-O żesz ty, jaki byczy michu- jęknęła z podziwem Tori, gdy przechodziliśmy obok budki z obrotową tarczą.
-Dawno nie strzelałam w sumie- rzuciłam w zamyśleniu, przeciągając się z lubością.
Facet podał mi naładowaną wiatrówkę, a gdy oparłam kolbę broni na ramieniu rozkręcił tarczę z fantami.
Przymrużyłam oko a wskazujący palec oparł się na spuście. Spory tłum zebrał się wokół mnie i pilnującej chłopca w wózku,Tori, obserwując z ciekawością, co ustrzelę.
Oddychając spokojnie nacisnęłam spust broni. Padł strzał. Obracająca się tarcza zwolniła, a kilka uderzeń serca później zatrzymała się.
-Ma pani świetne oko- powiedział facet na równi ze zdumieniem i podziwem, wciskając mi w ręce olbrzymiego misia.
-Dzięki.. O, matko...- ugięłam się pod ciężarem białego pluszaka.
-Nie wierzę, że go ustrzeliłaś- stwierdziła zaskoczona szatynka.
-Mam chęć na jakieś dobre polowanie- rzuciłam z uśmiechem.
-Na co chcesz zapolować?- Zapytała z lekkim niepokojem.- Chyba nie na Nich??
-Bingo, laska- zarechotałam wesoło.
-Ty chyba zwariowałaś, Raven!.- Zaczęła wystraszona nie na żarty.
-Być może; ale muszę przynajmniej spróbować...- stwierdziłam.
-Czego spróbować, pani?- Zapytała tuż za nami Jane.
Wywróciłam oczami do Tori i odwróciłam się siadając na jakiejś ławce Towarzyszył jej Lucian.
-Miałam na myśli mmm wrzucenie czegoś na ząb- odparłam zupełnie niezmieszana.
Jane od dnia ślubu zaczęła nazywać mnie „panią”. Twierdziła, że skoro jestem żoną jej panicza, będzie to jak najbardziej odpowiednie zachowanie. Za to Lucian jakoś nie kwapił się by zwracać się do Michaela w równie tradycyjny sposób.
-W zasadzie możnaby coś przegryźć- zgodziła się płomiennooka, a Lucian bez słowa skierował się w stronę budki z żarciem.
-Czemu wysłałaś Luciana?- Zapytałam powoli.
-Nie powinien usłyszeć, że zamierzasz zrobić coś tak niebezpieczego i...
-Skrajnie głupiego..?- Wpadłam jej w słowo niechętnie.
-Właśnie- potwierdziła z wahaniem.- On się o ciebie martwi..
-Niepotrzebnie- powiedziałam cicho.- Nie musicie mnie pilnować dwadzieścia cztery na siedem. Naprawdę potrafię o siebie zadbać- zauważyłam z naciskiem.
-W to nie wątpię, ale panicz prosił bym miała na ciebie oko- przyznała poważnie.
-Cały Michael..- westchnęłam ciężko.
-Szczerze mówiąc Jeckyll ma rację- powiedziała Tori chwytając mnie za rękę, ścisnęła ją lekko.- Za dużo ryzykujesz, Cally.
-Co złego w tym, że chcę chronić swoją rodzinę?- Zapytałam ostrożnie.
-Swoją rodzinę, przyjaciół, wrogów i całe to zadupie razem wzięte- odparła z lekką irytacją.- Za dużo na siebie bierzesz, Callisto, zrozum- dodała z troską.
-Chcecie mnie zwyczajnie udupić- burknęłam odrobinę wkurzona.
-Nie w tym rzecz...- zaczęła Jane.
-Jedyne, czego chcemy; to ci pomóc, Raven- prychnęła niska szatynka patrząc mi prosto w oczy.- Rozumiem, że chcesz chronić Michaela i małą, ale nie ochronisz ich robiąc głupstwa..- powiedziała spokojnie.
Westchnęłam ciężko, pijąc sok.
Tori miała rację. Nie powinnam grać zbyt ostro, ale nadal do głosu dochodził szalony temperament rodu Kruka. Uwielbienie dla ryzykownych gier na krawędzi.
W milczeniu przeżuwałam kolejny kęs pikantnego kebaba, zastanawiając się, co dalej. Miasto nie znajdowało się w dobrym położeniu. Sama- jako pijawa- odczuwałam coraz bardziej wahania Mocy w mieście. Widoczne pod ziemią linie przygasały.
Opleciona spiętymi kłódką łańcuchami kamienna trumna...
-Cally. Cally?- Podnoszę wzrok. Kilka osób przy stolikach w pobliżu wlepia we mnie dziwne spojrzenia.
-Co..? Mówiłam coś..?- Zapytałam zdziwiona, widząc, że Lucian przygląda mi się uważnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
Dlaczego wszyscy tak dziwnie się na mnie gapią?.
-Taa, chodźmy stąd.. Muszę się położyć- przyznałam wstając.
Godzinę później. Kwatera Główna Stowarzyszenia Łowców..
-Co jest?- Zapytałam wyczekująco, widząc wymianę zaniepokojonych spojrzeń między Tori, Lucianem i Jane.
-Wszystko gra- odparła dziwnie wesoło Tori unikając mojego wzroku. Kłamała.
-Nie rób mnie w balona, tylko nawijaj; Miles- prychnęłam z lekką irytacją, siadając na łóżku.
Niska szatynka spojrzała pytająco na czarnookiego. Lucian po dłuższej chwili skinął głową.
-Może to głupio zabrzmi; ale... No... Powiedziałaś coś w parku..- zaczęła niepewnie Tori.
-To znaczy?- Spytałam ostrożnie.
Moja przyjaciółka wyciągnęła z kieszeni telefon. Nie wiem, czemu, ale na widok czerwonej Nokii poczułam dość duży niepokój.
-Na pewno powinnam to puścić..?- Zwróciła się niepewnie do Luciana.
Czarnooki skinął głową.
-Z pękającej, kamiennej trumny spadają łańcuchy.
Z lat tamtej wojny obudzą się duchy- jednym z nich skrucha a drugim żałoba. Dzień gniewu nadchodzi, a wraz z nim osoba. Świętego Anioła najdroższa Księżniczka. Jego lojalność wobec niej nieskończona; bo będzie służył nawet bez przysięgi, a kitsune otrzymają cięgi..- słuchałam własnego spokojnego głosu. Ogarniał mnie strach.
Tori Miles, Królowa Ogólniaka.
Nagranie się urwało.
-Ni-Nie p-p-pam-mię- t-tam t-te-tego...- Cally jąkając się ukryła twarz w dłoniach. Po chwili przeczesała palcami włosy.- Il est impossiblé. Naprawdę nie pamiętam...
Niedobrze.
Bardzo niedobrze.
Cally się łamie!
Kurewsko niedobrze!!.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Ten ciągle powtarzający się- wręcz prześladujący mnie- sen.
Wstałam szybko. Tori aż drgnęła z przestrachu.
-Muszę zajrzeć do biblioteki- zauważyłam. Naprawdę chciałam wierzyć, że coś tam znajdę.
-Przecież nienawidzisz książek- zauważyli równocześnie Tori i Lucian.
|•••|
Tori Miles, Królowa Ogólniaka.
Trzeci lipca, tydzień po opisanych wydarzeniach...
Cally nadal jest zakopana w opasłych tomach biblioteki Stowarzyszenia Łowców.
Czytając kolejny tom opróżnia piątą torebkę krwi transfuzyjnej.
-Co..?- Nagle podnosi głowę i wbija we mnie zaskoczone spojrzenie szkarłatnych tęczówek.
-Nie, nic- odparłam odwracając szybko wzrok.
-Gapisz się na mnie- zauważyła lekko zdziwonym tonem.
-Nie zwracaj na to uwagi- westchnęłam ciężko.
Czarnowłosa zamknęła z trzaskiem księgę.
-O co chodzi, Miles?- Zapytała wprost.
-To nic takiego. Serio- skłamałam uśmiechając się niepewnie.
Callisto zmrużyła czerwone oczy wpatrując się we mnie uważnie.
-Wyglądałaś, jakbyś chciała o coś spytać- stwierdziła z namysłem.
Cholera. Naprawdę aż tak było widać??
-Och, to nic takiego- spokojnie wzruszyłam ramionami, jakby to nie było aż takie ważne.
-Możesz mi powiedzieć, o co biega. Przecież się nie obrażę- powiedziała odrobinę zniecierpliwiona.
-Nieważne- odparłam niechętnie.
Callisto otworzyła kolejny tom i znów pogrążyła się w lekturze. Na chwilę zapadło między nami milczenie.
Od kiedy dowiedziałam się prawdy o tamtej nocy i poznałam tajemnicę Cally.. Próbowałam ją zrozumieć- właściwie bardziej chciałam pojąć jej wampirze nawyki. Zastanawiałam się, jakie trudne jest bycie jednym z nich. Wampirem. Dla kogoś, kto ogromnie ich nienawidzi. Dla łowcy, który chce tylko i wyłącznie ich zniszczenia.
I, czy krew jest dla niej tym samym czym dla mnie jedzenie...
-Znów się lampisz- tym razem to ona się odezwała. Blady uśmiech przemknął przez jej piękną porcelanową twarz.
-Przepraszam- odparłam wbijając wzrok w okno. Dzieciaki na boisku wrzeszczały i śmiały się grając w piłkę.
Z nami było kiedyś tak samo. Aż przyszła dorosłość i obowiązki..
-O czym myślisz?- Cally oparła łokcie na stoliku patrząc na mnie wyczekująco.
-Callisto...- zaczęłam z wahaniem.
-No, co jest grane?- Zapytała z lekkim rechotem bujając się na ławce.
-Jaka była moja krew? No, wiesz... Wtedy..
Łup! Zerwałam się na równe nogi i wychyliłam się przez stolik.
Callisto siedziała na ławce leżącej na podłodze i wbijała oczy w sufit.
-Dlaczego o to pytasz?- Odezwała się po chwili, nadal wlepiając wzrok w ten sam punkt.
-Tak po prostu...- skwitowałam.
-Boisz się mnie. Tego, czym jestem- powiedziała nadal na mnie nie patrząc.
-Przecież wiesz, że tak nie jest. Jesteśmy przyjaciółkami i... Jeśli nie chcesz o tym gadać, spoko. Nie było tematu- byłam cholernie zakłopotana.
-Nie o to chodzi..- Przyznała w końcu zamyślonym tonem, podnosząc się razem z ławką z podłogi.- Nadal, chociaż minęły trzy lata nie bardzo lubię o tym mówić. To trudne i..
-Nigdy nie miałaś ochoty tego z siebie wyrzucić?- Zapytałam zdziwiona.
Uśmiechnęła się blado, a wzrok znów skierował się gdzieś poza wszystko.
-Myślałam, że nigdy w życiu nie zrozumiem Linka. Że nie będę mogła wybaczyć mu tego, co zrobił.. Że on i Grace na zawsze będą kimś, kogo będę cholernie nienawidzić...- powiedziała cicho. Oparła się wygodniej kładąc lewą dłoń na jednej z lini tatuażu na szyi.- Mimo to... Nie potrafiłam pchnąć sztyletu, by zabić Grace. Nie zabiłam też Ethana Link, choć ogromnie tego chciałam.. Tamtego wieczora coś mnie powstrzymało. Tym czymś było to, że odepchnął ją z zasięgu broni.. Chronił jedną z tych ludzi; którymi głęboko gardził.. Była jedynym człowiekiem, którego nie potraktował, jak śmiecia. Karmił ją krwią, ale sam nawet jej nie tknął.
-To obrzydliwe- stwierdziłam z odrazą.
-Co sama byś wybrała, gdybyś była- przykładowo- śmiertelnie chora?- Zanim zdążyłam się odezwać, kontynuowała.- Faszerowanie się lekami, czy coś o wiele bardziej skutecznego?
Jej wyraz twarzy był poważny, jak nigdy wcześniej.
-Sama nie...- zaczęłam drżącym z nerwów głosem.
-Wybrałabyś drugą opcję, jak wszyscy- przerwała mi cicho i spokojnie. Prawie obojętnie.- To czysty układ, z korzyścią dla obu stron- wzruszyła ramionami.
-Co chcesz przez to powiedzieć, Cally?- Zapytałam drżącym tonem.
Czarnowłosa otworzyła leżącą na stoliku czekoladę i chrupiąc kostkę odparła:
-Widzisz... Dla pijaw krew jest nie tylko jedzeniem...- Oznajmiła patrząc mi w oczy spokojnie.- Nawet przez krew wampir wie, co myślisz i czujesz..
-To zboczone- obruszyłam się.
-Nawet nie masz pojęcia, jakie pijawy potrafią być zboczone- stwierdziła z ironią.- Niby z jakiego powodu tak wyglądają?- Wskazała na siebie. Róg kostki czekolady lekko wystawał z jej ust.
Pstryk!
-Ha! Nareszcie mam najseksowniejsze zdjęcie dziewczyny!- Zarechotał tryumfalnie jakiś chłopak. Nie kojarzyłam go. Niewysoki szczupły blondyn o zawadiackim błysku w brązowych oczach.
Siedział na oknie tuż obok nas zupełnie niezauważony.
Callisto drasnęła go ostrym spojrzeniem, a chłopak drgnął przestraszony.
-Rany... Jeśli chcesz, żebym była twoją modelką ustaw się w kolejce i weź numerek- odcięła się ironicznie, wyciągając mu z dłoni aparat.
-Ej. Oddaj- jęknął wyciągając ręce po swoją lustrzankę.
-Niezła kolekcja- stwierdziła przeglądając pamięć urządzenia. Zajrzałam jej przez ramię: w większości były to jej zdjęcia... W różnych sytuacjach.- Nie miałam pojęcia, że mam wiernego fana- chłopak zrobił się czerwony, jak piwonia ze wstydu.
-To wcale nie tak..- Zaczął się tłumaczyć.
Cally prześwidrowała go wzrokiem.
-A jak?- Zapytała z dziwacznym zaciekawieniem wwiercając się w niego spojrzeniem.
-Może jest podjarany?- Zasugerowałam wesoło.
-W sensie: napalony?- Upewniała się nie spuszczając turkusowych oczu z blondyna, który był już purpurowy ze wstydu.
-Saa.. Kto wie..?- Spytałam lekko.
-Wcale nie jestem napalony- burknął niewyraźnie, zabierając Cally aparat.
-No, co ty..? Nie chcesz mnie?-Zapytała z udawanym zawodem Cally, a ja niemal wjechałabym pod stolik z trudem wstrzymując rechot.
-Po prostu lubię robić zdjęcia, co w tym dziwnego?- Zaczął zaskoczony.
-Jednej osobie? Czy to nie zboczone?- Zdziwiła się Cally.
-Po prostu... No...- Zaczął się trochę zacinać.- Przepraszam..
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Nie bądź taki sztywniak, koleś- Szturchnęłam go mocno w ramię ze śmiechem. Zdążyłam go pochwycić i wciągnąć spowrotem, zanim wyleciał z drugiego piętra.- Właściwie, jak się tu znalazłeś?
-Byłem nad jeziorem i trochę pobłądziłem. Tak właściwie to przyszedłem spytać o drogę- odparł z nieśmiałym uśmiechem.
-Wydaje mi się, że nie jesteś stąd- zauważyłam uprzejmie, wychwyciłam spojrzenie Tori, które pytało, co kombinuję.
-Słyszałem, że to miasto jest ciekawe, więc wpadłem- wzruszył ramionami.
-Co na tym zadupiu może być ciekawego?- Spytałam zamyślona.
-Undertaker?- Rzuciła Tori unosząc brwi.
-Roberts? W sumie, jeśli ktoś lubi cmentarne opowieści...- Zarechotała Clarissa.- Łosz ty..- Przystanęła gapiąc się na młodego chłopaka.- Jedenaście na dziesięć- stwierdziła do swoich myśli wlepiając w niego gały.
-Co tam, Clarissa?- Spytałam wolno.
-Przewodniczący chciał, zebym przekazała, że Rada zbiera się pojutrze o dziesiątej- odparła machinalnie.
-Mają coś, czy znów będzie wiać nudą?- Spytałam ziewając ostentacyjnie.
-Nie mam pojęcia. Znasz Cheruba. Pewnie wyskoczy z czymś, jak potwór z szafy- zauważyła moja kuzynka z ironią.
Nagle rozległ się przeciągły gwizd. Clarissa podskoczyła, jak oparzona i jak strzała wybiegła z biblioteki.
-Sword nie odpuszcza nawet w wakacje; hmm?- Mruknęłam jakby do siebie.
-Co ona tak wystartowała?- Zdziwił się nieznajomy.
-Trening- wyjaśniłam krótko.- Może cię odprowadzimy? Muszę odpocząć od tych tomiszczy- westchnęłam.
-Jeśli to nie kłopot.. Czekam na dole- rzucił schodząc po murze.
-Ciekawe, kto to- zauważyłam, gdy wychodziłyśmy na korytarz.
-Nie znam, ale ostrożności nigdy za wiele.- Niska szatynka związała włosy.
-Racja- przytaknęłam idąc po schodach.
W przedsionku trwała odprawa przedtreningowa. Czarnowłosy z fryzurą na jeża przeciągnął się aż mu kości zatrzeszczały.
-No, jazda do zbrojowni bando dzieciaków- rzucił lekko.
Głośny huk na dworze i okrzyk wytrącił mnie z rytmu.
-Co się tam znów wyrabia?- Zdziwiłam się.
-Och, to pewnie Dorian z Lucasem- rzucił z wesołym śmiechem Jim.
-Rany... Co oni tam tworzą za ustrojstwo..?- Mruknęłam wychodząc.
Otwierając drzwi pochwyciłam nadlatujący sztylet tuż przed swoją twarzą.
-Pierwszo-kurwa-rzędnie; Jastrząb- skomentował siedzący pod starą kolumną Lucas Lockwood.- Za duży rozrzut. W swoich walisz, kutasie- rzucił upijając łyk lemoniady z puszki.
-Sam, zamiast pomóc, to się opierdalasz- odciął się Falcon puszczając się gałęzi. Wylądował gładko na nogach.
-Moje biedne, wrażliwe uszy...- jęknęłam obracając w palcach ostrze.
-Wszystko gra, Kruk?- Zapytał Falcon.
Nieznajomy zwrócił nań wzrok zastanawiając się do kogo facet mówi.
-Pomijając latającą wszędzie poświęconą broń: w porządku- odparłam z sarkazmem.- Co do rozrzutu, Lucas ma rację. Mniej prochu równa się więcej radochy.
-Subtelnie dajesz mi do zrozumienia, że to zjebałem- zauważył, niechętnie szturchając butem odłamek bomby.
-Pierwszorzędnie zjebałeś- zarechotał Lucas, łapiąc sztylet tuż przed swoją oszpeconą twarzą.
-Powodzenia z kolejną- rzuciłam przechodząc.
-Taa, przyda się- odparł Dorian zamyślony.
-Czemu ten facet nazwał cię Kruk?- Zapytał zaciekawiony chłopak.
-To mój herb rodzinny- wyjaśniłam.- Nadal nie powiedziałeś, jak ci na imię.
-Cristopher- rzucił obojętnie.
-Callisto, moja przyjaciółka Tori- rzuciłam wskazując szatynkę.
-Miło mi- uśmiechnął się lekko.- Może oprowadziłybyście mnie po mieście?- Spytał z nadzieją.
-Czemu nie?- Rzuciłam zachęcająco przeciągając się.- Co chcesz zwiedzić?
-Pilot wycieczki po totalnym zadupiu, hm?- Zachichotała Tori.
-Gdyby nie to zadupie, nie byłabyś mężatką- odcięłam się wesoło.
-I wice versa, pani Tyler- rzuciła w odpowiedzi.
-Spokój, Rodriguez- przepchnęłam ją przyjaźnie i zarechotałyśmy zgodnie.
-Od dawna się przyjaźnicie?- Spytał przyglądając nam się z boku z zainteresowaniem.
-Uuu... Szmat czasu- stwierdziła leniwie niska szatynka.
-To widać..- w tym momencie wpadł na kogoś.
-Patrz czasem, jak chodzisz, przyjemniaczku- rzucił z humorem Porter. Podbił stopą upadający aparat i pochwycił go szybko.
-Przepraszam najmocniej, kotku- na widok miny Jaspera parsknęłam śmiechem.- I dzięki- dodał Cristopher odbierając od niego sprzęt.
-Bardzo zabawne; Kruk- prychnął Porter.
-Choć raz ktoś cię zgasił, Jazzy. Owacje na stojąco- gdy nas mijał, rzuciłam mu długie, porozumiewawcze spojrzenie.
Nadal pozostawałam podejrzliwa co do Cristophera.
-Jazzy. Rura cieknie- rzuciłam krótko.
-Zajmę się tym- odparł Porter idąc do swojego auta.
***
-To Kościół pod wezwaniem Świętej Trójcy. Najstarszy budynek w mieście. Wzniesiony w XIV-stym wieku, tuż po założeniu miasta, na prośbę Jamesa Corvinusa- omawiałam kolejny zabytek.
-Ten Corvinus musiał być naprawdę zajebisty. Kim tak właściwie był?
*Strzał z gunshota w łeb*
-James Corvinus, pierwszy z rodu Kruka. Mój przodek. Był rycerzem i dowódcą armi, która dotarła tu w tysiąc trzysta trzydziestym trzecim roku.
-Czad...- gwizdnął z podziwem.- Czyli to najstarsza część miasta- wywnioskował.
-Niezupełnie- zaprzeczyłam.- Najstarsza jest katedra na obrzeżach miasta.
-Katedra?
-Tak to nazywamy. Właściwie nie wiadomo, co to za budynek. Stał w Fallen zanim założono miasto- wyjaśniła Tori.
-A to, co takiego?- Zapytał zaciekawiony ruchem głowy wskazując mały szary budyneczek z ciemnogranatową dachówką i strzelistymi okienkami. Tori zacichotała cicho.
-Zakład pogrzebowy starego Daniellsa- odparłam próbując zachować powagę.
-Seryjnie??- Spojrzał na nas z niedowierzaniem.
-Seryjnie- potwierdziłam.
-Zakład pogrzebowy 'Wesoła Trumienka' w naszej trumnie wyglądasz zupełnie jak żywy- rzucił tuż za nami szepczący półgłos..
-Undertaker. Przestań mnie w końcu straszyć- prychnęła Tori podskakując jak oparzona.
-Sorry, nie zrezygnuję z mojej specjalności- odparł z satysfakcją. Opierał o ramię bejsbol, z taką miną; jakby zastanawiał się przed kim dziś będzie się bronił.
-Wszyscy tutaj chodzą uzbrojeni?- Zapytał Cristopher rozglądając się uważnie.
-Miasto przeżywa drobny kryzys- odparłam niechętnie.
-Kitanai kyūketsuki!. Znów się z nim użerać... Nanda?- gdy nas dostrzegł przystanęłam wpatrzona z nienawiścią w chłopaczka.
Iskrzące fioletem oczy i czarne włosy z ognistorudymi końcówkami.
Undertaker oparł mi dłoń na ramieniu. Trzęsłam się jak osika zaciskając dłonie w pięści.
-Co...- Zaczął brązowooki.
Wyciągnęłam z palców Sebastiana pałkę i ruszyłam w stronę dzieciaka odsłaniając kły.
-Tylko spróbuj, brudny wampirze- zasyczał Zetsubō cofając się.
-Czas na przesłuchanie, lisie ścierwo- nie dałam mu czasu na reakcję. Kopniakiem posłałam dzieciaka w mur i zaraz zdzieliłam go mocno kijem.
-Ej. Tak nie można..- Zaczął Cristopher.
-Lepiej dla ciebie, żebyś się nie wtrącał- usłyszałam głos Undertaker'a.
Zamroczony kitsune przytrzymał się węgła domu i rzucił mi wściekłe spojrzenie.
-Co? Nie jesteś już taki wyszczekany?- Spytałam łapiąc go za gardło przycisnęłam do muru.
-Jakim cudem jeszcze żyjesz?- Sapnął wściekle. Kopał nogami w powietrzu próbując się bronić.- Zettai yurusenai! Co zrobiłaś mojej siostrze, ty czarownico??!
-Nawet jej nie tknęłam- odwarknęłam odruchowo.- Zaraz... Coś się stało Kurushimi?- Zapytałam z mściwym uśmieszkiem.
Zaczął warczeć coś po swojemu.
-Denerwują mnie te twoje piski- trzasnęłam nim brutalnie o mur.- Co z Kurushimi? Odpowiadaj, bo przerobię cię na cieplutki szalik.
-Nic ci nie powiem- zachichotał złośliwie.
-Możemy to ciągnąć w nieskończoność. Tobie prędzej się znudzi, niż mnie. Ja mogę tak ciągle- rzuciłam z przyjemnością go dręcząc. Przybrał postać lisa i próbował drapać. Trzasnęłam bejsbolem w kość jednej z przednich łap. Zmienił się spowrotem wrzeszcząc z bólu.
-Jak na demona masz słabe, ludzkie kości- stwierdziłam.- Gadaj: co z tą małą suką!- Potrząsnęłam nim jak szmacianą lalką.
-Pożałujesz tego..- powiedział płaczliwie.
-Sebastian, da się temu czemuś skręcić kark?- Zawołałam do Undertaker'a.
-Nie mam pojęcia, ale możesz spróbować- szafirowooki rozłożył ręce.
-Lepiej spuszczę go z jakiegoś dachu- kitsune chciał się wyrwać. W akcie desperacji próbował gryźć.- Zwierzątko jest głodne?- chwyciłam go za szmaty i trzasnęłam twarzą o mur.
-Chijo!- Warknął wypluwając kilka zębów.
-Co, bo nie dosłyszałam?- Zapytałam podnosząc go jedną ręką, przywaliłam mu znowu kijem.
-Pieprzona puszczalska dziwka!
-Te, Miles! Z czego był ten extra-wypasiony pręt?- Spytałam uśmiechając się łobuzersko do Tori.
-Żelazo, laska- odparła wesoło.
-Dzięki- i wraz z kitsune zniknęłam im z oczu.
Tori Miles; Królowa Ogólniaka.
-Gdzie ona się podziała..?- Zapytał zdumiony blondas.
-Cała Cally, lubi efektownie znikać- odparłam tajemniczo.
***
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Cristopher milczał rozmyślając nad czymś.
-Co zrobiłaś z tym dzieckiem?- Zapytał w końcu takim tonem, jakby jednak nie chciał wiedzieć.
Biorąc kilka głębszych wdechów zachwiałam się i przystając oparłam się o mur Margherity.
-Wszystko okej??- Zapytał podtrzymując mnie w pionie.
-S.. Słabo mi..- powiedziałam świszczącym szeptem. Rozpinając lekko kołnierzyk bluzki z krótkim rękawem.
-Wezwę karetkę..- Zaczął.
-Nie. Żadnej karetki- ucięłam oddychając ciężko.
-No to, jak niby ci pomóc...?- Zapytał zdenerwowany.
Tori Miles; Królowa Ogólniaka.
-Tori.. W mojej kieszeni.. Pudełko z Różą..- wydyszała słabo turkusowooka.
Zaczęłam obszukiwać jej kieszenie. Robiła się coraz bledsza, a tęczówki oczu zaczęły zmieniać kolor. Przymknęła oczy oddychając ciężko.
Po długich poszukiwaniach w kieszeni jeansowej kamizelki znalazłam małe drewniane grzechoczące pudełko. Na przesuwnej deseczce wyrzeźbiona była identyczna, jak na szyi Cally, Księżycowa Róża.
-Znalazłaś...?- Zapytała słabym szeptem.
Podałam jej. Była tak słaba, że nie mogła zacisnąć palców.
-Ile musisz tego wziąć?- Callisto zaczynała tracić kontakt z rzeczywistością. Potrząsnęłam nią mocno, powtarzając pytanie. Zastukała kilka razy w drewno ławki.
-Na pewno cztery?- Zapytałam wystraszona.
Stuk. Potwierdzenie.
Pomogłam jej wziąć te dziwnie oznaczone tabletki.
Dziesięć minut siedziała w bezruchu. Jej oddech się unormował.
-Nie strasz mnie tak nigdy więcej- potrząsnęłam nią i zaraz przytuliłam czarnowłosą.
-Kolejny niespodziewany atak. Przepraszam za ten mega odlot- odezwałam się cicho.
-Naprawdę wszystko dobrze? Możemy to odłożyć, jeśli nie czujesz się na siłach- odezwał się chłopak.
Skinęłam głową.
-To nic takiego..- Odparła Callisto zakładając przeciwsłoneczne okulary.
-Co się stało z tym dzieciakiem?- Zapytał ostrożnie.
-Zwiał- odparła niechętnie czarnowłosa, zamykając pudełeczko.
-A to...?- Zaczął.
-Nie sądzisz, że zadajesz czasem za dużo pytań?- Rzuciła chowając przedmiot w kieszeni.
-Przepraszam- odparł cicho unikając jej wzroku.
-Skąd jesteś?- Spytała.
-Pochodzę z Londynu, obecnie mieszkam w Horsetown. Studia- wyjaśnił spokojnie.
-To blisko- stwierdziłam.
-Ogólnie szukam jakiejś chaty na stałe. Chcę się wyrwać z Londynu- rzucił ziewając. Wy pewnie stąd- zauważył wolno.
-Taa. Mieszkałam jakiś czas w Riverdale, ale w końcu wróciłam na stare śmieci- westchnęła Cally.
-Mam wrażenie, że też chętnie byś się gdzieś wyprowadziła- stwierdził przyglądając mi się.
-Nigdy się nad tym nie zastanawiałam- Cally wzruszyła ramionami.- Zresztą.. W sumie lubię to zadupie.
-Jesteś silną i zdecydowaną osobą, Callisto- powiedział z podziwem.
-Mówisz tak, jakbyś chciał wybadać wroga- Callisto spojrzała mu prosto w oczy.
-Przepraszam.. Naprawdę aż tak dziwnie to zabrzmiało?- Spytał zdezorientowany grą Cally.
-Trochę- skwitowała czarnowłosa. Nagle przystanęła i podnosząc okulary wbiła wzrok w chodnik po drugiej stronie ulicy.
-Na nieskończoną cierpliwość Anioła, co tu się odwala?- Zdumiała się.
-Paul?- Tori aż podskoczyła.
Przeszliśmy na drugą stronę.
-Dobra, chłopaki. O co wam znów poszło?- Zapytał Damon.
-To skończony idiota- prychnął James z irytacją.
-Sam jesteś idiotą. Nie moja wina, że na pełnej prędkości przyjebałeś w wóz telewizyjny- odparł drwiąco Paul.
-W co, kurwa??- Damonowi opadła szczęka.
-Przyjebał w wóz Kanału Czwartego- wyjaśniła Michelle powstrzymująca Paula od rzucenia się na Jamesa.
-Jeszcze tego brakowało, zebyś wystąpił w wiadomościach- Damon pokręcił głową.
-Wiesz, że po ostatnim nie mogę kręcić szyją.
-W jakim stanie jest ten cały wóz?- Spytał wolno.
-Jest trochę wgnieciony, ale nikomu nic się nie stało- odparł Klaus.
-Co jest grane? Cześć wszystkim- Rzuciłam.
-Cześć, Kruk. Ścigaliśmy kitsune ale... Wsiąkł bez śladu.
-Mnie też zwiał, skubany.- westchnął ciężko.- Coś nawywijał?
-Może nie on, ale te leśne potworki. Znowu kogoś pogryzły.
-Ilu tym razem?
-Troje, w tym pięcioletnie dziecko- odparł Klaus.
-Niech to szlag! Przeklęte kitsune!- Zapodałam kopa w ciężki kontener, który odjechał kilka metrów i z łoskotem walnął w ścianę.
Dostrzegłam zdumioną minę Cristophera.
-A Panna Prześcieradło?- Zapytałam zamyślona.
-Masz jakiś pomysł?- Zapytał Damon.
Oparłam się o mur i pogrążyłam się w myślach.
-Na pomoc Pretorii nie można liczyć- mruknęłam- Nie za bardzo chciałabym też, żeby Senat plątał się pod nogami. Zaraz- rzuciłam w olśnieniu, podnosząc głowę wbiłam wzrok w kościelną wieżę.- Pora by kilka osób spłaciło długi. Do jutra uruchomię kilka kontaktów.
-Tylko nie zwierzyniec... Jezu..- jęknął Klaus niechętnie.
-Nie mamy wyjścia. Poza tym są udomowieni- blondyn skakał po nas oczami nie wiedząc o czym mowa.- Zresztą sama mam zamiar się do nich dobrać, więc nie powinno być problemów.
-Oby..- stwierdził Klaus z ciemną nutą w głosie.
-Skończ krakać; Klaus. Ty i to twoje czarnowidztwo, kuurwa- westchnął niecierpliwie Shawn.
-Stajesz w opozycji do watahy?- Burknął ostro Klaus.
-Gdzie Alfa, tam i ja- odparł spokojnie Shawn.
-Ktoś jeszcze ma jakiś problem? Jak nie, koniec pogaduszek i do roboty- stwierdziła Michelle przeciągając się lekko.
-Skontaktuję się z tobą jutro, Damon- rzuciłam na pożegnanie, odchodząc.
-To do miłego. Idziemy coś wszamać, ludziska- rzucił ze zmęczeniem.
-Co jak, co; ale ja się dzisiaj urżnę na amen- stwierdził jeden z wilków.
-Wszyscy się napierdolimy- rzucił James, gdy zniknęli za zakrętem rozmowa przycichła.
-O jakich kontaktach mówiłaś, Callisto?- Spytała wolno Tori.
-Uruchomię kanały. Kilka zwierzątek lata luzem, mając totalną wyjebkę na Rząd, a tym bardziej na Senat, niektórzy to całkiem w porzo "ludzie"- wyjaśniłam pokazując w powietrzu cudzysłów.- Może Wadera też da się namówić..
-Zara... To on żyje??- Zdumiała się.
-Można to tak ująć. Też byłam zdziwiona, gdy spotkaliśmy się w Hiszpanii.
-Małe pytanie: co to jest kitsune?- Zapytał podejrzliwie Cristopher.
-Takie małe, wkurwiające i strasznie cuchnące lisołaki; tak z grubsza..- Szturchnęłam dyskretnie, choć mocno Tori.-Co..?- Zapytała unosząc brwi.
-Nie sądzę, żeby istniało coś takiego jak lisołak. O wilkołakach słyszałem, ale lisołaki..? Nie obiło mi się o uszy- stwierdził wolno.
-Co słyszałeś o wilkołakach?- Zapytałam trochę szybciej, niż pomyślałam.
-Chyba to, co wszyscy, że to bujda na resorach- wzruszył ramionami.
-I lepiej się tego trzymaj- rzuciła tajemniczo Tori. Spojrzałam na witrynę kiosku zaskoczona. Wszystkie gazety ogłaszały: "Kościelny łowca skarbów powrócił". Zboczywszy z kursu nagle zderzyłam się ze słupem.
-Cally? Nic ci nie jest?- Zdziwiona Tori podbiegła do mnie, gdy nagle zadzwonił mój telefon.
-Kto tam się dobija?- Mruknęłam szukając Samsunga. Wygrzebałam go ze spodni.- Co jest, do cholery, grane?- Zdumiałam się.- Słucham, Angello.
-Słyszałaś najnowsze wieści z podziemia; Kruk?- Rzucił, w jego głosie wyczuwałam rozdrażnienie.
-Nic nie wiem, o co chodzi?- Zapytałam krótko.
-Senat chce podporządkować sobie Związek. Wystawiają swojego kontrkandydata do wyborów.
-Chyba dokumentnie ich popierdoliło!- Wybuchnęłam kopiąc w coś.- Który z tych szmatławców ubiega się o stołek?
-Stary Krzyżanowski- odparł grobowo.
-Ten sukinsyn..- zaklęłam.- Jeśli zmienił obóz. Chwila... Vain o tym wie?- po drugiej stronie usłyszałam trzask otwierających się drzwi.
-Właśnie się dowiedziała...
-Pieprzone pijawy.. Uch, niech to!- By dać upust wściekłości zapodałam buta w jakąś blachę.- Ciekawi mnie jedno, Angello.
-Co takiego?- Spytał.
-Może sprzątnęli Salvator'a, bo coś o tym wiedział.. Albo... Siedział w tym, coś mu się nie spodobało i.. Łup! Mamy niewygodnego świadka, w skrócie: trupa- odparłam.- A ta kobieta z nagrania?
-Ściągnęliśmy ją do naszej Kwatery. Twoja koncepcja jest nawet dobra.. Postanowiłem przesunąć zebranie Rady. Odbędzie się za dwie godziny- oznajmił.
-Dasz radę skombinować akta Salvator'a?
-Kopia przyszła godzinę temu- odparł krótko.
-Cudownie- rzuciłam.- Do zobaczenia na Radzie- rzuciłam żegnając się z przewodniczącym.
-Na razie, Raven.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz