-Nie szarp się- warknęłam, dociskając go do nawierzchni.
-Zjeżdżaj morderco- odwarknął wściekle.
-Chcemy tylko zadać ci kilka pytań; pijawko- prychnęłam wykręcając mu rękę.
Reszta ukryła broń. Jasper z Devonem przejęli wampira.
-Przed czym tak zwiewałeś?- Zdawało mi się cholernie dziwne, że wampir czegoś się bał.
-Słyszałaś o "Seventh Angel"?- Odparł pytaniem, Jazzy chciał mu przywalić, ale zapytałam:
-Skąd o tym wiesz??- Zdziwiłam się.
-To podpucha! Właśnie stamtąd uciekłem.!- Warknął z irytacją.
-Co to jest "Seventh Angel"?- Zaczął podejrzliwie Vładimir.
-Nic z tego nie kapuję..- powiedziałam powoli.
Jasper i Devon puścili wampira, który oparł się szybko o jakiś mur.
***
-Jestem wampirem od dziesięciu lat. Trzymam się przy klanie Vain. To, jak się nazywam; nie powinno was obchodzić- powiedział cicho. Na małym palcu lewej ręki połyskiwał drobny platynowy pierścionek z owalnym kamieniem lazurytu zamkniętym w wykonanym z kruszcu znakiem heraldycznym.
Wszyscy wymienili zaskoczone spojrzenia. Niezwykle rzadko słyszało się cokolwiek o klanie Vain; a jeszcze rzadziej spotykało się jednego z nich na własne oczy.
-Czyli pojawiłeś się tu, żeby...?- Zaczęłam niepewnie.
-Zlecono mi sprawdzić, dlaczego coraz więcej naszych znika bez wieści- odparł z namysłem, sięgając za pazuchę; pokazał mi identyczną ulotkę; jak ta; którą wwiało mi kiedyś do pokoju.- Trop zaprowadził mnie do tego miasta. Od razu wydało mi się podejrzane; że widuję wyjątkowo bezrobotnych łowczych; patrząc na to, co się ostatnio dzieje w naszym społeczeństwie- stwierdził.
Zamyśliłam się.
-Pojawił się kolejny kawałek układanki...- mruknęłam w zamyśleniu.
-Być może. "Syndrom Anioła" też pewnie się z tym wszystkim wiąże- zauważył.- Taa, wiem o tych zniknięciach na koncertach Suriel's Grave.
-Psia mać!- Michael nagle zaklął i cofając się zaczął odbijać ciosy Krwawego Oręża.
Wampir nagle zniknął. W mgnieniu oka odciągnął wampirzycę i przycisnął ją do oddalonej o kilka metrów ściany jakiegoś magazynu.
-Uspokój się, Juánita.- Prychnął. Odsunął się od niej i zablokował cios.- Rany.. Jakie to młode i niedoświadczone..-Jęknął znudzony.
Juánita widząc twarz zielonookiego opuszczającego miecz do boku pochyliła głowę.
-Vincent...- Wyszeptała. Broń wypadła z jej palców i upadła z trzaskiem na płyty chodnika. Oparła się ciężko o ścianę i osunęła się po niej z grymasem bólu na twarzy.
-Juánita, qué paso.?!- Brunet przyskoczył do niej.
Michael Tyler, uczeń 2-giej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-To.. Boli...- Zaczęła oddychając ciężko.- Zabijcie mnie.. Boli..!
To wspomnienie, gdy poprosiła Rodrigueza, żeby ją...
W tej samej chwili słyszę okropny pisk hamulców. Zdążyłem uskoczyć przed czarnym sportowym Nissanem.
Vincent szybko wysiadł i bez słowa pobiegł w jej stronę. Zatonęła w jego objęciu.
-Weź ode mnie..- Szepnął rozpaczliwie.
Wampir chwycił go za gardło i wgniótł w bramę magazynu. Jasper sięgnął do broni- powstrzymałam go szybko.
-Puść go...- dziewczyna chwiejąc się wstała. Zatoczyła się i chwyciła się czegoś, żeby nie upaść.
-Jak on śmie..??!- Zaczął oburzony.
-To mój braciszek..- w ostatnim słowie wyraźnie słyszałem przywiązanie.
-Ty masz brata...?- Wampir rozprostował palce. Oszołomiony Vincent z trudem utrzymał równowagę.
-Juánita.. Mi compadré.. Siostrzyczko...- Zdążyła go złapać zanim runął na chodnik. Troskliwie i delikatnie oparła go o tę bramę.
-To nie twoja wina..- odezwała się przytulając go mocno.- To nie twoja wina, braciszku..- powtórzyła, całując go w policzek powoli się odsunęła.- Bądź szczęśliwy, Vincent.. Żegnaj, braciszku..- Chciała odejść, ale kawowooki zacisnął dłoń na jej i przyciągnął ją mocno.
-Gdyby nie ja...- Warknął z poczuciem winy.-Gdyby nie ja, nie musiałabyś przez to przechodzić! Czemu.. Czemu, do diabła, nie mogłem cię ochronić..?!- Zapytał z goryczą.- Czemu nie mogłem nic zrobić...?
-To już nieważne..- szepnęła ze wzrokiem wbitym w chodnik.- Pozwól mi po prostu odejść: tak będzie najlepiej..
-Najlepiej dla kogo? Dla niego, czy..?- Zaczął wściekły dryblas.
Juánita uniosła wzrok i spojrzała mu prosto w oczy.
-Dla nas obojga- odparła z chłodem.- Twoja siostra nie żyje, zrozum to wreszcie.! Zrozum, że musisz zapomnieć, że Juánita Cruz istniała.. Chcę, żebyś... Żebyś nie musiał już cierpieć przez mamę.. Kocham cię, braciszku, ale zapomnij o mnie. Dla własnego dobra...- Mimo wszystko sama nie potrafiła powstrzymać bólu.
Chwilę potem oba wampiry zniknęły.
Vincent z trudem tłumiąc szloch wsiadł do auta i odjechał. Kilkanaście metrów później usłyszałem huk i okropny zgrzyt giętej blachy.
Oboje tam pobiegliśmy.
***
Straż. Pogotowie. Policja..
Bezradnie patrzyliśmy, jak strażacy przy użyciu jakiegoś sprzętu rozcinają karoserię.
-Cholera...!- Zaklął jeden ze strażaków. Odepchnął partnera.- Nie szarp, idioto! Nie wyciągniesz go tak! Trzeba rozjebać kolumnę!- Warknął ostro, zarzucając na Vincenta jakąś płachtę wpakował się na siedzenie pasażera i rzucił coś jeszcze po czym zaparł się butami na przedniej szybie i zaczął pchać.
-Przeklęte japońskie auta, kurwa mać!- Przeklinał soczyście raz za razem kopiąc w szybę.
-Z auta coś leci... To benzyna..!- Jęknął najmłodszy strażak z przerażeniem.
Szyba puściła. Ktoś w biegu operował sprzętem. Rozległy się trzaski i zgrzyty. Facet wypychający wcześniej szybę wyleciał z wozu, jak z procy i okrążył Nissana.
-Wszyscy spierdalać, szybko!- Krzyknął ktoś inny.
Chwilę (lub wieczność) później strażacy ewakuowali Vincenta na bezpieczną odległość, a auto nagle stanęło w płomieniach...
|•••|
Szpital...
Tori wbiegła na oddział i widząc nieprzytomnego Vincenta pobladła i zachwiała się niebezpiecznie. Jeden z ratowników podtrzymał ją w pionie i wyprowadził z sali.
-Pani chłopak miał wypadek. Jego stan jest poważny..- Usłyszałem.
-Muszę być przy nim..- Do Tori wyraźnie to nie dotarło. Chciała być obok bez względu na wszystko.
-Jest pani w szoku..- siłą posadził szatynkę na jednym z krzeseł.
-Callisto... Michael..- Tori wstała widząc nas. Zaczęła pytać..
-Spotkał się z Juánitą.. Jakim cudem?- Zapytała smutno.
-Nie wiem, skąd wiedział..- odparła Callisto. Przytuliłem ją mocniej. Chciała powiedzieć coś jeszcze, ale Tori kontynuowała.
-Na pewno to nim zatrzęsło..- powiedziała cicho, z oczami wbitymi w podłogę.- A mnie znowu przy nim nie było!.- Wyrzuciła sobie ze złością.
-To nie twoja wina..- Odparł Paul, idąc ku nam.- To.. Przeze mnie..- zauważył dobitnie.- Powinienem trzymać się od was z daleka..
-Co ty chrzanisz?- Warknąłem. Łapiąc go za szmaty oparłem go mocno o ścianę i trzasnąłem nim.
-W końcu wszyscy wylądujecie przeze mnie w szpitalu, albo na cmentarzu!- odparł patrząc mi prosto w oczy.- Nie potrafię was ostrzec, za to świetnie umiem wysyłać kumpli na Intensywną! To przeze mnie on tu jest, gdybym zabrał mu te pierdolone kluczyki..
Nawet nie wiem, kiedy dłoń zwinęła się w pięść i zetknęła się z twarzą chłopaka.
-Przestań wreszcie!- Warknąłem ostro opuszczając rękę.- Wszyscy wiemy, że Vincenta nie da się powstrzymać, jak sobie coś zaplanuje. Wiesz, że on jest czasem kurewsko nieobliczalny... Jedyne, co możemy zrobić teraz, to opiekować się jego rodziną- powiedziałem cichym szeptem.
-Poradzę sobie- przerwała Tori cicho.
-Przymknij się; Miles- odparłem poważnie.- A ty się ogarnij, Tanner.
|•••|
Tori siedziała przy łóżku Vincenta całą noc. Pan Octavio przyjechał z małym zaraz po jej telefonie.
-Odpocznij trochę, Tori..- powiedział cicho.
-Zostanę przy nim..- odpowiedziała z naciskiem, biorąc dziecko na ręce. Chłopczyk uderzył w płacz.- Jesteś głodny, co?- Szepnęła pieszczotliwie do malca. Pochyliła się i pocałowała śpiącego narzeczonego w policzek, a potem wyszła na korytarz.
Chłopczyk zasnął spokojnie, lecz Tori cały czas siedziała przy łóżku. Pan Rodriguez stał przed salą i w milczeniu popijał kawę z automatu. Rozmyślał.
-Wracajcie do domów; zaopiekuję się Tori- oznajmił po dłuższej chwili.
-W porządku... Przyjdziemy jutro- Paul wyciągnął nas spojrzeniem.
Pożegnaliśmy się i ruszyliśmy korytarzem.
Paul oparł się o samochód i spojrzał w dal.
-Kurwa mać- zaklął dobitnie, otwierając drzwi Mazdy.
-Mówiłeś, że przewidziałeś wypadek Vincenta- zauważyła nagle Callisto.
-I co z tego?- Zapytał z niechęcią.- Co mi po "przewidywaniu przyszłości"; skoro i tak nic nie mogę potem zrobić?
Nie odzywałem się. Było mi wstyd, że sobie z tego żartowałem.
-Właściwie było mi lżej, gdy robiliście sobie z tego jaja- zwierzył się Tanner wycofując wóz z parkingu.- Przynajmniej nie bałem się tego.. Nie bałem się, że komuś coś się stanie..- Urwał nagle i zatrzymał samochód. Oczy stały się szkliste, a blada twarz przybrała ten dobrze mi znany niepokojący wyraz. Paul kolejny raz coś zobaczył. Za nami rozległy się wściekłe klaksony. W końcu inni kierowcy zaczęli nas omijać.
Po kilku minutach Paul ocknął się z tego stanu i z piskiem opon ruszył z miejsca.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Co jest grane? Paul, co się dzieje?- Zapytałam szybko.
Chłopak milczał zaciskając zęby. Jechał w stronę swojego domu.
-Zostańcie w aucie- nakazał wyciągając z bagażnika ciężki klucz do kół. Ruszył z nim w stronę garażu.
Michael wysiadł zaraz za nim.
-Nawet nie próbuj się stąd ruszyć- powiedział z naciskiem, biegnąc za Paulem.
Straż. Pogotowie. Policja..
Bezradnie patrzyliśmy, jak strażacy przy użyciu jakiegoś sprzętu rozcinają karoserię.
-Cholera...!- Zaklął jeden ze strażaków. Odepchnął partnera.- Nie szarp, idioto! Nie wyciągniesz go tak! Trzeba rozjebać kolumnę!- Warknął ostro, zarzucając na Vincenta jakąś płachtę wpakował się na siedzenie pasażera i rzucił coś jeszcze po czym zaparł się butami na przedniej szybie i zaczął pchać.
-Przeklęte japońskie auta, kurwa mać!- Przeklinał soczyście raz za razem kopiąc w szybę.
-Z auta coś leci... To benzyna..!- Jęknął najmłodszy strażak z przerażeniem.
Szyba puściła. Ktoś w biegu operował sprzętem. Rozległy się trzaski i zgrzyty. Facet wypychający wcześniej szybę wyleciał z wozu, jak z procy i okrążył Nissana.
-Wszyscy spierdalać, szybko!- Krzyknął ktoś inny.
Chwilę (lub wieczność) później strażacy ewakuowali Vincenta na bezpieczną odległość, a auto nagle stanęło w płomieniach...
|•••|
Szpital...
Tori wbiegła na oddział i widząc nieprzytomnego Vincenta pobladła i zachwiała się niebezpiecznie. Jeden z ratowników podtrzymał ją w pionie i wyprowadził z sali.
-Pani chłopak miał wypadek. Jego stan jest poważny..- Usłyszałem.
-Muszę być przy nim..- Do Tori wyraźnie to nie dotarło. Chciała być obok bez względu na wszystko.
-Jest pani w szoku..- siłą posadził szatynkę na jednym z krzeseł.
-Callisto... Michael..- Tori wstała widząc nas. Zaczęła pytać..
-Spotkał się z Juánitą.. Jakim cudem?- Zapytała smutno.
-Nie wiem, skąd wiedział..- odparła Callisto. Przytuliłem ją mocniej. Chciała powiedzieć coś jeszcze, ale Tori kontynuowała.
-Na pewno to nim zatrzęsło..- powiedziała cicho, z oczami wbitymi w podłogę.- A mnie znowu przy nim nie było!.- Wyrzuciła sobie ze złością.
-To nie twoja wina..- Odparł Paul, idąc ku nam.- To.. Przeze mnie..- zauważył dobitnie.- Powinienem trzymać się od was z daleka..
-Co ty chrzanisz?- Warknąłem. Łapiąc go za szmaty oparłem go mocno o ścianę i trzasnąłem nim.
-W końcu wszyscy wylądujecie przeze mnie w szpitalu, albo na cmentarzu!- odparł patrząc mi prosto w oczy.- Nie potrafię was ostrzec, za to świetnie umiem wysyłać kumpli na Intensywną! To przeze mnie on tu jest, gdybym zabrał mu te pierdolone kluczyki..
Nawet nie wiem, kiedy dłoń zwinęła się w pięść i zetknęła się z twarzą chłopaka.
-Przestań wreszcie!- Warknąłem ostro opuszczając rękę.- Wszyscy wiemy, że Vincenta nie da się powstrzymać, jak sobie coś zaplanuje. Wiesz, że on jest czasem kurewsko nieobliczalny... Jedyne, co możemy zrobić teraz, to opiekować się jego rodziną- powiedziałem cichym szeptem.
-Poradzę sobie- przerwała Tori cicho.
-Przymknij się; Miles- odparłem poważnie.- A ty się ogarnij, Tanner.
|•••|
Tori siedziała przy łóżku Vincenta całą noc. Pan Octavio przyjechał z małym zaraz po jej telefonie.
-Odpocznij trochę, Tori..- powiedział cicho.
-Zostanę przy nim..- odpowiedziała z naciskiem, biorąc dziecko na ręce. Chłopczyk uderzył w płacz.- Jesteś głodny, co?- Szepnęła pieszczotliwie do malca. Pochyliła się i pocałowała śpiącego narzeczonego w policzek, a potem wyszła na korytarz.
Chłopczyk zasnął spokojnie, lecz Tori cały czas siedziała przy łóżku. Pan Rodriguez stał przed salą i w milczeniu popijał kawę z automatu. Rozmyślał.
-Wracajcie do domów; zaopiekuję się Tori- oznajmił po dłuższej chwili.
-W porządku... Przyjdziemy jutro- Paul wyciągnął nas spojrzeniem.
Pożegnaliśmy się i ruszyliśmy korytarzem.
Paul oparł się o samochód i spojrzał w dal.
-Kurwa mać- zaklął dobitnie, otwierając drzwi Mazdy.
-Mówiłeś, że przewidziałeś wypadek Vincenta- zauważyła nagle Callisto.
-I co z tego?- Zapytał z niechęcią.- Co mi po "przewidywaniu przyszłości"; skoro i tak nic nie mogę potem zrobić?
Nie odzywałem się. Było mi wstyd, że sobie z tego żartowałem.
-Właściwie było mi lżej, gdy robiliście sobie z tego jaja- zwierzył się Tanner wycofując wóz z parkingu.- Przynajmniej nie bałem się tego.. Nie bałem się, że komuś coś się stanie..- Urwał nagle i zatrzymał samochód. Oczy stały się szkliste, a blada twarz przybrała ten dobrze mi znany niepokojący wyraz. Paul kolejny raz coś zobaczył. Za nami rozległy się wściekłe klaksony. W końcu inni kierowcy zaczęli nas omijać.
Po kilku minutach Paul ocknął się z tego stanu i z piskiem opon ruszył z miejsca.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Co jest grane? Paul, co się dzieje?- Zapytałam szybko.
Chłopak milczał zaciskając zęby. Jechał w stronę swojego domu.
-Zostańcie w aucie- nakazał wyciągając z bagażnika ciężki klucz do kół. Ruszył z nim w stronę garażu.
Michael wysiadł zaraz za nim.
-Nawet nie próbuj się stąd ruszyć- powiedział z naciskiem, biegnąc za Paulem.
Michael Tyler, uczeń 2. klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Obaj skradaliśmy się cicho do wejścia od strony garażu. Paul szedł pierwszy, ostrożnie otworzył drzwi i wszedł do środka.
-Powinieneś mu, w końcu, powiedzieć prawdę; Marcus- oznajmił nieznajomy męski głos.
Marcus Tanner upił spory łyk bursztynowego płynu patrząc nieufnie na gościa.
-Może i nie jest moim rodzonym synem; ale traktuję go, jak własne dziecko; Ian.- Odparł lodowato.- Poza tym to ty zostawiłeś Julie, gdy była w ciąży.
-Wiesz, dlaczego to zrobiłem!- Odwarknął ostro nieznajomy, z trudem panując nad gniewem.- Wiesz, dlaczego musiałem..!- Ian powoli się cofnął i opuścił ręce.
-Właśnie, że nie mam pojęcia; więc wyjaśnij mi, do cholery!- Marcus Tanner rzucił w Ian'a pustym szkłem. Tamten pochwycił naczynie, ale nim odstawił je; ojciec Paula złapał go za poły kurtki i uderzył nim mocno o ścianę, patrząc mu w twarz powiedział:
-Powiem ci: od zawsze byłeś pieprzonym tchórzem; a jedyne, czego się bałeś, to zostać ojcem. Dlatego ją zostawiłeś!
-To nie tak..- Ian odetchnął ciężko.- Odszedłem tylko dlatego; że... Bałem się, że nie zapanuję nad tym i zabiję oboje! Nadal idzie mi to z trudem..
Paul wypuścił z palców klucz; który z trzaskiem wylądował na podłodze. Obaj mężczyźni zwrócili na nas wzrok. Nie usłyszeli, jak weszliśmy.
-Paul...- Zaczął Marcus Tanner cicho.
Chłopak odwrócił się na pięcie i wypchnął mnie, po czym wyszedł z domu, mówiąc:
-Jutro zabiorę swoje rzeczy- oznajmił krótko.
-Paul, zaczekaj..- Tanner wyszedł za nami, ale Paul nawet się nie odwrócił.
Droga zeszła nam w milczeniu. Callisto chyba dostrzegła, że coś się wydarzyło, ale nie pytała o nic.
-A ty dokąd?- Zapytałem, gdy Paul przełączył skrzynię na pierwszy bieg.
-Nieważne, chcę być sam- odparł odjeżdżając szybko.
Paul Vince Tanner, lewoskrzydłowy drużyny koszykówki; licealista drugiego roku.
Sam nie wiedziałem, dokąd chcę pojechać. Długo kręciłem się bez celu po mieście. W końcu na obrzeżach miasta skręciłem w polną dróżkę prowadzącą do Nawiedzonej Farmy.
Długo siedziałem w samochodzie próbując się uspokoić. W moich uszach ciągle odbijały się słowa kogoś, kogo dotąd uważałem za swojego ojca. Byłem w rozsypce- smutny, wściekły i zraniony.. Traktowałem go, jak ojca; a przez osiemnaście lat wcale nie byłem jego synem...
W pewnej chwili usłyszałem ostry jazgot gitary.
-Seiren, daj żyć!.- Jęknął zrzędliwie głos jakiegoś chłopaka. Zobaczyłem niedaleko szarego busa.
-Spadaj, ciulu- odburknęła ostro.- Wziąłbyś się do roboty..
-Nie mam weny- odparował jej rozmówca.
-Jeszcze jedno piwo sobie strzel- odparła złośliwie, grając jakąś wolną melodię.- Matt. Nie śpij, tylko polewaj- rzuciła szturchając go mocno.
-Nie śpię; zagraj to jeszcze raz, ale w h- odpowiedział Matt.
Melodia nieco się zmieniła.
Usłyszałem lekkie skrobanie pióra po papierze. Po chwili zagrały dwie gitary.
-To ja sobie idę spać; jak skończycie dajcie znać- zarymował pierwszy głos.
-Ach, śpij kochanie; bo tej nocy było ostre chlanie- Zanucił trzeci z chłopaków.
-Przymknij się; Tom- prychnął Max.- No, to po maluchu na lepszy rozruch- rzucił ziewając, stuknęło szkło. Max odetchnął głęboko. Gitary znów zaczęły grać. Blondyn siedział przy otwartych drzwiach busa i z zamkniętymi oczami wsłuchiwał się w melodię.
-Pasowałaby tu wiolonczela- odezwał się zamyślony.- Tom, masz już coś w pałce?- Spytał wolno.
-Jakiś pomysł jest..- stwierdził leniwie Tom. Znów coś zastukało.- Wiola, wiola... Chodźmy nakręcić pornooola...- rzucił z ironią.
-Ten pan już nie pije- zakpiła Seiren.
-Lej, nie pierdol- odparł z wesołym śmiechem.
Sięgnąłem do schowka i wyciągnąłem butelkę czystej. Rzadko piłem, tym bardziej gdzieś w plenerze; ale dziś musiałem się napić. W tej samej chwili z rozmyślań wyrywa mnie dzwonek telefonu. Nie patrząc na wyświetlacz odwracam go, a dźwięk milknie.
Upiłem spory łyk z gwinta i przełykając skrzywiłem się mrużąc oczy. Nie miałem ochoty z nikim gadać.
Następnego dnia...
-Ej, koleś!- Ktoś dobijał mi się do wozu.
Po omacku przekręciłem kluczyk i opuściłem szybę.
-Czego? Nie jestem w nastroju- burknąłem zirytowany gasząc zapłon wozu.
-Wszystko w porządku?- Zapytał natręt.
-Nie twój pierdolony interes; zjeżdżaj- odparłem opryskliwie.
-Zostaw go; Matthew. Wkurwiony jest- zawołał jeden z chłopaków.
-To nie moja wina, że nie mam z kim się najebać; bo wy wysiadacie- Odkrzyknął w tamtą stronę Matthew.- No, to jak będzie?- Spytał mnie szczerząc się w szerokim uśmiechu.
Spojrzałem na pustą butelkę leżącą na siedzeniu pasażera.
-Sory, gościu; ale nie mam co pić- odparłem niechętnie.
-A kogo to obchodzi; ważne że ja mam Arsenał- odparł wesoło.
Zamyśliłem się na dłużsży moment. Zaczynałem już odczuwać pierwsze objawy kaca.
-Nie martw się, ja stawiam- zagadnął Matt.
-Nie o to chodzi..- westchnąłem ciężko.
-Jesteś jakiś przybity- zauważył ostrożnie.
-Nie mam chęci o tym gadać- odparłem wysiadając. Zamknąłem Mazdę.
-Spoko, nie jestem wścibski- odpowiedział przyjaźnie Matt.
-Paul?-Zdziwiła się czerwonowłosa.
-Cześć; Diana- odparłem ze zmęczeniem.
-Znacie się?- Matt był zaskoczony.
-Chodzimy razem do klasy- wyjaśniła dziewczyna.
-Matt, procenty uciekają- stwierdził Max z ironią.
-Alkoholiki jebane, zostawcie mi coś..- Wybełkotał leżący na pace dryblas.- O kurna, ale mnie suszy...- Jęknął słabo.
-Odezwał się ten, co wczoraj z gwinta ciągnął- rzucił Max złośliwie.
-Sam go podpuściłeś- zauważyła Diana z ironią.
-No to brudzio- Matt podał mi piąty kieliszek i zakładając ramię za moje rzucił.- Matt jestem.
-Paul- wypiliśmy, przyciągnął mnie i objęliśmy się po bratersku.
Pozostali chłopcy tak samo powitali mnie bruderschaftem.
-Czas na drugą nogę- rzucił Tom polewając.
-Właściwie nigdy nie słyszałem o tym zwyczaju..
-To niemiecki ceremoniał zapoznawczy. Bruderschaft to po naszemu braterstwo- wyjaśnił Matt.
-Jesteś zbyt przystojny, jak na Niemca- palnąłem nieprzemyślanie, a reszta buchnęła rechotem.
-Matka jest Polką- uśmiechnął się Matt.
-Ej, powiedz coś po polsku. Słyszałem, że to zajebisty język- Rzucił Max strzelając kolejnego kielicha.
Matt spojrzał na niego z boku z zastanowieniem.
-Nie mówisz poważnie- stwierdził wolno.
-Zawsze jestem poważny- odparł blondyn wzruszając ramionami.
Matt rzucił szybko kilka obcych słów.
-O, w mordę- Jęknął Tom, a nam poopadały szczęki.
-Tak w sumie, co powiedziałeś?.- Zapytała z zaciekawieniem Diana.
-Powiedział, że powinno już was tu nie być- zauważył głos z niedaleka.
-Krzyżanowski..- warknął Matt nieufnie.
-Skąd go znasz?- Zdziwiłem się.
-Tanner..- Rafael zamyślił się na chwilę.- Ciekawe, gdzie Raven i ten drugi przybłęda..- Zauważył drwiąco.
-Największym przybłędą tutaj jesteś ty- odparował Matt.
Rafael zjawił się tuż przy nim i przyciągając go za szmaty odwarknął:
-Lepiej to odszczekaj; psie- powiedział z groźbą.
-Sam szczekaj nieco ciszej, brudny wampirze- Przesunąłem wzrokiem po głowni miecza przy gardle Rafaela i spojrzałem na trzymającą broń...
Caroline Raven.
-Córka diabelskiego Rodu- odparł chłodno Rafael.- Gdzie twoja stoczona kuzynka? W celi; czy może już w urnie?- Zakpił.
Wtedy cios buta posłał go w drzewo.
-Dla ciebie, śmieciu, pani Raven herbu Kruk- oznajmił orzechowooki chłopak lodowato.
W tej samej chwili z drzewa sfrunęły dwie postacie w granatowym odzieniu i pelerynach z kapturem na głowach.
-Ten chłopak jest nasz- oznajmił jeden z nich.
-Jest na terenie Rodu- odparł spokojnie, lecz chłodno chłopak.
-Devon Cristopher Victor - wampir przerzucił wzrok na dziewczynę- i Caroline Glory Amanda, dzieci drugiego syna, czwartego pokolenia Ravenów; herbu Kruk.
-Kim jesteście, jeśli mogę wiedzieć?- Zapytał Devon trzymając broń przy gardle Rafaela.
-Przysyła nas klan Vain- odparł uprzejmie rozmówca Devona.
-Po co?- Zapytał chłopak bez entuzjazmu.
-Po szczeniaka- wampir ruchem głowy wskazał Rafaela.
-Jest na łowczej ziemi, więc nie macie do niego praw- powiedziała Caroline; jakby przypominała im; gdzie ich miejsce.
-Tylko dlatego na razie uprzejmie proszę o wydanie dzieciaka- odpowiedział wampir zdejmując kaptur.
Był krótkowłosym szatynem o pięknej porcelanowej twarzy, ostrych rysach i wyraźnie zarysowanej szczęce, z oczami błyszczącymi szkarłatem. Wysoki na metr dziewięćdziesiąt i dość dobrze zbudowany.
-A jeśli cię nie posłucham?- Zapytał Devon obojętnie.
Wampir otworzył usta, by odpowiedzieć, lecz nagle on i jego towarzysz cofnęli się w głębokim ukłonie.
-Łowcy Rodu Kruka- przemówił delikatny, jak podzwanianie dzwonków kobiecy głos. Jej dłoń z trzaskiem zetknęła się z policzkiem szatyna.
-Pani..- odszepnął z czcią.
Callisto zeskoczyła z drzewa za Devonem.
-Nie zamierzaliśmy naruszać granic Pogromców; Głowo Rodu: Callisto Anabelle- Powiedziała przepraszająco nieznajoma zwracając się do Cally.
-Skoro już tu jesteście; musicie mieć ważny powód; pijawy- odpowiedziała turkusowooka chłodno, wsuwając z trzaskiem miecz w pochwę.
-Owszem- potaknęła kobieta spokojnie.- Przyszliśmy tu z artykułu trzysta piętnastego; Kodeksu Praw Stowarzyszenia Łowców, punkt siódmy, podpunkt d, z późniejszymi zmianami.
-Rozdział szesnasty: czyny przeciwko Arystokracji, ze szkodą dla ludzi. Artykuł ten; cytuję: "Wampir Czystej lub Szlachetnej krwi zobowiązany jest nie tworzyć nowych bez zgody Zwierzchnika Klanu, punkt siódmy: gdy wyżej wymieniony "dzieli się" z człowiekiem krwią lub w inny sposób okazuje Zwierzchnikowi nieposłuszeństwo; Zwierzchnik może: podpunkt d: gdy poszukiwany jest na ziemi łowczych i dostał azyl, ma prawo żądać jego wydania, w celu wymierzenia mu kary"- wyrecytowała Callisto beznamiętnie.- Wprowadzone zmiany mówią: "jeśli sprawca znajduje się na ziemi łowców; Zwierzchnika obowiązuje osobista prośba."
-Ty marny poziomie D..!- Warknął nienawistnie wampir rzucając się z bronią na Callisto.
Czarnowłosa wyciągając miecz skrzyżowała ostrze z przeciwnikiem i mocnym kopniakiem posłała go w zaspę.
-Być może nie doczytałam tego i owego, chyba wybaczysz mi to niedopatrzenie- odrzekła kobieta wyjątkowo uprzejmie.
Obaj skradaliśmy się cicho do wejścia od strony garażu. Paul szedł pierwszy, ostrożnie otworzył drzwi i wszedł do środka.
-Powinieneś mu, w końcu, powiedzieć prawdę; Marcus- oznajmił nieznajomy męski głos.
Marcus Tanner upił spory łyk bursztynowego płynu patrząc nieufnie na gościa.
-Może i nie jest moim rodzonym synem; ale traktuję go, jak własne dziecko; Ian.- Odparł lodowato.- Poza tym to ty zostawiłeś Julie, gdy była w ciąży.
-Wiesz, dlaczego to zrobiłem!- Odwarknął ostro nieznajomy, z trudem panując nad gniewem.- Wiesz, dlaczego musiałem..!- Ian powoli się cofnął i opuścił ręce.
-Właśnie, że nie mam pojęcia; więc wyjaśnij mi, do cholery!- Marcus Tanner rzucił w Ian'a pustym szkłem. Tamten pochwycił naczynie, ale nim odstawił je; ojciec Paula złapał go za poły kurtki i uderzył nim mocno o ścianę, patrząc mu w twarz powiedział:
-Powiem ci: od zawsze byłeś pieprzonym tchórzem; a jedyne, czego się bałeś, to zostać ojcem. Dlatego ją zostawiłeś!
-To nie tak..- Ian odetchnął ciężko.- Odszedłem tylko dlatego; że... Bałem się, że nie zapanuję nad tym i zabiję oboje! Nadal idzie mi to z trudem..
Paul wypuścił z palców klucz; który z trzaskiem wylądował na podłodze. Obaj mężczyźni zwrócili na nas wzrok. Nie usłyszeli, jak weszliśmy.
-Paul...- Zaczął Marcus Tanner cicho.
Chłopak odwrócił się na pięcie i wypchnął mnie, po czym wyszedł z domu, mówiąc:
-Jutro zabiorę swoje rzeczy- oznajmił krótko.
-Paul, zaczekaj..- Tanner wyszedł za nami, ale Paul nawet się nie odwrócił.
Droga zeszła nam w milczeniu. Callisto chyba dostrzegła, że coś się wydarzyło, ale nie pytała o nic.
-A ty dokąd?- Zapytałem, gdy Paul przełączył skrzynię na pierwszy bieg.
-Nieważne, chcę być sam- odparł odjeżdżając szybko.
Paul Vince Tanner, lewoskrzydłowy drużyny koszykówki; licealista drugiego roku.
Sam nie wiedziałem, dokąd chcę pojechać. Długo kręciłem się bez celu po mieście. W końcu na obrzeżach miasta skręciłem w polną dróżkę prowadzącą do Nawiedzonej Farmy.
Długo siedziałem w samochodzie próbując się uspokoić. W moich uszach ciągle odbijały się słowa kogoś, kogo dotąd uważałem za swojego ojca. Byłem w rozsypce- smutny, wściekły i zraniony.. Traktowałem go, jak ojca; a przez osiemnaście lat wcale nie byłem jego synem...
W pewnej chwili usłyszałem ostry jazgot gitary.
-Seiren, daj żyć!.- Jęknął zrzędliwie głos jakiegoś chłopaka. Zobaczyłem niedaleko szarego busa.
-Spadaj, ciulu- odburknęła ostro.- Wziąłbyś się do roboty..
-Nie mam weny- odparował jej rozmówca.
-Jeszcze jedno piwo sobie strzel- odparła złośliwie, grając jakąś wolną melodię.- Matt. Nie śpij, tylko polewaj- rzuciła szturchając go mocno.
-Nie śpię; zagraj to jeszcze raz, ale w h- odpowiedział Matt.
Melodia nieco się zmieniła.
Usłyszałem lekkie skrobanie pióra po papierze. Po chwili zagrały dwie gitary.
-To ja sobie idę spać; jak skończycie dajcie znać- zarymował pierwszy głos.
-Ach, śpij kochanie; bo tej nocy było ostre chlanie- Zanucił trzeci z chłopaków.
-Przymknij się; Tom- prychnął Max.- No, to po maluchu na lepszy rozruch- rzucił ziewając, stuknęło szkło. Max odetchnął głęboko. Gitary znów zaczęły grać. Blondyn siedział przy otwartych drzwiach busa i z zamkniętymi oczami wsłuchiwał się w melodię.
-Pasowałaby tu wiolonczela- odezwał się zamyślony.- Tom, masz już coś w pałce?- Spytał wolno.
-Jakiś pomysł jest..- stwierdził leniwie Tom. Znów coś zastukało.- Wiola, wiola... Chodźmy nakręcić pornooola...- rzucił z ironią.
-Ten pan już nie pije- zakpiła Seiren.
-Lej, nie pierdol- odparł z wesołym śmiechem.
Sięgnąłem do schowka i wyciągnąłem butelkę czystej. Rzadko piłem, tym bardziej gdzieś w plenerze; ale dziś musiałem się napić. W tej samej chwili z rozmyślań wyrywa mnie dzwonek telefonu. Nie patrząc na wyświetlacz odwracam go, a dźwięk milknie.
Upiłem spory łyk z gwinta i przełykając skrzywiłem się mrużąc oczy. Nie miałem ochoty z nikim gadać.
Następnego dnia...
-Ej, koleś!- Ktoś dobijał mi się do wozu.
Po omacku przekręciłem kluczyk i opuściłem szybę.
-Czego? Nie jestem w nastroju- burknąłem zirytowany gasząc zapłon wozu.
-Wszystko w porządku?- Zapytał natręt.
-Nie twój pierdolony interes; zjeżdżaj- odparłem opryskliwie.
-Zostaw go; Matthew. Wkurwiony jest- zawołał jeden z chłopaków.
-To nie moja wina, że nie mam z kim się najebać; bo wy wysiadacie- Odkrzyknął w tamtą stronę Matthew.- No, to jak będzie?- Spytał mnie szczerząc się w szerokim uśmiechu.
Spojrzałem na pustą butelkę leżącą na siedzeniu pasażera.
-Sory, gościu; ale nie mam co pić- odparłem niechętnie.
-A kogo to obchodzi; ważne że ja mam Arsenał- odparł wesoło.
Zamyśliłem się na dłużsży moment. Zaczynałem już odczuwać pierwsze objawy kaca.
-Nie martw się, ja stawiam- zagadnął Matt.
-Nie o to chodzi..- westchnąłem ciężko.
-Jesteś jakiś przybity- zauważył ostrożnie.
-Nie mam chęci o tym gadać- odparłem wysiadając. Zamknąłem Mazdę.
-Spoko, nie jestem wścibski- odpowiedział przyjaźnie Matt.
-Paul?-Zdziwiła się czerwonowłosa.
-Cześć; Diana- odparłem ze zmęczeniem.
-Znacie się?- Matt był zaskoczony.
-Chodzimy razem do klasy- wyjaśniła dziewczyna.
-Matt, procenty uciekają- stwierdził Max z ironią.
-Alkoholiki jebane, zostawcie mi coś..- Wybełkotał leżący na pace dryblas.- O kurna, ale mnie suszy...- Jęknął słabo.
-Odezwał się ten, co wczoraj z gwinta ciągnął- rzucił Max złośliwie.
-Sam go podpuściłeś- zauważyła Diana z ironią.
-No to brudzio- Matt podał mi piąty kieliszek i zakładając ramię za moje rzucił.- Matt jestem.
-Paul- wypiliśmy, przyciągnął mnie i objęliśmy się po bratersku.
Pozostali chłopcy tak samo powitali mnie bruderschaftem.
-Czas na drugą nogę- rzucił Tom polewając.
-Właściwie nigdy nie słyszałem o tym zwyczaju..
-To niemiecki ceremoniał zapoznawczy. Bruderschaft to po naszemu braterstwo- wyjaśnił Matt.
-Jesteś zbyt przystojny, jak na Niemca- palnąłem nieprzemyślanie, a reszta buchnęła rechotem.
-Matka jest Polką- uśmiechnął się Matt.
-Ej, powiedz coś po polsku. Słyszałem, że to zajebisty język- Rzucił Max strzelając kolejnego kielicha.
Matt spojrzał na niego z boku z zastanowieniem.
-Nie mówisz poważnie- stwierdził wolno.
-Zawsze jestem poważny- odparł blondyn wzruszając ramionami.
Matt rzucił szybko kilka obcych słów.
-O, w mordę- Jęknął Tom, a nam poopadały szczęki.
-Tak w sumie, co powiedziałeś?.- Zapytała z zaciekawieniem Diana.
-Powiedział, że powinno już was tu nie być- zauważył głos z niedaleka.
-Krzyżanowski..- warknął Matt nieufnie.
-Skąd go znasz?- Zdziwiłem się.
-Tanner..- Rafael zamyślił się na chwilę.- Ciekawe, gdzie Raven i ten drugi przybłęda..- Zauważył drwiąco.
-Największym przybłędą tutaj jesteś ty- odparował Matt.
Rafael zjawił się tuż przy nim i przyciągając go za szmaty odwarknął:
-Lepiej to odszczekaj; psie- powiedział z groźbą.
-Sam szczekaj nieco ciszej, brudny wampirze- Przesunąłem wzrokiem po głowni miecza przy gardle Rafaela i spojrzałem na trzymającą broń...
Caroline Raven.
-Córka diabelskiego Rodu- odparł chłodno Rafael.- Gdzie twoja stoczona kuzynka? W celi; czy może już w urnie?- Zakpił.
Wtedy cios buta posłał go w drzewo.
-Dla ciebie, śmieciu, pani Raven herbu Kruk- oznajmił orzechowooki chłopak lodowato.
W tej samej chwili z drzewa sfrunęły dwie postacie w granatowym odzieniu i pelerynach z kapturem na głowach.
-Ten chłopak jest nasz- oznajmił jeden z nich.
-Jest na terenie Rodu- odparł spokojnie, lecz chłodno chłopak.
-Devon Cristopher Victor - wampir przerzucił wzrok na dziewczynę- i Caroline Glory Amanda, dzieci drugiego syna, czwartego pokolenia Ravenów; herbu Kruk.
-Kim jesteście, jeśli mogę wiedzieć?- Zapytał Devon trzymając broń przy gardle Rafaela.
-Przysyła nas klan Vain- odparł uprzejmie rozmówca Devona.
-Po co?- Zapytał chłopak bez entuzjazmu.
-Po szczeniaka- wampir ruchem głowy wskazał Rafaela.
-Jest na łowczej ziemi, więc nie macie do niego praw- powiedziała Caroline; jakby przypominała im; gdzie ich miejsce.
-Tylko dlatego na razie uprzejmie proszę o wydanie dzieciaka- odpowiedział wampir zdejmując kaptur.
Był krótkowłosym szatynem o pięknej porcelanowej twarzy, ostrych rysach i wyraźnie zarysowanej szczęce, z oczami błyszczącymi szkarłatem. Wysoki na metr dziewięćdziesiąt i dość dobrze zbudowany.
-A jeśli cię nie posłucham?- Zapytał Devon obojętnie.
Wampir otworzył usta, by odpowiedzieć, lecz nagle on i jego towarzysz cofnęli się w głębokim ukłonie.
-Łowcy Rodu Kruka- przemówił delikatny, jak podzwanianie dzwonków kobiecy głos. Jej dłoń z trzaskiem zetknęła się z policzkiem szatyna.
-Pani..- odszepnął z czcią.
Callisto zeskoczyła z drzewa za Devonem.
-Nie zamierzaliśmy naruszać granic Pogromców; Głowo Rodu: Callisto Anabelle- Powiedziała przepraszająco nieznajoma zwracając się do Cally.
-Skoro już tu jesteście; musicie mieć ważny powód; pijawy- odpowiedziała turkusowooka chłodno, wsuwając z trzaskiem miecz w pochwę.
-Owszem- potaknęła kobieta spokojnie.- Przyszliśmy tu z artykułu trzysta piętnastego; Kodeksu Praw Stowarzyszenia Łowców, punkt siódmy, podpunkt d, z późniejszymi zmianami.
-Rozdział szesnasty: czyny przeciwko Arystokracji, ze szkodą dla ludzi. Artykuł ten; cytuję: "Wampir Czystej lub Szlachetnej krwi zobowiązany jest nie tworzyć nowych bez zgody Zwierzchnika Klanu, punkt siódmy: gdy wyżej wymieniony "dzieli się" z człowiekiem krwią lub w inny sposób okazuje Zwierzchnikowi nieposłuszeństwo; Zwierzchnik może: podpunkt d: gdy poszukiwany jest na ziemi łowczych i dostał azyl, ma prawo żądać jego wydania, w celu wymierzenia mu kary"- wyrecytowała Callisto beznamiętnie.- Wprowadzone zmiany mówią: "jeśli sprawca znajduje się na ziemi łowców; Zwierzchnika obowiązuje osobista prośba."
-Ty marny poziomie D..!- Warknął nienawistnie wampir rzucając się z bronią na Callisto.
Czarnowłosa wyciągając miecz skrzyżowała ostrze z przeciwnikiem i mocnym kopniakiem posłała go w zaspę.
-Być może nie doczytałam tego i owego, chyba wybaczysz mi to niedopatrzenie- odrzekła kobieta wyjątkowo uprzejmie.
Devon i Caroline przyglądali się Callisto zamyśleni nad czymś.
-Jest taki paragraf?- Zapytał powoli Devon.
Callisto wyciągnęła z kieszeni bojówek małą niebieską książeczkę.
-Zaznaczone zagiętym rogiem- rzuciła do niego przedmiot. Devon otworzył ją i zaczął czytać.
-No, tak...- mruknął w zastanowieniu. Rafael ruszył się, kuzyn Callisto mocnym kopniakiem posłał wampira spowrotem na ziemię.- W końcu jesteś trochę wyżej w szkoleniu, Cally- lekki uśmiech przemknął przez jego twarz.
-Wpisz się wreszcie na egzamin i daj żyć, człowieku- Callisto odwzajemniła uśmiech, udając lekkie zniecierpliwienie.
Matt, Tom, Max i Diana obserwowali to w milczeniu.
-To Stowarzyszenie dało azyl temu brudasowi; więc radzę zwrócić się do przewodniczącego- powiedziała po długiej chwili turkusowooka.
-Ty ścierwny, bezczelny poziomie D...- Warknął drugi wampir w pelerynie sięgając do broni.
-Zaatakuj mnie na tej ziemi; powodzenia życzę- odparła drwiąco Callisto.- Bardzo proszę, by twoje psy szczekały nieco ciszej, pani Klanu Vain- zwróciła się spokojnie do kobiety.
-Powinieneś zamknąć jadaczkę i nie pyskować; skoro nie jesteś u siebie, koleś- Zauważył nagle Max, wypił kolejny kieliszek.
Wszyscy spojrzeli na niego zaskoczeni, że się na to odważył. Diana miała oczy wielkie, jak ping-pongi ze zdziwienia.
Wampir zjawił się tuż przed nim warcząc:
-Bo co? Bo ty tak mówisz?- Syknął z groźbą.
-Rusłan. Dość- oznajmiła chłodno kobieta.
Zakapturzony niechętnie usłuchał swojej pani i dołączył do otrzepującego się ze śniegu drugiego krwiopijcy.
-Oczywiście. Poproszę całą Radę, jeśli będzie to konieczne- odpowiedziała uprzejmie piękna kobieta.- Odchodzimy- zwróciła się do pozostałych dwóch.- Do zobaczenia, Raven.- Zniknęli
-Oby nie- Callisto z trudem powstrzymując rechot rzuciła coś do Devona, po niemiecku. Zabrali Rafaela i odeszli rozmawiając.
Co mu powiedziała?- Zapytali spojrzeniem Matta.
-Że ta kobieta powinna trzymać swoje psy na bardzo krótkiej smyczy, albo częściej wyprowadzać je na spacer, bo mają za dużo energii- przetłumaczył Matt odruchowo.
-I to ma być takie śmieszne?- Spytała wolno Diana.
-Wierz mi, oni mają nieco inne poczucie humoru niż my- odparł Matt, przechylając wolno kieliszek.
Chciałem o to zapytać, ale wyprzedziła mnie Diana.
-Skąd znasz Rafaela?- Zapytała zdziwiona.
-Miałem życie, zanim cię poznałem- zażartował, jakby na odczepne.
-Zlewasz mnie- stwierdziła przyglądając mu się z troską.
Matt oparł się o busa i spojrzał w błękitne niebo. Stał tak kilka minut pogrążony w myślach.
-Myślałem, że nie będę musiał do tego wracać..- powiedział w końcu cicho.
-Do czego wracać?- Zapytałem powoli.
Matt przysiadł na progu nadwozia i patrząc w dal odparł:
-Pewnie zauważyliście, że ja i Simon nie często ze sobą rozmawiamy...
-W ogóle nie rozmawiacie. Mijacie się nawet nie mówiąc sobie "cześć"- poprawił powoli Tom.
Matt uśmiechnął się słabo, wzdychając ciężko.
-Ma rację, że to moja wina- odparł smutno. Wziął gitarę i zaczął coś grać.- Gdyby nie ja, ona by nie przedawkowała.. Nie brałaby nic od Niego..- z wściekłością i rozżaleniem kopnął w karoserię.
-O czym ty mówisz?- Zapytał Max ostrożnie.
-O Charlotte; twojej poprzedniczce- wyjaśniła Diana.
-Przecież "Castiel" odeszła z zespołu, nie?- Zapytał Max wolno, używając przezwiska.
-Nie odeszła- Tom spojrzał pytająco na Matta, który skinął głową robiąc jękliwy riff. D zapisała to szybko w swoim notesie nut.- Wykończyły ją dragi, była dziewczyną Matta.
Max zamrugał.
-Nigdy o tym nie mówiłeś- powiedział zaskoczony.
-To był toksyczny związek; chciałem zapomnieć- oznajmił cicho Matt.- Podczas ostatniej naszej kłótni zagroziłem, że jeśli nie pójdzie na odwyk, rozstaniemy się. Do dziś pamiętam, co odpowiedziała: i z ciebie musiałabym się wyleczyć. I trzasnęła drzwiami, a następnego dnia Simon znalazł ją martwą na łóżku..- Matt otworzył kolejną butelkę i polał.- Zamiast jej pomóc, stałem i patrzyłem; jak Charlotte z dnia na dzień coraz bardziej się stacza, zmienia się w chodzący wrak człowieka...- Matt próbował się uśmiechnąć, ale jego wyraz twarzy stał się płaczliwy. Wychylił szybko kieliszek.- Po tym, co się stało nie chcę się już z nikim wiązać.. Paul chyba się podobasz tej Caroline- zauważył nagle, spoglądając na mnie.
Drgnąłem szybko i spojrzałem nań z zaskoczeniem.
-Tak sądzisz?- Zapytałem niepewnie, upijając łyk jakiegoś soku.
-Pewnie- przytaknął ochoczo.- Ona wyraźnie się na ciebie gapiła... Co ja gadam(!) chrupała cię wzrokiem. Jak ciastko- poprawił się, a reszta zarechotała wesoło.
-Nie wiedziałem, że Raven ma rodzeństwo- powiedział Max.
-To kuzyni Callisto- poprawiłem go.
-Jak to kuzyni?- Zapytał Tom unosząc brwi.
-To dzieci młodszego brata ojca Cally- wyjaśniłem ze śmiechem.
-To ilu ten facet miał braci?- Zaczęła zaskoczona Diana, przeczesując palcami szopę czerwonych włosów.
-Trzech- Callisto zwisła z relingu na dachu busa.- Paul, możemy pogadać?- Rzuciła krótko zeskakując na śnieg.
-Spoko- Odparłem idąc za nią, choć przypuszczałem, o co chce zapytać.
***
-Jest taki paragraf?- Zapytał powoli Devon.
Callisto wyciągnęła z kieszeni bojówek małą niebieską książeczkę.
-Zaznaczone zagiętym rogiem- rzuciła do niego przedmiot. Devon otworzył ją i zaczął czytać.
-No, tak...- mruknął w zastanowieniu. Rafael ruszył się, kuzyn Callisto mocnym kopniakiem posłał wampira spowrotem na ziemię.- W końcu jesteś trochę wyżej w szkoleniu, Cally- lekki uśmiech przemknął przez jego twarz.
-Wpisz się wreszcie na egzamin i daj żyć, człowieku- Callisto odwzajemniła uśmiech, udając lekkie zniecierpliwienie.
Matt, Tom, Max i Diana obserwowali to w milczeniu.
-To Stowarzyszenie dało azyl temu brudasowi; więc radzę zwrócić się do przewodniczącego- powiedziała po długiej chwili turkusowooka.
-Ty ścierwny, bezczelny poziomie D...- Warknął drugi wampir w pelerynie sięgając do broni.
-Zaatakuj mnie na tej ziemi; powodzenia życzę- odparła drwiąco Callisto.- Bardzo proszę, by twoje psy szczekały nieco ciszej, pani Klanu Vain- zwróciła się spokojnie do kobiety.
-Powinieneś zamknąć jadaczkę i nie pyskować; skoro nie jesteś u siebie, koleś- Zauważył nagle Max, wypił kolejny kieliszek.
Wszyscy spojrzeli na niego zaskoczeni, że się na to odważył. Diana miała oczy wielkie, jak ping-pongi ze zdziwienia.
Wampir zjawił się tuż przed nim warcząc:
-Bo co? Bo ty tak mówisz?- Syknął z groźbą.
-Rusłan. Dość- oznajmiła chłodno kobieta.
Zakapturzony niechętnie usłuchał swojej pani i dołączył do otrzepującego się ze śniegu drugiego krwiopijcy.
-Oczywiście. Poproszę całą Radę, jeśli będzie to konieczne- odpowiedziała uprzejmie piękna kobieta.- Odchodzimy- zwróciła się do pozostałych dwóch.- Do zobaczenia, Raven.- Zniknęli
-Oby nie- Callisto z trudem powstrzymując rechot rzuciła coś do Devona, po niemiecku. Zabrali Rafaela i odeszli rozmawiając.
Co mu powiedziała?- Zapytali spojrzeniem Matta.
-Że ta kobieta powinna trzymać swoje psy na bardzo krótkiej smyczy, albo częściej wyprowadzać je na spacer, bo mają za dużo energii- przetłumaczył Matt odruchowo.
-I to ma być takie śmieszne?- Spytała wolno Diana.
-Wierz mi, oni mają nieco inne poczucie humoru niż my- odparł Matt, przechylając wolno kieliszek.
Chciałem o to zapytać, ale wyprzedziła mnie Diana.
-Skąd znasz Rafaela?- Zapytała zdziwiona.
-Miałem życie, zanim cię poznałem- zażartował, jakby na odczepne.
-Zlewasz mnie- stwierdziła przyglądając mu się z troską.
Matt oparł się o busa i spojrzał w błękitne niebo. Stał tak kilka minut pogrążony w myślach.
-Myślałem, że nie będę musiał do tego wracać..- powiedział w końcu cicho.
-Do czego wracać?- Zapytałem powoli.
Matt przysiadł na progu nadwozia i patrząc w dal odparł:
-Pewnie zauważyliście, że ja i Simon nie często ze sobą rozmawiamy...
-W ogóle nie rozmawiacie. Mijacie się nawet nie mówiąc sobie "cześć"- poprawił powoli Tom.
Matt uśmiechnął się słabo, wzdychając ciężko.
-Ma rację, że to moja wina- odparł smutno. Wziął gitarę i zaczął coś grać.- Gdyby nie ja, ona by nie przedawkowała.. Nie brałaby nic od Niego..- z wściekłością i rozżaleniem kopnął w karoserię.
-O czym ty mówisz?- Zapytał Max ostrożnie.
-O Charlotte; twojej poprzedniczce- wyjaśniła Diana.
-Przecież "Castiel" odeszła z zespołu, nie?- Zapytał Max wolno, używając przezwiska.
-Nie odeszła- Tom spojrzał pytająco na Matta, który skinął głową robiąc jękliwy riff. D zapisała to szybko w swoim notesie nut.- Wykończyły ją dragi, była dziewczyną Matta.
Max zamrugał.
-Nigdy o tym nie mówiłeś- powiedział zaskoczony.
-To był toksyczny związek; chciałem zapomnieć- oznajmił cicho Matt.- Podczas ostatniej naszej kłótni zagroziłem, że jeśli nie pójdzie na odwyk, rozstaniemy się. Do dziś pamiętam, co odpowiedziała: i z ciebie musiałabym się wyleczyć. I trzasnęła drzwiami, a następnego dnia Simon znalazł ją martwą na łóżku..- Matt otworzył kolejną butelkę i polał.- Zamiast jej pomóc, stałem i patrzyłem; jak Charlotte z dnia na dzień coraz bardziej się stacza, zmienia się w chodzący wrak człowieka...- Matt próbował się uśmiechnąć, ale jego wyraz twarzy stał się płaczliwy. Wychylił szybko kieliszek.- Po tym, co się stało nie chcę się już z nikim wiązać.. Paul chyba się podobasz tej Caroline- zauważył nagle, spoglądając na mnie.
Drgnąłem szybko i spojrzałem nań z zaskoczeniem.
-Tak sądzisz?- Zapytałem niepewnie, upijając łyk jakiegoś soku.
-Pewnie- przytaknął ochoczo.- Ona wyraźnie się na ciebie gapiła... Co ja gadam(!) chrupała cię wzrokiem. Jak ciastko- poprawił się, a reszta zarechotała wesoło.
-Nie wiedziałem, że Raven ma rodzeństwo- powiedział Max.
-To kuzyni Callisto- poprawiłem go.
-Jak to kuzyni?- Zapytał Tom unosząc brwi.
-To dzieci młodszego brata ojca Cally- wyjaśniłem ze śmiechem.
-To ilu ten facet miał braci?- Zaczęła zaskoczona Diana, przeczesując palcami szopę czerwonych włosów.
-Trzech- Callisto zwisła z relingu na dachu busa.- Paul, możemy pogadać?- Rzuciła krótko zeskakując na śnieg.
-Spoko- Odparłem idąc za nią, choć przypuszczałem, o co chce zapytać.
***
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz