Po zajęciach poprosiłam Michaela; by pojechał z resztą; a sama ruszyłam biegiem w stronę miasta.
-Przepraszam uprzejmie- rzuciłam zatrzymując się przy grupce motocyklistów, kilka osób spojrzało na mnie, jakbym była niespełna rozumu; wciągając w rozmowę takich typów.
-Tak, piękna..?- Jeden z nich złapał mnie za tyłek. Oparłam się o niego zwracając twarz w jego stronę warknęłam:
-Tknij mnie jeszcze raz; a rozerwę cię na strzępy, wampirze..!- szepnęłam mu do ucha. Zbliżający się do mnie drugi zarobił kopa w klejnoty; a kolejnemu do łba przykleiła się lufa broni.
-Cofnijcie się od niej; jeśli nie chcecie zbierać ząbków z chodnika; ofermy- rzucił idący w naszą stronę jeden z motocyklistów; chyba szef tej całej bandy.- Dzień dobry; szlachcianko Raven. Miło, że zaszczyciłaś nas swoją obecnością.. Może wreszcie spłacisz swoje długi; łowczyni..- stwierdził chłodno.
Wszyscy przechodnie słysząc moje nazwisko i kłótnię; zaczęli umykać z zasięgu mojego wzroku.
-Nie przyszłam tu do ciebie na audiencję; wampirzy plebsie- odcięłam się chłodno, nadal trzymając odbezpieczony pistolet przy łbie jednego z wampirów.- Równie dobrze, w ramach spłaty długów, mogę go zastrzelić; a ty nic mi nie zrobisz. Nawet nie piśniesz słówka- odparłam z drwiącym uśmieszkiem.
-Po co cię tu przywiało; mała żmijo?- Zapytał niechętnie.
-Szukam klubu Grave; jeśli cię to obchodzi- rzuciłam znudzonym tonem.
-Po co chcesz tam iść?- Kontynuował przesłuchanie.
-Mam umówione spotkanie- oznajmiłam obojętnie.
-Z kim?- Zadał kolejne pytanie znudzonym tonem.
W tej samej chwili przerwał mu szepczacy głos śpiewający francuską pieśń żałobną.
-Co, u…?- Zaczął wampir. Undertaker objął go przyjacielskiem gestem, rzucając tym szepczacym półgłosem:
-Ta pani jest tutaj na moje zaproszenie; Max, więc radzę ci grzecznie: zabieraj kumpli i stąd spływaj- powiedział lekko.- Na razie uprzejmie proszę…- dodał patrząc nań z boku wymownie.
Uniosłam brwi ze zdziwioną miną, zastanawiając się; co Undertaker planuje.
-A co; jeśli cię nie posłucham?- Zapytał wyzywająco Max.
-Pozwolę tej miłej pani zastrzelić twojego brata, a gdyby Stowarzyszenie łaskawie się do mnie przypierdoliło; uprzejmie powiem, że nic nie widziałem i tak dalej…- Undertaker uśmiechnął się promiennie patrząc wampirowi prosto w oczy.- …a, jak dobrze wiesz; jestem do tego zdolny..
-Ty jesteś zdolny do wszystkiego; Undertaker- odparł nieufnie jeden z nich.
Piekielny Undertaker…- pomyślałam z przekorą.- Przecież sama dałabym sobie z nimi radę…
-Tak, piękna..?- Jeden z nich złapał mnie za tyłek. Oparłam się o niego zwracając twarz w jego stronę warknęłam:
-Tknij mnie jeszcze raz; a rozerwę cię na strzępy, wampirze..!- szepnęłam mu do ucha. Zbliżający się do mnie drugi zarobił kopa w klejnoty; a kolejnemu do łba przykleiła się lufa broni.
-Cofnijcie się od niej; jeśli nie chcecie zbierać ząbków z chodnika; ofermy- rzucił idący w naszą stronę jeden z motocyklistów; chyba szef tej całej bandy.- Dzień dobry; szlachcianko Raven. Miło, że zaszczyciłaś nas swoją obecnością.. Może wreszcie spłacisz swoje długi; łowczyni..- stwierdził chłodno.
Wszyscy przechodnie słysząc moje nazwisko i kłótnię; zaczęli umykać z zasięgu mojego wzroku.
-Nie przyszłam tu do ciebie na audiencję; wampirzy plebsie- odcięłam się chłodno, nadal trzymając odbezpieczony pistolet przy łbie jednego z wampirów.- Równie dobrze, w ramach spłaty długów, mogę go zastrzelić; a ty nic mi nie zrobisz. Nawet nie piśniesz słówka- odparłam z drwiącym uśmieszkiem.
-Po co cię tu przywiało; mała żmijo?- Zapytał niechętnie.
-Szukam klubu Grave; jeśli cię to obchodzi- rzuciłam znudzonym tonem.
-Po co chcesz tam iść?- Kontynuował przesłuchanie.
-Mam umówione spotkanie- oznajmiłam obojętnie.
-Z kim?- Zadał kolejne pytanie znudzonym tonem.
W tej samej chwili przerwał mu szepczacy głos śpiewający francuską pieśń żałobną.
-Co, u…?- Zaczął wampir. Undertaker objął go przyjacielskiem gestem, rzucając tym szepczacym półgłosem:
-Ta pani jest tutaj na moje zaproszenie; Max, więc radzę ci grzecznie: zabieraj kumpli i stąd spływaj- powiedział lekko.- Na razie uprzejmie proszę…- dodał patrząc nań z boku wymownie.
Uniosłam brwi ze zdziwioną miną, zastanawiając się; co Undertaker planuje.
-A co; jeśli cię nie posłucham?- Zapytał wyzywająco Max.
-Pozwolę tej miłej pani zastrzelić twojego brata, a gdyby Stowarzyszenie łaskawie się do mnie przypierdoliło; uprzejmie powiem, że nic nie widziałem i tak dalej…- Undertaker uśmiechnął się promiennie patrząc wampirowi prosto w oczy.- …a, jak dobrze wiesz; jestem do tego zdolny..
-Ty jesteś zdolny do wszystkiego; Undertaker- odparł nieufnie jeden z nich.
Piekielny Undertaker…- pomyślałam z przekorą.- Przecież sama dałabym sobie z nimi radę…
Pięć minut później, klub Grave.
Celowo usiedliśmy w cieniu; by nikt nam nie przeszkadzał. Oświetlenie działało mi na nerwy, dlatego siadłam tyłem do parkietu na dole.
-Wypuścili cię ze szpitala?- Zapytałam uprzejmie.
-Wczoraj…- odparł z wyraźną ulgą; kiwając ręką do barmana. Wyjął z wewnętrznej kieszeni płaszcza kilka kartek i pare nic nie znaczących przedmiotów.
-Skąd to masz?- Zdziwiłam się.
-Od moich ostatnich gości- odparł krótko, gdy barman postawił przed nami ozdobne szklaneczki z drinkami. Spojrzał pytając o coś chłopaka; lecz ten pokręcił głową. Barman ruszył swoją drogą.- Kolejne dziwne samobójstwa; zaczyna mnie to coraz bardziej niepokoić..
-Myślisz; że są w to zamieszane wampiry..?- Odparłam; przeglądając rzeczy z uwagą.
-Nie mogę potwierdzić; ale jest siedemdziesiąt pięć procent prawdopodobieństwa, że tak- odparł ciągnąc drinka przez słomkę.
-Nie jesteś zaskoczony, że o nich mowa..- stwierdziłam wolno.
Przez twarz Undertakera przemknął grymas.
-Po prostu wiem; że oni są wśród nas. Cholerni krwiopijcy- na widok jego czarującego uśmiechu zrobiło mi się niedobrze.
-Jakim cudem jesteś na każdym miejscu samobójstwa…?- Wydało mi się to nieco podejrzane.
-Współpracuję nie tylko z policją, więc…
-Współpracujesz z każdym, pod warunkiem; że ci się to opłaci- przerwałam mu z ironią.
-Jak wszyscy- wzruszył ramionami spokojnie.- Ty też trzymasz się Stowarzyszenia nie bez powodu.
-Skąd wiesz o Stowarzyszeniu???- Zdumiona podniosłam lekko głos.
-Z łowczymi współpracuję od śmierci mojego przyrodniego brata- odpowiedział cicho.
-A propos twoich ostatnich gości.. Coś szczególnego?- Spytałam pijąc drinka.
Undertaker powoli oparł się o kanapę. W zastanowieniu błądził wzrokiem po innych stolikach. Jedna z dziewczyn- zważywszy na ostry ciemny makijaż i czarny ubiór prawdopodobnie gotka- posłała mu całusa; w odpowiedzi pomachał do niej z uśmiechem.
-W sumie nic; ciała były prawie nietknięte; pomijając obrażenia, które najprawdopodobniej spowodowały śmierć; ale jest coś, co mnie zastanowiło..- odparł po dłuższej chwili.
-Co takiego?- Zapytałam z zainteresowaniem.
-Większość samobójców miała tatuaż…
-Co w tym dziwnego?- Wzruszyłam ramionami; sądząc, że tylko tracę tu czas.
Undertaker drasnął mnie szybkim spojrzeniem. Przesunął po blacie ku mnie fotografię.
Wpatrując się w zdjęcie, niemal zakrztusiłam się drinkiem.
Na zdjęciu był tatuaż identyczny jak mój…
Księżycowa Róża.
Poruszałam ustami; jak ryba wyciągnięta z wody wpatrując się w zdjęcie w swojej dłoni. Długo nie mogłam wydusić z siebie ani jednego słowa.
-Jakim cudem…? Jak…- zaczęłam zaskoczona, poluźniając węzeł krawata.
-Znasz ten tatuaż?- Odparł równie zdziwiony.
-Sama też go noszę.. Od tamtej nocy..- powiedziałam cicho.
-Suche drewno szybko
Pali się, pali się; pali się
Kogo ogień dzisiaj pochłonie,
Moja damo.?- usłyszałam wśród muzyki klubu.
-Undertaker. Musimy wszystkich ewakuować stąd, i to migiem- powiedziałam ostro, wstając.
-Co jest?- Zapytał trzeźwo.
-Podpalacz. Słyszałam go- oznajmiłam krótko.
Undertaker zerwał się na równe nogi.
-Spadamy- rzucił szybko; ciągnąc mnie za sobą.- Ian; ta buda zaraz się sfajczy; zabieraj ich stąd!- rzucił do barmana w przelocie.
-Co ty pieprzysz; Undertaker??
-Nie gadaj tyle, tylko rób, co mówię- odparował chłopak.
Celowo usiedliśmy w cieniu; by nikt nam nie przeszkadzał. Oświetlenie działało mi na nerwy, dlatego siadłam tyłem do parkietu na dole.
-Wypuścili cię ze szpitala?- Zapytałam uprzejmie.
-Wczoraj…- odparł z wyraźną ulgą; kiwając ręką do barmana. Wyjął z wewnętrznej kieszeni płaszcza kilka kartek i pare nic nie znaczących przedmiotów.
-Skąd to masz?- Zdziwiłam się.
-Od moich ostatnich gości- odparł krótko, gdy barman postawił przed nami ozdobne szklaneczki z drinkami. Spojrzał pytając o coś chłopaka; lecz ten pokręcił głową. Barman ruszył swoją drogą.- Kolejne dziwne samobójstwa; zaczyna mnie to coraz bardziej niepokoić..
-Myślisz; że są w to zamieszane wampiry..?- Odparłam; przeglądając rzeczy z uwagą.
-Nie mogę potwierdzić; ale jest siedemdziesiąt pięć procent prawdopodobieństwa, że tak- odparł ciągnąc drinka przez słomkę.
-Nie jesteś zaskoczony, że o nich mowa..- stwierdziłam wolno.
Przez twarz Undertakera przemknął grymas.
-Po prostu wiem; że oni są wśród nas. Cholerni krwiopijcy- na widok jego czarującego uśmiechu zrobiło mi się niedobrze.
-Jakim cudem jesteś na każdym miejscu samobójstwa…?- Wydało mi się to nieco podejrzane.
-Współpracuję nie tylko z policją, więc…
-Współpracujesz z każdym, pod warunkiem; że ci się to opłaci- przerwałam mu z ironią.
-Jak wszyscy- wzruszył ramionami spokojnie.- Ty też trzymasz się Stowarzyszenia nie bez powodu.
-Skąd wiesz o Stowarzyszeniu???- Zdumiona podniosłam lekko głos.
-Z łowczymi współpracuję od śmierci mojego przyrodniego brata- odpowiedział cicho.
-A propos twoich ostatnich gości.. Coś szczególnego?- Spytałam pijąc drinka.
Undertaker powoli oparł się o kanapę. W zastanowieniu błądził wzrokiem po innych stolikach. Jedna z dziewczyn- zważywszy na ostry ciemny makijaż i czarny ubiór prawdopodobnie gotka- posłała mu całusa; w odpowiedzi pomachał do niej z uśmiechem.
-W sumie nic; ciała były prawie nietknięte; pomijając obrażenia, które najprawdopodobniej spowodowały śmierć; ale jest coś, co mnie zastanowiło..- odparł po dłuższej chwili.
-Co takiego?- Zapytałam z zainteresowaniem.
-Większość samobójców miała tatuaż…
-Co w tym dziwnego?- Wzruszyłam ramionami; sądząc, że tylko tracę tu czas.
Undertaker drasnął mnie szybkim spojrzeniem. Przesunął po blacie ku mnie fotografię.
Wpatrując się w zdjęcie, niemal zakrztusiłam się drinkiem.
Na zdjęciu był tatuaż identyczny jak mój…
Księżycowa Róża.
Poruszałam ustami; jak ryba wyciągnięta z wody wpatrując się w zdjęcie w swojej dłoni. Długo nie mogłam wydusić z siebie ani jednego słowa.
-Jakim cudem…? Jak…- zaczęłam zaskoczona, poluźniając węzeł krawata.
-Znasz ten tatuaż?- Odparł równie zdziwiony.
-Sama też go noszę.. Od tamtej nocy..- powiedziałam cicho.
-Suche drewno szybko
Pali się, pali się; pali się
Kogo ogień dzisiaj pochłonie,
Moja damo.?- usłyszałam wśród muzyki klubu.
-Undertaker. Musimy wszystkich ewakuować stąd, i to migiem- powiedziałam ostro, wstając.
-Co jest?- Zapytał trzeźwo.
-Podpalacz. Słyszałam go- oznajmiłam krótko.
Undertaker zerwał się na równe nogi.
-Spadamy- rzucił szybko; ciągnąc mnie za sobą.- Ian; ta buda zaraz się sfajczy; zabieraj ich stąd!- rzucił do barmana w przelocie.
-Co ty pieprzysz; Undertaker??
-Nie gadaj tyle, tylko rób, co mówię- odparował chłopak.
-A niech cię wszyscy diabli; kimkolwiek jesteś…- wysapał kilka minut później opierając się o Chryslera ze zmęczeniem.
Usłyszałam syreny straży i policji.
Wóz Undertakera stał ulicę dalej, w cieniu drzew.
-Skąd wiedziałaś; że ten bajzel spłonie…?- Zapytał nagle, oddychając ciężko.
-Mówiłam ci: słyszałam podpalacza..- odparłam zmęczonym głosem.- Mam bardzo dobry słuch…
-Jak na wampira- rzucił z uśmiechem szturchając mnie lekko.
-Zaczynam się ciebie trochę bać: za dużo o mnie wiesz- udałam powagę; ale oddałam mu szturchańca z szerokim uśmiechem.
-To wszystko jest coraz dziwniejsze…- Spoważniał nagle. W jego kieszeni odezwał się dzwonek telefonu: „toccata i fuga” Bacha.- Czego znowu?- Jęknął z irytacją. Spojrzał na wyświetlacz ze zdziwieniem; jakby pytał: a ten; czegoś zapomniał zrobić, że dzwoni(?). Powoli odebrał.- Dodzwoniłeś się na Piekielnie Gorącą Linie, operatorka Rachel; słucham- rzucił przybierając uwodzicielski ton; a ja z trudem panowałam nad chichotem.
-W porządku; już jadę- odparł szybko. Zakończył połączenie i rzucił.- Wsiadaj; pogadamy po drodze..
-Co jest? Dokąd jedziemy?- Spytałam.
-Do szpitala; zdążyli uratować niedoszłego samobójcę; może coś wie..- stwierdził odpalając silnik.
***
Michael Tyler; uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów…
Zdążyłem zauważyć, że Vincent niespecjalnie cieszy się z mojej obecności.
-O co wam chodzi?- Zapytał Paul obserwujac nas w lusterku wstecznym.
-O nic- odparliśmy równocześnie obojętnym tonem. Jednak Vincent nadal przyglądał mi się ukradkiem; ale i ja także go obserwowałem.
Tori zdrzemnęła się na ramieniu Vincenta. Wyciągnął z jej palców paczkę kawowych cukierków i odłożył ją na bok.
Ona cię kocha i jeśli ją zranisz; to już po tobie; Vincent…
Usłyszałam syreny straży i policji.
Wóz Undertakera stał ulicę dalej, w cieniu drzew.
-Skąd wiedziałaś; że ten bajzel spłonie…?- Zapytał nagle, oddychając ciężko.
-Mówiłam ci: słyszałam podpalacza..- odparłam zmęczonym głosem.- Mam bardzo dobry słuch…
-Jak na wampira- rzucił z uśmiechem szturchając mnie lekko.
-Zaczynam się ciebie trochę bać: za dużo o mnie wiesz- udałam powagę; ale oddałam mu szturchańca z szerokim uśmiechem.
-To wszystko jest coraz dziwniejsze…- Spoważniał nagle. W jego kieszeni odezwał się dzwonek telefonu: „toccata i fuga” Bacha.- Czego znowu?- Jęknął z irytacją. Spojrzał na wyświetlacz ze zdziwieniem; jakby pytał: a ten; czegoś zapomniał zrobić, że dzwoni(?). Powoli odebrał.- Dodzwoniłeś się na Piekielnie Gorącą Linie, operatorka Rachel; słucham- rzucił przybierając uwodzicielski ton; a ja z trudem panowałam nad chichotem.
-W porządku; już jadę- odparł szybko. Zakończył połączenie i rzucił.- Wsiadaj; pogadamy po drodze..
-Co jest? Dokąd jedziemy?- Spytałam.
-Do szpitala; zdążyli uratować niedoszłego samobójcę; może coś wie..- stwierdził odpalając silnik.
***
Michael Tyler; uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów…
Zdążyłem zauważyć, że Vincent niespecjalnie cieszy się z mojej obecności.
-O co wam chodzi?- Zapytał Paul obserwujac nas w lusterku wstecznym.
-O nic- odparliśmy równocześnie obojętnym tonem. Jednak Vincent nadal przyglądał mi się ukradkiem; ale i ja także go obserwowałem.
Tori zdrzemnęła się na ramieniu Vincenta. Wyciągnął z jej palców paczkę kawowych cukierków i odłożył ją na bok.
Ona cię kocha i jeśli ją zranisz; to już po tobie; Vincent…
Tori mimo wrażenia pozornie chłodnej i opanowanej dziewczyny; była bardziej wrażliwą osobą; niż mógłbym się tego spodziewać. Nie potrafiła ukrywać uczuć- była wybuchowa, czasem była z niej okropnie złośliwa jędza- jednak kiedy się postarała potrafiła pokazać swoją lepszą stronę.
I; gdy jej na kimś zależało umiała chronić tę osobę; nawet za cenę własnego życia.
Wiem bo byłem taki sam i wydawało mi się, że ten przygłup Vincent nie zasługuje na taką dziewczynę; jak Tori. Miała przez niego tylko same troski.
I te jego nagłe oświadczyny… To również wydawało mi się bardzo dziwne; lub wręcz podejrzane- bo czemu siedemmastolatek (jest dwa lata od nas starszy) tak się pospieszył; by poprosić o rękę dziewczynę; którą zna od może dwóch lat. Poza tym ta jego ostatnia rozmowa z Angello…
I; gdy jej na kimś zależało umiała chronić tę osobę; nawet za cenę własnego życia.
Wiem bo byłem taki sam i wydawało mi się, że ten przygłup Vincent nie zasługuje na taką dziewczynę; jak Tori. Miała przez niego tylko same troski.
I te jego nagłe oświadczyny… To również wydawało mi się bardzo dziwne; lub wręcz podejrzane- bo czemu siedemmastolatek (jest dwa lata od nas starszy) tak się pospieszył; by poprosić o rękę dziewczynę; którą zna od może dwóch lat. Poza tym ta jego ostatnia rozmowa z Angello…
-Co ty w niej takiego widzisz?- Zapytał zaskoczony Matt.
-To nie powinno cię obchodzić. Lepiej; żebyście nie wciągali jej w sprawy Stowarzyszenia i nie mieszali jej w głowie. Dość już przeszła- Powiedział zimno Vincent Rodriguez.- Ostatni raz wam pomagam i się rozstajemy; panie Angello.- Kroki Vincenta przy drzwiach.- Aha, jeszcze jedna sprawa.
-Słucham, chłopcze- oznajmił Angello.
-Raven też nie powinna być świadkiem tego; jak z Cristopherem pierzecie brudy Stowarzyszenia. W ogóle nie powinna się dowiedzieć, że on żyje- powiedział cicho.- Czułaby się lepiej trwając w nieświadomości.
-Każdy czasem musi się obudzić z pięknego snu; Vincent- odparł Angello.
-Jej sen był koszmarem i dobrze o tym wiesz.. Do zobaczenia; Angello- trzasnęły cicho drzwi.
-To nie powinno cię obchodzić. Lepiej; żebyście nie wciągali jej w sprawy Stowarzyszenia i nie mieszali jej w głowie. Dość już przeszła- Powiedział zimno Vincent Rodriguez.- Ostatni raz wam pomagam i się rozstajemy; panie Angello.- Kroki Vincenta przy drzwiach.- Aha, jeszcze jedna sprawa.
-Słucham, chłopcze- oznajmił Angello.
-Raven też nie powinna być świadkiem tego; jak z Cristopherem pierzecie brudy Stowarzyszenia. W ogóle nie powinna się dowiedzieć, że on żyje- powiedział cicho.- Czułaby się lepiej trwając w nieświadomości.
-Każdy czasem musi się obudzić z pięknego snu; Vincent- odparł Angello.
-Jej sen był koszmarem i dobrze o tym wiesz.. Do zobaczenia; Angello- trzasnęły cicho drzwi.
…Czym jest to „ostatnie zlecenie”? Dlaczego Vincent nie chce; żeby Tori czegokolwiek się dowiedziała.. Nie… Dlaczego nie chce; by dowiedziała się; że to, co robi (cokolwiek to jest); robi tylko dla niej? Czy to właśnie dlatego oświadczył się jej właśnie teraz- tak szybko.?
Przymknąłem na chwilę oczy opierając skroń o zimną szybę- bolała mnie głowa i dopadła dziwna senność.
Nagle otrzeźwił mnie przeciągły klakson Mazdy i głos Vincenta:
-Tyler; łap kierownice; szybko! Wyrzuć z biegu…
Postąpiłem jak kazał. W pewnej chwili poczułem; że samochód zwalnia; ale nie na tyle by zatrzymał się bezpośrednio przed betonowym słupem.
Tori rozglądała się nieprzytomnie po wnętrzu auta; pytając co się dzieje.
Vincent zacisnął zęby i zdecydowanie zaciągnął hamulec reczny.
-Tego słupa nigdy tu nie było..- Zauważył wolno.
-Ja nie widzę żadnego słupa…- odezwała się Tori zdziwiona.- W końcu słupy nie wyrastają od tak sobie na środku drogi..
Odwróciłem sie w jej stronę, pytając:
-Jak to nie widzisz…? Słupa nie…- zaciąłem się nagle.- Zaraz..- zacząłem w przebłysku zrozumienia.
Callisto opowiadała mi kiedyś o dziwnych zjawiskach mających niekiedy miejsce w naszym mieście. Znała te opowieści od swojego dziadka: Sebastiana Jima Holy, ojca jej matki.
Nasze miasto położone było na dawnych terenach cmentarzyska jakiejś dawnej cywilizacji; prawdopodobnie Wikingów. Ludzie co jakiś czas byli świadkami dziwnych widoków lub zdarzeń- jeden ze starszych mieszkańców podobno widział kiedyś stado biegnących dzikich koni.
Może coś w tych opowieściach jest; skoro nam na środku drogi wyrosła stara latarnia uliczna..?
-To miasto jest coraz bardziej dziwne- zauważył Vincent gapiąc się w miejsce; gdzie wcześniej zauważył słup. Po przeszkodzie nie zostało ani śladu.
Oparłem Paula o siedzenie i zacząłem go budzić.
-Co j-jest?- Zajaknął się.- Już wstaję… No już, mamo..
Musiałem mieć równie głupi wyraz twarzy, jak Vincent; który trzasnął Paula przez łeb; warcząc:
-Chcesz nas zabić; człowieku?? Zasnąłeś za kierownicą.. Czyś ty niepoważny; Tanner??
Chłopak rozejrzał się.
-Nie pamiętam; żebym przysnął; Vincent… Naprawdę nie…- Zaczął się tłumaczyć w głębokim oszołomieniu.
-Przesiadka; Paul… Teraz ja poprowadzę- oznajmił Vincent krótko.
Paul skinął głową i przesiadł się do tyłu. Vincent ruszył dalej rozglądając się w poszukiwaniu podobnych dziwacznych niespodzianek.
Przymknąłem na chwilę oczy opierając skroń o zimną szybę- bolała mnie głowa i dopadła dziwna senność.
Nagle otrzeźwił mnie przeciągły klakson Mazdy i głos Vincenta:
-Tyler; łap kierownice; szybko! Wyrzuć z biegu…
Postąpiłem jak kazał. W pewnej chwili poczułem; że samochód zwalnia; ale nie na tyle by zatrzymał się bezpośrednio przed betonowym słupem.
Tori rozglądała się nieprzytomnie po wnętrzu auta; pytając co się dzieje.
Vincent zacisnął zęby i zdecydowanie zaciągnął hamulec reczny.
-Tego słupa nigdy tu nie było..- Zauważył wolno.
-Ja nie widzę żadnego słupa…- odezwała się Tori zdziwiona.- W końcu słupy nie wyrastają od tak sobie na środku drogi..
Odwróciłem sie w jej stronę, pytając:
-Jak to nie widzisz…? Słupa nie…- zaciąłem się nagle.- Zaraz..- zacząłem w przebłysku zrozumienia.
Callisto opowiadała mi kiedyś o dziwnych zjawiskach mających niekiedy miejsce w naszym mieście. Znała te opowieści od swojego dziadka: Sebastiana Jima Holy, ojca jej matki.
Nasze miasto położone było na dawnych terenach cmentarzyska jakiejś dawnej cywilizacji; prawdopodobnie Wikingów. Ludzie co jakiś czas byli świadkami dziwnych widoków lub zdarzeń- jeden ze starszych mieszkańców podobno widział kiedyś stado biegnących dzikich koni.
Może coś w tych opowieściach jest; skoro nam na środku drogi wyrosła stara latarnia uliczna..?
-To miasto jest coraz bardziej dziwne- zauważył Vincent gapiąc się w miejsce; gdzie wcześniej zauważył słup. Po przeszkodzie nie zostało ani śladu.
Oparłem Paula o siedzenie i zacząłem go budzić.
-Co j-jest?- Zajaknął się.- Już wstaję… No już, mamo..
Musiałem mieć równie głupi wyraz twarzy, jak Vincent; który trzasnął Paula przez łeb; warcząc:
-Chcesz nas zabić; człowieku?? Zasnąłeś za kierownicą.. Czyś ty niepoważny; Tanner??
Chłopak rozejrzał się.
-Nie pamiętam; żebym przysnął; Vincent… Naprawdę nie…- Zaczął się tłumaczyć w głębokim oszołomieniu.
-Przesiadka; Paul… Teraz ja poprowadzę- oznajmił Vincent krótko.
Paul skinął głową i przesiadł się do tyłu. Vincent ruszył dalej rozglądając się w poszukiwaniu podobnych dziwacznych niespodzianek.
Callisto Raven; postrach ogólniaka…
Wraz z Undertaker’em skierowaliśmy się szybkim krokiem w stronę szpitala. Kilka korytarzy później zobaczyłam wychodzących z jednej z sal policjantów; a wśród nich kierującego ostatnimi sprawami; kuzyna Paula- podkomisarza Jacoba Tanner’a. Byli tak pogrążeni w cichej rozmowie, że nawet nas nie zauważyli.
-To musi być ta sala; Undertaker..- odezwałam się ruchem głowy wskazując miejsce, z którego wyszli policjanci.
-Zapewne- zgodził się, idąc w tamtą stronę. Pielęgniarka zatrzymała nas na chwilę. Jednak uniknęliśmy pytań, gdyż Undertaker’a rozpoznał jeden z policjantów w pokoju i zaprosił nas gestem do środka.
Również go rozpoznałam . Nazywał się Bolt i był pewnie ojcem leżącego na szpitalnym łóżku trzynastolatka.
-Jak to się mogło wydarzyć…? Jak mogło nas to spotkać..?- Powtarzała z żalem kobieta; siedząca przy nieprzytomnym dziecku.
Policjant również ledwo się trzymał. Starał się za wszelką cenę zapanować nad emocjami.
-Lepiej, żebyś miał mi coś sensownego do powiedzenia; Undertaker- oznajmił przez zaciśnięte zęby.
-Może porozmawiajmy gdzie indziej- zasugerowałam wolno.
-A ty; co tu robisz?- Zapytał ostrożnie.
-Mam kilka informacji; dlatego tu jestem- oznajmiłam obojętnie.
-W porządku… Chodźmy…- Bolt ruszył przed nami na korytarz.
Poprowadził nas do przyszpitalnego barku. Zajęliśmy jeden ze stolików i zaczęliśmy rozmowę.
-To musi być ta sala; Undertaker..- odezwałam się ruchem głowy wskazując miejsce, z którego wyszli policjanci.
-Zapewne- zgodził się, idąc w tamtą stronę. Pielęgniarka zatrzymała nas na chwilę. Jednak uniknęliśmy pytań, gdyż Undertaker’a rozpoznał jeden z policjantów w pokoju i zaprosił nas gestem do środka.
Również go rozpoznałam . Nazywał się Bolt i był pewnie ojcem leżącego na szpitalnym łóżku trzynastolatka.
-Jak to się mogło wydarzyć…? Jak mogło nas to spotkać..?- Powtarzała z żalem kobieta; siedząca przy nieprzytomnym dziecku.
Policjant również ledwo się trzymał. Starał się za wszelką cenę zapanować nad emocjami.
-Lepiej, żebyś miał mi coś sensownego do powiedzenia; Undertaker- oznajmił przez zaciśnięte zęby.
-Może porozmawiajmy gdzie indziej- zasugerowałam wolno.
-A ty; co tu robisz?- Zapytał ostrożnie.
-Mam kilka informacji; dlatego tu jestem- oznajmiłam obojętnie.
-W porządku… Chodźmy…- Bolt ruszył przed nami na korytarz.
Poprowadził nas do przyszpitalnego barku. Zajęliśmy jeden ze stolików i zaczęliśmy rozmowę.
-Wybaczcie; ale nic, a nic z tego wszystkiego nie rozumiem- zauważył Bolt; gdy opowiedzieliśmy mu o naszych spostrzeżeniach.- Panna coś mi tu kręci…
-Nadal mi pan nie wierzy?- Rozpięłam lekko koszulę i odsłaniając kołnierzyk pokazałam pieczęć na szyi.- Mogę być nastepna; albo może to mieć jakiś związek ze mną – zauważyłam.- Jeszcze nie wiem jaki; ale dowiem się tego…
-To…- zaczął zdumiony, wpatrując się szeroko otwartymi oczami w tatuaż na mojej szyi.
-Ten tatuaż jest bardzo rzadko spotykany.. Nazywa się go Księżycową Różą. Undertaker wspomniał; że miała z nim styczność większość samobójców- powiedziałam powoli.
-A ty dlaczego go nosisz..? Co jeśli możesz przez to zginąć..?- Zapytał wolno.
-Ja noszę Różę z zupełnie innych powodów i jeśli mogę jakoś wam w tej sprawie pomóc moją wiedzą; chciałabym…- zaczęłam powoli.
-Nie ma mowy. Jedyne; czym możesz pomóc policji; to uważać na siebie i nie wtrącać się- przerwał mi chłodno Bolt.
-Mnie ten ktoś tak łatwo się nie pozbędzie- odparłam lodowato odsłaniając zęby w ironicznym uśmiechu.
-Nie bądź tego taka za pewna- oznajmił cicho.
Uśmiechnęłam się szerzej unosząc lekko górną wargę. Bolt zbladł, pytając drżącym głosem:
-Kim ty jesteś..?- Wyszeptał w głębokim poruszeniu.
-Nie musi pan tego wiedzieć- odparłam spokojnie spoglądając na zegarek: wskazywał dziesięć minut po szóstej.- Lepiej, żeby się pan zastanowił; czy pozwoli mi pan działać w związku z tymi „samobójstwami”.
-Naprawdę chcesz w to wejść; Callisto..?- Zapytał zaskoczony Undertaker.
Potwierdziłam skinieniem głowy, nadal wpatrując się z uwagą w Bolta.
-Nie rozumiem; po co zamierzasz mieszać się w sprawy policji- zauważył niepewnie.
-Nie zamierzam bawić się w dobrą lub złą policjantkę. Chcę tylko dowiedzieć się prawdy na temat „śmierci” mojego ojca; który cudownie zmartwychwstał; panie Bolt- oznajmiłam nadal spokojnie.- Już nie musi pan udawać; że o niczym nie wiedzieliście.. Jednak mam jedno pytanie..
-Panno Raven..- zaczął cicho; chcąc mi przerwać.
Undertaker spoglądał to na mnie; to na policjanta z niepokojem.
-Kto został pochowany w grobowcu; obok mojej matki?- Zignorowałam, że mężczyzna coś mówił.
Undertaker wstał i położył dłoń na ramieniu Bolta; mówiąc:
-Już dawno powinna wiedzieć; że trumna jej ojca była pusta..- powiedział cicho.
-A ty; skąd o tym niby wiesz; Undertaker??- Zarówno ja; jak i Bolt gapiliśmy się nań zdziwieni.
-Cóż…- chłopak uciekł wzrokiem gdzieś w bok.
Złapałam go za klapy płaszcza i trzasnęłam nim o ścianę mocno; warcząc:
-Skąd. To. Wiesz?- Zapytałam akcentując każde słowo.- Od kogo? Od Gabriela..? Może od Aleca?- Puściły mi nerwy.- Gadaj od kogo to wiesz??!
-To trumna była zbyt lekka- odparł patrząc na mnie spokojnie.- Od razu wiedziałem; że jest pusta, a pogrzeb twojego ojca był zaaranżowany. Nawet Lucian nie wie, że jego panicz żyje..- oznajmił cicho.
-Dlaczego?- Zapytałam odsuwając się powoli.. Usiadłam ciężko przy stoliku.
-Kazano mi trzymać język za zębami. Mieliśmy umowę: ja będę milczał, a mój ojciec nie dowie się; że nie tylko mam się dobrze, ale i, że odnalazłem brata bliźniaka. Teraz i tak dowiedział się, że żyję, więc…
-Ile osób o tym wiedziało?- Zapytałam nagle obojętnie.
-Tylko zajmująca się tą sprawą policja i ja- odparł Undertaker cicho.- Przepraszam; że nie dowiedziałaś się prawdy wcześniej..
-Powinnam znać prawdę wcześniej!! Myślisz; że jak to jest zobaczyć własnego ojca; którego zdążyłam opłakać; całego i zdrowego; choć gdy ostatni raz go widziałam; ten psychopata Link..- Nagle zakręciło mi się w głowie; poczułam się słabo; ale jeszcze miałam na tyle sił by wygarnąć mu to, co myślałam.-Mdli mnie na twój widok; Undertaker. Jeszcze nigdy nie widziałam takiego podłego kłamcy i oszusta; jak ty… A on wcale nie jest od ciebie lepszy- ruchem głowy wskazałam Bolta i odeszłam szybkim krokiem.
Byłam wściekła i rozżalona: zaczynałam mu ufać, a on tak bezczelnie skłamał mi prosto w oczy. Uważałam Undertaker’a za dobrego człowieka; a okazał się taką szują.
Ruszyłam biegiem na skróty, blisko slumsów przeskoczyłam wysoki mur i skierowałam się na zachód.
Do rady pozostało jeszcze trochę czasu; lecz ja musiałam się uspokoić. Jakoś odreagować. Spróbować to wszystko pojąć; zrozumieć własne skrajne uczucia…
***
Nie kierowałam się do konkretnego miejsca; lecz nogi same zaprowadziły mnie na cmentarz. Zatrzymałam się dopiero na odległym końcu nekropolii; tuż przed marmurowym posągiem anioła. Na przytwierdzonej do cokołu płycie nagrobnej, widniał napis:
Claude Marius Wolf, herbu Wadera. [daty urodzin i śmierci]
Oddał życie za partnera na polu walki w wieku lat szesnastu… Cześć jego pamięci!
-Dlaczego wszyscy traktują mnie, jak małe dziecko; co..?- Spytałam szeptem, składając bukiecik białych róż przy jego grobie.- Dlaczego ty byłeś zupełnie inny; Marius…?- zapaliłam znicz i postawiłam go drżącą dłonią u stóp posągowego anioła.- Jakim prawem oddałeś za mnie życie; ty cholerny dupku?!. Jakim prawem to zrobiłeś… – uspokoiłam się siadając przy nagrobku; oparłam się plecami o cokół i spojrzałam w niebo.- Bardzo za tobą tęsknię; Marius..- szepnęłam ocierając zbłąkaną łzę.- Żegnaj; Wilczurze..
Biegnąc ku frontowej bramie cmentarza wpadłam na kogoś. W ostatniej chwili dostrzegłam tatuaż na wierzchu prawej dłoni.
-Callisto Anabelle..- zatrzymał mnie w mocnym objęciu.
-Zostaw mnie; Lucian…- próbowałam wyswobodzić się z jego objęcia.
Objął mnie delikatniej i zamknął mi usta dłonią. Oparłam dłoń na jego i przestałam walczyć.
-Zaufaj mi.. Daj mi jeszcze jedną szansę..- powiedział cicho wypuszczając mnie z objęcia.
Odwróciłam się w jego stronę; ukląkł na kolano z prawą dłonią przy sercu patrząc mi w oczy.
Nie byłam pewna już niczego. Nie wiedziałam; czy mogę ufać Lucianowi, czy jednak lepiej; bym trzymała się od niego z daleka. Postanowiłam, więc postawić wszystko na jedną kartę i zaufać mu ostatni raz. Jeśli teraz popełniam błąd, którego będę żałować…
Jestem naprawdę strasznie zagubiona.
-Panienko…- szepnął patrząc mi w oczy z dołu.
-Caaally…!- Paul zahamował ostro, wzbijając w powietrze trochę kurzu i kamyków, zanim wpadł na Luciana.- Kto to..?- Zdumiał się.
-Zawsze zjawiasz się nie w porę, Tanner…- Stwierdziłam.- Coś się stało?.
-Bardzo „nie w porę”- przytaknął Lucian; powstając na nogi.
-Tu się dzieją bardzo dziwne rzeczy..- oznajmił wolno; ignorując Luciana.- Wiesz coś o słupach wyrastających nagle na środku drogi.. (cholera)..- zaklął cicho.
-Słupy wyrastające na środku drogi..?- Lucian zastanowił się nagle.- Gdzie ci się to zdarzyło?- Zwrócił się do Paula.
-Na starym mieście; koło kościoła Świętej Trójcy; czemu pytasz?- Odparł niechętnie Paul.
Lucian zapalił papierosa i spojrzał w niebo w zamyśleniu.
-Największy styk Linii Mocy- mruknął, pogrążony w myślach.
-Linii czego??- Zapytał zaskoczony Paul.
-Przez to miasto przeszło wiele wojen i śmierci; Tanner- powiedział spokojnie Lucian.
-Znam historię tego miasta; moja rodzina była jedną z jego założycieli- oznajmił chłodno Paul.- Właściwie nie wiem; jaki to ma związek..
-Pod miastem ciągną się Linie Mocy; które powstawały przez wieki.. Im jest ich więcej; tym bardziej przyciągają one wampiry- Lucian oparł się o najbliższy posąg anioła.
-Ale jak one powstały? Skąd się wzięły..- zaczął Paul.
-Z każdą wojną; lub pojawieniem się tu wampira ukazywała się jedna linia.. Im więcej krzyżujących się nici; tym dziwniejsze anomalie występują- wyjaśnił Lucian paląc papierosa z obojętną miną.- Od czasów założenia miasta; pojawia się ich coraz więcej. Właśnie stoisz na czterech skrzyżowanych liniach- oznajmił wpatrując się w stopy Paula, który przesunął się w lewo.- Teraz stoisz na pięciu.
-Kim ty jesteś? Jakim cudem to widzisz?- Zapytał Paul chowając się za mną.
-Mademoiselle…- Lucian spojrzał na mnie pytająco.
Skinęłam głową; że można Paulowi ufać.
-Widzę; ponieważ jestem tu o wiele dłużej, niż ty.. Pojawiłem się tutaj jeszcze zanim założono miasto…
***
Kwadrans przed dziesiątą. Kwatera główna Stowarzyszenia.
Minęłam kilku łowców; w tym Portera; witając się z nimi skinieniem głowy. Próbowałam stłumić w sobie gniew- co jeśli to prawda; że Angello wiedział, że mój ojciec żyje; co bym wówczas zrobiła(?)- i strach; w końcu moje życie wisiało na skraju przepaści: byłam niestabilnym wampirem; który w każdej chwili mógł popaść w szaleństwo i- bez najmniejszych oporów- zacząć zabijać ludzi..
-Nadal mi pan nie wierzy?- Rozpięłam lekko koszulę i odsłaniając kołnierzyk pokazałam pieczęć na szyi.- Mogę być nastepna; albo może to mieć jakiś związek ze mną – zauważyłam.- Jeszcze nie wiem jaki; ale dowiem się tego…
-To…- zaczął zdumiony, wpatrując się szeroko otwartymi oczami w tatuaż na mojej szyi.
-Ten tatuaż jest bardzo rzadko spotykany.. Nazywa się go Księżycową Różą. Undertaker wspomniał; że miała z nim styczność większość samobójców- powiedziałam powoli.
-A ty dlaczego go nosisz..? Co jeśli możesz przez to zginąć..?- Zapytał wolno.
-Ja noszę Różę z zupełnie innych powodów i jeśli mogę jakoś wam w tej sprawie pomóc moją wiedzą; chciałabym…- zaczęłam powoli.
-Nie ma mowy. Jedyne; czym możesz pomóc policji; to uważać na siebie i nie wtrącać się- przerwał mi chłodno Bolt.
-Mnie ten ktoś tak łatwo się nie pozbędzie- odparłam lodowato odsłaniając zęby w ironicznym uśmiechu.
-Nie bądź tego taka za pewna- oznajmił cicho.
Uśmiechnęłam się szerzej unosząc lekko górną wargę. Bolt zbladł, pytając drżącym głosem:
-Kim ty jesteś..?- Wyszeptał w głębokim poruszeniu.
-Nie musi pan tego wiedzieć- odparłam spokojnie spoglądając na zegarek: wskazywał dziesięć minut po szóstej.- Lepiej, żeby się pan zastanowił; czy pozwoli mi pan działać w związku z tymi „samobójstwami”.
-Naprawdę chcesz w to wejść; Callisto..?- Zapytał zaskoczony Undertaker.
Potwierdziłam skinieniem głowy, nadal wpatrując się z uwagą w Bolta.
-Nie rozumiem; po co zamierzasz mieszać się w sprawy policji- zauważył niepewnie.
-Nie zamierzam bawić się w dobrą lub złą policjantkę. Chcę tylko dowiedzieć się prawdy na temat „śmierci” mojego ojca; który cudownie zmartwychwstał; panie Bolt- oznajmiłam nadal spokojnie.- Już nie musi pan udawać; że o niczym nie wiedzieliście.. Jednak mam jedno pytanie..
-Panno Raven..- zaczął cicho; chcąc mi przerwać.
Undertaker spoglądał to na mnie; to na policjanta z niepokojem.
-Kto został pochowany w grobowcu; obok mojej matki?- Zignorowałam, że mężczyzna coś mówił.
Undertaker wstał i położył dłoń na ramieniu Bolta; mówiąc:
-Już dawno powinna wiedzieć; że trumna jej ojca była pusta..- powiedział cicho.
-A ty; skąd o tym niby wiesz; Undertaker??- Zarówno ja; jak i Bolt gapiliśmy się nań zdziwieni.
-Cóż…- chłopak uciekł wzrokiem gdzieś w bok.
Złapałam go za klapy płaszcza i trzasnęłam nim o ścianę mocno; warcząc:
-Skąd. To. Wiesz?- Zapytałam akcentując każde słowo.- Od kogo? Od Gabriela..? Może od Aleca?- Puściły mi nerwy.- Gadaj od kogo to wiesz??!
-To trumna była zbyt lekka- odparł patrząc na mnie spokojnie.- Od razu wiedziałem; że jest pusta, a pogrzeb twojego ojca był zaaranżowany. Nawet Lucian nie wie, że jego panicz żyje..- oznajmił cicho.
-Dlaczego?- Zapytałam odsuwając się powoli.. Usiadłam ciężko przy stoliku.
-Kazano mi trzymać język za zębami. Mieliśmy umowę: ja będę milczał, a mój ojciec nie dowie się; że nie tylko mam się dobrze, ale i, że odnalazłem brata bliźniaka. Teraz i tak dowiedział się, że żyję, więc…
-Ile osób o tym wiedziało?- Zapytałam nagle obojętnie.
-Tylko zajmująca się tą sprawą policja i ja- odparł Undertaker cicho.- Przepraszam; że nie dowiedziałaś się prawdy wcześniej..
-Powinnam znać prawdę wcześniej!! Myślisz; że jak to jest zobaczyć własnego ojca; którego zdążyłam opłakać; całego i zdrowego; choć gdy ostatni raz go widziałam; ten psychopata Link..- Nagle zakręciło mi się w głowie; poczułam się słabo; ale jeszcze miałam na tyle sił by wygarnąć mu to, co myślałam.-Mdli mnie na twój widok; Undertaker. Jeszcze nigdy nie widziałam takiego podłego kłamcy i oszusta; jak ty… A on wcale nie jest od ciebie lepszy- ruchem głowy wskazałam Bolta i odeszłam szybkim krokiem.
Byłam wściekła i rozżalona: zaczynałam mu ufać, a on tak bezczelnie skłamał mi prosto w oczy. Uważałam Undertaker’a za dobrego człowieka; a okazał się taką szują.
Ruszyłam biegiem na skróty, blisko slumsów przeskoczyłam wysoki mur i skierowałam się na zachód.
Do rady pozostało jeszcze trochę czasu; lecz ja musiałam się uspokoić. Jakoś odreagować. Spróbować to wszystko pojąć; zrozumieć własne skrajne uczucia…
***
Nie kierowałam się do konkretnego miejsca; lecz nogi same zaprowadziły mnie na cmentarz. Zatrzymałam się dopiero na odległym końcu nekropolii; tuż przed marmurowym posągiem anioła. Na przytwierdzonej do cokołu płycie nagrobnej, widniał napis:
Claude Marius Wolf, herbu Wadera. [daty urodzin i śmierci]
Oddał życie za partnera na polu walki w wieku lat szesnastu… Cześć jego pamięci!
-Dlaczego wszyscy traktują mnie, jak małe dziecko; co..?- Spytałam szeptem, składając bukiecik białych róż przy jego grobie.- Dlaczego ty byłeś zupełnie inny; Marius…?- zapaliłam znicz i postawiłam go drżącą dłonią u stóp posągowego anioła.- Jakim prawem oddałeś za mnie życie; ty cholerny dupku?!. Jakim prawem to zrobiłeś… – uspokoiłam się siadając przy nagrobku; oparłam się plecami o cokół i spojrzałam w niebo.- Bardzo za tobą tęsknię; Marius..- szepnęłam ocierając zbłąkaną łzę.- Żegnaj; Wilczurze..
Biegnąc ku frontowej bramie cmentarza wpadłam na kogoś. W ostatniej chwili dostrzegłam tatuaż na wierzchu prawej dłoni.
-Callisto Anabelle..- zatrzymał mnie w mocnym objęciu.
-Zostaw mnie; Lucian…- próbowałam wyswobodzić się z jego objęcia.
Objął mnie delikatniej i zamknął mi usta dłonią. Oparłam dłoń na jego i przestałam walczyć.
-Zaufaj mi.. Daj mi jeszcze jedną szansę..- powiedział cicho wypuszczając mnie z objęcia.
Odwróciłam się w jego stronę; ukląkł na kolano z prawą dłonią przy sercu patrząc mi w oczy.
Nie byłam pewna już niczego. Nie wiedziałam; czy mogę ufać Lucianowi, czy jednak lepiej; bym trzymała się od niego z daleka. Postanowiłam, więc postawić wszystko na jedną kartę i zaufać mu ostatni raz. Jeśli teraz popełniam błąd, którego będę żałować…
Jestem naprawdę strasznie zagubiona.
-Panienko…- szepnął patrząc mi w oczy z dołu.
-Caaally…!- Paul zahamował ostro, wzbijając w powietrze trochę kurzu i kamyków, zanim wpadł na Luciana.- Kto to..?- Zdumiał się.
-Zawsze zjawiasz się nie w porę, Tanner…- Stwierdziłam.- Coś się stało?.
-Bardzo „nie w porę”- przytaknął Lucian; powstając na nogi.
-Tu się dzieją bardzo dziwne rzeczy..- oznajmił wolno; ignorując Luciana.- Wiesz coś o słupach wyrastających nagle na środku drogi.. (cholera)..- zaklął cicho.
-Słupy wyrastające na środku drogi..?- Lucian zastanowił się nagle.- Gdzie ci się to zdarzyło?- Zwrócił się do Paula.
-Na starym mieście; koło kościoła Świętej Trójcy; czemu pytasz?- Odparł niechętnie Paul.
Lucian zapalił papierosa i spojrzał w niebo w zamyśleniu.
-Największy styk Linii Mocy- mruknął, pogrążony w myślach.
-Linii czego??- Zapytał zaskoczony Paul.
-Przez to miasto przeszło wiele wojen i śmierci; Tanner- powiedział spokojnie Lucian.
-Znam historię tego miasta; moja rodzina była jedną z jego założycieli- oznajmił chłodno Paul.- Właściwie nie wiem; jaki to ma związek..
-Pod miastem ciągną się Linie Mocy; które powstawały przez wieki.. Im jest ich więcej; tym bardziej przyciągają one wampiry- Lucian oparł się o najbliższy posąg anioła.
-Ale jak one powstały? Skąd się wzięły..- zaczął Paul.
-Z każdą wojną; lub pojawieniem się tu wampira ukazywała się jedna linia.. Im więcej krzyżujących się nici; tym dziwniejsze anomalie występują- wyjaśnił Lucian paląc papierosa z obojętną miną.- Od czasów założenia miasta; pojawia się ich coraz więcej. Właśnie stoisz na czterech skrzyżowanych liniach- oznajmił wpatrując się w stopy Paula, który przesunął się w lewo.- Teraz stoisz na pięciu.
-Kim ty jesteś? Jakim cudem to widzisz?- Zapytał Paul chowając się za mną.
-Mademoiselle…- Lucian spojrzał na mnie pytająco.
Skinęłam głową; że można Paulowi ufać.
-Widzę; ponieważ jestem tu o wiele dłużej, niż ty.. Pojawiłem się tutaj jeszcze zanim założono miasto…
***
Kwadrans przed dziesiątą. Kwatera główna Stowarzyszenia.
Minęłam kilku łowców; w tym Portera; witając się z nimi skinieniem głowy. Próbowałam stłumić w sobie gniew- co jeśli to prawda; że Angello wiedział, że mój ojciec żyje; co bym wówczas zrobiła(?)- i strach; w końcu moje życie wisiało na skraju przepaści: byłam niestabilnym wampirem; który w każdej chwili mógł popaść w szaleństwo i- bez najmniejszych oporów- zacząć zabijać ludzi..
Gobelin z archaniołem Michałem dziś szczególnie odwracał moją uwagę od tematów omawianych na Radzie.. Im bardziej wpatrywałam się w twarz postaci anioła, tym większe widziałam w niej podobieństwo do mego ukochanego ojca. Czy moja matka celowo uwieczniła w materiale jego twarz? Czy to miała być jakaś wskazówka?
Nie powiedziałam Lucianowi całej prawdy. On nadal nie wie; że mój ojciec żyje- przynajmniej tak twierdził Undertaker.
-Głowa rodu Raven dziwnie dzisiaj milczy- zauważyła Silvia Edge.
Odwróciłam oczy od gobelinu i spojrzałam niechętnie na kobietę.
-Nie mam nic do powiedzenia- oznajmiłam krótko.- Jak; zapewne większość Rady- skłoniłam lekko głowę- tak i ja sadzę; że najpierw powinniśmy zająć się naszym głównym problemem: wampirami.
-A ostatnie podpalenia i samobójstwa?- Podjął ojciec Michaela; Armand Tyler.
-Myślę, że to sprawa policji- zauważyłam.- Chyba; że Szczury mają ciekawe informacje..- spojrzałam pytająco na Angelo.
-Nadal nic: ta kobieta wsiąkła, jak kamfora- wzruszył ramionami.- Szczury nadal szukają.
-”Kundle Archanioła” również gdzieś się ukryły; więc nie mamy zbytnio spokojnej szachownicy. Rada Wampirów odmówiła współpracy i po ostatniej odmowie nadal milczą- zauważyłam z namysłem.- Samo Stowarzyszenie natomiast; potajemnie pierze swoje brudy- obserwowałam wyraz twarzy Angello; ale ten był obojętny.
-Co chcesz przez to powiedzieć; Raven?- Zapytał Sword powoli.
-Zauważyłam ostatnio; że kilku łowców za mną łazi. Ciekawe po co; skoro jeszcze nie stoczyłam się do Poziomu D..
Po Radzie przeszedł szmer oburzenia.
-To prawda; Angello?- Zapytał Kostenlos z naciskiem.
Angello westchnął ciężko.
-Nie chodzi o to; że obawiam się, iż upadłaś do poziomu D; Callisto Anabelle Raven..- położył na stole kolejny segregator.- Sądzę jednak; że możesz być w niebezpieczeństwie..
-Bo większość tych samobójców miała styczność z Księżycową Różą?- Zapytałam kpiąco się uśmiechając.- To czysta bzdura; Angello.
-Od kogo o tym wiesz?- Zdziwiła się Silvia Edge.
-Nieważne od kogo i co wiem- odparłam obojętnie.- Myślę jednak; że powinniśmy zagrać; jak chce przeciwnik; to wszystko..
Większość członków Rady wpatrywała się we mnie ze zdumieniem i przerażeniem.
-Zamierzasz wystawić się tak po prostu; jako przynęta?- Zdumiał się Felix Moon, ojciec mojego byłego partnera, Jasona.
-Nie pozwolę ci ryzykować- oznajmili Angello i Morgenstern ostro.
Oparłam się o krzesło ze zmęczeniem.
-Obaj nie macie nic do powiedzenia. To moja decyzja: zrobię to, co uważam za odpowiednie.- Oznajmiłam spokojnie.- Najpierw muszę rozgryźć tę grę i ułożyć jakiś plan; a to trochę zajmie; panie Moon- zwróciłam się do mężczyzny.- Na razie muszę przemyśleć kto czyim jest pionkiem na tej naszej szachownicy- przez moją twarz przemknął uśmiech.
-To czyste szaleństwo; panno Raven. Co; jeśli zginiesz..?- Zapytał Kostenlos.
-Karta przetargowa nie może wypaść z gry- Uśmiechnęłam się tajemniczo.
-Co zamierzasz zrobić…?- Zapytał ostrożnie Angello.
-Jeszcze nie wiem; ale być może wymyślę odpowiedni plan do nastepnego zebrania Rady.. Z mojej strony to wszystko; dziękuję- oznajmiłam spokojnie.
-Ktoś jeszcze chce zabrać głos?- Zapytał uprzejmie Angello rozglądając się po sali. Odczekał dłuższą chwilę.- Jeśli nie: zamykam zebranie; dziękuję.
Wszyscy wstaliśmy i ruszyliśmy do drzwi.
Nie powiedziałam Lucianowi całej prawdy. On nadal nie wie; że mój ojciec żyje- przynajmniej tak twierdził Undertaker.
-Głowa rodu Raven dziwnie dzisiaj milczy- zauważyła Silvia Edge.
Odwróciłam oczy od gobelinu i spojrzałam niechętnie na kobietę.
-Nie mam nic do powiedzenia- oznajmiłam krótko.- Jak; zapewne większość Rady- skłoniłam lekko głowę- tak i ja sadzę; że najpierw powinniśmy zająć się naszym głównym problemem: wampirami.
-A ostatnie podpalenia i samobójstwa?- Podjął ojciec Michaela; Armand Tyler.
-Myślę, że to sprawa policji- zauważyłam.- Chyba; że Szczury mają ciekawe informacje..- spojrzałam pytająco na Angelo.
-Nadal nic: ta kobieta wsiąkła, jak kamfora- wzruszył ramionami.- Szczury nadal szukają.
-”Kundle Archanioła” również gdzieś się ukryły; więc nie mamy zbytnio spokojnej szachownicy. Rada Wampirów odmówiła współpracy i po ostatniej odmowie nadal milczą- zauważyłam z namysłem.- Samo Stowarzyszenie natomiast; potajemnie pierze swoje brudy- obserwowałam wyraz twarzy Angello; ale ten był obojętny.
-Co chcesz przez to powiedzieć; Raven?- Zapytał Sword powoli.
-Zauważyłam ostatnio; że kilku łowców za mną łazi. Ciekawe po co; skoro jeszcze nie stoczyłam się do Poziomu D..
Po Radzie przeszedł szmer oburzenia.
-To prawda; Angello?- Zapytał Kostenlos z naciskiem.
Angello westchnął ciężko.
-Nie chodzi o to; że obawiam się, iż upadłaś do poziomu D; Callisto Anabelle Raven..- położył na stole kolejny segregator.- Sądzę jednak; że możesz być w niebezpieczeństwie..
-Bo większość tych samobójców miała styczność z Księżycową Różą?- Zapytałam kpiąco się uśmiechając.- To czysta bzdura; Angello.
-Od kogo o tym wiesz?- Zdziwiła się Silvia Edge.
-Nieważne od kogo i co wiem- odparłam obojętnie.- Myślę jednak; że powinniśmy zagrać; jak chce przeciwnik; to wszystko..
Większość członków Rady wpatrywała się we mnie ze zdumieniem i przerażeniem.
-Zamierzasz wystawić się tak po prostu; jako przynęta?- Zdumiał się Felix Moon, ojciec mojego byłego partnera, Jasona.
-Nie pozwolę ci ryzykować- oznajmili Angello i Morgenstern ostro.
Oparłam się o krzesło ze zmęczeniem.
-Obaj nie macie nic do powiedzenia. To moja decyzja: zrobię to, co uważam za odpowiednie.- Oznajmiłam spokojnie.- Najpierw muszę rozgryźć tę grę i ułożyć jakiś plan; a to trochę zajmie; panie Moon- zwróciłam się do mężczyzny.- Na razie muszę przemyśleć kto czyim jest pionkiem na tej naszej szachownicy- przez moją twarz przemknął uśmiech.
-To czyste szaleństwo; panno Raven. Co; jeśli zginiesz..?- Zapytał Kostenlos.
-Karta przetargowa nie może wypaść z gry- Uśmiechnęłam się tajemniczo.
-Co zamierzasz zrobić…?- Zapytał ostrożnie Angello.
-Jeszcze nie wiem; ale być może wymyślę odpowiedni plan do nastepnego zebrania Rady.. Z mojej strony to wszystko; dziękuję- oznajmiłam spokojnie.
-Ktoś jeszcze chce zabrać głos?- Zapytał uprzejmie Angello rozglądając się po sali. Odczekał dłuższą chwilę.- Jeśli nie: zamykam zebranie; dziękuję.
Wszyscy wstaliśmy i ruszyliśmy do drzwi.
-Jak tam na Radzie?- Zapytał Michael obejmując mnie w żebrach.
-Wiemy tyle; że nic nie wiemy- oznajmiłam ze wzruszeniem ramion.
-Jak to?- Zapytał zdziwiony Paul; a Tori odwróciła wzrok od kart katalogu sukien ślubnych.
-Po prostu: Rada Wampirów, ani Kundle Archanioła nie palą się jakoś do współpracy; a my… My błądzimy; jak dzieci we mgle.. Tak to w skrócie wygląda i lepiej dla was się w to nie mieszać; Paul- oznajmiłam spokojnie.
***
Nazajutrz rano; szkoła…
-Wieje nudą- Zauważył Vincent podczas przerwy.
-A na wychowawczej zanudzimy się na śmierć- Dodał Michael; a reszta jęknęła zgodnie.
-Zwłaszcza, że niedługo Święto Założycieli…- burknęła Tori.
Przedzieraliśmy się przez tłum; idąc do biblioteki, ponieważ trafiła się nam godzina karciana: Grey nie dotarł na lekcje wymawiając się jakaś ważną prywatną sprawą; więc ten czas mieliśmy przesiedzieć pod opieką bibliotekarza, pana Morgana i umierać z nudów; grając w gry planszowe, czy karty lub czytając książki i gadając od niechcenia.
-Ciekawe; co wymyślą w tym roku..- zauważyłam znudzona.
-Oby nas w to nie wkopali; Raven- Paul szturchnął mnie z uśmiechem.
-Znając życie to właśnie tak zrobią; Tanner- odparłam ze śmiechem oddając mu szturchańca.- Chociaż… Może to by mi w czymś pomogło…
-Co ty kombinujesz; Callisto?- Zapytał Vincent z niepokojem; a Michael spojrzał nań dziwnie.
-Wszystko w swoim czasie; Vincent..- odparłam z drapieżnym uśmiechem.
***
Lekcję karcianą spędziłam na odpisywaniu zadań od Michaela; rozmowie i rozmyślaniu nad moim planem.
-Co tam rysujesz?- Zaciekawił się Michael.
-Szachownicę- odparłam zamyślona, bazgrając na kartce wyrwanej z zeszytu.- Hmmm…
Na miejscu figury króla po jednej stronie postawiłam w myślach Angello; królową była Rada; hetmanem ja; gońcem „Kundle”, mniej znaczace figury to łowcy.
-Teraz tak… Królowa i król..- mruknęłam w zastanowieniu.
-Po co ci teraz szachownica?- Zdziwił się Vincent.
-Mam coś do zrobienia- odparłam enigmatycznie; spoglądając; jak uczy Paula gry w szachy.- Może jednak zagramy; Vincent?- Zaproponowałam nagle; chowając kartkę i zeszyt do torby.
-Myślałem; że już nie zapytasz- zauważył Paul z ulgą.- Mam dość tej gry..
-Spoko; losujmy kolor- Vincent zwinął z szachownicy czarnego i białego króla; przełożył pod stolikiem i wyciągnął w moją stronę dłonie, w których trzymał figury, zaciśnięte w pięści.
Ruchem dłoni wskazałam jego lewą dłoń. Podał mi czarnego króla. On rozpoczynał grę.
-Wiemy tyle; że nic nie wiemy- oznajmiłam ze wzruszeniem ramion.
-Jak to?- Zapytał zdziwiony Paul; a Tori odwróciła wzrok od kart katalogu sukien ślubnych.
-Po prostu: Rada Wampirów, ani Kundle Archanioła nie palą się jakoś do współpracy; a my… My błądzimy; jak dzieci we mgle.. Tak to w skrócie wygląda i lepiej dla was się w to nie mieszać; Paul- oznajmiłam spokojnie.
***
Nazajutrz rano; szkoła…
-Wieje nudą- Zauważył Vincent podczas przerwy.
-A na wychowawczej zanudzimy się na śmierć- Dodał Michael; a reszta jęknęła zgodnie.
-Zwłaszcza, że niedługo Święto Założycieli…- burknęła Tori.
Przedzieraliśmy się przez tłum; idąc do biblioteki, ponieważ trafiła się nam godzina karciana: Grey nie dotarł na lekcje wymawiając się jakaś ważną prywatną sprawą; więc ten czas mieliśmy przesiedzieć pod opieką bibliotekarza, pana Morgana i umierać z nudów; grając w gry planszowe, czy karty lub czytając książki i gadając od niechcenia.
-Ciekawe; co wymyślą w tym roku..- zauważyłam znudzona.
-Oby nas w to nie wkopali; Raven- Paul szturchnął mnie z uśmiechem.
-Znając życie to właśnie tak zrobią; Tanner- odparłam ze śmiechem oddając mu szturchańca.- Chociaż… Może to by mi w czymś pomogło…
-Co ty kombinujesz; Callisto?- Zapytał Vincent z niepokojem; a Michael spojrzał nań dziwnie.
-Wszystko w swoim czasie; Vincent..- odparłam z drapieżnym uśmiechem.
***
Lekcję karcianą spędziłam na odpisywaniu zadań od Michaela; rozmowie i rozmyślaniu nad moim planem.
-Co tam rysujesz?- Zaciekawił się Michael.
-Szachownicę- odparłam zamyślona, bazgrając na kartce wyrwanej z zeszytu.- Hmmm…
Na miejscu figury króla po jednej stronie postawiłam w myślach Angello; królową była Rada; hetmanem ja; gońcem „Kundle”, mniej znaczace figury to łowcy.
-Teraz tak… Królowa i król..- mruknęłam w zastanowieniu.
-Po co ci teraz szachownica?- Zdziwił się Vincent.
-Mam coś do zrobienia- odparłam enigmatycznie; spoglądając; jak uczy Paula gry w szachy.- Może jednak zagramy; Vincent?- Zaproponowałam nagle; chowając kartkę i zeszyt do torby.
-Myślałem; że już nie zapytasz- zauważył Paul z ulgą.- Mam dość tej gry..
-Spoko; losujmy kolor- Vincent zwinął z szachownicy czarnego i białego króla; przełożył pod stolikiem i wyciągnął w moją stronę dłonie, w których trzymał figury, zaciśnięte w pięści.
Ruchem dłoni wskazałam jego lewą dłoń. Podał mi czarnego króla. On rozpoczynał grę.
-Jak wy to robicie?- Zdziwił się Paul obserwując naszą szybką grę.
Podparłam podbródek na pięści i spojrzałam w skupieniu na sytuację na planszy. Zbiłam Vincentowi kolejną figurę. On również wykonał bicie; sprzątając dwie moje. Zmrużyłam oczy z uśmiechem; zastanawiając się nad kolejnym ruchem…
Podparłam podbródek na pięści i spojrzałam w skupieniu na sytuację na planszy. Zbiłam Vincentowi kolejną figurę. On również wykonał bicie; sprzątając dwie moje. Zmrużyłam oczy z uśmiechem; zastanawiając się nad kolejnym ruchem…
Vincent postąpił tak; jak oczekiwałam.
-Szach- mat; Rodriguez- rzuciłam z ironią.
-Jak…?- Vincent w skupieniu rozglądał się po planszy.- Niech cię; Raven…- rzucił zaskoczony; gdy zrozumiał; że nie ma możliwości ruchu na planszy.
-Nie widziałem jeszcze; żeby ktokolwiek w tej szkole grał w szachy tak dobrze; uczniowie- skomentował bibliotekarz z uznaniem. Widziałam, że obserwował naszą grę.
-Dziękujemy- rzucił Vincent; zapewne rozmyślając; w jaki sposób go pokonałam.- Rewanż; Raven?- Rzucił wymownie.
-Nie ma sprawy. Drugi raz też przegrasz- odparłam przyjaźnie; rozmyślając jednocześnie nad moim planem.
Szachownica w przenośni była moim obecnym polem manewru dla Stowarzyszenia. Partia szachów pomagała mi ułożyć odpowiedni plan działania; o którym mówiłam na wczorajszej Radzie.
-To się jeszcze okaże- odparł przekornie. Zamieniliśmy się kolorami figur; tym razem to ja rozpoczynałam partyjkę… Reszta z zaciekawieniem zaczęła obserwować naszą grę.
-Szach- mat; Rodriguez- rzuciłam z ironią.
-Jak…?- Vincent w skupieniu rozglądał się po planszy.- Niech cię; Raven…- rzucił zaskoczony; gdy zrozumiał; że nie ma możliwości ruchu na planszy.
-Nie widziałem jeszcze; żeby ktokolwiek w tej szkole grał w szachy tak dobrze; uczniowie- skomentował bibliotekarz z uznaniem. Widziałam, że obserwował naszą grę.
-Dziękujemy- rzucił Vincent; zapewne rozmyślając; w jaki sposób go pokonałam.- Rewanż; Raven?- Rzucił wymownie.
-Nie ma sprawy. Drugi raz też przegrasz- odparłam przyjaźnie; rozmyślając jednocześnie nad moim planem.
Szachownica w przenośni była moim obecnym polem manewru dla Stowarzyszenia. Partia szachów pomagała mi ułożyć odpowiedni plan działania; o którym mówiłam na wczorajszej Radzie.
-To się jeszcze okaże- odparł przekornie. Zamieniliśmy się kolorami figur; tym razem to ja rozpoczynałam partyjkę… Reszta z zaciekawieniem zaczęła obserwować naszą grę.
-Jak ty to robisz…?- Zapytał zdumiony Vincent, gdy drugi raz z rzędu ze mną przegrał.
-Po prostu trafiłeś na lepszego przeciwnika- oznajmiłam spokojnie.
Dowiem się; co planujesz i jak bardzo jesteś zamieszany w sprawy Stowarzyszenia; Vincent
Przejrzę cię na wylot, by sprawdzić; czy mogę ci ufać.. Spokojnie: sprawdzę też, co zamierzasz wobec Tori…
-Po prostu trafiłeś na lepszego przeciwnika- oznajmiłam spokojnie.
Dowiem się; co planujesz i jak bardzo jesteś zamieszany w sprawy Stowarzyszenia; Vincent
Przejrzę cię na wylot, by sprawdzić; czy mogę ci ufać.. Spokojnie: sprawdzę też, co zamierzasz wobec Tori…
Lekcja wychowawcza, ostatnia w tym dniu..
Collins była dziś wyjątkowo wkurzona; bo większość uczniów próbowała się wymigać od przedstawienia na święto założycieli miasta lub kompletnie nie okazywała z tego powodu zainteresowania.
-Raven, może ty uratujesz honor klasy?- Zapytała niechętnie.
-Kogo miałabym niby zagrać? Upiora; czy trupa?- Spytałam niewinnie; a klasa wybuchła śmiechem.
-Mogłabyś łaskawie spoważnieć; Raven- warknęła ze złością.
-Przepraszam; pani profesor. Jakie są role?- Rzuciłam potulnie.
Tori kopnęła mnie mocno w kostkę; mówiąc tym samym: zwariowałaś; Raven, co ty planujesz(?)
-Duch społeczności; szlachcianka; karczmarka; panna młoda..- zaczęła wyliczać nauczycielka.
Z sykiem oddałam kopniaka Tori:
Patrz; pannę młodą też mają.
-A coś dla facetów..?- Jęknął zbolałym głosem Michael.
-Dla was mamy anioła; księdza; pana młodego i rycerza..- Zauważyła Collins.- Reszta ról jest już obsadzona; niestety. Na anioła nadawałby się chyba najbardziej Tyler…- powiedziała zamyślona, przyglądając mu się.
-Nie wiem; jak wy, ale ja wchodzę w to zanim sama wyznaczy mi rolę- zauważył Paul.
-Ciekawe kogo zagrasz w tym roku; Tanner- zwróciła się doń z ironią Collins.
-Byle, bym nie wylosował księdza. Reszta mi obojętna- oznajmił Paul uprzejmie.
Wylosowałam ducha społeczności; Michael anioła; Tori (o nieszczęście!) wylosowała rolę karczmarki; Paul (ku swojej uciesze) dostał pana młodego; natomiast Vincentowi dostało się sławne „drugie przekleństwo licealistów”: rycerz.
-Wobec tego zostały nam: panna młoda; szlachcianka i ksiądz- zauważyła Collins; odkładając na biurko kulę; z której losowaliśmy i wzięła dla nas arkusze ze scenariuszem tegorocznej części artystycznej. Rozdała je nam; a na swoim dopisała nasze imiona do odpowiednich ról.- Zostaniecie na próbie; mam nadzieję- zauważyła.
-I tak nie mam nic lepszego do roboty- odparła Tori pokazując mi znakiem; że ‚jestem już martwa’ Zbytnio się tym nie przejęłam odpowiadając na migi: ‚zabijesz mnie po szkole’
-Pan Morgan powiedział mi dziś; że wasza dwójka świetnie gra w szachy: Raven; Rodriguez- zagadnęła Collins z zaciekawieniem.
-Jaki to ma związek z przedstawieniem?- Spytał z wahaniem Vincent.
-O; nie…- jęknęłam czytając scenariusz; w którym napisano:
„Duch społeczności gra z rycerzem w szachy o pomyślność dla miasta”
-Za jakie grzechy…?- Zawtórował mi Vincent.
Collins była dziś wyjątkowo wkurzona; bo większość uczniów próbowała się wymigać od przedstawienia na święto założycieli miasta lub kompletnie nie okazywała z tego powodu zainteresowania.
-Raven, może ty uratujesz honor klasy?- Zapytała niechętnie.
-Kogo miałabym niby zagrać? Upiora; czy trupa?- Spytałam niewinnie; a klasa wybuchła śmiechem.
-Mogłabyś łaskawie spoważnieć; Raven- warknęła ze złością.
-Przepraszam; pani profesor. Jakie są role?- Rzuciłam potulnie.
Tori kopnęła mnie mocno w kostkę; mówiąc tym samym: zwariowałaś; Raven, co ty planujesz(?)
-Duch społeczności; szlachcianka; karczmarka; panna młoda..- zaczęła wyliczać nauczycielka.
Z sykiem oddałam kopniaka Tori:
Patrz; pannę młodą też mają.
-A coś dla facetów..?- Jęknął zbolałym głosem Michael.
-Dla was mamy anioła; księdza; pana młodego i rycerza..- Zauważyła Collins.- Reszta ról jest już obsadzona; niestety. Na anioła nadawałby się chyba najbardziej Tyler…- powiedziała zamyślona, przyglądając mu się.
-Nie wiem; jak wy, ale ja wchodzę w to zanim sama wyznaczy mi rolę- zauważył Paul.
-Ciekawe kogo zagrasz w tym roku; Tanner- zwróciła się doń z ironią Collins.
-Byle, bym nie wylosował księdza. Reszta mi obojętna- oznajmił Paul uprzejmie.
Wylosowałam ducha społeczności; Michael anioła; Tori (o nieszczęście!) wylosowała rolę karczmarki; Paul (ku swojej uciesze) dostał pana młodego; natomiast Vincentowi dostało się sławne „drugie przekleństwo licealistów”: rycerz.
-Wobec tego zostały nam: panna młoda; szlachcianka i ksiądz- zauważyła Collins; odkładając na biurko kulę; z której losowaliśmy i wzięła dla nas arkusze ze scenariuszem tegorocznej części artystycznej. Rozdała je nam; a na swoim dopisała nasze imiona do odpowiednich ról.- Zostaniecie na próbie; mam nadzieję- zauważyła.
-I tak nie mam nic lepszego do roboty- odparła Tori pokazując mi znakiem; że ‚jestem już martwa’ Zbytnio się tym nie przejęłam odpowiadając na migi: ‚zabijesz mnie po szkole’
-Pan Morgan powiedział mi dziś; że wasza dwójka świetnie gra w szachy: Raven; Rodriguez- zagadnęła Collins z zaciekawieniem.
-Jaki to ma związek z przedstawieniem?- Spytał z wahaniem Vincent.
-O; nie…- jęknęłam czytając scenariusz; w którym napisano:
„Duch społeczności gra z rycerzem w szachy o pomyślność dla miasta”
-Za jakie grzechy…?- Zawtórował mi Vincent.
-Ale zbieranina- mruknęłam; widząc pracujących przy odsuwaniu ławek ludzi.
Profesor Vitto; gdy klasę uprzątnięto z przeszkadzających nam przedmiotów zaklaskała w dłonie uciszając hałas. Collins stała oparta o ścianę; przeglądając w skupieniu scenariusz i rozmawiając z trójką uczniów.
Byłam z Vincentem w połowie trzeciej partii szachów.
-Callisto Anabelle Raven; herbu Kruk…- rzucił ironiczny głos tuż za mną.
Drgnęłam, a figura; na której opierałam palce wywróciła się. Vincent spojrzał zaskoczony na bliznę na twarzy czarnowłosego chłopaka za mną.
-Jacob Thomas Horse; herbu „stara ulicznica”; Podkowa: (wybacz mi ten nietakt): witam w skromnych progach naszej szkoły; podła gnido..- ostatnie dwa słowa wysyczałam nieco ciszej.
-Śmiesz mnie obrażać, ty mała pijawo?- Nie musiałam na niego patrzeć; by wiedzieć, że uśmiecha się parszywie.
-Zamknij twarz; jesli nie chcesz by następną rzeczą, jaką z niej wylecą; były twoje zęby- odwarknął Michael chłodno; stając tuż przed nim.
-Synalek Armanda: Michael James Tyler; herbu Płomień. Jak się miewa twój starszy brat?- Zapytał niewinnie Jacob.
-Od trzech i pół roku niezmiennie martwy. Uważaj; aby nie przyszedł cię w nocy odwiedzić; ścierwo- odpowiedział spokojnie na zaczepkę Michael.
-Co się dzieje, młodzieży?- Vitto stanęła przy nas; widząc piorunujących się wzrokiem Michaela i Jacoba.
-Nic; pani profesor. Wymieniamy uprzejmości ze starym znajomym- odpowiedział przymilnie Jacob.
-Zobaczysz moją uprzejmość; niech tylko opuścimy teren szkoły- zasyczał cicho; lecz z groźbą Michael.
-Mógłby pan powtórzyć; panie Tyler?- Zapytała z naganą Vitto.
-Mówiłem tylko; że chętnie odnowiłbym starą znajomość z kolegą. Po szkole- odparł uprzejmie Michael z tym lodowatym uśmiechem przyklejonym do ust.
-Zobaczymy; czy nie uciekniesz wypłakać się w ramię tatusia- zakpił Jacob ignorując nauczycielkę.
-Jeśli obaj zaraz się nie uciszycie; wyślę was do dyrektora- upomniała Collins; widząc zdziwiony wyraz twarzy Vitto.
-W porządku; pani profesor. Nie mam o czym rozmawiać z tym śmieciem- oznajmił obojętnie Michael; odwracając się do Paula.
Sekundę później uniknął ciosu od wściekłego Jacoba. Zerwałam się z krzesła i pochwyciłam rękę Horse’a; wykręcając ją w tył.
-Nadal jesteś o połowę wolniejszy- zakpiłam, widząc zdumione miny Vitto i Collins.- Byłeś i pozostaniesz ofermą; Horse.. Zjeżdżaj stąd i nie psuj innym dobrej zabawy- odepchnęłam go od siebie.
-Lepiej; żebyś na siebie uważała; Raven. Pozycja w Radzie to jeszcze nie wszystko- oznajmił zimno.- Rezygnuję z roli; pani profesor- zwrócił się do Collins; wychodząc.
-Co to za huligan; Raven..?- Zapytała Vitto ze zdziwieniem.
-O jakiej Radzie on bredził?- Zdumiała się Collins.
-Odbiło mu po śmierci matki; kiedyś był inny; pani Vitto- westchnęłam ciężko.- A mówił o Stowarzyszeniu; do którego należymy; chyba traktuje to głupstwo poważnie- odparłam lekceważącym tonem; mrugając porozumiewawczo do Michaela.
-Więc musimy poszukać nowego „księdza”. Znowu- westchnęła Vitto.
···
-To był ciężki dzień; nie?- Rzuciła Tori; gdy wyszliśmy z budynku szkoły.
-Ciężki to mało powiedziane: Raven sześć razy ograła mnie w szachy- jęknął Vincent.
-Boi się; że spadnie mu reputacja, Callisto- zachichotał Paul.
-Ja bardziej bałabym się teraz o zdrowie Horse’a- zauważyłam widząc wstającego z ławki chłopaka; w którego wpatrywał się Michael zaciskając zęby.
-Wreszcie zdecydowałeś się wyjść z tej nory; Płomień- oznajmił chłodno Jacob.
-Wybacz; że musiałeś czekać, „Stara Ulicznico”- odparł Michael; podając mi swój plecak; rzucił:
-Sam to załatwię. Nie wtrącajcie się- oznajmił idąc w stronę Jacoba.
-Michael; odpuść- zaczęłam z prośbą; przytrzymałam go za ramię.
-Nie ma mowy; żebym odpuścił tej szmacie do podłogi- odparł chłodno.
-Chcesz mieć kolejny powód do kłótni z ojcem..?- Zapytałam ostrożnie.- Albo, co gorsze: wylecieć ze szkoły..?
-Nie kłopocz tym swojej mądrej głowy; Callisto- rzucił całując mnie lekko. Ruszył do Jacoba.
-Zamierzacie tak stać i się przyglądać..?- Zapytałam ze złością Vincenta i Paula.
-Nie pozwolił się wtrącać- Zaczął niepewnie Paul.
-To jego sprawa. Szanuję i nawet się nie wtykam- oznajmił Rodriguez.- Zresztą Tyler nie potrzebuje naszej pomocy: sam go rozwali. Poza tym; jakby nie było: jesteśmy już poza terenem szkoły- wzruszył ramionami.
-Jesteście obaj skończonymi debilami- burknęłam obrażona; patrząc na nich spode łba.
Profesor Vitto; gdy klasę uprzątnięto z przeszkadzających nam przedmiotów zaklaskała w dłonie uciszając hałas. Collins stała oparta o ścianę; przeglądając w skupieniu scenariusz i rozmawiając z trójką uczniów.
Byłam z Vincentem w połowie trzeciej partii szachów.
-Callisto Anabelle Raven; herbu Kruk…- rzucił ironiczny głos tuż za mną.
Drgnęłam, a figura; na której opierałam palce wywróciła się. Vincent spojrzał zaskoczony na bliznę na twarzy czarnowłosego chłopaka za mną.
-Jacob Thomas Horse; herbu „stara ulicznica”; Podkowa: (wybacz mi ten nietakt): witam w skromnych progach naszej szkoły; podła gnido..- ostatnie dwa słowa wysyczałam nieco ciszej.
-Śmiesz mnie obrażać, ty mała pijawo?- Nie musiałam na niego patrzeć; by wiedzieć, że uśmiecha się parszywie.
-Zamknij twarz; jesli nie chcesz by następną rzeczą, jaką z niej wylecą; były twoje zęby- odwarknął Michael chłodno; stając tuż przed nim.
-Synalek Armanda: Michael James Tyler; herbu Płomień. Jak się miewa twój starszy brat?- Zapytał niewinnie Jacob.
-Od trzech i pół roku niezmiennie martwy. Uważaj; aby nie przyszedł cię w nocy odwiedzić; ścierwo- odpowiedział spokojnie na zaczepkę Michael.
-Co się dzieje, młodzieży?- Vitto stanęła przy nas; widząc piorunujących się wzrokiem Michaela i Jacoba.
-Nic; pani profesor. Wymieniamy uprzejmości ze starym znajomym- odpowiedział przymilnie Jacob.
-Zobaczysz moją uprzejmość; niech tylko opuścimy teren szkoły- zasyczał cicho; lecz z groźbą Michael.
-Mógłby pan powtórzyć; panie Tyler?- Zapytała z naganą Vitto.
-Mówiłem tylko; że chętnie odnowiłbym starą znajomość z kolegą. Po szkole- odparł uprzejmie Michael z tym lodowatym uśmiechem przyklejonym do ust.
-Zobaczymy; czy nie uciekniesz wypłakać się w ramię tatusia- zakpił Jacob ignorując nauczycielkę.
-Jeśli obaj zaraz się nie uciszycie; wyślę was do dyrektora- upomniała Collins; widząc zdziwiony wyraz twarzy Vitto.
-W porządku; pani profesor. Nie mam o czym rozmawiać z tym śmieciem- oznajmił obojętnie Michael; odwracając się do Paula.
Sekundę później uniknął ciosu od wściekłego Jacoba. Zerwałam się z krzesła i pochwyciłam rękę Horse’a; wykręcając ją w tył.
-Nadal jesteś o połowę wolniejszy- zakpiłam, widząc zdumione miny Vitto i Collins.- Byłeś i pozostaniesz ofermą; Horse.. Zjeżdżaj stąd i nie psuj innym dobrej zabawy- odepchnęłam go od siebie.
-Lepiej; żebyś na siebie uważała; Raven. Pozycja w Radzie to jeszcze nie wszystko- oznajmił zimno.- Rezygnuję z roli; pani profesor- zwrócił się do Collins; wychodząc.
-Co to za huligan; Raven..?- Zapytała Vitto ze zdziwieniem.
-O jakiej Radzie on bredził?- Zdumiała się Collins.
-Odbiło mu po śmierci matki; kiedyś był inny; pani Vitto- westchnęłam ciężko.- A mówił o Stowarzyszeniu; do którego należymy; chyba traktuje to głupstwo poważnie- odparłam lekceważącym tonem; mrugając porozumiewawczo do Michaela.
-Więc musimy poszukać nowego „księdza”. Znowu- westchnęła Vitto.
···
-To był ciężki dzień; nie?- Rzuciła Tori; gdy wyszliśmy z budynku szkoły.
-Ciężki to mało powiedziane: Raven sześć razy ograła mnie w szachy- jęknął Vincent.
-Boi się; że spadnie mu reputacja, Callisto- zachichotał Paul.
-Ja bardziej bałabym się teraz o zdrowie Horse’a- zauważyłam widząc wstającego z ławki chłopaka; w którego wpatrywał się Michael zaciskając zęby.
-Wreszcie zdecydowałeś się wyjść z tej nory; Płomień- oznajmił chłodno Jacob.
-Wybacz; że musiałeś czekać, „Stara Ulicznico”- odparł Michael; podając mi swój plecak; rzucił:
-Sam to załatwię. Nie wtrącajcie się- oznajmił idąc w stronę Jacoba.
-Michael; odpuść- zaczęłam z prośbą; przytrzymałam go za ramię.
-Nie ma mowy; żebym odpuścił tej szmacie do podłogi- odparł chłodno.
-Chcesz mieć kolejny powód do kłótni z ojcem..?- Zapytałam ostrożnie.- Albo, co gorsze: wylecieć ze szkoły..?
-Nie kłopocz tym swojej mądrej głowy; Callisto- rzucił całując mnie lekko. Ruszył do Jacoba.
-Zamierzacie tak stać i się przyglądać..?- Zapytałam ze złością Vincenta i Paula.
-Nie pozwolił się wtrącać- Zaczął niepewnie Paul.
-To jego sprawa. Szanuję i nawet się nie wtykam- oznajmił Rodriguez.- Zresztą Tyler nie potrzebuje naszej pomocy: sam go rozwali. Poza tym; jakby nie było: jesteśmy już poza terenem szkoły- wzruszył ramionami.
-Jesteście obaj skończonymi debilami- burknęłam obrażona; patrząc na nich spode łba.
Michael wrócił do nas dziesięć minut później. Na szczęście obyło się bez bójki. Jednak przeczuwałam; że i tak będą się bić: jeśli nie na pięści, to w inny sposób.
-Myślałem; że sobie coś ciekawego obejrzymy; a tu taka wielka lipa..- zauważył Paul; odpalając silnik Mazdy.
-Czyżbyś się go wystraszył; Michael?- Zapytał uszczypliwie Vincent.
-Nie; po prostu nie chcę tracić energii i czasu na takiego przygłupa- odparł spokojnie Michael.
-Jak to? Czyli z ustawki nici?- Dopytywał się Paul.
Michael pokazał Paulowi i Vincentowi jeden z kilku ich znaków; które stosowali; żebyśmy nie wiedziały o ich męskich tajemnicach.
Czułam kolejne kłopoty.
-Myślałem; że sobie coś ciekawego obejrzymy; a tu taka wielka lipa..- zauważył Paul; odpalając silnik Mazdy.
-Czyżbyś się go wystraszył; Michael?- Zapytał uszczypliwie Vincent.
-Nie; po prostu nie chcę tracić energii i czasu na takiego przygłupa- odparł spokojnie Michael.
-Jak to? Czyli z ustawki nici?- Dopytywał się Paul.
Michael pokazał Paulowi i Vincentowi jeden z kilku ich znaków; które stosowali; żebyśmy nie wiedziały o ich męskich tajemnicach.
Czułam kolejne kłopoty.
¥¥¥¥¥¥¥¥¥¥¥¥
Popołudnie spędzaliśmy dziś osobno. Ja i Tori wysiadłyśmy u mnie; a Michael z chłopakami pojechali do Paula pograć w nową strzelankę. Podejrzewałam; że to tylko pretekst do planowanej „ustawki” z Horse’em; ale zamierzałam udawać; że nic o tym nie wiem.
-Naprawdę myślisz; że Michael odpuścił sobie Horse’a?- Spytała Tori.
-A ty?- Odparłam powątpiewająco.
-Ani trochę- oznajmiła z przekonaniem.
-To tak; jak i ja- potaknęłam; gdy coś wpadło na mnie z impetem.- Clarissa, na miłość boską; co ci się stało…??- Zdumiałam się patrząc na jej podbite oko i kilka zadrapań.
-Jason mnie pobił; ale musiałabyś go teraz widzieć; Cally- oświadczyła z dumą.
-Jezu Chryste… Co tu się stało; na Anioła??- Jęknął załamany Luca Raven przyglądając się swojej córce.- Dzień dobry; Tori- przywitał moją przyjaciółkę.
-Dzień dobry, panie Raven..
-Twoje dzieci chyba znowu mają za dużo energii- zauważyła ciotka Sussan zbolałym głosem; wychodząc z kuchni z chusteczką lodu przy oku.
-Nie zapominaj; że to także twoje dzieci- odparł z uśmiechem na zaczepkę mój ojciec chrzestny.- Boże; tobie też coś się stało…?- Zapytał podchodząc.
-Przejechałam się na jednym z samochodzików; które twój syn wszędzie rozwala i zapierniczyłam… We framugę drzwi- syknęła boleśnie; gdy odsunął lód; by obejrzeć siniec.
-Tu jesteś; ty łamago…- burknął zły Jason na siostrę; biegnąc po schodach.
-Następna ofiara wojny domowej przylazła- jęknął wujek Luca zniecierpliwiony; wyciągając z ręki syna drewniany flet; prawdopodobnie przyczynę siniaków Clarissy.- Oboje marsz do salonu i kara na pewno was nie minie- oznajmił surowo. Zauważyłam, że dłoń miał owiniętą jakimś kawałkiem materiału.- Jeśli się dowiem; które z was wymyśliło ten numer w garażu; kara będzie dwumiesięczna- oznajmił zaganiając dzieci do salonu; a wraz z żoną (albo jeszcze-żoną) poszedł do kuchni.
-Trochę mnie tu nie było; a już dom jest wywrócony do góry nogami- westchnęłam ciężko prowadząc Tori na górę.- Obraz nędzy i rozpaczy..- pchnęłam drzwi mojego pokoju.
-Dzieci mają czasem głupie pomysły; żeby spróbować sprowadzić rodziców na rozsądną ich zdaniem drogę..- odparła Tori z westchnieniem.- Byłam taka sama; gdy moi rodzice mieli się rozwieść. Też próbowałam na siłę wszystko naprawiać; bo tutaj ewidentnie na to wygląda..
-Pewnie masz rację…- westchnęłam cicho.- Wybrałaś już suknię?- Zmieniłam szybko temat.
Tori machnęła ręką zrezygnowana; padając na moje łóżko z rozpędu.
-Nie mam pojęcia na co się zdecydować…- odparła wyciągając z torby katalog.- One wszystkie są cudowne… Tylko; że ja znowu jestem piekielnie niska- zaczęła narzekać.
-Nie zrzędź. Gdybym mogła chętnie oddałabym ci parę centymetrów wzrostu; bo mnie w zupełności starczyłoby to twoje metr sześćdziesiąt..- szturchnęłam ją ze śmiechem.
-Taa; śmiej się śmiej- burknęła odrobinę zła.- Nie jesteś za wysoka; ani za niska..
-Metr siedemdziesiąt dwa to nie jest za wysoka miara?- Jęknęłam słabo.- Jestem tylko trochę niższa od Michaela…
-Jakieś sześć centymetrów. Ja przy Vincencie wyglądam jak krasnoludek- burknęła niezadowolona
-Ciesz się; że Vincent już więcej nie urośnie- rzuciłam parskając śmiechem.- Naprawdę masz powody by narzekać..- jęknęłam przeglądając katalog.
Zapadła chwila milczenia.
-Wiesz; co…?- Zapytała niepewnie.
-Aha?- Zachęciłam ją; by mówiła dalej.
-Wydaję mi się; że Vincent za bardzo się spieszy z tym wszystkim…- zauważyła powoli, z namysłem.- Martwię się, bo mam takie… Mam wrażenie; jakby chciał odwrócić od czegoś moją uwagę- zwierzyła mi się nagle.
-A ty?- Odparłam powątpiewająco.
-Ani trochę- oznajmiła z przekonaniem.
-To tak; jak i ja- potaknęłam; gdy coś wpadło na mnie z impetem.- Clarissa, na miłość boską; co ci się stało…??- Zdumiałam się patrząc na jej podbite oko i kilka zadrapań.
-Jason mnie pobił; ale musiałabyś go teraz widzieć; Cally- oświadczyła z dumą.
-Jezu Chryste… Co tu się stało; na Anioła??- Jęknął załamany Luca Raven przyglądając się swojej córce.- Dzień dobry; Tori- przywitał moją przyjaciółkę.
-Dzień dobry, panie Raven..
-Twoje dzieci chyba znowu mają za dużo energii- zauważyła ciotka Sussan zbolałym głosem; wychodząc z kuchni z chusteczką lodu przy oku.
-Nie zapominaj; że to także twoje dzieci- odparł z uśmiechem na zaczepkę mój ojciec chrzestny.- Boże; tobie też coś się stało…?- Zapytał podchodząc.
-Przejechałam się na jednym z samochodzików; które twój syn wszędzie rozwala i zapierniczyłam… We framugę drzwi- syknęła boleśnie; gdy odsunął lód; by obejrzeć siniec.
-Tu jesteś; ty łamago…- burknął zły Jason na siostrę; biegnąc po schodach.
-Następna ofiara wojny domowej przylazła- jęknął wujek Luca zniecierpliwiony; wyciągając z ręki syna drewniany flet; prawdopodobnie przyczynę siniaków Clarissy.- Oboje marsz do salonu i kara na pewno was nie minie- oznajmił surowo. Zauważyłam, że dłoń miał owiniętą jakimś kawałkiem materiału.- Jeśli się dowiem; które z was wymyśliło ten numer w garażu; kara będzie dwumiesięczna- oznajmił zaganiając dzieci do salonu; a wraz z żoną (albo jeszcze-żoną) poszedł do kuchni.
-Trochę mnie tu nie było; a już dom jest wywrócony do góry nogami- westchnęłam ciężko prowadząc Tori na górę.- Obraz nędzy i rozpaczy..- pchnęłam drzwi mojego pokoju.
-Dzieci mają czasem głupie pomysły; żeby spróbować sprowadzić rodziców na rozsądną ich zdaniem drogę..- odparła Tori z westchnieniem.- Byłam taka sama; gdy moi rodzice mieli się rozwieść. Też próbowałam na siłę wszystko naprawiać; bo tutaj ewidentnie na to wygląda..
-Pewnie masz rację…- westchnęłam cicho.- Wybrałaś już suknię?- Zmieniłam szybko temat.
Tori machnęła ręką zrezygnowana; padając na moje łóżko z rozpędu.
-Nie mam pojęcia na co się zdecydować…- odparła wyciągając z torby katalog.- One wszystkie są cudowne… Tylko; że ja znowu jestem piekielnie niska- zaczęła narzekać.
-Nie zrzędź. Gdybym mogła chętnie oddałabym ci parę centymetrów wzrostu; bo mnie w zupełności starczyłoby to twoje metr sześćdziesiąt..- szturchnęłam ją ze śmiechem.
-Taa; śmiej się śmiej- burknęła odrobinę zła.- Nie jesteś za wysoka; ani za niska..
-Metr siedemdziesiąt dwa to nie jest za wysoka miara?- Jęknęłam słabo.- Jestem tylko trochę niższa od Michaela…
-Jakieś sześć centymetrów. Ja przy Vincencie wyglądam jak krasnoludek- burknęła niezadowolona
-Ciesz się; że Vincent już więcej nie urośnie- rzuciłam parskając śmiechem.- Naprawdę masz powody by narzekać..- jęknęłam przeglądając katalog.
Zapadła chwila milczenia.
-Wiesz; co…?- Zapytała niepewnie.
-Aha?- Zachęciłam ją; by mówiła dalej.
-Wydaję mi się; że Vincent za bardzo się spieszy z tym wszystkim…- zauważyła powoli, z namysłem.- Martwię się, bo mam takie… Mam wrażenie; jakby chciał odwrócić od czegoś moją uwagę- zwierzyła mi się nagle.
-Lepiej; żebyście nie wciągali jej w sprawy Stowarzyszenia i nie mieszali jej w głowie. Dość już przeszła- Powiedział zimno Vincent Rodriguez.- Ostatni raz wam pomagam i się rozstajemy; panie Angello.- Kroki Vincenta przy drzwiach.
-Co chcesz powiedzieć przez: „odwrócić od czegoś moją uwagę”?- Spytałam powoli; nie dając po sobie poznać, że wiem o co jej chodzi.
-Jakby… No nie wiem..- Tori zastanowiła się nagle.- Jakby wycofywał się z jakiegoś trefnego interesu; zanim zaliczy wpadkę..
Jesteś blisko; ale nie zbyt blisko; Tori.
-Callisto; jeśli coś wiesz, albo słyszałaś… (no nie mam pojęcia!) …powinnaś mi powiedzieć; proszę… Ja cholernie się o niego martwię…- posłała mi blagalne spojrzenie.
-Gdybym coś wiedziała, dowiesz się o tym pierwsza; Tori..- skłamałam z wyjątkowym spokojem; obejmując przyjaciółkę.
-Jakby… No nie wiem..- Tori zastanowiła się nagle.- Jakby wycofywał się z jakiegoś trefnego interesu; zanim zaliczy wpadkę..
Jesteś blisko; ale nie zbyt blisko; Tori.
-Callisto; jeśli coś wiesz, albo słyszałaś… (no nie mam pojęcia!) …powinnaś mi powiedzieć; proszę… Ja cholernie się o niego martwię…- posłała mi blagalne spojrzenie.
-Gdybym coś wiedziała, dowiesz się o tym pierwsza; Tori..- skłamałam z wyjątkowym spokojem; obejmując przyjaciółkę.
Jednak nic się nie zmieniłaś;
Nadal kłamiesz bez mrugnięcia okiem; Cally
Och; przymknij się: wampirze
Długo zamierzasz być tak samo bezdusznym łowcą wampirów; jak twój ojciec?
Zamilcz; przeklęta pijawo…
Przecież kochasz Tori; jak siostrę.. Czy wobec rodziny też potrafisz tak perfekcyjnie łgać; Callisto Anabelle…?
Stul jadaczkę; nudzisz mnie…
Nadal kłamiesz bez mrugnięcia okiem; Cally
Och; przymknij się: wampirze
Długo zamierzasz być tak samo bezdusznym łowcą wampirów; jak twój ojciec?
Zamilcz; przeklęta pijawo…
Przecież kochasz Tori; jak siostrę.. Czy wobec rodziny też potrafisz tak perfekcyjnie łgać; Callisto Anabelle…?
Stul jadaczkę; nudzisz mnie…
-Dzięki… Wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć- powiedziała z wdzięcznością.
-Dla przyjaciół to drobiazg- odparłam, nadal maskując kłamstwo promiennym uśmiechem.- Zresztą wiesz; że faceci inaczej pokazują, że się z czegoś cieszą- zauważyłam lekko.
-Może i masz rację; a ja jestem tylko przewrażliwiona..- westchnęła.
***
Tori wyszła koło siódmej; podjechał po nią Paul. Michael został u siebie; bo miał pomóc w czymś ojcu. Zatem zostały mi lekcje; książki lub jakiś film.
Czytałam akurat jakąś książkę; siedząc w fotelu w kącie pokoju; gdy usłyszałam z kuchni piski Clarissy; opatrywanej przez wujka. W pobliżu na stoliku leżała szachownica z ułożonymi na niej pionkami. Czarne figury- my wykonaliśmy już swój ruch.
Angello królem; Rada królową; hetmanem ja; reszta figur to inni łowcy gotowi zginąć w imieniu Stowarzyszenia.
Czas na jego ruch; kimkolwiek jest ten; który przesuwa białe figury po polu…
Czy na pewno to Rada Wampirów jest tu królem; a Ona królową…?- Muszę to dokładnie przemyśleć…
-Dla przyjaciół to drobiazg- odparłam, nadal maskując kłamstwo promiennym uśmiechem.- Zresztą wiesz; że faceci inaczej pokazują, że się z czegoś cieszą- zauważyłam lekko.
-Może i masz rację; a ja jestem tylko przewrażliwiona..- westchnęła.
***
Tori wyszła koło siódmej; podjechał po nią Paul. Michael został u siebie; bo miał pomóc w czymś ojcu. Zatem zostały mi lekcje; książki lub jakiś film.
Czytałam akurat jakąś książkę; siedząc w fotelu w kącie pokoju; gdy usłyszałam z kuchni piski Clarissy; opatrywanej przez wujka. W pobliżu na stoliku leżała szachownica z ułożonymi na niej pionkami. Czarne figury- my wykonaliśmy już swój ruch.
Angello królem; Rada królową; hetmanem ja; reszta figur to inni łowcy gotowi zginąć w imieniu Stowarzyszenia.
Czas na jego ruch; kimkolwiek jest ten; który przesuwa białe figury po polu…
Czy na pewno to Rada Wampirów jest tu królem; a Ona królową…?- Muszę to dokładnie przemyśleć…
***
Luca Raven siedział przy stoliku i przeglądał jakieś dokumenty.
-To prawda; że zamierzasz grać według jej reguł?- Zapytał patrząc na mnie znad segregatora.
-Jeśli od tego zależy spokój miasta to tak; zamierzam- odparłam nadal z nosem w książce.
-Co; jeśli naprawdę (tak; jak podejrzewa Angello) jesteś w niebezpieczeństwie?- Zapytał ostrożnie.
Powoli odłożyłam książkę na podłokietnik fotela i spojrzałam nań kocim wzrokiem.
-Myślisz; że bez karty przetargowej ta gra ma jakiś sens?- Odpowiedziałam pytaniem.
-I mam rozumieć; że tą „kartą” jesteś ty?- Spytał retorycznie. Westchnął ciężko.- Nie udawaj bohaterki, bo za dużo tym ryzykujesz; Callisto Anabelle.. Powinnaś się z tego wycofać; póki nie jest za późno- powiedział z troską.
-Tu nie chodzi o granie bohaterki; wujku- oznajmiłam cicho i spokojnie.- Chcę po prostu dowiedzieć się prawdy o tamtej nocy i…
-Nie możesz zostawić tego w spokoju i żyć dalej?- Zapytał niechętnie.
-Jak? Powiedz mi; jak mogę się tym nie przejmować, skoro mój ojciec- nie wiadomo jakim cudem- przeżył… Dlaczego nie dawał znaku życia i po co zaaranżował własny pogrzeb?- Zapytałam z naciskiem.- Czemu się ukrywał? Nawet nie wiesz; w ogóle nie pytasz: co przeżywałam; kiedy zobaczyłam go żywego na oczy..
-Dla mnie to też był szok. Spotkać własnego brata żywego to… To okropne przeżycie; Callisto- odpowiedział cicho. Przerwał na moment.- Gdybym wiedział o tym wszystkim… Właściwie… Sam nie wiem; jakbym się zachował- dodał niepewnie.- To nie oznacza jednak; że musisz podejmować ryzyko; od którego może zależeć twoje życie; Callisto- powiedział cierpliwie.
-A ty…? Ty możesz ryzykować życie swojej rodziny? Możesz bawić się uczuciami dzieciaków? Zdajesz sobie sprawę, że one boją się; że… Że przestaniesz je kochać po rozwodzie z żoną?- Wybuchnęłam zła.
-Nie przestanę. Dobrze wiesz; że żaden rodzic nie przestaje od tak kochać własnych dzieci- odparł z naciskiem; próbując nie pokazać po sobie niezadowolenia z tego, że wtrącam się w jego życie.
-Ja to rozumiem; ale oni są jeszcze za mali, by zrozumieć sprawy dorosłych; wujku- odparłam wstając. Usiadłam przy stoliku i wzięłam jego prawą dłoń w swoje.- Może i nie lubię ciotki; ale… Może powinniście z tym poczekać; póki Clarissa i Jason trochę nie podrosną..- powiedziałam ważąc słowa.
Piwnooki patrząc w okno milczał. Pewnie zaczął się wreszcie zastanawiać nad tym; czy ta decyzja jest rzeczywiście właściwa. Rozmawiając; odruchowo zaczęliśmy grać w szachy.
-Może masz trochę racji…- odezwał się po długiej ciszy. Kątem oka dostrzegłam znikającą w szparze drzwi postać ciotki. Clarissa zagoniona przez matkę poczłapała w puchatych kapciach-króliczkach do kuchni.
-Może masz rację; że powinienem to na spokojnie przemyśleć.. Oboje powinniśmy..- westchnął ze zmęczeniem; przesuwając skoczka po polach planszy.
-Wreszcie powiedziałeś coś mądrego; wujku- uśmiechnęłam się bijąc kolejne dwie figury.
-Powinnaś bardziej cenić swoje życie; Callisto- odezwał się pełen cierpliwości.- Twoja matka na pewno nie chciałaby; żebyś tak postępowała.. Jesteś…
-Uparta; jak mój ojciec: to chciałeś powiedzieć?- Spytałam patrząc nań spod oka.
-Szczerze mówiąc: tak właśnie chciałem powiedzieć. Szach-mat; bratanico; kolacja już pewnie gotowa- rzucił wstając.
Moja gra dopiero się rozpoczęła; wujku…
Vincent Rodriguez; kapitan szkolnej drużyny koszykówki; licealista pierwszego roku.
-Po co chciałeś się spotkać; Shian? Nie mam czasu- rzuciłem sucho; wysiadając z czarnego Nissana.
Chłopak z opaską na oku odbił się od ściany rozwalonego budynku i stanął prosto spoglądając na mnie.
-Długo zamierzasz się bawić z tym Angello?- Zapytał równie chłodno; popijając z butelki piwo.
-To nie zależy od ciebie. Rada na razie się przyczaiła i nie spieszy się z rozkazami- oznajmiłem obojętnie.- Muszę czekać aż, z łaski swojej, ruszą dupska; psia mać.. Już powoli mnie to nudzi…- Ziewnałem przeciągając się.- Powolne interesy są zazwyczaj trefne. Jeśli Rada się nie pospieszy; będę musiał się wycofać.
-Nie możesz się wycofać. Jeżeli Corvin się o tym dowie, będziesz trupem; a twoja narzeczona zostanie sama. Co wtedy?- Zakpił.- Zresztą nie ty rozdajesz tu karty, więc lepiej czekaj na swoją kolej.
-Nie interesuj się za bardzo moim życiem; Shian: dobrze ci radzę- zagroziłem zimno.
Shian uśmiechnął się krzywo podrzucając pustą butelkę.
-Ja cię tylko ostrzegam: im bardziej będziesz cierpliwy; tym dłużej twoja siostrzyczka…
-Ty…! Tylko ją tknijcie palcem, a..- Warknąłem dopadając doń.
-Na razie jest bezpieczna; ale jeśli spróbujesz wyciąć jakiś numer…- nieprzyjemny uśmieszek na jego twarzy się poszerzył.
-Jeśli ją tkniesz, zabiję… Zresztą chcę mieć pewność; że Juanita jest cała i zdrowa- zmieniłem ton.
-To prawda; że zamierzasz grać według jej reguł?- Zapytał patrząc na mnie znad segregatora.
-Jeśli od tego zależy spokój miasta to tak; zamierzam- odparłam nadal z nosem w książce.
-Co; jeśli naprawdę (tak; jak podejrzewa Angello) jesteś w niebezpieczeństwie?- Zapytał ostrożnie.
Powoli odłożyłam książkę na podłokietnik fotela i spojrzałam nań kocim wzrokiem.
-Myślisz; że bez karty przetargowej ta gra ma jakiś sens?- Odpowiedziałam pytaniem.
-I mam rozumieć; że tą „kartą” jesteś ty?- Spytał retorycznie. Westchnął ciężko.- Nie udawaj bohaterki, bo za dużo tym ryzykujesz; Callisto Anabelle.. Powinnaś się z tego wycofać; póki nie jest za późno- powiedział z troską.
-Tu nie chodzi o granie bohaterki; wujku- oznajmiłam cicho i spokojnie.- Chcę po prostu dowiedzieć się prawdy o tamtej nocy i…
-Nie możesz zostawić tego w spokoju i żyć dalej?- Zapytał niechętnie.
-Jak? Powiedz mi; jak mogę się tym nie przejmować, skoro mój ojciec- nie wiadomo jakim cudem- przeżył… Dlaczego nie dawał znaku życia i po co zaaranżował własny pogrzeb?- Zapytałam z naciskiem.- Czemu się ukrywał? Nawet nie wiesz; w ogóle nie pytasz: co przeżywałam; kiedy zobaczyłam go żywego na oczy..
-Dla mnie to też był szok. Spotkać własnego brata żywego to… To okropne przeżycie; Callisto- odpowiedział cicho. Przerwał na moment.- Gdybym wiedział o tym wszystkim… Właściwie… Sam nie wiem; jakbym się zachował- dodał niepewnie.- To nie oznacza jednak; że musisz podejmować ryzyko; od którego może zależeć twoje życie; Callisto- powiedział cierpliwie.
-A ty…? Ty możesz ryzykować życie swojej rodziny? Możesz bawić się uczuciami dzieciaków? Zdajesz sobie sprawę, że one boją się; że… Że przestaniesz je kochać po rozwodzie z żoną?- Wybuchnęłam zła.
-Nie przestanę. Dobrze wiesz; że żaden rodzic nie przestaje od tak kochać własnych dzieci- odparł z naciskiem; próbując nie pokazać po sobie niezadowolenia z tego, że wtrącam się w jego życie.
-Ja to rozumiem; ale oni są jeszcze za mali, by zrozumieć sprawy dorosłych; wujku- odparłam wstając. Usiadłam przy stoliku i wzięłam jego prawą dłoń w swoje.- Może i nie lubię ciotki; ale… Może powinniście z tym poczekać; póki Clarissa i Jason trochę nie podrosną..- powiedziałam ważąc słowa.
Piwnooki patrząc w okno milczał. Pewnie zaczął się wreszcie zastanawiać nad tym; czy ta decyzja jest rzeczywiście właściwa. Rozmawiając; odruchowo zaczęliśmy grać w szachy.
-Może masz trochę racji…- odezwał się po długiej ciszy. Kątem oka dostrzegłam znikającą w szparze drzwi postać ciotki. Clarissa zagoniona przez matkę poczłapała w puchatych kapciach-króliczkach do kuchni.
-Może masz rację; że powinienem to na spokojnie przemyśleć.. Oboje powinniśmy..- westchnął ze zmęczeniem; przesuwając skoczka po polach planszy.
-Wreszcie powiedziałeś coś mądrego; wujku- uśmiechnęłam się bijąc kolejne dwie figury.
-Powinnaś bardziej cenić swoje życie; Callisto- odezwał się pełen cierpliwości.- Twoja matka na pewno nie chciałaby; żebyś tak postępowała.. Jesteś…
-Uparta; jak mój ojciec: to chciałeś powiedzieć?- Spytałam patrząc nań spod oka.
-Szczerze mówiąc: tak właśnie chciałem powiedzieć. Szach-mat; bratanico; kolacja już pewnie gotowa- rzucił wstając.
Moja gra dopiero się rozpoczęła; wujku…
Vincent Rodriguez; kapitan szkolnej drużyny koszykówki; licealista pierwszego roku.
-Po co chciałeś się spotkać; Shian? Nie mam czasu- rzuciłem sucho; wysiadając z czarnego Nissana.
Chłopak z opaską na oku odbił się od ściany rozwalonego budynku i stanął prosto spoglądając na mnie.
-Długo zamierzasz się bawić z tym Angello?- Zapytał równie chłodno; popijając z butelki piwo.
-To nie zależy od ciebie. Rada na razie się przyczaiła i nie spieszy się z rozkazami- oznajmiłem obojętnie.- Muszę czekać aż, z łaski swojej, ruszą dupska; psia mać.. Już powoli mnie to nudzi…- Ziewnałem przeciągając się.- Powolne interesy są zazwyczaj trefne. Jeśli Rada się nie pospieszy; będę musiał się wycofać.
-Nie możesz się wycofać. Jeżeli Corvin się o tym dowie, będziesz trupem; a twoja narzeczona zostanie sama. Co wtedy?- Zakpił.- Zresztą nie ty rozdajesz tu karty, więc lepiej czekaj na swoją kolej.
-Nie interesuj się za bardzo moim życiem; Shian: dobrze ci radzę- zagroziłem zimno.
Shian uśmiechnął się krzywo podrzucając pustą butelkę.
-Ja cię tylko ostrzegam: im bardziej będziesz cierpliwy; tym dłużej twoja siostrzyczka…
-Ty…! Tylko ją tknijcie palcem, a..- Warknąłem dopadając doń.
-Na razie jest bezpieczna; ale jeśli spróbujesz wyciąć jakiś numer…- nieprzyjemny uśmieszek na jego twarzy się poszerzył.
-Jeśli ją tkniesz, zabiję… Zresztą chcę mieć pewność; że Juanita jest cała i zdrowa- zmieniłem ton.
Nie mogę ryzykować życia siostry…
Nie zgodziłem się robić za psa; żeby ją teraz stracić…
Nie mogę jej stracić..
Nie zgodziłem się robić za psa; żeby ją teraz stracić…
Nie mogę jej stracić..
Ale, czy to w porządku zdradzać przyjaciół; Caramelo?- Wspomniałem słowa własnego ojca, imieniem Octavio.Nazywał mnie pieszczotliwie Karmelkiem, czego wręcz nienawidziłem.
-Chcę wiedzieć chociaż; że żyje i dobrze ją traktują- powiedziałem prosząco.
Nie byłem tak silny; jak Callisto, czy Michael… Nie potrafiłem ukrywać swoich uczuć i pozwalałem sobą manipulować tak, jak oni tego chcieli.
Wszystko dla mojej ukochanej młodszej siostrzyczki…
Nie byłem tak silny; jak Callisto, czy Michael… Nie potrafiłem ukrywać swoich uczuć i pozwalałem sobą manipulować tak, jak oni tego chcieli.
Wszystko dla mojej ukochanej młodszej siostrzyczki…
Michael Tyler; uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów…
Celowo poszedłem za Rodriguezem. Nie ufałem mu ani trochę; ale…
Słysząc całą tę dziwną rozmowę z Shian’em i wiedząc; że Vincent robi to tylko dla swojej siostry i Tori… Zrobiło mi się lżej na sercu.
Z drugiej strony Rada Wampirów za wszelką cenę chciała pozbyć się Angello; co trochę mnie zaskoczyło.. Co wampiry chcą przez to zyskać? Jaką mieliby korzyść z tego; że Angello zginie?
Nie ten przewodniczący to następny, a do wyboru nowego przewodniczącego władzę nad Stowarzyszeniem objęłaby…
-Callisto…- szepnąłem ze zdumieniem.
Angello musiał wiedzieć, że coś jest na rzeczy; skoro mianował Callisto na swojego zastępcę.
Myślenie wzbiło się na wyższe obroty:
Celowo poszedłem za Rodriguezem. Nie ufałem mu ani trochę; ale…
Słysząc całą tę dziwną rozmowę z Shian’em i wiedząc; że Vincent robi to tylko dla swojej siostry i Tori… Zrobiło mi się lżej na sercu.
Z drugiej strony Rada Wampirów za wszelką cenę chciała pozbyć się Angello; co trochę mnie zaskoczyło.. Co wampiry chcą przez to zyskać? Jaką mieliby korzyść z tego; że Angello zginie?
Nie ten przewodniczący to następny, a do wyboru nowego przewodniczącego władzę nad Stowarzyszeniem objęłaby…
-Callisto…- szepnąłem ze zdumieniem.
Angello musiał wiedzieć, że coś jest na rzeczy; skoro mianował Callisto na swojego zastępcę.
Myślenie wzbiło się na wyższe obroty:
Nie… Niemożliwe…
Rodriguez nie zamierza szkodzić Callisto, jeśli ta nie wejdzie mu w drogę.
Wstałem i ruszyłem w drogę powrotną i wpadłem na Luciana. Szedł paląc papierosa, w dłoni trzymał jakiś czarny stary klucz i patrzył nań w zastanowieniu.
Gdy na siebie wpadliśmy; poczułem że właśnie wpadłem po uszy. Cofnąłem się gwałtownie; ale chwycił mnie szybko za kołnierz płaszcza i w mgnieniu oka oparł mnie o mur.
-Ani słowa; Michael- szepnął bezgłośnie kładąc palec na ustach.
-Z kim ty właściwie trzymasz?- Zapytałem ruchem warg.
Czarne; jak węgiel oczy błysnęły chłodnym błękitem- zamiast klucza w dłoni Luciana zobaczyłem długi i wyglądający na ciężki, piękny miecz.
Tatuaż na jego dłoni się zmienił: tę okropną gwiazdę w kręgu zastąpił napis w jakimś starym języku.
-Ani drgnij- rozkazał nadal samymi wargami i spokojnym krokiem ruszył zza węgła w stronę rozmawiających Shian’a i Vincenta.
-Odnowiłeś przysięgę wobec tej dziewczyny?- Spytał Shian z jadem w głosie.
-Już dawno powinienem zabić was obu; Astaroth- oznajmił Lucian przysuwając czubek ostrza do gardła przyjaciela.
-Nie jesteś w stanie pchnąć miecza; Mika’el.. Jesteśmy braćmi..- Znałem skądś ten przesłodzony ton głosu.- Po co do niej wróciłeś…? Żeby znów cierpieć? Ona kolejny raz cię odtrąci; Mika’el…
-Zamknij się…- warknął ostro Lucian przyciskając czubek ostrza do gardła Shian’a.- Bądź cicho…
-Ona nic do ciebie nie czuje. Chcesz, żeby znów cię wykorzystała i porzuciła..?- ciągnął obłudnym tonem Shian; a Vincent ostrożnie zaczął się cofać, nic z tej sytuacji nie rozumiejąc.
Lucian zadrżał; przez zaciśnięte zęby wydobył się rozkaz:
-Zamknij się!- Powiedział z niespotykaną dotąd siłą.- Nie jesteśmy braćmi; a twoje słowa są tylko kłamstwami. Obrzydliwymi kłamstwami..- odparł, z trudem powstrzymując drżenie ręki trzymającej broń.- Giń; przeklęty demonie- Lucian odsunął rękę z bronią by zadać cios.
Pchnął miecz do ataku; ale wtedy, w ostatniej sekundzie pomiędzy nimi wylądowała dziewczyna nazywana przez nich Doll.
-Gabriel, nie…
Lucian nie był już w stanie wyhamować klingi. Ostrze wbiło się w jej ciało po rękojeść; po głowni spłynęła ciemnoczerwona krew.
-Widzisz; bracie?- Shian uśmiechnął się pogardliwie; patrząc na upadającą w ramiona Luciana Doll.- Nawet śmiertelni nie mogą się oprzeć mojemu urokowi…
Lucian wpatrywał się rozszerzonymi z przerażenia tym, co się właśnie stało, oczami. Runął na kolana z nią w ramionach.
-Nie…- wyjęczał oszołomiony i zrozpaczony trzymając jej twarz w swojej dłoni.- Błagam, nie… Zostań tu ze mną..! Nie odchodź.. Dlaczego..??!!- Jego krzyk bólu poniósł się echem.
Miecz zmieniając się spowrotem w klucz upadł na chodnik; ale Lucian patrzył już tylko w czarne niebo.
Shian rzucił mu ostatnie pogardliwe spojrzenie i odchodząc rzucił:
-Jak można kochać i chronić coś tak słabego i obrzydliwego, jak ludzie… Jak można się przywiązać do czegoś takiego…
Odchodzącego Shian’a przesłoniły jakieś płomienie; gdy się rozstąpiły jego już nie było.
Wyszedłem zza węgła i przyklęknałem przy Lucianie; kładąc mu dłoń na ramieniu. Strząsnął ją w milczeniu nadal patrząc w twarz martwej Doll.
-Otoha…- Powiedział spokojnym szeptem; wstając wziął jej bezwładne ciało na ręce i ruszył drogą.
-Dokąd idziesz?- Zapytał Vincent cicho.
-Wracam do służby przy boku Panienki…- oznajmił cicho Lucian.
-Jakiej panienki; o czym ty…- zaczął zdumiony Vincent.
Wtedy dostał ode mnie w twarz.
-Tori dowie się teraz o wszystkim; śmieciu..- oznajmiłem lodowato.- Jesteś niczym innym; jak zwykłym żałosnym śmieciem, a ja miałem cię za przyjaciela- minąłem go; nawet nie zaszczycając spojrzeniem.- Nie zbliżaj się do dziewczyn; inaczej źle skończysz. Może wtedy zobaczysz swoją siostrę.. Tam, po Drugiej Stronie.
Nie wiem, dlaczego to powiedziałem. Z jednej strony rozumiałem jego poświęcenie i współczułem mu; a z drugiej targała mną taka wściekłość i nienawiść; że mógłbym bez wahania go zabić. Ruszyłem w swoją stronę.
Rodriguez nie zamierza szkodzić Callisto, jeśli ta nie wejdzie mu w drogę.
Wstałem i ruszyłem w drogę powrotną i wpadłem na Luciana. Szedł paląc papierosa, w dłoni trzymał jakiś czarny stary klucz i patrzył nań w zastanowieniu.
Gdy na siebie wpadliśmy; poczułem że właśnie wpadłem po uszy. Cofnąłem się gwałtownie; ale chwycił mnie szybko za kołnierz płaszcza i w mgnieniu oka oparł mnie o mur.
-Ani słowa; Michael- szepnął bezgłośnie kładąc palec na ustach.
-Z kim ty właściwie trzymasz?- Zapytałem ruchem warg.
Czarne; jak węgiel oczy błysnęły chłodnym błękitem- zamiast klucza w dłoni Luciana zobaczyłem długi i wyglądający na ciężki, piękny miecz.
Tatuaż na jego dłoni się zmienił: tę okropną gwiazdę w kręgu zastąpił napis w jakimś starym języku.
-Ani drgnij- rozkazał nadal samymi wargami i spokojnym krokiem ruszył zza węgła w stronę rozmawiających Shian’a i Vincenta.
-Odnowiłeś przysięgę wobec tej dziewczyny?- Spytał Shian z jadem w głosie.
-Już dawno powinienem zabić was obu; Astaroth- oznajmił Lucian przysuwając czubek ostrza do gardła przyjaciela.
-Nie jesteś w stanie pchnąć miecza; Mika’el.. Jesteśmy braćmi..- Znałem skądś ten przesłodzony ton głosu.- Po co do niej wróciłeś…? Żeby znów cierpieć? Ona kolejny raz cię odtrąci; Mika’el…
-Zamknij się…- warknął ostro Lucian przyciskając czubek ostrza do gardła Shian’a.- Bądź cicho…
-Ona nic do ciebie nie czuje. Chcesz, żeby znów cię wykorzystała i porzuciła..?- ciągnął obłudnym tonem Shian; a Vincent ostrożnie zaczął się cofać, nic z tej sytuacji nie rozumiejąc.
Lucian zadrżał; przez zaciśnięte zęby wydobył się rozkaz:
-Zamknij się!- Powiedział z niespotykaną dotąd siłą.- Nie jesteśmy braćmi; a twoje słowa są tylko kłamstwami. Obrzydliwymi kłamstwami..- odparł, z trudem powstrzymując drżenie ręki trzymającej broń.- Giń; przeklęty demonie- Lucian odsunął rękę z bronią by zadać cios.
Pchnął miecz do ataku; ale wtedy, w ostatniej sekundzie pomiędzy nimi wylądowała dziewczyna nazywana przez nich Doll.
-Gabriel, nie…
Lucian nie był już w stanie wyhamować klingi. Ostrze wbiło się w jej ciało po rękojeść; po głowni spłynęła ciemnoczerwona krew.
-Widzisz; bracie?- Shian uśmiechnął się pogardliwie; patrząc na upadającą w ramiona Luciana Doll.- Nawet śmiertelni nie mogą się oprzeć mojemu urokowi…
Lucian wpatrywał się rozszerzonymi z przerażenia tym, co się właśnie stało, oczami. Runął na kolana z nią w ramionach.
-Nie…- wyjęczał oszołomiony i zrozpaczony trzymając jej twarz w swojej dłoni.- Błagam, nie… Zostań tu ze mną..! Nie odchodź.. Dlaczego..??!!- Jego krzyk bólu poniósł się echem.
Miecz zmieniając się spowrotem w klucz upadł na chodnik; ale Lucian patrzył już tylko w czarne niebo.
Shian rzucił mu ostatnie pogardliwe spojrzenie i odchodząc rzucił:
-Jak można kochać i chronić coś tak słabego i obrzydliwego, jak ludzie… Jak można się przywiązać do czegoś takiego…
Odchodzącego Shian’a przesłoniły jakieś płomienie; gdy się rozstąpiły jego już nie było.
Wyszedłem zza węgła i przyklęknałem przy Lucianie; kładąc mu dłoń na ramieniu. Strząsnął ją w milczeniu nadal patrząc w twarz martwej Doll.
-Otoha…- Powiedział spokojnym szeptem; wstając wziął jej bezwładne ciało na ręce i ruszył drogą.
-Dokąd idziesz?- Zapytał Vincent cicho.
-Wracam do służby przy boku Panienki…- oznajmił cicho Lucian.
-Jakiej panienki; o czym ty…- zaczął zdumiony Vincent.
Wtedy dostał ode mnie w twarz.
-Tori dowie się teraz o wszystkim; śmieciu..- oznajmiłem lodowato.- Jesteś niczym innym; jak zwykłym żałosnym śmieciem, a ja miałem cię za przyjaciela- minąłem go; nawet nie zaszczycając spojrzeniem.- Nie zbliżaj się do dziewczyn; inaczej źle skończysz. Może wtedy zobaczysz swoją siostrę.. Tam, po Drugiej Stronie.
Nie wiem, dlaczego to powiedziałem. Z jednej strony rozumiałem jego poświęcenie i współczułem mu; a z drugiej targała mną taka wściekłość i nienawiść; że mógłbym bez wahania go zabić. Ruszyłem w swoją stronę.
Callisto Raven; postrach ogólniaka…
Dzwonek mojej komórki odrywa mnie od przeglądania dokumentów od Angello. Wyświetlacz pokazuje zdjęcie Michaela. Odbieram natychmiast.
-Co tam?- Pytam ciepło.
-Margherita; za dwadzieścia minut. Tori i Paul przyjadą po ciebie. Mam wam coś ciekawego do powiedzenia- Nigdy nie słyszałam; żeby Michael mówił w ten sposób.
-A Vincent??- Zapytałam. Rozłączyło nas.- Michael.. Michael, jesteś tam?? Cholera.. Wsunęłam telefon do kieszeni dżinsów; ubrałam buty; założyłam na pasku kaburę z bronią i biorąc kurtkę wyskoczyłam z pokoju oknem.
Wylądowałam twardo na ziemi tuż przy podjeżdżającej Maździe. Wsiadłam do auta.
-Michael zadzwonił do ciebie?- Zapytał Paul.
-Tak. Wiesz może, o co chodzi?- Odpowiedziałam pytaniem.
-Myślałem; że tobie powiedział coś więcej- odparł zdziwiony.
-Właśnie w tym problem, że nie- odparłam szybko. Nie spodobało mi się dziwne milczenie ze strony Tori. Cicho siedziała z przodu i patrzyła na drogę.
-Na pewno chodzi o Vincenta- odezwała się nagle cicho.
***
Dzwonek mojej komórki odrywa mnie od przeglądania dokumentów od Angello. Wyświetlacz pokazuje zdjęcie Michaela. Odbieram natychmiast.
-Co tam?- Pytam ciepło.
-Margherita; za dwadzieścia minut. Tori i Paul przyjadą po ciebie. Mam wam coś ciekawego do powiedzenia- Nigdy nie słyszałam; żeby Michael mówił w ten sposób.
-A Vincent??- Zapytałam. Rozłączyło nas.- Michael.. Michael, jesteś tam?? Cholera.. Wsunęłam telefon do kieszeni dżinsów; ubrałam buty; założyłam na pasku kaburę z bronią i biorąc kurtkę wyskoczyłam z pokoju oknem.
Wylądowałam twardo na ziemi tuż przy podjeżdżającej Maździe. Wsiadłam do auta.
-Michael zadzwonił do ciebie?- Zapytał Paul.
-Tak. Wiesz może, o co chodzi?- Odpowiedziałam pytaniem.
-Myślałem; że tobie powiedział coś więcej- odparł zdziwiony.
-Właśnie w tym problem, że nie- odparłam szybko. Nie spodobało mi się dziwne milczenie ze strony Tori. Cicho siedziała z przodu i patrzyła na drogę.
-Na pewno chodzi o Vincenta- odezwała się nagle cicho.
***
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz