poniedziałek, 22 stycznia 2018

Hunter II Bloodlust ~Sin Rozdział XVI: Obowiązek łowcy ~Dzień Założycieli

Po zajęciach poprosiłam Michaela; by pojechał z resztą; a sama ruszyłam biegiem w stronę miasta.
-Przepraszam uprzejmie- rzuciłam zatrzymując się przy grupce motocyklistów, kilka osób spojrzało na mnie, jakbym była niespełna rozumu; wciągając w rozmowę takich typów.
-Tak, piękna..?- Jeden z nich złapał mnie za tyłek. Oparłam się o niego zwracając twarz w jego stronę warknęłam:
-Tknij mnie jeszcze raz; a rozerwę cię na strzępy, wampirze..!-  szepnęłam mu do ucha. Zbliżający się do mnie drugi zarobił kopa w klejnoty; a kolejnemu do łba przykleiła się lufa broni.
-Cofnijcie się od niej; jeśli nie chcecie zbierać ząbków z chodnika; ofermy- rzucił idący w naszą stronę jeden z motocyklistów; chyba szef tej całej bandy.- Dzień dobry; szlachcianko Raven. Miło, że zaszczyciłaś nas swoją obecnością.. Może wreszcie spłacisz swoje długi; łowczyni..- stwierdził chłodno.
Wszyscy przechodnie słysząc moje nazwisko i kłótnię; zaczęli umykać z zasięgu mojego wzroku.
-Nie przyszłam tu do ciebie na audiencję; wampirzy plebsie- odcięłam się chłodno, nadal trzymając odbezpieczony pistolet przy łbie jednego z wampirów.- Równie dobrze, w ramach spłaty długów, mogę go zastrzelić; a ty nic mi nie zrobisz. Nawet nie piśniesz słówka- odparłam z drwiącym uśmieszkiem.
-Po co cię tu przywiało; mała żmijo?- Zapytał niechętnie.
-Szukam klubu Grave; jeśli cię to obchodzi- rzuciłam znudzonym tonem.
-Po co chcesz tam iść?- Kontynuował przesłuchanie.
-Mam umówione spotkanie- oznajmiłam obojętnie.
-Z kim?- Zadał kolejne pytanie znudzonym tonem.
W tej samej chwili przerwał mu szepczacy głos śpiewający francuską pieśń żałobną.
-Co, u…?- Zaczął wampir. Undertaker objął go przyjacielskiem gestem, rzucając tym szepczacym półgłosem:
-Ta pani jest tutaj na moje zaproszenie; Max, więc radzę ci grzecznie: zabieraj kumpli i stąd  spływaj- powiedział lekko.- Na razie uprzejmie proszę…- dodał patrząc nań z boku wymownie.
Uniosłam brwi ze zdziwioną miną, zastanawiając się; co Undertaker planuje.
-A co; jeśli cię nie posłucham?- Zapytał wyzywająco Max.
-Pozwolę tej miłej pani zastrzelić twojego brata, a gdyby Stowarzyszenie łaskawie się do mnie przypierdoliło; uprzejmie powiem, że nic nie widziałem i tak dalej…- Undertaker uśmiechnął się promiennie patrząc wampirowi prosto w oczy.- …a, jak dobrze wiesz; jestem do tego zdolny..
-Ty jesteś zdolny do wszystkiego; Undertaker- odparł nieufnie jeden z nich.
Piekielny Undertaker…- pomyślałam z przekorą.- Przecież sama dałabym sobie z nimi radę…
Pięć minut później, klub Grave.
Celowo usiedliśmy w cieniu; by nikt nam nie przeszkadzał. Oświetlenie działało mi na nerwy, dlatego siadłam tyłem do parkietu na dole.
-Wypuścili cię ze szpitala?- Zapytałam uprzejmie.
-Wczoraj…- odparł z wyraźną ulgą; kiwając ręką do barmana. Wyjął z wewnętrznej kieszeni płaszcza kilka kartek i pare nic nie znaczących przedmiotów.
-Skąd to masz?- Zdziwiłam się.
-Od moich ostatnich gości- odparł krótko, gdy barman postawił przed nami ozdobne szklaneczki z drinkami. Spojrzał pytając o coś chłopaka; lecz ten pokręcił głową. Barman ruszył swoją drogą.- Kolejne dziwne samobójstwa; zaczyna mnie to coraz bardziej niepokoić..
-Myślisz; że są w to zamieszane wampiry..?- Odparłam; przeglądając rzeczy z uwagą.
-Nie mogę potwierdzić; ale jest siedemdziesiąt pięć procent prawdopodobieństwa, że tak- odparł ciągnąc drinka przez słomkę.
-Nie jesteś zaskoczony, że o nich mowa..- stwierdziłam wolno.
Przez twarz Undertakera przemknął grymas.
-Po prostu wiem; że oni są wśród nas. Cholerni krwiopijcy- na widok jego czarującego uśmiechu zrobiło mi się niedobrze.
-Jakim cudem jesteś na każdym miejscu samobójstwa…?- Wydało mi się to nieco podejrzane.
-Współpracuję nie tylko z policją, więc…
-Współpracujesz z każdym, pod warunkiem; że ci się to opłaci- przerwałam mu z ironią.
-Jak wszyscy- wzruszył ramionami spokojnie.- Ty też trzymasz się Stowarzyszenia nie bez powodu.
-Skąd wiesz o Stowarzyszeniu???- Zdumiona podniosłam lekko głos.
-Z łowczymi współpracuję od śmierci mojego przyrodniego brata- odpowiedział cicho.
-A propos twoich ostatnich gości.. Coś szczególnego?- Spytałam pijąc drinka.
Undertaker powoli oparł się o kanapę. W zastanowieniu błądził wzrokiem po innych stolikach. Jedna z dziewczyn- zważywszy na ostry ciemny makijaż i czarny ubiór prawdopodobnie gotka- posłała mu całusa; w odpowiedzi pomachał do niej z uśmiechem.
-W sumie nic; ciała były prawie  nietknięte; pomijając obrażenia, które najprawdopodobniej spowodowały śmierć; ale jest coś, co mnie zastanowiło..- odparł po dłuższej chwili.
-Co takiego?- Zapytałam z zainteresowaniem.
-Większość samobójców miała tatuaż…
-Co w tym dziwnego?- Wzruszyłam ramionami; sądząc, że tylko tracę tu czas.
Undertaker drasnął mnie szybkim  spojrzeniem. Przesunął po blacie ku mnie fotografię.
Wpatrując się w zdjęcie, niemal zakrztusiłam się drinkiem.
Na zdjęciu był tatuaż identyczny jak mój…
Księżycowa Róża.
Poruszałam ustami; jak ryba wyciągnięta z wody wpatrując się w zdjęcie w swojej dłoni. Długo nie mogłam wydusić z siebie ani jednego słowa.
-Jakim cudem…? Jak…- zaczęłam zaskoczona, poluźniając węzeł krawata.
-Znasz ten tatuaż?- Odparł równie zdziwiony.
-Sama też go noszę.. Od tamtej nocy..- powiedziałam cicho.
-Suche drewno szybko
Pali się, pali się; pali się
Kogo ogień dzisiaj pochłonie,
Moja damo.?- usłyszałam wśród muzyki klubu. 

-Undertaker. Musimy wszystkich ewakuować stąd, i to migiem- powiedziałam ostro, wstając.
-Co jest?- Zapytał trzeźwo.
-Podpalacz. Słyszałam go- oznajmiłam krótko.
Undertaker zerwał się na równe nogi.
-Spadamy- rzucił szybko; ciągnąc mnie za sobą.- Ian; ta buda zaraz się sfajczy; zabieraj ich stąd!- rzucił do barmana w przelocie.
-Co ty pieprzysz; Undertaker??
-Nie gadaj tyle, tylko rób, co mówię- odparował chłopak.
-A niech cię wszyscy diabli; kimkolwiek jesteś…- wysapał kilka minut później opierając się o Chryslera ze zmęczeniem.
Usłyszałam syreny straży i policji.
Wóz Undertakera stał ulicę dalej, w cieniu drzew.
-Skąd wiedziałaś; że ten bajzel spłonie…?- Zapytał nagle, oddychając ciężko.
-Mówiłam ci: słyszałam podpalacza..- odparłam zmęczonym głosem.- Mam bardzo dobry słuch…
-Jak na wampira- rzucił z uśmiechem szturchając mnie lekko.
-Zaczynam się ciebie trochę bać: za dużo o mnie wiesz- udałam powagę; ale oddałam mu szturchańca z szerokim uśmiechem.
-To wszystko jest coraz dziwniejsze…- Spoważniał nagle. W jego kieszeni odezwał się dzwonek telefonu: „toccata i fuga” Bacha.- Czego znowu?- Jęknął z irytacją. Spojrzał na wyświetlacz ze zdziwieniem; jakby pytał: a ten; czegoś zapomniał zrobić, że dzwoni(?). Powoli odebrał.- Dodzwoniłeś się na Piekielnie Gorącą Linie, operatorka Rachel; słucham- rzucił przybierając uwodzicielski ton; a ja z trudem panowałam nad chichotem.
-W porządku; już jadę- odparł szybko. Zakończył połączenie i rzucił.- Wsiadaj; pogadamy po drodze..
-Co jest? Dokąd jedziemy?- Spytałam.
-Do szpitala; zdążyli uratować niedoszłego samobójcę; może coś wie..- stwierdził odpalając silnik.
***
Michael Tyler; uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów…
Zdążyłem zauważyć, że Vincent niespecjalnie cieszy się z mojej obecności.
-O co wam chodzi?- Zapytał Paul obserwujac nas w lusterku wstecznym.
-O nic- odparliśmy równocześnie obojętnym tonem. Jednak Vincent nadal przyglądał mi się ukradkiem; ale i ja także go obserwowałem.
Tori zdrzemnęła się na ramieniu Vincenta. Wyciągnął z jej palców paczkę kawowych cukierków i odłożył ją na bok.
Ona cię kocha i jeśli ją zranisz; to już po tobie; Vincent…
Tori mimo wrażenia pozornie chłodnej i opanowanej dziewczyny; była bardziej wrażliwą osobą; niż mógłbym się tego spodziewać. Nie potrafiła ukrywać uczuć- była wybuchowa, czasem była z niej okropnie złośliwa jędza- jednak kiedy się postarała potrafiła pokazać swoją lepszą stronę.
I; gdy jej na kimś zależało umiała chronić tę osobę; nawet za cenę własnego życia.
Wiem bo byłem taki sam i wydawało mi się, że ten przygłup Vincent nie zasługuje na taką dziewczynę; jak Tori. Miała przez niego tylko same troski.
I te jego nagłe oświadczyny… To również wydawało mi się bardzo dziwne; lub wręcz podejrzane- bo czemu siedemmastolatek (jest dwa lata od nas starszy) tak się pospieszył; by poprosić o rękę dziewczynę; którą zna od może dwóch lat. Poza tym ta jego ostatnia rozmowa z Angello…
-Co ty w niej takiego widzisz?- Zapytał zaskoczony Matt.
-To nie powinno cię obchodzić.  Lepiej; żebyście nie wciągali jej w sprawy Stowarzyszenia i nie mieszali jej w głowie. Dość już przeszła- Powiedział zimno Vincent Rodriguez.- Ostatni raz wam pomagam i się rozstajemy; panie Angello.- Kroki Vincenta przy drzwiach.- Aha, jeszcze jedna sprawa.
-Słucham, chłopcze- oznajmił Angello.
-Raven też nie powinna być świadkiem tego; jak z Cristopherem pierzecie brudy Stowarzyszenia. W ogóle nie powinna się dowiedzieć, że on żyje- powiedział cicho.- Czułaby się lepiej trwając w nieświadomości.
-Każdy czasem musi się obudzić z pięknego snu; Vincent- odparł Angello.
-Jej sen był koszmarem i dobrze o tym wiesz.. Do zobaczenia;  Angello- trzasnęły cicho drzwi.
…Czym jest to „ostatnie zlecenie”? Dlaczego Vincent nie chce; żeby Tori czegokolwiek się dowiedziała.. Nie… Dlaczego nie chce; by dowiedziała się; że to, co robi (cokolwiek to jest); robi tylko dla niej? Czy to właśnie dlatego oświadczył się jej właśnie teraz- tak szybko.?
Przymknąłem na chwilę oczy opierając skroń o zimną szybę- bolała mnie głowa i dopadła dziwna senność.
Nagle otrzeźwił mnie przeciągły  klakson Mazdy i głos Vincenta:
-Tyler; łap kierownice; szybko! Wyrzuć z biegu…
Postąpiłem jak kazał. W pewnej chwili poczułem; że samochód zwalnia; ale nie na tyle by zatrzymał się bezpośrednio przed betonowym słupem.
Tori rozglądała się nieprzytomnie po wnętrzu auta; pytając co się dzieje.
Vincent zacisnął zęby i zdecydowanie zaciągnął hamulec reczny.
-Tego słupa nigdy tu nie było..- Zauważył wolno.
-Ja nie widzę żadnego słupa…- odezwała się Tori zdziwiona.- W końcu słupy nie wyrastają od tak sobie na środku drogi..
Odwróciłem sie w jej stronę, pytając:
-Jak to nie widzisz…? Słupa nie…- zaciąłem się nagle.- Zaraz..- zacząłem w przebłysku zrozumienia.
Callisto opowiadała mi kiedyś o dziwnych zjawiskach mających niekiedy miejsce w naszym mieście. Znała te opowieści od swojego dziadka: Sebastiana Jima Holy, ojca jej matki.
Nasze miasto położone było na dawnych terenach cmentarzyska jakiejś dawnej cywilizacji; prawdopodobnie Wikingów. Ludzie co jakiś czas byli świadkami dziwnych widoków lub zdarzeń- jeden ze starszych mieszkańców podobno widział kiedyś stado biegnących dzikich koni.
Może coś w tych opowieściach jest; skoro nam na środku drogi wyrosła stara latarnia uliczna..?
-To miasto jest coraz bardziej dziwne- zauważył Vincent gapiąc się w miejsce; gdzie wcześniej zauważył słup. Po przeszkodzie nie zostało ani śladu.
Oparłem Paula o siedzenie i zacząłem go budzić.
-Co j-jest?- Zajaknął się.- Już wstaję… No już, mamo..
Musiałem mieć równie głupi wyraz twarzy, jak Vincent; który trzasnął Paula przez łeb; warcząc:
-Chcesz nas zabić; człowieku?? Zasnąłeś za kierownicą.. Czyś ty niepoważny; Tanner??
Chłopak rozejrzał się.
-Nie pamiętam; żebym przysnął; Vincent… Naprawdę nie…- Zaczął się tłumaczyć w głębokim oszołomieniu.
-Przesiadka; Paul… Teraz ja poprowadzę- oznajmił Vincent krótko.
Paul skinął głową i przesiadł się do tyłu. Vincent ruszył dalej rozglądając się w poszukiwaniu podobnych dziwacznych niespodzianek.
 Callisto Raven; postrach ogólniaka…
Wraz z Undertaker’em skierowaliśmy się szybkim krokiem w stronę szpitala. Kilka korytarzy później zobaczyłam wychodzących z jednej z sal policjantów; a wśród nich kierującego ostatnimi sprawami; kuzyna Paula- podkomisarza Jacoba Tanner’a. Byli tak pogrążeni w cichej rozmowie, że nawet nas nie zauważyli.
-To musi być ta sala; Undertaker..- odezwałam się ruchem głowy wskazując miejsce, z którego wyszli policjanci.
-Zapewne- zgodził się, idąc w tamtą stronę. Pielęgniarka zatrzymała nas na chwilę. Jednak uniknęliśmy pytań, gdyż Undertaker’a rozpoznał jeden z policjantów w pokoju i zaprosił nas gestem do środka.
Również go rozpoznałam . Nazywał się Bolt i był pewnie ojcem leżącego na szpitalnym łóżku trzynastolatka.
-Jak to się mogło wydarzyć…? Jak mogło nas to spotkać..?- Powtarzała z żalem kobieta; siedząca przy nieprzytomnym dziecku.
Policjant również ledwo się trzymał. Starał się za wszelką cenę zapanować nad emocjami.
-Lepiej, żebyś miał mi coś sensownego do powiedzenia; Undertaker- oznajmił przez zaciśnięte zęby.
-Może porozmawiajmy gdzie indziej- zasugerowałam wolno.
-A ty; co tu robisz?- Zapytał ostrożnie.
-Mam kilka informacji; dlatego tu jestem- oznajmiłam obojętnie.
-W porządku… Chodźmy…- Bolt ruszył przed nami na korytarz.
Poprowadził nas do przyszpitalnego barku. Zajęliśmy jeden ze stolików i zaczęliśmy rozmowę.
-Wybaczcie; ale nic, a nic z tego wszystkiego nie rozumiem- zauważył Bolt; gdy opowiedzieliśmy mu o naszych spostrzeżeniach.- Panna coś mi tu kręci…
-Nadal mi pan nie wierzy?- Rozpięłam lekko koszulę i odsłaniając kołnierzyk pokazałam pieczęć na szyi.- Mogę być nastepna; albo może to mieć jakiś związek ze mną – zauważyłam.- Jeszcze nie wiem jaki; ale dowiem się tego…
-To…- zaczął zdumiony, wpatrując się szeroko otwartymi oczami w tatuaż na mojej szyi.
-Ten tatuaż jest bardzo rzadko spotykany.. Nazywa się go  Księżycową Różą. Undertaker wspomniał; że miała z nim styczność większość samobójców- powiedziałam powoli.
-A ty dlaczego go nosisz..? Co jeśli możesz przez to zginąć..?- Zapytał wolno.
-Ja noszę Różę z zupełnie innych powodów i jeśli mogę jakoś wam w tej sprawie pomóc moją wiedzą; chciałabym…- zaczęłam powoli.
-Nie ma mowy. Jedyne; czym możesz pomóc policji; to uważać na siebie i nie wtrącać się- przerwał mi chłodno Bolt.
-Mnie ten ktoś tak łatwo się nie pozbędzie- odparłam lodowato odsłaniając zęby w ironicznym uśmiechu.
-Nie bądź tego taka za pewna- oznajmił cicho.
Uśmiechnęłam się szerzej unosząc lekko górną wargę. Bolt zbladł, pytając drżącym głosem:
-Kim ty jesteś..?- Wyszeptał w głębokim poruszeniu.
-Nie musi pan tego wiedzieć- odparłam spokojnie spoglądając na zegarek: wskazywał dziesięć minut po szóstej.- Lepiej, żeby się pan zastanowił; czy pozwoli mi pan działać w związku z tymi „samobójstwami”.
-Naprawdę chcesz w to wejść; Callisto..?- Zapytał zaskoczony Undertaker.
Potwierdziłam skinieniem głowy, nadal wpatrując się z uwagą w Bolta.
-Nie rozumiem; po co zamierzasz mieszać się w sprawy policji- zauważył niepewnie.
-Nie zamierzam bawić się w dobrą lub złą policjantkę. Chcę tylko dowiedzieć się prawdy na temat „śmierci” mojego ojca; który cudownie zmartwychwstał; panie Bolt- oznajmiłam nadal spokojnie.- Już nie musi pan udawać; że o niczym nie wiedzieliście.. Jednak mam jedno pytanie..
-Panno Raven..- zaczął cicho; chcąc mi przerwać.
Undertaker spoglądał to na mnie; to na policjanta z niepokojem.
-Kto został pochowany w grobowcu; obok mojej matki?- Zignorowałam, że mężczyzna coś mówił.
Undertaker wstał i położył dłoń na ramieniu Bolta; mówiąc:
-Już dawno powinna wiedzieć; że trumna jej ojca była pusta..- powiedział cicho.
-A ty; skąd o tym niby wiesz; Undertaker??- Zarówno ja; jak i  Bolt gapiliśmy się nań zdziwieni.
-Cóż…- chłopak uciekł wzrokiem gdzieś w bok.
Złapałam go za klapy płaszcza i trzasnęłam nim o ścianę mocno; warcząc:
-Skąd. To. Wiesz?- Zapytałam akcentując każde słowo.- Od kogo? Od Gabriela..? Może od Aleca?- Puściły mi nerwy.- Gadaj od kogo to wiesz??!
-To trumna była zbyt lekka- odparł patrząc na mnie spokojnie.- Od razu wiedziałem; że jest pusta, a pogrzeb twojego ojca był zaaranżowany. Nawet Lucian nie wie, że jego panicz żyje..- oznajmił cicho.
-Dlaczego?- Zapytałam odsuwając się powoli.. Usiadłam ciężko przy stoliku.
-Kazano mi trzymać język za zębami. Mieliśmy umowę: ja będę milczał, a mój ojciec nie dowie się; że nie tylko mam się dobrze, ale i, że odnalazłem brata bliźniaka. Teraz i tak dowiedział się, że żyję, więc…
-Ile osób o tym wiedziało?- Zapytałam nagle obojętnie.
-Tylko zajmująca się tą sprawą policja i ja- odparł Undertaker cicho.- Przepraszam; że nie  dowiedziałaś się prawdy wcześniej..
-Powinnam znać prawdę wcześniej!! Myślisz; że jak to jest zobaczyć własnego ojca; którego zdążyłam opłakać; całego i zdrowego; choć gdy ostatni raz go widziałam; ten psychopata Link..- Nagle zakręciło mi się w głowie; poczułam się słabo; ale jeszcze miałam na tyle sił by wygarnąć mu to, co myślałam.-Mdli mnie na twój widok; Undertaker. Jeszcze nigdy nie widziałam takiego podłego kłamcy i oszusta; jak ty… A on wcale nie jest od ciebie lepszy- ruchem głowy wskazałam Bolta i odeszłam szybkim krokiem.
Byłam wściekła i rozżalona: zaczynałam mu ufać, a on tak bezczelnie skłamał mi prosto w oczy. Uważałam Undertaker’a za dobrego człowieka; a okazał się taką szują.
Ruszyłam biegiem na skróty, blisko slumsów przeskoczyłam wysoki mur i skierowałam się na zachód.
Do rady pozostało jeszcze trochę czasu; lecz ja musiałam się uspokoić. Jakoś odreagować. Spróbować to wszystko pojąć; zrozumieć własne skrajne uczucia…
***
Nie kierowałam się do konkretnego miejsca; lecz nogi same zaprowadziły mnie na cmentarz. Zatrzymałam się dopiero na odległym końcu nekropolii; tuż przed marmurowym posągiem anioła. Na przytwierdzonej do cokołu płycie nagrobnej, widniał napis:
Claude Marius Wolf, herbu Wadera. [daty urodzin i śmierci]
Oddał życie za partnera na polu walki w wieku lat szesnastu… Cześć jego pamięci!

-Dlaczego wszyscy traktują mnie, jak małe dziecko; co..?- Spytałam szeptem, składając bukiecik białych róż przy jego grobie.- Dlaczego ty byłeś zupełnie inny; Marius…?- zapaliłam znicz i postawiłam go drżącą dłonią u stóp posągowego anioła.- Jakim prawem oddałeś za mnie życie; ty cholerny dupku?!. Jakim prawem to zrobiłeś… – uspokoiłam się siadając przy nagrobku; oparłam się plecami o cokół i spojrzałam w niebo.- Bardzo za tobą tęsknię; Marius..- szepnęłam ocierając zbłąkaną łzę.- Żegnaj; Wilczurze..
Biegnąc ku frontowej bramie cmentarza wpadłam na kogoś. W ostatniej chwili dostrzegłam tatuaż na wierzchu prawej dłoni.
-Callisto Anabelle..- zatrzymał mnie w mocnym objęciu.
-Zostaw mnie; Lucian…- próbowałam wyswobodzić się z jego objęcia.
Objął mnie delikatniej i zamknął mi usta dłonią. Oparłam dłoń na jego i przestałam walczyć.
-Zaufaj mi.. Daj mi jeszcze jedną szansę..- powiedział cicho wypuszczając mnie z objęcia.
Odwróciłam się w jego stronę; ukląkł na kolano z prawą dłonią przy sercu patrząc mi w oczy.
Nie byłam pewna już niczego. Nie wiedziałam; czy mogę ufać Lucianowi, czy jednak lepiej; bym trzymała się od niego z daleka. Postanowiłam, więc postawić wszystko na jedną kartę i zaufać mu ostatni raz. Jeśli teraz popełniam błąd, którego będę żałować…
Jestem naprawdę strasznie zagubiona.
-Panienko…- szepnął patrząc mi w oczy z dołu.
-Caaally…!- Paul zahamował ostro, wzbijając w powietrze trochę kurzu i kamyków, zanim wpadł na Luciana.- Kto to..?- Zdumiał się.
-Zawsze zjawiasz się nie w porę, Tanner…- Stwierdziłam.- Coś się stało?.
-Bardzo „nie w porę”- przytaknął Lucian; powstając na nogi.
-Tu się dzieją bardzo dziwne rzeczy..- oznajmił wolno; ignorując Luciana.- Wiesz coś o słupach wyrastających nagle na środku drogi.. (cholera)..- zaklął cicho.
-Słupy wyrastające na środku drogi..?- Lucian zastanowił się nagle.- Gdzie ci się to zdarzyło?- Zwrócił się do Paula.
-Na starym mieście; koło kościoła Świętej Trójcy; czemu pytasz?- Odparł niechętnie Paul.
Lucian zapalił papierosa i spojrzał w niebo w zamyśleniu.
-Największy styk Linii Mocy- mruknął, pogrążony w myślach.
-Linii czego??- Zapytał zaskoczony Paul.
-Przez to miasto przeszło wiele wojen i śmierci; Tanner- powiedział spokojnie Lucian.
-Znam historię tego miasta; moja rodzina była jedną z jego założycieli- oznajmił chłodno Paul.- Właściwie nie wiem; jaki to ma związek..
-Pod miastem ciągną się Linie Mocy; które powstawały przez wieki.. Im jest ich więcej; tym bardziej przyciągają one wampiry- Lucian oparł się o najbliższy posąg anioła.
-Ale jak one powstały? Skąd się wzięły..- zaczął Paul.
-Z każdą wojną; lub pojawieniem się tu wampira ukazywała się jedna linia.. Im więcej krzyżujących się nici; tym dziwniejsze anomalie występują- wyjaśnił Lucian paląc papierosa z obojętną miną.- Od czasów założenia miasta; pojawia się ich  coraz więcej. Właśnie stoisz na czterech skrzyżowanych liniach- oznajmił wpatrując się w stopy Paula, który przesunął się w lewo.- Teraz stoisz na pięciu.
-Kim ty jesteś? Jakim cudem to widzisz?- Zapytał Paul chowając się za mną.
-Mademoiselle…- Lucian spojrzał na mnie pytająco.
Skinęłam głową; że można Paulowi ufać.
-Widzę; ponieważ jestem tu o wiele dłużej, niż ty.. Pojawiłem się tutaj jeszcze zanim założono miasto…
***
Kwadrans przed dziesiątą. Kwatera główna Stowarzyszenia.
Minęłam kilku łowców; w tym Portera; witając się z nimi skinieniem głowy. Próbowałam stłumić w sobie gniew- co jeśli to prawda; że Angello wiedział, że mój ojciec żyje; co bym wówczas zrobiła(?)- i strach; w końcu moje życie wisiało na skraju przepaści: byłam niestabilnym wampirem; który w każdej chwili mógł popaść w szaleństwo i- bez najmniejszych oporów- zacząć zabijać ludzi..
Gobelin z archaniołem Michałem dziś szczególnie odwracał moją uwagę od tematów omawianych na Radzie.. Im bardziej wpatrywałam się w twarz postaci anioła, tym większe widziałam w niej podobieństwo do mego ukochanego ojca. Czy moja matka celowo uwieczniła w materiale jego twarz? Czy to miała być jakaś wskazówka?
Nie powiedziałam Lucianowi całej prawdy. On nadal nie wie; że mój ojciec żyje- przynajmniej tak twierdził Undertaker.
-Głowa rodu Raven dziwnie dzisiaj milczy- zauważyła Silvia Edge.
Odwróciłam oczy od gobelinu i spojrzałam niechętnie na kobietę.
-Nie mam nic do powiedzenia- oznajmiłam krótko.- Jak; zapewne większość Rady- skłoniłam lekko głowę- tak i ja sadzę; że najpierw powinniśmy zająć się naszym głównym problemem: wampirami.
-A ostatnie podpalenia i samobójstwa?- Podjął ojciec Michaela; Armand Tyler.
-Myślę, że to sprawa policji- zauważyłam.- Chyba; że Szczury mają ciekawe informacje..- spojrzałam pytająco na Angelo.
-Nadal nic: ta kobieta wsiąkła, jak kamfora- wzruszył ramionami.- Szczury nadal szukają.
-”Kundle Archanioła” również gdzieś się ukryły; więc nie mamy zbytnio spokojnej szachownicy. Rada Wampirów odmówiła współpracy i po ostatniej odmowie nadal milczą- zauważyłam z namysłem.- Samo Stowarzyszenie natomiast; potajemnie pierze swoje brudy- obserwowałam wyraz twarzy Angello; ale ten był obojętny.
-Co chcesz przez to powiedzieć; Raven?- Zapytał Sword powoli.
-Zauważyłam ostatnio; że kilku łowców za mną łazi. Ciekawe po co; skoro jeszcze nie stoczyłam się do Poziomu D..
Po Radzie przeszedł szmer oburzenia.
-To prawda; Angello?- Zapytał Kostenlos z naciskiem.
Angello westchnął ciężko.
-Nie chodzi o to; że obawiam się, iż upadłaś do poziomu D; Callisto Anabelle Raven..- położył na stole kolejny segregator.- Sądzę jednak; że możesz być w niebezpieczeństwie..
-Bo większość tych samobójców miała styczność z Księżycową Różą?- Zapytałam kpiąco się uśmiechając.- To czysta bzdura; Angello.
-Od kogo o tym wiesz?- Zdziwiła się Silvia Edge.
-Nieważne od kogo i co wiem- odparłam obojętnie.- Myślę jednak; że powinniśmy zagrać; jak chce przeciwnik; to wszystko..
Większość członków Rady wpatrywała się we mnie ze zdumieniem i przerażeniem.
-Zamierzasz wystawić się tak po prostu; jako przynęta?- Zdumiał się Felix Moon, ojciec mojego byłego partnera, Jasona.
-Nie pozwolę ci ryzykować- oznajmili Angello i Morgenstern ostro.
Oparłam się o krzesło ze zmęczeniem.
-Obaj nie macie nic do powiedzenia. To moja decyzja: zrobię to, co uważam za odpowiednie.- Oznajmiłam spokojnie.- Najpierw muszę rozgryźć tę grę i ułożyć jakiś plan; a to trochę zajmie; panie Moon- zwróciłam się do mężczyzny.- Na razie muszę przemyśleć kto czyim jest pionkiem na tej naszej szachownicy- przez moją twarz przemknął uśmiech.
-To czyste szaleństwo; panno Raven. Co; jeśli zginiesz..?- Zapytał Kostenlos.
-Karta przetargowa nie może wypaść z gry- Uśmiechnęłam się tajemniczo.
-Co zamierzasz zrobić…?- Zapytał ostrożnie Angello.
-Jeszcze nie wiem; ale być może wymyślę odpowiedni plan do nastepnego zebrania Rady.. Z mojej strony to wszystko; dziękuję- oznajmiłam spokojnie.
-Ktoś jeszcze chce zabrać głos?- Zapytał uprzejmie Angello rozglądając się po sali. Odczekał dłuższą chwilę.- Jeśli nie: zamykam zebranie; dziękuję.
Wszyscy wstaliśmy i ruszyliśmy do drzwi.
-Jak tam na Radzie?- Zapytał Michael obejmując mnie w żebrach.
-Wiemy tyle; że nic nie wiemy- oznajmiłam ze wzruszeniem ramion.
-Jak to?- Zapytał zdziwiony Paul; a Tori odwróciła wzrok od kart katalogu sukien ślubnych.
-Po prostu: Rada Wampirów, ani Kundle Archanioła nie palą się jakoś do współpracy; a my… My błądzimy; jak dzieci we mgle.. Tak to w skrócie wygląda i lepiej dla was się w to nie mieszać; Paul- oznajmiłam spokojnie.
***
Nazajutrz rano; szkoła…
-Wieje nudą- Zauważył Vincent podczas przerwy.
-A na wychowawczej zanudzimy się na śmierć- Dodał Michael; a reszta jęknęła zgodnie.
-Zwłaszcza, że niedługo Święto Założycieli…- burknęła Tori.
Przedzieraliśmy się przez tłum; idąc do biblioteki, ponieważ trafiła się nam godzina karciana: Grey nie dotarł na lekcje wymawiając się jakaś ważną prywatną sprawą; więc ten czas mieliśmy przesiedzieć pod opieką bibliotekarza, pana Morgana i umierać z nudów; grając w gry planszowe, czy karty lub czytając książki i gadając od niechcenia.
-Ciekawe; co wymyślą w tym roku..- zauważyłam znudzona.
-Oby nas w to nie wkopali; Raven- Paul szturchnął mnie z uśmiechem.
-Znając życie to właśnie tak zrobią; Tanner- odparłam ze śmiechem oddając mu szturchańca.- Chociaż… Może to by mi w czymś pomogło…
-Co ty kombinujesz; Callisto?- Zapytał Vincent z niepokojem; a Michael spojrzał nań dziwnie.
-Wszystko w swoim czasie; Vincent..- odparłam z drapieżnym uśmiechem.
***
Lekcję karcianą spędziłam na odpisywaniu zadań od Michaela; rozmowie i rozmyślaniu nad moim planem.
-Co tam rysujesz?- Zaciekawił się Michael.
-Szachownicę- odparłam zamyślona, bazgrając na kartce wyrwanej z zeszytu.- Hmmm…
Na miejscu figury króla po jednej stronie postawiłam w myślach Angello; królową była Rada; hetmanem ja; gońcem „Kundle”, mniej znaczace figury to łowcy.
-Teraz tak… Królowa i król..- mruknęłam w zastanowieniu.
-Po co ci teraz szachownica?- Zdziwił się Vincent.
-Mam coś do zrobienia- odparłam enigmatycznie; spoglądając; jak uczy Paula gry w szachy.- Może jednak zagramy; Vincent?- Zaproponowałam nagle; chowając kartkę i zeszyt do torby.
-Myślałem; że już nie zapytasz- zauważył Paul z ulgą.- Mam dość tej gry..
-Spoko; losujmy kolor- Vincent zwinął z szachownicy czarnego i białego króla; przełożył pod stolikiem i wyciągnął w moją stronę dłonie, w których trzymał figury, zaciśnięte w pięści.
Ruchem dłoni wskazałam jego lewą dłoń. Podał mi czarnego króla. On rozpoczynał grę.
-Jak wy to robicie?- Zdziwił się Paul obserwując naszą szybką grę.
Podparłam podbródek na pięści i spojrzałam w skupieniu na sytuację na planszy. Zbiłam Vincentowi kolejną figurę. On również wykonał bicie; sprzątając dwie moje. Zmrużyłam oczy z uśmiechem; zastanawiając się nad kolejnym ruchem…
Vincent postąpił tak; jak oczekiwałam.
-Szach- mat; Rodriguez- rzuciłam z ironią.
-Jak…?- Vincent w skupieniu rozglądał się po planszy.- Niech cię; Raven…- rzucił zaskoczony; gdy zrozumiał; że nie ma możliwości ruchu na planszy.
-Nie widziałem jeszcze; żeby ktokolwiek w tej szkole grał w szachy tak dobrze; uczniowie- skomentował bibliotekarz z uznaniem. Widziałam, że obserwował naszą grę.
-Dziękujemy- rzucił Vincent; zapewne rozmyślając; w jaki sposób go pokonałam.- Rewanż; Raven?- Rzucił wymownie.
-Nie ma sprawy. Drugi raz też przegrasz- odparłam przyjaźnie; rozmyślając jednocześnie nad moim planem.
Szachownica w przenośni była moim obecnym polem manewru dla Stowarzyszenia. Partia szachów pomagała mi ułożyć odpowiedni plan działania; o którym mówiłam na wczorajszej Radzie.
-To się jeszcze okaże- odparł przekornie. Zamieniliśmy się kolorami figur; tym razem to ja rozpoczynałam partyjkę… Reszta z zaciekawieniem zaczęła obserwować naszą grę.
-Jak ty to robisz…?- Zapytał zdumiony Vincent, gdy drugi raz z rzędu ze mną przegrał.
-Po prostu trafiłeś na lepszego przeciwnika- oznajmiłam spokojnie.
Dowiem się; co planujesz i jak bardzo jesteś zamieszany w sprawy Stowarzyszenia; Vincent
Przejrzę cię na wylot, by sprawdzić; czy mogę ci ufać.. Spokojnie: sprawdzę też, co zamierzasz wobec Tori…
Lekcja wychowawcza, ostatnia w tym dniu..
Collins była dziś wyjątkowo wkurzona; bo większość uczniów próbowała się wymigać od przedstawienia na święto założycieli miasta lub kompletnie nie okazywała z tego powodu zainteresowania.
-Raven, może ty uratujesz honor klasy?- Zapytała niechętnie.
-Kogo miałabym niby zagrać? Upiora; czy trupa?- Spytałam niewinnie; a klasa wybuchła śmiechem.
-Mogłabyś łaskawie spoważnieć; Raven- warknęła ze złością.
-Przepraszam; pani profesor. Jakie są role?- Rzuciłam potulnie.
Tori kopnęła mnie mocno w kostkę; mówiąc tym samym: zwariowałaś; Raven, co ty planujesz(?)
-Duch społeczności; szlachcianka; karczmarka; panna młoda..- zaczęła wyliczać nauczycielka.
Z sykiem oddałam kopniaka Tori:
Patrz; pannę młodą też mają.
-A coś dla facetów..?- Jęknął zbolałym głosem Michael.
-Dla was mamy anioła; księdza; pana młodego i rycerza..- Zauważyła Collins.- Reszta ról jest już obsadzona; niestety. Na anioła nadawałby się chyba najbardziej Tyler…- powiedziała zamyślona, przyglądając mu się.
-Nie wiem; jak wy, ale ja wchodzę w to zanim sama wyznaczy mi rolę- zauważył Paul.
-Ciekawe kogo zagrasz w tym roku; Tanner- zwróciła się doń z ironią Collins.
-Byle, bym nie wylosował księdza. Reszta mi obojętna- oznajmił Paul uprzejmie.
Wylosowałam ducha społeczności; Michael anioła; Tori (o nieszczęście!) wylosowała rolę karczmarki; Paul (ku swojej uciesze) dostał pana młodego; natomiast Vincentowi dostało się sławne „drugie przekleństwo licealistów”: rycerz.
-Wobec tego zostały nam: panna młoda; szlachcianka i ksiądz- zauważyła Collins; odkładając na biurko kulę; z której losowaliśmy i wzięła dla nas arkusze ze scenariuszem tegorocznej części artystycznej. Rozdała je nam; a na swoim dopisała nasze imiona do odpowiednich ról.- Zostaniecie na próbie; mam nadzieję- zauważyła.
-I tak nie mam nic lepszego do roboty- odparła Tori pokazując mi znakiem; że ‚jestem już martwa’ Zbytnio się tym nie przejęłam odpowiadając na migi: ‚zabijesz mnie po szkole’
-Pan Morgan powiedział mi dziś; że wasza dwójka świetnie gra w szachy: Raven; Rodriguez- zagadnęła Collins z zaciekawieniem.
-Jaki to ma związek z przedstawieniem?- Spytał z wahaniem Vincent.
-O; nie…- jęknęłam czytając scenariusz; w którym napisano:
„Duch społeczności gra z rycerzem w szachy o pomyślność dla miasta”
-Za jakie grzechy…?- Zawtórował mi Vincent.
-Ale zbieranina- mruknęłam; widząc pracujących przy odsuwaniu ławek ludzi.
Profesor Vitto; gdy klasę uprzątnięto z przeszkadzających nam przedmiotów zaklaskała w dłonie uciszając hałas. Collins stała oparta o ścianę; przeglądając w skupieniu scenariusz i rozmawiając z trójką uczniów.
Byłam z Vincentem w połowie trzeciej partii szachów.
-Callisto Anabelle Raven; herbu Kruk…- rzucił ironiczny głos tuż za mną.
Drgnęłam, a figura; na której opierałam palce wywróciła się. Vincent spojrzał zaskoczony na bliznę na twarzy czarnowłosego chłopaka za mną.
-Jacob Thomas Horse; herbu „stara ulicznica”; Podkowa:  (wybacz mi ten nietakt): witam w skromnych progach naszej szkoły; podła gnido..- ostatnie dwa słowa wysyczałam nieco ciszej.
-Śmiesz mnie obrażać, ty mała pijawo?- Nie musiałam na niego patrzeć; by wiedzieć, że uśmiecha się parszywie.
-Zamknij twarz; jesli nie chcesz by następną rzeczą, jaką z niej wylecą; były twoje zęby- odwarknął Michael chłodno; stając tuż przed nim.
-Synalek Armanda: Michael James Tyler; herbu Płomień. Jak się miewa twój starszy brat?- Zapytał niewinnie Jacob.
-Od trzech i pół roku niezmiennie martwy. Uważaj; aby nie przyszedł cię w nocy odwiedzić; ścierwo- odpowiedział spokojnie na zaczepkę Michael.
-Co się dzieje, młodzieży?- Vitto stanęła przy nas; widząc piorunujących się wzrokiem Michaela i Jacoba.
-Nic; pani profesor. Wymieniamy uprzejmości ze starym znajomym- odpowiedział przymilnie Jacob.
-Zobaczysz moją uprzejmość; niech tylko opuścimy teren szkoły- zasyczał cicho; lecz z groźbą Michael.
-Mógłby pan powtórzyć; panie Tyler?- Zapytała z naganą Vitto.
-Mówiłem tylko; że chętnie odnowiłbym starą znajomość z kolegą. Po szkole- odparł uprzejmie Michael z tym lodowatym uśmiechem przyklejonym do ust.
-Zobaczymy; czy nie uciekniesz wypłakać się w ramię tatusia- zakpił Jacob ignorując nauczycielkę.
-Jeśli obaj zaraz się nie uciszycie; wyślę was do dyrektora- upomniała Collins; widząc zdziwiony wyraz twarzy Vitto.
-W porządku; pani profesor. Nie mam o czym rozmawiać z tym śmieciem- oznajmił obojętnie Michael; odwracając się do Paula.
Sekundę później uniknął ciosu od wściekłego Jacoba. Zerwałam się z krzesła i pochwyciłam rękę Horse’a; wykręcając ją w tył.
-Nadal jesteś o połowę wolniejszy- zakpiłam, widząc zdumione miny Vitto i Collins.- Byłeś i pozostaniesz ofermą; Horse.. Zjeżdżaj stąd i nie psuj innym dobrej zabawy- odepchnęłam go od siebie.
-Lepiej; żebyś na siebie uważała; Raven. Pozycja w Radzie to jeszcze nie wszystko- oznajmił zimno.- Rezygnuję z roli; pani profesor- zwrócił się do Collins; wychodząc.
-Co to za huligan; Raven..?- Zapytała Vitto ze zdziwieniem.
-O jakiej Radzie on bredził?- Zdumiała się Collins.
-Odbiło mu po śmierci matki; kiedyś był inny; pani Vitto- westchnęłam ciężko.- A mówił o Stowarzyszeniu; do którego należymy; chyba traktuje to głupstwo poważnie- odparłam lekceważącym tonem; mrugając porozumiewawczo do Michaela.
-Więc musimy poszukać nowego „księdza”. Znowu- westchnęła Vitto.
···
-To był ciężki dzień; nie?- Rzuciła Tori; gdy wyszliśmy z budynku szkoły.
-Ciężki to mało powiedziane: Raven sześć razy ograła mnie w szachy- jęknął Vincent.
-Boi się; że spadnie mu reputacja, Callisto- zachichotał Paul.
-Ja bardziej bałabym się teraz o zdrowie Horse’a- zauważyłam widząc wstającego z ławki chłopaka; w którego wpatrywał się Michael zaciskając zęby.
-Wreszcie zdecydowałeś się wyjść z tej nory; Płomień- oznajmił chłodno Jacob.
-Wybacz; że musiałeś czekać, „Stara Ulicznico”- odparł Michael; podając mi swój plecak; rzucił:
-Sam to załatwię. Nie wtrącajcie się- oznajmił idąc w stronę Jacoba.
-Michael; odpuść- zaczęłam z prośbą; przytrzymałam go za ramię.
-Nie ma mowy; żebym odpuścił tej szmacie do podłogi- odparł chłodno.
-Chcesz mieć kolejny powód do kłótni z ojcem..?- Zapytałam ostrożnie.- Albo, co gorsze: wylecieć ze szkoły..?
-Nie kłopocz tym swojej mądrej głowy; Callisto- rzucił całując mnie lekko. Ruszył do Jacoba.
-Zamierzacie tak stać i się przyglądać..?- Zapytałam ze złością Vincenta i Paula.
-Nie pozwolił się wtrącać- Zaczął niepewnie Paul.
-To jego sprawa. Szanuję i nawet się nie wtykam- oznajmił Rodriguez.- Zresztą Tyler nie potrzebuje naszej pomocy: sam go rozwali. Poza tym; jakby nie było: jesteśmy już poza terenem szkoły- wzruszył ramionami.
-Jesteście obaj skończonymi debilami- burknęłam obrażona; patrząc na nich spode łba.
Michael wrócił do nas dziesięć  minut później. Na szczęście obyło się bez bójki. Jednak przeczuwałam; że i tak będą się bić: jeśli nie na pięści, to w inny sposób.
-Myślałem; że sobie coś ciekawego obejrzymy; a tu taka wielka lipa..- zauważył Paul; odpalając silnik Mazdy.
-Czyżbyś się go wystraszył; Michael?- Zapytał uszczypliwie Vincent.
-Nie; po prostu nie chcę tracić energii i czasu na takiego przygłupa- odparł spokojnie Michael.
-Jak to? Czyli z ustawki nici?- Dopytywał się Paul.
Michael pokazał Paulowi i Vincentowi jeden z kilku ich znaków; które stosowali; żebyśmy nie wiedziały o ich męskich tajemnicach.
Czułam kolejne kłopoty.
 ¥¥¥¥¥¥¥¥¥¥¥¥
 Popołudnie spędzaliśmy dziś  osobno. Ja i Tori wysiadłyśmy u mnie; a Michael z chłopakami pojechali do Paula pograć w nową strzelankę. Podejrzewałam; że to tylko pretekst do planowanej „ustawki” z Horse’em; ale zamierzałam udawać; że nic o tym nie wiem.
-Naprawdę myślisz; że Michael odpuścił sobie Horse’a?- Spytała Tori.
-A ty?- Odparłam powątpiewająco.
-Ani trochę- oznajmiła z przekonaniem.
-To tak; jak i ja- potaknęłam; gdy coś wpadło na mnie z impetem.- Clarissa, na miłość boską; co ci się stało…??- Zdumiałam się patrząc na jej podbite oko i kilka zadrapań.
-Jason mnie pobił; ale musiałabyś go teraz widzieć; Cally- oświadczyła z dumą.
-Jezu Chryste… Co tu się stało; na Anioła??- Jęknął załamany Luca Raven przyglądając się swojej córce.- Dzień dobry; Tori- przywitał moją przyjaciółkę.
-Dzień dobry, panie Raven..
-Twoje dzieci chyba znowu mają za dużo energii- zauważyła ciotka Sussan zbolałym głosem; wychodząc z kuchni z chusteczką lodu przy oku.
-Nie zapominaj; że to także twoje dzieci- odparł z uśmiechem na zaczepkę mój ojciec chrzestny.- Boże; tobie też coś się stało…?- Zapytał podchodząc.
-Przejechałam się na jednym z samochodzików; które twój syn wszędzie rozwala i zapierniczyłam… We framugę drzwi- syknęła boleśnie; gdy odsunął lód; by obejrzeć siniec.
-Tu jesteś; ty łamago…- burknął zły Jason na siostrę; biegnąc po schodach.
-Następna ofiara wojny domowej przylazła- jęknął wujek Luca zniecierpliwiony; wyciągając z ręki syna drewniany flet; prawdopodobnie przyczynę siniaków Clarissy.- Oboje marsz do salonu i kara na pewno was nie minie- oznajmił surowo. Zauważyłam, że dłoń miał owiniętą jakimś kawałkiem materiału.- Jeśli się dowiem; które z was wymyśliło ten numer w garażu; kara będzie dwumiesięczna- oznajmił zaganiając dzieci do salonu; a wraz z żoną (albo jeszcze-żoną) poszedł do kuchni.
-Trochę mnie tu nie było; a już dom jest wywrócony do góry nogami- westchnęłam ciężko prowadząc Tori na górę.- Obraz nędzy i rozpaczy..- pchnęłam drzwi mojego pokoju.
-Dzieci mają czasem głupie pomysły; żeby spróbować sprowadzić rodziców na rozsądną ich zdaniem drogę..- odparła Tori z westchnieniem.- Byłam taka sama; gdy moi rodzice mieli się rozwieść. Też próbowałam na siłę wszystko naprawiać; bo tutaj ewidentnie na to wygląda..
-Pewnie masz rację…- westchnęłam cicho.- Wybrałaś już suknię?- Zmieniłam szybko temat.
Tori machnęła ręką zrezygnowana; padając na moje łóżko z rozpędu.
-Nie mam pojęcia na co się zdecydować…- odparła wyciągając z torby katalog.- One wszystkie są cudowne… Tylko; że ja znowu jestem piekielnie niska- zaczęła narzekać.
-Nie zrzędź. Gdybym mogła chętnie oddałabym ci parę centymetrów wzrostu; bo mnie w zupełności starczyłoby to twoje metr sześćdziesiąt..- szturchnęłam ją ze śmiechem.
-Taa; śmiej się śmiej- burknęła odrobinę zła.- Nie jesteś za wysoka; ani za niska..
-Metr siedemdziesiąt dwa to nie jest za wysoka miara?- Jęknęłam słabo.- Jestem tylko trochę niższa od Michaela…
-Jakieś sześć centymetrów. Ja przy Vincencie wyglądam jak krasnoludek- burknęła niezadowolona
-Ciesz się; że Vincent już więcej nie urośnie- rzuciłam parskając śmiechem.- Naprawdę masz powody by narzekać..- jęknęłam przeglądając katalog.
Zapadła chwila milczenia.
-Wiesz; co…?- Zapytała niepewnie.
-Aha?- Zachęciłam ją; by mówiła dalej.
-Wydaję mi się; że Vincent za bardzo się spieszy z tym wszystkim…- zauważyła powoli, z namysłem.- Martwię się, bo mam takie… Mam wrażenie; jakby chciał odwrócić od czegoś moją uwagę- zwierzyła mi się nagle.
-Lepiej; żebyście nie wciągali jej w sprawy Stowarzyszenia i nie mieszali jej w głowie. Dość już przeszła- Powiedział zimno Vincent Rodriguez.- Ostatni raz wam pomagam i się rozstajemy; panie Angello.- Kroki Vincenta przy drzwiach.
-Co chcesz powiedzieć przez: „odwrócić od czegoś moją uwagę”?- Spytałam powoli; nie dając po sobie poznać, że wiem o co jej chodzi.
-Jakby… No nie wiem..- Tori zastanowiła się nagle.- Jakby wycofywał się z jakiegoś trefnego interesu; zanim zaliczy wpadkę..
Jesteś blisko; ale nie zbyt blisko; Tori.
-Callisto; jeśli coś wiesz, albo słyszałaś… (no nie mam pojęcia!) …powinnaś mi powiedzieć; proszę… Ja cholernie się o niego martwię…- posłała mi blagalne spojrzenie.
-Gdybym coś wiedziała, dowiesz się o tym pierwsza; Tori..- skłamałam z wyjątkowym spokojem; obejmując przyjaciółkę.
Jednak nic się nie zmieniłaś;
Nadal kłamiesz bez mrugnięcia okiem; Cally

Och; przymknij się: wampirze
Długo zamierzasz być tak samo bezdusznym łowcą wampirów; jak twój ojciec?
Zamilcz; przeklęta pijawo…
Przecież kochasz Tori; jak siostrę.. Czy wobec rodziny też potrafisz tak perfekcyjnie łgać; Callisto Anabelle…?
Stul jadaczkę; nudzisz mnie…
-Dzięki… Wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć- powiedziała z wdzięcznością.
-Dla przyjaciół to drobiazg- odparłam, nadal maskując kłamstwo promiennym uśmiechem.- Zresztą wiesz; że faceci inaczej pokazują, że się z czegoś cieszą- zauważyłam lekko.
-Może i masz rację; a ja jestem tylko przewrażliwiona..- westchnęła.
***
Tori wyszła koło siódmej; podjechał po nią Paul. Michael został u siebie; bo miał pomóc w czymś ojcu. Zatem zostały mi lekcje; książki lub jakiś film.
Czytałam akurat jakąś książkę; siedząc w fotelu w kącie pokoju; gdy usłyszałam z kuchni piski Clarissy; opatrywanej przez wujka. W pobliżu na stoliku leżała szachownica z ułożonymi na niej pionkami. Czarne figury- my wykonaliśmy już swój ruch.
Angello królem; Rada królową; hetmanem ja; reszta figur to inni łowcy gotowi zginąć w imieniu Stowarzyszenia.
Czas na jego ruch; kimkolwiek jest ten; który przesuwa białe figury po polu…
Czy na pewno to Rada Wampirów jest tu królem; a Ona królową…?- Muszę to dokładnie przemyśleć…
 ***
Luca Raven siedział przy stoliku i przeglądał jakieś dokumenty.
-To prawda; że zamierzasz grać według jej reguł?- Zapytał patrząc na mnie znad segregatora.
-Jeśli od tego zależy spokój miasta to tak; zamierzam- odparłam nadal z nosem w książce.
-Co; jeśli naprawdę (tak; jak podejrzewa Angello) jesteś w niebezpieczeństwie?- Zapytał ostrożnie.
Powoli odłożyłam książkę na podłokietnik fotela i spojrzałam nań kocim wzrokiem.
-Myślisz; że bez karty przetargowej ta gra ma jakiś sens?- Odpowiedziałam pytaniem.
-I mam rozumieć; że tą „kartą” jesteś ty?- Spytał retorycznie. Westchnął ciężko.- Nie udawaj bohaterki, bo za dużo tym ryzykujesz; Callisto Anabelle.. Powinnaś się z tego wycofać; póki nie jest za późno- powiedział z troską.
-Tu nie chodzi o granie bohaterki; wujku- oznajmiłam cicho i spokojnie.- Chcę po prostu dowiedzieć się prawdy o tamtej nocy i…
-Nie możesz zostawić tego w spokoju i żyć dalej?- Zapytał niechętnie.
-Jak? Powiedz mi; jak mogę się tym nie przejmować, skoro mój ojciec- nie wiadomo jakim cudem- przeżył… Dlaczego nie dawał znaku życia i po co zaaranżował własny pogrzeb?- Zapytałam z naciskiem.- Czemu się ukrywał? Nawet nie wiesz; w ogóle nie pytasz: co przeżywałam; kiedy  zobaczyłam go żywego na oczy..
-Dla mnie to też był szok. Spotkać własnego brata żywego to… To okropne przeżycie; Callisto- odpowiedział cicho. Przerwał na moment.- Gdybym wiedział o tym wszystkim… Właściwie… Sam nie wiem; jakbym się zachował- dodał niepewnie.- To nie oznacza jednak; że musisz podejmować ryzyko; od którego może zależeć twoje życie; Callisto- powiedział cierpliwie.
-A ty…? Ty możesz ryzykować życie swojej rodziny? Możesz bawić się uczuciami dzieciaków? Zdajesz sobie sprawę, że one boją się; że… Że przestaniesz je kochać po rozwodzie z żoną?- Wybuchnęłam zła.
-Nie przestanę. Dobrze wiesz; że żaden rodzic nie przestaje od tak kochać własnych dzieci- odparł z naciskiem; próbując nie pokazać po sobie niezadowolenia z tego, że wtrącam się w jego życie.
-Ja to rozumiem; ale oni są jeszcze za mali, by zrozumieć sprawy dorosłych; wujku- odparłam wstając. Usiadłam przy stoliku i wzięłam jego prawą  dłoń w swoje.- Może i nie lubię ciotki; ale… Może powinniście z tym poczekać; póki Clarissa i Jason trochę nie podrosną..-  powiedziałam ważąc słowa.
Piwnooki patrząc w okno milczał.  Pewnie zaczął się wreszcie zastanawiać nad tym; czy ta decyzja jest rzeczywiście właściwa. Rozmawiając; odruchowo zaczęliśmy grać w szachy.
-Może masz trochę racji…- odezwał się po długiej ciszy. Kątem oka dostrzegłam znikającą w szparze drzwi postać ciotki. Clarissa zagoniona przez matkę poczłapała w puchatych kapciach-króliczkach do kuchni.
-Może masz rację; że powinienem to na spokojnie przemyśleć.. Oboje powinniśmy..- westchnął ze zmęczeniem; przesuwając skoczka po polach planszy.
-Wreszcie powiedziałeś coś mądrego; wujku- uśmiechnęłam się bijąc kolejne dwie figury.
-Powinnaś bardziej cenić swoje życie; Callisto- odezwał się pełen  cierpliwości.- Twoja matka na pewno nie chciałaby; żebyś tak postępowała.. Jesteś…
-Uparta; jak mój ojciec: to chciałeś powiedzieć?- Spytałam patrząc nań spod oka.
-Szczerze mówiąc: tak właśnie chciałem powiedzieć. Szach-mat; bratanico; kolacja już pewnie gotowa- rzucił wstając.
Moja gra dopiero się rozpoczęła; wujku…

Vincent Rodriguez; kapitan szkolnej drużyny koszykówki; licealista pierwszego roku.
-Po co chciałeś się spotkać; Shian? Nie mam czasu- rzuciłem sucho; wysiadając z czarnego Nissana.
Chłopak z opaską na oku odbił się od ściany rozwalonego budynku i stanął prosto spoglądając na mnie.
-Długo zamierzasz się bawić z tym Angello?- Zapytał równie chłodno; popijając z butelki piwo.
-To nie zależy od ciebie. Rada na razie się przyczaiła i nie spieszy się z rozkazami- oznajmiłem obojętnie.- Muszę czekać aż, z łaski swojej, ruszą dupska; psia mać.. Już powoli mnie to nudzi…- Ziewnałem przeciągając się.- Powolne interesy są zazwyczaj trefne. Jeśli Rada się nie pospieszy; będę musiał się wycofać.
-Nie możesz się wycofać. Jeżeli Corvin się o tym dowie, będziesz trupem; a twoja narzeczona zostanie sama. Co wtedy?- Zakpił.- Zresztą nie ty rozdajesz tu karty, więc lepiej czekaj na swoją kolej.
-Nie interesuj się za bardzo moim życiem; Shian: dobrze ci radzę- zagroziłem zimno.
Shian uśmiechnął się krzywo podrzucając pustą butelkę.
-Ja cię tylko ostrzegam: im bardziej będziesz cierpliwy; tym dłużej twoja siostrzyczka…
-Ty…! Tylko ją tknijcie palcem, a..- Warknąłem dopadając doń.
-Na razie jest bezpieczna; ale jeśli spróbujesz wyciąć jakiś numer…- nieprzyjemny uśmieszek na jego twarzy się poszerzył.
-Jeśli ją tkniesz, zabiję… Zresztą chcę mieć pewność; że Juanita jest cała i zdrowa- zmieniłem ton.
Nie mogę ryzykować życia siostry…
Nie zgodziłem się robić za psa; żeby ją teraz stracić…
Nie mogę jej stracić..
Ale, czy to w porządku zdradzać przyjaciół; Caramelo?- Wspomniałem słowa własnego ojca, imieniem Octavio.Nazywał mnie pieszczotliwie Karmelkiem, czego wręcz nienawidziłem.
-Chcę wiedzieć chociaż; że żyje i dobrze ją traktują- powiedziałem prosząco.
Nie byłem tak silny; jak Callisto, czy Michael… Nie potrafiłem ukrywać swoich uczuć i pozwalałem sobą manipulować tak, jak oni tego chcieli.
Wszystko dla mojej ukochanej młodszej siostrzyczki…
Michael Tyler; uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów…
Celowo poszedłem za Rodriguezem. Nie ufałem mu ani trochę; ale…
Słysząc całą tę dziwną rozmowę z Shian’em i wiedząc; że Vincent robi to tylko dla swojej siostry i Tori… Zrobiło mi się lżej na sercu.
Z drugiej strony Rada Wampirów za wszelką cenę chciała pozbyć się Angello; co trochę mnie zaskoczyło.. Co wampiry chcą przez to zyskać? Jaką mieliby korzyść z tego; że Angello zginie?
Nie ten przewodniczący to następny, a do wyboru nowego przewodniczącego władzę nad Stowarzyszeniem objęłaby…
-Callisto…- szepnąłem ze zdumieniem.
Angello musiał wiedzieć, że coś jest na rzeczy; skoro mianował Callisto na swojego zastępcę.
Myślenie wzbiło się na wyższe obroty:
      Dajmy na to: Angello ginie. Callisto jako jego zastępca przejmuje władzę w Stowarzyszeniu (co prawda na pewien czas)… Jednak…
      Jeśli wybory na nowego przewodniczącego…
      Nie… Angello inaczej rozegrałby tę grę. Wybory wyborami; ale jeśli zostawiłby (a na pewno by to zrobił) list opatrzony pieczęcią Stowarzyszenia- ten zapewne zostałby (po jego śmierci) otwarty na Radzie Łowczych i…

    Angello zapewne mianowałby wówczas na nowego przewodniczącego właśnie Callisto…
Nie… Niemożliwe…
Rodriguez nie zamierza szkodzić Callisto, jeśli ta nie wejdzie mu w drogę.
Wstałem i ruszyłem w drogę powrotną i wpadłem na Luciana. Szedł paląc papierosa, w dłoni trzymał jakiś czarny stary klucz i patrzył nań w zastanowieniu.
Gdy na siebie wpadliśmy; poczułem że właśnie wpadłem po uszy. Cofnąłem się gwałtownie; ale chwycił mnie szybko za kołnierz płaszcza i w mgnieniu oka oparł mnie o mur.
-Ani słowa; Michael- szepnął bezgłośnie kładąc palec na ustach.
-Z kim ty właściwie trzymasz?- Zapytałem ruchem warg.
Czarne; jak węgiel oczy błysnęły chłodnym błękitem- zamiast klucza w dłoni Luciana zobaczyłem długi i wyglądający na ciężki, piękny miecz.
Tatuaż na jego dłoni się zmienił: tę okropną gwiazdę w kręgu zastąpił napis w jakimś starym języku.
-Ani drgnij- rozkazał nadal samymi wargami i spokojnym krokiem ruszył zza węgła w stronę rozmawiających Shian’a i Vincenta.
-Odnowiłeś przysięgę wobec tej dziewczyny?- Spytał Shian z jadem w głosie.
-Już dawno powinienem zabić was obu; Astaroth- oznajmił Lucian przysuwając czubek ostrza do gardła przyjaciela.
-Nie jesteś w stanie pchnąć miecza; Mika’el.. Jesteśmy braćmi..- Znałem skądś ten przesłodzony ton głosu.- Po co do niej wróciłeś…? Żeby znów cierpieć? Ona kolejny raz cię odtrąci; Mika’el…
-Zamknij się…- warknął ostro Lucian przyciskając czubek ostrza do gardła Shian’a.- Bądź cicho…
-Ona nic do ciebie nie czuje. Chcesz, żeby znów cię wykorzystała i porzuciła..?- ciągnął obłudnym tonem Shian; a Vincent ostrożnie zaczął się cofać, nic z tej sytuacji nie rozumiejąc.
Lucian zadrżał; przez zaciśnięte zęby wydobył się rozkaz:
-Zamknij się!- Powiedział z niespotykaną dotąd siłą.- Nie jesteśmy braćmi; a twoje słowa są tylko kłamstwami. Obrzydliwymi kłamstwami..- odparł, z trudem powstrzymując drżenie ręki trzymającej broń.- Giń; przeklęty demonie- Lucian odsunął rękę z bronią by zadać cios.
Pchnął miecz do ataku; ale wtedy, w ostatniej sekundzie pomiędzy nimi wylądowała dziewczyna nazywana przez nich Doll.
-Gabriel, nie…
Lucian nie był już w stanie wyhamować klingi. Ostrze wbiło się w jej ciało po rękojeść; po głowni spłynęła ciemnoczerwona krew.
-Widzisz; bracie?- Shian uśmiechnął się pogardliwie; patrząc na upadającą w ramiona Luciana Doll.- Nawet śmiertelni nie mogą się oprzeć mojemu urokowi…
Lucian wpatrywał się rozszerzonymi z przerażenia tym, co się właśnie stało, oczami. Runął na kolana z nią w ramionach.
-Nie…- wyjęczał oszołomiony i zrozpaczony trzymając jej twarz w swojej dłoni.- Błagam, nie… Zostań tu ze mną..! Nie odchodź.. Dlaczego..??!!- Jego krzyk bólu poniósł się echem.
Miecz zmieniając się spowrotem w klucz upadł na chodnik; ale Lucian patrzył już tylko w czarne niebo.
Shian rzucił mu ostatnie pogardliwe spojrzenie i odchodząc rzucił:
-Jak można kochać i chronić coś tak słabego i obrzydliwego, jak ludzie… Jak można się przywiązać do czegoś takiego…
Odchodzącego Shian’a przesłoniły jakieś płomienie; gdy się rozstąpiły jego już nie było.
Wyszedłem zza węgła i przyklęknałem przy Lucianie; kładąc mu dłoń na ramieniu. Strząsnął ją w milczeniu nadal patrząc w twarz martwej Doll.
-Otoha…- Powiedział spokojnym szeptem; wstając wziął jej bezwładne ciało na ręce i ruszył drogą.
-Dokąd idziesz?- Zapytał Vincent cicho.
-Wracam do służby przy boku Panienki…- oznajmił cicho Lucian.
-Jakiej panienki; o czym ty…- zaczął zdumiony Vincent.
Wtedy dostał ode mnie w twarz.
-Tori dowie się teraz o wszystkim; śmieciu..- oznajmiłem lodowato.- Jesteś niczym innym; jak zwykłym żałosnym śmieciem, a ja miałem cię za przyjaciela- minąłem go; nawet nie zaszczycając spojrzeniem.- Nie zbliżaj się do dziewczyn; inaczej źle skończysz. Może wtedy zobaczysz swoją siostrę.. Tam, po Drugiej Stronie.
Nie wiem, dlaczego to powiedziałem. Z jednej strony rozumiałem jego poświęcenie i współczułem mu; a z drugiej targała mną taka wściekłość i nienawiść; że mógłbym bez wahania go zabić. Ruszyłem w swoją stronę.
Callisto Raven; postrach ogólniaka…
Dzwonek mojej komórki odrywa mnie od przeglądania dokumentów od Angello. Wyświetlacz pokazuje zdjęcie Michaela. Odbieram natychmiast.
-Co tam?- Pytam ciepło.
-Margherita; za dwadzieścia minut. Tori i Paul przyjadą po ciebie. Mam wam coś ciekawego do powiedzenia- Nigdy nie słyszałam; żeby Michael mówił w ten sposób.
-A Vincent??- Zapytałam. Rozłączyło nas.- Michael.. Michael, jesteś tam?? Cholera.. Wsunęłam telefon do kieszeni dżinsów; ubrałam buty; założyłam na pasku kaburę z bronią i biorąc kurtkę wyskoczyłam z pokoju oknem.
Wylądowałam twardo na ziemi tuż przy podjeżdżającej Maździe. Wsiadłam do auta.
-Michael zadzwonił do ciebie?- Zapytał Paul.
-Tak. Wiesz może, o co chodzi?- Odpowiedziałam pytaniem.
-Myślałem; że tobie powiedział coś więcej- odparł zdziwiony.
-Właśnie w tym problem, że nie- odparłam szybko. Nie spodobało mi się dziwne milczenie ze strony Tori. Cicho siedziała z przodu i patrzyła na drogę.
-Na pewno chodzi o Vincenta- odezwała się nagle cicho.
***

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz