czwartek, 10 maja 2018

Hunter III Curse Rozdział XXIV Nasza mała księżniczka

Zamknęłam pudełko i przekazawszy dziecko narzeczonemu, rzuciłam się ciotce na szyję. Zaskoczona objęła mnie lekko.
-Valerie byłaby z ciebie dumna- szepnęła cicho.- Przepraszam, że byłam wobec ciebie taka...
-To nic takiego, ciociu... Moje życie przynajmniej było ciekawe..- zaczęłam.
-Będzie jeszcze ciekawsze, Callisto Anabelle.. Zakładasz rodzinę.. Nie możesz się teraz poddawać- odszepnęła z otuchą.- Zobaczysz, gdy ta Kruszynka będzie rosnąć...

Maleńka położyła paluszki na chłodnym metalu patrząc z dziecięcym zaciekawieniem na zawieszkę.

Ciotka wymawiając się czymś wyszła z sypialni, a ja zajmowałam się Lily.
-Trzeba będzie przerobić pokój...- powiedział w zamyśleniu.
-Pomyślimy coś...- pocieszyłam oglądając różowe buciki.- Podobają ci się?- Rzuciłam pieszczotliwie do malutkiej, która wyciągała rączki w stronę nowych przedmiotów.
-A niech mnie Anioł w dupę kopnie...- Szepnął oszołomiony zielonooki, gapiąc się na olbrzymi pakunek.
-Co to jest?- Zapytałam wolno.
Gapił się na pudło nie potrafiąc wydusić słowa. Stanęłam przy nim i opadła mi szczęka. Łóżeczko..
-Jak oni utrzymali to w tajemnicy, skoro mieli Długi Jęzor za pomocnika?- Szepnęłam zdumiona.
Wtedy usłyszałam bieganinę i wrzaski mojego młodszego kuzynostwa i innych dzieciaków.
-Gacuś, ty głupi, zapchlony, żarłoczny sierściu- prychnęła w ostatniej sekundzie przeskakując kota, spojrzała na drzwi i zbaczając z kursu przywaliła mocno we framugę.
-Ała..!- Jęknęła podnosząc się z podłogi.- Głupie, przemieszczające się drzwi.. Cally??- Zdumiała się, widząc mnie.
-Przecie nie Buuubaaalożarł- odparłam wspominając jej potwora z dzieciństwa. Lily Valerie na dźwięk tego dziwnego słowa wyciągnęła rączki do Michaela.
-No, cio; skarbie?- Spytał dziecko, gdy po dotyku małej na chwilę przybrał nieobecne spojrzenie.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Mała oparła paluszki na mojej piersi i wtedy pokazała mi jeden z pierwszych swoich obrazków, o których opowiadała mi kiedyś Callisto. Chciała wiedzieć, kim jest ta podobna do mamy dziewczyna z puchnącym powoli okiem, oraz pokazała mi retrospekcję sprzed zaledwie chwili, gdy Cally rzuciła to dziwne słowo; chcąc wiedzieć, co to za stworzenie.
-Michael?- Clarissa pomachała mi dłonią przed oczami.
-Co z tym Buuu-coś-tam; Clarissa?- Zawiesiłem się na tym temacie.
-Jak miałam pięć lat to się bałam takiego potwora. Cally go tak nazwała, bo wpierdzielał konserwy... Potem się okazało, że to tato w trybie "dieta rotacyjna"- zarechotała wesoło.
-Na pewno z tym okiem jest okej?- Spytała Callisto ostrożnie.
-To nic takiego.. Ostatnio często w coś przydzwaniam- odparła z ironią Clarissa.
-Bo łazisz w rozwiązanych butach, głuptaku- zachichotał jej brat stojąc w wejściu.- Jimmy zastanawia się, gdzie jego piękna Meryluu..- spojrzał na siostrę uważniej.- Łoo, żesz ty...- skomentował.
-Pewnie tak..- przytaknęła w zamyśleniu szczupła szatynka stając na jednej nodze, zaczęła wiązać lewego buta. Po chwili stanęła na lewej i zawiązała drugie sznurowadło.- Albo to krasnoludki rozwiązują mi buty.. A kuku!- Rzuciła do małej ciepło.- Kurczaki... Jaka słodziaśna..- rozpływała się.
Mała beknęła krótko i zaczęła kwilić z niezadowoleniem.
-Znowu jest głodna..?- Zdziwiło mnie to, bo zdawało mi się, że całkiem niedawno Cally ją karmiła.
-Jimmy jest fajny- burknęła Clarissa do brata wychodząc.
Cally podała mi butelkę z krwią, ale mała zaczęła grymasić, że niekoniecznie tego chce.
-Przedtem mleko jej nie pasowało- zauważyłem z zastanowieniem, a mała znów pokazała mi obraz (tym razem nieruchomy) przedstawiający butelkę z białym płynem.- Może było za ciepłe, albo za zimne...?- Zacząłem zamyślony.
-To znaczy?- Zdumiała się moja przyszła żona.
-Gdzieś musi być mały crash- czułem serduszko mojej córeczki, tuląc ją delikatnie.
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
Nic z tego nie zajarzyłam. Od kiedy Lily się urodziła Michael zachowywał się, jak wariat. Był bardziej nadopiekuńczy, niż gdy byłam w ciąży; a jego pomysły i megaszybkie spostrzeżenia potrafiły mnie zaskoczyć trzysta razy na godzinę.
Michael położył małą na łóżku i uśmiechając się do niej ciepło, połaskotał ją delikatnie.
-Tatuś zaraz wróci, skarbeńku.. Pilnuj mamusi- rzucił znikając za drzwiami.
Wrócił kilka minut później z butelką mleka. Lily wiercąc się na materacu marudziła, a ja otaczałam ją ramionami, żeby nie spadła.

-Idzie żarło, łaaa!. Bach!- Zarechotał biorąc ją w ramiona.- To, co? Za mamę?- Rzucił lekko, a maleństwo bez wahania złapało w buzię smoczek butelki.
-Jaki spokój...- Callisto padła na łóżko rozwalając się, jak księżna. Patrząc na mnie spod przymrużonych powiek ziewnęła przeciągle.
-Zmęczona?- Rzuciłem troskliwie.
-To nic takiego..- skłamała bez mrugnięcia.
-Powinnaś się trochę zdrzemnąć- odpowiedziałem prosząco.
-Och, Pyszczulku.. - Callisto westchnęła ciężko.- Wszystkiego nie mogę przespać- rzuciła ze śmiechem.
-Ale powinnaś o siebie dbać.. Poród był męczący i..- pochyliłem się dając jej całusa- martwię się o ciebie.
-Wiem, jestem kłopotliwą pijawką- próbowała zażartować.
-Kochanie Moje- jęknąłem niecierpliwie.- Naprawdę wyglądasz na przemęczoną..
|•••|
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Piętnasty czerwiec dzień naszego ślubu i chrztu małej.
Letnia posiadłość Rodu Kruka.
Ciotka Sussan i ciocia Genevieve wykonywały ostatnie poprawki przy śnieżnobiałej sukni na moim ciele. Na głowie z wymyślną fryzurą miałam welon.
-Mężczyznom wstęp wzbroniony- rzuciła ta ostatnia oglądając się na uchylające się drzwi.
-Nawet mnie?- Zapytał zza nich cichy głos Luciana.
-Anioł Kruka może wejść- odparła lekko zmieszana ciocia Genevieve.
Lucian wszedł zamykając drzwi, a ja przyglądając się swemu odbiciu odetchnęłam głęboko, starając się opanować zdenerwowanie.
-Panienko..- odwracając się spojrzałam w te piękne czarne tęczówki.
-Lucian..
Młodzieniec ukłonił się lekko z prawicą przy piersi i spojrzał na mnie delikatnie.
-Moja panienka wychodzi za mąż...- w jego dłoni pojawił się płonący błękitnym ogniem miecz, a Lucian mrucząc śpiewnie po łacinie naznaczył nim przede mną znak krzyża.
Był to jeden z naszych tradycyjnych przedślubnych rytuałów. Opiekun Rodu błogosławił pannę lub kawalera w domu przed ceremonią. Przeżegnałam się powoli, a sygnet na moim palcu błysnął tym samym błękitem, co broń Luciana, który zsunął białą przejrzystą zasłonę na moją twarz i klęknąwszy musnął ustami moją dłoń.
Caroline podała mi bukiet, a Lucian oferując mi ramię wyprowadził mnie z pokoju, a potem z domu.
Michael w garniturze czekał na mnie u stóp schodów.
Ojciec stał obok z małą na rękach.

Maleńka podczas chrztu nawet nie zapłakała. Uśmiechała się słodko do księdza.

-Zdenerwowana?- Spytał nagle zielonooki.
-Nie, a ty?- Odparłam pytaniem.
-Wcale- zaprzeczył.
-Ale bujda- rzuciliśmy uciekając wzrokiem na boki, by się nie roześmiać.
***
Przysięga małżeńska, największy stres świata, gdy patrzy na ciebie tyle osób...
-Ja, Callisto Anabelle- powtarzałam po kapłanie do mikrofonu- biorę sobie ciebie, Michaelu Jamesie za męża- głos trząsł mi się, jak cholera, a kamerzysta jeszcze bardziej mnie rozpraszał.- I ślubuję ci- bylem czegoś nie pokręciła(!!)- Miłość, wierność...
Na szczęście reszta przysięgi poszła mi z górki. Widziałam, że zielonooki okularnik stresuje się tym tak samo lub nawet bardziej, niż ja.

Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Wymiana obrączek...
-Przyjmij tę obrączkę- przyłapałem się, że pomyślałem: "podkładkę", wsuwając złoto na jej palec- jako znak mojej miłości i wierności..
Callisto była już moja.. Moja.
Moja na zawsze..
-Jeśli jest ktoś, kto zna powód; dla którego tych dwoje nie może się pobrać niech przemówi teraz.. Lub zamilknie na wieki- powiedział z powagą ksiądz.- Zatem na mocy nadanej mi przez Kościół Katolicki, ogłaszam was mężem i żoną. Możesz pocałować pannę młodą- zwrócił się do mnie.
Odrzuciłem delikatnie welon z twarzy mojej piękności i dałem jej najdłuższego buziaka pod słońcem.

Wyszliśmy ze świątyni, a nad naszymi głowami fruwał ryż. Zgromadzona rodzina i przyjaciele rzucili nieco drobniaków. Oboje przyklęknęliśmy zbierając monety.
-Nareszcie po stresie, mężusiu- rzuciła z ironią Callisto.
-Trochę dziwnie to brzmi, nie żoncia?- odparłem wesoło, podnosząc drobne.
-Pozostańmy przy Pyszczulku- zachichotała, gdy wstaliśmy. Pod rękę ruszyliśmy w stronę samochodu...
***
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Nie chciałam psuć tego dnia, dlatego postanowiłam nie pytać o to, co kitsune kombinują w związku z Fallen.
-O czym myślisz?- Chyba zauważył, że coś zaprząta mi głowę.
-Och, to nic takiego- odparłam całując go z uśmiechem.
-Ciekawe czy Lily jest grzeczna- zarechotał.
-Jeśli opiekę przejął twój ojciec to raczej wątpię, dwa diabły zawsze się odnajdą- odparłam ze śmiechem.
-A twój ojciec to niby aniołek- odciął mi się z ironią.
-Raven? Aniołek?- Spytałam wesoło.
-Chyba śnisz!- I roześmialiśmy się zgodnie.
***
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Następnego dnia, budynek liceum.
-Kogo moje oczy widzą?- Rzucił ironicznie Paul.
-Siemano, Biały Kieł- odparłem wesoło.
-Cześć, Jeckyll- dostałem w ramię od Rodrigueza.
-No, siemka. Co tam?- Spytałem.
-Ty opowiadaj. Jak tam twoje skarby?- Odpowiedział pytaniem.
-Mała totalnie rozwala mi system... Callisto ledwo urodziła, a już marudzi, że chciałaby wrócić do szkoły... Sajgon, człowieku- zarechotałem.
-Brzmi ciekawie- rzucił Paul zamykając szafkę.
-Witaj w klubie. Mam to samo z Tori..- westchnął dryblas popijając lemoniadę z puszki.
-A w mieście? Coś się zmieniło?- Zamknąłem swoją szafkę.
-Jest coraz gorzej. Dziewczynom odwala, z chłopakami też coś nie gra- zauważył Paul powoli.
-To znaczy?- Ciągnąłem go za język.
-To temat na baaardzo długą rozmowę..- Vincent rozejrzał się szybko.- Słyszałem, że niektórzy przestali chodzić do szkoły, a Cora...
-Co z Corą?- Zdziwiłem się.
-Podobno totalnie jej odbiło..- Paul ściszył głos.- Jacob był wczoraj u nich w domu i ona zrobiła coś.. Niewytłumaczalnego...- przyznał rozglądając się.
-Czyli?- Podjąłem.
-Jacob stwierdził, że chodziła dziwnie poskręcana i mówiła wspak.
-Jak to mówiła wspak?- Zdumiałem się.
-To jeszcze nie wszystko.. Jake mówił też, że wygląda okropnie i syczy, albo dziwnie się śmieje...- odparł Paul cicho.
-To na pewno robota tych kitsune..- odezwałem się zamyślony.- Lepiej chodźmy na lekcje... Racja, że to temat na dłuższą gadkę..- stwierdziłem.
×××××××××
Rezydencja rodziny Rodriguez, po zajęciach.
-Kochanie Moje..- rzuciłem zaskoczony.
-Cześć, Pyszczulku- odparła zupełnie niezmieszana, siedząc z małą w salonie, popijała herbatę z Tori.
-Jaka ona cudna...- niska szatynka potrząsnęła grzechotką a mała spojrzała na nią z ukosa, po czym wyciągnęła łapki do mnie.
-Chcesz do taty?- Spytała lekko czarnowłosa, a mała pisnęła radośnie.
-No, cio; skarbuś? Pilnowałaś mamy?- Spytałem biorąc ją na ręce.
-Ga... Ba ba ba.. Pffa!- To chyba najpiękniejsza odpowiedź, jaką mogłem usłyszeć.
-Skarbuś mój kochany- uśmiechnąłem się do mojej dziecinki. Położyła maleńką rączkę na mojej piersi i zrobiła coś niesamowitego: złożyła usteczka do pocałunku.
-Cally... Patrz na..- wyszeptała zdumiona Tori.
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
Wpatrywałam się w Lily, próbując pojąć to; co widziałam. Dziewczynka patrząc na swojego ojca układała usta w dzióbek, jak do całusa, trzymając prawą rączkę w miejscu jego serca.
Wszyscy chyba zamarliśmy patrząc na tę scenę.
Michael dał małej leciutkiego buziaka, a Lily zaczęła się wiercić w jego ramionach i chichotać po swojemu, zaciskając paluszki na małej grzechotce, którą jej dał.
Trzask. Trzask. Potrząsnęła nią i spojrzała na przedmiot ucieszona.
-Jest taka fajna...- zaczął Paul wpatrując się w malutką, jak zahipnotyzowany.
-Czyżbyś już chciał mieć taką maludę?- Spytał złośliwie Vincent.
-Jeszcze mam czas- burknął Paul z dziwną miną.
***
-Czyli to całe Sevent Angel to bujda..?- Zapytał Paul, jakby chcąc się upewnić.
-Taa- westchnęłam ciężko.- W rzeczywistości to więzienie kitsune. Angello poprosił mnie o raport w tej sprawie, ale... Coś nie bardzo mogę się do tego zabrać.. Ciągle mam przed oczami...- Przymknęłam na chwilę oczy.
-Michael. Ej, co jest grane?- Zdziwiła się Tori.
Uniosłam szybko powieki. Zielonooki znów przez moment miał to nieobecne spojrzenie.
-W porządku..- odparł budząc się z odrętwienia. Dłoń z obrączką głaskała paluszki naszej córki, ale jego twarz miała wyraz bardzo daleki od „w porządku”.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Lily pokazała mi kolejną retrospekcję.
W brudnej, zimnej i ciemnej celi Callisto prosiła o odrobinę jedzenia..
-Nie proszę dla siebie..- ten błagalny osłabiony głos. Drżenie tonu.
Śmiejąca jej się w twarz dziewczynka. Dziesięciolatka o fioletowych oczach i prostych, czarnych włosach z rudymi końcówkami.

Czy ona chciała, żebyśmy umarły.? Była dla nas taka niedobra.. Powiedziała, że nas nie kochasz...- Ten głosik, który słyszałem tylko raz, kiedy Cally była jeszcze w ciąży..
-Nie, Skarbie- szepnąłem kołysząc córkę. Potrząsnęła grzechotką i ziewnęła słodko. Po chwili zasnęła spokojnie w moich rękach.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-To było trochę niepokojące..- zaczęła Tori ostrożnie.
-Wszystko gra, serio- zapewnił zielonooki z opanowaniem.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Powinnam się wziąć za ten cholerny raport, ale... Ech..- Callisto westchnęła zrezygnowana.- Gdy tam byłam... Czasem zdawało mi się, że oni nie są tak do końca źli..- Z trudem stłumiłem w sobie wściekłość, ale uratował mnie Vincent, mówiąc:
-To nieprawda, Raven- z przyzwyczajenia nazwał Callisto jej panieńskim nazwiskiem.- Te kitsune to psychole.. Widać po tym, co tu wyrabiają..- Dokończył z niechęcią.

Ustalając, że kitsune są odpowiedzialne za ostatnie niepokojące zdarzenia w mieście, właściwie wróciliśmy do punktu wyjścia. Najgorsze było to, że nie znaliśmy żadnej- nawet niewielkiej- ich słabości.
-Gdybyśmy wiedzieli od kogo to się zaczęło...- westchnęła ciężko niska szatynka.
-Czekajcie. To zaczęło się od "Syndromu Anioła"- Zauważył nagle Paul.
-Podejrzewasz ten zespół?- Spytała niechętnie Callisto.
-Wręcz przeciwnie- odpowiedź Tannera zaskoczyła nas wszystkich. Gapiliśmy się nań pytająco. Paul oparty o sofę, rozmyślał przez chwilę popijając mocną kawę.
-Jacob przesłuchał płytę, którą miała przy sobie ta Haylee Simmons.
Callisto nagle drgnęła i wbiła w niego wzrok.
-I co?- Zapytała powoli, a jej oczy na ułamek sekundy błysnęły szkarłatem.
-To była pierwsza płyta od niejakiej Kurushimi- odparł Paul.
Callisto zbladła jak prześcieradło, a maleńka zbudziła się i uderzyła w płacz.
-Ciii... Cichutko, skarbuś- szepnąłem kołysząc córkę.- Nie płacz, mój skarbie..- próbowałem jakoś uspokoić maleństwo.
-Kim jest Kurushimi?- Zapytała drżącym głosem Tori.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Bliźniaczką Zetsubō- odparłam cicho.- Być może to ona steruje tymi rybo-ślimakami.. Kiedy tam byłam, odniosłam wrażenie; że Zetsubō jest bardziej jej pionkiem... że to ona o wszystkim decyduje.
-Coś mnie w tym wszystkim zastanawia- stwierdził Vincent.- Po twoim zniknięciu, Zetsubō nadal szukał "Księżycowej". Krąg twierdził natomiast, że ta "Księżycowa" to ty... Coś się tu nie zgadza..
-Być może nie wiedzieli, że to ja- zaczęłam wolno.
-Myślisz, że bładzą, jak dzieci we mgle?- Spytał Michael, uspokajając Lily spacerował po salonie.
-Sama nie wiem. Jedyne, co wiadomo to, że chcą zniszczyć Fallen. Trzeba sprawdzić wszystkie tropy- stwierdziłam powoli.
-Martwi mnie jeszcze jedno- powiedział Paul, spoglądając przez okno.
-Co takiego?- Rzuciła Tori przyglądając mu się.
-Skoro krwiopijcy są od nich silniejsi i mądrzejsi to, jakim cudem dali się im tak wkopać?- Zapytał powoli.
|•••|
Kwatera główna stowarzyszenia łowców, godzinę przed świtem, osiemnasty dzień czerwca.
Siedząc przy biurku zawiesiłam końcówkę wiecznego pióra nad kartą raportu dla Angello. Malutka spała smacznie w swoim łóżeczku, a ja wbiłam na chwilę wzrok w okno. Spodziewałam się rozmowy z przewodniczącym i powrotu myślami do tej cholernej celi. Ciekawiło mnie również, czy wiedział, że Wadera...
-Cholera jasna...- Mruknęłam ciągnąc przez słomkę transfuzyjną.
Usłyszałam szum grzechotki i spojrzałam w stronę łóżeczka.
Mała całkiem rozbudzona potrząsała zabawką wpatrzona w coś nad sobą, chichrała się wesoło.
Wstałam sprzed biurka i pojawiłam się tuż przy dziecku. Czułam czyjąś obecność...
-Nasz skarbuś się obudził?- Spytał zielonooki tuż za mną. Oplotły mnie jego ramiona, a wargi przesunęły się po tatuażu na mojej szyi.
-Do kogo wyciągasz rączki?- Spytał córkę. Nagle jego ręce zacisnęły się mocniej na moim ciele, a on zamarł z dziwnym wyrazem twarzy.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Przyjdę w odpowiednią godzinę- usłyszałem baryton, a przed oczami stanęła mi zakapturzona postać w czarnym prochowcu z toporem w ręku.
Obecność zniknęła. Dziewczynka wykrzywiła buzię w podkówkę i zaczęła płakać.
-Chodź do taty, skarbeńku- schyliłem się i wziąłem Lily na ręce, żeby ją ukołysać.
Chodząc z nią po pokoju zastanawiałem się, czy, ten którego widziała, był Nim.
-Nie płacz, skarbuś mój- szepnąłem całując maleństwo.- No, już; skarbuś..- potrząsnąłem lekko grzechotką podchodząc do okna.- Zobacz, ptaszki- starałem się czymś zaciekawić dziecko.
Lily po chwili uspokoiła się i, widząc wstający dzień wsłuchała się w ćwierkanie ptaków. Rozchyliła buzię patrząc z zaciekawieniem na siedzącego na oknie wróbla, który chodził po zewnętrznym parapecie, jakby wcale się nas nie bał.
Mała spojrzała z ukosa na ptaka i przytuliła się do mnie mocno.
-Zobacz, jaki ładny- szepnąłem do córeczki.- Zaraz pofrunie...
-Pa, pa ptaa?- Zapytała po swojemu, przyglądając mi się. Ptak poleciał.
-Pomachamy ptaa?- spytałem, a Lily pomachała lekko rączką.
Wyczułem, że to „coś” przestraszyło Callisto.
-Kochanie Moje?- Spytałem ją cicho.
-W porządku- westchnęła ciężko.- Muszę dokończyć ten cholerny raport..- zasiadła spowrotem przy biurku i obróciła pióro w palcach.
-Mógłby dać spokój- westchnąłem z niechęcią.
-Och, Michael... Przecież wiesz, że musimy coś zrobić w związku z Nimi.
-Kitanai kitsune- rzucił rozzłoszczony dziewczęcy głos w korytarzu. Usłyszałem szelest ubrania.
-Szkoda, że tylko ona może nam teraz pomóc- mruknęła turkusowooka, patrząc nieprzychylnie na drzwi. Jej dłoń dzierżąca pióro nadal sunęła po kartce.
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
Z przyzwyczajenia omal nie podpisałam raportu panieńskim nazwiskiem. Zdążyłam podnieść stalówkę, by po chwili naskrobać: Callisto Anabelle Tyler, herbu Kruk.
-Wprawiasz się w nowym podpisie- zauważył Michael, całując mnie lekko.
-W końcu noszę już twoje nazwisko, mężu- odparłam ze śmiechem.
Jeszcze ta cholerna, owinięta w prześcieradło dziewucha...
-No, kurwa mać..- Zaklęłam zapodając mocnego kopa. Biurko ze zgrzytem przesunęło się tuż pod ścianę.
Lily rozchyliła buzię i zaczęła klaskać ucieszona.
-Chyba lubi wybuchy złości mamusi- zauważył zielonooki karmiąc małą.
-Wcale nie jestem zła- odburknęłam nie patrząc nań.
-Tylko zazdrosna; czyż nie; szlachcianko herbu Kruk?- Spytał całując mnie delikatnie.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów... 
Gdy przekazywałem Lily matce, dziewczynka musnęła maleńką dłonią mój policzek. Przed moimi oczami pojawiło się wspomnienie pewnego naszego śniadania, kiedy Cally pierwszy raz była zazdrosna o Yuri. Spojrzałem na córeczkę uśmiechając się delikatnie. Odpowiedziała tym samym.
-Co takiego jest między wami, hmmm?- Spytała czarnowłosa przyglądając się małej z wyraźną ciekawością, jakby dostrzegła naszą nić porozumienia.
-Podobieństwo- rzuciłem odruchowo, co widocznie rozbroiło turkusowooką, bo przewróciła oczami parskając śmiechem.
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
Tego samego dnia..
-Trening?- Spytałam wesoło Michaela.
-Powinnaś odpoczywać- rzucił nieco złośliwie.
-Dosyć już się wylegiwałam- szturchnęłam go mocno, zamknął mnie w swoich ramionach i dał mi całusa.
-Tryskasz energią- zauważył zielonooki nieco podejrzliwie.
-Po prostu dobrze się wyspałam- odparłam lekko.
-Co tam, dzieciaki?- Rzucił z zaciekawieniem mój teść, Armand Tyler. Na dźwięk jego głosu mała obróciła się w moich ramionach i wyciągnęła rączki, wpatrując się w dziadka.
-Zamierzaliśmy trochę potrenować- rzucił Michael, przewracając oczami.
-Zajmę się tą malutką diablicą..
-Zajmiemy się- poprawił mój ojciec oparty o drzwi.
-Trójca diabłów- rzucił mi Michael do ucha, a ja parsknęłam śmiechem.
-Rośniesz, Kwiatuszku- zwrócił się Armand do  wnuczki.
-To my lecimy- Michael pogłaskał Lily.
-Pa, pa..?- Zaczęła lekko zdziwiona.
-Przyjdziemy później, skarbuś- zapewniłam, ułożyła usta w dzióbek. Przysunęłam usta, a mała wychyliła się i pocałowała mnie mocno.

-Trochę szybko rośnie; nie uważasz?- Spytał nieco zaniepokojony.
-Raczej nie powinniśmy się martwić; ale...- zaczęłam.
-Zdecydowanie powinien ją obejrzeć- wtrącił się w zdanie.
-Świrujesz- rzuciłam poszturchując go.
-Jestem po prostu ciekawy- odparł wzruszając ramionami.
-Raczej za bardzo opiekuńczy- odpowiedziałam nieco złośliwie.
-Zjedz śledzia i spływaj; Raven- zarechotał poszturchując mnie.
-Tyler jestem; miło mi- odparłam żartobliwie.
-Gotuj się- stanęliśmy do siebie plecami i zrobiliśmy kilka kroków.
-Oszustka- rzucił złośliwie, gdy zaatakowałam wbrew regułom.
-Pijawka nie poczeka- przypomniałam odbijając jego cios.
Szczęk stali. Nie wiem, dlaczego; ale od zawsze uwielbiałam dźwięk krzyżującej się broni.
-Nie lubię być ignorowany; Kochanie Moje- rzucił Michael przycinając.
-Chcesz oberwać?- Zachichotałam lekko.
-Osz, ty- miecze się zwarły, a Michael dał mi całusa.
-Nie bierzesz tego na poważnie- prychnęłam odpychając go.
Zaatakował. Odbiłam i zniknęłam mu z oczu.
Stojąc tuż za nim klepnęłam go w tyłek.
-Masz tę dupcię.!- Rzuciłam komplement.
-Piękny trening, nie?- Spytał Armand Tyler Cristophera Ravena. Mała na rękach mojego ojca obserwowała z ciekawością nasz pojedynek.
-A lekko. Dwójka najlepszych szermierzy młodszego pokolenia łowców i do tego to nasze dzieci...
-Duuuma- rzucili równo i buchnęli śmiechem.
-Bu!- Michael wytrącił mi miecz z dłoni i złapał za rękojeść.
-Czubek- odparłam pieszczotliwie przytulając się. Opuścił dłoń z mieczami, a drugą przycisnął mnie do piersi.
-Też cię kocham, moja ty Świrusko..- przyznał wesoło kręcąc ze mną piruety po całym przedsionku.
-Ciekawe, co z ciebie wyrośnie, maludo- rzucił mój ojciec pieszczotliwie do wnuczki.
Lily pokazała mu język, po czym uśmiechnęła się szeroko.
-Ha, ja mam lepszy łeee- odparł wesoło.
-Twój drugi dziadek głupieje, nie bierz z niego przykładu- zażartował ojciec Michaela.
***
Spacerowaliśmy po lesie, rozmawiając. Mała wyciągnęła rączkę i wskazała coś w oddali.
-Co, skarbuś?- Spytał Michael, patrząc w tamtą stronę.- Niech mnie...- zaczął zaskoczony, wyciągając z pochwy miecz.
-Nie mów, że jesteś zaskoczony; łowco Rodu Płomienia- zauważył baryton.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Po prostu myślałem, że odpuściłeś sobie moje dziecko- oznajmiłem chłodno.
Usłyszałem jego cichy śmiech.
-Nie zrobię jej krzywdy- odparł po chwili spokojnie.
-Czego chcesz od naszego dziecka, Aniele?- Zapytała turkusowooka, tuląc małą.
-Czego chcę...? Hmm- zastanowił się głośno Suriel, wpatrując się w dziewczynkę w ramionach matki. Miałem wrażenie, że się uśmiecha. Podchodził ku Callisto, zasłoniłem moje dziewczyny sobą.
-Zejdź mi z drogi- powiedział, opierając palce na ostrzu, skierował miecz w dół.
-A, jeśli odmówię?- Zapytałem.
Zmierzył mnie długim spojrzeniem. Dłoń oparta na toporze drgnęła, lecz Suriel powstrzymał się.
-Nie chcę, żeby Moja Księżniczka na to patrzyła- odparł patrząc mi w twarz.
Cofnąłem się nieufnie.
-Czego ty, do diabła, chcesz od mojej córki?- Zacząłem lodowato, choć w środku trząsłem się z przerażenia.
-To my zdecydujemy, kogo zaprzysiężymy Lily; Aniele- oznajmiła Callisto.
Zrozumiałem. Chciał stać się jej Strażnikiem.
Ku mojemu zdziwieniu Suriel minął mnie. Wyciągając topór podszedł do czarnowłosej i ukląkł w hołdzie wpatrując się w naszą córeczkę.
-Głowo Rodu Raven, uczyń mi ten zaszczyt i Zaślub mnie ze swą córką- powiedział z uroczystą prośbą.
-Znasz tradycję Rodu- odrzekła spokojnie.- Zaślubię Lily; dopiero gdy skończy trzeci rok. Nie mogę postąpić wbrew Woli Kruka- oznajmiła cicho. Zauważyłem, że Lily spoważniała, patrząc na zakapturzoną postać, klęczącą u stóp matki.
-Skoro tak, zaczekam na Moją Księżniczkę- odparł cicho, wstając odsunął się o krok i schował broń za pasem.
Powiał lekki wiatr, rozwiewając włosy Cally. Anioł zniknął w chmurze pyłu.
Kilka długich minut zajęło mi otrząśnięcie się z szoku. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz