Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Późne popołudnie..
-To straszne.. W taki gorąc; taaaką ciężką kiecę.. Rany..- jeknęłam; gdy szliśmy w stronę biblioteki.
-A, co ja mam powiedzieć?- Spytał Vincent.- Będę się czuł jak zamknięty w konserwie; przez tę półzbroję..
-Chcesz się zamienić? Aureolka się nie nagrzewa- zaproponował z kpiną Michael.
-Coś ty, w życiu!- Syknął Vincent.- Niektórzy to mają dobrze- rzucił szturchając Paula i Tori.
-Szczere kondolencje; panie Konserwa- odparł Paul tłumiąc śmiech.
-Ja tam sądzę, że najbardziej przerąbane będzie miał ten, co gra księdza- zauważył Michael.
-On bardziej pasowałby na biskupa- stwierdziła Tori; a my zarechotaliśmy zgodnie.
Późne popołudnie..
-To straszne.. W taki gorąc; taaaką ciężką kiecę.. Rany..- jeknęłam; gdy szliśmy w stronę biblioteki.
-A, co ja mam powiedzieć?- Spytał Vincent.- Będę się czuł jak zamknięty w konserwie; przez tę półzbroję..
-Chcesz się zamienić? Aureolka się nie nagrzewa- zaproponował z kpiną Michael.
-Coś ty, w życiu!- Syknął Vincent.- Niektórzy to mają dobrze- rzucił szturchając Paula i Tori.
-Szczere kondolencje; panie Konserwa- odparł Paul tłumiąc śmiech.
-Ja tam sądzę, że najbardziej przerąbane będzie miał ten, co gra księdza- zauważył Michael.
-On bardziej pasowałby na biskupa- stwierdziła Tori; a my zarechotaliśmy zgodnie.
-Panna Raven..- Scott, jak zwykle cieszyła się na mój widok. Ruszyłam za nią, aby włożyć na siebie ten ciężki namiot.
-Jak zawsze idealna- stwierdziła Collins, natomiast Vitto gapiła się na mnie; jak zaczarowana.
-Niesamowity widok- przytaknęła z aprobatą.
-Trochę duszący- skomentowałam powoli.- Rany, czyżbym przytyła..?- Zaczęłam zdziwiona przeglądając się w dużym lustrze. Nagle zakręciło mi się w głowie, Michael przyskoczył i podtrzymał mnie w pionie.
-Raven; wszystko w porządku?- Zapytała zaniepokojona Vitto.
Poczułam zapach, który spowodował zawroty głowy i powoli zlokalizowałam jego źródło.
-Werbena kwitnie- uspokoiłam zaniepokojonego Michaela.
-Masz alergię na kwiaty doniczkowe?- Zdziwiła się Collins.
-Nie, tylko.. Nie bardzo lubię ten zapach- uśmiechnęłam się słabo.
Zaczynał mnie po prostu przytępiać- jako wampir uważałam, że ta roślina po prostu cuchnie.
-Jak zawsze idealna- stwierdziła Collins, natomiast Vitto gapiła się na mnie; jak zaczarowana.
-Niesamowity widok- przytaknęła z aprobatą.
-Trochę duszący- skomentowałam powoli.- Rany, czyżbym przytyła..?- Zaczęłam zdziwiona przeglądając się w dużym lustrze. Nagle zakręciło mi się w głowie, Michael przyskoczył i podtrzymał mnie w pionie.
-Raven; wszystko w porządku?- Zapytała zaniepokojona Vitto.
Poczułam zapach, który spowodował zawroty głowy i powoli zlokalizowałam jego źródło.
-Werbena kwitnie- uspokoiłam zaniepokojonego Michaela.
-Masz alergię na kwiaty doniczkowe?- Zdziwiła się Collins.
-Nie, tylko.. Nie bardzo lubię ten zapach- uśmiechnęłam się słabo.
Zaczynał mnie po prostu przytępiać- jako wampir uważałam, że ta roślina po prostu cuchnie.
-Te, o co biega z tym kwiatem w bibliotece?- Zapytała Tori.
-Verbena officinalis: jedyny kwiat ozdobny którego nienawidzą pijawy.. Rany; jak to cholerstwo cuchnie..- jeknęłam; gdy jechaliśmy do kościoła.
-Czekaj; to ten sam kwiat, jak w tym wisiorku, który dałaś kiedyś Tori?- Spytał nagle Paul.
-Taa- przytaknęłam przeciągle, czując się; jak naćpana.
-Dziwnie wyglądasz- zauważył Vincent.
-To znaczy?- Skupiłam na chłopaku rozjeżdżający się wzrok.
-Jakbyś coś wzięła- zauważył ostrożnie.
-To przez ten zapach... On...- zaczęłam słabym głosem.- W okresie kwitnienia werbena działa na wampiry; jak... Coś jakby środek usypiający, albo..- westchnęłam.- To po prostu okropnie cuchnie!.- Prychnęłam z nagłą irytacją.
-Jakieś szybkie antidotum?- Zapytał powoli Paul.
-Nie zaczynaj..- zauważył Vincent ostrzegawczo.
-Jeszcze nad sobą panuję; Vincent.. Co do "odtrutki" na kwiaty to..- Wyciągnęłam zza dekoltu przebrania mniejszą strzykawkę, niż ta z lekiem. -Czyń honory; Miles..
-Ale ja nie potrafię dawać zastrzyków- zaczęła z obawą.
-Wal centralnie w środek Róży- pouczyłam wolno opierając się o tylną kanapę Mazdy, odsłoniłam tatuaż na szyi.
-D-dobra- zająknęła się niska szatynka zdejmując z igły osłonkę. Zamierzyła się i...
-Na pewno trafiłam?- Zapytała niepewnie.
-Auć..- jeknęłam krzywiąc się lekko.- Zabolało, więc masz tego cela- stwierdziłam z podziwem, czując jak wciska tłoczek.
-Cally, na pewno wiesz, co robisz?- Zapytała Tori ostrożnie wyciągając igłę.
-Nie wiem- odparłam szczerze.- Rozpoczyna się pierwszy mini odlot- przymknęłam na chwilę oczy.
-Ona naprawdę dobrze się czuje?- Zapytał Paul Michaela.
-Tak mi się wydaje- Zielonooki patrzył na mnie z wyraźnym niepokojem.
Po chwili uniosłam powoli powieki i zamrugałam oczami.
-Devon chyba miał rację; że to "drugie" jest dość mocne- zauważyłam ochrypłym, lecz raźniejszym nieco głosem.
Falowy drugi odlot był nieco słabszy.
Paul powoli zjechał na parking przy kościele Świętej Trójcy i zgasił silnik.
-Naprawdę wszystko z tobą w porządku?- Spytał obserwując mnie we wstecznym lusterku.
-Taa; już mi lepiej- odparłam ze spokojem.- Tylko ten okropny gorset mi trochę przeszkadza- zaczęłam.
-Może tak by go zdjąć?- Zapytał Michael z delikatnym półuśmiechem; dając mi buziaka.
Paul i Vincent wymienili spojrzenia i ironiczne uśmiechy.
-Byłoby cudownie- odparłam lekko, pstrykając w aureolkę.
-Uuu; ostro!- Zawyła Tori rechocząc.
Wysiedliśmy z Mazdy i w dobrym humorze ruszyliśmy w stronę świątyni.
-Verbena officinalis: jedyny kwiat ozdobny którego nienawidzą pijawy.. Rany; jak to cholerstwo cuchnie..- jeknęłam; gdy jechaliśmy do kościoła.
-Czekaj; to ten sam kwiat, jak w tym wisiorku, który dałaś kiedyś Tori?- Spytał nagle Paul.
-Taa- przytaknęłam przeciągle, czując się; jak naćpana.
-Dziwnie wyglądasz- zauważył Vincent.
-To znaczy?- Skupiłam na chłopaku rozjeżdżający się wzrok.
-Jakbyś coś wzięła- zauważył ostrożnie.
-To przez ten zapach... On...- zaczęłam słabym głosem.- W okresie kwitnienia werbena działa na wampiry; jak... Coś jakby środek usypiający, albo..- westchnęłam.- To po prostu okropnie cuchnie!.- Prychnęłam z nagłą irytacją.
-Jakieś szybkie antidotum?- Zapytał powoli Paul.
-Nie zaczynaj..- zauważył Vincent ostrzegawczo.
-Jeszcze nad sobą panuję; Vincent.. Co do "odtrutki" na kwiaty to..- Wyciągnęłam zza dekoltu przebrania mniejszą strzykawkę, niż ta z lekiem. -Czyń honory; Miles..
-Ale ja nie potrafię dawać zastrzyków- zaczęła z obawą.
-Wal centralnie w środek Róży- pouczyłam wolno opierając się o tylną kanapę Mazdy, odsłoniłam tatuaż na szyi.
-D-dobra- zająknęła się niska szatynka zdejmując z igły osłonkę. Zamierzyła się i...
-Na pewno trafiłam?- Zapytała niepewnie.
-Auć..- jeknęłam krzywiąc się lekko.- Zabolało, więc masz tego cela- stwierdziłam z podziwem, czując jak wciska tłoczek.
-Cally, na pewno wiesz, co robisz?- Zapytała Tori ostrożnie wyciągając igłę.
-Nie wiem- odparłam szczerze.- Rozpoczyna się pierwszy mini odlot- przymknęłam na chwilę oczy.
-Ona naprawdę dobrze się czuje?- Zapytał Paul Michaela.
-Tak mi się wydaje- Zielonooki patrzył na mnie z wyraźnym niepokojem.
Po chwili uniosłam powoli powieki i zamrugałam oczami.
-Devon chyba miał rację; że to "drugie" jest dość mocne- zauważyłam ochrypłym, lecz raźniejszym nieco głosem.
Falowy drugi odlot był nieco słabszy.
Paul powoli zjechał na parking przy kościele Świętej Trójcy i zgasił silnik.
-Naprawdę wszystko z tobą w porządku?- Spytał obserwując mnie we wstecznym lusterku.
-Taa; już mi lepiej- odparłam ze spokojem.- Tylko ten okropny gorset mi trochę przeszkadza- zaczęłam.
-Może tak by go zdjąć?- Zapytał Michael z delikatnym półuśmiechem; dając mi buziaka.
Paul i Vincent wymienili spojrzenia i ironiczne uśmiechy.
-Byłoby cudownie- odparłam lekko, pstrykając w aureolkę.
-Uuu; ostro!- Zawyła Tori rechocząc.
Wysiedliśmy z Mazdy i w dobrym humorze ruszyliśmy w stronę świątyni.
Siedząc w kościele rozmyślałam właściwie o wszystkim: o Grace, tamtej nocy.. Michaelu i w ogóle..
Poza tym Lucian..
Od kiedy odnowił Pakt między nami; ani razu nie widziałam, by choć na chwilę się uśmiechnął. Ani na moment jego oczy nie błysnęły tak, jak kiedyś.. Ciągle tylko ten okropny smutek w jego oczach. Z jakiego powodu tak bardzo cierpi? Dlaczego nadal nie widzę jego uśmiechu? O czym myśli; gdy patrzy na mnie w ten melancholijny sposób? Chciałabym wiedzieć; co tak naprawdę czuje...
***
Po mszy, rozpoczynała się parada, więc wsiadłam do zaprzężonej w cztery gniade konie ciemnej karocy. Inni aktorzy tej nędznej sztuki jechali innymi wozami. Paul jako pan młody jechał z "panną młodą" w białym nieosłonionym dachem powozie. Tori z resztą zamykali paradę; jadąc na sianie, na starej furmance. Vincent na czele tego orszaku dosiadał białego konia. Przechylił się w siodle i zapytał o coś.
-Będę zaraz za tobą, chłopcze- odpowiedział mężczyzna z uprzejmym uśmiechem.- Panno Raven- zajrzał do powozu.- Świetnie panienka wygląda.
-Dziękuję, panie James- odparłam z wyjątkową uprzejmością.
-Wio!- rzucił Vincent; trzymając wodze, obejrzał się w tył.
Moja karoca ruszyła...
***
Z okienka karety zobaczyłam Luciana. Stał wśród tłumu i wraz z innymi mieszkańcami miasta przygladał się paradzie z zainteresowaniem. Był tu kiedy założono miasto- znał i służył pierwszemu Ravenowi. Obserwował; jak po każdej wojnie miasto się odradzało i zmieniało. Na prośbę Jamesa Corvinusa pracował wraz z innymi ludźmi; gdy budowano kościół Świętej Trójcy- jedyny budynek; który był niemym świadkiem całej historii miasta.
Lucian Mikaelis miał taki wyraz twarzy, jakby wracał do bardzo miłych wspomnień.
Poza tym Lucian..
Od kiedy odnowił Pakt między nami; ani razu nie widziałam, by choć na chwilę się uśmiechnął. Ani na moment jego oczy nie błysnęły tak, jak kiedyś.. Ciągle tylko ten okropny smutek w jego oczach. Z jakiego powodu tak bardzo cierpi? Dlaczego nadal nie widzę jego uśmiechu? O czym myśli; gdy patrzy na mnie w ten melancholijny sposób? Chciałabym wiedzieć; co tak naprawdę czuje...
***
Po mszy, rozpoczynała się parada, więc wsiadłam do zaprzężonej w cztery gniade konie ciemnej karocy. Inni aktorzy tej nędznej sztuki jechali innymi wozami. Paul jako pan młody jechał z "panną młodą" w białym nieosłonionym dachem powozie. Tori z resztą zamykali paradę; jadąc na sianie, na starej furmance. Vincent na czele tego orszaku dosiadał białego konia. Przechylił się w siodle i zapytał o coś.
-Będę zaraz za tobą, chłopcze- odpowiedział mężczyzna z uprzejmym uśmiechem.- Panno Raven- zajrzał do powozu.- Świetnie panienka wygląda.
-Dziękuję, panie James- odparłam z wyjątkową uprzejmością.
-Wio!- rzucił Vincent; trzymając wodze, obejrzał się w tył.
Moja karoca ruszyła...
***
Z okienka karety zobaczyłam Luciana. Stał wśród tłumu i wraz z innymi mieszkańcami miasta przygladał się paradzie z zainteresowaniem. Był tu kiedy założono miasto- znał i służył pierwszemu Ravenowi. Obserwował; jak po każdej wojnie miasto się odradzało i zmieniało. Na prośbę Jamesa Corvinusa pracował wraz z innymi ludźmi; gdy budowano kościół Świętej Trójcy- jedyny budynek; który był niemym świadkiem całej historii miasta.
Lucian Mikaelis miał taki wyraz twarzy, jakby wracał do bardzo miłych wspomnień.
Gabriel Mikaelis; Anioł Rodu Kruka.
Wygląda dokładnie tak, jak moja pierwsza Pani...
Niemal identycznie, jak Victoria- główna doradczyni swojego męża, a mego pierwszego- niemniej jednak upartego i bezpośredniego, lecz momentami zabawnego- panicza: Jamesa...
Callisto Anabelle. W większości swą chłodną urodę odziedziczyła po klanie Raven- mało w niej tych delikatniejszych rysów rodu Holy, którego każdy członek wyglądał; jak słodka panna na wydaniu.
Hmm; może to nie do końca odpowiednie określenie: rodzina Holy posiadała wyjątkowe; subtelne i miłe dla oczu piękno: na przykład Valerie- turkus jej tęczówek zdawał się być ruchomy, jak ocean podczas przypływu; a ta twarzyczka- była nie tylko pełna majestatu; ale i swego rodzaju troskliwości- zwłaszcza; gdy patrzyła na swego ukochanego męża i córkę. Od tej twarzy bił nie tylko spokój; ale i głębokie oraz wyraźne uczucia.. Zresztą nie bez powodu Cristopher nazywał ją ósmym cudem świata.
Gdyby żyła, na pewno byłaby dumna z córki...
A jeśli mógłbyś, czysto teoretycznie, pokochać ją jako zwykły człowiek...?- Czasem nadal zastanawiam się; jakby to było; gdybym był tylko człowiekiem..
-Któż to może wiedzieć..- mruknąłem do swoich myśli.
-Co wiedzieć; brachu?- Spytał Rafael szturchając mnie lekko. -Nieważne- zbyłem, oddając mu kuksańca.- Gdzie zgubiłeś Sebastiana?- Spytałem nagle.
-Był tu przed chwilą- zauważył Rafael rozglądając się.
***
Sebastian znalazł się dwadzieścia minut później; gdy podczas przedstawienia grabarz kłócił się o coś z karczmarką.
-Wydaje mi się, że lepiej bym to zagrał- Stwierdził w stronę swojego bliźniaka.
-Ty nie musisz grać. Takiego drugiego grabarza to nie znajdziemy nigdzie- zauważyłem z ironią.
-To komplement; czy jednak sarkazm; Gabriel?- Zapytał nie bez uśmiechu Undertaker.
Wygląda dokładnie tak, jak moja pierwsza Pani...
Niemal identycznie, jak Victoria- główna doradczyni swojego męża, a mego pierwszego- niemniej jednak upartego i bezpośredniego, lecz momentami zabawnego- panicza: Jamesa...
Callisto Anabelle. W większości swą chłodną urodę odziedziczyła po klanie Raven- mało w niej tych delikatniejszych rysów rodu Holy, którego każdy członek wyglądał; jak słodka panna na wydaniu.
Hmm; może to nie do końca odpowiednie określenie: rodzina Holy posiadała wyjątkowe; subtelne i miłe dla oczu piękno: na przykład Valerie- turkus jej tęczówek zdawał się być ruchomy, jak ocean podczas przypływu; a ta twarzyczka- była nie tylko pełna majestatu; ale i swego rodzaju troskliwości- zwłaszcza; gdy patrzyła na swego ukochanego męża i córkę. Od tej twarzy bił nie tylko spokój; ale i głębokie oraz wyraźne uczucia.. Zresztą nie bez powodu Cristopher nazywał ją ósmym cudem świata.
Gdyby żyła, na pewno byłaby dumna z córki...
A jeśli mógłbyś, czysto teoretycznie, pokochać ją jako zwykły człowiek...?- Czasem nadal zastanawiam się; jakby to było; gdybym był tylko człowiekiem..
-Któż to może wiedzieć..- mruknąłem do swoich myśli.
-Co wiedzieć; brachu?- Spytał Rafael szturchając mnie lekko. -Nieważne- zbyłem, oddając mu kuksańca.- Gdzie zgubiłeś Sebastiana?- Spytałem nagle.
-Był tu przed chwilą- zauważył Rafael rozglądając się.
***
Sebastian znalazł się dwadzieścia minut później; gdy podczas przedstawienia grabarz kłócił się o coś z karczmarką.
-Wydaje mi się, że lepiej bym to zagrał- Stwierdził w stronę swojego bliźniaka.
-Ty nie musisz grać. Takiego drugiego grabarza to nie znajdziemy nigdzie- zauważyłem z ironią.
-To komplement; czy jednak sarkazm; Gabriel?- Zapytał nie bez uśmiechu Undertaker.
Słysząc dzwony poruszyłem się niespokojnie i obejrzałem się na majaczącą w oddali oświetloną wieżyczkę kościoła Świętej Trójcy, przy którego budowie na życzenie mego pierwszego panicza pracowałem- nakazał mi wtedy, nie wnosząc żadnych poprawek do rysunku budowli- umieścić- w podziemiu dokładnie pod ołtarzem- skrytkę, o której wiedziało tylko nas dwóch. Wówczas wspomniałem ostatnią rozmowę z Jamesem. Na dwa dni przed swą śmiercią przekazał mi, żebym strzegł tej tajemnicy- abym przysiągł: cokolwiek miałoby się wydarzyć; że będę milczał, gdyby ktokolwiek pytał mnie o to; co tam ukrył. Jednak nie wspomniał ni słowem, czym jest ów przedmiot-depozyt.
W przeddzień swego końca leżał na łożu i poprosił służbę; aby zamknęła drzwi na czas naszej rozmowy. Nieco mnie to zdziwiło, ponieważ jako człowiek bezpośredni nigdy nie miał przed nikim żadnych tajemnic- dzwony biły tak samo, jak dziś.
-Lucian..- przemówił słabszym głosem.
-Jestem; panie- oznajmiłem krótko. Widząc gest nakazujący mi się zbliżyć powoli poszedłem do leżącego mężczyzny i przyklęknąłem przy łożu- wyciągnął palce i spletliśmy dłonie.
Jedynymi osobami, którym ufał była jego żona i ja. Syn był jeszcze zbyt młody, by móc decydować o czymkolwiek, a tym bardziej być w tej kwestii branym pod uwagę.
-Przysiągłeś mi wiele rzeczy- powiedział cichym głosem.- Zanim zejdę chcę, byś złożył mi ostatnią obietnicę..
-Jak sobie życzysz; panie- odpowiedziałem usłużnie.
-Zanim to jednak nastąpi; chcę ci powiedzieć kilka innych ważnych rzeczy...- ciągnął z powagą James Raven.- Rzeczy; które się wydarzą..
Na chwilę zamarłem z osłupiałym wyrazem twarzy, patrząc mu w twarz. Te niespotykane granatowe oczy wpatrywały się w moje z uwagą.
Ostrożnie wyciągnąłem lewą rękę by sprawdzić; czy nie ma gorączki- jego słowa były nie tyle zdumiewające; co nadzwyczaj dziwne, zatem pomyślałem, że być może James majaczy- bez zbytniej delikatności odtrącił moje palce, tym samym zaprzeczając moim podejrzeniom.
-Nie wierzysz mi; Lucian..- odezwał się po dłuższym milczeniu patrząc w okno.
-Twoje zachowanie bardzo mnie niepokoi; panie- zacząłem z troską.
-To tak, jakbyś mówił mi wprost w twarz; że oszalałem- zauważył nieco chłodniejszym tonem.
-Wiesz, że nie śmiałbym pomyśleć, a co dopiero powiedzieć czegoś takiego- odparłem cicho.- Żadne twoje słowo, choćby nie wiem, jak niepojęte; nie umniejszy mojego szacunku wobec ciebie. Niczego między nami nie zmieni- zapewniłem.
James niezwykle rzadko się uśmiechał- był bardziej człowiekiem poważnym; jako rycerz. Sądził; że człowiekowi odbierającemu życie innym ludziom nie przystoi się uśmiechać, bo to tak, jakby sam śmiał się diabłu w twarz. Teraz jednak zdołałem dostrzec jeden z niewielu jego uśmiechów.
-Posłuchaj; Lucian.. Kiedyś: może za dwieście; a może za pięćset lat i ty wrócisz tam, skąd przyszedłeś. Chyba, że przywiążesz się do kogoś po mnie.
-Nam nie wolno przywiązywać się do śmiertelników; panie- zacząłem cicho.
-To nie jest twarda reguła; Lucian. Im dłużej pozostaniesz tutaj, tym bardziej się o tym przekonasz. Pokochasz, przywiążesz się... I powiem ci jedno: ona będzie potrzebować ciebie równie mocno, jak ty jej. Nie będzie tego aż tak wyraźnie okazywać; choć inni ujrzą waszą więź nawet z zamkniętymi oczyma.
-Kim jest Ona, panie?- Zapytałem wówczas nic z tego nie rozumiejąc.
-Ona dopiero się narodzi, najpierw jako jedna z nas: Pogromców. Tragedia uczyni ją potem niepokornym wampirem.. Najpierw linia Rodu musi się rozwinąć. Powiem ci coś jeszcze: będzie nosiła Księżycową Różę.
-Rodem powinni rządzić mężowie; panie- zauważyłem wówczas z oburzeniem.
-Ten świat różni się od tego, który nazywasz swym Domem; Lucian. Choćby pod tym względem, że nie jest do końca uporządkowany- odpowiedział z uporem James.- Do jej czasów na tym świecie na pewno jeszcze wiele się zmieni; zobaczysz.. Na lepsze, czy na gorsze; będziesz musiał sam ocenić.- Przyznał ostrożnie.- Natomiast, co do obietnicy; której od ciebie oczekuję..
-Słucham; jak zawsze- odparłem spokojnie odwzajemniając wzrok granatowych oczu.
-Jeśli nie zechcesz jej złożyć, nic się nie stanie- rzekł James półleżąc na łożu.- Twoja wola.. Chcę, żebyś mimo wszystko starał się być wierny Rodowi do samego końca.
-Przysięgałem już wierność; panie- zauważyłem po chwili namysłu.
James rzucił mi pełne zastanowienia spojrzenie.
-Chyba źle to sformułowałem- stwierdził przyglądając mi się. Jego ostry, nieco zachrypły głos wyrażał niepewność.- Nie chcę; aby Victoria rozpaczała po mojej śmierci. Chciałbym...- odetchnął głęboko; jakby ze zmęczeniem.
-Chcesz bym zmieniał właściciela; jak pies- zauważyłem z lekkim półżartem.
-Możesz odmówić: nic się nie stanie- odpowiedział lakonicznie James Corvinus.
Przemyślałem to sobie dokładnie; przyglądając się twarzy człowieka, z którym już na początku naszej; ujmijmy to, znajomości zaczynałem się rozumieć niemal bez słów. Czasem w ogóle nie musieliśmy rozmawiać- wystarczyło jedno spojrzenie; gest. Nie musiałem usłyszeć rozkazu; by go wykonać: spojrzenie; uścisk palców; inny prosty ruch dłoni, czy palców, wcale nie były dla mnie ograniczeniem, czy utrudnieniem.
-To byłaby hańba.. Nie mogę odmówić; panie- odpowiedziałem cicho. Jego dłoń z rodową pieczęcią na palcu drgnęła lekko, a twarz przybrała wyraz głębokiego zdumienia; jakby James nie podejrzewał, że zgodzę się na przysięgę; która uczyni mnie w pewnym sensie czyjąś własnością- przedmiotem w innych rękach. Sam z jednej strony się tego obawiałem.
-Chciałbym choć na trochę znów być młody...- powiedział z tęsknotą do dawnych lat.- Pamiętasz; co kazałem ci obiecać, gdy wróciłem z ostatniej wojny?- Zapytał, odwracając wzrok od okiennicy. Omiótł mnie niezwykle ciepłym spojrzeniem. Skinąłem głową lekko, czekając na jego dalsze słowa.
-W przyszłości Rząd będzie sprawiał kłopoty... Nikomu nie wspomnij nawet słowem o tej skrytce. Wyciągnięsz ją, dopiero gdy będzie naprawdę potrzebna.. Kiedy to się stanie; zdecydujesz sam.
-Ją?- Zapytałem ostrożnie, ale panicz pokręcił głową, żebym nie pytał o nic.
Dlaczego miałbym decydować o przedmiocie nie należącym do mnie? Z jakiego powodu nie chce mi powiedzieć, co jest ukryte w tym schowku? Czym tak sobie zasłużyłem na jego zaufanie? Przecież nie ufa zbyt wielu osobom, więc jakie ma powody; by wierzyć komuś; kto nie pochodzi z tego świata..?
-Lucian..- przemówił słabszym głosem.
-Jestem; panie- oznajmiłem krótko. Widząc gest nakazujący mi się zbliżyć powoli poszedłem do leżącego mężczyzny i przyklęknąłem przy łożu- wyciągnął palce i spletliśmy dłonie.
Jedynymi osobami, którym ufał była jego żona i ja. Syn był jeszcze zbyt młody, by móc decydować o czymkolwiek, a tym bardziej być w tej kwestii branym pod uwagę.
-Przysiągłeś mi wiele rzeczy- powiedział cichym głosem.- Zanim zejdę chcę, byś złożył mi ostatnią obietnicę..
-Jak sobie życzysz; panie- odpowiedziałem usłużnie.
-Zanim to jednak nastąpi; chcę ci powiedzieć kilka innych ważnych rzeczy...- ciągnął z powagą James Raven.- Rzeczy; które się wydarzą..
Na chwilę zamarłem z osłupiałym wyrazem twarzy, patrząc mu w twarz. Te niespotykane granatowe oczy wpatrywały się w moje z uwagą.
Ostrożnie wyciągnąłem lewą rękę by sprawdzić; czy nie ma gorączki- jego słowa były nie tyle zdumiewające; co nadzwyczaj dziwne, zatem pomyślałem, że być może James majaczy- bez zbytniej delikatności odtrącił moje palce, tym samym zaprzeczając moim podejrzeniom.
-Nie wierzysz mi; Lucian..- odezwał się po dłuższym milczeniu patrząc w okno.
-Twoje zachowanie bardzo mnie niepokoi; panie- zacząłem z troską.
-To tak, jakbyś mówił mi wprost w twarz; że oszalałem- zauważył nieco chłodniejszym tonem.
-Wiesz, że nie śmiałbym pomyśleć, a co dopiero powiedzieć czegoś takiego- odparłem cicho.- Żadne twoje słowo, choćby nie wiem, jak niepojęte; nie umniejszy mojego szacunku wobec ciebie. Niczego między nami nie zmieni- zapewniłem.
James niezwykle rzadko się uśmiechał- był bardziej człowiekiem poważnym; jako rycerz. Sądził; że człowiekowi odbierającemu życie innym ludziom nie przystoi się uśmiechać, bo to tak, jakby sam śmiał się diabłu w twarz. Teraz jednak zdołałem dostrzec jeden z niewielu jego uśmiechów.
-Posłuchaj; Lucian.. Kiedyś: może za dwieście; a może za pięćset lat i ty wrócisz tam, skąd przyszedłeś. Chyba, że przywiążesz się do kogoś po mnie.
-Nam nie wolno przywiązywać się do śmiertelników; panie- zacząłem cicho.
-To nie jest twarda reguła; Lucian. Im dłużej pozostaniesz tutaj, tym bardziej się o tym przekonasz. Pokochasz, przywiążesz się... I powiem ci jedno: ona będzie potrzebować ciebie równie mocno, jak ty jej. Nie będzie tego aż tak wyraźnie okazywać; choć inni ujrzą waszą więź nawet z zamkniętymi oczyma.
-Kim jest Ona, panie?- Zapytałem wówczas nic z tego nie rozumiejąc.
-Ona dopiero się narodzi, najpierw jako jedna z nas: Pogromców. Tragedia uczyni ją potem niepokornym wampirem.. Najpierw linia Rodu musi się rozwinąć. Powiem ci coś jeszcze: będzie nosiła Księżycową Różę.
-Rodem powinni rządzić mężowie; panie- zauważyłem wówczas z oburzeniem.
-Ten świat różni się od tego, który nazywasz swym Domem; Lucian. Choćby pod tym względem, że nie jest do końca uporządkowany- odpowiedział z uporem James.- Do jej czasów na tym świecie na pewno jeszcze wiele się zmieni; zobaczysz.. Na lepsze, czy na gorsze; będziesz musiał sam ocenić.- Przyznał ostrożnie.- Natomiast, co do obietnicy; której od ciebie oczekuję..
-Słucham; jak zawsze- odparłem spokojnie odwzajemniając wzrok granatowych oczu.
-Jeśli nie zechcesz jej złożyć, nic się nie stanie- rzekł James półleżąc na łożu.- Twoja wola.. Chcę, żebyś mimo wszystko starał się być wierny Rodowi do samego końca.
-Przysięgałem już wierność; panie- zauważyłem po chwili namysłu.
James rzucił mi pełne zastanowienia spojrzenie.
-Chyba źle to sformułowałem- stwierdził przyglądając mi się. Jego ostry, nieco zachrypły głos wyrażał niepewność.- Nie chcę; aby Victoria rozpaczała po mojej śmierci. Chciałbym...- odetchnął głęboko; jakby ze zmęczeniem.
-Chcesz bym zmieniał właściciela; jak pies- zauważyłem z lekkim półżartem.
-Możesz odmówić: nic się nie stanie- odpowiedział lakonicznie James Corvinus.
Przemyślałem to sobie dokładnie; przyglądając się twarzy człowieka, z którym już na początku naszej; ujmijmy to, znajomości zaczynałem się rozumieć niemal bez słów. Czasem w ogóle nie musieliśmy rozmawiać- wystarczyło jedno spojrzenie; gest. Nie musiałem usłyszeć rozkazu; by go wykonać: spojrzenie; uścisk palców; inny prosty ruch dłoni, czy palców, wcale nie były dla mnie ograniczeniem, czy utrudnieniem.
-To byłaby hańba.. Nie mogę odmówić; panie- odpowiedziałem cicho. Jego dłoń z rodową pieczęcią na palcu drgnęła lekko, a twarz przybrała wyraz głębokiego zdumienia; jakby James nie podejrzewał, że zgodzę się na przysięgę; która uczyni mnie w pewnym sensie czyjąś własnością- przedmiotem w innych rękach. Sam z jednej strony się tego obawiałem.
-Chciałbym choć na trochę znów być młody...- powiedział z tęsknotą do dawnych lat.- Pamiętasz; co kazałem ci obiecać, gdy wróciłem z ostatniej wojny?- Zapytał, odwracając wzrok od okiennicy. Omiótł mnie niezwykle ciepłym spojrzeniem. Skinąłem głową lekko, czekając na jego dalsze słowa.
-W przyszłości Rząd będzie sprawiał kłopoty... Nikomu nie wspomnij nawet słowem o tej skrytce. Wyciągnięsz ją, dopiero gdy będzie naprawdę potrzebna.. Kiedy to się stanie; zdecydujesz sam.
-Ją?- Zapytałem ostrożnie, ale panicz pokręcił głową, żebym nie pytał o nic.
Dlaczego miałbym decydować o przedmiocie nie należącym do mnie? Z jakiego powodu nie chce mi powiedzieć, co jest ukryte w tym schowku? Czym tak sobie zasłużyłem na jego zaufanie? Przecież nie ufa zbyt wielu osobom, więc jakie ma powody; by wierzyć komuś; kto nie pochodzi z tego świata..?
Powoli powróciłem do rzeczywistości, patrząc na moją panienkę, wysiadającą z karety. Odgrywająca rolę karczmarki Tori podeszła z latarnią i poprowadziła Ducha Społeczności; czyli Callisto w stronę "karczmy". Michael grający anioła wyglądał... No, cóż... Nie przypominam sobie, żeby którykolwiek Anioł miał tak krzywe i nieproporcjonalne 'skrzydełka'.
Koń, na którym siedział młody Rodriguez nagle zarżał z trwogą stając dęba. Nijak nie dawał się uspokoić przez tresera. Obserwujący to widzowie patrzyli z niepokojem; jak przebrany za rycerza chłopak stara się opanować szalejące zwierzę.
Przedarłem się szybko przez tłum i podbiegłem do pana Jamesa.
-Mogę pomóc- oznajmiłem szybko.
-Znasz się na koniach?- Zapytał ostrożnie.
-Oczywiście- odparłem uprzejmie. Powoli obszedłem łukiem i złapałem za uprząż tuż przy łbie konia. Ściągnąłem go powoli na ziemię i spojrzałem spokojnie w jego ślepia. Wyciągnąłem dłoń i poprosiłem o obrok dla zwierzęcia.
Podsuwając dłoń z jedzeniem koniowi, zacząłem doń szeptać; cały czas patrząc mu w ślepia.
Koń zjadł i zaczął tupać. Przechyliłem dłoń z obrokiem do ust i chrupiąc ziarno; poklepałem go po chrapach.
-Już.. Spokojnie, mały... Nic ci nie grozi- szepnąłem głaszcząc zwierzę.
James ostrożnie zbliżył się do mnie, stojącego pod ostrzałem spojrzeń zaciekawionych ludzi.
-J..Jak to?- Zapytał zdumiony treser. Vincent powoli podniósł przyłbicę hełmu i odetchnął z ulgą.
-Chyba konie zwyczajnie mnie lubią- odparłem spokojnie; odchodząc w stronę bliźniaków.
Koń, na którym siedział młody Rodriguez nagle zarżał z trwogą stając dęba. Nijak nie dawał się uspokoić przez tresera. Obserwujący to widzowie patrzyli z niepokojem; jak przebrany za rycerza chłopak stara się opanować szalejące zwierzę.
Przedarłem się szybko przez tłum i podbiegłem do pana Jamesa.
-Mogę pomóc- oznajmiłem szybko.
-Znasz się na koniach?- Zapytał ostrożnie.
-Oczywiście- odparłem uprzejmie. Powoli obszedłem łukiem i złapałem za uprząż tuż przy łbie konia. Ściągnąłem go powoli na ziemię i spojrzałem spokojnie w jego ślepia. Wyciągnąłem dłoń i poprosiłem o obrok dla zwierzęcia.
Podsuwając dłoń z jedzeniem koniowi, zacząłem doń szeptać; cały czas patrząc mu w ślepia.
Koń zjadł i zaczął tupać. Przechyliłem dłoń z obrokiem do ust i chrupiąc ziarno; poklepałem go po chrapach.
-Już.. Spokojnie, mały... Nic ci nie grozi- szepnąłem głaszcząc zwierzę.
James ostrożnie zbliżył się do mnie, stojącego pod ostrzałem spojrzeń zaciekawionych ludzi.
-J..Jak to?- Zapytał zdumiony treser. Vincent powoli podniósł przyłbicę hełmu i odetchnął z ulgą.
-Chyba konie zwyczajnie mnie lubią- odparłem spokojnie; odchodząc w stronę bliźniaków.
-Od kiedy znasz się na koniach?- Zdziwił się Rafael.
-Miałem życie, zanim cię poznałem- rzuciłem lekko poszturchując go.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Lucian... Nareszcie, choć na chwilę widzę trochę blasku w jego oczach...
Czy zaczniesz mi się kiedyś znowu zwierzać...? Chcę znów widzieć tamtego chłopca- anioła; do którego tak mnie ciągnęło i, którego uśmiech oraz osobowość zawsze tak mnie cieszyły..
którego postać i usposobienie pokochałam od pierwszego spojrzenia jako dzieciak.
Ciekawe o czym myślisz. Co sprawia, że jest w tobie tyle smutku; Lucian? Czego jeszcze nie potrafię w tobie dostrzec...? Tęsknię za moim prawdziwym Lucianem Mikaelisem; a nie za tą skorupą, która tylko przypomina go z wyglądu...
Michael Tyler; uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Na mnie nigdy nie patrzyła tak, jak na niego...
Nigdy na nią nie zasługiwałeś. Nie po tym, jak ją zdradziłeś... Za nic nie będę umiał ci zaufać; Mikaelis. Mimo, że jest panią nas obu..
-Miałem życie, zanim cię poznałem- rzuciłem lekko poszturchując go.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Lucian... Nareszcie, choć na chwilę widzę trochę blasku w jego oczach...
Czy zaczniesz mi się kiedyś znowu zwierzać...? Chcę znów widzieć tamtego chłopca- anioła; do którego tak mnie ciągnęło i, którego uśmiech oraz osobowość zawsze tak mnie cieszyły..
którego postać i usposobienie pokochałam od pierwszego spojrzenia jako dzieciak.
Ciekawe o czym myślisz. Co sprawia, że jest w tobie tyle smutku; Lucian? Czego jeszcze nie potrafię w tobie dostrzec...? Tęsknię za moim prawdziwym Lucianem Mikaelisem; a nie za tą skorupą, która tylko przypomina go z wyglądu...
Michael Tyler; uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Na mnie nigdy nie patrzyła tak, jak na niego...
Nigdy na nią nie zasługiwałeś. Nie po tym, jak ją zdradziłeś... Za nic nie będę umiał ci zaufać; Mikaelis. Mimo, że jest panią nas obu..
Nie chodzi o to, że uważałem Luciana za jakąś konkurencję; skoro on sam twierdził; że tylko jej służy; chroniąc i będąc jej wiernym psem..
-Wierny pies...- mruknąłem nagle do swoich myśli.
Nawet psu w tym momencie ubliżam.. Zdradziłeś ją w momencie, gdy najbardziej cię potrzebowała..
Wtedy dostrzegłem wśród tłumu czarną pelerynę..
-To dlatego koń się spłoszył..- mruknąłem znów do swych myśli; a stojąca obok mnie dziewczyna w stroju szlachcianki spojrzała na mnie dziwnie.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Biegając wzrokiem po tłumie ludzi dostrzegłam pijawy.
-Sześciu. Ciekawe czego tu szukają- mruknęłam do siebie.
Moje myśli znów skierowały się na Luciana. Może; gdyby był wreszcie wolny...
Potrząsnęłam głową do swoich myśli. To nie byłby dobry pomysł. Tori ścisnęła lekko moją dłoń; uśmiechnęłam się słabo w jej stronę.
-Nie martw się; Cally. Wszystko będzie okej- powiedziała cicho starając się mnie pocieszyć.
Wówczas spojrzałam w stronę najbliższego budynku naprzeciwko.
Na jednym z balkonów bloku stał mój ojciec i obserwował sytuację.
-Wierny pies...- mruknąłem nagle do swoich myśli.
Nawet psu w tym momencie ubliżam.. Zdradziłeś ją w momencie, gdy najbardziej cię potrzebowała..
Wtedy dostrzegłem wśród tłumu czarną pelerynę..
-To dlatego koń się spłoszył..- mruknąłem znów do swych myśli; a stojąca obok mnie dziewczyna w stroju szlachcianki spojrzała na mnie dziwnie.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Biegając wzrokiem po tłumie ludzi dostrzegłam pijawy.
-Sześciu. Ciekawe czego tu szukają- mruknęłam do siebie.
Moje myśli znów skierowały się na Luciana. Może; gdyby był wreszcie wolny...
Potrząsnęłam głową do swoich myśli. To nie byłby dobry pomysł. Tori ścisnęła lekko moją dłoń; uśmiechnęłam się słabo w jej stronę.
-Nie martw się; Cally. Wszystko będzie okej- powiedziała cicho starając się mnie pocieszyć.
Wówczas spojrzałam w stronę najbliższego budynku naprzeciwko.
Na jednym z balkonów bloku stał mój ojciec i obserwował sytuację.
***
-Wreszcie mogę zdjąć ten namiot- westchnęłam z ulgą, gdy Scott odwiązała tasiemki gorsetu.
-Masakra...- dodała Tori ze zmęczeniem.- Mam ochotę na watę cukrową... Albo na kebab..- mruknęła z rozmarzeniem.
-Wygrałem, wyskakuj z forsy- rzucił szeptem Paul do Vincenta.
-O co oni się znów założyli?- Zapytała podejrzliwie Tori zakładając bluzkę.
-Trzeba zapytać Michaela; on na pewno coś wie- odparłam wzruszając ramionami.
-Widziałam, jak na ciebie patrzył- zauważyła, nagle zbijając mnie z tropu.
-Michael zawsze tak patrzy- stwierdziłam powoli.
-Eee, nie chodzi mi o Tylera- odparła machając ręką lekceważąco.
-Więc, o...?- Zapytałam powoli, nie domyślając się; o kogo chodzi.
-Taki jeden przystojny smutas...- powiedziała po chwili.
-Ach; ty mówisz o Lucianie..- westchnęłam ciężko.
Gdyby te oczy iskrzyły tak, jak dawniej.. Gdybym tylko mogła wiedzieć; z jakiego powodu jest tak smutny..
-Martwisz się o niego, prawda?- Zapytała cicho.
-Po prostu chciałabym, żeby było; jak dawniej..- zwierzyłam się niechętnie.
-Kiedyś na pewno wszystko się ułoży; Cally...- uśmiechem starała się mnie jakoś pocieszyć.
Gabriel Mikaelis; Anioł Rodu Kruka.
Byłem tak zamyślony, że gdyby Undertaker nie przyciągnął mnie za ciuchy miałbym bliskie spotkanie czwartego stopnia z betonowym słupem energetycznym.
-Jest smutniejszy, niż zwykle- usłyszałem, jakby z oddali głos Raphaela.
-Też to zauważyłem..- bliźniacy wymienili spojrzenia.
-Nic mi nie jest- odparłem cicho budząc się z letargu.
-Ostatnio coraz bardziej jesteś "pomiędzy"; Gabriel- zauważył Undertaker przyglądając mi się z boku.
-To znaczy?- Spytałem ostrożnie.
-To przez nią; prawda? Ty ją..- Death widząc mój ostry wzrok umilkł w pół zdania.
-Nie chodzi o moją panienkę- skłamałem.- Jestem tylko zmęczony..
-Przez włóczenie się po nocach z jej rozkazu- wymsknęło się nagle Sebastianowi. Jego ton wyrażał niechęć.
-Nie włóczę się z jej rozkazu; Undertaker. Po prostu czasem muszę pobyć sam; chyba to kumasz- wzruszyłem ramionami.
-Jak ktoś zostaje sam za długo; to zaczyna zbyt dużo myśleć- zauważył Raphael cicho.
-Może jest w tym trochę racji- przyznałem z zastanowieniem.- Może rzeczywiście potrzebuję jej tak samo; paniczu...- Mruknąłem do swych wspomnień, spoglądając w niebo.
Obaj spojrzeli na mnie zdziwieni, nawet nieco zaniepokojeni.
Cały czas moje myśli krążyły wokół Callisto. Nie umiałem przestać czuć się winnym jej wszystkich nieszczęść, choć- w gruncie rzeczy- wiedziałem, że jej los był z góry przypieczętowany.
...będzie jedną z nas; Pogromców...
...stanie się niepokornym wampirem...
Czy, zatem, moje uczucia w stosunku do Callisto Anabelle również były w jakiś sposób przesądzone? Czy to dlatego dni, w których nie było mnie przy jej boku; stawały się nijakie i pełne jakiejś tęsknoty, oraz ogromnej pustki?
Moje życie krążyło wokół tej dziewczyny tak niezmiennie, jak od tysiacleci ziemia krąży wokół słońca. Było jej podporządkowane i nawet wiążąca nas przysięga była mało istotnym szczegółem- nawet gdyby Pakt nie istniał, pragnąłbym być jej własnością...
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Czy Lucian jest szczery, mówiąc; że czuje się przy mnie szczęśliwy? Może; gdybym jednak zwolniła go ze służby zobaczyłabym ten jego piękny uśmiech.?
Problem w tym; że tylko on wie; w jaki sposób można go uwolnić od tego obowiązku... Zresztą on chyba nie chce ode mnie odejść.
-Wiesz, co sprawia radość takim, jak ja; zdrajco? To, że mogę być przy jej boku i jednocześnie czuć się wolnym..
-Radość? Nie rozśmieszaj mnie!- Shian wybuchnął pogardliwym śmiechem.- Nadal będziesz radosny; gdy cię wykorzysta, a potem porzuci? Dla niej jesteś tylko zwykłym śmieciem. Nikim.- Przypomniałam sobie pewną podsłuchaną między nimi rozmowę w dzielnicy slumsów.
To kłamstwo... Lucian tak naprawdę jest dla mnie wszystkim- nie dlatego, że jesteśmy związani przez Pakt- lecz, dlatego, że od pierwszego spotkania był kluczem do mojego serca, potrafił czytać we mnie; jak w otwartej książce. Przed nim zawsze potrafiłam się otworzyć- nieważne, czy czułam radość, czy smutek- byłam mu wdzięczna, że zawsze umiał mi doradzić, gdy nie wiedziałam, co robić. Był światłem na mojej drodze i; gdy to światło na powrót rozbłysło, bez wahania ruszyłam za nim, wiedząc, że idąc za Lucianem, nigdy się nie zgubię..
Wiedziałam, że cokolwiek się stanie mogę mu ufać..
Potrzebowałam go i...
-Wreszcie mogę zdjąć ten namiot- westchnęłam z ulgą, gdy Scott odwiązała tasiemki gorsetu.
-Masakra...- dodała Tori ze zmęczeniem.- Mam ochotę na watę cukrową... Albo na kebab..- mruknęła z rozmarzeniem.
-Wygrałem, wyskakuj z forsy- rzucił szeptem Paul do Vincenta.
-O co oni się znów założyli?- Zapytała podejrzliwie Tori zakładając bluzkę.
-Trzeba zapytać Michaela; on na pewno coś wie- odparłam wzruszając ramionami.
-Widziałam, jak na ciebie patrzył- zauważyła, nagle zbijając mnie z tropu.
-Michael zawsze tak patrzy- stwierdziłam powoli.
-Eee, nie chodzi mi o Tylera- odparła machając ręką lekceważąco.
-Więc, o...?- Zapytałam powoli, nie domyślając się; o kogo chodzi.
-Taki jeden przystojny smutas...- powiedziała po chwili.
-Ach; ty mówisz o Lucianie..- westchnęłam ciężko.
Gdyby te oczy iskrzyły tak, jak dawniej.. Gdybym tylko mogła wiedzieć; z jakiego powodu jest tak smutny..
-Martwisz się o niego, prawda?- Zapytała cicho.
-Po prostu chciałabym, żeby było; jak dawniej..- zwierzyłam się niechętnie.
-Kiedyś na pewno wszystko się ułoży; Cally...- uśmiechem starała się mnie jakoś pocieszyć.
Gabriel Mikaelis; Anioł Rodu Kruka.
Byłem tak zamyślony, że gdyby Undertaker nie przyciągnął mnie za ciuchy miałbym bliskie spotkanie czwartego stopnia z betonowym słupem energetycznym.
-Jest smutniejszy, niż zwykle- usłyszałem, jakby z oddali głos Raphaela.
-Też to zauważyłem..- bliźniacy wymienili spojrzenia.
-Nic mi nie jest- odparłem cicho budząc się z letargu.
-Ostatnio coraz bardziej jesteś "pomiędzy"; Gabriel- zauważył Undertaker przyglądając mi się z boku.
-To znaczy?- Spytałem ostrożnie.
-To przez nią; prawda? Ty ją..- Death widząc mój ostry wzrok umilkł w pół zdania.
-Nie chodzi o moją panienkę- skłamałem.- Jestem tylko zmęczony..
-Przez włóczenie się po nocach z jej rozkazu- wymsknęło się nagle Sebastianowi. Jego ton wyrażał niechęć.
-Nie włóczę się z jej rozkazu; Undertaker. Po prostu czasem muszę pobyć sam; chyba to kumasz- wzruszyłem ramionami.
-Jak ktoś zostaje sam za długo; to zaczyna zbyt dużo myśleć- zauważył Raphael cicho.
-Może jest w tym trochę racji- przyznałem z zastanowieniem.- Może rzeczywiście potrzebuję jej tak samo; paniczu...- Mruknąłem do swych wspomnień, spoglądając w niebo.
Obaj spojrzeli na mnie zdziwieni, nawet nieco zaniepokojeni.
Cały czas moje myśli krążyły wokół Callisto. Nie umiałem przestać czuć się winnym jej wszystkich nieszczęść, choć- w gruncie rzeczy- wiedziałem, że jej los był z góry przypieczętowany.
...będzie jedną z nas; Pogromców...
...stanie się niepokornym wampirem...
Czy, zatem, moje uczucia w stosunku do Callisto Anabelle również były w jakiś sposób przesądzone? Czy to dlatego dni, w których nie było mnie przy jej boku; stawały się nijakie i pełne jakiejś tęsknoty, oraz ogromnej pustki?
Moje życie krążyło wokół tej dziewczyny tak niezmiennie, jak od tysiacleci ziemia krąży wokół słońca. Było jej podporządkowane i nawet wiążąca nas przysięga była mało istotnym szczegółem- nawet gdyby Pakt nie istniał, pragnąłbym być jej własnością...
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Czy Lucian jest szczery, mówiąc; że czuje się przy mnie szczęśliwy? Może; gdybym jednak zwolniła go ze służby zobaczyłabym ten jego piękny uśmiech.?
Problem w tym; że tylko on wie; w jaki sposób można go uwolnić od tego obowiązku... Zresztą on chyba nie chce ode mnie odejść.
-Wiesz, co sprawia radość takim, jak ja; zdrajco? To, że mogę być przy jej boku i jednocześnie czuć się wolnym..
-Radość? Nie rozśmieszaj mnie!- Shian wybuchnął pogardliwym śmiechem.- Nadal będziesz radosny; gdy cię wykorzysta, a potem porzuci? Dla niej jesteś tylko zwykłym śmieciem. Nikim.- Przypomniałam sobie pewną podsłuchaną między nimi rozmowę w dzielnicy slumsów.
To kłamstwo... Lucian tak naprawdę jest dla mnie wszystkim- nie dlatego, że jesteśmy związani przez Pakt- lecz, dlatego, że od pierwszego spotkania był kluczem do mojego serca, potrafił czytać we mnie; jak w otwartej książce. Przed nim zawsze potrafiłam się otworzyć- nieważne, czy czułam radość, czy smutek- byłam mu wdzięczna, że zawsze umiał mi doradzić, gdy nie wiedziałam, co robić. Był światłem na mojej drodze i; gdy to światło na powrót rozbłysło, bez wahania ruszyłam za nim, wiedząc, że idąc za Lucianem, nigdy się nie zgubię..
Wiedziałam, że cokolwiek się stanie mogę mu ufać..
Potrzebowałam go i...
- Nadal go potrzebuję.
- Bardzo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz