poniedziałek, 22 stycznia 2018

Hunter II Bloodlust ~Sin Rozdział VII: Militiae species amor est -Służba-

Spałem i śniłem, że życie jest radością.
Obudziłem się i zobaczyłem, że życie jest służbą.
Zacząłem służyć i zobaczyłem, że służba jest szczęściem..
Budzik zrywa mnie ze snu. Uderzam głową w półkę nad łóżkiem i przeklinam soczyście.
Jak sobie życzysz..- Nie mam pojęcia; co mnie podkusiło, lub zmusiło; bym wypowiedział te słowa.
Ubieram szkolny mundurek pakując plecak. Wpadam do łazienki i ze szczoteczką w ustach zaciągam krawat koszuli- wolę to zrobić zanim Callisto się do tego dobierze…
Uśmiecham się do swojego odbicia. Wtedy znów to się dzieje…
-Tak, moja pani..- rzucam krótko z dłonią przy samym sercu.

Co tu jest grane…??- Zastanawiałem się idąc w stronę domu Callisto.
W międzyczasie, dom Ravenów.
Rączka szczotki do włosów wypada mi z ust. Wpatrzona w taflę lustra szeptam z uczuciem:
-Tak; mój panie- składam prawą dłoń na piersi.
Nagle ocknęłam się z tego dziwnego stanu i podbiłam upadający przedmiot butem. Przecięłam dłonią powietrze łapiąc szczotkę.
-Nie podoba mi się to wszystko…- mruknęłam w zastanowieniu. Czesząc włosy ciągnęłam przez słomkę drugą paczkę transfuzyjnej- (znów ktoś grzebie przy pokrętle zamrażalnika!!)- i zastanawiałam się; dlaczego powiedziałam te dziwne słowa.
Tak, mój panie…
Czy to coś znaczy; czy jednak mój upadek do poziomu D jest już tylko kwestią czasu..? Sama w tamtej chwili nie wiedziałam, co o tym wszystkim myśleć.
Przypomniało mi się to dziwne zachowanie naszych opiekunów w budynku Stowarzyszenia. Być może to ma coś wspólnego z tym moim dziwnym stanem…
-Być może…- położyłam palce w miejscu pieczęci na szyi. Nagle przymknęłam oczy i zaśmiałam się cicho z własnej głupoty.- To szaleństwo.. Głupiutka Callisto- prychnęłam.
Wychodząc z łazienki wpadłam z impetem na Michaela. Nie zdążył złapać równowagi i oboje wylądowaliśmy na łóżku- ja na nim.
-Gdyby ktoś nas teraz zobaczył; nie wykręcilibyśmy się z tego..- zauważyłam z sarkazmem. Napotkawszy z jego strony milczenie spojrzałam nań uważnie. Zielone oczy pałały dziwnym blaskiem.
Tak błyszczące światło widziałam tylko raz.
W twoich oczach; Grace… Pamiętasz swój tryumf tamtej nocy..?
-Nie zwariowałem..- Michael przewrócił się na łóżku; wylądowałam pod nim. Roześmiał się z mojej głupiej miny- naprawdę musiałam wyglądać głupio- i pocałował mnie delikatnie.
Wtedy to znowu się stało…
Znów ktoś włożył te dziwne słowa w nasze usta..
Luca Raven oparł się o framugę drzwi mojego pokoju i; gdyby nie upadająca z hukiem jedna z butelek, nic byśmy z Michaelem nie zauważyli.
Wtedy dostrzegłam; że to nie mój chrzestny stoi w drzwiach; lecz jego brat (uderzająco zresztą podobny) Alec. Jego twarz pobladła jak prześcieradło; oczy otworzyły się szerzej; a usta i poza zastygły w wyrazie głębokiego osłupienia; lub wręcz szoku.
-Alec…?- wujek Jonathan szybko złapał drugą butelkę i pomachał starszemu bratu dłonią przed nosem.- Alec; co ci jest??- Nie odważył się skomentować tej dziwacznej sytuacji między mną i Michaelem.
Wreszcie porządnie zdenerwowany trzasnął bratem o ścianę przy drzwiach. Alec nadal blady, jak ściana osunął się po niej na podłogę, gdzie usiadł w milczeniu z drżącymi ustami. Usłyszałam, że szczęka zębami.
-Luca, przyjdź tutaj! Szybko..!- Zawołał ostrym tonem Jonathan.
-Co jest grane.? Alec… Do diabła…- Luca zajrzał do pokoju. Nie widząc nic niepokojącego przyklęknął przy bracie i obejrzał go.- On się cały trzęsie… Co mu się stało??- Podniósł wzrok i spojrzał mi w oczy.- Callisto wiesz; o co tu chodzi..?
Próbowałam się z tego jakoś wykręcić; ale wpędziłam się w jeszcze większy syf.
Michael nie odzywał się.
-Milczysz. To niepokojące..- zauważył wujek Jonathan, zwracając się do chłopaka.
-Nie podoba mi się to.. Alec musiał coś wyczuć, zawsze był szybszy od nas- Luca nakazał Jonathanowi gestem odprowadzić brata do sypialni.
-Zatem: Callisto…- spojrzał na mnie.- Michael..- przerzucił wzrok na zielonookiego- …co macie mi do powiedzenia?
-My…?- Zapytałam niewinnie; chrzestny zmroził mnie wzrokiem.
Przez ostatni tydzień wiele się wydarzyło. Nadal byłam w kręgu podejrzanych w związku ze śledztwem związanym z podpalaczem. Mistrz odzyskał przytomność w szpitalu; jednak nie bardzo pamięta, kto i czym mu przyłożył. Prowadzimy także swoje śledztwo na temat Kundli Archanioła, w międzyczasie czyszcząc listę tych do odstrzału w czym bardzo nam ostatnio przeszkadza godzina policyjna i włóczące się wszędzie patrole. Wychowawczyni opłakuje męża- dla ścisłości wampira, który chciał mnie zabić. Pozostaje jeszcze Rafael i ten dziwny dzieciak (zlecenie); którego za cholerę nie możemy znaleźć.
No i jeszcze to…
-Chyba powinniśmy powiedzieć prawdę; Callisto..- odezwał się Michael z zastanowieniem.
-Prawdę o czym?- Podjął piwnooki przyglądając się nam.
-Zaraz spóźnimy się do szkoły; wujku..- odparłam trochę poirytowana.
-Coś nie tak; Luca..?- Odezwał się głos z korytarza. Zawtórował mu stukot butów na podłodze.
Michael zaklął ledwie słyszalnie, słysząc głos swojego ojca.
-Nie myślałem, że kiedykolwiek to powiem; ale cieszę się, że cię widzę, Armand- odparł moj chrzestny nieco zmieszany.
-Lepiej nie ciesz się za wczasu; Luca.. Moc twojej bratanicy zaczyna wariować zupełnie, jak jej druga natura..
-O co panu chodzi?- Pytam wolno; nic z tego nierozumiejąc. Trochę się przestraszyłam, ale położył mi dłoń na ramieniu, mówiąc uspokajająco:
-Spokojnie, to prawdopodobnie przez tą „więź”- Uspokoił mnie szybko.
-A to; co się stało z wujkiem..?- Zaniepokoiłam się.
-W porządku; Cally. Alec ma się już lepiej- oznajmił czarnowłosy Jonathan.
-Efekt odstawienny, taa?- Jęknął Luca.
-Zawsze był od nas lepszy. To jest właśnie gorsza tego strona- Armand spojrzał na drzwi których trzymał się Alec.
-Odczep się; Armand- prychnął uśmiechając się słabo; lecz szczerze.
-To nic takiego; że jesteś taką panieneczką- zakpił ojciec Michaela; przekomarzając się.
-Wal się- burknął Alec.
-Dokop leżącemu, Armand. Śmiało- rzucił z ironią Jonathan, Zarobił szturchańca od Aleca. Luca westchnął przewracając oczami.
-Nie.. Wy jesteście w tym najlepsi; nie chcę zabierać wam uciechy- rzucił udając obojętność.- A wy chyba naprawdę coś ukrywacie; prawda?- Zmierzył nas oboje uważnym spojrzeniem.
W tym wypadku to pytanie oznaczało jedno: nie wymówicie się szkołą…
°°°
Wieczór tego samego dnia; ponure ulice biedniejszej dzielnicy miasta.
-Nie cierpię slumsów- mruknął Michael ze złością; obracając w dłoni jakiś breloczek.
-Taka praca- odparłam z westchnieniem.- Szczury doniosły; że widziano tutaj tego dzieciaka.
-A może nasze szczury się mylą?- Zasugerował z nadzieją; widząc moje ostre spojrzenie wzruszył ramionami, mówiąc- Nie było tematu.
Szliśmy brudną, krętą uliczką, jak każda w tej dzielnicy; rozglądając się nie zauważyliśmy niczego podejrzanego; czy niezwykłego. Grupka pijaków; trzymająca się na uboczu ‚trudna młodzież’; ludzie żebrzący o pieniądze- taka była codzienność tej dzielnicy; którą większość mieszkańców miasteczka zwała krótko gettem.
-Patrzcie! Przyszła szlachta- rzucił głośno jeden z pijanych mężczyzn.
-Nie zwracaj na nich uwagi- pouczyłam Michaela cicho.- Oni tylko czekają, żeby kogoś sprowokować.
-Hej; lalunia! Tam na dole też jesteś tak samo chłodna; jak twój wyraz twarzy?- Rzucił inny.
Wszyscy obserwowali nas nieprzychylnie i pogardliwie.
Michael zacisnął zęby; z trudem się powstrzymując od odpowiedzi na zaczepki i kąśliwe uwagi.
Jeden z nastolatków prychnął kpiąco; patrząc w stronę pijaków. Z jego ust wyszedł kłąb dymu, w jednej dłoni trzymał papierosa; upił kolejny łyk piwa.
-Zawrzyj ten zachlany pysk; póki grzecznie proszę; Snake- rzucił chłodno i z groźbą; leżący wygodnie na niskim murku chłopak mierząc mężczyzn spojrzeniem czarnych jak noc oczu. Na wierzchu prawej dłoni widniał jakiś tatuaż.
-Bo co; szczeniaku??- Odwarknął tamten.
Czarnooki wyciągnął zza murka kolejną butelkę piwa; otworzył ją przy użyciu zapalniczki i upił spory łyk. Wyrzucając niedopałek odparł krótko:
-Bo inaczej nawet szczekał będziesz na rozkaz; ścierwo- odparł chłopak lodowato, a jego oczy błysnęły, gdy na nas spojrzał.- Ej; wy! Czego tu szukacie?- Zwrócił się do nas ostro.
-Nie twoja sprawa, śmieciu- oznajmiłam równie chłodno. Mijając go nawet nie zaszczyciłam go spojrzeniem.
Czarnooki wyciągnął się na murku i wstał powoli. Szedł ku nam- Michael sięgnął za pazuchę, oparłam mu rękę na ramieniu.
-Nie lubimy tu obcych, więc radzę wam stad iść dla waszego bezpieczeństwa- powiedział spokojnie czarnooki.
-Chcemy tylko dowiedzieć się pewnej rzeczy- wyciągnęłam zza pazuchy dokument zlecenia i pokazałam mu zdjęcie chłopaka.- Widziałeś go tutaj?- Zapytałam.
Czarnooki spojrzał na fotografię.
-Nie znam, nie pomogę wam- powiedział beznamiętnie; upijając kolejny łyk alkoholu. Zwrócił się w stronę swoich.- Ej, Shian- rzucił krótko.
Chłopak podrzucający pustą butelkę zwrócił wzrok na naszego rozmówcę i podszedł pozostawiając butelkę na murze. Powoli spojrzał na fotkę.
-Nie wi.. Czekaj; coś mi świta- powiedział wolno.- Ten dzieciak kręcił się tu kilka dni temu; jakoś po północy.- Nagle złapał mnie za rękę.
Michael automatycznie wyciągnął pistolet i przyłożył lufę do łba Shian’a. Odbezpieczył broń.
-Michael- rzuciłam wolno.
-Chciałbym tylko zauważyć; że nosił podobny sygnet, jak ten- Shian puścił moją dłoń i cofnął się lekko; Michael zabezpieczył broń i wsunął ją za pazuchę.- Nie jesteście z policji..- stwierdził, poprawiając opaskę na lewym oku; jakby chciał coś ukryć.
-Nieważne z jakiej organizacji jesteśmy- oznajmiłam obojętnie.
-Czasem lepiej nie wiedzieć- zgodził się Shian. Przeciągnął się aż mu kości zatrzeszczały i ziewnął przeciągle.
-Zbierz chłopaków; rozejrzymy się- rzucił czarnooki.
-A co z nimi?- Shian wskazał niechętnym ruchem głowy pijaczków.
-Byle nie wchodzili nam w drogę; to będzie dobrze- powiedział czarnooki wpatrując się w wylot drogi.- Ściągnij też Doll, przyda się- uśmiech przemknął przez twarz czarnookiego, ale jego oczy pozostały zimne, jak lód.
-Przyjąłem- oznajmił Shian, zawiązując granatowy szal. Zasłonił twarz i pobiegł w stronę, z której przyszliśmy.
-Dokąd on idzie?- Zapytał Michael ostrożnie.
-Zapewnić wam ochronę; ta dzielnica jest niebezpieczna- odparł
czarnooki chłopak. Patrzył na księżyc przez dłuższą chwilę; w zastanowieniu. Zapalił kolejnego papierosa.- Cholerna niedola- rzucił do swoich myśli.- Przepraszam, nie przedstawiłem się: Gabriel Mikaelis.
Dopiero teraz zauważyłam, że ma delikatne dłonie: z długimi palcami i zadbanymi czarnymi paznokciami (który facet maluje paznokcie.?); niepasujący do tych slumsów ubiór: czarne buty z wysoką cholewą i wąskie spodnie, a spod długiego przed kolana płaszcza (również jak reszta stroju w odcieniu czerni) widać było golf i puszczony luźno jedwabny szal. Oraz nienaganne maniery szlachty.
-Callisto, a to jest Michael- podałam Gabrielowi dłoń. Chłopak ucałował delikatnie moją rękę. Michael patrzył na to z niezadowoleniem.
-Nie wyglądasz mi na biedaka ze slumsów- stwierdził wprost Michael.
-Bo nie pochodzę stąd- odparł Gabriel, idąc wsunął dłonie w kieszenie płaszcza.
Zawrzyj ten zachlany pysk… Inaczej szczekać też bedziesz na rozkaz.- Usłyszałam jego głos.
-Więc jesteś arystokratą?- Zapytał znowu Michael, biorąc mnie pod ramię.- Nie chcę być nieuprzejmy; ale pasujesz do tej dzielnicy; jak..
-Wół do karety, wiem- skończył za Michaela czarnooki. Westchnął głęboko.- Byłem kiedyś arystokratą; ale to już przeszłość… Daleka przeszłość; o której nie chcę rozmawiać- zaciągnął się dymem, mówiąc te słowa wyjatkowo obojętnym tonem.- Coś raz utracone, nigdy już nie powróci..- powiedział jakby do siebie.
Słysząc melodię harmonijki spojrzał na dach jednego z rozlatujących się budynków. W pustej wnęce okiennej trzeciego piętra ruiny siedział chłopak z dłuższymi włosami i grał na instrumencie. Po chwili zeskoczył stamtąd i wylądował w kupie worków wypełnionych śmieciami w jakimś kontenerze. Szybko z niego wyskoczył i przeklinając głośno; zatrzasnął klapę z hukiem. Jak nasz przewodnik; również ubrany był na czarno.
-Powiedz Snake’owi, żeby pilnował swoich pupili- prychnął z irytacją i kopnął mocno w kontener, z którego wydobyło się syczenie.- Co to za jedni?- Spytał z zaciekawieniem przyglądając się nam.
-Szukają tego małego intruza- odparł Gabriel wolno.
-Dziś jeszcze się tu nie szwendał..- stwierdził podejrzliwie długowłosy.- Ale; znając życie.. A tak w sumie, Undertaker gdzieś zniknął.
-U-Undertaker??- Zrobiliśmy chyba głupie miny, bo chłopak zachichotał.
-Myślałem, że właśnie z nim gadam. Naprawdę nie mogę was odróżnić od siebie..- mruknął Gabriel.
-Nie tylko ty. Większość nazywa mnie ksywą brata- chłopak wzruszył delikatnie ramionami.
-A ty jesteś…?- Zapytałam powoli.
-Mój przyjaciel Raphael- przedstawił czarnooki.
-Death- wpadł mu w słowo szafirowooki.
Drgnęłam nagle.
-Ktoś nadchodzi.- Usłyszałam świst broni i w ostatniej chwili odskoczyłam, robiąc salto wylądowałam na kontenerze. Widząc uciekającego wampira zaczęłam strzelać. Opar mgły zniknął nagle.- Hęęę? Chybiony?- Jeknęłam zawiedziona i zdziwiona.
Gabriel i Death spojrzeli zdumieni na broń w mojej dłoni.
-Ktoś jeszcze się tu szwenda..- zauważył długowłosy chłodno.- Pójdę przodem- rzucił biegnąc.
-Dokąd?- Zapytał chłodno Gabriel; złapał przyjaciela za ramię i osadził go w miejscu.
-Cholerna zaraza..- burknął cichy głos.- Kolejnego sprzątnęła mi sprzed nosa.. Uch, niech cię diabli!- Warknął unikając ciosów. Umknął przed kijem. Z pewnym opóźnieniem zauważyłam; że to Bō- azjatycka broń obuchowa. Dziewczyna z sykiem rzuciła się na mężczyznę, który z braku sztyletu bronił się czym popadnie.
-Co?- Zapytała przeciągle.- Nie chcesz tańczyć, Gaijin?- rzuciła z pogardliwym uśmieszkiem zamiatając bronią w powietrzu.
-Co to jest; gaijin?- Spytał zdziwiony Michael.
-To obraźliwy zwrot, znaczy: „obcy”- rzuciliśmy równocześnie z Gabrielem; który spojrzał na mnie zdziwiony.
-Znam jednego Japończyka; który mi to wyjaśnił- wyjaśniłam.
Mężczyzna syknął z bólu i oparł się o jakąś ścianę. Przeskoczył kij i chwycił za koniec przyciągając dziewczynę. Wtedy jakaś doniczka spadła mu na głowę. Upadł puszczając broń.
Obaj podbiegli do dziewczyny; pytając chórem:
-Nic ci nie jest; Doll?- Odwrócili się słysząc stuk butów na asfaltowej nawierzchni.
-Dobry wieczór, przyszedłem tylko posprzątać..- rzucił uprzejmie głos z ledwie słyszalnym azjatyckim akcentem.
Opadła mi szczęka.
-Co ty tu robisz; Matsumoto..??- Wychrypiałam w osłupieniu.
Przybyły zsunął z twarzy wełniany szal, rzucając z uśmiechem:
-Mógłbym was zapytać o to samo; Karisuto- chan; Maikeru- san…
-Jak zwykle z upodobaniem przekręcasz nasze imiona- rzuciłam z ironią.
-Bo w oryginale połamałbym sobie zęby przy wymowie; sutāretto..- rzucił; a jego uśmiech się poszerzył. Z ucha Haruki zwisała słuchawka przenośnego odtwarzacza; z której płynęła metalowa melodia z mocną partią perkusyjną.
-Nie nazywaj mnie „gwiazdeczką” bo zatłukę- syknęłam z groźbą.
Doll schowała się za wyższym od siebie Gabrielem; obserwując zza jego ramienia chłopaka.
-Nie chowaj się; Otoha; już cię widziałem- rzucił krótko Haruka.
-Skąd ją znasz??!- Zapytał Death wrogo.
Przechodząc Haruka zaserwował leżącemu porządnego kopniaka w żebra, stanął przed chłopakiem mówiąc:
-Znam ją, ponieważ jest moją bliźniaczą siostrą- oznajmił spokojnie wpatrując się w chłopaka.
-Doll nie ma rodzeństwa- odparł niepewnie Raphael.
Dziewczyna opierając kij o ramię westchnęła.
-Posprzątaj i odejdź; Haruka- nakazała cicho; z trudem panując nad drżeniem głosu.
-On nie jest dla ciebie; Otoha- odparł Haruka patrząc nieprzychylnie na Gabriela.
Dziewczyna… Doll objęła Gabriela za szyję w milczeniu; unikając wzroku brata.
-Zostaw ją w spokoju- powiedział Gabriel niechętnie.
-Damare!: nie z tobą rozmawiam…- odparł lodowato Haruka, nadal wpatrzony w Doll, którą; ku zaskoczeniu wszystkich; nazywał po imieniu.- Wróć ze mną do domu; Otoha.. Ojciec życzyłby sobie…- zwrócił się do niej z prośbą.
-Ojciec? Ja już nie mam ojca; Haruka- odpowiedź Doll zaskoczyła nas wszystkich. Dziewczyna z irytacją otarła łzy z oczu.- Nigdy nie miałam ojca- puściła Gabriela i przeskakując najbliższą bramę zniknęła nam wszystkim z oczu.
Haruka westchnął smutno; obracając w palcach kawałek doniczki.
-Nie wierzę, że to ty obróciłeś moją własną siostrę przeciwko mnie..- powiedział cicho, podchodząc do leżącego. Poczęstował go kolejnym kopniakiem; warcząc zimno.- Wstawaj; pieprzona ofiaro!. Idziemy!- Podniósł go siłą i pchnął do przodu.
Gabriel patrzył za chłopakiem; aż ten nie zniknął we mgle.
-Sama wybrała między nami; Haruka… Militiae species amor est- Powiedział cicho patrząc za Haruką.
***
-Trochę tu bajzel… Nie spodziewaliśmy się nikogo..- wytłumaczył się uprzejmie Gabriel; sprzątając mały salonik.
-Z jakiego powodu Shian nosi opaskę na oku?- Wypaliłam nawet nie myśląc.
Gabriel zamarł z jakąś książką w dłoniach. Death spojrzał na drzwi. Zauważyłam odchodzącego Shian’a.
-To było nieuprzejme..- odezwałam się przepraszająco.
-Zwykle nikt tego nie zauważa..- powiedział cicho Raphael.- A i on sam omija ten temat.. Cholerne węże! Zaklął, nagle wskoczył na stolik.
-Nie widzieliście mojej Lady..?- Spytał ostrożnie wysoki mężczyzna: ten sam, który mnie zaczepiał na ulicy.
-Zabieraj stąd tę bestię; Snake- burknął Death nie spuszczając oczu z sunącego w jego stronę węża.
-Chyba cię polubiła; Death..- rzucił Snake próbując wytrącić Raphaela z równowagi.
-Zabieraj stad; kurwa; tego pierdolonego gada- warknął z przerażeniem Death.
Snake wyciągnął rękę w stronę węża. Gad zasyczał i zamachał jezykiem; po czym podpełzł owinął się wokół ręki właściciela; który wstał wolno.
-Trochę to koszmarne..- skomentował Gabriel umieszczając książkę na regale.
-Chyba chciałeś powiedzieć: obrzydliwe- odparł z niesmakiem Death.
-Przecież one są takie słodkie..- rzucił z rozmarzeniem młodzieniec; uniosł rękę, na której owinął się gad i spojrzał w ślepia Lady.
-To ty jesteś: Słodko. Słodko popierdolony- powiedział z naciskiem Death.
-Uważaj, bo zrobię z niej użytek; kiedy zaśniesz- zagroził Snake z mściwą satysfakcją ze strachu Raphaela.
-Nie przesadzaj; Snake..- powiedział niechętnie Gabriel.- Ja też nie ufam temu czemuś. Lepiej zabierz stąd to diabelstwo…- powiedział z niezadowoleniem.
-Spoko- rzucił Snake idąc ku drzwiom.
-Snake…- zaczął nagle Gabriel.
Chłopak z wężem zatrzymał się w progu; rzucając pytająco:
-Aha..?
-Doll już wróciła?- Spytał Gabriel.
-Nie widziałem- odparł Snake wychodząc.
Gabriel odesłał Snake’a, ruchem ręki prosząc żebyśmy usiedli. Michael oparł mnie o swoją pierś i założył mi rękę na talii, całując delikatnie w policzek.
Wiedziałam; że chcę bym była jak najbliżej niego. Gabriel patrzył na nas zamyślony, tak jakby nie czuł nic. Oczy nadal się nie zmieniły: wciąż były matowo czarne i pozbawione jakiegokolwiek uczucia. Death chciał objąć przyjaciela ramieniem, ale Gabriel spojrzał nań dziwnie i chłopak powstrzymał się od tej decyzji i zamiast tego podszedł do okna.
-Jesteście rodziną?- Zapytał czarnooki.
-Nie do końca..- odparłam powoli.
-Ale jesteście ze sobą blisko- stwierdził natychmiast.
Spojrzałam na Michaela; a on na mnie.
-Nie wiem; do czego zmierza ta rozmowa- odezwał się Michael przyglądając się czarnookiemu uważnie.
Gabriel otworzył jakąś szafkę i wyciągnął stamtąd butelkę wódki jakiś sok i cztery kieliszki.
-Dziękuję; ale nie pije- oznajmił Michael.
Gabriel podniósł wzrok i spojrzał mu w oczy.
-Skoro tak.. Callisto?
Skinęłam głową patrząc na butelkę obojętnie.
-Twój kolega cię nie pilnuje..- rzucił z ironicznym uśmiechem.
Michael objął mnie mocniej i spojrzał na Gabriela nieprzychylnie.
-Ufam jej- powiedział z chłodnym opanowaniem.
Gabriel wychylił kieliszek krzywiąc się.
-Ja też kiedyś ufałem. Komuś; kto wcale nie był tego wart- powiedział. Dłonią z tatuażem odgarnął włosy z oczu.
Milczałam wpatrując się w alkohol w kieliszku.
Co raz utracone nigdy już nie powróci..- w myślach wciąż krążyły mi słowa wypowiedziane przez Gabriela. Jego chłód i pozorna obojętność. Ukrywanie uczuć pod tą zasłoną.
-Jakbym skądś to znała..- Michael przytulił mnie jeszcze mocniej do siebie. Wychyliłam kieliszek.
-Ty..? Nie sądzę- odezwał się Death nadal patrzący przez okno.
-Wierz mi; niewiele wiesz o życiu; Callisto.. Niewiele wiesz- powiedział ponuro i z naciskiem Gabriel.
-Nie współczję ci Gabriel. Litość jest fałszywa i przereklamowana- odparłam lodowato.- I mylisz się; myśląc, że nic nie wiem o życiu.. To ty oceniasz książki po okładce.
-Łatwo jest oceniać innych, niż siebie, co?- Zapytał szyderczo Michael, patrząc na Raphaela.
-Tego nie powiedziałem..- Zaczął długowłosy wolno.
-Ciebie nie zdradził ktoś; kogo bezgranicznie kochałaś..- odezwał się ponury ton głosu Gabriela, który spojrzał na drzwi. Podążyłam za jego wzrokiem.
O zamknięte drzwi opierał się Shian. Powoli zdjął z twarzy opaskę i spojrzał na nas opuszczając rękę do boku.
-Boże…- wyrwał się Michaelowi szept.
Shian miał oko; ale nie było do końca ludzkie..- nie miało tego ludzkiego wyrazu. Świeciło w półmroku. Posiadało również niezwykłą barwę: było intensywnie srebrne i wpisany był w nie wzór.
Identyczny; jak na dłoni Gabriela.
-Bóg- Shian wypowiedział to słowo, jakby było przekleństwem.- Bóg nie istnieje. Nawet ty coś o tym wiesz..



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz