaków i przewodniczącego. Nasze relacje bardzo się zmieniły. Unikał mnie coraz bardziej.
Nawet, gdy mijaliśmy się w budynku Stowarzyszenia mówiliśmy sobie tylko cześć i na razie, poza tym zero jakiejś rozmowy.
Teraz wylądowałam w pieluchach, ubrankach i całej reszcie...
-Jezu, Liluś..- jęknęłam zrywając się na dźwięk płaczu małej. Wstając wzięłam ją na ręce.
-Odłamkowym ładuj- rzucił od progu zielonooki, widząc jak przewijam małą.
-Masakra- wetknęłam jej smoka w buźkę.- Chryste Panie, znów chcesz jeść, czy co, na Kulawe Aniołki..?- Pomachałam grzechotką, próbując jakoś rozweselić małą.- Na Świętego Anioła...- jęknęłam z westchnieniem.
Płacz ucichł, Lily zajęła się wywracaniem zabawek, które miała w zasięgu rączki, a mnie opadła szczęka. Przez moment nie wiedziałam, o co biega.
-Co jej..? Michael.?- Rozejrzałam się, ale mój przystojniak gdzieś wsiąkł.
Okazało się, że zniknął tylko na chwilę, po której zjawił się z butelką cieplutkiego mleka.
Lily zaczęła klaskać na widok jedzenia i wyciągnęła rączki w stronę pojemnika, który Michael mi podał.
-Chodź, mój ty malutki potworku- rzuciłam biorąc Lily na ręce, obsypałam ją całusami.
-Ga pfrrpypy.. Bach!.- zachichotała wesoło, patrząc na mnie i zaczęła wcinać.
-Moja żarłoczna bestyjka- wymruczałam dając jej całusa. Nie mogłam się napatrzeć, jak je- wyglądała wtedy tak słodko.. Jak aniołeczek.
Zawartość butelki zniknęła, a Lily beknęła lekko. Jej oczka były takie duże i słodkie.. Wyglądały, jak błękitne dropsy.. Mała zaczęła coś pokazywać marudząc.
-Co, kochanie?- Szepnęłam do małej. Michael wziął się na sposób i pokazywał córce różne przedmioty.
Grzechotka. Przytulanka.. Kocyk... Jego dłoń trąciła butelkę z krwią.
-Maruda jest nadal głodna..- Zielonooki podał mi pojemnik.- A ty..? Nie chce ci się pić, Moje Kochanie?- Zapytał z troską, całując mnie po szyi.
-Wszystko w porządku- skłamałam cicho.
-Kochanie Moje- szepnął z prośbą.
***
Angello tuż przed zebraniem Rady poprosił mnie do swego gabinetu.
Z pozoru nic się nie zmieniło: na ciemnym biurku stał kubek mocnej kawy, teki z dokumentami oraz moje akta, na których leżał dokument raportu.
Niepewna, czego mogę się spodziewać usiadłam naprzeciwko przewodniczącego.
-Przepraszam, że kolejny raz do tego wracam, ale zastanawia mnie coś- zagadnął Angello.
-Co takiego?- Zapytałam powoli.
-Wadera- oznajmił krótko.
-Więc ty też nie wiedziałeś, że on...- sama nie wiedziałam, czy słowo "żyje" jest w tym momencie na miejscu.
-Nie miałem pojęcia- odparł z namysłem.- Jak sama pewnie wiesz, w Barcelonie grasuje "seryjny morderca" likwidujący stare klany.
-Bliżej znany, jako "Pan Czyścioch"- rzuciłam z ironią.
Angello uśmiechnął się lekko.
-Po sposobie sprzątania i masakrze, jaką urządzał, obstawiałem Wolfa, ale... Ze wszystkim kłócił się fakt, że jako tako był martwy.. Teraz wszystko jest takie...
-Cholernie poplątane, wiem- westchnęłam.
-Czyli to on cię stamtąd wyciągnął- zaczął.
-Taa. Do teraz zastanawiam się, czy miałam minę, jakbym zobaczyła ducha... Jakoś nie dochodziło do mnie, że.. No, wiesz- westchnęłam ciężko, kręcąc głową z niedowierzaniem.- Coś nowego w mieście..?- Zmieniłam szybko temat.
Przerwało nam pukanie do drzwi.
-Proszę- zaprosił spokojnie Angello.
Otworzyły się drzwi. Na widok Silvera zbladłam.
-Dzień dobry, Michael- rzucił inspektor miejskiej komendy.
-Dzień dobry; Shane- odpowiedział Angello uprzejmie.
-Callisto, dzień dobry- Silver lekko się zdziwił.
-Dzień dobry, inspektorze- odwzajemniłam powitanie równie zaskoczona.
-Mam kopię nagrania, o które prosiłeś- Silver kładąc na biurku opakowanie z płytą CD przesunął je po blacie ku Angello.
-Coś w śledztwie się ruszyło?- Zapytał przewodniczący.
-Martwy punkt- odparł niechętnie policjant.- Bathory wczoraj oznajmił, że się stąd wynosi..
-Firma "Rzeźnik" ucieka?- Spytałam unosząc brwi.
-Co chcesz przez to powiedzieć?- Odpowiedział pytaniem mężczyzna.
-Bathory zawsze zwija interes, jak coś się pieprzy. Siedem lat temu, po podpisaniu Traktatu, zwiał do Paragwaju. Nie mamy z tamtejszym Zrzeszeniem umowy ekstradycyjnej, więc poczekał aż sprawa się przedawni- westchnęłam i obaj parsknęli śmiechem.
-No, fakt.. Zapomniałem- Silver spojrzał na mnie i znowu się roześmiał.
***
Po obiedzie weszłam do pokoju. Michael drzemał na bujanym fotelu z małą w ramionach. Stanęłam za nim i cmoknęłam go delikatnie w kark.
-N-Nie śpię...- rzucił nieco nieprzytomnie zwracając na mnie wzrok.
Pieszczotliwie poprawiłam bryle na jego nosie, gdy Lily otwarła te swoje oczyska i wyciągnąwszy łapki...
-Maa... Maa.. Tata!- Zapiszczała radośnie.
-???- Tak ogólnie wyglądała nasza wymiana spojrzeń. Chyba nam obojgu poopadały szczęki.
-Ty mała oszustko... Coś wcześnie zaczynasz nawijać- Stwierdził zielonooki przyglądając się naszemu skarbusiowi.
-To półwampir, więc nie ma powodu do obaw- rzucił od progu Marco; wchodząc postawił na biurku turystyczną lodówkę.- Co, maleństwo?- Rzucił lekko, a Lily w odpowiedzi pokazała mu czubek języka i wychyliła się w jego stronę.
-Co, chcesz się przytulić do wujka?- Spytał Michael.
-Nie jestem aż taki stary- prychnął Marco udając obrażonego.
Wziął Lily w ramiona i zaczął się z nią bawić.
-Wszyscy się w niej zakochali, hm?- Spytał zielonooki obejmując mnie lekko.
-Włącznie z jej tatusiem- odcięłam się nieco złośliwie.
-W końcu to moja Perełeczka- zachichotał.
-A ja to co?- Zapytałam zazdrosna.
-Mój ty cudny Turkusiku- wymruczał czule z tym seksownym półuśmiechem.
W tym momencie usłyszeliśmy głośny trzask i przekleństwo.
-Co tam się znów dzieje?- zdziwiłam się wychylając się zza framugi.- Na Kulawe Aniołki..
Devon leżał na podłodze z wielkim pakunkiem w uniesionych lekko rękach.
-Uff, złapałem..- odetchnął z ulgą.


Hunter III Curse Rozdział XXIV Nasza mała księżniczka

Zamknęłam pudełko i przekazawszy dziecko narzeczonemu, rzuciłam się ciotce na szyję. Zaskoczona objęła mnie lekko.
-Valerie byłaby z ciebie dumna- szepnęła cicho.- Przepraszam, że byłam wobec ciebie taka...
-To nic takiego, ciociu... Moje życie przynajmniej było ciekawe..- zaczęłam.
-Będzie jeszcze ciekawsze, Callisto Anabelle.. Zakładasz rodzinę.. Nie możesz się teraz poddawać- odszepnęła z otuchą.- Zobaczysz, gdy ta Kruszynka będzie rosnąć...

Maleńka położyła paluszki na chłodnym metalu patrząc z dziecięcym zaciekawieniem na zawieszkę.

Ciotka wymawiając się czymś wyszła z sypialni, a ja zajmowałam się Lily.
-Trzeba będzie przerobić pokój...- powiedział w zamyśleniu.
-Pomyślimy coś...- pocieszyłam oglądając różowe buciki.- Podobają ci się?- Rzuciłam pieszczotliwie do malutkiej, która wyciągała rączki w stronę nowych przedmiotów.
-A niech mnie Anioł w dupę kopnie...- Szepnął oszołomiony zielonooki, gapiąc się na olbrzymi pakunek.
-Co to jest?- Zapytałam wolno.
Gapił się na pudło nie potrafiąc wydusić słowa. Stanęłam przy nim i opadła mi szczęka. Łóżeczko..
-Jak oni utrzymali to w tajemnicy, skoro mieli Długi Jęzor za pomocnika?- Szepnęłam zdumiona.
Wtedy usłyszałam bieganinę i wrzaski mojego młodszego kuzynostwa i innych dzieciaków.
-Gacuś, ty głupi, zapchlony, żarłoczny sierściu- prychnęła w ostatniej sekundzie przeskakując kota, spojrzała na drzwi i zbaczając z kursu przywaliła mocno we framugę.
-Ała..!- Jęknęła podnosząc się z podłogi.- Głupie, przemieszczające się drzwi.. Cally??- Zdumiała się, widząc mnie.
-Przecie nie Buuubaaalożarł- odparłam wspominając jej potwora z dzieciństwa. Lily Valerie na dźwięk tego dziwnego słowa wyciągnęła rączki do Michaela.
-No, cio; skarbie?- Spytał dziecko, gdy po dotyku małej na chwilę przybrał nieobecne spojrzenie.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Mała oparła paluszki na mojej piersi i wtedy pokazała mi jeden z pierwszych swoich obrazków, o których opowiadała mi kiedyś Callisto. Chciała wiedzieć, kim jest ta podobna do mamy dziewczyna z puchnącym powoli okiem, oraz pokazała mi retrospekcję sprzed zaledwie chwili, gdy Cally rzuciła to dziwne słowo; chcąc wiedzieć, co to za stworzenie.
-Michael?- Clarissa pomachała mi dłonią przed oczami.
-Co z tym Buuu-coś-tam; Clarissa?- Zawiesiłem się na tym temacie.
-Jak miałam pięć lat to się bałam takiego potwora. Cally go tak nazwała, bo wpierdzielał konserwy... Potem się okazało, że to tato w trybie "dieta rotacyjna"- zarechotała wesoło.
-Na pewno z tym okiem jest okej?- Spytała Callisto ostrożnie.
-To nic takiego.. Ostatnio często w coś przydzwaniam- odparła z ironią Clarissa.
-Bo łazisz w rozwiązanych butach, głuptaku- zachichotał jej brat stojąc w wejściu.- Jimmy zastanawia się, gdzie jego piękna Meryluu..- spojrzał na siostrę uważniej.- Łoo, żesz ty...- skomentował.
-Pewnie tak..- przytaknęła w zamyśleniu szczupła szatynka stając na jednej nodze, zaczęła wiązać lewego buta. Po chwili stanęła na lewej i zawiązała drugie sznurowadło.- Albo to krasnoludki rozwiązują mi buty.. A kuku!- Rzuciła do małej ciepło.- Kurczaki... Jaka słodziaśna..- rozpływała się.
Mała beknęła krótko i zaczęła kwilić z niezadowoleniem.
-Znowu jest głodna..?- Zdziwiło mnie to, bo zdawało mi się, że całkiem niedawno Cally ją karmiła.
-Jimmy jest fajny- burknęła Clarissa do brata wychodząc.
Cally podała mi butelkę z krwią, ale mała zaczęła grymasić, że niekoniecznie tego chce.
-Przedtem mleko jej nie pasowało- zauważyłem z zastanowieniem, a mała znów pokazała mi obraz (tym razem nieruchomy) przedstawiający butelkę z białym płynem.- Może było za ciepłe, albo za zimne...?- Zacząłem zamyślony.
-To znaczy?- Zdumiała się moja przyszła żona.
-Gdzieś musi być mały crash- czułem serduszko mojej córeczki, tuląc ją delikatnie.
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
Nic z tego nie zajarzyłam. Od kiedy Lily się urodziła Michael zachowywał się, jak wariat. Był bardziej nadopiekuńczy, niż gdy byłam w ciąży; a jego pomysły i megaszybkie spostrzeżenia potrafiły mnie zaskoczyć trzysta razy na godzinę.
Michael położył małą na łóżku i uśmiechając się do niej ciepło, połaskotał ją delikatnie.
-Tatuś zaraz wróci, skarbeńku.. Pilnuj mamusi- rzucił znikając za drzwiami.
Wrócił kilka minut później z butelką mleka. Lily wiercąc się na materacu marudziła, a ja otaczałam ją ramionami, żeby nie spadła.

-Idzie żarło, łaaa!. Bach!- Zarechotał biorąc ją w ramiona.- To, co? Za mamę?- Rzucił lekko, a maleństwo bez wahania złapało w buzię smoczek butelki.
-Jaki spokój...- Callisto padła na łóżko rozwalając się, jak księżna. Patrząc na mnie spod przymrużonych powiek ziewnęła przeciągle.
-Zmęczona?- Rzuciłem troskliwie.
-To nic takiego..- skłamała bez mrugnięcia.
-Powinnaś się trochę zdrzemnąć- odpowiedziałem prosząco.
-Och, Pyszczulku.. - Callisto westchnęła ciężko.- Wszystkiego nie mogę przespać- rzuciła ze śmiechem.
-Ale powinnaś o siebie dbać.. Poród był męczący i..- pochyliłem się dając jej całusa- martwię się o ciebie.
-Wiem, jestem kłopotliwą pijawką- próbowała zażartować.
-Kochanie Moje- jęknąłem niecierpliwie.- Naprawdę wyglądasz na przemęczoną..
|•••|
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Piętnasty czerwiec dzień naszego ślubu i chrztu małej.
Letnia posiadłość Rodu Kruka.
Ciotka Sussan i ciocia Genevieve wykonywały ostatnie poprawki przy śnieżnobiałej sukni na moim ciele. Na głowie z wymyślną fryzurą miałam welon.
-Mężczyznom wstęp wzbroniony- rzuciła ta ostatnia oglądając się na uchylające się drzwi.
-Nawet mnie?- Zapytał zza nich cichy głos Luciana.
-Anioł Kruka może wejść- odparła lekko zmieszana ciocia Genevieve.
Lucian wszedł zamykając drzwi, a ja przyglądając się swemu odbiciu odetchnęłam głęboko, starając się opanować zdenerwowanie.
-Panienko..- odwracając się spojrzałam w te piękne czarne tęczówki.
-Lucian..
Młodzieniec ukłonił się lekko z prawicą przy piersi i spojrzał na mnie delikatnie.
-Moja panienka wychodzi za mąż...- w jego dłoni pojawił się płonący błękitnym ogniem miecz, a Lucian mrucząc śpiewnie po łacinie naznaczył nim przede mną znak krzyża.
Był to jeden z naszych tradycyjnych przedślubnych rytuałów. Opiekun Rodu błogosławił pannę lub kawalera w domu przed ceremonią. Przeżegnałam się powoli, a sygnet na moim palcu błysnął tym samym błękitem, co broń Luciana, który zsunął białą przejrzystą zasłonę na moją twarz i klęknąwszy musnął ustami moją dłoń.
Caroline podała mi bukiet, a Lucian oferując mi ramię wyprowadził mnie z pokoju, a potem z domu.
Michael w garniturze czekał na mnie u stóp schodów.
Ojciec stał obok z małą na rękach.

Maleńka podczas chrztu nawet nie zapłakała. Uśmiechała się słodko do księdza.

-Zdenerwowana?- Spytał nagle zielonooki.
-Nie, a ty?- Odparłam pytaniem.
-Wcale- zaprzeczył.
-Ale bujda- rzuciliśmy uciekając wzrokiem na boki, by się nie roześmiać.
***
Przysięga małżeńska, największy stres świata, gdy patrzy na ciebie tyle osób...
-Ja, Callisto Anabelle- powtarzałam po kapłanie do mikrofonu- biorę sobie ciebie, Michaelu Jamesie za męża- głos trząsł mi się, jak cholera, a kamerzysta jeszcze bardziej mnie rozpraszał.- I ślubuję ci- bylem czegoś nie pokręciła(!!)- Miłość, wierność...
Na szczęście reszta przysięgi poszła mi z górki. Widziałam, że zielonooki okularnik stresuje się tym tak samo lub nawet bardziej, niż ja.

Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Wymiana obrączek...
-Przyjmij tę obrączkę- przyłapałem się, że pomyślałem: "podkładkę", wsuwając złoto na jej palec- jako znak mojej miłości i wierności..
Callisto była już moja.. Moja.
Moja na zawsze..
-Jeśli jest ktoś, kto zna powód; dla którego tych dwoje nie może się pobrać niech przemówi teraz.. Lub zamilknie na wieki- powiedział z powagą ksiądz.- Zatem na mocy nadanej mi przez Kościół Katolicki, ogłaszam was mężem i żoną. Możesz pocałować pannę młodą- zwrócił się do mnie.
Odrzuciłem delikatnie welon z twarzy mojej piękności i dałem jej najdłuższego buziaka pod słońcem.

Wyszliśmy ze świątyni, a nad naszymi głowami fruwał ryż. Zgromadzona rodzina i przyjaciele rzucili nieco drobniaków. Oboje przyklęknęliśmy zbierając monety.
-Nareszcie po stresie, mężusiu- rzuciła z ironią Callisto.
-Trochę dziwnie to brzmi, nie żoncia?- odparłem wesoło, podnosząc drobne.
-Pozostańmy przy Pyszczulku- zachichotała, gdy wstaliśmy. Pod rękę ruszyliśmy w stronę samochodu...
***
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Nie chciałam psuć tego dnia, dlatego postanowiłam nie pytać o to, co kitsune kombinują w związku z Fallen.
-O czym myślisz?- Chyba zauważył, że coś zaprząta mi głowę.
-Och, to nic takiego- odparłam całując go z uśmiechem.
-Ciekawe czy Lily jest grzeczna- zarechotał.
-Jeśli opiekę przejął twój ojciec to raczej wątpię, dwa diabły zawsze się odnajdą- odparłam ze śmiechem.
-A twój ojciec to niby aniołek- odciął mi się z ironią.
-Raven? Aniołek?- Spytałam wesoło.
-Chyba śnisz!- I roześmialiśmy się zgodnie.
***
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Następnego dnia, budynek liceum.
-Kogo moje oczy widzą?- Rzucił ironicznie Paul.
-Siemano, Biały Kieł- odparłem wesoło.
-Cześć, Jeckyll- dostałem w ramię od Rodrigueza.
-No, siemka. Co tam?- Spytałem.
-Ty opowiadaj. Jak tam twoje skarby?- Odpowiedział pytaniem.
-Mała totalnie rozwala mi system... Callisto ledwo urodziła, a już marudzi, że chciałaby wrócić do szkoły... Sajgon, człowieku- zarechotałem.
-Brzmi ciekawie- rzucił Paul zamykając szafkę.
-Witaj w klubie. Mam to samo z Tori..- westchnął dryblas popijając lemoniadę z puszki.
-A w mieście? Coś się zmieniło?- Zamknąłem swoją szafkę.
-Jest coraz gorzej. Dziewczynom odwala, z chłopakami też coś nie gra- zauważył Paul powoli.
-To znaczy?- Ciągnąłem go za język.
-To temat na baaardzo długą rozmowę..- Vincent rozejrzał się szybko.- Słyszałem, że niektórzy przestali chodzić do szkoły, a Cora...
-Co z Corą?- Zdziwiłem się.
-Podobno totalnie jej odbiło..- Paul ściszył głos.- Jacob był wczoraj u nich w domu i ona zrobiła coś.. Niewytłumaczalnego...- przyznał rozglądając się.
-Czyli?- Podjąłem.
-Jacob stwierdził, że chodziła dziwnie poskręcana i mówiła wspak.
-Jak to mówiła wspak?- Zdumiałem się.
-To jeszcze nie wszystko.. Jake mówił też, że wygląda okropnie i syczy, albo dziwnie się śmieje...- odparł Paul cicho.
-To na pewno robota tych kitsune..- odezwałem się zamyślony.- Lepiej chodźmy na lekcje... Racja, że to temat na dłuższą gadkę..- stwierdziłem.
×××××××××
Rezydencja rodziny Rodriguez, po zajęciach.
-Kochanie Moje..- rzuciłem zaskoczony.
-Cześć, Pyszczulku- odparła zupełnie niezmieszana, siedząc z małą w salonie, popijała herbatę z Tori.
-Jaka ona cudna...- niska szatynka potrząsnęła grzechotką a mała spojrzała na nią z ukosa, po czym wyciągnęła łapki do mnie.
-Chcesz do taty?- Spytała lekko czarnowłosa, a mała pisnęła radośnie.
-No, cio; skarbuś? Pilnowałaś mamy?- Spytałem biorąc ją na ręce.
-Ga... Ba ba ba.. Pffa!- To chyba najpiękniejsza odpowiedź, jaką mogłem usłyszeć.
-Skarbuś mój kochany- uśmiechnąłem się do mojej dziecinki. Położyła maleńką rączkę na mojej piersi i zrobiła coś niesamowitego: złożyła usteczka do pocałunku.
-Cally... Patrz na..- wyszeptała zdumiona Tori.
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
Wpatrywałam się w Lily, próbując pojąć to; co widziałam. Dziewczynka patrząc na swojego ojca układała usta w dzióbek, jak do całusa, trzymając prawą rączkę w miejscu jego serca.
Wszyscy chyba zamarliśmy patrząc na tę scenę.
Michael dał małej leciutkiego buziaka, a Lily zaczęła się wiercić w jego ramionach i chichotać po swojemu, zaciskając paluszki na małej grzechotce, którą jej dał.
Trzask. Trzask. Potrząsnęła nią i spojrzała na przedmiot ucieszona.
-Jest taka fajna...- zaczął Paul wpatrując się w malutką, jak zahipnotyzowany.
-Czyżbyś już chciał mieć taką maludę?- Spytał złośliwie Vincent.
-Jeszcze mam czas- burknął Paul z dziwną miną.
***
-Czyli to całe Sevent Angel to bujda..?- Zapytał Paul, jakby chcąc się upewnić.
-Taa- westchnęłam ciężko.- W rzeczywistości to więzienie kitsune. Angello poprosił mnie o raport w tej sprawie, ale... Coś nie bardzo mogę się do tego zabrać.. Ciągle mam przed oczami...- Przymknęłam na chwilę oczy.
-Michael. Ej, co jest grane?- Zdziwiła się Tori.
Uniosłam szybko powieki. Zielonooki znów przez moment miał to nieobecne spojrzenie.
-W porządku..- odparł budząc się z odrętwienia. Dłoń z obrączką głaskała paluszki naszej córki, ale jego twarz miała wyraz bardzo daleki od „w porządku”.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Lily pokazała mi kolejną retrospekcję.
W brudnej, zimnej i ciemnej celi Callisto prosiła o odrobinę jedzenia..
-Nie proszę dla siebie..- ten błagalny osłabiony głos. Drżenie tonu.
Śmiejąca jej się w twarz dziewczynka. Dziesięciolatka o fioletowych oczach i prostych, czarnych włosach z rudymi końcówkami.

Czy ona chciała, żebyśmy umarły.? Była dla nas taka niedobra.. Powiedziała, że nas nie kochasz...- Ten głosik, który słyszałem tylko raz, kiedy Cally była jeszcze w ciąży..
-Nie, Skarbie- szepnąłem kołysząc córkę. Potrząsnęła grzechotką i ziewnęła słodko. Po chwili zasnęła spokojnie w moich rękach.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-To było trochę niepokojące..- zaczęła Tori ostrożnie.
-Wszystko gra, serio- zapewnił zielonooki z opanowaniem.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Powinnam się wziąć za ten cholerny raport, ale... Ech..- Callisto westchnęła zrezygnowana.- Gdy tam byłam... Czasem zdawało mi się, że oni nie są tak do końca źli..- Z trudem stłumiłem w sobie wściekłość, ale uratował mnie Vincent, mówiąc:
-To nieprawda, Raven- z przyzwyczajenia nazwał Callisto jej panieńskim nazwiskiem.- Te kitsune to psychole.. Widać po tym, co tu wyrabiają..- Dokończył z niechęcią.

Ustalając, że kitsune są odpowiedzialne za ostatnie niepokojące zdarzenia w mieście, właściwie wróciliśmy do punktu wyjścia. Najgorsze było to, że nie znaliśmy żadnej- nawet niewielkiej- ich słabości.
-Gdybyśmy wiedzieli od kogo to się zaczęło...- westchnęła ciężko niska szatynka.
-Czekajcie. To zaczęło się od "Syndromu Anioła"- Zauważył nagle Paul.
-Podejrzewasz ten zespół?- Spytała niechętnie Callisto.
-Wręcz przeciwnie- odpowiedź Tannera zaskoczyła nas wszystkich. Gapiliśmy się nań pytająco. Paul oparty o sofę, rozmyślał przez chwilę popijając mocną kawę.
-Jacob przesłuchał płytę, którą miała przy sobie ta Haylee Simmons.
Callisto nagle drgnęła i wbiła w niego wzrok.
-I co?- Zapytała powoli, a jej oczy na ułamek sekundy błysnęły szkarłatem.
-To była pierwsza płyta od niejakiej Kurushimi- odparł Paul.
Callisto zbladła jak prześcieradło, a maleńka zbudziła się i uderzyła w płacz.
-Ciii... Cichutko, skarbuś- szepnąłem kołysząc córkę.- Nie płacz, mój skarbie..- próbowałem jakoś uspokoić maleństwo.
-Kim jest Kurushimi?- Zapytała drżącym głosem Tori.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Bliźniaczką Zetsubō- odparłam cicho.- Być może to ona steruje tymi rybo-ślimakami.. Kiedy tam byłam, odniosłam wrażenie; że Zetsubō jest bardziej jej pionkiem... że to ona o wszystkim decyduje.
-Coś mnie w tym wszystkim zastanawia- stwierdził Vincent.- Po twoim zniknięciu, Zetsubō nadal szukał "Księżycowej". Krąg twierdził natomiast, że ta "Księżycowa" to ty... Coś się tu nie zgadza..
-Być może nie wiedzieli, że to ja- zaczęłam wolno.
-Myślisz, że bładzą, jak dzieci we mgle?- Spytał Michael, uspokajając Lily spacerował po salonie.
-Sama nie wiem. Jedyne, co wiadomo to, że chcą zniszczyć Fallen. Trzeba sprawdzić wszystkie tropy- stwierdziłam powoli.
-Martwi mnie jeszcze jedno- powiedział Paul, spoglądając przez okno.
-Co takiego?- Rzuciła Tori przyglądając mu się.
-Skoro krwiopijcy są od nich silniejsi i mądrzejsi to, jakim cudem dali się im tak wkopać?- Zapytał powoli.
|•••|
Kwatera główna stowarzyszenia łowców, godzinę przed świtem, osiemnasty dzień czerwca.
Siedząc przy biurku zawiesiłam końcówkę wiecznego pióra nad kartą raportu dla Angello. Malutka spała smacznie w swoim łóżeczku, a ja wbiłam na chwilę wzrok w okno. Spodziewałam się rozmowy z przewodniczącym i powrotu myślami do tej cholernej celi. Ciekawiło mnie również, czy wiedział, że Wadera...
-Cholera jasna...- Mruknęłam ciągnąc przez słomkę transfuzyjną.
Usłyszałam szum grzechotki i spojrzałam w stronę łóżeczka.
Mała całkiem rozbudzona potrząsała zabawką wpatrzona w coś nad sobą, chichrała się wesoło.
Wstałam sprzed biurka i pojawiłam się tuż przy dziecku. Czułam czyjąś obecność...
-Nasz skarbuś się obudził?- Spytał zielonooki tuż za mną. Oplotły mnie jego ramiona, a wargi przesunęły się po tatuażu na mojej szyi.
-Do kogo wyciągasz rączki?- Spytał córkę. Nagle jego ręce zacisnęły się mocniej na moim ciele, a on zamarł z dziwnym wyrazem twarzy.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Przyjdę w odpowiednią godzinę- usłyszałem baryton, a przed oczami stanęła mi zakapturzona postać w czarnym prochowcu z toporem w ręku.
Obecność zniknęła. Dziewczynka wykrzywiła buzię w podkówkę i zaczęła płakać.
-Chodź do taty, skarbeńku- schyliłem się i wziąłem Lily na ręce, żeby ją ukołysać.
Chodząc z nią po pokoju zastanawiałem się, czy, ten którego widziała, był Nim.
-Nie płacz, skarbuś mój- szepnąłem całując maleństwo.- No, już; skarbuś..- potrząsnąłem lekko grzechotką podchodząc do okna.- Zobacz, ptaszki- starałem się czymś zaciekawić dziecko.
Lily po chwili uspokoiła się i, widząc wstający dzień wsłuchała się w ćwierkanie ptaków. Rozchyliła buzię patrząc z zaciekawieniem na siedzącego na oknie wróbla, który chodził po zewnętrznym parapecie, jakby wcale się nas nie bał.
Mała spojrzała z ukosa na ptaka i przytuliła się do mnie mocno.
-Zobacz, jaki ładny- szepnąłem do córeczki.- Zaraz pofrunie...
-Pa, pa ptaa?- Zapytała po swojemu, przyglądając mi się. Ptak poleciał.
-Pomachamy ptaa?- spytałem, a Lily pomachała lekko rączką.
Wyczułem, że to „coś” przestraszyło Callisto.
-Kochanie Moje?- Spytałem ją cicho.
-W porządku- westchnęła ciężko.- Muszę dokończyć ten cholerny raport..- zasiadła spowrotem przy biurku i obróciła pióro w palcach.
-Mógłby dać spokój- westchnąłem z niechęcią.
-Och, Michael... Przecież wiesz, że musimy coś zrobić w związku z Nimi.
-Kitanai kitsune- rzucił rozzłoszczony dziewczęcy głos w korytarzu. Usłyszałem szelest ubrania.
-Szkoda, że tylko ona może nam teraz pomóc- mruknęła turkusowooka, patrząc nieprzychylnie na drzwi. Jej dłoń dzierżąca pióro nadal sunęła po kartce.
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
Z przyzwyczajenia omal nie podpisałam raportu panieńskim nazwiskiem. Zdążyłam podnieść stalówkę, by po chwili naskrobać: Callisto Anabelle Tyler, herbu Kruk.
-Wprawiasz się w nowym podpisie- zauważył Michael, całując mnie lekko.
-W końcu noszę już twoje nazwisko, mężu- odparłam ze śmiechem.
Jeszcze ta cholerna, owinięta w prześcieradło dziewucha...
-No, kurwa mać..- Zaklęłam zapodając mocnego kopa. Biurko ze zgrzytem przesunęło się tuż pod ścianę.
Lily rozchyliła buzię i zaczęła klaskać ucieszona.
-Chyba lubi wybuchy złości mamusi- zauważył zielonooki karmiąc małą.
-Wcale nie jestem zła- odburknęłam nie patrząc nań.
-Tylko zazdrosna; czyż nie; szlachcianko herbu Kruk?- Spytał całując mnie delikatnie.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów... 
Gdy przekazywałem Lily matce, dziewczynka musnęła maleńką dłonią mój policzek. Przed moimi oczami pojawiło się wspomnienie pewnego naszego śniadania, kiedy Cally pierwszy raz była zazdrosna o Yuri. Spojrzałem na córeczkę uśmiechając się delikatnie. Odpowiedziała tym samym.
-Co takiego jest między wami, hmmm?- Spytała czarnowłosa przyglądając się małej z wyraźną ciekawością, jakby dostrzegła naszą nić porozumienia.
-Podobieństwo- rzuciłem odruchowo, co widocznie rozbroiło turkusowooką, bo przewróciła oczami parskając śmiechem.
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
Tego samego dnia..
-Trening?- Spytałam wesoło Michaela.
-Powinnaś odpoczywać- rzucił nieco złośliwie.
-Dosyć już się wylegiwałam- szturchnęłam go mocno, zamknął mnie w swoich ramionach i dał mi całusa.
-Tryskasz energią- zauważył zielonooki nieco podejrzliwie.
-Po prostu dobrze się wyspałam- odparłam lekko.
-Co tam, dzieciaki?- Rzucił z zaciekawieniem mój teść, Armand Tyler. Na dźwięk jego głosu mała obróciła się w moich ramionach i wyciągnęła rączki, wpatrując się w dziadka.
-Zamierzaliśmy trochę potrenować- rzucił Michael, przewracając oczami.
-Zajmę się tą malutką diablicą..
-Zajmiemy się- poprawił mój ojciec oparty o drzwi.
-Trójca diabłów- rzucił mi Michael do ucha, a ja parsknęłam śmiechem.
-Rośniesz, Kwiatuszku- zwrócił się Armand do  wnuczki.
-To my lecimy- Michael pogłaskał Lily.
-Pa, pa..?- Zaczęła lekko zdziwiona.
-Przyjdziemy później, skarbuś- zapewniłam, ułożyła usta w dzióbek. Przysunęłam usta, a mała wychyliła się i pocałowała mnie mocno.

-Trochę szybko rośnie; nie uważasz?- Spytał nieco zaniepokojony.
-Raczej nie powinniśmy się martwić; ale...- zaczęłam.
-Zdecydowanie powinien ją obejrzeć- wtrącił się w zdanie.
-Świrujesz- rzuciłam poszturchując go.
-Jestem po prostu ciekawy- odparł wzruszając ramionami.
-Raczej za bardzo opiekuńczy- odpowiedziałam nieco złośliwie.
-Zjedz śledzia i spływaj; Raven- zarechotał poszturchując mnie.
-Tyler jestem; miło mi- odparłam żartobliwie.
-Gotuj się- stanęliśmy do siebie plecami i zrobiliśmy kilka kroków.
-Oszustka- rzucił złośliwie, gdy zaatakowałam wbrew regułom.
-Pijawka nie poczeka- przypomniałam odbijając jego cios.
Szczęk stali. Nie wiem, dlaczego; ale od zawsze uwielbiałam dźwięk krzyżującej się broni.
-Nie lubię być ignorowany; Kochanie Moje- rzucił Michael przycinając.
-Chcesz oberwać?- Zachichotałam lekko.
-Osz, ty- miecze się zwarły, a Michael dał mi całusa.
-Nie bierzesz tego na poważnie- prychnęłam odpychając go.
Zaatakował. Odbiłam i zniknęłam mu z oczu.
Stojąc tuż za nim klepnęłam go w tyłek.
-Masz tę dupcię.!- Rzuciłam komplement.
-Piękny trening, nie?- Spytał Armand Tyler Cristophera Ravena. Mała na rękach mojego ojca obserwowała z ciekawością nasz pojedynek.
-A lekko. Dwójka najlepszych szermierzy młodszego pokolenia łowców i do tego to nasze dzieci...
-Duuuma- rzucili równo i buchnęli śmiechem.
-Bu!- Michael wytrącił mi miecz z dłoni i złapał za rękojeść.
-Czubek- odparłam pieszczotliwie przytulając się. Opuścił dłoń z mieczami, a drugą przycisnął mnie do piersi.
-Też cię kocham, moja ty Świrusko..- przyznał wesoło kręcąc ze mną piruety po całym przedsionku.
-Ciekawe, co z ciebie wyrośnie, maludo- rzucił mój ojciec pieszczotliwie do wnuczki.
Lily pokazała mu język, po czym uśmiechnęła się szeroko.
-Ha, ja mam lepszy łeee- odparł wesoło.
-Twój drugi dziadek głupieje, nie bierz z niego przykładu- zażartował ojciec Michaela.
***
Spacerowaliśmy po lesie, rozmawiając. Mała wyciągnęła rączkę i wskazała coś w oddali.
-Co, skarbuś?- Spytał Michael, patrząc w tamtą stronę.- Niech mnie...- zaczął zaskoczony, wyciągając z pochwy miecz.
-Nie mów, że jesteś zaskoczony; łowco Rodu Płomienia- zauważył baryton.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Po prostu myślałem, że odpuściłeś sobie moje dziecko- oznajmiłem chłodno.
Usłyszałem jego cichy śmiech.
-Nie zrobię jej krzywdy- odparł po chwili spokojnie.
-Czego chcesz od naszego dziecka, Aniele?- Zapytała turkusowooka, tuląc małą.
-Czego chcę...? Hmm- zastanowił się głośno Suriel, wpatrując się w dziewczynkę w ramionach matki. Miałem wrażenie, że się uśmiecha. Podchodził ku Callisto, zasłoniłem moje dziewczyny sobą.
-Zejdź mi z drogi- powiedział, opierając palce na ostrzu, skierował miecz w dół.
-A, jeśli odmówię?- Zapytałem.
Zmierzył mnie długim spojrzeniem. Dłoń oparta na toporze drgnęła, lecz Suriel powstrzymał się.
-Nie chcę, żeby Moja Księżniczka na to patrzyła- odparł patrząc mi w twarz.
Cofnąłem się nieufnie.
-Czego ty, do diabła, chcesz od mojej córki?- Zacząłem lodowato, choć w środku trząsłem się z przerażenia.
-To my zdecydujemy, kogo zaprzysiężymy Lily; Aniele- oznajmiła Callisto.
Zrozumiałem. Chciał stać się jej Strażnikiem.
Ku mojemu zdziwieniu Suriel minął mnie. Wyciągając topór podszedł do czarnowłosej i ukląkł w hołdzie wpatrując się w naszą córeczkę.
-Głowo Rodu Raven, uczyń mi ten zaszczyt i Zaślub mnie ze swą córką- powiedział z uroczystą prośbą.
-Znasz tradycję Rodu- odrzekła spokojnie.- Zaślubię Lily; dopiero gdy skończy trzeci rok. Nie mogę postąpić wbrew Woli Kruka- oznajmiła cicho. Zauważyłem, że Lily spoważniała, patrząc na zakapturzoną postać, klęczącą u stóp matki.
-Skoro tak, zaczekam na Moją Księżniczkę- odparł cicho, wstając odsunął się o krok i schował broń za pasem.
Powiał lekki wiatr, rozwiewając włosy Cally. Anioł zniknął w chmurze pyłu.
Kilka długich minut zajęło mi otrząśnięcie się z szoku.