Wyrwałam się Michaelowi. Zaskoczony chwycił mnie za ramię, odwrócił ku sobie i oparł o ścianę.
-Co z tobą?- Zdumiał się. W jego oczach odbiły się moje w barwie krwi.
-Nie mogę; Michael..- szepnęłam; oddychając ciężko, próbowałam wyjść ze składziku; ale Michael wciągnął mnie spowrotem i pocałował mnie mocno w usta.
-Już ci mówiłem; że możesz brać kiedy tylko będziesz potrzebować- odwarknął z irytacją.
-On gdzieś tu….- oddychając ciężko położyłam dłoń na gardle-…jest.
-Kto…?- Zajrzał mi głęboko w oczy.
-Ten śmieć…- Syknęłam z trudem.
W tym momencie otworzyły się drzwi naszej kryjówki. Oboje wylądowaliśmy na podłodze: ja na Michaelu.
Rozległ się chichot dwóch dziewczyn.
Tori Miles w towarzystwie Grace Ann.
-Cudownie; panie Tyler- burknęłam z irytacją spoglądając nań z góry.
Dwóch łowców słysząc hałasy przybiegło. Zobaczyłam Angello i Morgensterna.
-Mistrzu…
Jednak on wpatrywał się w Isobel.
-Dobry wieczór; Grace Ann- zwrócił się do czarnowłosej z zagadkowym uśmiechem.
-My się znamy…?- Zdziwiła się dziewczyna.
-Oczywiście; że się znamy. Ty po prostu udajesz głupią- odparł zbierając nas oboje z podłogi- To wcale nie wygląda niewinnie; młodzi.- Mrugnął do mnie.
Ruszyliśmy za Angello, obejrzałam się ukradkiem przez ramię.
Tori pytała o coś czarnowłosą. Grace Ann stała sztywno wyprostowana i wpatrywała się w brązowy płaszcz ze skórzanymi wstawkami, nie odpowiedziała. Na jej twarzy malowały się strach i zimna furia.
Mistrz również wiedział lub domyślał się; że Grace Ann żyje…
Szłam przy Michaelu rozmyślając nad wszystkimi zdarzeniami mającymi ostatnio miejsce. Wtedy wychwyciłam część rozmowy mistrza i przewodniczącego Stowarzyszenia.
-Czyli mówisz; że Krzyżanowscy i Link są..
-Bliską rodziną- dokończył spokojnie Angello.- Jest to dobrze ukrywane, w końcu kto chciałby mieć w rodzinie takiego potwora..
-COOO??!- Nie wytrzymałam i przerwałam ich rozmowę.
Obaj spojrzeli na mnie uważnie.
-Nie rób nic głupiego; Raven…- ostrzegł mnie Angello.
-Spodziewałam się tego po tobie; ale nie po nim- ruchem głowy wskazałam Morgensterna.- Wielkie dzięki; Mistrzu- dodałam z goryczą odchodząc.
-Wiesz, co? Macie właśnie „globalny kryzys”- Michael bez wahania ruszył za mną.
***
Kopnęłam ze złością porzuconą puszkę po piwie. Byłam wściekła i rozżalona. Tyle lat mu ufałam; a on.. oszukiwał mnie teraz, jak małe dziecko! Traktowałam go; jak rodzinę, a on zrobił ze mnie idiotkę. W imię czego? Po to, żeby mnie chronić? Jakoś w to nie wierzę…
-Co z tobą?- Zdumiał się. W jego oczach odbiły się moje w barwie krwi.
-Nie mogę; Michael..- szepnęłam; oddychając ciężko, próbowałam wyjść ze składziku; ale Michael wciągnął mnie spowrotem i pocałował mnie mocno w usta.
-Już ci mówiłem; że możesz brać kiedy tylko będziesz potrzebować- odwarknął z irytacją.
-On gdzieś tu….- oddychając ciężko położyłam dłoń na gardle-…jest.
-Kto…?- Zajrzał mi głęboko w oczy.
-Ten śmieć…- Syknęłam z trudem.
W tym momencie otworzyły się drzwi naszej kryjówki. Oboje wylądowaliśmy na podłodze: ja na Michaelu.
Rozległ się chichot dwóch dziewczyn.
Tori Miles w towarzystwie Grace Ann.
-Cudownie; panie Tyler- burknęłam z irytacją spoglądając nań z góry.
Dwóch łowców słysząc hałasy przybiegło. Zobaczyłam Angello i Morgensterna.
-Mistrzu…
Jednak on wpatrywał się w Isobel.
-Dobry wieczór; Grace Ann- zwrócił się do czarnowłosej z zagadkowym uśmiechem.
-My się znamy…?- Zdziwiła się dziewczyna.
-Oczywiście; że się znamy. Ty po prostu udajesz głupią- odparł zbierając nas oboje z podłogi- To wcale nie wygląda niewinnie; młodzi.- Mrugnął do mnie.
Ruszyliśmy za Angello, obejrzałam się ukradkiem przez ramię.
Tori pytała o coś czarnowłosą. Grace Ann stała sztywno wyprostowana i wpatrywała się w brązowy płaszcz ze skórzanymi wstawkami, nie odpowiedziała. Na jej twarzy malowały się strach i zimna furia.
Mistrz również wiedział lub domyślał się; że Grace Ann żyje…
Szłam przy Michaelu rozmyślając nad wszystkimi zdarzeniami mającymi ostatnio miejsce. Wtedy wychwyciłam część rozmowy mistrza i przewodniczącego Stowarzyszenia.
-Czyli mówisz; że Krzyżanowscy i Link są..
-Bliską rodziną- dokończył spokojnie Angello.- Jest to dobrze ukrywane, w końcu kto chciałby mieć w rodzinie takiego potwora..
-COOO??!- Nie wytrzymałam i przerwałam ich rozmowę.
Obaj spojrzeli na mnie uważnie.
-Nie rób nic głupiego; Raven…- ostrzegł mnie Angello.
-Spodziewałam się tego po tobie; ale nie po nim- ruchem głowy wskazałam Morgensterna.- Wielkie dzięki; Mistrzu- dodałam z goryczą odchodząc.
-Wiesz, co? Macie właśnie „globalny kryzys”- Michael bez wahania ruszył za mną.
***
Kopnęłam ze złością porzuconą puszkę po piwie. Byłam wściekła i rozżalona. Tyle lat mu ufałam; a on.. oszukiwał mnie teraz, jak małe dziecko! Traktowałam go; jak rodzinę, a on zrobił ze mnie idiotkę. W imię czego? Po to, żeby mnie chronić? Jakoś w to nie wierzę…
Walnęłam pięścią w drzewo z wściekłością.
-Jak mógł mnie okłamywać?!- Warknęłam raz za razem uderzając w pień spróchniałej brzozy. Kopnęłam mocno w pień.- I to wszystko za moimi plecami!!
Michael milczał; zaciskając zęby.
-A jeśli twoja teoria o tym, że ten wampir przejął kontrolę nad… Jak to było dalej….? Nad ciałem Rafaela…(?)-Zielonooki przewiesił marynarkę przez ramię i spojrzał w rozgwieżdżone niebo z zastanowieniem. Nagle otworzył usta, jakby strzelił w niego piorun i zamarł w bezruchu.
Przestałam walić w pień i odwróciłam się w jego stronę. Stałam z profilu patrząc nań ze zdziwieniem.
-Co w związku z tym?- Zapytałam z niechęcią.
Michael okrył mnie marynarką opierając mnie lekko o brzozę. Spojrzał mi głęboko w oczy, mówiąc:
-To wszystko ma sens; Callisto- odezwał się z namysłem.
Spojrzałam na niego powątpiewająco.
-Możesz mi powiedzieć; z łaski swojej; o co ci chodzi??- Zniecierpliwiłam się.
-Spokojnie; nerwusku- pocałował mnie lekko w usta, tym samym mnie uciszając. Spojrzałam na niego pytająco.- Mnie się wydaje, że to działa w obie strony… Bo dajmy na to: skoro wampir może człowieka.. no, jakby to powiedzieć…
-Zahipnotyzować..?- Podsunęłam nagle.
-Aha. Dzięki- rzucił.- To czemu wampir nie mógłby zahipnotyzować innego wampira?.- Zapytał retorycznie.
Puknęłam go otwartą dłonią w czoło; mówiąc z namysłem:
-A wiesz; że na to bym nie wpadła?
-Ej; to bolało- prychnął obrażony.
-Głupstwo; Tyler!- Odprychnęłam.- Właśnie podsunąłeś mi dość sensowną teorię i; być może; że mam tego wampira pod samym nosem..
-Widzę, że się trochę rozchmurzyłaś; Callisto…- zauważył odrobinę podejrzliwie; zaglądając mi w oczy.
-Powinniśmy być już w domu. Źle mi się myśli; gdy mam w gardle Saharę…- powiedziałam z wahaniem.
-Możesz wziąć ode mnie..- odparł cierpliwie.
-Wiesz; że nie powinnam tego robić…- nadal opierałam się tej „drugiej mnie”.
-Ufam ci, Callisto- szepnął rozpinając guziki koszuli.
-Jakie to romantyczne; patrzcie chłopaki!- Rozległ się okrzyk Rodrigueza.
Michael odwrócił się i jęknął znudzony:
-Znowu wy, bando pawianów?
Wtedy zauważyłam, że banda Rodrigueza wręcz paliła się do bójki.
-Zapłacisz za to; frajerze- warknał Paul, obracając w palcach kawałek metalowej rurki
-Zobaczymy- odparł drwiąco Michael.
Pozwolisz im na to ?
Będziesz stać i patrzeć, jak go ranią?
Wytrzymasz to; Cally..?
Moje serce zaczęło uderzać mocniej.
Zaczęło walić.
Jak młotem..
Potęgując ból; który czułam od kilku dni…
Michael z sykiem zablokował przedramieniem cios ręki trzymającej rurę. Cała czwórka rzuciła się nań. Vincent przycisnął mnie do pnia drzewa.
-Zabawmy się; Raven- zarechotał złośliwie. Był pijany, czułam od niego wódkę.
Uderzyłam go w głowę.
Spoliczkował mnie. Poczułam chwilowe zamroczenie; zauważyłam Michaela próbującego się wyrwać i ciskającego obelgi w stronę Vincenta.
-Tak; Rodriguez… Zabawimy się- uśmiechnęłam się krzywo patrząc mu w oczy.
Złapałam go za szmaty i zatopiłam kły w jego obojczyku.
Zawył z bólu. Ugryzienie w obojczyk bolało; jak diabli.
Bardziej jednak bolało; gdy wampir odbierał człowiekowi przemocą krew.
Straciłam nad sobą kontrolę. Puściłam nieprzytomnego Rodrigueza.
Reszta jego kumpli zaczęła się powoli cofać na widok moich czerwonych oczu. Rzuciłam się na Paula. Zamachnął się- chwyciłam drugi koniec rurki i przyciągnęłam go mocno; rzuciłam atakującym mnie Tomem w barierkę mostu; w którą uderzył z impetem tracąc przytomność.
Zack, Ethan i Matt postanowili mnie otoczyć, puszczając Michaela.
-Chcecie zabawy, to ją dostaniecie- burknęłam, wyrwałam Paulowi rurę, Ethan uchylił się, Matt dostał w żebra i upadł. Zack rzucił się do ucieczki, ale potknął się i uderzył w coś nogą. Krzyknął z bólu.
Miałam ochotę ich wszystkich pozabijać; ale Michael objął mnie mocno ramionami; szepcząc:
-Callisto; przestań.. Nie jesteś taka; jak oni… Proszę…
-Jak mógł mnie okłamywać?!- Warknęłam raz za razem uderzając w pień spróchniałej brzozy. Kopnęłam mocno w pień.- I to wszystko za moimi plecami!!
Michael milczał; zaciskając zęby.
-A jeśli twoja teoria o tym, że ten wampir przejął kontrolę nad… Jak to było dalej….? Nad ciałem Rafaela…(?)-Zielonooki przewiesił marynarkę przez ramię i spojrzał w rozgwieżdżone niebo z zastanowieniem. Nagle otworzył usta, jakby strzelił w niego piorun i zamarł w bezruchu.
Przestałam walić w pień i odwróciłam się w jego stronę. Stałam z profilu patrząc nań ze zdziwieniem.
-Co w związku z tym?- Zapytałam z niechęcią.
Michael okrył mnie marynarką opierając mnie lekko o brzozę. Spojrzał mi głęboko w oczy, mówiąc:
-To wszystko ma sens; Callisto- odezwał się z namysłem.
Spojrzałam na niego powątpiewająco.
-Możesz mi powiedzieć; z łaski swojej; o co ci chodzi??- Zniecierpliwiłam się.
-Spokojnie; nerwusku- pocałował mnie lekko w usta, tym samym mnie uciszając. Spojrzałam na niego pytająco.- Mnie się wydaje, że to działa w obie strony… Bo dajmy na to: skoro wampir może człowieka.. no, jakby to powiedzieć…
-Zahipnotyzować..?- Podsunęłam nagle.
-Aha. Dzięki- rzucił.- To czemu wampir nie mógłby zahipnotyzować innego wampira?.- Zapytał retorycznie.
Puknęłam go otwartą dłonią w czoło; mówiąc z namysłem:
-A wiesz; że na to bym nie wpadła?
-Ej; to bolało- prychnął obrażony.
-Głupstwo; Tyler!- Odprychnęłam.- Właśnie podsunąłeś mi dość sensowną teorię i; być może; że mam tego wampira pod samym nosem..
-Widzę, że się trochę rozchmurzyłaś; Callisto…- zauważył odrobinę podejrzliwie; zaglądając mi w oczy.
-Powinniśmy być już w domu. Źle mi się myśli; gdy mam w gardle Saharę…- powiedziałam z wahaniem.
-Możesz wziąć ode mnie..- odparł cierpliwie.
-Wiesz; że nie powinnam tego robić…- nadal opierałam się tej „drugiej mnie”.
-Ufam ci, Callisto- szepnął rozpinając guziki koszuli.
-Jakie to romantyczne; patrzcie chłopaki!- Rozległ się okrzyk Rodrigueza.
Michael odwrócił się i jęknął znudzony:
-Znowu wy, bando pawianów?
Wtedy zauważyłam, że banda Rodrigueza wręcz paliła się do bójki.
-Zapłacisz za to; frajerze- warknał Paul, obracając w palcach kawałek metalowej rurki
-Zobaczymy- odparł drwiąco Michael.
Pozwolisz im na to ?
Będziesz stać i patrzeć, jak go ranią?
Wytrzymasz to; Cally..?
Moje serce zaczęło uderzać mocniej.
Zaczęło walić.
Jak młotem..
Potęgując ból; który czułam od kilku dni…
Michael z sykiem zablokował przedramieniem cios ręki trzymającej rurę. Cała czwórka rzuciła się nań. Vincent przycisnął mnie do pnia drzewa.
-Zabawmy się; Raven- zarechotał złośliwie. Był pijany, czułam od niego wódkę.
Uderzyłam go w głowę.
Spoliczkował mnie. Poczułam chwilowe zamroczenie; zauważyłam Michaela próbującego się wyrwać i ciskającego obelgi w stronę Vincenta.
-Tak; Rodriguez… Zabawimy się- uśmiechnęłam się krzywo patrząc mu w oczy.
Złapałam go za szmaty i zatopiłam kły w jego obojczyku.
Zawył z bólu. Ugryzienie w obojczyk bolało; jak diabli.
Bardziej jednak bolało; gdy wampir odbierał człowiekowi przemocą krew.
Straciłam nad sobą kontrolę. Puściłam nieprzytomnego Rodrigueza.
Reszta jego kumpli zaczęła się powoli cofać na widok moich czerwonych oczu. Rzuciłam się na Paula. Zamachnął się- chwyciłam drugi koniec rurki i przyciągnęłam go mocno; rzuciłam atakującym mnie Tomem w barierkę mostu; w którą uderzył z impetem tracąc przytomność.
Zack, Ethan i Matt postanowili mnie otoczyć, puszczając Michaela.
-Chcecie zabawy, to ją dostaniecie- burknęłam, wyrwałam Paulowi rurę, Ethan uchylił się, Matt dostał w żebra i upadł. Zack rzucił się do ucieczki, ale potknął się i uderzył w coś nogą. Krzyknął z bólu.
Miałam ochotę ich wszystkich pozabijać; ale Michael objął mnie mocno ramionami; szepcząc:
-Callisto; przestań.. Nie jesteś taka; jak oni… Proszę…
Jego szept…
Był dla mnie..
Jak rozkaz.
Był dla mnie..
Jak rozkaz.
Puściłam rurę. Zaskoczony Paul wywrócił się na ziemię. Ethan pozbierał go i, nadal obserwując mnie ze strachem; pobiegł gdzieś. Chwilę potem podjechał, należącym do Toma, Jeepem. Upchnęli wszystkich i odjechali z piskiem opon.
Patrzyłam za nimi obejmowana przez Michaela.
-Co jeśli oni komuś o tym powiedzą..?- zielonooki był wystraszony.
-Nie pisną nawet słówka- odparłam nadal patrząc na drogę, gdzie zniknął Jeep.
-Skąd możesz mieć pewność??- Michael rozzłościł się nagle.
-Nikt im nie uwierzy; albo większość tych głąbów wmówi sobie; że to tylko sen; coś w rodzaju snu… czy jakieś pijackie urojenia.- Wzruszyłam ramionami.- Oni wszyscy byli pijani, Michael.. I tylko to uznają za fakt- wyswobodziłam się z jego objęć i splunęłam krwią. Ruszyłam przed siebie; mówiąc krótko.- W myśl pierwszej zasady tajnych stowarzyszeń; takich, jak nasze, która brzmi: WAMPIRY NIE ISTNIEJĄ; a którą powinieneś wbić sobie do głowy: nic się nie wydarzyło.
-A zasada pierwsza, cytuję: „Wszystko jest super, poza robieniem sobie wrogów”?- Spytał powoli.
-Zapomnij, że tego typu zasada istniała- wzruszyłam ramionami obojętnie.
-Czasami naprawdę za tobą nie nadążam; Callisto- powiedział kręcąc głową z niedowierzaniem.
***
Dwa dni później; ósmy listopada.
Beknęłam przeciągle; z bujanego fotela przy oknie zawtórowało mi o wiele potężniejsze beknięcie.
-Przyjęło się..- zamruczał z zadowoleniem zielonooki.
-Trzeba się raz na dwa tygodnie zdrowo odchamić- przytaknęłam ze śmiechem układając piramidę z puszek po Fancie.- Jak ci poszło na ostatnim teście z trygonometrii?
-Szczerze? Pewnie go obleję- westchnął rzucając zeszyt od fizy.- Fizykę też pewnie jutro obleję. Im bliżej grudnia; tym bardziej mi się nie chce…- stwierdził, wrzucając zeszyt do plecaka.- Callisto…
-Aha?- Odetchnęłam głębiej i puszkowa piramida rozleciała się.
-Nie sądzisz; że Grace Ann coś kombinuje?- Spytał nagle.
Odsunęłam zeszyt sprzed twarzy i spojrzałam nań uważnie.
-Raczej wątpię; żeby teraz zaryzykowała. Jeśli jest tak, jak mówisz… Jeśli istotnie moja siostra coś kombinuje; to napewno poczeka ze swoim planem; aż nie uspokoi się sytuacja w mieście…- odparłam z namysłem, ciągnąc przez słomkę transfuzyjną.
-Zaczynasz ją ignorować; a to do ciebie niepodobne; Callisto- zaczął z troską.
-Nie ignoruję- zaprzeczyłam.- Po prostu czekam na jej ruch.
-Nie rozumiem…- stwierdził ze zdziwieniem; patrząc krzywo na torebkę krwi w mojej dłoni.
-Grałeś kiedyś w szachy?- Spytałam. Ruchem głowy zaprzeczył.- Kilka figur mam na wyciągnięcie ręki. Tori Miles jest na ten przykład gońcem- zamarłam z ostatnią puszką nad prawie ukończoną piramidą.
-Jakim gońcem, co ty…?- Zdumiał się.
-Tori to niezła plotkara; obgada każdego; kogo może- ustawiłam puszkę i wieżyczka runęła znowu.- Chodzi o to; że Tori puści w ruch każdą plotkę; która wyda się interesująca; to nic, że przyjaźni się z „Isobel”. Nie będzie problemem obrócić je przeciwko sobie. A gdyby dobrze poszło.. przy nieocenionej głupocie Tori; mamy szach-mat dla Grace Ann- wzruszyłam ramionami.
-Spoko. Plan wydaje się prosty; ale… Co jak coś nie wypali?- Sprowadził mnie na ziemię rozsądnie.
-Mam jeszcze plany B i C, może się przydadzą..- odpowiedziałam spokojnie.
-Czy te plany obejmują naginanie lub łamanie regulaminu szkoły?- Zapytał z nadzieją.
-A jeśli nawet?- Spojrzałam nań unosząc brew.
-Chętnie bym w to wszedł, wiesz…?- Uśmiechnął się.
Patrzyłam za nimi obejmowana przez Michaela.
-Co jeśli oni komuś o tym powiedzą..?- zielonooki był wystraszony.
-Nie pisną nawet słówka- odparłam nadal patrząc na drogę, gdzie zniknął Jeep.
-Skąd możesz mieć pewność??- Michael rozzłościł się nagle.
-Nikt im nie uwierzy; albo większość tych głąbów wmówi sobie; że to tylko sen; coś w rodzaju snu… czy jakieś pijackie urojenia.- Wzruszyłam ramionami.- Oni wszyscy byli pijani, Michael.. I tylko to uznają za fakt- wyswobodziłam się z jego objęć i splunęłam krwią. Ruszyłam przed siebie; mówiąc krótko.- W myśl pierwszej zasady tajnych stowarzyszeń; takich, jak nasze, która brzmi: WAMPIRY NIE ISTNIEJĄ; a którą powinieneś wbić sobie do głowy: nic się nie wydarzyło.
-A zasada pierwsza, cytuję: „Wszystko jest super, poza robieniem sobie wrogów”?- Spytał powoli.
-Zapomnij, że tego typu zasada istniała- wzruszyłam ramionami obojętnie.
-Czasami naprawdę za tobą nie nadążam; Callisto- powiedział kręcąc głową z niedowierzaniem.
***
Dwa dni później; ósmy listopada.
Beknęłam przeciągle; z bujanego fotela przy oknie zawtórowało mi o wiele potężniejsze beknięcie.
-Przyjęło się..- zamruczał z zadowoleniem zielonooki.
-Trzeba się raz na dwa tygodnie zdrowo odchamić- przytaknęłam ze śmiechem układając piramidę z puszek po Fancie.- Jak ci poszło na ostatnim teście z trygonometrii?
-Szczerze? Pewnie go obleję- westchnął rzucając zeszyt od fizy.- Fizykę też pewnie jutro obleję. Im bliżej grudnia; tym bardziej mi się nie chce…- stwierdził, wrzucając zeszyt do plecaka.- Callisto…
-Aha?- Odetchnęłam głębiej i puszkowa piramida rozleciała się.
-Nie sądzisz; że Grace Ann coś kombinuje?- Spytał nagle.
Odsunęłam zeszyt sprzed twarzy i spojrzałam nań uważnie.
-Raczej wątpię; żeby teraz zaryzykowała. Jeśli jest tak, jak mówisz… Jeśli istotnie moja siostra coś kombinuje; to napewno poczeka ze swoim planem; aż nie uspokoi się sytuacja w mieście…- odparłam z namysłem, ciągnąc przez słomkę transfuzyjną.
-Zaczynasz ją ignorować; a to do ciebie niepodobne; Callisto- zaczął z troską.
-Nie ignoruję- zaprzeczyłam.- Po prostu czekam na jej ruch.
-Nie rozumiem…- stwierdził ze zdziwieniem; patrząc krzywo na torebkę krwi w mojej dłoni.
-Grałeś kiedyś w szachy?- Spytałam. Ruchem głowy zaprzeczył.- Kilka figur mam na wyciągnięcie ręki. Tori Miles jest na ten przykład gońcem- zamarłam z ostatnią puszką nad prawie ukończoną piramidą.
-Jakim gońcem, co ty…?- Zdumiał się.
-Tori to niezła plotkara; obgada każdego; kogo może- ustawiłam puszkę i wieżyczka runęła znowu.- Chodzi o to; że Tori puści w ruch każdą plotkę; która wyda się interesująca; to nic, że przyjaźni się z „Isobel”. Nie będzie problemem obrócić je przeciwko sobie. A gdyby dobrze poszło.. przy nieocenionej głupocie Tori; mamy szach-mat dla Grace Ann- wzruszyłam ramionami.
-Spoko. Plan wydaje się prosty; ale… Co jak coś nie wypali?- Sprowadził mnie na ziemię rozsądnie.
-Mam jeszcze plany B i C, może się przydadzą..- odpowiedziałam spokojnie.
-Czy te plany obejmują naginanie lub łamanie regulaminu szkoły?- Zapytał z nadzieją.
-A jeśli nawet?- Spojrzałam nań unosząc brew.
-Chętnie bym w to wszedł, wiesz…?- Uśmiechnął się.
Nazajutrz rano. Szkoła.
-Witaj masakro- rzuciliśmy równocześnie ze zmęczeniem.
Kuliśmy całą noc i niewiele mieliśmy w głowach. Właściwie to nic ta nauka nam nie dała, prócz ziewania i przeklinania pod nosem.
Michael przeciągnął się ziewając i rzucił bezceremonialnie:
-Obleję, jak w mordę strzelił.
-Nie dobijaj mnie; jak już ktoś tu obleje, to na pewno ja- uśmiechnęłam się szeroko; choć wcale nie było mi do śmiechu.
Ruszyliśmy jak na ścięcie na pierwszą godzinę lekcyjną, czyli fizykę.
-No, to idziemy wprost w paszczę lwa- stwierdziłam kwaśno, trzaskając drzwiczkami szafki.
-Polowanie na czarownice czas zacząć- odparł z ironią Michael, zamykając z buta swoją szafkę.
Wybuchnęłam szczerym i wesołym śmiechem.
Profesor Black, istotnie jak mówił Michael, zaliczała się do grona czarownic. Nie dość, że była niezbyt urodziwa, to jeszcze niemożliwie wredna i okropna.
Jej czarnych jak noc badawczych oczu bała się większość licealistów (no, to ja już się nie zastanawiam co by było, gdyby zobaczyli moje..), jej postać za sobą budziła ciary na plecach, a nigdy nie można się było spodziewać, kiedy daną osobę obierze sobie za cel, ponieważ jej kroki były tak ciche, że prawie bezszelestne. Tylko wyczulony słuch ratował mnie, gdy u niej ściągałam.
A propos ściąg… Te spoczywały sobie bezpiecznie za mankietem żakietu mundurka, czekając na swoją kolej..
Dochodząc do klasy usłyszeliśmy szepty. Nigdzie nie zauważyłam Tori Miles; a tym bardziej Isobel, a właściwie: Grace Ann. Wszyscy wiedzieli, że pokłociły się podczas Balu; ale nikt nie wiedział, o co im poszło. Może Tori nie spodobała się kandydatura Isobel na Królową Śniegu, a może wstrząsnęły nią słowa Morgensterna i zechciała poznać prawdę i z tego powodu wybuchła między nimi sprzeczka? A może, z kolei, poszło o jakieś plotki, które ktoś inny rozpuścił po pijaku?
Jednak ich nieobecność w szkole wydała mi się nie tyle zastanawiająca; co nadzwyczaj podejrzana.
Być może był to oczekiwany, a raczej nieoczekiwany, ruch Grace Ann?
-Ciekawe…- mruknęłam pod nosem.
Michael rozglądał się ukradkowo, aczkolwiek uważnie.
-Rafael zjawił się w szkole- rzucił półgłosem.
-Coś mi tu śmierdzi- odparłam przyciszonym głosem.
Michael skinął głową, zgadzając się ze mną, gdy nadeszła Black z dziennikiem, kubkiem kawy (na który większość patrzyła z rozmarzeniem) i kluczem do sali lekcyjnej, którą ‚wielcy przedwieczni’; czyli nasi poprzednicy ochrzcili mianem: sali tortur.
-Witaj masakro- rzuciliśmy równocześnie ze zmęczeniem.
Kuliśmy całą noc i niewiele mieliśmy w głowach. Właściwie to nic ta nauka nam nie dała, prócz ziewania i przeklinania pod nosem.
Michael przeciągnął się ziewając i rzucił bezceremonialnie:
-Obleję, jak w mordę strzelił.
-Nie dobijaj mnie; jak już ktoś tu obleje, to na pewno ja- uśmiechnęłam się szeroko; choć wcale nie było mi do śmiechu.
Ruszyliśmy jak na ścięcie na pierwszą godzinę lekcyjną, czyli fizykę.
-No, to idziemy wprost w paszczę lwa- stwierdziłam kwaśno, trzaskając drzwiczkami szafki.
-Polowanie na czarownice czas zacząć- odparł z ironią Michael, zamykając z buta swoją szafkę.
Wybuchnęłam szczerym i wesołym śmiechem.
Profesor Black, istotnie jak mówił Michael, zaliczała się do grona czarownic. Nie dość, że była niezbyt urodziwa, to jeszcze niemożliwie wredna i okropna.
Jej czarnych jak noc badawczych oczu bała się większość licealistów (no, to ja już się nie zastanawiam co by było, gdyby zobaczyli moje..), jej postać za sobą budziła ciary na plecach, a nigdy nie można się było spodziewać, kiedy daną osobę obierze sobie za cel, ponieważ jej kroki były tak ciche, że prawie bezszelestne. Tylko wyczulony słuch ratował mnie, gdy u niej ściągałam.
A propos ściąg… Te spoczywały sobie bezpiecznie za mankietem żakietu mundurka, czekając na swoją kolej..
Dochodząc do klasy usłyszeliśmy szepty. Nigdzie nie zauważyłam Tori Miles; a tym bardziej Isobel, a właściwie: Grace Ann. Wszyscy wiedzieli, że pokłociły się podczas Balu; ale nikt nie wiedział, o co im poszło. Może Tori nie spodobała się kandydatura Isobel na Królową Śniegu, a może wstrząsnęły nią słowa Morgensterna i zechciała poznać prawdę i z tego powodu wybuchła między nimi sprzeczka? A może, z kolei, poszło o jakieś plotki, które ktoś inny rozpuścił po pijaku?
Jednak ich nieobecność w szkole wydała mi się nie tyle zastanawiająca; co nadzwyczaj podejrzana.
Być może był to oczekiwany, a raczej nieoczekiwany, ruch Grace Ann?
-Ciekawe…- mruknęłam pod nosem.
Michael rozglądał się ukradkowo, aczkolwiek uważnie.
-Rafael zjawił się w szkole- rzucił półgłosem.
-Coś mi tu śmierdzi- odparłam przyciszonym głosem.
Michael skinął głową, zgadzając się ze mną, gdy nadeszła Black z dziennikiem, kubkiem kawy (na który większość patrzyła z rozmarzeniem) i kluczem do sali lekcyjnej, którą ‚wielcy przedwieczni’; czyli nasi poprzednicy ochrzcili mianem: sali tortur.
Rozdanie arkuszy testowych odbywało się w absolutnej ciszy. Nikt nie narzekał, nikt nie mruczał pod nosem. Cicho, jak w trumnie.
-Zaczynamy, uczniowie- rzuciła krótko.
Czas było zastosować grę z serii: ‚oszukać przeznaczenie’ i zastosować dość niebezpieczną, ale sprawdzoną technikę ściągania…
-Zaczynamy, uczniowie- rzuciła krótko.
Czas było zastosować grę z serii: ‚oszukać przeznaczenie’ i zastosować dość niebezpieczną, ale sprawdzoną technikę ściągania…
-Rodriguez, pracujemy samodzielnie- rzuciła z naciskiem Black.
Przechadzała się przez salę z kubkiem kawy w dłoniach, skutecznie dekoncentrując osoby, które nie zdążyły się odpowiednio przed lekcją doładować. To doładowanie nazywało się: KOPNIAK od: „kawa od pana naprzeciwko informatycznej na korytarzu”; albo PALIWO od „puszka aluminiowa lata i wali obuchem”, bo ten automat czasem rzuca kilkoma puszkami naraz. Mieli go naprawić, ale jak zwykle skończyło się na „mieli”.
Rozejrzałam się, by określić pozycję Black- robiła kolejne okrążenie po sali, była zbyt daleko ode mnie. Michael spisywał kilka zdań ode mnie, bacząc by miały inny sens, żeby czarownica Black się nie pokapowała.
Minuty wlokły się w nieskończoność, kilka zadań celowo spieprzyłam, Michael nie spisywał, wiedząc które odwalam na odstrzał. Dwa nawet pominęłam. Za to on pisał wszystkie, mając gdzieś, czy będzie dobrze; czy niekoniecznie.
Nadal nie było Isobel i Tori.
-Czas minął- rzuciła krótko Black.
wcisnęłam guzik i bezszelestnie wsunęłam ściągę pod mankiet żakietu.
Idealne rozwiązanie. Nigdy nie lubiłam tej bransoletki; ale teraz okazywała się wyjątkowo przydatna.
-Raven; Tyler zbierzcie arkusze proszę- zwróciła się do nas Black.
-To, do zobaczenia za trzy minuty- rzuciliśmy szturchając się lekko pod ławką. I zabraliśmy się roboty.
***
Nadal nie było Isobel i Tori..
Kilka lekcji później pożegnałam się z Michaelem, który szedł na wychowanie fizyczne i powlokłam się do sali rosyjskiego, który miałam dziś zamiast francuza. Jutro będzie gorzej, bo mam niemiecki, który szedł mi przeciętnie. Potrafiłam płynnie mówić w tym języku, gdyż często rozmawiałam z mistrzem głównie właśnie w jego rodowitym języku; za to napisać podczas testu nie za bardzo umiałam; dlatego wiedziałam, że Krausse napewno pod koniec semestru zapyta; czemu „zu hölle”, skoro dobrze mówię, za diabła nie umiem nic napisać.
Ech… Dobrze, że jest tak miły, że raczy zapowiedzieć kartkówkę…
***
Nadal nie ma Tori..
Nie powiem, żeby jej nieobecność mi przeszkadzała, ale zwykle najpóźniej zjawiała się na trzeciej lekcji. Dalsza jej nieobecność była trochę niepokojąca. Nie opuszczała żadnego dnia szkoły- nawet w gimnazjum nigdy nie opuściła ani godziny lekcji, wiem, bo znałam ją od podstawówki.
Co tu jest grane…?
-Donnerwetter!.- Zaklęłam cicho po niemiecku, z wyjątkowym niezadowoleniem, gdy wpadłam na Paula; spieszącego się dokądś.
-Raven, nie macie niemieckiego, a my wuefu.
-??- Rzuciłam mu pytające spojrzenie. Coś było nie halo.
-Zamiast tego mamy wychowawczą- tu ściszył głos.- Podobno Tori zaginęła…
-Jak „zaginęła”?- Zdumiałam się.
-Mnie pytasz? Sam chciałbym wiedzieć, skoro po ostatniej imprezie odwiozłem ją z Vincentem pod sam dom..- Zauważył, nagle spojrzał na mnie i powiedzieliśmy równocześnie:
-Chyba, że Isobel coś wie…
-Dobra; powiem reszcie, że zmiana planu- rzucił i ruszył biegiem w stronę sal językowych.
Przechadzała się przez salę z kubkiem kawy w dłoniach, skutecznie dekoncentrując osoby, które nie zdążyły się odpowiednio przed lekcją doładować. To doładowanie nazywało się: KOPNIAK od: „kawa od pana naprzeciwko informatycznej na korytarzu”; albo PALIWO od „puszka aluminiowa lata i wali obuchem”, bo ten automat czasem rzuca kilkoma puszkami naraz. Mieli go naprawić, ale jak zwykle skończyło się na „mieli”.
Rozejrzałam się, by określić pozycję Black- robiła kolejne okrążenie po sali, była zbyt daleko ode mnie. Michael spisywał kilka zdań ode mnie, bacząc by miały inny sens, żeby czarownica Black się nie pokapowała.
Minuty wlokły się w nieskończoność, kilka zadań celowo spieprzyłam, Michael nie spisywał, wiedząc które odwalam na odstrzał. Dwa nawet pominęłam. Za to on pisał wszystkie, mając gdzieś, czy będzie dobrze; czy niekoniecznie.
Nadal nie było Isobel i Tori.
-Czas minął- rzuciła krótko Black.
wcisnęłam guzik i bezszelestnie wsunęłam ściągę pod mankiet żakietu.
Idealne rozwiązanie. Nigdy nie lubiłam tej bransoletki; ale teraz okazywała się wyjątkowo przydatna.
-Raven; Tyler zbierzcie arkusze proszę- zwróciła się do nas Black.
-To, do zobaczenia za trzy minuty- rzuciliśmy szturchając się lekko pod ławką. I zabraliśmy się roboty.
***
Nadal nie było Isobel i Tori..
Kilka lekcji później pożegnałam się z Michaelem, który szedł na wychowanie fizyczne i powlokłam się do sali rosyjskiego, który miałam dziś zamiast francuza. Jutro będzie gorzej, bo mam niemiecki, który szedł mi przeciętnie. Potrafiłam płynnie mówić w tym języku, gdyż często rozmawiałam z mistrzem głównie właśnie w jego rodowitym języku; za to napisać podczas testu nie za bardzo umiałam; dlatego wiedziałam, że Krausse napewno pod koniec semestru zapyta; czemu „zu hölle”, skoro dobrze mówię, za diabła nie umiem nic napisać.
Ech… Dobrze, że jest tak miły, że raczy zapowiedzieć kartkówkę…
***
Nadal nie ma Tori..
Nie powiem, żeby jej nieobecność mi przeszkadzała, ale zwykle najpóźniej zjawiała się na trzeciej lekcji. Dalsza jej nieobecność była trochę niepokojąca. Nie opuszczała żadnego dnia szkoły- nawet w gimnazjum nigdy nie opuściła ani godziny lekcji, wiem, bo znałam ją od podstawówki.
Co tu jest grane…?
-Donnerwetter!.- Zaklęłam cicho po niemiecku, z wyjątkowym niezadowoleniem, gdy wpadłam na Paula; spieszącego się dokądś.
-Raven, nie macie niemieckiego, a my wuefu.
-??- Rzuciłam mu pytające spojrzenie. Coś było nie halo.
-Zamiast tego mamy wychowawczą- tu ściszył głos.- Podobno Tori zaginęła…
-Jak „zaginęła”?- Zdumiałam się.
-Mnie pytasz? Sam chciałbym wiedzieć, skoro po ostatniej imprezie odwiozłem ją z Vincentem pod sam dom..- Zauważył, nagle spojrzał na mnie i powiedzieliśmy równocześnie:
-Chyba, że Isobel coś wie…
-Dobra; powiem reszcie, że zmiana planu- rzucił i ruszył biegiem w stronę sal językowych.
-Wasza koleżanka Tori Miles zaginęła…- oznajmiła nasza wychowawczyni.
Klasa zamilkła. Z tylnych ławek rozległ się huk; Rodriguez zaliczył twarde lądowanie wraz z krzesłem.
-Jjak to?- Zapytał stłumionym głosem, siadając spowrotem.- Kiedy?
-Prawdopodobnie w sobotę, w okolicach czwartej rano- odparła policjantka, przedstawiająca się nazwiskiem Quinn.
-Chcielibyśmy się dowiedzieć, co wiecie na ten temat- oznajmił jej partner, Bolt.
Wtedy w klasie zaczęło wrzeć. Wszyscy przekrzykiwali się wzajemnie.
-Chyba miałeś rację; Michael…
-Co…?- Odparł zdziwiony.
-To może być kolejny ruch Grace Ann..- odparłam grobowo.
Na szczęście zagłuszył mnie huk dziennika, którym nauczycielka trzasnęła w biurko. Zapadła cisza.
-Nie jeden przez drugiego- oznajmiła krótko.- Państwo policjanci przesłuchają was po kolei. A gdzie Benett?- Spytała nagle.
-Nie ma- odezwało się kilka głosów.
-No cóż… Cold zapraszam, reszta proszę na korytarz.
Tłumnie opuściliśmy klasę. Na korytarzu zaczęło się gadanie.
Klasa zamilkła. Z tylnych ławek rozległ się huk; Rodriguez zaliczył twarde lądowanie wraz z krzesłem.
-Jjak to?- Zapytał stłumionym głosem, siadając spowrotem.- Kiedy?
-Prawdopodobnie w sobotę, w okolicach czwartej rano- odparła policjantka, przedstawiająca się nazwiskiem Quinn.
-Chcielibyśmy się dowiedzieć, co wiecie na ten temat- oznajmił jej partner, Bolt.
Wtedy w klasie zaczęło wrzeć. Wszyscy przekrzykiwali się wzajemnie.
-Chyba miałeś rację; Michael…
-Co…?- Odparł zdziwiony.
-To może być kolejny ruch Grace Ann..- odparłam grobowo.
Na szczęście zagłuszył mnie huk dziennika, którym nauczycielka trzasnęła w biurko. Zapadła cisza.
-Nie jeden przez drugiego- oznajmiła krótko.- Państwo policjanci przesłuchają was po kolei. A gdzie Benett?- Spytała nagle.
-Nie ma- odezwało się kilka głosów.
-No cóż… Cold zapraszam, reszta proszę na korytarz.
Tłumnie opuściliśmy klasę. Na korytarzu zaczęło się gadanie.
-Raven, jesteś następna- rzucił Silver.
-Zaczyna się…- mruknęłam do Michaela.
Powoli weszłam do klasy i usiadłam w pierwszej ławce.
Standardowe pytanie, co robiłam między trzecią, a piątą rano w sobotę, przełknęłam spokojnie, odpowiadając:
-Byłam na balu i gadałam z DJ-em, który jest moim dobrym znajomym.
-Ktoś może to potwierdzić?
Chwilowa zlewka.
-Poza Haruką… znaczy tym DJ-em… mój przyjaciel, z którym byłam na imprezie..- odpowiedziałam patrząc na niego.
-…Który nazywa się…- ciągnął mnie za język.
-Michael Tyler- oznajmiłam krótko.
-Czy na tej imprezie ktoś pokłocił się z zaginioną?
-Napewno powiem pani to, co reszta… Podobno pokłóciła się z Grace Ann…-Palnęłam nieprzemyślanie. Po chwili zrozumiałam pomyłkę i poprawiłam się.- Isobel Benett, przepraszam…
-Ty, coś wiesz o tej nowej; Raven…- zauważyła nagle nauczycielka.
-To znaczy?- Podjął uprzejmie Bolt.
Donnerwetter; schrzaniłam sprawę.
Milczałam długą chwilę zastanawiając się.
-Nie- zaprzeczyłam opanowanym głosem.
-Wyczuję kłamstwo licealisty na kilometr; a ty kiepsko kłamiesz. Zwłaszcza, że dwa tygodnie temu było spięcie między wami na lekcji wuefu.
No, to żeś mnie udupiła. Dzięki wielkie, pani profesor..
-Zdarza się, ale nie widzę związku..
-Wtedy też podobno nazwałaś Isobel: Grace Ann- Uuuuch!. Jakie to babsko uparte.! ….- Omal też nie doszło między wami do bójki.
Może gdybym wtedy skręciła tej dziwce kark; Miles by nie zniknęła…
-Cóż.. Jak pani wie dziewięć miesięcy temu straciłam rodziców, a moja przyszywana siostra zniknęła; tak samo, jak teraz Tori.
-Jak stracili życie twoi rodzice?- Zapytał Bolt z wahaniem.
Spojrzałam nań niechętnie.
-To nie ma związku- odparłam krótko.
Ktoś zapukał, policjantka skinęła głową.
-Proszę- rzuciła nauczycielka z niepokojem.
Do klasy wszedł mistrz, zerwałam się z krzesła i stałam wpatrując się w niego.
-Dzień dobry- rzucił krótko, ze mną przywitał się skinieniem głowy. Powoli usiadłam- Mogę zająć chwilę?
Wraz z nauczycielką przeszedł na tyły sali, by o czymś porozmawiać.
-Czy możesz odpowiedzieć na pytanie?
-Zostali zamordowani- odpowiedziałam, udając, że ocieram łzę z oka. Spojrzałam na nich.- Przepraszam, nadal jestem w żałobie, ale już się trochę pozbierałam i… Może jestem przewrażliwiona i nadal liczę, że Grace Ann…-westchnęłam z udawanym smutkiem.
..że Grace Ann pożałuje tego, co zrobiła
..że zabiję Grace Ann gołymi rękami
-Przykro mi..- powiedzieli cicho.
-Dziękuję..- odpowiedziałam po prostu.- To wszystko?
-Tak; dziękujemy. Gdyby coś ci się przypomniało..
-Odezwę się- zapewniłam na odczepne, wstając.
Ruszyłam do wyjścia.
-Raven; torba. Ty i Tyler zostajecie zwolnieni z zajęć przez pana…?- Rzuciła z nutą pytania.
-Morgenstern- odparł krótko.- Skoro policja ma jakąś ważną sprawę to mogę jeszcze poczekać za Michaelem- zauważył spokojnie.
-Dziękujemy, panie Morgenstern- rzuciła uprzejmie Quinn.
Pożegnaliśmy się. Wzięłam torbę swoją i Michaela i wyszłam ramię w ramię z mistrzem.
-Tyler, twoja kolej- szturchnęłam lekko Michaela.
-Ej, moja…
-Mistrz nas zwolnił- wyjaśniłam.
Skinął głową wchodząc do sali.
Jednooki zwrócił uwagę reszty klasy, która spoglądała nań z zainteresowaniem. Usiedliśmy na uboczu i zaczęliśmy rozmawiać przyciszonymi głosami.
-Co jest…?- Spytałam ostrożnie.
Morgenstern odpowiedział w swoim ojczystym języku. Słuchałam uważnie.
Z tego, co mówił wynikało, że w Stowarzyszeniu szykowała się tak zwana ‚pełna mobilizacja’ wszystkich aktywnych łowców. W związku z tym wszyscy, także ci czyszczący listę za granicą zostali wezwani do bazy. Poza tym Angello miał dla mnie kilka ważnych spraw; które chciał ze mną omówić. Z kolei ja opowiedziałam mu; co się wydarzyło w ciągu dnia.
-Kolejne zniknięcie- mruknął niechętnie.- Ciekawe, kto i po co robi tyle zamieszania…- zauważył powoli, jego jedyne oko zawiesiło się na gazetce szkolnej. Zamilkł na dłuższą chwilę i pogrążył się w rozmyślaniach.
-Czasem wydaje mi się, że wiesz zdecydowanie więcej; niż chcesz mówić; młoda- odezwał się poważnie; ale i ostrożnie.
-Mogłabym powiedzieć to samo o tobie- odpowiedziałam chłodno.
Westchnął ciężko; kręcąc głową.
-Chciałem cię tylko chronić…- wiedział; że idzie po cieńkim lodzie.
Przerwałam mu natychmiast, mówiąc:
-Okłamując mnie? To nie jest dobry sposób, mistrzu…- odparłam rozżalona.- Zwłaszcza, że sam uczyłeś mnie prawdomówności i…
-Ty też nie mówisz wszystkiego; Callisto.. Poza tym, to nie jest dobry moment na tę rozmowę…
-W porządku, możemy dokończyć tę rozmowę później. Zresztą sam wiesz; że niektóre rzeczy chcę zostawić za sobą..- wzruszyłam ramionami.
-Na przykład pojawienie się Grace Ann?- Spytał z zastanowieniem, przyglądając mi się.
Reszta wbiła w nas wzrok.
-To tym bardziej nieodpowiednia chwila…- zaczęłam powoli.
Mistrz spojrzał na nastolatków z mojej klasy. Wszyscy szybko odwrócili wzrok, prócz Rodrigueza; który patrzył prosto w jedyne oko Morgensterna.
Nagle chłopak odwrócił wzrok i zamyślił się nad czymś. Paul i reszta jego kumpli próbowali wyciągnąć z Vincenta, o czym myśli, ale śniadolicy milczał. Michael nagle wyszedł; rzucił nazwisko i podszedł. Wstaliśmy i ruszyliśmy korytarzem. Z kieszeni płaszcza mistrz wyciągnął kluczyki od Mercedesa.
***
-Zaczyna się…- mruknęłam do Michaela.
Powoli weszłam do klasy i usiadłam w pierwszej ławce.
Standardowe pytanie, co robiłam między trzecią, a piątą rano w sobotę, przełknęłam spokojnie, odpowiadając:
-Byłam na balu i gadałam z DJ-em, który jest moim dobrym znajomym.
-Ktoś może to potwierdzić?
Chwilowa zlewka.
-Poza Haruką… znaczy tym DJ-em… mój przyjaciel, z którym byłam na imprezie..- odpowiedziałam patrząc na niego.
-…Który nazywa się…- ciągnął mnie za język.
-Michael Tyler- oznajmiłam krótko.
-Czy na tej imprezie ktoś pokłocił się z zaginioną?
-Napewno powiem pani to, co reszta… Podobno pokłóciła się z Grace Ann…-Palnęłam nieprzemyślanie. Po chwili zrozumiałam pomyłkę i poprawiłam się.- Isobel Benett, przepraszam…
-Ty, coś wiesz o tej nowej; Raven…- zauważyła nagle nauczycielka.
-To znaczy?- Podjął uprzejmie Bolt.
Donnerwetter; schrzaniłam sprawę.
Milczałam długą chwilę zastanawiając się.
-Nie- zaprzeczyłam opanowanym głosem.
-Wyczuję kłamstwo licealisty na kilometr; a ty kiepsko kłamiesz. Zwłaszcza, że dwa tygodnie temu było spięcie między wami na lekcji wuefu.
No, to żeś mnie udupiła. Dzięki wielkie, pani profesor..
-Zdarza się, ale nie widzę związku..
-Wtedy też podobno nazwałaś Isobel: Grace Ann- Uuuuch!. Jakie to babsko uparte.! ….- Omal też nie doszło między wami do bójki.
Może gdybym wtedy skręciła tej dziwce kark; Miles by nie zniknęła…
-Cóż.. Jak pani wie dziewięć miesięcy temu straciłam rodziców, a moja przyszywana siostra zniknęła; tak samo, jak teraz Tori.
-Jak stracili życie twoi rodzice?- Zapytał Bolt z wahaniem.
Spojrzałam nań niechętnie.
-To nie ma związku- odparłam krótko.
Ktoś zapukał, policjantka skinęła głową.
-Proszę- rzuciła nauczycielka z niepokojem.
Do klasy wszedł mistrz, zerwałam się z krzesła i stałam wpatrując się w niego.
-Dzień dobry- rzucił krótko, ze mną przywitał się skinieniem głowy. Powoli usiadłam- Mogę zająć chwilę?
Wraz z nauczycielką przeszedł na tyły sali, by o czymś porozmawiać.
-Czy możesz odpowiedzieć na pytanie?
-Zostali zamordowani- odpowiedziałam, udając, że ocieram łzę z oka. Spojrzałam na nich.- Przepraszam, nadal jestem w żałobie, ale już się trochę pozbierałam i… Może jestem przewrażliwiona i nadal liczę, że Grace Ann…-westchnęłam z udawanym smutkiem.
..że Grace Ann pożałuje tego, co zrobiła
..że zabiję Grace Ann gołymi rękami
-Przykro mi..- powiedzieli cicho.
-Dziękuję..- odpowiedziałam po prostu.- To wszystko?
-Tak; dziękujemy. Gdyby coś ci się przypomniało..
-Odezwę się- zapewniłam na odczepne, wstając.
Ruszyłam do wyjścia.
-Raven; torba. Ty i Tyler zostajecie zwolnieni z zajęć przez pana…?- Rzuciła z nutą pytania.
-Morgenstern- odparł krótko.- Skoro policja ma jakąś ważną sprawę to mogę jeszcze poczekać za Michaelem- zauważył spokojnie.
-Dziękujemy, panie Morgenstern- rzuciła uprzejmie Quinn.
Pożegnaliśmy się. Wzięłam torbę swoją i Michaela i wyszłam ramię w ramię z mistrzem.
-Tyler, twoja kolej- szturchnęłam lekko Michaela.
-Ej, moja…
-Mistrz nas zwolnił- wyjaśniłam.
Skinął głową wchodząc do sali.
Jednooki zwrócił uwagę reszty klasy, która spoglądała nań z zainteresowaniem. Usiedliśmy na uboczu i zaczęliśmy rozmawiać przyciszonymi głosami.
-Co jest…?- Spytałam ostrożnie.
Morgenstern odpowiedział w swoim ojczystym języku. Słuchałam uważnie.
Z tego, co mówił wynikało, że w Stowarzyszeniu szykowała się tak zwana ‚pełna mobilizacja’ wszystkich aktywnych łowców. W związku z tym wszyscy, także ci czyszczący listę za granicą zostali wezwani do bazy. Poza tym Angello miał dla mnie kilka ważnych spraw; które chciał ze mną omówić. Z kolei ja opowiedziałam mu; co się wydarzyło w ciągu dnia.
-Kolejne zniknięcie- mruknął niechętnie.- Ciekawe, kto i po co robi tyle zamieszania…- zauważył powoli, jego jedyne oko zawiesiło się na gazetce szkolnej. Zamilkł na dłuższą chwilę i pogrążył się w rozmyślaniach.
-Czasem wydaje mi się, że wiesz zdecydowanie więcej; niż chcesz mówić; młoda- odezwał się poważnie; ale i ostrożnie.
-Mogłabym powiedzieć to samo o tobie- odpowiedziałam chłodno.
Westchnął ciężko; kręcąc głową.
-Chciałem cię tylko chronić…- wiedział; że idzie po cieńkim lodzie.
Przerwałam mu natychmiast, mówiąc:
-Okłamując mnie? To nie jest dobry sposób, mistrzu…- odparłam rozżalona.- Zwłaszcza, że sam uczyłeś mnie prawdomówności i…
-Ty też nie mówisz wszystkiego; Callisto.. Poza tym, to nie jest dobry moment na tę rozmowę…
-W porządku, możemy dokończyć tę rozmowę później. Zresztą sam wiesz; że niektóre rzeczy chcę zostawić za sobą..- wzruszyłam ramionami.
-Na przykład pojawienie się Grace Ann?- Spytał z zastanowieniem, przyglądając mi się.
Reszta wbiła w nas wzrok.
-To tym bardziej nieodpowiednia chwila…- zaczęłam powoli.
Mistrz spojrzał na nastolatków z mojej klasy. Wszyscy szybko odwrócili wzrok, prócz Rodrigueza; który patrzył prosto w jedyne oko Morgensterna.
Nagle chłopak odwrócił wzrok i zamyślił się nad czymś. Paul i reszta jego kumpli próbowali wyciągnąć z Vincenta, o czym myśli, ale śniadolicy milczał. Michael nagle wyszedł; rzucił nazwisko i podszedł. Wstaliśmy i ruszyliśmy korytarzem. Z kieszeni płaszcza mistrz wyciągnął kluczyki od Mercedesa.
***
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz