niedziela, 28 stycznia 2018

Hunter III Curse Rozdział XVI: Zetsubō i jego piekielna siostrzyczka

Féu oparty o jesion przymknął oczy i odetchnął głęboko.
-Mogłem się tego spodziewać po takiej żmiji; jak Thunder- stwierdził cicho unosząc powieki.- Trzeba gdzieś przenieść wszystkie akta dotyczące łowców..- powiedział z namysłem.
-Ilu z resortu możesz ufać; Jean?- Zapytała ostrożnie.
-Im mniej osób będzie o tym wiedzieć, tym lepiej- odparł Wampir.
-Pozostała najważniejsza kwestia- zauważył Angello.
-Możemy liczyć na pomoc Zrzeszenia?- Zapytał uprzejmie Jean.
Angello spojrzał na mnie pytająco.
-Skoro to akta wszystkich łowców; nie mamy wyjścia- oznajmił Armand Tyler, nim zdążyłam się odezwać.
-Zbierz swoich, Livio. Spotkamy się, gdzie zawsze- oznajmił Féu.
-Rozumiem- rzuciła krótko.
***
Caroline siedziała na schodach wtulona w białe futro siedzącego obok wilka.
Devon siedział na parapecie i obserwował ich.
-Nie powiedział, że jest likantropem- burknął poirytowany.
-Daj wreszcie spokój, synu- westchnął ciężko wuj Alec.
-On może zrobić jej krzywdę- upierał się orzechowooki.
-Ten chłopak nie jest typowym wilkiem- zauważył Morgenstern również obserwując wilka.
-Chybaście wszyscy powariowali...- odparł Devon powoli.- Od kiedy on o tym wie? Od tygodnia? Dwóch?
-Od trzech miesięcy- oznajmił Paul, wchodząc do środka. Na rękach niósł śpiącą Caroline, powoli i delikatnie ułożył dziewczynę na łóżku, okrywając ją kołdrą.
-Nie mówiłeś o tym- powiedział Michael wolno.
-Usłyszałem, jak matka i Marcus rozmawiali- skwitował Paul.- Od tego czasu szukałem informacji..
-Ciekawe, ile tak naprawdę wiesz- zauważył rozsądnie Morgenstern.
-Na przykład to, że wilki mają dość słabą samokontrolę...- odpowiedział Paul.- Zresztą każda informacja mi się przyda- odparł uprzejmie.
-Serio?- Jednooki uniósł brew zaskoczony.
-Trochę czytam, ale ciężko dostać coś poza jakimiś legendami, więc...- Paul wzruszył ramionami.
-Ciekawy dzieciak..- mruknął Mistrz do wujka.
-Taa. Przyszły zięć likantrop; zwariowana rodzinka.. Nie ma co- zażartował Alec.
-Totalnie zwariowana- prychnął Devon.
-Daj już spokój, człowieku..- Paul westchnął ciężko; wychodząc z pokoju.
Devon mruknął coś pod nosem wbijając wzrok w okno.
***
Społeczność tworząca Stowarzyszenie siedziała w salonach. Toczyły się ożywione rozmowy i powstawały różne domysły. Wszyscy zastanawiali się, co jeszcze może się wydarzyć.
Biały wilk nacisnął łapą klamkę i wszedł do przedsionka.
-Cztery białe busy kierują się do nas. Są dwa kilometry stąd- przekazałam myśl Paula.
-Wszystko z tobą w porządku?- Zapytał uprzejmie przewodniczący.
Śnieżny likantrop popatrzył na Angello z namysłem.
-Jest tylko trochę zmęczony- wyjaśniłam przyglądając się wilkowi.
-Może powinieneś się przespać, chłopcze- zasugerował Angello.
Paul pokręcił odmownie ciężkim łbem. Rozwarł pysk w głębokim ziewnięciu i pognał na zewnątrz.
Paul Vince Tanner, lewoskrzydłowy drużyny koszykówki; licealista drugiego roku. 
Dla relaksu postanowiłem zrobić sobie małą rundkę po lesie, żeby mieć czystą głowę; zanim wezmę się za opasłe tomiszcza od Celownika.
W zasadzie niewiele wiedziałem o wilkach; prócz paru legend i informacji od starszych wilków. Z drugiej strony trochę się bałem, że bardzo trudno będzie mi  kontrolować tę moją "zwierzęcość".
W tej samej chwili dostrzegłem kolczaste krzaki i błotnistą kałużę.
Kuuurwa... Nie zdążę wyhamować..- myślę ze złością czepiając się łapami ziemi.
Poszedłem ślizgiem, a to; co z daleka wziąłem za kałuże w rzeczywistości okazało się jeziorem. Mokra ziemia nie była dobrym materiałem do hamowania- zaryłem w błocie i wleciałem do jeziora, piszcząc z bólu.
W prawą łapę wbiły mi się jakieś kolce.
Wylazłem z wody i otrząsnąłem się szybko.
-Futro się wyprało?- Zaśmiała się cicho leżąca na pomoście dziewczyna.
Była niską, jasnowłosą o fiołkowych oczach. Pół jej twarzy pokrywały blizny po pazurach.
Spojrzałem na las w oddali.
-Zraniłeś się- odezwała się po krótkiej chwili widząc, że trzymam łapę w powietrzu.
To nic- chciałem powiedzieć; ale z pyska wydobył się cichy pomruk i skamlenie.
-Mogę to obejrzeć?- Zapytała ostrożnie wyciągając ku mnie drżącą rękę.
Wzięła ranną łapę i obejrzała ją w blasku księżyca.
-Trzeba je wyciągnąć- wywnioskowała powoli.
Chciałem się cofnąć; ale informacja od Damona o wilczej zdolności szybszego leczenia zranień zatrzymała mnie w miejscu.
Nieznajoma wyciągnęła z kieszeni błyszczącą pęsetę i zaczęła mnie opatrywać.
-No, skończone- rzuciła lekko. Stąpnąłem delikatnie i nic. Jakbym wcale się nie zranił.
Kim jesteś(?)- Chciałem spytać, ale dziewczyny obok już nie było.
Rozejrzałem się szybko dookoła. Przecież nie mogła tak po prostu wyparować!.

-Coś się stało?- Zapytał Morgenstern przyglądając mi się uważnie.
-Nie, nic takiego- skłamałem uprzejmie, idąc do biblioteki, gdzie czekały na mnie książki.
Spodziewałem się, że biblioteka będzie pusta, jednak za stolikiem przy oknie za murem ułożonym z książek siedział Devon Raven; czytając tom w ciemnozielonej oprawie. "Metody ataku w walce z wampirami- obrona rozszerzona"- przechodząc odczytałem wzrokiem tytuł na okładce.
Usiadłem przy stoliku w pobliżu regałów, na którym leżały dwa grube tomy.
"Likantropy- fakty i mity" i "Historia powstania Wilków"; obwieszczały tytuły na grzbietach ksiąg.
Nadal jednak zastanawiało mnie, kim była nieznajoma; którą spotkałem nad jeziorem.

Kilka godzin później...
Uniosłem wzrok znad swojej lektury i spojrzałem w okno. Zaskoczony zrozumiałem, że za oknem powoli robi się jasno.
Rozejrzałem się nieprzytomnie; orzechowooki oparty o ścianę siedział zaczytany w jednej z książek. Gdy otworzyły się drzwi nie patrząc w tamtym kierunku rzucił wyciągniętym niewiadomo skąd sztyletem we wchodzącą postać.
-Pudło; Kruk- rzucił ze śmiechem bliznowaty czarnowłosy, trzymając ostrze między wskazującym i środkowym palcem prawej dłoni.
-Cześć; Podkowa- rzucił z kpiącym uśmieszkiem Devon.
-Widzę że zamierzasz zdawać na trzeci stopień- stwierdził Horse odsuwając jeden z tomów.
-Nie mogę być gorszy od Jaspera- odparł z ironią Raven.
-Ja nie wiem, co wam odbija z tą rywalizacją. Sam dopiero dostałem Kitę, ale stwierdziłem; że już by się Burek przydał..
-Co za chamstwo- burknął orzechowooki urażony.- I ty jesteś wyżej w szkoleniu, mendo?
-Takie życie; było się nie opierdalać- rzucił Horse, spokojnie wzruszając ramionami.- Słyszałem, że Płomień stara się o Kapsla; a wice-przewodnicząca już wpisała się na Burka.
-Świetnie; jeszcze mnie dobij- jęknął Raven.
-Nie przesadzaj..
-Hau, hau..- zarechotała złośliwie Callisto; przechodząc obok nich.
-Zdam szybciej niż ty- prychnął Devon w odpowiedzi.
-Zacznij już popiskiwać; "szczurza mordko"- odparła z wyższością, idąc w stronę regałów.
Udawałem, że ich rozmowa nie ciekawi mnie ani odrobinę; ale było zupełnie na odwrót.
Turkusowooka spacerowała  między półkami. Jakiś czas później wynurzyła się zza regałów zaopatrzona w kilka grubych tomów.
-Zobaczymy..- mruknął pod nosem Devon.
|•••|
Callisto przysiadła się, kładąc na blacie stos literatury.
-Wszystko okej?- Spytała z troską.
-Nadal nie za bardzo w to wszystko wierzę- westchnąłem ciężko.
-Przyzwyczaisz się- rzuciła pocieszająco.
-Nie to mnie martwi.. Bardziej boję się o Caroline- odparłem zamyślony.
-Nie martw się na zapas; Tanner- dostałem kopa w kostkę.
-Postaram się..- westchnąłem odkładając na chwilę tom.- O co chodziło z tą "szczurzą mordką"?- Spytałem ciszej.
-Nazywamy tak stopnie egzaminów łowczych. Przez pół roku lata za nami  określone przezwisko- Wyjaśniła ze śmiechem.
-Taaa; pół roku wołali za mną blacha, blaszak, albo blachara- zauważył Michael kładąc kilka książek na stoliku.
-Teraz będzie lepiej; Kapselku- odcięła się Cally.
-Daj głos, Burek- rzucił całując ją lekko.
-Hau, hau- odwzajemniła całusa.- Jestem z tobą. Już widzę, co za mną będzie latać.
-Do nogi. Waruj. Daj głos. Psinka...
-Terier- rzucił Horse przechodząc obok.
-Kundel; spokój- rzucił Michael wesoło.
-Kapsel, brzdęk- odciął się z uśmiechem bliznowaty.
•••
Po śniadaniu.
W bibliotece siedziało już kilkanaście osób z nosami w książkach.
-Sporo was na te całe egzaminy- rzuciłem szeptem.
-No, trochę nas jest... Najliczniejsza grupa od paru lat- stwierdziła rozglądając się po czytelni.

Tydzień później; dwudziesty czwarty marca.
Śnieg stopniał, zmieniając leśne dróżki w błotniste szlaki. Było cieplej i zaczynało robić się zielono.
Dzieciaki ze stowarzyszenia pobiegły na boisko wrzeszcząc.
-Pozbyliśmy się dzieciarni; teraz czas wziąć się za młodzież- rzucił Morgenstern do Sworda.
-Lepiej nie kuś- zarechotała Hunter poszturchując obu. Wsunęła w usta gwizdek i rozległ się przeciągły gwizd. W tej samej chwili rozległ się tupot wielu par stóp, a kilka minut później młodzi łowcy stali zbici w kilka grup, z każdej wyszła jedna osoba.
-Jest szósta rano...- rzuciłem zaskoczony do Sworda.
-Przyglądaj się- odparł z tajemniczym uśmieszkiem.
Zapadła długa cisza, po której czołowi grup rzucali po kolei.
-Blachy.
-Kapsle.
-Szczury
-Burki.
I równo:
-Meldują się do rozpórki.
Dwie pozostałe grupy z lewej:
-Kity i...
-Dynamity
Równocześnie:
-Nasz meldunek: bądźmy wyżej od wiewiórek- padł okrzyk.
-Rozerwani?- Rzuciła żartobliwie Hunter.
-Jak odbezpieczone granaty- rzucili chórem podchodzący do egzaminu.
-Świetnie- Morgenstern przeciągnął się.- Egzaminatorem stopnia pierwszego i drugiego będzie- Ruchem głowy wskazał czarnowłosego z fryzurą na jeża- Trójką i piątką zajmie się Dabria. Czwórka i siódemka oddycha z ulgą, jak widzę. I tak dostaniecie najwięcej w kość.- W odpowiedzi rozległy się ucieszone wrzaski, co ogromnie mnie zaskoczyło.
-Jazda na rozgrzewkę- rzucił na zakończenie Morgenstern, a wszyscy wyszli na dwór.
-Nie rozumiem, co ich tak cieszy..- zauważyłem powoli.
-Zobaczysz później- zapewniła Hunter. 
***
Obserwowałem rozgrzewkę łowców, na którą składały się biegi, wiszenie i stanie na rękach; zwis do góry nogami i wiele innych. Michael wisiał na nogach. Po dłuższym momencie czubki palców oparły się na rozmokłej ziemi, a zielonooki stanął na rękach i podszedł do jednego z chłopaków; którego tylko przy użyciu nóg wepchnął w błoto. Zresztą wszyscy robili sobie nawzajem złośliwości.

-Zbiórka!- Rzucili nauczyciele, a każda z grup zebrała się przy przydzielonym mistrzu.
Byłem ciekawy, co będzie następne...
Hunter rozdała swoim grupom przepaski w kolorach czerni i bieli. Ustawiła każdego z obu grup naprzeciw siebie i rzuciła komendę do pojedynku. Sword zrobił Blachom test wytrzymałościowy- mieli wisieć na rękach na czas. Natomiast Kapsle mieli za zadanie przeszkadzać pierwszakom dowieszając im odważniki. Potem obie grupy miały biegać po lesie szukając proporców ze znakami ich grup- według mnie to ćwiczenie miało być najciekawsze.
Celownik stawiał na klasykę- bieg z przeszkodami, na którego mecie uczestnicy mieli za zadanie zawiesić breloczek ze swoim imieniem.
Ostatnim sprawdzianem miała być ścianka wspinaczkowa w sali ćwiczeń, co miało pokazać pracę zespołową łowców.
***
Ostatni z Blach spadł z drążka. Wszyscy odpięli odważniki i zebrali się przy czarnowłosym, który wyjaśnił im konkurencję.
Zabrzmiał sygnał a grupy rzuciły się do biegu.
-No, to z bańki- Sword uśmiechnął się przebiegle.
Morgenstern przewrócił oczami.
-Co za numer im wykręciłeś?- Zapytał uprzejmie, usiłując zachować powagę.
-Pamiętasz ten pierścionek?- Rzucił lekko.
Morgenstern oparł się o kolumnę dusząc się ze śmiechu.
-Nie wierzę, że jesteś tak okropny..- odpowiedział ze śmiechem.
-Ciekawe, czy ktoś się w ogóle skapuje..
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Coś mi tu nie gra...- zastanowiłem się na głos rozglądając się po lesie. Widząc zielony materiał z kapslem wyskoczyłem.
-Leżysz!- Zarechotała jakaś dziewczyna.
-W życiu!- Rzuciłem lekko i zaczęliśmy się ścigać.
Wyciągnąłem rękę i..
Jakiś błysk zakłuł mnie w oczy. Zacząłem spadać i z trudem wylądowałem na nogach. Pobiegłem w tamtą stronę i zrywając kolejny kawałek materiału z kapslem ruszyłem w kierunku blasku.

Jesion. Wśród liści coś kołysało się na lekkim wietrze błyszcząc się lekko.
-Na co się gapisz?- Zdumiała się dziewczyna z którą przegrałem o "kapsla".
-Na nic- skłamałem wyprzedzając ją pognałem w stronę drzewa i zacząłem się wspinać.
Słyszałem kilka zaskoczonych komentarzy. Wlazłem na koronę i wyciągnąłem dłoń w stronę błyszczącego przedmiotu. Zacisnąłem ją- nić na, której był zawieszony fant zerwała się, a ja z trudem zawisłem na innym konarze i po chwili zeskoczyłem w dół.

Paul Vince Tanner, lewoskrzydłowy drużyny koszykówki; licealista drugiego roku.
Grupa Sworda wracała z lasu. Wszyscy o czymś rozmawiali.
-Zbiórka; mam wam coś do powiedzenia- rzucił Sword.
Wszyscy patrzyli nań z zaciekawieniem.
-Poza flagami stopni w lesie było coś jeszcze...- oznajmił mistrz.- Ktoś znalazł?
Michael otworzył dłoń i pokazał mały kamienny pierścionek, a reszta grupy jęknęła zdumiona.
-Nieprawdopodobne...- zaczął zaskoczony nauczyciel.
-Ostrzegałem, żebyś na niego uważał- rzucił z humorem Celownik, klepiąc młodszego z nauczycieli po plecach.
-Ten chłopak totalnie rozwala mi system...- mruknął Jim kręcąc głową z niedowierzaniem.

Sala ćwiczeń.
-Ostatni test- rzuciła Hunter.- Wspinaczka bez zabezpieczenia.
Kilka osób pobladło.
-Ma to na celu pokazać waszą pracę zespołową- oznajmiła stalowooka kobieta. Mężczyźni dobrali osoby w pary wiążąc im na nadgarstkach kolorowe chustki.
-Do roboty!- zabrzmiały wszystkie trzy gwizdki.
Łowcy zaczęli konkurencję.

Jedna z dziewczyn zaczęła spadać. Jasper Porter w ostatniej sekundzie pochwycił jej dłoń i rzucił do niej kilka słów. Zresztą kilkanaście osób miało podobną sytuację.
Callisto z trudem pochwyciła spadającego Horse'a i asekurowała go, gdy chwytał się dolnych "kamieni".
-Dzięki; Kruk- rzucił z wdzięcznością. Partnerzy na końcu- blondyn i brunetka- chłopakowi zesmyknęła się ręka- dziewczyna zębami rozplątała chustkę i owijając ją wokół dłoni machnęła nią w kierunku spadającego, który złapał materiał w ostatniej chwili.
Nauczyciele zaczęli klaskać.
-Koniec.- Rzucił lekko Morgenstern.
Kiedy wszyscy zeszli, dało się wyczuć ulgę; że mają testy za sobą.
-Odpadam...- wymamrotał jeden z łowców pierwszego stopnia.
-Większość odpada- Callisto westchnęła ciężko.
-Wiceprzewodnicząca tutaj?- Rzucił tamten z humorem.
-Trzeba się wziąć za siebie, Dimitrij- zarechotała w odpowiedzi Callisto.
-Święta racja...- przyznał chłopiec z rozmarzonym uśmiechem.
Przemowa końcowa Mistrzów trwała krótko. Wszyscy kandydaci zdali, choć oceny były różne.

-Panie Morgenstern; mógłbym o coś zapytać?- Zacząłem ostrożnie.
-O co chodzi?- Zapytał jednooki spokojnie.
-Długo pan uczy?
-Dwadzieścia cztery lata, czemu o to pytasz?
-Bo... Hm, słyszałem; że jest pan wymagający, a jakoś wszyscy się ucieszyli, że na sprawdzianie dostali pana..
Przez jego twarz przemknął uśmiech.
-Nie staram się być najlepszym nauczycielem tego zawodu; po prostu każdy z młodych łowców bez względu na pochodzenie jest dobry w jakiejś dziedzinie.- wzruszył ramionami.
-"Nie każdy prześciga w mądrości swego nauczyciela"- zacytowałem słowa Jasona Moon.
-Otóż to- przyznał Morgenstern. Zapatrzył się na las w oddali.- A z tobą wszystko w porządku?
-Tak, dziękuję- odparłem uprzejmie.- Miejmy nadzieję, że nie będę sprawiać kłopotów- starałem się zażartować.
-Raczej wątpię- odpowiedział spokojnie.- Widziałem już sporo likantropów i żaden nie posiadał podobnej samokontroli- dodał z namysłem.
-To dobrze, czy źle?- Zapytałem z obawą.
-Szczerze mówiąc; nie wiem, ale sądzę, że nie powinno cię to martwić. Przynajmniej na razie- stwierdził.- Niektóre rzeczy przychodzą z czasem; na razie, Młody.
-Do widzenia, panie Morgenstern- pożegnałem się idąc do Mazdy.
|***|
Niektóre rzeczy przychodzą z czasem... 
Siedziałem w samochodzie przed starym domem. Cholernie się bałem tej rozmowy. Drgnąłem szybko, przekręciłem kluczyk w stacyjce- i już chciałem odjechać, ale coś mnie powstrzymało.
-Nie będę tchórzem- powiedziałem do siebie, chcąc dodać sobie odwagi.- Nie będę pierdolonym tchórzem- powtórzyłem i szybko wysiadłem z auta.

A, jeśli nie będzie chciał mnie słuchać..?- Naszła mnie nagła myśl.

-Raz kozie śmierć- mruknąłem idąc ku drzwiom. Zadzwoniłem.
Marcus otworzył.
-To nadal twój dom..- powiedział ze zmęczeniem, wpuszczając mnie do środka. Zmienił się.. Schudł, był chorobliwie blady i wyglądał, jakby się nie wysypiał.
-Wróciłeś po resztę rzeczy?- Zapytał cicho idąc do kuchni.
-Właściwie chciałem pogadać.
Marcus Tanner przystanął w połowie odległości od drzwi do kuchni. Spodziewałem się, że usłyszę: "nie mamy o czym rozmawiać".
Mężczyzna stał przez chwilę w bezruchu i ciszy.
-Nie musisz się do niczego zmuszać- odezwał się wreszcie cicho.
Te słowa trochę mnie zabolały, ale...
-Wiesz, że to nie tak.. W końcu byłeś.. Jesteś moim ojcem i...
-I mogłem powiedzieć ci prawdę- przerwał mi ponuro.
Zapadło długie niezręczne milczenie. Nie wiedziałem, co mógłbym w tej chwili powiedzieć.

Może i nie jest moim rodzonym synem, ale traktuję go; jak własne dziecko...- odbiły mi się w uszach jego słowa.

-Cholera... Pogadajmy, jak facet z facetem- prychnąłem niecierpliwie.- Nie chcesz, to wal prosto z mostu..
Szklanka zsunęła się z szafki i zabrzęczało tłuczone szkło.
-Przeciwnie- oznajmił Marcus Tanner zmęczonym głosem, zbierając okruchy szklanki. Wzdychając ciężko wrzucił je do kosza.- Masz prawo mieć żal i mnie nienawidzić...- zaczął smutno.
-Nie nienawidzę cię- tym razem to ja mu przerwałem.- Po prostu.. Chyba trochę za bardzo się uniosłem i...
-Paaaauuul!- Ucieszony pisk Amy przerwał naszą rozmowę. Mała biegła po schodach. Jej stopa zahaczyła o róg dywanu i mała zaczęła spadać.
Wilczy instynkt zadziałał błyskawicznie- w ułamku sekund rzuciłem się w jej stronę pod postacią wilka- choć ledwie mieściłem się na schodach. Wpadła na mnie z impetem; pod wpływem uderzenia lecąc bokiem przefroterowałem parkiet i zatrzymałem się pod sofą.
-Paul?- Pisnęła zdumiona Amy.
-Nic ci nie jest?- Zapytał z niepokojem Marcus.
-W porządku...- odparłem cicho. Siadając, oparłem się o tył kanapy.
-Krwawisz..- Zaczął, a ja odruchowo spojrzałem na rękę.
Pół rozciętego przedramienia pokryło się krwią.
-To nic takiego- wstałem i chwiejnie podszedłem do zlewu. Zmyłem zaschniętą krew.
-Żadne "nic takiego"- odparł ostro. Spojrzał na moją rękę i pobladł jeszcze bardziej, widząc gojące się zranienie. Zachwiał się niebezpiecznie; z pytającym wzrokiem i otwartymi ustami.- J-Jak...?
Usadziłem go na krześle i podałem szklaneczkę whisky. Amy rozglądała się oszołomiona w poszukiwaniu białego zwierzęcia.
-Gdzie jest piesio..?- Zapytała z przejęciem.
-Piesio, co?- Rzucił Marcus i obaj, jak na komendę, wybuchnęliśmy śmiechem.
-Z czego się śmiejecie..?- Zaczęła naburmuszona pięciolatka, nic nie rozumiejąc z całej tej sytuacji.
-Moim zdaniem powinna wiedzieć..- zauważyłem.
-Nie sądzisz, że jest na to za mała?- Zapytał ostrożnie.
-W końcu i tak będziemy musieli jej powiedzieć; tato..- odparłem z nieśmiałym uśmiechem.
Marcus powoli odstawił naczynie kaszląc.
-Powiedziałeś, że nie jestem twoim ojcem- oznajmił z wahaniem ochrypłym głosem.
-Wiesz, że tak nie jest. W końcu, mimo wszystko, jesteśmy rodziną.
Amy spoglądała po nas z tym swoim dziecięcym zastanowieniem, nie wiedząc; co jest grane.
Cisza nieznośnie się przeciągała.
-Czyli odziedziczyłeś po Ian'ie tę zdolność...- powiedział cicho.
-Tak, jestem wilkiem..- westchnąłem.- Zaczynam się do tego przyzwyczajać..
-Zdajesz sobie sprawę, że to może być niebezpieczne..- zaczął z niepokojem.
Skinąłem twierdząco głową.
-Trochę się tym martwię- odpowiedziałem cicho. 
Amy objęła mnie mocno.
-Nie jesteś złym chłopcem- powiedziała cicho przytulona do mnie.
Objąłem lekko małą i spojrzałem na Marcusa, który szybko odwrócił wzrok od mojego lewego przedramienia.
-To też jedna z wilczych cech..- powiedziałem cicho.
Amy zeskoczyła z moich kolan i podeszła do ojca. Wzięła go za rękę, a on przygarnął ją delikatnie.
-Myślałem, że będziesz bardziej podobny do Ian'a; że będziesz się tego bał, dlatego nie chciałem ci o tym mówić...- powiedział z zastanowieniem.
-I boję się; jak cholera, ale staram się podchodzić do tego na spokojnie- wzruszyłem ramionami.- Sam kiedyś mówiłeś; że strach ma wielkie oczy.
-To były wyimaginowane potwory wychodzące z szafy- rzucił z ironią.- Tu chodzi głównie o twoje bezpieczeństwo, Paul..
-Wiem, ale nie istnieje sytuacja bez wyjścia- odparłem spokojnie.- Muszę się z tym oswoić, bo nie zmienię tego, kim jestem.- Spojrzałem na okno w zamyśleniu. Mój wzrok przykuła postać ciemnowłosego barczystego mężczyzny w ciemnych spodniach i militarnej kurtce w kolorze khaki. Wtedy nasze spojrzenia się zetknęły. W uśmiechu błysnęły jego wydłużone kły.
Zerwałem się na nogi i wybiegłem z domu, jak oparzony. Przemiana nastąpiła w mgnieniu oka. W wilczej postaci dobiegłem do wampira- wyprzedziłem go i zaszedłem mu drogę.
Przystanął i zadarł lekko nos by na mnie spojrzeć.
-Właściciel powinien cię wykąpać; strasznie cuchniesz; przerośnięty kundlu- warknął wrogo.
-To samo mógłbym powiedzieć o tobie; brudny krwiopijco- odwarknąłem telepatycznie.- Czego tu szukasz?- Zapytałem ostro.
Wampir wsunął ręce w kieszenie kurtki patrząc na mnie spokojnie.
-Mówi ci coś osoba o nazwisku Féu?- Zapytał kpiąco.
-Szukasz nie tu, gdzie trzeba. Mały park za kościołem Świętej Trójcy, to terytoria klanu Féu- odparłem.- Lepiej stąd znikaj, bo następnym razem rzucę ci się do gardła.
-Zobaczymy kto komu- odburknął odchodząc szybkim krokiem.
Kłapnąłem szczękami z pogardliwym prychnięciem patrząc za wampirem.
Amy patrzyła na mnie przez okno z nosem przyklejonym do szyby. Z trudem przecisnąłem się przez drzwi.
-Paul to piesio..?- pisnęła nieśmiało, patrząc na Marcusa.
Popatrzyłem na nią ciepło. Wplotła palce w moją białą sierść i zaczęła mnie głaskać i tarmosić za uszy.
-Amy... Marcus, co tu robi to wielkie psisko?- Zdumiała się schodząca z piętra kobieta, przystając w połowie schodów.
Chyba sobie jaja robisz; mamo- podniosłem ciężki łeb i wbiłem ślepia o ironicznym spojrzeniu w długowłosą kobietę.
-Julie; posłuchaj...- Marcus Tanner spojrzał na żonę mówiąc cicho i spokojnie.
Matce drżały wargi, a jej oczy wypełniły się łzami. Z trudem ukryła trzęsące się dłonie.
-Nie chcę niczego słuchać- oznajmiła chłodno.- Idź już; Ian..
-To nie jest Ian; Julie..- Marcus chciał wyjaśnić całą sytuację.
-Jak to nie Ian...??- Julie Tanner patrzyła na męża na równi zdezorientowana i zdenerwowana.
-To Paul, mamuś- Zaczęła Amy przeczesując moje futro.
Matka zachwiała się niebezpiecznie, szybko ochroniłem ją przed twardym lądowaniem i doniosłem do sofy; gdzie ją ułożyłem.
Po chwili bardzo powoli uniosła powieki i wyciągnęła ku mnie drżące ręce. Objęła nimi mój kłąb i macała palcami, jakby szukając czegoś. Bardzo mnie to zdziwiło.
-Niemożliwe, oni obaj nie mogą wyglądać tak samo- powoli podniosła mój ciężki łeb i spojrzała mi w ślepia uważnie. W jej oczach błysnęło coś na kształt zrozumienia.- Paul.. Synku...- szepnęła ledwo słyszalnie.
Mamo...- chciałem powiedzieć, ale z kufy wydostał się tylko cichutki pomruk.
Siadając zachwiała się. Objęła mnie mocno w kłębie, a ja oparłem łeb na jej piersiach przymykając powieki.
Amy zarzuciła mi szczuplutką rączkę na ramię, tuląc się do długiej sierści. Marcus stał trochę z boku, z na pół zamyśloną i poważną miną. Wypuścił powietrze z płuc ze świstem; jakby poczuł ulgę.
-Marcus- powoli otworzyłem oczy słysząc cichy głos matki.
Mężczyzna zapatrzył się na coś za oknem, więc nie odpowiedział. Podszedł do komody i szybko przekręcił klucz w zamku, po czym otworzył górną szufladę, skąd wyciągnął sześciostrzałowy rewolwer i dwa bębenki wypełnione kulami.
-Lupus Carceris składa nam wizytę, Julie- powiedział cicho odbezpieczając broń.
-Amy, zabierz Paula na górę- nigdy nie słyszałem, żeby matka mówiła do kogoś w ten sposób.
Amy podeszła i przytuliła mnie.
-Chodź...- szepnęła ze łzami w oczach. Popchnęła mnie do przodu.

-Dzień dobry, Marcus; Julie- odezwał się cichy ton głosu mężczyzny.
-Czemu zawdzięczamy tę nieprzyjemność; Maksym?- Zapytała chłodno matka.
-Twojemu synowi. Powinien dołączyć do Watahy- odparł nieznajomy spokojnie.
-Nie ma mowy- oznajmił Marcus chłodno.
-Nie utrudniajcie tego, co nieuniknione..- odpowiedział z westchnieniem Maksym.- Wiem, że chłopak tu jest.
-Paul wyprowadził się z domu, gdy dowiedział się, że nie jestem jego ojcem- Przerwał mu lodowato Marcus.- Szukaj gdzie chcesz, ale tu go nie znajdziesz-wzruszył ramionami.
-Być może- rzucił leniwie mężczyzna.- Sprawdzić nie zaszkodzi, przepraszam. 
Nieznany mi odgłos kroków ucichł, wraz z pierwszym strzałem. Usłyszałem charakterystyczny dźwięk rykoszetu, czując wczepione w moje futro drobne paluszki Amy.
-Chyba Straż na za dużo sobie pozwala; Maksymie Dimitrow- odezwał się znajomy głos.
-Znów wy.. Z jakiego powodu wtrącacie się w nieswoje sprawy; Raven, herbu Kruk?- Zapytał niechętnie jej rozmówca.
-Callisto...- zaczął Marcus zaskoczony.
-Dzień dobry, panie Tanner- odparła zupełnie niezmieszana.- Wtrącam się wyłącznie dlatego, że prawa Pretorii nie obowiązują na obszarze wpływów Stowarzyszenia, pod warunkiem; że masz określony artykuł na Paula- oznajmiła chłodno Cally.- Nie powinniście nadużywać władzy tam, gdzie jej nie macie; Maksym.. Zatem, proszę o określony artykuł- miałem wrażenie, że turkusowooka uśmiecha się diabelsko.
Zapadła długa cisza, a ja wstrzymując oddech nasłuchiwałem, czując obecność kilku innych wilków.
-Chcesz artykułu? Kodeks Praw Stowarzyszenia Łowców artykuł sześćdziesiąty ósmy, podpunkt c- wyrecytował.
-Co to za paragraf?- Zapytała z niepokojem matka.
-Brak podstaw do wyegzekwowania- oznajmiła spokojnie Callisto, tłumiąc ziewnięcie.- Jeśli to wszystko; na co cię stać nie niepokój więcej tej rodziny- powiedziała z naciskiem.
-Pani wiceprzewodnicząca Stowarzyszenia; niech cię..- mruknął pod nosem Maksym.- Jeszcze tu wrócę; Marcus- i wyszedł.
-Cholerne Zmokłe Psy- Rzuciła Callisto z równą niechęcią.
-O co chodziło z tym paragrafem?- Zniecierpliwiła się Julie.
-Paragraf mówi: "jeśli likantrop w ataku furii zaatakuje człowieka; Lupus Carceris może go przyłączyć do watahy; podpunkt c: artykuł obowiązuje, jeśli na terenie istnieje jakaś grupa wilków lub jest to obszar Stowarzyszenia po wystosowaniu pisemnej prośby"- wyrecytowała Cally.
-A jest to coś z tych dwóch?- Dopytywała się.
-Obie rzeczy występują. Stowarzyszenie ma wpływy w całym mieście; poza tym istnieje tu wataha likantropów- wyjaśniła uprzejmie.- Cześć; Paul- rzuciła przesuwając się.
-Paul...?- Pisnęła Amy pytająco.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Biały wilk cofnął się ostrożnie i wciągając się z trudem przecisnął się w przejściu. Pazury skrzypnęły na płytkach aneksu kuchennego, a wilk wydał z siebie prychnięcie.
-Czyli Paul jest bezpieczny?- Zapytała długowłosa kobieta.
-Tak. Pretorianie nie mogą nic zrobić bez zgody Stowarzyszenia- potwierdziłam spokojnie.- A nawet, jeśli by się o to starali; Rada zagłosuje przeciwko.
-Z jakiego powodu?- Zapytał Marcus powoli.
-Ponieważ Straż zerwała Pakt- Paul zwrócił wzrok w tamtym kierunku.
W drzwiach stał ten Pretorianin, który kilka dni temu szukał Damona.
-Wydaję mi się, że wiecie więcej, niż mówicie- zauważyła podejrzliwie Julie Tanner.
Paul wydał z siebie niezadowolony pomruk.
-Spokojnie, Paul. Nie panikuj, nie zostaniesz wilkiem na zawsze. Postaraj się uspokoić.- Biały wilk spojrzał nań powątpiewająco.
Pyk. I Paul wrócił do swojej ludzkiej postaci.
-Co, psisko?- Rzuciłam spoglądając nań z ukosa.
-Co, pijawka?- Szturchnął mnie przyjaźnie.
-Czy mogłabym się dowiedzieć; o co tu, do jasnej cholery, chodzi??- Wybuchnęła z irytacją matka Paula.
-Spokojnie, mamo- Paul podszedł i posadził ją na sofie.- Wszystko w porządku..
Marcus schował broń w komodzie i przekręcił klucz w zamku. Wyjął go i ukrył w kieszeni.
-Znów się spotykamy, co?- Rzucił uprzejmie Ian w moją stronę.
-Pretorianin, kumpel Damona; czyż nie?- Spytałam z ironią.
-Właśnie. Miło mi poznać główną diablicę Zrzeszenia- rzucił uprzejmie.
-Mnie również; Pretoriański Psiaczku- odparłam, a on z trudem powstrzymał chichot.
Tannerowie patrzyli na nas z zaciekawieniem. Amy gapiła się z otwartą buzią.
-Dosyć tych uprzejmości- oznajmił Ian z lekkim chichotem.
-Zaparzę kawy- rzucił Marcus Tanner idąc ku kuchni.
***
-Czyli chcesz powiedzieć, że Lupus Carceris może wziąć likantropa siłą do swojej bazy?- Zapytała matka Paula.
-Główna reguła Pretorii mówi: "Chronić ludzi; strzec tajemnicy; słuchać Alfy"- odezwał się niechętnie Ian.
-Mówisz tak, jakby to był jakiś klasztor, czy coś w tym rodzaju- odparła kobieta.
-W pewnym sensie tak jest- wtrąciłam spokojnie- Straż i Stowarzyszenie mają ten sam cel; ale różne drogi; delikatnie mówiąc.
-Nigdy nie podejrzewałabym; że wampiry istnieją i, że są miasta, do których chętniej przyjeżdżają...- odezwała się z zastanowieniem Julie.
-Mówiłeś kiedyś, że nie przepadasz za wampirami, Ian..- zauważył wolno Marcus.
-Jakby to ująć...- zaczął mężczyzna z zastanowieniem.
-Jestem człowiekiem. Z założenia- wyjaśniłam cicho patrząc w okno.- Pochodzę z rodu łowców i od szóstego roku życia byłam uczona posługiwania się antywampirzą bronią. Dwa lata temu wampir zabił moich rodziców, a mnie zmienił w tą bestię. Jestem z założenia człowiekiem; ponieważ będąc łowcą kontynuuję rodzinną tradycję. Zasadniczo wampiry i wilki to naturalni wrogowie; ale ja to inna sprawa. Wiem, że to trochę skomplikowane- wzruszyłam ramionami.
-Bardzo skomplikowane. Oni przecież wyglądają, jak my, więc jak ich odróżniacie?- Zapytała rozsądnie kobieta.
-To zdolność, którą posiadają też niektórzy zwykli ludzie- odezwał się Ian.
-Z wyjątkiem. Rozpoznają wyłącznie Czystokrwistych- wpadłam mu w słowo.
-W jaki sposób można rozpoznać wampira?- Zapytał Marcus Tanner.
Zwróciłam wzrok na mężczyznę.
-Cóż... Kiedy wampir pojawia się w pobliżu osoby z określoną zdolnością, osoba ta czuje chłód i dziwny niepokój; natomiast łowca identyfikuje krwiopijcę nieco inaczej: automatycznie dostrzegamy to w wyglądzie, ale nie tylko. Wyróżnia ich też typ biżuterii: najczęściej to niebieski lazuryt, taki jak mój sygnet- wytłumaczyłam.
-A ten tatuaż?- zaciekawiona pięciolatka wskazała wzór na mojej szyi.
-Nazywa się go "Księżycową Różą". Legendy mówią, że Anioł, który jest naszym patronem nosił ten znak na zbroi- odparłam. Na widok zdziwienia małżeństwa dodałam nieco urażona.- Łowcy także są osobami wierzącymi..
-Czyli Corvinus też był łowcą?- Zapytał stary Tanner zaskoczony.
-Z kronik Rodu Raven wiadomo tylko tyle, że był rycerzem i szlachcicem herbu Kruk oraz założycielem rodu; nie jest udokumentowane czy był łowcą, ale istnieje taka możliwość- odparłam z zastanowieniem.- Mogło być to ukrywane, bo w tamtych czasach łowca mógł być posądzony o czary i inne średniowieczne bzdury; dlatego istnienie organizacji jest tajne.
W kieszeni zadzwonił telefon Paula. Chłopak wyciągnął go zdziwiony. Odebrał.
-Co jest, Vincent?- Szybko sięgnął po pilot i włączył telewizor.
Wiadomości. Na pasku u dołu ekranu widniał napis: "Seria tajemniczych morderstw"
-Dziś między trzecią, a czwartą rano w lesie na północy Fallen w czarnym samochodzie marki BMW znaleziono ciała dwóch młodych kobiet- relacjonowała dziennikarka.- Z policyjnych ustaleń wynika...
-Rozejść się; proszę- oznajmił twardy męski głos.
-Inspektorze, zna już pan przyczynę śmierci ofiar?- Te i różne inne pytania sypały się z ust dziennikarzy.
-Przeszkadzacie nam w pracy, przestań kręcić do cholery- warknął Silver.
-Zna pan tożsamość tych kobiet?- Zapytał inny dziennikarz.
-Bez komentarza; wynoście się; bo usuniemy was siłą- Inspektor spojrzał krzywo na dziennikarzy idąc ku jednemu z policjantów.
Kamera pojechała w stronę rozbitego BMW i uchwyciła dwa czarne worki jadące na szpitalnych łóżkach do ciemnego samochodu. Wokół kręcili się policjanci, co chwilę zaczepiani przez dziennikarzy.
-Komisarzu; czy wiadomo coś na temat ofiar?- Dziennikarka dogoniła mężczyznę, który odwrócił się przez ramię.
-Zdawało mi się, że inspektor prosił was o opuszczenie terenu- oznajmił lodowato, mierząc ją nieprzychylnym spojrzeniem.- Macie pięć minut, żeby opuścić miejsce. Jazda stąd- Burknął z irytacją.
Transmisja nagle się urwała.
-Znów coś się dzieje..- zauważył Paul.
W tym momencie obraz wrócił.
Dziennikarka biegła w stronę dziwnego hałasu.
-Ta idiotka biegnie w stronę...- zaczęłam wolno.
-W stronę tych rybo-ślimaków..- dokończyli Paul i Ian.
-Skąd wiesz o tych robalach?- Zapytał  zdziwiony Paul.
-Znaleźliśmy z Damonem ich gniazdo kilka dni temu- odparł Ian z namysłem.
-I...?
-Powstrzymała nas kekkai...
-Co to takiego?- Wyparowali chórem zaskoczeni Tannerowie.
-Kekkai to rodzaj bariery- Wyjaśniłam.
-To jeszcze nie wszystko widziałem w okolicy... A niech to szlag..- zaczął szeptem gapiąc się w ekran telewizora.
Nasze reakcje były natychmiastowe. Paul i Ian przeobrazili się w olbrzymie wilki, a ja odsłoniłam kły warcząc wrogo:
-Zetsubō... Ten przeklęty mały bachor..

Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Kamera zrobiła zbliżenie na fioletowookiego chłopaczka z czarnorudymi włosami.
-Macie bardzo ładne miasteczko- ten fałszywy uśmieszek.- Cieszcie się nim, zanim zrównamy je z ziemią..- zagroził niewinnym tonem.- Chyba, że... Dostanę Księżycową Różę.
Dziennikarze rzucili się z różnymi pytaniami, węsząc kolejną sensację.
Zetsubō sfrunął z konaru drzewa uśmiechając się złowieszczo i nucąc coś w swoim języku.
-Kim lub czym jest "Księżycowa Róża"?- Dziennikarze pytali jeden przez drugiego.
Fioletowe oczy przybrały kolor fuksji ukazując pionowe ziejące czernią źrenice.
-To już zagadka dla was- Zetsubō roześmiał się wesoło.- Demony tak samo, jak ludzie lubią gry..- Szepnął a jego dziwne oczy po raz drugi błysnęły złowieszczo. Zdawało się jakby rude końcówki jego długich włosów zapłonęły ogniem.
Wtedy przypomniałem sobie słowa Max'a..

Cholerny mały psychopata..

W myślach przyznałem Tumanowi rację.

Zetsubō to cholerny popieprzony mały psychopata!
Muszę ochronić przed nim Callisto...

W biegu założyłem kurtkę i wybiegłem z pokoju.
-Jack; zmieniłem zdanie- rzuciłem za chłopakiem.
Wysoki chłopak o jasnych oczach odwrócił się i rzucił we mnie kaskiem. Złapałem.
-Jasne, dokąd cię podrzucić?- Odparł jakby machinalnie, widząc moje lekkie zaskoczenie.
••••••••••••••••••••••••••••

czwartek, 25 stycznia 2018

Hunter III Curse Rozdział XV: "Zakochany kundel" -Likantrop-

Paul Tanner, lewoskrzydłowy drużyny koszykówki, licealista drugiego roku.
Światła sceny oświetliły Max'a.
-Posłuchajcie ścieżki z nowego krążka; który wyjdzie na początku czerwca: - oznajmił cicho, wśród lekkich tonów wiolonczeli.- "Crying Rose"
-Moja droga, byłaś miła... Nim kokaina w sidła cię spowiła..- ten jękliwy riff w tle śpiewu Maxa nie dawał mi żyć.
Ciągle miałem przed oczami osuwającą się po pniu drzewa Caroline. Te kłamstwa; których nienawidziłem, a które głęboko ją zraniły...

Może wygląda na silną; ale tak naprawdę jest jak szkło.. 

Czemu nie pasuję do jej świata...?

-Wizja pełna ran..- Max naprawdę miał niezły głos.
-Kocham cię- Szepnął Matt z trudem, grając swoją partię.
-Czemu, nie wiem sam..- Szept Maxa wybił się ponad perkusję.
-Tak było zawsze..- Szepnęła Diana grając na swojej granatowej gitarze.
Melodia zmieniła się. Obie gitary swym brzmieniem wzajemnie się zagłuszały; jakby między instrumentami trwała burzliwa kłotnia.
Wszyscy uczestnicy kolejnego koncertu trasy "The other side of the hell gate" stali zasłuchani w melodię.. Fani. Anty-fani. Nawet ci, którzy przyszli ze zwykłej ciekawości. Jakaś dziewczyna wtuliła się mocno w swojego chłopaka. Płakała.
Sam miałem ochotę w tym momencie płakać, albo strzelić sobie w łeb- spieprzyłem wszystko i to na własne życzenie.
Ciągle nosiłem w kieszeni orzechowe puzderko z czekoladową wstążką; w którym spoczywał pierścionek z oczkiem- w jej ulubionym- ciemnym fiolecie...
A jednak. Mimo wszystko się bałem- nie tego, że wybuchnie śmiechem, lecz tego; że byłem tylko bzdurnym epizodem w jej życiu: osobą, którą można zastąpić. I to kimś o wiele lepszym.
Sięgnąłem do kieszeni i zacisnąłem na nim palce.

Dlaczego; choć pragnę chronić Caroline- chcę ją przy sobie mieć..? Z jakiego powodu usiłuję ją przy sobie zatrzymać?
-Miłość nie potrzebuje powodów- mruknąłem do swoich myśli.
Muzyka nagle ucichła. Po chwili ciszy scena pogrążyła się w ciemności, skąd odezwały się skrzypce grające "toccatę i fugę d-minor".
Podniosłem głowę i wbiłem wzrok w scenę. Max na koniec piosenki zagrał na instrumencie, a fanki zaczęły piszczeć i wrzeszczeć.
Scena pogrążyła się w ciemności, a z głośników popłynęła jedna z instrumentalnych wariacji zespołu- skrzyżowanie muzyki poważnej z gitarowym brzmieniem i perkusją. Cholernie pasowała do mojego obecnego nastroju.
Poczułem na sobie czyiś wzrok i obejrzałem się w tamtą stronę.
Caroline!. Zamrugałem szybko myśląc, że to zwidy; ale dziewczyna stała tam naprawdę. Zaczęła się przepychać przez tłum.

Potknęła się o jakiś śmieć. W sekundzie jakiś chłopak podtrzymał ją w pionie.
-Uważaj na siebie; Caro- rzucił ciepłym tonem. Nasze spojrzenia się zetknęły; orzechowe oczy patrzyły na mnie z wściekłością.
Devon mocno przytulił siostrę.
-Odpuść go sobie, on nie jest tego wart- powiedział cicho.
-Ty nic nie rozumiesz; Devon- odburknęła rozzłoszczona.
-Oczywiście, że nie rozumiem, siostra. Tylko przez niego cierpisz- warknął potrząsając nią lekko.- Martwię się o ciebie, Caro..- powiedział spokojniej obejmując ją mocno.
***
-Zaopiekujcie się nią, mam z kimś do pogadania- rzucił chłopak.
-Tylko nie zrób mu z pyska galarety- odparł głos barczystego chłopaka z papierosem w ustach.
-Spokojnie, nie mam ochoty użerać się z ochroną- odparł orzechowooki wstając z ławki.

Dogonił mnie gdy spacerowałem po parku, popijając piwo.
-Ty! Mam z tobą do pogadania- oznajmił chłodno odwracając mnie szybkim ruchem.
-Nie słyszałem, żeby cię o to poprosiła-  bardzo starałem się być obojętny.
-To nie twoja sprawa- odparł orzechowooki podrzucając pustą puszkę.- Dobrze ci radzę, zniknij z jej życia, bo rozwalę ci łeb- powiedział lodowato.
-Nie rób za jej adwokata, bo słabo ci to wychodzi. Poza tym między nami wszystko skończone, więc daj mi spokój, koleś- Kłamstwo szło mi tak dobrze, że aż sam się zdziwiłem. Ruszyłem wąską dróżką idąc do nowego mieszkania.

Otworzyłem drzwi i idąc  rzuciłem bluzę na szafkę w przedpokoju. W sypialni padłem na łóżko w butach wtulając twarz w poduszkę.
Słysząc pukanie do drzwi podniosłem głowę i otwierając oczy wstałem.
-Nawet nie można odpocząć po ciężkim dniu...- wymamrotałem wlokąc się spowrotem. Otworzyłem drzwi i na widok Silvera opadła mi szczęka.
-Co ty tu robisz?- Spytałem zdziwiony, wpuszczając go.
-Zostawiłeś wczoraj książkę w parku- odparł stawiając na szafce ośmiopak piwa, wyciągnął z plecaka mój fioletowy notes.
-Dzięki- rzuciłem z wdzięcznością, prowadząc go wgłąb mieszkania.
Rozmawialiśmy popijając piwo i jedząc czipsy.
-Widziałem Caro na koncercie, była z jakimś kolesiem. Taki wysoki, wysportowany, przypakowany..
-To jej brat; zresztą nie chcę o tym gadać- odparłem niechętnie.
Zapanowało między nami dłuższe milczenie.
-Przecież widzę, że jesteś przybity- zauważył wolno. Upił łyk piwa.- Wydawało mi się, że na serio ją lubisz.
-A może zrobiłem to dla jaj?- Zapytałem z ironią.
-Nie zrobiłeś, za dobrze cię znam; Paul- odparł.- Poza tym, gdyby tak było nie chciałbyś przyjebać Jimowi- dodał z namysłem.
Westchnąłem ciężko. Smerfuś miał rację. Może rzadko się odzywał, ale obserwować potrafił nieźle.
Chyba kiepsko kłamię- przemknęło mi przez myśl.
-Po prostu już od jakiegoś czasu mam ochotę komuś zajebać- wzruszyłem ramionami.
-W sumie, czemu wyprowadziłeś się z domu?- Zapytał powoli.
-Dowiedziałem się kilku interesujących rzeczy. Na przykład tego że Marcus nie jest moim ojcem- odparłem starając się by mój głos był obojętny.
-Jak to?- Zdziwił się Dominic.
-Jedyne, co wiem, to; że mój prawdziwy ojciec ma na imię Ian. Nic poza tym- westchnąłem.
-Chciałbyś poznać ojca?- Zapytał po chwili.
Otworzyłem oczy i zmierzyłem kumpla wzrokiem.
-Wiesz, że sam nie mam pojęcia?- Spytałem zamyślony.- Właściwie zastanawiam się, jaki on jest..

Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
-Co tu robią Pretorianie?- Zastanowiłam się na głos, widząc faceta w grubej czarnej bluzie z podwiniętymi rękawami, na jego lewym przedramieniu widniał znajomy tatuaż- znak rozpoznawczy Pretorii.
Wtedy zobaczyłam jego twarz i opadła mi szczęka. Wyglądał, jak wiele starszy Paul.
-Hej, uważaj; jak chodzisz- prychnęła jakaś dziewczyna wpadając na mnie.
-Sama uważaj- odparłam pogardliwie.
-Masz jeszcze jakiś problem?- Warknęła ostro, przyciskając mnie do słupa.
-Jeden. Ciebie, Zmokła Psinko- odpowiedziałam kpiąco.
-Carmen, co ty odstawiasz?- Facet szybkim ruchem odciągnął dziewczynę.
-Przepraszam za moją znajomą- zwrócił się do mnie uprzejmie.
-Nie ma sprawy. Pewnie nowy nabytek Pretorii. Wyjątkowo długowłosy ten owczarek.
-Raczej wkurzający ratlerek; łowczyni- odparł mężczyzna obojętnie.
-Mogę jakoś pomóc?- Zapytałam spokojnie.
-Może wie pani, gdzie mieszka Damon Miller?- Zapytał.
-Pójdzie pan prosto, potem pierwsza uliczka w prawo za sklepem wędkarskim. Zgniłozielony domek, z numerem sześćdziesiąt cztery- odparłam.
-Dzięki- rzucił odchodząc.
-Proszę pana; jeszcze jedna sprawa!- Zawołałam za nim, odwrócił się patrząc pytająco.- Niech pan uważa na kotkę właścicielki.
-Zapamiętam- odparł ze śmiechem, a jego towarzyszka natychmiast zapytała, o co mi chodziło.
Natomiast ja przez całą drogę do budynku stowarzyszenia zastanawiałam się, czy to z jego powodu Paul wyprowadził się z domu.
Paul Vince Tanner, lewoskrzydłowy drużyny koszykówki, licealista drugiego roku.
Czarna kotka wskoczyła na parapet i przykleiła nos do szyby. Damon powoli uniósł wzrok znad książki.
-Co jest grane?- Zapytał ochrypłym głosem Klaus.
-Pretorianie idą- odparł kawowooki, odkładając lekturę na niski stolik. Wstał powoli.
-Nie... Tylko nie znowu...- Jęknął Shawn zbolałym tonem.- Ledwo po ostatniej ich wizycie nastawiłem sobie szczękę, już zjawiają się ponownie.
-To już trzeci raz w tym miesiącu..- Zawtórował niechętnie James.
-Przywilej jedynej watahy w mieście; hm?- Rzucił z humorem Damon. Dzwonek.
-Już idę- rzucił ostry głos Wayland. Kot wyleciał jak strzała z pokoju i potruchtał do właścicielki.
Otworzyły się drzwi.
-Dzień dobry; mieszka tu pan Damon Miller?- Zapytał znajomy mi skądś męski głos.
Cała wataha wymieniła zaskoczone spojrzenia. Klaus z wrażenia zakrztusił się lemoniadą z puszki. Michelle zdzieliła go mocno w plecy.
Damon wyszedł z domu, by pogadać ze znajomym.

-Ian Smith. Kopę lat; koński łbie- Rzucił na przywitanie schodząc po schodkach.
-Damon Miller, grzeczny piesek- Odparł tamten  wesoło na zaczepkę.
Odeszli kawałek dalej i zaczęli rozmawiać.
-Powiedziałeś mu?- Zapytał Ian.
-Nie. To ty powinieneś to zrobić- odparł Damon spokojnie.- W ogóle źle to rozegraliście z Marcusem; nie powinien się dowiedzieć w taki sposób.
-Wyszło, jak wyszło. Czasu już nie cofnę, ale masz rację- odparł Ian niechętnie.- Początki zawsze są trudne.
-On zauważa, że coś się z nim dzieje. Kilka dni temu pytał, czy jest jednym z nas- Oznajmił Damon z niepokojem.
-Chyba mu nie powiedziałeś..- zaczął Ian
-Liczę, że sam powiesz chłopakowi prawdę. Przez chwilę miałem zamiar cię nie posłuchać; ale... Nie powiedziałem mu tylko dlatego, że jesteśmy przyjaciółmi...- Odparł Damon z westchnieniem.
-Wiesz, co by było; gdyby Pretoria się dowiedziała- odparł ostro Ian.- Julie mogłaby zginąć; a mały.. Nawet nie chcę o tym myśleć. Musiałem zniknąć, zanim coś bym jej zrobił.
-Więc wiedziałeś; że była w ciąży...?- Zapytał zaskoczony kawowooki.
-Wiedziałem. Była moją narzeczoną; ale dobrze że na mnie nie czekała. Mam u Marcusa dług, którego nie spłacę do końca życia. Mimo, że wiedział; że wszystko kiedyś się wyda; był dla Paula kimś, kim ja nigdy nie będę. Ojcem, na którego mógł liczyć. Normalną rodzinę, bo jego rodzony ojciec to przerośnięty pies.
-Uspokój się, Ian!- Damon oparł faceta o ścianę domku i spojrzał mu w oczy.- Chłopak nie jest ani trochę do ciebie podobny z charakteru.. Stara się być spokojny; choć...
-Choć mój powrót trochę namieszał; wiem...- Ian westchnął ciężko.
-Przynajmniej dowiedziałem się prawdy- Z całkiem bliska przysłuchiwałem się ich rozmowie. Właściwie wyszedłem, kiedy zrozumiałem że obaj rozmawiają o mnie.
Damon powoli puścił Ian'a i cofając się o krok przyglądał mi się z boku uważnie.
-Co jest? Nie macie mi nic do powiedzenia?- Zapytałem patrząc Damonowi w oczy; przerzuciłem wzrok na Ian'a.
-Po prostu, nie do końca wiem; od czego zacząć- przyznał w końcu mężczyzna.
-Może od tego, czemu zostawiłeś mamę samą..- Z trudem zachowałem spokój. Nie chciałem oceniać go zbyt pochopnie; więc wziąłem głęboki wdech, żeby się uspokoić.
-Zostawię was samych- Damon pchnął drzwi i wszedł do domu.

-To nie tak, że chciałem odejść od Julie- zaczął cicho i smutno.- Kiedy byliśmy razem; zacząłem się dziwnie zachowywać. Wybuchałem wściekłością zupełnie bez powodu i z biegiem czasu zrozumiałem; że coraz trudniej jest mi to kontrolować... Zacząłem się bać- Przemyślał przez chwilę własne słowa i roześmiał się ponuro.- To brzmi cholernie dziwnie. Jak bajka o potworach..- odezwał się po krótkim milczeniu patrząc w błękitne niebo.
-I tak trafiłeś do Pretorii..?- Zapytałem ostrożnie.
-Nie. Zanim dołączyłem do Straży; zdążyłem porządnie narozrabiać- zaprzeczył powoli.- W końcu zmieniłem się w wilka po raz pierwszy. Trochę przerażające uczucie, kiedy zamiast swojego normalnego odbicia widzisz coś, czego sam jeszcze nie jesteś w stanie zrozumieć...- przez jego twarz przemknął słaby uśmiech.- Sam myślałem, że jestem jakiś... Walnięty, że mam zwidy..
-Chyba trochę to rozumiem...- powiedziałem z zastanowieniem. Dostrzegłem jego zaskoczone spojrzenie.- Jeszcze niedawno wszystko było takie.. Poukładane.
-Zrozumiem; jeśli nie będziesz chciał mnie znać..- stwierdził ostrożnie Ian.
-Nie o to chodzi..- Westchnąłem cicho.- Prawie zaatakowałem dziewczynę..
-Masz dziewczynę?
-Mam.. Miałem.. Sam nie wiem, to nieźle poplątana sprawa..- odparłem z zastanowieniem.
-Czy to nie ta dziewczyna pod drzewem?- Zapytał patrząc na opierającą się o drzewo.. Caroline. Rozmawiała z kimś przez telefon. Była wkurzona.
-No, chyba cię już do reszty pogrzało; braciszku!- Warknęła z irytacją.- W życiu ani mi się śni.. Ty się lepiej zajmij swoją dziewczyną; a nie...- Nagle telefon wypadł z jej palców. Szybko podbiła go butem i złapała.- Muszę kończyć- i szybko się rozłączyła.
-Mam ochotę stać się niewidzialny..- mruknąłem do siebie wbijając wzrok w ogródek Wayland.- Najlepiej od zaraz..
Caroline zdecydowała się wreszcie podejść. Spodziewałem się najgorszego- zastanawiałem się między dostanę w dziób, a nie dostanę.
Pchnęła mnie lekko, ale zdecydowanie i opierając o drzwi dała mi całusa, zupełnie nie zwracając uwagi na Ian'a.
Nawet nie wiem, kiedy zacząłem odwzajemniać gest.

Caroline powoli się odsunęła. Zakłopotana badała wzrokiem fakturę desek altanki.
-Przepraszam..- powiedziała cicho, odwracając się do odejścia.
Odruchowo złapałem ją za rękę i przyciągnąłem delikatnie.
-To ja przepraszam...- zacząłem cicho.
Ian uśmiechnął się na pożegnanie i odszedł.
-C-Co?- Spojrzała na mnie szeroko otwartymi orzechowymi oczami.
Cholera... Miałem ochotę znowu ją pocałować... Liczył się tylko buziak..
-C-Co ty...?- Zaczęła zaskoczona. Potem chyba już poważnie zbiłem ją z tropu.

Z trudem oderwałem się od niej.
-Nic z tego nie rozumiem, Paul...- powiedziała cicho, gdy odzyskała głos.
-Ja.. Skłamałem...- było mi wstyd, jak dziecku, które..- Porządnie nabroiłem..- Chciałem jej wynagrodzić dni, gdy starałem się jej unikać; pokazać; ile znaczy.- Jestem totalnym idiotą..
-Masz gorączkę?- Zapytała zmartwiona przesuwając dłonią po mojej twarzy.- Co ci jest..?- Zaczęła oglądając mnie badawczo.
-Poza tym, że nie mogę przestać za tobą szaleć? Nic..- To musiało zabrzmieć cholernie głupio.
Caroline bardzo powoli cofnęła się mały kroczek do tyłu.
-On jest po prostu nagrzany...- powiedziała jakby do siebie.
-Caro... Auuuu!- Wtedy stało się.
Pyk i wilk.
Damon i reszta watahy wypadli z domu. Wszyscy stanęli, jak sparaliżowani. Klaus i Michelle z otwartymi ustami.
-Może mi ktoś wyjaśnić, o co tu chodzi...?- Zaczęła Caroline gapiąc się na mnie. W jej oczach odbijał się wielki biały wilk.
Czyli jednak jestem...
-Damon; twoja kolej- Shawn szturchnął lekko Alfę.
-Chyba nie mam wyjścia..- Stwierdził brązowowłosy.
Też chętnie posłucham- pomyślałem patrząc nań.

-Zaraz.. Chcesz powiedzieć, że Paul odziedziczył to po ojcu?- Caroline gapiła się na niego zaskoczona.- Niemożliwe. W tej rodzinie nie było likantropów.
-Widzisz... Marcus nie jest ojcem Paula.. Yyy.. Jest, ale nie do końca..- Damon złapał zawiechę.
-W sensie, że Paul nie jest biologicznym synem starego Tannera?- Zapytała powoli.
-Właśnie- przytaknął Damon.
-A ten Pretorianin..?- Zaczęła.
Damon spojrzał na mnie pytająco, skinąłem ciężkim wilczym łbem.
-To był ojciec Paula. Ten prawdziwy.- Zacząłem się rozglądać szybko. Na widok rudego dachowca zupełnie mi odbiło i zacząłem go gonić. Mimo, że byłem coraz dalej słyszałem wyraźnie ich rozmowę.
James z trudem powstrzymał śmiech.
-Przyzwyczai się- zarechotał Shawn.
-Nie przypomnę kto po pierwszym razie gonił własny ogon- zakpił Klaus.
-Jak pies je, to nie szczeka- odciął się Shawn.

Biegnę. To dziwne, ale czuję się inaczej; jakbym miał to w sobie od zawsze.
Kot zwiał na drzewo i zasyczał na mnie z góry. Okrążyłem dąb i zaciekawiony spojrzałem w kałużę. Z odbicia patrzył na mnie...
Wielki.
Biały.
Wilk.
Jedyne, co było w nim znajomego to kolor ślepi. Poza tym wyglądałem, jak wilk. Potężne łapy z pazurami, puszysty ogon zakończony szarym pędzelkiem. Gęste futro. Szeroki kłąb, stojące uszy i.. Zupełnie normalny wilczy pysk.
-Już się tak nie przeglądaj, przystojniaku- usłyszałem w myślach żartobliwy głos Shawn'a.
-Daj mu się nacieszyć swą zajebistością- odpowiedziała Michelle.
-Jakim cudem...?- Zacząłem.
-Wilcza telepatia; cecha wszystkich wilków- Oznajmił Damon.
Wróciłem pod domek Wayland. Caroline jakby nie wiedząc, czego się spodziewać bardzo powoli wsunęła ręce w moje futro. Popatrzyłem na nią. W jej oczach moje odbicie szczerzyło szereg ostrych kłów.
-Spokojnie, to uśmiech; tylko trochę wilczy- wyjaśnił Damon, chcąc uspokoić Caroline.
-Kuzynka wampira... Dziewczyna wilka.. Może jeszcze krasnoludki spotkam, hm?- Zakpiła, a ja zacząłem dziwnie poszczekiwać.
Wilczy śmiech, hmmm?
××××××××××××
-Tanner. O, przypomniał pan sobie drogę do szkoły... Po tygodniu- Collins patrzyła na mnie krzywo.
-Ma pani rację; zwolnienie warunkowe nie trwa wiecznie- odparłem uprzejmie, a cała grupa buchnęła rechotem.- To miłe, że pani tęskniła- dodałem z uśmiechem.
-Niespecjalnie- skwitowała krótko.
Szkolny dzień mijał, jak zwykle. Jednak kilka rzeczy odbiegło trochę od normy. Dziewczyny gapiły się na mnie (jedna wylądowała przez to u pielęgniarki) jakbym był jakąś gwiazdą; a faceci posyłali mi zazdrosno-nienawistne spojrzenia.
Jedna z pierwszoklasistek biegnąca od sali hiszpańskiego, zagapiła się i wpadła na jakieś drzwi.
-Zwierzak na horyzoncie- rzuciła jakaś dziewczyna do przyjaciółek. Zaskoczony odwróciłem wzrok od automatu z napojami i popatrzyłem w tamtą stronę- brunetka zrobiła się czerwona, jak burak i zaczęła szeptać coś szybko.
-Cholerne kółka różańcowe- rzucił Dominic Silver.- Dlaczego one zawsze łażą stadami?- Jęknął zirytowany.- Ej, Tanner; idziesz w piątek na imprezę...?
-Jaką imprezę?- Zapytałem trochę nieprzytomnie.
-Dean ma urodziny. Nie mów, że zapomniałeś- zauważył szturchając mnie mocno.
-Wyleciało mi z głowy- przyznałem otwierając puszkę.- Nie wiem, może wpadnę..- dodałem z zastanowieniem.- Co jest z tymi babami?- wspomniane "kółko" szeptało coś do siebie strzelając na mnie oczami.
-Masz wzięcie- zauważył.
-Mam dziewczynę- odparłem wzruszając ramionami.
-Pogodziliście się. Super- Powiedział wesoło.
-Taa- odpowiedziałem nieco zamyślony popijając z puszki.
-Nie wyglądasz na specjalnie ucieszonego- odezwał się po chwili.
-Co?- Straciłem wątek.- Och, nie chodzi o Caroline... Mam jeszcze parę innych spraw na głowie.
-To chyba jedna z nich...- zauważył wpatrując się w korytarz.
Devon Raven.
-Chyba wyraziłem się dość jasno- warknął patrząc na mnie spode łba. Szybko odbiłem jego rękę.- Miałeś się trzymać z daleka od mojej siostry, jeszcze nie dotarło?.
-Ej, wyluzuj- zaczął ugodowo Dominic.
-Nie wtrącaj się w nieswoje sprawy- syknął nań Devon.
-A ty w nieswoje; Devonie Cristopherze Victorze Raven, herbu Kruk- odezwał się głos Caroline zza jego ramienia.
Orzechowooki powoli się odwrócił.
-I co? Mam się przyglądać, jak rozpierdala ci życie; siostrzyczko?- Zapytał ostro.
-Co się tu dzieje, młodzieży?- No, cudownie. Krausse przylazł.
-Nic, profesorze. Kończymy pogawędkę ze znajomym..- rzuciłem przymilnie.
-To nie wyglądało na pogawędkę; Tanner- nauczyciel niemieckiego przyglądał mi się uważnie, po czym zerknął na Devona.- Raven, weź się w garść. Ledwo przychodzisz na zajęcia, już prowokujesz kogoś do bójki..
-Ja nikogo nie prowokuję do żadnej bójki- Devon wzruszył ramionami.
-Niech pani pilnuje swojego brata; panno Raven- Krausse uśmiechnął się delikatnie do Caroline.
-Oczywiście, panie profesorze. Ich werde versuchen, mich um den Balg zu kümmern (postaram się pilnować Bachora)- dodała po niemiecku.
Nauczyciel odszedł, kilka kroków później zza zamkniętych drzwi klasy usłyszałem jego cichy śmiech.
Devon prychnął ze złością i poszedł w cholerę. Caroline westchnęła ciężko.
-Z czego "Herr general" się brechtał?- Zdziwił się Silver.
-To taki żarcik- wyjaśniła Caro.
-Aha.. No, to spotkamy się u Czarownicy, Paul. Cześć Caroline- rzucił odchodząc.
-Narka- odparła zaskoczona.- Co z nim?- Spytała.
-Nie wiem- wzruszyłem ramionami. 
-Powinnam cię przeprosić... No wiesz, za Devona- zauważyła opierając się o automat.
-Spoko. W sumie to go rozumiem..- odparłem cicho i smutno.- Boi się o ciebie..
-On jest gorszy niż Cally...- burknęła z irytacją.
-Poprawka: to wredniejsza wersja Cally- poprawiłem i oboje parsknęliśmy śmiechem.
-Co z Cally?- Michael wylazł wreszcie z sali hiszpańskiego, przywitał się z Caro.
-Eee gadamy o Devonie..- odparła Caroline.- Jest nie do zniesienia..
-Aaa, wredniejsza kopia mojej narzeczonej- Zielonooki załapał i strzelił szeroki uśmiech.- Jak zborsuczony jamnik..
Pogadaliśmy trochę i rozeszliśmy się na lekcje.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka, łowca wampirów...
-Wreszcie wszystko wraca do normy; nie?- Zagadnąłem
-No, prawie wszystko- odparł powoli.
-Co znaczy "prawie"?- Zapytałem zaskoczony.
Tanner spojrzał na mnie z boku w zamyśleniu.
-Jakby ci to powiedzieć... Jestem likantropem- przyznał wolno.
Nie zauważyłem zakrętu i idąc dalej prosto przywaliłem w ścianę.
-Ty...? Likantropem..?- Szybko ściszyłem głos i rozejrzałem się.- Poważnie?
-Taaa, ten facet; który gadał wtedy z Marcusem... On jest moim ojcem i Pretorianinem.
-Zaraz.. Pretorianinem?- Uniosłem brwi zaskoczony.
-No, też się zdziwiłem- potwierdził z namysłem.- To trochę dziwne, ale chyba się przyzwyczaję... Cally pewnie mi dożre, że cuchnę Zmokłym Psem- zażartował.
-Tylko nie próbuj jej pożreć- zarechotałem.
-Dzięki, chcę jeszcze trochę pożyć- odpowiedział wesoło.

Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Knajpa Margherita.
-Czuć zmokłym psem- stwierdziłam witając Michaela buziakiem.
-Przepraszam- rzucił Paul i obaj parsknęli śmiechem.
Nie zajarzyłam aluzji, więc spoglądałam na nich pytająco.
-Masz likantropa pod samym nosem- rzucił z ironią Tanner.
Przyglądałam mu się przez chwilę.
-Ty, zmokła psinko- szturchnęłam go mocno.- Au.. Co tam masz?- Spytałam nieco podejrzliwie.
-Nic- odparł zbyt szybko. Prześwidrowałam go wzrokiem.- Eee, no...- Kelnerka przyniosła nasze zamówienia, Paul poczekał aż odejdzie i wyciągnął z kieszeni małe orzechowe pudełeczko przyozdobione ciemnobrązową wstążką i otworzył je powoli.
-O, w mordę..- rzucił zaskoczony zielonooki.
-Ani słowa Caroline- rzucił mrugając porozumiewawczo i ukrył przedmiot w płaszczu.
-Ani słowa o czym?- Zapytała wesoło wspomniana przysiadając się do nas.
Wszyscy zrobiliśmy głupie miny i zupełnie odruchowo odparliśmy:
-Jak ci powiem nie będzie niespodzianki.
-Niespodzianka, mówicie..- udała podejrzliwość, ale zaraz uśmiechnęła się.- Spoko, nie było pytania- dodała wesoło.
Widać było, że odzyskała humor po ostatniej rozmowie z Paulem; zresztą nie chciałabym znów widzieć jej takiej zdołowanej. Najważniejsze, że wyjaśnili sobie wszystko.
Gadaliśmy od niechcenia, gdy odezwał się telefon Paula. Chłopak wyciągnął go z kieszeni i spojrzał na wyświetlacz.
-Nie mam ochoty z tobą gadać- burknął odrzucając połączenie.
-Twój...- zaczęłam.
-Przybrany ojciec, taa- potwierdził niechętnie.
-Może powinniście pogadać..- zasugerował rozsądnie Michael.
-Na razie muszę to sobie poukładać..- westchnął ciężko.- Sam nie wiem, jak mamy rozmawiać po tym wszystkim..
-Ciężka sprawa- przytaknęłam z westchnieniem.
-Wiem, że w końcu będę musiał z nim porozmawiać, ale muszę ochłonąć. Dosyć wrażeń na następnych kilka lat..- odparł cicho.- Jak z Vincentem?
-Nadal bez zmian- odparłam ponuro.- Tori ciągle przy nim siedzi z małym..
-Cholera...
Vincent Rodriguez; kapitan szkolnej drużyny koszykówki, licealista drugiego roku.
-Vincent, skarbie..- usłyszałem jej szept.
Wokoł ciemność. Stoję w mroku, wśród pustki. Chciałbym jej teraz tyle powiedzieć, ale nie mogę się odezwać..
Śpię, ale wszystko słyszę. Twój głos, płacz małego; hiszpański ojca..
Poczułem obok siebie kręcącego się malucha. Chciałem go wziąć.. chociaż objąć, ale moje ciało było tak strasznie ciężkie i nieruchome..
Z trudem próbowałem zmusić zdrętwiałe palce do ruchu, ale...
Tori Miles, Królowa Ogólniaka.
Patrzyłam na niego, pilnując równocześnie małego. Wtedy...
-Siostro.. Mój narzeczony, niech pani zobaczy...- zaczęłam.
Vincent poruszył palcem!.
-Przywidziało się pani.. Z przemęczenia..- stwierdziła pielęgniarka, jednak obserwowała przez chwilę.
-Ale...- zaczęłam przygaszona, biorąc dziecko na ręce.
-Doktorze...- pielęgniarka śmignęła przez salę.
Chwila rozmowy w kanciapie lekarzy.
-Muszę sam to zobaczyć..- zauważył lekarz.
Wtedy poczułam dłoń na swojej. Słabe stukanie w wierzch mojej dłoni.
-Też cię kocham; skarbie...- odparłam cicho.
Lekarz zaczął się gapić na palec stukający w moją dłoń.
-Dwunasty marca, skarbie- odparłam na nieme pytanie.
Facet gapił się na mnie zdziwiony. Poprosił mnie do gabinetu.
-Zaraz do ciebie wrócę- pocałowałam go lekko i poszłam za lekarzem.

-Pani Miles... Co to było?- Zapytał zaskoczony.
-Może to wygląda dziwnie; ale rozmawialiśmy z Vincentem.
-Chodzi pani o to.. Stukanie?- Zapytał ostrożnie.
-To nasz sposób ze szkoły.. Wie pan, żeby nikt nie wiedział, o czym gadamy..- wyjaśniłam.
-Doktorze, pacjent się wybudził- oddziałowa przerwała naszą rozmowę.
Wyszłam szybko.
-Mi cora..zòn?- na dźwięk głosu podskoczyłam, jak oparzona.
-Jestem tu- zaczęłam cicho.
Otworzył oczy i rozejrzał się nieprzytomnie.
-Szpital... Miałem wypadek...- Uświadomił sobie wszystko.
-Pamięta pan, co się stało?- Zapytał go lekarz.
Vincent spojrzał na mężczyznę zamyślony.
-Pamiętam, że przywaliłem w coś autem...- odparł raźniejszym głosem Vincent. Na widok synka wyciągnął do mnie rękę. Chłopczyk uderzył w płacz, patrząc na ojca.
-Daj mi go..- poprosił kawowooki.
Podałam mu dziecko, dostając przy tym całusa, usiadłam obok.
-Najpierw..
-Później. Najpierw rodzina; potem przyjemności- uciął Vincent z ironią. Malec, jakby pod wpływem jego głosu nagle się uspokoił.
-Nie uznałbym serii badań za przyjemności- stwierdził lekarz i oboje wrócili do zajęć.
Ciche kroki.
-Łapiduch zniknął?- Rzucił konspiracyjnie mój przyszły teść.- Vincent...- dodał kilka słów po swojemu. Chłopak odpowiedział w rodowitym języku.
Octavio odetchnął z ulgą.
-Mam nadzieję, że szybko stąd wyjdę..- stwierdził Vincent, kołysząc małego.
-Musisz wyzdrowieć- odparłam z naciskiem.
-Kotku; ja jestem nie do zajebania- uśmiechnął się i zanim zaczęłam protestować dał mi mocnego całusa.
-Vin..- kolejny buziak- Powinieneś o siebie dbać- kolejny pocałunek.
-Przecież wiesz, że będę- zapewnił trzymając mnie za rękę. Zabawiał synka.
***
-Doktorze, co z moim synem?- Zapytał Octavio z niepokojem.
-Chłopak miał sporo szczęścia. Poza złamaną  ręką, nie odniósł poważnych obrażeń. Głowa i żebra w porządku.
-Hmmm- mój przyszły teść zamyślił się na dłuższą chwilę.- Istnieje możliwość wypuszczenia go na jeden dzień?
-Pan chyba nie mówi poważnie..- zaczął ostrożnie lekarz.
-O, cholera...- jęknęłam zdumiona.- Całkiem zapomniałam przez to wszystko...
-O czym?- Facet zdawał się zaskoczony.
-Za trzy dni ma być nasz ślub...- odparłam niezbyt przytomnie.
-Zobaczę, co da się zrobić- zauważył lekarz.
***
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
Przeglądałam dokumenty na kolejną Radę, gdy na biurku rozdzwonił się telefon.
Widząc zdjęcie Tori szybko odebrałam.
-Coś się zmieniło?- Rzuciłam do słuchawki.
-Vincent się obudził.. Nareszcie- westchnęła Tori.
-To świetnie! Jak z nim?- Odparłam szybko.
-Jest trochę poobijany, ale ma tylko złamaną rękę, poza tym wszystko gra. Mają go przenosić na inny oddział. Już kombinuje, jak by tu wyjść- cichy chichot.
-Cały Rodriguez- skwitowałam.- Pilnuj go; Miles: to nieobliczalny świr- zachichotałam lekko.- Muszę kończyć; życz mu zdrowia od nas.
-Będę, paaa- odparła i rozmowa się zakończyła.
-Jezuuu, Marco.. Nic mi nie jest- jęknęłam odkładając telefon.
-Sprawdzić nie zaszkodzi- oznajmił spokojnie zapraszając mnie gestem na łóżko.
Standardowy wywiad wykazał to, co już wiedziałam; czyli: jak tak dalej będę żreć, to w końcu nie wmieszczę się w drzwi.

-Maleństwo bardzo szybko rośnie, jak na półwampira- zauważył mój kuzyn.- Co się dzieje?- Zapytał widząc mój zbolały wyraz twarzy.
-Nic takiego... To tylko pora żarcia- odparłam słabo; spoglądając na zegarek, który wskazywał siódmą wieczorem.
-Ostatnio coraz więcej jesz- stwierdził z zastanowieniem, przeglądając wyniki badań z zeszłego miesiąca.
-Lepiej się więcej nie odzywaj na temat mojej wagi- odburknęłam obrażona.
-Twoja obecna waga jest, jak najbardziej, prawidłowa. Nie zapominaj, że ta piłka to..- Zaczął.
-Zaczynasz nawijać, jak Michael... On też każe mi tylko odpoczywać i żreć. A ja nie jestem chora, a poza tym cholernie się nudzę...- wbiłam słomkę w plastikowe opakowanie i zaczęłam pić.- Ile można leżeć i się obżerać? Wiem, że się o mnie troszczycie i w ogóle; ale ruszać też się muszę, bo w końcu się zastoję..
Trzy dni później..
Vincent dumnie prowadził niską szatynkę w sukni ślubnej przez główną nawę kościoła ku czekającemu na nich księdzu. Na ceremonii zgromadziła się rodzina państwa młodych i reszta gości. Ojciec pana młodego pilnował małego Vincenta Octavio. Mężczyzna obok szturchnął go dyskretnie i rzucił szeptem kilka słów, Octavio spojrzał nań, jakby mówił: no, co zrobić; mój chłopak się żeni..
***
Piękna kobieta przytuliła pana młodego i ocierając mu łezkę rzuciła wesoło:
-Nie maż się, mały- uśmiechnęła się.- Szczęścia młodej parze.
-Wszystkiego najlepszego- Michael szturchnął lekko śniadego dryblasa i objęli się przyjacielsko.- Tori, pilnuj tego wariata- pocałował ją lekko w policzek.
Wraz z Paulem i Caroline złożyliśmy życzenia i widząc idących ich rodziców szybko się zwinęliśmy.

Cała sala odśpiewała sto lat. Kieliszki pary pofrunęły w tył roztrzaskując się w akompaniamencie "gorzko, gorzko".
-Mogę prosić do tańca?- Zapytał głos z hiszpańskim akcentem. Szybko spojrzał na Michaela.- Chyba pan pozwoli..- zwrócił się doń.
-Proszę bardzo- zielonooki zauważył na palcu chłopaka obrączkę, więc był spokojny.
-Może przejdźmy na " ty"; Vittorio- przedstawił się.
-Callisto, a to Michael- odparłam uprzejmie.

Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-No, tylko my zostaliśmy wolni- zachichotał z boku Paul.
-Taaa; wolni- szturchnąłem go lekko.- Już niedługo- dodałem ze śmiechem.
-Racja- Paul nalał kolejny kieliszek.- Zdrowie naszych dziewczyn- rzucił wesoło.
-Naprawdę zamierzasz się oświadczyć?- Spytałem, rozglądając się, czy w pobliżu nie ma Caroline.
-Pewnie Devon się wścieknie; ale tak. Zamierzam- odpowiedział z szerokim uśmiechem.
-Nie łam się, przejdzie mu- odparłem pocieszająco.
-Mam nadzieję- stwierdził.
-O czym gadacie?- Caroline dołączyła do nas.
-O wszystkim i niczym- odparł Paul wymijająco.
Vittorio odprowadził Cally spowrotem do stolika.
•••
-Prosimy serdecznie wszystkie panny i kawalerów.
-Będzie ciekawie...- Zachichotała turkusowooka.- Paul, czas na nas- dodała.
-Taaa- i oboje odeszli na chwilę w stronę państwa młodych, gdy ja i Caroline poszliśmy na parkiet.

Grupka dziewczyn stojących  na parkiecie czekała aż Tori rzuci welonem.
W tej samej chwili kątem oka zaobserwowałem, że coś leci w moją stronę. Złapałem i zdziwiony zobaczyłem muszkę.
-Mamy szczęściarza- rzucił wesoło Vincent.- Kto złapał welon?
Callisto pomachała dłonią, a Vincent zakładając mi muchę, rzucił wesoło:
-No, szczęściarzu. Dajesz- szturchnął mnie wymownie.
***
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Odwiózł nas pan Rodriguez. Zauważyłam, że Paul jest nad czymś zamyślony.
Stojąc przed budynkiem stowarzyszenia zastanawiał się jeszcze przez chwilę. Weszliśmy do środka.
Devon widząc go zamarł, wuj Alec oparł dłoń na ramieniu syna, powstrzymując go od rzucenia się na Paula, który nagle przystanął.
-Co jest grane?- Zdziwiła się Caroline wieszając płaszcz.
Paul rozejrzał się nieco zdenerwowany.- Paul...?
Chłopak obudził się z zamyślenia i otwierając małe pudełeczko przyklęknął.
-Caroline Glory Amando Raven; herbu Kruk, czy... Czy wyjdziesz za mnie?- Zapytał, jakby sam nie wierzył, że się na to odważył.
Devon opuścił ręce i rozdziawił gębę gapiąc się na Paula; zresztą Alec Raven był równie zdumiony całym zajściem- poruszał ustami, jak ryba wyciągnięta z wody, w głębokim zaskoczeniu.
Caroline długą chwilę rozglądała się zdziwiona.
-Pytasz poważnie?- Zaczęła oszołomiona.
-Jak najbardziej poważnie- potwierdził Paul patrząc jej w oczy.
Caroline spojrzała niepewnie na ojca i brata, którzy zdecydowali się wreszcie podejść do nas. Alec rzucił coś szeptem do córki.
-Pewnie, że tak...- odpowiedziała w końcu zaskoczona Caroline, a Paul wsunął pierścionek na jej palec i wstał. Devon chyba  był w niezłym szoku.
-Niemożliwe... To się nie dzieje naprawdę..- wyszeptał zaskoczony orzechowooki.
Paul wziął Caroline na ręce i zrobił pirueta.
-Naprawdę- zaczął cicho.- Ja.. Tak cholernie się cieszę..- oznajmił przytulając ją.
-No, ładnie...- stwierdził ojciec Caroline, gdy już ochłonął z chwilowego szoku.

Następnego ranka.
-Hej, poczekaj. Mamy do pogadania- słysząc sławny tekst Devona przystanęłam za węgłem.
-Chcesz mi przywalić? Spoko, zasłużyłem- stwierdził poważnie Paul.
-Przwalę ci. Jeśli jeszcze raz skrzywdzisz moją siostrę, wylądujesz w szpitalu. Przysięgam na mój herb- oznajmił Devon.
-Nie ufasz mi i to rozumiem; ale nigdy więcej nie doprowadzę jej do płaczu. Obiecuję ci to- wyszłam zza węgła, gdy Paul nagle doleciał do okna i wyjrzał przez nie zaaferowany.
-Coś się dzieje- powiedział po długiej chwili.- Wataha Damona ruszyła- i zniknął za oknem, a po chwili usłyszeliśmy wilcze wycie.

Łowcy wybiegli na plac. Wielki biały likantrop stał przed bramą warcząc wrogo.
-Kruk..- Zaczął Angello.
-Ktoś się zbliża- oznajmiłam krótko.
Biały wilk spojrzał na mnie pytająco, pokazałam jeden z naszych znaków- likantrop wydał krótki pomruk i cofając się stanął obok.
-Granatowi. Idą po tego małego brudasa- przewróciłam oczami do Angello.
-Owszem, ten "brudas" zdradził Panią- warknął znajomy głos.
-Znów przysyła swoich sługusów?- Rzuciłam tłumacząc Paula, który zaczął warczeć.
-Pani nie mogła pojawić się osobiście. Nagłe wezwanie Senatu- wyjaśnił spokojnie szatyn odrzucając kaptur granatowej peleryny.
-Livia nie pojawiła się osobiście?- Rzucił usypiający głos z najbliższego drzewa ze śmiechem.- Pewnie znów siedzi samotnie w jakiejś spelunie i rozmyśla, kogo jeszcze się pozbyć- zauważył wolno.
-Kim jesteś, żeby obrażać moją Panią?!.- Warknął szatyn wściekle.
Paul zaczął się śmiać na swój wilczy sposób; a wampir sfrunął z konaru.
Obaj granatowi cofnęli się w lekkim ukłonie. Féu dał wampirowi w pysk.
-Nie pyskuj; ludzka padlino- prychnął Féu z irytacją.
Biały wilk nagle wyrwał się do przodu i popędził w las, ujadając. Devon patrzył za nim zamyślony.
-Thunder kopie pod nami dołek; Jean- oznajmił kobiecy głos. Ku nam szła pani klanu Vain.
Biały wilk wrócił. Spoglądał na Czystokrwistych z zastanowieniem.
-Paul pyta; czy Senat coś kombinuje- przetłumaczyłam.
-To niewykluczone- odpowiedziała z namysłem Vain.- Większość Senatu po cichu planuje pozbyć się  wampirów współpracujących z łowcami.




Hunter III Curse Rozdział XIV: Ból straty...

Czarnowłosa oparła się o drzewo.
-Caro się martwi o ciebie- powiedziała patrząc na mnie z boku uważnie.
-Przecież ona nawet mnie nie lubi- Callisto wybuchnęła niekontrolowanym śmiechem.- Co w tym zabawnego?- Zapytałem widząc jej reakcję.
Raven przeciągnęła się z przyjemnością.
-Wiesz, co? Idź do okulisty; bo chyba jesteś ślepy- odparła sarkastycznie.
-O co ci chodzi?- Zacząłem ostrożnie.
W odpowiedzi westchnęła głośno z irytacją.
-Coraz bardziej odnoszę wrażenie, że im facet jest wyższy, tym mniej ma mózgu. Jak Bóg rozdawał mózg, ty stałeś w kolejce po wzrost.- Zauważyła niechętnie.
-Możesz przestać mi dogryzać i powiedzieć wreszcie: o huj ci chodzi?- Zniecierpliwiłem się, trzymając ręce w kieszeniach płaszcza.
Turkusowooka patrząc mi w oczy odezwała się:
-Jeśli myślisz, że Caroline ma cię gdzieś; to jesteś w zajebistym, ale to zajebistym błędzie- stwierdziła patrząc mi prosto w oczy, przez chwilę w jej tęczówkach błysnęła czerwień.- Caroline jest, hmm.. Może wygląda na silną; ale tak naprawdę jest jak szkło.. A ty...- Podeszła i szturchnęła mnie mocno w pierś.- Jeśli skrzywdzisz moją kuzynkę, będziesz miał przejebane; zapamiętaj to sobie- i odeszła bez pożegnania.
Wpatrywałem się w plecy postaci, poki ta nie zniknęła we mgle; rozmyślając nad jej słowami.
-Co jest grane; Paul?- Max objął mnie przyjacielsko ramieniem.
-Matt chyba ma rację- zauważyłem zamyślony, nadal patrząc na dróżkę, gdzie zniknęła Callisto.

Max w samotności siedział z przodu wozu, z notesem na kolanach i długopisem w dłoni patrząc na ruiny starej farmy w oddali.
-Wiolonczela..- Szepnął do siebie w zastanowieniu, po czym zasłonił czymś szybę.
-Nie lubi, jak ktoś patrzy; kiedy pracuje- wyjaśniła Diana widząc moje zdziwienie.
-Pisze teksty?- Spytałem.
-Też. Gra na gitarze i skrzypcach, ale tylko; gdy jest sam.
-Musiał być dobry z muzyki- stwierdziłem.
-Max nie ma wykształcenia muzycznego- odparł Tom.- Z wyuczonego zawodu jest... Ej, Max, kim jesteś z zawodu?- Rzucił z roztargnieniem.
-Złotnik; skończyłem zawodówkę- odparł przytłumiony głos blondyna zza ścianki. Chłopak chwilę potem do nas wrócił.
-Co to za zawód? Nigdy o tym nie słyszałem- zagadnąłem.
-Złotnik to zajęcie artystyczne, moja branża zajmuje się wyrobem biżuterii. Wiesz: kolczyki, obrączki; takie tam- wytłumaczył obojętnie.
-Ładna obrączka- rzuciłem z podziwem patrząc na średniej grubości obrączkę z misternym wzorem składającym się w zdanie.
-Wyrób z egzaminu czeladniczego- odpowiedział uśmiechając się do wspomnień.
Tom wziął dłoń z obrączką.
-Co to za napis..?- Zdumiony oglądał pod różnymi kątami błyskotkę.
-Vivere est militare; to z łaciny- odparł blondyn.
-Życie jest walką- przełożyłem zamyślony.
-Skąd wiesz?- Zapytał Max mrugając.
-Dużo czytam- odparłem ze słabym uśmiechem.

Trzy dni później...
-Paul.. Gdzieś ty był, na wszystko; co święte..?- Zapytał.
-Nie jesteś moim ojcem, więc; co cię to obchodzi?- Odburknąłem z irytacją, jednak kiedy spojrzałem mu w twarz, natychmiast pożałowałem tych słów.
Marcus Tanner był nieogolony i blady, jak trup. Na jego twarzy malował się smutek.
-Jeśli naprawdę chcesz odejść, chociaż pożegnaj się z matką- powiedział w końcu odwracając wzrok.- Mnie nienawidź, ile chcesz; ale nie rań swojej matki i Amy..
Nie odpowiedziałem. Nie miałem pojęcia, co odpowiedzieć.
-Paul, posłuchaj..- podjął drugą próbę.- Nawet, jeśli nie jesteś moim dzieckiem; jesteś dla mnie ważną osobą. Nie pal za sobą wszystkich mostów..
-Nie pieprz mi tu bzdur. Oboje mnie okłamaliście, więc nie myśl, że jeszcze uwierzę w te brednie- słowa popłynęły same, a ja za nic nie umiałem ich powstrzymać. Wściekłość wzięła górę.- Nie powinieneś mi mówić, co mam robić lub nie; zresztą nie chce mi się słuchać kłamcy- ruszyłem po schodach na piętro, nie odwracając się.

Pakując ubrania do torby, biłem się z myślami.
W gruncie rzeczy ten człowiek starał i troszczył się o mnie- o nieswojego dzieciaka i choć..
Skłamał- do głosu znów doszły żal, wściekłość i uraza. Nienawidziłem kłamstw- nawet tych w dobrej wierze- dla mnie kłamstwo zawsze było kłamstwem, niezależnie od czyichś intencji. Nawet, gdy sam łgałem.

-Kurwa...- warknąłem z gniewem, kopiąc w biurko.
Próbowałem zapanować nad ogarniającą mnie frustracją. Wrzuciłem do torby fioletowy notes i jeszcze kilka rzeczy, po czym sięgnąłem po coś do półki z książkami. Dłoń wyciągająca tom w czarnej oprawie zahaczyła o album ze zdjęciami, który wylądował na podłodze i otworzył się. Spojrzałem w jego stronę i zobaczyłem fotografię z dzieciństwa- ze szpitala, kiedy leżałem ze złamaną w trzech miejscach nogą. Byliśmy roześmiani i pogrążeni w rozmowie.
Upchnąłem szybko książkę w torbie i zamkając ją szybkim krokiem wyszedłem.
W połowie korytarza usłyszałem szloch, ale zmusiłem się by iść dalej.

-Paul..- powiedział z trudem starając się ukryć ból.
W milczeniu wyszedłem z domu. Spokojnie i w ciszy. Bez żadnego trzaskania drzwiami... Zastanawiając się, gdzie teraz zamieszkam, dokąd pójdę poszedłem w stronę samochodu.
-Paul...!- Właścicielka głosu wtuliła się w moje plecy zaciskając ręce wokół moich żeber.
Po długiej chwili rozpoznałem głos Caroline.
-Odejdź...- byłem gotów z niej zrezygnować; byle nie stało jej się nic złego.- Zostaw mnie.- Idąc ciągnąłem ją za sobą.- Puść mnie.. Puszczaj, do cholery!- Rzuciłem torbę, moja dłoń sięgnęła do jej gardła i oparła ją mocno o jesion. Jednak nie zacisnęła się w taki sposob, bym mógł ją skrzywdzić.
-Zostaw mnie i odejdź..- powiedziałem opuszczając drżącą rękę.
-Ani myślę!- Odparła ze złością.
-Nie jestem dla ciebie tym jedynym- Biiiip! Kłamstwo.!- Nie kocham cię, wcale nic do ciebie nie czułem...- Kłamstwo numer dwa; które miało ją ode mnie odstraszyć. Serce zaczęło walić mocniej, sprawiając mi ból- samo to, że ją raniłem bolało.
Otworzyła usta, ale nie wyszedł z nich żaden dźwięk. Jej oczy- nie musiała nic mówić, bym wiedział, że cholernie cierpi.
Podniosłem torbę i z trudem odszedłem. Wsiadając do Mazdy spojrzałem we wsteczne lusterko. Caroline  osunęła się po pniu na chodnik. Odjechałem.
|•••|
Tydzień później, knajpa Margherita.
Michael na mój widok powstrzymał Callisto, która wyrywając mu się usiłowała się na mnie rzucić. Szczerze mówiąc nie zdziwiło mnie to.
-Ja to załatwię, Callisto. Usiądź przy stoliku. Pamiętaj, że nie możesz się denerwować- Pchnął ją lekko w stronę jednego z pustych stolików. Z niechęcią wykonała jego prośbę.
-Jeszcze raz to samo- rzuciłem do barmana.
-Ma ochotę wypruć ci flaki i powiesić cię za nie na drzewie- oznajmił na wstępie zielonooki.
-Nie jestem tym zaskoczony- odparłem nie patrząc nań.
-Pewnie nie jesteś też zaskoczony tym, że Caroline omal się przez ciebie nie przekręciła.
Milczałem obracając na kontuarze szklaneczkę z drinkiem.
-Nic jej nie jest?- Wymsknęło mi się odruchowo.
Okularnik kopnął wymownie w ladę baru.
-Poza tym, że w nocy wrzeszczy we śnie, a w dzień chodzi, jak mara? Naprawdę nic wielkiego- odparł udając beztroski ton.
Wypiłem duszkiem zawartość naczynia i skrzywiłem się. Barman przytknął wylot butelki do  szklanki, chcąc nalać kolejnego shota, ale pokręciłem przecząco głową, więc odszedł się zająć innym klientem.
-Chcę ją tylko chronić.. Nie mam ochoty odwiedzać jej w szpitalu podłączonej do aparatury podtrzymującej życie- odparłem w końcu.
-Przed czym? Czy ty się w ogóle słyszysz??- Z trudem spuścił z tonu.- Po tym, co jej zrobiłeś wygląda gorzej, niż trup. Nie śmieje się, nie je. Nie robi nic, tylko gapi się bezmyślnie w ścianę.
-Widziałeś, co się stało z Vincentem.. Nie chcę, żeby i ona tak skończyła- zacząłem cicho.
-Używasz Vincenta jako taniego argumentu, żeby się usprawiedliwiać? Jesteś żałosny- powiedział chłodno, zeskakując z barowego stołka.
-Wiesz, że to nie tak.!- Chwyciłem za rękaw  płaszcza, ale widząc jego minę, puściłem.- Ja.. Musiałem ją okłamać.. Nie: właśnie to brzmi, jak usprawiedliwianie się...- powiedziałem, unikając tych szczerych zielonych oczu wbiłem wzrok w swoje ubłocone glany.- Te kłamstwa były tylko po to, żeby Caroline mnie znienawidziła. Nie panuję nad tym "przekleństwem"; nad własną agresją. Robię się wściekły zupełnie bez powodu, dlatego chcę... Potrzebuję, żeby trzymała się ode mnie z daleka.
-Sory, koleś; ale ni huj z tego nie rozumiem- odparł zniecierpliwiony Michael.
-Boję się tych przebłysków. Czuję, jakbym od tego wariował.. Coraz częściej tracę nad sobą panowanie. Spytałem nawet Damona; czy mogę być likantropem.. Nie wiedział, co powiedzieć; ale i nie zaprzeczył..
-Nie próbuj mnie złapać na litość, bo nie współczuje łajzom- warknął lodowato.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Mów sobie na mnie, co chcesz.. Może byłoby lepiej, gdybym w ogóle nie istniał. Gdybym nigdy się nie urodził..- Byłem na niego wściekły za to, jak potraktował Caroline, ale nie sądziłbym, że kiedykolwiek usłyszę z jego ust coś tak strasznego.
Cofnąłem się o pół kroku gapiąc się na niego, zapomniałem języka w gębie.
-Co? Zatkało?- Zapytał obojętnie; pomachał w stronę faceta banknotem. Podając mu go, zsunął się z siedziska i mijając mnie wyszedł na ulicę.
Nie potrafiłem jeszcze zrozumieć, że naprawdę chciał, żeby Caroline była szczęśliwa- nieważne z kim; byle tak było.
Zamyślony dołączyłem do Cally.

Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Ostrożnie pchnęłam drzwi sypialni. Caroline siedziała na łóżku, widząc mnie szybko otarła łzy.
-Zjedz coś..- zaczęłam cicho, podchodząc z tacą.
-Nie jestem głodna- odparła jak automat.
-Co się z tobą dzieje? Pogadaj ze mną..- odstawiając tacę przysiadłam na łóżku i objęłam delikatnie kuzynkę.
-Zostaw mnie.. Chcę być sama...- powiedziała cicho.
-Wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć...- powiedziałam wypuszczając ją z uścisku.
-Wiem..- bardzo się starała, żeby jej uśmiech był przekonujący, ale wyszedł słaby i sztuczny.
-Spróbuj coś zjeść..- powiedziałam wychodząc.
Za drzwiami czekał wuj Alec z Devonem.
-Co z nią?- Zapytał cicho jej ojciec. Pokręciłam głową z ponurą miną.
Mijając ich wyskoczyłam oknem i pobiegłam w stronę lasu. 
Z wampirzą prędkością pokonałam drogę na miasto, licząc, że gdzieś wpadnę na Paula.
***
Szara Mazda stała na chodniku, w pobliżu parku przy kościele Świętej Trójcy. Dzwony zaczęły bić obwieszczając godzinę czwartą po południu. Wysoki chłopak siedział w najdalszej części parku i rozmyślał. Wokół niego był wianuszek chłopaków z drużyny. Większość ubranych w grube niebieskie bluzy z tygrysim łbem w koronie i pomarańczowym napisem: Tygrysy.
-Ale z ciebie sześcienny debil; Tanner- powiedział zniecierpliwiony Dominic Silver.
-Don, nie kop leżącego- zganił go jeden z chłopaków, z trzeciej klasy.
-On ma rację: jestem debilem- odezwał się z porażką Paul, pijąc z puszki Mirindę.
-Po co ci jakaś tam lalunia. Z babami są same problemy, człowieku- jęknął Jim niechętnie.- Zwłaszcza z Ravenami. Myślą, że są tacy piękni i zajebiści..- prychnął kpiąco.- Nie wiem, czemu się zadawałeś z tymi dziwadłami.
Paul zerwał się z ławki i łapiąc chłopaka za bluzę przycisnął go do pnia topoli, warcząc:
-Powiedz na nią jeszcze jedno słowo..!- Zagroził wściekły Paul potrząsając tamtym mocno.- Jeszcze słowo, a powąchasz kwiatki od spodu, pierdolony szmaciarzu.!
-Paul.. Daj spokój, chłopie..- Dominic z innym chłopakiem odciągnęli go od Jima Blacka.
-Lepiej zamknij dziób; Jim; pogarszasz sprawę- oznajmił chłodno Silver.
Paul wyrwał się chłopakom i odszedł szybkim krokiem z dłońmi w kieszeniach płaszcza.
-Paul, zostawiłeś książkę! Czekaj..!- Silver pobiegł za nim z fioletowym notesem w ręku.
Potknął się o coś i upadł, a upuszczony przezeń notes otworzył się. Chłopak spojrzał zaskoczony na pismo Paula. Podniósł zeszyt i szybkim ruchem dłoni zamknął go, nawet nie czytając.
-Oddam go jutro- obiecał sobie cicho, wiedząc; że nie dogoni już Paula, który odpalił silnik samochodu.
Przemknęłam obok niezauważona i znalazłam się tuż przy aucie. Zacisnęłam dłoń na klamce wozu.
Paul powoli spojrzał w moją stronę. Szyba się opuściła.
-Zamierzasz wypruć mi flaki i powiesić mnie za nie na drzewie?- Zapytał niechętnie.
-Owszem, mam na to ochotę; ale Caroline by mi tego nie wybaczyła- odpowiedziałam kulawo.
Paul przekręcił kluczyk do siebie, silnik umilkł, a on oparł się o siedzenie i zacisnął powieki z grymasem bólu wymalowanym na twarzy.
-Nie zasługuję na Caroline..- powiedział po długim milczeniu.
-A może to ona nie zasługuje na ciebie?- Celowo chciałam go wkurzyć. Musiałam sprawdzić, czy rzuci się na mnie tak samo, jak na Jima.
Zrobił to, co oczekiwałam. Chwycił mnie za ramiona i oparł mocno o betonowy słup.
-To wcale nie tak...- pochylił głowę odsuwając się powoli.- Ja.. Naprawdę kocham Caroline, ale... Ona... Wy nic nie rozumiecie!- Wybuchnął z irytacją uderzając pięścią w słup, który pod wpływem ciosu zaczął pękać. Po chwili betonowy blok zsunął się z podstawy i runął na trawę. Paul cofnął się zakrywając usta i z przerażeniem oparł się o samochód..
-Sama to widzisz.. Jestem niekontrolującym się potworem- powiedział z goryczą.
-Od kiedy to się dzieje?- Zapytałam ostrożnie.
-Od kiedy spotkałem tego Ian'a.. Michael pewnie ci powiedział, że Marcus.. Że nie jest moim ojcem..- Zsunął się z błotnika i usiadł ciężko na chodniku opierając się o koło.- Caro musi ode mnie odejść; inaczej.. Nie wiesz; jak to jest się bać, że skrzywdzisz ukochaną osobę..
Moja dłoń wbrew mnie zacisnęła się na jego szalu i podnosząc go przyciągnęła do siebie.
-Akurat wiem, jak to jest..- odparłam ostro.- Co dzień się boję, że zranię Michaela.. Boję się tego, czym jestem. Tej bestii, pieprzonej pijawy!.- Syknęłam.
*•*
Damon Miller, ex- Pretorianin.
-Czuję coś dziwnego- odezwał się w mojej głowie Shawn.
-Dlaczego mu nie powiedziałeś, Damon?- Zapytał Klaus, piaskowy wilk zaszedł mi drogę.
-Mam tylko podejrzenia, że to syn Ian'a. Nie jestem pewny, więc nie będę dzieciaka straszyć. Z drogi- odparłem niechętnie.
-A co, jeśli straci kontrolę przy ludziach?- Zapytał rozsądnie telepatyczny głos Shawn'a. Ciemnoszary basior wpatrywał się w granatowe niebo.
-Właśnie dlatego go obserwuję- odparłem.

Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Wieczór, budynek Stowarzyszenia.
-Gdzie byłaś?- Zapytał z troską zielonooki, oplatając mnie ciepłymi ramionami.
-Pobiegać trochę.. Mam chyba za dużo energii..- westchnęłam ciężko.
Po części była to prawda, ale on nie musiał wiedzieć wszystkiego.
-Paul żyje?- Zapytał zaciekawiony, całując mnie po szyi.
-Czemu o to pytasz?- Zdziwiłam się.
-Smerfuś cię widział- odparł ze śmiechem.
Jakim cudem mógł zobaczyć przemykającego wampira?- przeszło mi przez myśl.
Wtedy sobie przypomniałam.. Przecież Smerfuś jest synem inspektora Silver, który jest emerytowanym łowcą...
-No, tak...- mruknęłam w olśnieniu do swoich myśli. 
---------------------------
Wieczór...
Zamarłam z łyżeczką pistacjowych lodów w połowie drogi do ust i wbiłam oczy w okno.
-Co jest..?- Zapytał Michael, przyglądając mi się.
Powoli wstałam sprzed biurka i podeszłam do okna. Wyjrzałam przez szybę.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Granatowi przyleźli- westchnęła niechętnie zarzucając na ramiona bluzę. Wciągnęła na stopy buty i wyszliśmy z pokoju kierując się na dół.

-Co was sprowadza w nasze skromne stowarzyszeniowe progi?- Zapytał uprzejmie Michael Angello.
-Sprawa niecierpiąca zwłoki, łowco Rodu Cheruba; Michaelu Angello, dobry wieczór- odparł uprzejmie przyjemny dla ucha kobiecy głos.
Postać sięgnęła do granatowego kaptura płaszcza i odrzuciła go do tyłu, ukazując bladą jak śnieg, piękną twarz o błyszczących czerwienią oczach i malinowych ustach.
-Pani Klanu Vain; minęło sporo czasu odkąd widzieliśmy się ostatni raz- odparł Angello odwzajemniając powitanie skinieniem.
-Owszem; nieco się postarzałeś- odpowiedziała z przyjacielską uszczypliwością.
-Za to ty nadal jesteś piękna i młoda, jak na wampira przystało- odciął się subtelnie przewodniczący.- O co chodzi?- Zapytał uprzejmie, prowadząc kobietę w stronę swojego gabinetu.
-Otóż obecna tu panna Raven zaświadczy, że zgodnie z prawem chcę uchylenia azylu dla..- zaczęła mówić kobieta.
-Z jakiego powodu?- Zapytał Angello wprowadzając nas do gabinetu.
-Paragraf trzysta piętnasty; Kodeksu Praw Stowarzyszenia Łowców, punkt siedem d, z późniejszymi zmianami; Angello- odezwała się Cally spokojnie.
-Wampir nie posłuchał Zwierzchnika i coś przeskrobał?- Zapytał niewinnie niebieskooki.
-Przeskrobał to mało powiedziane- odparła niechętnie Vain.- Jego postępowanie szkodzi nie tylko mojej reputacji; ten szczeniak łamie nie tylko moje prawo, ale też i wasze; Angello.
-Sama złożyłaś wniosek o azyl dla dzieciaka; mimo iż wiedziałaś; że jest niebezpieczny dla ludzi- przypomniał przewodniczący spokojnie.
-Czyli odmawiasz?- Zapytała kobieta w granatowym płaszczu.
-Tego nie powiedziałem- zaprzeczył Angello spokojnie.- Po prostu chcę wiedzieć; czemu pupilek już ci się znudził- zauważył.
-Nie znudził mi się. Jeśli ktoś łamie prawo, musi ponieść konsekwencje swoich czynów- Vain wzruszyła ramionami patrząc w oczy Angello spokojnie.- "Sed lex, dura lex"; a przynajmniej tak było w czasach mojej młodości- zauważyła powoli.
-Z tego, co mi wiadomo wampir znajdował się w granicach Rodu Kruka- stwierdził spoglądając na Callisto.
-Skoro Stowarzyszenie dało mu azyl; to twoja sprawa. Od początku byłam temu przeciwna- odparła czarnowłosa z niechęcią. Siedziała mi na kolanach pałaszując lody.- Zawsze uważałam, że dobry wampir, to martwy wampir; dwa metry pod wodą. Granice Rodu nie mają tu nic do rzeczy- wzruszyła ramionami skrobiąc łyżeczką plastikowy kubeczek.- Jeśli Stowarzyszenie się zgodzi, zrobię to samo, zwłaszcza jeśli mogę zdać się na panią prokurator "Senatu"- zauważyła uprzejmie. 

Hunter III Curse Rozdział XIV: Ból straty...

Brunet przystanął wyraźnie nie wiedząc, dokąd uciec. Wykorzystałam okazję i znikając zaatakowałam, powalając go przycisnęłam do asfaltu.
-Nie szarp się- warknęłam, dociskając go do nawierzchni.
-Zjeżdżaj morderco- odwarknął wściekle.
-Chcemy tylko zadać ci kilka pytań; pijawko- prychnęłam wykręcając mu rękę.
Reszta ukryła broń. Jasper z Devonem przejęli wampira.
-Przed czym tak zwiewałeś?- Zdawało mi się cholernie dziwne, że wampir czegoś się bał.
-Słyszałaś o "Seventh Angel"?- Odparł pytaniem, Jazzy chciał mu przywalić, ale zapytałam:
-Skąd o tym wiesz??- Zdziwiłam się.
-To podpucha! Właśnie stamtąd uciekłem.!- Warknął z irytacją.
-Co to jest "Seventh Angel"?- Zaczął podejrzliwie Vładimir.
-Nic z tego nie kapuję..- powiedziałam powoli.
Jasper i Devon puścili wampira, który oparł się szybko o jakiś mur.
***
-Jestem wampirem od dziesięciu lat. Trzymam się przy klanie Vain. To, jak się nazywam; nie powinno was obchodzić- powiedział cicho. Na małym palcu lewej ręki połyskiwał drobny platynowy pierścionek z owalnym kamieniem lazurytu zamkniętym w wykonanym z kruszcu znakiem heraldycznym.
Wszyscy wymienili zaskoczone spojrzenia. Niezwykle rzadko słyszało się cokolwiek o klanie Vain; a jeszcze rzadziej spotykało się jednego z nich na własne oczy.
-Czyli pojawiłeś się tu, żeby...?- Zaczęłam niepewnie.
-Zlecono mi sprawdzić, dlaczego coraz więcej naszych znika bez wieści- odparł z namysłem, sięgając za pazuchę; pokazał mi identyczną ulotkę; jak ta; którą wwiało mi kiedyś do pokoju.- Trop zaprowadził mnie do tego miasta. Od razu wydało mi się podejrzane; że widuję wyjątkowo bezrobotnych łowczych; patrząc na to, co się ostatnio dzieje w naszym społeczeństwie- stwierdził.
Zamyśliłam się.
-Pojawił się kolejny kawałek układanki...- mruknęłam w zamyśleniu.
-Być może. "Syndrom Anioła" też pewnie się z tym wszystkim wiąże- zauważył.- Taa, wiem o tych zniknięciach na koncertach Suriel's Grave.
-Psia mać!- Michael nagle zaklął i cofając się zaczął odbijać ciosy Krwawego Oręża.
Wampir nagle zniknął. W mgnieniu oka odciągnął wampirzycę i przycisnął ją do oddalonej o kilka metrów ściany jakiegoś magazynu.
-Uspokój się, Juánita.- Prychnął. Odsunął się od niej i zablokował cios.- Rany.. Jakie to młode i niedoświadczone..-Jęknął znudzony.
Juánita widząc twarz zielonookiego opuszczającego miecz do boku pochyliła głowę.
-Vincent...- Wyszeptała. Broń wypadła z jej palców i upadła z trzaskiem na płyty chodnika. Oparła się ciężko o ścianę i osunęła się po niej z grymasem bólu na twarzy.
-Juánita, qué paso.?!- Brunet przyskoczył do niej.
Michael Tyler, uczeń 2-giej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-To.. Boli...- Zaczęła oddychając ciężko.- Zabijcie mnie.. Boli..!
To wspomnienie, gdy poprosiła Rodrigueza, żeby ją...
W tej samej chwili słyszę okropny pisk hamulców. Zdążyłem uskoczyć przed czarnym sportowym Nissanem.
Vincent szybko wysiadł i bez słowa pobiegł w jej stronę. Zatonęła w jego objęciu.
-Weź ode mnie..- Szepnął rozpaczliwie.
Wampir chwycił go za gardło i wgniótł w bramę magazynu. Jasper sięgnął do broni- powstrzymałam go szybko.
-Puść go...- dziewczyna chwiejąc się wstała. Zatoczyła się i chwyciła się czegoś, żeby nie upaść.
-Jak on śmie..??!- Zaczął oburzony.
-To mój braciszek..- w ostatnim słowie wyraźnie słyszałem przywiązanie.
-Ty masz brata...?- Wampir rozprostował palce. Oszołomiony Vincent z trudem utrzymał równowagę.
-Juánita.. Mi compadré.. Siostrzyczko...- Zdążyła go złapać zanim runął na chodnik. Troskliwie i delikatnie oparła go o tę bramę.
-To nie twoja wina..- odezwała się przytulając go mocno.- To nie twoja wina, braciszku..- powtórzyła, całując go w policzek powoli się odsunęła.- Bądź szczęśliwy, Vincent.. Żegnaj, braciszku..- Chciała odejść, ale kawowooki zacisnął dłoń na jej i przyciągnął ją mocno.
-Gdyby nie ja...- Warknął z poczuciem winy.-Gdyby nie ja, nie musiałabyś przez to przechodzić! Czemu.. Czemu, do diabła, nie mogłem cię ochronić..?!- Zapytał z goryczą.- Czemu nie mogłem nic zrobić...?
-To już nieważne..- szepnęła ze wzrokiem wbitym w chodnik.- Pozwól mi po prostu odejść: tak będzie najlepiej..
-Najlepiej dla kogo? Dla niego, czy..?- Zaczął wściekły dryblas.
Juánita uniosła wzrok i spojrzała mu prosto w oczy.
-Dla nas obojga- odparła z chłodem.- Twoja siostra nie żyje, zrozum to wreszcie.! Zrozum, że musisz zapomnieć, że Juánita Cruz istniała.. Chcę, żebyś... Żebyś nie musiał już cierpieć przez mamę.. Kocham cię, braciszku, ale zapomnij o mnie. Dla własnego dobra...- Mimo wszystko sama nie potrafiła powstrzymać bólu.
Chwilę potem oba wampiry zniknęły.
Vincent z trudem tłumiąc szloch wsiadł do auta i odjechał. Kilkanaście metrów później usłyszałem huk i okropny zgrzyt giętej blachy.
Oboje tam pobiegliśmy.
***
Straż. Pogotowie. Policja..
Bezradnie patrzyliśmy, jak strażacy przy użyciu jakiegoś sprzętu rozcinają karoserię.
-Cholera...!- Zaklął jeden ze strażaków. Odepchnął partnera.- Nie szarp, idioto! Nie wyciągniesz go tak! Trzeba rozjebać kolumnę!- Warknął ostro, zarzucając na Vincenta jakąś płachtę wpakował się na siedzenie pasażera i rzucił coś jeszcze po czym zaparł się butami na przedniej szybie i zaczął pchać.
-Przeklęte japońskie auta, kurwa mać!- Przeklinał soczyście raz za razem kopiąc w szybę.
-Z auta coś leci... To benzyna..!- Jęknął najmłodszy strażak z przerażeniem.
Szyba puściła. Ktoś w biegu operował sprzętem. Rozległy się trzaski i zgrzyty. Facet wypychający wcześniej szybę wyleciał z wozu, jak z procy i okrążył Nissana.
-Wszyscy spierdalać, szybko!- Krzyknął ktoś inny.
Chwilę (lub wieczność) później strażacy ewakuowali Vincenta na bezpieczną odległość, a auto nagle stanęło w płomieniach...
|•••|
Szpital...
Tori wbiegła na oddział i widząc nieprzytomnego Vincenta pobladła i zachwiała się niebezpiecznie. Jeden z ratowników podtrzymał ją w pionie i wyprowadził z sali.
-Pani chłopak miał wypadek. Jego stan jest poważny..- Usłyszałem.
-Muszę być przy nim..- Do Tori wyraźnie to nie dotarło. Chciała być obok bez względu na wszystko.
-Jest pani w szoku..- siłą posadził szatynkę na jednym z krzeseł.
-Callisto... Michael..- Tori wstała widząc nas. Zaczęła pytać..

-Spotkał się z Juánitą.. Jakim cudem?- Zapytała smutno.
-Nie wiem, skąd wiedział..- odparła Callisto. Przytuliłem ją mocniej. Chciała powiedzieć coś jeszcze, ale Tori kontynuowała.
-Na pewno to nim zatrzęsło..- powiedziała cicho, z oczami wbitymi w podłogę.- A mnie znowu przy nim nie było!.- Wyrzuciła sobie ze złością.
-To nie twoja wina..- Odparł Paul, idąc ku nam.- To.. Przeze mnie..- zauważył dobitnie.- Powinienem trzymać się od was z daleka..
-Co ty chrzanisz?- Warknąłem. Łapiąc go za szmaty oparłem go mocno o ścianę i trzasnąłem nim.
-W końcu wszyscy wylądujecie przeze mnie w szpitalu, albo na cmentarzu!- odparł patrząc mi prosto w oczy.- Nie potrafię was ostrzec, za to świetnie umiem wysyłać kumpli na Intensywną! To przeze mnie on tu jest, gdybym zabrał mu te pierdolone kluczyki..
Nawet nie wiem, kiedy dłoń zwinęła się w pięść i zetknęła się z twarzą chłopaka.
-Przestań wreszcie!- Warknąłem ostro opuszczając rękę.- Wszyscy wiemy, że Vincenta nie da się powstrzymać, jak sobie coś zaplanuje. Wiesz, że on jest czasem kurewsko nieobliczalny... Jedyne, co możemy zrobić teraz, to opiekować się jego rodziną- powiedziałem cichym szeptem.
-Poradzę sobie- przerwała Tori cicho.
-Przymknij się; Miles- odparłem poważnie.- A ty się ogarnij, Tanner.
|•••|
Tori siedziała przy łóżku Vincenta całą noc. Pan Octavio przyjechał z małym zaraz po jej telefonie.
-Odpocznij trochę, Tori..- powiedział cicho.
-Zostanę przy nim..- odpowiedziała z naciskiem, biorąc dziecko na ręce. Chłopczyk uderzył w płacz.- Jesteś głodny, co?- Szepnęła pieszczotliwie do malca. Pochyliła się i pocałowała śpiącego narzeczonego w policzek, a potem wyszła na korytarz.

Chłopczyk zasnął spokojnie, lecz Tori cały czas siedziała przy łóżku. Pan Rodriguez stał przed salą i w milczeniu popijał kawę z automatu. Rozmyślał.
-Wracajcie do domów; zaopiekuję się Tori- oznajmił po dłuższej chwili.
-W porządku... Przyjdziemy jutro- Paul wyciągnął nas spojrzeniem.
Pożegnaliśmy się i ruszyliśmy korytarzem.

Paul oparł się o samochód i spojrzał w dal.
-Kurwa mać- zaklął dobitnie, otwierając drzwi Mazdy.
-Mówiłeś, że przewidziałeś wypadek Vincenta- zauważyła nagle Callisto.
-I co z tego?- Zapytał z niechęcią.- Co mi po "przewidywaniu przyszłości"; skoro i tak nic nie mogę potem zrobić?
Nie odzywałem się. Było mi wstyd, że sobie z tego żartowałem.
-Właściwie było mi lżej, gdy robiliście sobie z tego jaja- zwierzył się Tanner wycofując wóz z parkingu.- Przynajmniej nie bałem się tego.. Nie bałem się, że komuś coś się stanie..- Urwał nagle i zatrzymał samochód. Oczy stały się szkliste, a blada twarz przybrała ten dobrze mi znany niepokojący wyraz. Paul kolejny raz coś zobaczył. Za nami rozległy się wściekłe klaksony. W końcu inni kierowcy zaczęli nas omijać.
Po kilku minutach Paul ocknął się z tego stanu i z piskiem opon ruszył z miejsca.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Co jest grane? Paul, co się dzieje?- Zapytałam szybko.
Chłopak milczał zaciskając zęby. Jechał w stronę swojego domu.

-Zostańcie w aucie- nakazał wyciągając z bagażnika ciężki klucz do kół. Ruszył z nim w stronę garażu.
Michael wysiadł zaraz za nim.
-Nawet nie próbuj się stąd ruszyć- powiedział z naciskiem, biegnąc za Paulem. 
Michael Tyler, uczeń 2. klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Obaj skradaliśmy się cicho do wejścia od strony garażu. Paul szedł pierwszy, ostrożnie otworzył drzwi i wszedł do środka.
-Powinieneś mu, w końcu, powiedzieć prawdę; Marcus- oznajmił nieznajomy męski głos.
Marcus Tanner upił spory łyk bursztynowego płynu patrząc nieufnie na gościa.
-Może i nie jest moim rodzonym synem; ale traktuję go, jak własne dziecko; Ian.- Odparł lodowato.- Poza tym to ty zostawiłeś Julie, gdy była w ciąży.
-Wiesz, dlaczego to zrobiłem!- Odwarknął ostro nieznajomy, z trudem panując nad gniewem.- Wiesz, dlaczego musiałem..!- Ian powoli się cofnął i opuścił ręce.
-Właśnie, że nie mam pojęcia; więc wyjaśnij mi, do cholery!- Marcus Tanner rzucił w Ian'a pustym szkłem. Tamten pochwycił naczynie, ale nim odstawił je; ojciec Paula złapał go za poły kurtki i uderzył nim mocno o ścianę, patrząc mu w twarz powiedział:
-Powiem ci: od zawsze byłeś pieprzonym tchórzem; a jedyne, czego się bałeś, to zostać ojcem. Dlatego ją zostawiłeś!
-To nie tak..- Ian odetchnął ciężko.- Odszedłem tylko dlatego; że... Bałem się, że nie zapanuję nad tym i zabiję oboje! Nadal idzie mi to z trudem..
Paul wypuścił z palców klucz; który z trzaskiem wylądował na podłodze. Obaj mężczyźni zwrócili na nas wzrok. Nie usłyszeli, jak weszliśmy.
-Paul...- Zaczął Marcus Tanner cicho.
Chłopak odwrócił się na pięcie i wypchnął mnie, po czym wyszedł z domu, mówiąc:
-Jutro zabiorę swoje rzeczy- oznajmił krótko.
-Paul, zaczekaj..- Tanner wyszedł za nami, ale Paul nawet się nie odwrócił.

Droga zeszła nam w milczeniu. Callisto chyba dostrzegła, że coś się wydarzyło, ale nie pytała o nic.
-A ty dokąd?- Zapytałem, gdy Paul przełączył skrzynię na pierwszy bieg.
-Nieważne, chcę być sam- odparł odjeżdżając szybko.
Paul Vince Tanner, lewoskrzydłowy drużyny koszykówki; licealista drugiego roku. 
Sam nie wiedziałem, dokąd chcę pojechać. Długo kręciłem się bez celu po mieście. W końcu na obrzeżach miasta skręciłem w polną dróżkę prowadzącą do Nawiedzonej Farmy.

Długo siedziałem w samochodzie próbując się uspokoić. W moich uszach ciągle odbijały się słowa kogoś, kogo dotąd uważałem za swojego ojca. Byłem w rozsypce- smutny, wściekły i zraniony.. Traktowałem go, jak ojca; a przez osiemnaście lat wcale nie byłem jego synem...
W pewnej chwili usłyszałem ostry jazgot gitary.
-Seiren, daj żyć!.- Jęknął zrzędliwie głos jakiegoś chłopaka. Zobaczyłem niedaleko szarego busa.
-Spadaj, ciulu- odburknęła ostro.- Wziąłbyś się do roboty..
-Nie mam weny- odparował jej rozmówca.
-Jeszcze jedno piwo sobie strzel- odparła złośliwie, grając jakąś wolną melodię.- Matt. Nie śpij, tylko polewaj- rzuciła szturchając go mocno.
-Nie śpię; zagraj to jeszcze raz, ale w h- odpowiedział Matt.
Melodia nieco się zmieniła.
Usłyszałem lekkie skrobanie pióra po papierze. Po chwili zagrały dwie gitary.
-To ja sobie idę spać; jak skończycie dajcie znać- zarymował pierwszy głos.
-Ach, śpij kochanie; bo tej nocy było ostre chlanie- Zanucił trzeci z chłopaków.
-Przymknij się; Tom- prychnął Max.- No, to po maluchu na lepszy rozruch- rzucił  ziewając, stuknęło szkło. Max odetchnął głęboko. Gitary znów zaczęły grać. Blondyn siedział przy otwartych drzwiach busa i z zamkniętymi oczami wsłuchiwał się w melodię.
-Pasowałaby tu wiolonczela- odezwał się zamyślony.- Tom, masz już coś w pałce?- Spytał wolno.
-Jakiś pomysł jest..- stwierdził leniwie Tom. Znów coś zastukało.- Wiola, wiola... Chodźmy nakręcić pornooola...- rzucił z ironią.
-Ten pan już nie pije- zakpiła Seiren.
-Lej, nie pierdol- odparł z wesołym śmiechem.
Sięgnąłem do schowka i wyciągnąłem butelkę czystej. Rzadko piłem, tym bardziej gdzieś w plenerze; ale dziś musiałem się napić. W tej samej chwili z rozmyślań wyrywa mnie dzwonek telefonu. Nie patrząc na wyświetlacz odwracam go, a dźwięk milknie.
Upiłem spory łyk z gwinta i przełykając skrzywiłem się mrużąc oczy. Nie miałem ochoty z nikim gadać.

Następnego dnia...
-Ej, koleś!- Ktoś dobijał mi się do wozu.
Po omacku przekręciłem kluczyk i opuściłem szybę.
-Czego? Nie jestem w nastroju- burknąłem zirytowany gasząc zapłon wozu.
-Wszystko w porządku?- Zapytał natręt.
-Nie twój pierdolony interes; zjeżdżaj- odparłem opryskliwie.
-Zostaw go; Matthew. Wkurwiony jest- zawołał jeden z chłopaków.
-To nie moja wina, że nie mam z kim się najebać; bo wy wysiadacie- Odkrzyknął w tamtą stronę Matthew.- No, to jak będzie?- Spytał mnie szczerząc się w szerokim uśmiechu.
Spojrzałem na pustą butelkę leżącą na siedzeniu pasażera.
-Sory, gościu; ale nie mam co pić- odparłem niechętnie.
-A kogo to obchodzi; ważne że ja mam Arsenał- odparł wesoło.
Zamyśliłem się na dłużsży moment. Zaczynałem już odczuwać pierwsze objawy kaca.
-Nie martw się, ja stawiam- zagadnął Matt.
-Nie o to chodzi..- westchnąłem ciężko.
-Jesteś jakiś przybity- zauważył ostrożnie.
-Nie mam chęci o tym gadać- odparłem wysiadając. Zamknąłem Mazdę.
-Spoko, nie jestem wścibski- odpowiedział przyjaźnie Matt.
-Paul?-Zdziwiła się czerwonowłosa.
-Cześć; Diana- odparłem ze zmęczeniem.
-Znacie się?- Matt był zaskoczony.
-Chodzimy razem do klasy- wyjaśniła dziewczyna.
-Matt, procenty uciekają- stwierdził Max z ironią.
-Alkoholiki jebane, zostawcie mi coś..- Wybełkotał leżący na pace dryblas.- O kurna, ale mnie suszy...- Jęknął słabo.
-Odezwał się ten, co wczoraj z gwinta ciągnął- rzucił Max złośliwie.
-Sam go podpuściłeś- zauważyła Diana z ironią.
-No to brudzio- Matt podał mi piąty kieliszek i zakładając ramię za moje rzucił.- Matt jestem.
-Paul- wypiliśmy, przyciągnął mnie i objęliśmy się po bratersku.
Pozostali chłopcy tak samo powitali mnie bruderschaftem.
-Czas na drugą nogę- rzucił Tom polewając.
-Właściwie nigdy nie słyszałem o tym zwyczaju..
-To niemiecki ceremoniał zapoznawczy. Bruderschaft to po naszemu braterstwo- wyjaśnił Matt.
-Jesteś zbyt przystojny, jak na Niemca- palnąłem nieprzemyślanie, a reszta buchnęła rechotem.
-Matka jest Polką- uśmiechnął się Matt.
-Ej, powiedz coś po polsku. Słyszałem, że to zajebisty język- Rzucił Max strzelając kolejnego kielicha.
Matt spojrzał na niego z boku z zastanowieniem.
-Nie mówisz poważnie- stwierdził wolno.
-Zawsze jestem poważny- odparł blondyn wzruszając ramionami.
Matt rzucił szybko kilka obcych słów.
-O, w mordę- Jęknął Tom, a nam poopadały szczęki.
-Tak w sumie, co powiedziałeś?.- Zapytała z zaciekawieniem Diana.
-Powiedział, że powinno już was tu nie być- zauważył głos z niedaleka.
-Krzyżanowski..- warknął Matt nieufnie.
-Skąd go znasz?- Zdziwiłem się.
-Tanner..- Rafael zamyślił się na chwilę.- Ciekawe, gdzie Raven i ten drugi przybłęda..- Zauważył drwiąco.
-Największym przybłędą tutaj jesteś ty- odparował Matt.
Rafael zjawił się tuż przy nim i przyciągając go za szmaty odwarknął:
-Lepiej to odszczekaj; psie- powiedział z groźbą.
-Sam szczekaj nieco ciszej, brudny wampirze- Przesunąłem wzrokiem po głowni miecza przy gardle Rafaela i spojrzałem na trzymającą broń...
Caroline Raven.
-Córka diabelskiego Rodu- odparł chłodno Rafael.- Gdzie twoja stoczona kuzynka? W celi; czy może już w urnie?- Zakpił.
Wtedy cios buta posłał go w drzewo.
-Dla ciebie, śmieciu, pani Raven herbu Kruk- oznajmił orzechowooki chłopak lodowato.
W tej samej chwili z drzewa sfrunęły dwie postacie w granatowym odzieniu i pelerynach z kapturem na głowach.
-Ten chłopak jest nasz- oznajmił jeden z nich.
-Jest na terenie Rodu- odparł spokojnie, lecz chłodno chłopak.
-Devon Cristopher Victor - wampir przerzucił wzrok na dziewczynę- i Caroline Glory Amanda, dzieci drugiego syna, czwartego pokolenia Ravenów; herbu Kruk.
-Kim jesteście, jeśli mogę wiedzieć?- Zapytał Devon trzymając broń przy gardle Rafaela.
-Przysyła nas klan Vain- odparł uprzejmie rozmówca Devona.
-Po co?- Zapytał chłopak bez entuzjazmu.
-Po szczeniaka- wampir ruchem głowy wskazał Rafaela.
-Jest na łowczej ziemi, więc nie macie do niego praw- powiedziała Caroline; jakby przypominała im; gdzie ich miejsce.
-Tylko dlatego na razie uprzejmie proszę o wydanie dzieciaka- odpowiedział wampir zdejmując kaptur.
Był krótkowłosym szatynem o pięknej porcelanowej twarzy, ostrych rysach i wyraźnie zarysowanej szczęce, z oczami błyszczącymi szkarłatem. Wysoki na metr dziewięćdziesiąt i dość dobrze zbudowany.
-A jeśli cię nie posłucham?- Zapytał Devon obojętnie.
Wampir otworzył usta, by odpowiedzieć, lecz nagle on i jego towarzysz cofnęli się w głębokim ukłonie.
-Łowcy Rodu Kruka- przemówił delikatny, jak podzwanianie dzwonków kobiecy głos. Jej dłoń z trzaskiem zetknęła się z policzkiem szatyna.
-Pani..- odszepnął z czcią.
Callisto zeskoczyła z drzewa za Devonem.
-Nie zamierzaliśmy naruszać granic Pogromców; Głowo Rodu: Callisto Anabelle- Powiedziała przepraszająco nieznajoma zwracając się do Cally.
-Skoro już tu jesteście; musicie mieć ważny powód; pijawy- odpowiedziała turkusowooka chłodno, wsuwając z trzaskiem miecz w pochwę.
-Owszem- potaknęła kobieta spokojnie.- Przyszliśmy tu z artykułu trzysta piętnastego; Kodeksu Praw Stowarzyszenia Łowców, punkt siódmy, podpunkt d, z późniejszymi zmianami.
-Rozdział szesnasty: czyny przeciwko Arystokracji, ze szkodą dla ludzi. Artykuł ten; cytuję: "Wampir Czystej lub Szlachetnej krwi zobowiązany jest nie tworzyć nowych bez zgody Zwierzchnika Klanu, punkt siódmy: gdy wyżej wymieniony "dzieli się" z człowiekiem krwią lub w inny sposób okazuje Zwierzchnikowi nieposłuszeństwo; Zwierzchnik może: podpunkt d: gdy poszukiwany jest na ziemi łowczych i dostał azyl, ma prawo żądać jego wydania, w celu wymierzenia mu kary"- wyrecytowała Callisto beznamiętnie.- Wprowadzone zmiany mówią: "jeśli sprawca znajduje się na ziemi łowców; Zwierzchnika obowiązuje osobista prośba."
-Ty marny poziomie D..!- Warknął nienawistnie wampir rzucając się z bronią na Callisto.
Czarnowłosa wyciągając miecz skrzyżowała ostrze z przeciwnikiem i mocnym kopniakiem posłała go w zaspę.
-Być może nie doczytałam tego i owego, chyba wybaczysz mi to niedopatrzenie- odrzekła kobieta wyjątkowo uprzejmie. 
Devon i Caroline przyglądali się Callisto zamyśleni nad czymś.
-Jest taki paragraf?- Zapytał powoli Devon.
Callisto wyciągnęła z kieszeni bojówek małą niebieską książeczkę.
-Zaznaczone zagiętym rogiem- rzuciła do niego przedmiot. Devon otworzył ją i zaczął czytać.
-No, tak...- mruknął w zastanowieniu. Rafael ruszył się, kuzyn Callisto mocnym kopniakiem posłał wampira spowrotem na ziemię.- W końcu jesteś trochę wyżej w szkoleniu, Cally- lekki uśmiech przemknął przez jego twarz.
-Wpisz się wreszcie na egzamin i daj żyć, człowieku- Callisto odwzajemniła uśmiech, udając lekkie zniecierpliwienie.
Matt, Tom, Max i Diana obserwowali to w milczeniu.
-To Stowarzyszenie dało azyl temu brudasowi; więc radzę zwrócić się do przewodniczącego- powiedziała po długiej chwili turkusowooka.
-Ty ścierwny, bezczelny poziomie D...- Warknął drugi wampir w pelerynie sięgając do broni.
-Zaatakuj mnie na tej ziemi; powodzenia życzę- odparła drwiąco Callisto.- Bardzo proszę, by twoje psy szczekały nieco ciszej, pani Klanu Vain- zwróciła się spokojnie do kobiety.
-Powinieneś zamknąć jadaczkę i nie pyskować; skoro nie jesteś u siebie, koleś- Zauważył nagle Max, wypił kolejny kieliszek.
Wszyscy spojrzeli na niego zaskoczeni, że się na to odważył. Diana miała oczy wielkie, jak ping-pongi ze zdziwienia.
Wampir zjawił się tuż przed nim warcząc:
-Bo co? Bo ty tak mówisz?- Syknął z groźbą.
-Rusłan. Dość- oznajmiła chłodno kobieta.
Zakapturzony niechętnie usłuchał swojej pani i dołączył do otrzepującego się ze śniegu drugiego krwiopijcy.
-Oczywiście. Poproszę całą Radę, jeśli będzie to konieczne- odpowiedziała uprzejmie piękna kobieta.- Odchodzimy- zwróciła się do pozostałych dwóch.- Do zobaczenia, Raven.- Zniknęli
-Oby nie- Callisto z trudem powstrzymując rechot rzuciła coś do Devona, po niemiecku. Zabrali Rafaela i odeszli rozmawiając.
Co mu powiedziała?- Zapytali spojrzeniem Matta.
-Że ta kobieta powinna trzymać swoje psy na bardzo krótkiej smyczy, albo częściej wyprowadzać je na spacer, bo mają za dużo energii- przetłumaczył Matt odruchowo.
-I to ma być takie śmieszne?- Spytała wolno Diana.
-Wierz mi, oni mają nieco inne poczucie humoru niż my- odparł Matt, przechylając wolno kieliszek.
Chciałem o to zapytać, ale wyprzedziła mnie Diana.
-Skąd znasz Rafaela?- Zapytała zdziwiona.
-Miałem życie, zanim cię poznałem- zażartował, jakby na odczepne.
-Zlewasz mnie- stwierdziła przyglądając mu się z troską.
Matt oparł się o busa i spojrzał w błękitne niebo. Stał tak kilka minut pogrążony w myślach.
-Myślałem, że nie będę musiał do tego wracać..- powiedział w końcu cicho.
-Do czego wracać?- Zapytałem powoli.
Matt przysiadł na progu nadwozia i patrząc w dal odparł:
-Pewnie zauważyliście, że ja i Simon nie często ze sobą rozmawiamy...
-W ogóle nie rozmawiacie. Mijacie się nawet nie mówiąc sobie "cześć"- poprawił powoli Tom.
Matt uśmiechnął się słabo, wzdychając ciężko.
-Ma rację, że to moja wina- odparł smutno. Wziął gitarę i zaczął coś grać.- Gdyby nie ja, ona by nie przedawkowała.. Nie brałaby nic od Niego..- z wściekłością i rozżaleniem kopnął w karoserię.
-O czym ty mówisz?- Zapytał Max ostrożnie.
-O Charlotte; twojej poprzedniczce- wyjaśniła Diana.
-Przecież "Castiel" odeszła z zespołu, nie?- Zapytał Max wolno, używając przezwiska.
-Nie odeszła- Tom spojrzał pytająco na Matta, który skinął głową robiąc jękliwy riff. D zapisała to szybko w swoim notesie nut.- Wykończyły ją dragi, była dziewczyną Matta.
Max zamrugał.
-Nigdy o tym nie mówiłeś- powiedział zaskoczony.
-To był toksyczny związek; chciałem zapomnieć- oznajmił cicho Matt.- Podczas ostatniej naszej kłótni zagroziłem, że jeśli nie pójdzie na odwyk, rozstaniemy się. Do dziś pamiętam, co odpowiedziała:  i z ciebie musiałabym się wyleczyć. I trzasnęła drzwiami, a następnego dnia Simon znalazł ją martwą na łóżku..- Matt otworzył kolejną butelkę i polał.- Zamiast jej pomóc, stałem i patrzyłem; jak Charlotte z dnia na dzień coraz bardziej się stacza, zmienia się w chodzący wrak człowieka...- Matt próbował się uśmiechnąć, ale jego wyraz twarzy stał się płaczliwy. Wychylił szybko kieliszek.- Po tym, co się stało nie chcę się już z nikim wiązać.. Paul chyba się podobasz tej Caroline- zauważył nagle, spoglądając na mnie.
Drgnąłem szybko i spojrzałem nań z zaskoczeniem.
-Tak sądzisz?- Zapytałem niepewnie, upijając łyk jakiegoś soku.
-Pewnie- przytaknął ochoczo.- Ona wyraźnie się na ciebie gapiła... Co ja gadam(!) chrupała cię wzrokiem. Jak ciastko- poprawił się, a reszta zarechotała wesoło.
-Nie wiedziałem, że Raven ma rodzeństwo- powiedział Max.
-To kuzyni Callisto- poprawiłem go.
-Jak to kuzyni?- Zapytał Tom unosząc brwi.
-To dzieci młodszego brata ojca Cally- wyjaśniłem ze śmiechem.
-To ilu ten facet miał braci?- Zaczęła zaskoczona Diana, przeczesując palcami szopę czerwonych włosów.
-Trzech- Callisto zwisła z relingu na dachu busa.- Paul, możemy pogadać?- Rzuciła krótko zeskakując na śnieg.
-Spoko- Odparłem idąc za nią, choć przypuszczałem, o co chce zapytać.
***