Dziesiąty sierpnia. Stadion.
-Nox; daj trochę wyżej!- Rzuciłam w stronę Jasona; trzymającego transparent z napisem "Stowarzyszenie miłośników szermierki: Czarni". Była to coroczna przykrywka łowców organizujących pokazy sztuki władania mieczem. Niedaleko cheerleaderki ćwiczyły swój układ; a Angello omawiał coś z burmistrzem.
-Teraz dobrze; Kruk?- Zapytał Jason, budząc mnie z rozmyślań.
-Okej. Złaźcie- odparłam zerkając na zegarek. Było dziesięć po pierwszej.- Nox; a Porter; gdzie?!- Zawołałam za nim.
-Nie mam pojęcia; jeszcze chwilę temu gdzieś się tu szlajał; Kruk...!- odparł.- Co jest, na Kulawe Aniołki...?- Zaczął nagle zdziwiony; wpatrując się w górę, na trybuny. Tuż za mną znikąd wyrosła profesor Vitto. Podążyłam za wzrokiem Moon'a. Michael i Jim Sword z mieczami w rękach pojedynkowali się rozmawiając i żartując.
-Tyler...?- Zdumiała się Vitto.
-Rany... Masz za dużo energii; czy co..?- Mruknęłam z ironią.
-Ty; mały gadzie...- Czarnowłosy z fryzurą na jeża doskoczył i zablokował atak Michaela.
-Jak pieszczotliwie...- Zielonooki zaczął się cofać przed ciosami. W pewnej chwili zablokował atak i odepchnięty przez Jima tracąc grunt odbił się stopami od schodów umiejscowionych między trybunami i wylądował kilka schodków w dole.
-Już uciekasz; panieneczko?- Zarechotał Sword; kręcąc młynka rapierem.
-Ani mi się śni!- Odparł zielonooki uśmiechając się.
-Jeszcze ci się przyśni wiele razy- zakpił Jim atakując. Pojedynek nabrał tempa. Vitto gapiła się na obu szermierzy z niepokojem. Obaj widząc; że zwrócili na siebie uwagę tłumu przystanęli i zasalutowali bronią. Za nami rozległy się oklaski.
-Są świetni; Angello- Rzucił burmistrz do przewodniczącego.
-To tylko mała rozgrzewka pierwszego z naszych mistrzów; panie Bell- odparł uprzejmie Angello.- Mam w Stowarzyszeniu trójkę wyszkolonych; ale skromnych nauczycieli szermierki...
-To było niesamowite...- Rzuciła zdumiona Vitto. Odskoczyła widząc lecący w moją stronę miecz. Morgenstern trzymał szablę i spoglądając na mnie rzucił:
-Szybki kawałek; Młoda?
-Pewnie; Mistrzu- Przecięłam bronią powietrze ze świstem; kątem oka dostrzegając zdziwiony wyraz twarzy Vitto.
-Chłopaki! Nisko latające Kruki!- Rzucił z uciechą Nicholas Grey wychodzący z namiotu. Za nim w oka mgnieniu zebrała się reszta łowców.
-Mnie też miło pana widzieć; profesorze- rzuciłam z lekką ironią.
-Oto nasze perły w koronie; burmistrzu- Oznajmił Angello wskazując mnie i Mistrza.- To jedna z najlepszych uczennic i najbardziej wymagający z nauczycieli.
Wszyscy biorący udział w przygotowaniach do jutrzejszego święta porzucili na trochę swoje aktualne zajęcia; by na nas popatrzeć. Zasalutowaliśmy bronią i rozpoczęliśmy.
-Taka młoda dziewczyna?- Burmistrza chyba nieco zdziwiło, że moim przeciwnikiem jest dorosły, silny facet. Odbiłam kolejny z serii ciosów Mistrza i sama zaczęłam atakować. Pchnął miecz- sparowałam i zanim widzowie się obejrzeli odbiłam się od ziemi i lądując za jego plecami zaatakowałam. Mistrz zrobił unik i dostałam po dłoni płazą miecza.
-Cukierek, albo psikus- Roześmiał się jednooki krzyżując ze mną broń.
-Psikus; Mistrzu!- Podcięłam mu nogi i znowu zaatakowałam. Z ust wszystkich rozległ się jęk zdumienia; gdy czubek mojego ostrza oparł się na klindze szabli mistrza; który leżąc na trawie sparował i odepchnął mnie mocno.
-Jak ona to robi...?- Usłyszałam pytanie z ust Vitto.
-Raven ćwiczy szermierkę od siódmego roku życia- Odpowiedział z uśmiechem mężczyzna stojący obok Vitto. Był to Felix Moon; herbu Nox.
-Szóstego; panie Moon!- Poprawiłam ze śmiechem; odbijając miecz mistrza. -Aż mnie ręce świerzbią- rzuciła z sykiem Hunter przyglądając się; szturchnęła Moon'a. Moja broń poszybowała w powietrzu; a Moon z opanowaniem pochwycił miecz tuż przed przerażoną Vitto; zwracając się do Hunter:
-Mogę; prosić o taniec, Dabrio?- Spytał z lekkim ukłonem.
-Bardzo chętnie; Felix- odpowiedziała swobodnie; odbierając od Jacoba Horse'a swój ulubiony miecz półtoraręczny.
Angello widząc wychodzących oznajmił:
-Nasza trzecia prezentacja. Równie piękna; co zdolna kobieta i...
-Zaraz dowali do pieca- rzucił szeptem Porter do Sworda.
-...i wyjątkowo przystojny w nocy facet- Angello złapał rzucone przez Moona jabłko tuż przed swoją twarzą, a reszta łowców buchnęła wesołym śmiechem.
-To był cios poniżej pasa dla całego rodu- zauważył Jason.
-Ty też jesteś przystojniejszy w nocy..- Rzucił Michael obejmując mnie.
-Spal się; Płomień- odciął się z ironią Jason; a stojący za nim Porter zwijał się, dusząc się z tłumionego śmiechu.
-Aleś błysnął; Nox- rzuciłam kpiąco.
-Lataj nisko i bardzo powoli; Kruk- uśmiechnął się z ironią.
-Uważaj nielocie; bo Nocą wylądujesz na płocie- odcięłam się uprzejmie; a Jasper oparł się o beczkę i parsknął śmiechem; gdy Vitto z zaskoczeniem przysłuchiwała się naszej wymianie zdań.
-Patrzcie na to... Hunter po prostu wymiata...- Zauważył Romanow obserwując pojedynek. Miecz wyskoczył z dłoni Moona, ale mężczyzna niespodziewanie podbił broń butem i chwytając za rękojeść sparował kolejny szybki atak gołębiowłosej.
-Świetnie, Nox- zauważyła Hunter.
-Dzięki; Topór- Felix Moon uśmiechnął się odpierając atak i ponownie skrzyżował ostrze z Hunter. Angello rzucił w walczących jabłkiem- wszyscy ze zdziwieniem patrzyli; nie rozumiejąc, czemu przewodniczący podstawia talerzyk- kilka sekund później owoc pocięty w ósemkę wylądował na naczyniu rozpadając się; rozległy się oklaski, a Vitto opadła szczęka z wrażenia.
-Mogłeś wziąć nóż; Mika!- zauważyła Hunter, nieco urażonym tonem.
-Chciałem pokazać młodzieży; jaka z ciebie artystka; Dabrio- Angello uśmiechnął się lekko. Hunter pokręciła głową z niedowierzaniem odbijając cios zakręciła bastardem. Miecz wyrwał się z dłoni Moon'a i obróciwszy się w powietrzu poszybował rękojeścią w dół. Hunter pochwyciła broń w lewą dłoń. Oboje skinęli w swoją stronę.
***
-Nigdy nie widziałam czegoś tak zadziwiającego...- Rzuciła oszołomiona Vitto do Angello; obserwując żonglującą trzema sztyletami Hunter, którą ogarnął tłum ludzi.
-Dabria naprawdę potrafi zaskoczyć- przytaknął. Vitto spojrzała na niebieskookiego z zastanowieniem.
-Pewnie długo trzeba się czegoś takiego uczyć...- Stwierdziła zamyślona.
-To zależy od predyspozycji danej osoby przewodniczący spokojnie.
-Ta trójka jest najlepsza nie tylko w mieczu.
-Czyli to nie wszystko?- Vitto omal nie zakrztusiła się sokiem wbijając w Angellozaciekawiony wzrok.
-Oczywiście, że nie- Angello zachichotał.
-To zaledwie mały procent tego; z czym zaznajamiają się młodzi- Morgenstern spojrzał na Vitto swobodnie.
-A Raven?- Spytała nagle Vitto.
-Aha; zaraz zaczną mnie obgadywać- rzuciłam w stronę Michaela.
-SPP też podsłuchuje- odparł z ironią.
-Cóż... Callisto Anabelle dołączyła do moich uczniów dość wcześnie, bo w wieku sześciu lat. Zdolności do szermierki odziedziczyła po przodkach.- oznajmił Morgenstern.- Do dnia dzisiejszego opanowała: miecze; sztylety, piki; halabardy; łuk i kusze. Poza tym jest także dobrym strzelcem: posługuje się również bronią palną.
-Ostatnio upolowała z muszkietu dziką kaczkę- wtrącił Angello.- Chybiła do tarczy.
-Aż tyle... Nigdy bym nie przypuszczała, że jest taka zdolna. Wydawałoby się, że raczej niezbyt lubi się uczyć.. Z kolei Tylera bardzo rozpiera energia- zauważyła.
-Teraz pora wywlec moje brudy- stwierdził Michael kwaśno.
-Nie przejmuj się: to też Pudelek odnotuje- szturchnęłam go z ironicznym uśmiechem.
-Właśnie; Michael James... On z kolei jest nie tylko; jak pani mówi: energiczny; ale też bardzo szybko się uczy, choć zaczął dość niedawno.- Odparł Morgenstern z namysłem- Zresztą jako nauczyciel mogę powiedzieć; że spośród wszystkich moich dotychczasowych uczniów jest wyjątkowo pojętnym chłopakiem.
-Od ilu lat pan uczy?- Spytała nauczycielka biologii nieco ostrożniej.
-Dokładnie od dwudziestu trzech. Zacząłem uczyć mając dwadzieścia sześć lat- Odpowiedział Morgenstern swobodnie.
-Wygląda pan na wiele młodszego- wypaliła odruchowo; ale zaraz szybko przeprosiła.
-Nie ma za co; to nic takiego- odparł z nikłym uśmiechem Mistrz, oddając kopniaka Angello.
-Przysłuchiwałam się trochę tej waszej młodzieży; ale chyba niewiele zrozumiałam z tych ich żartów. Na przykład "nisko latające Kruki"; czy coś w tym rodzaju.. Angello i Morgenstern wymienili spojrzenia i uśmiechy.
-Widzi pani wiele osób z naszej organizacji pochodzi z rodzin szlacheckich. Raven ma w herbie rodowym Kruka; Moon'owie jako herb mają noc podczas pełni; pan Morgenstern nosi herb Jutrzenka...długo by wymieniać. "Nisko latające Kruki" związane są z pewną zabawną sytuacją jeszcze z naszych szkolnych czasów, gdy Cristopher wyskoczył oknem uciekając przed woźnym zgubił... Nieważne, co zgubił; ważniejsze, na kogo wpadł- Wyjaśnił Angello z lekkim chichotem.- Zresztą Callisto jest bardzo podobna do swojego ojca; jakby była młodszą bliźniaczką Cristophera.
-To przykre, że tak wcześnie straciła rodziców..- zauważyła Vitto smutno.
-Robi się tkliwie..- zauważyłam półleżąc na ławce oparta o jego pierś.
-Angello dobrze gra swoją rolę- przyznał obejmując mnie mocniej.
-Tak, większością Stowarzyszenia wstrząsnęła wtedy ta nagła informacja o śmierci Cristophera i Valerie. Ojciec Callisto był moim bliskim przyjacielem.
***
-Daliście czadu- odezwał się z przeciwległej ławki głos. Porter powoli podniósł się i usiadł.
-Zastanawiałam się; gdzieś się szlajał- odparłam spoglądając nań.
-Dostaliśmy od przewodniczącego małą robótkę. Ostatnio Psy Rządu szczekają trochę za głośno- wyjaśnił powoli.
-Robiliście za hyclów?- Spytał Michael z przymilnym uśmiechem.
-Z braku laku i kit dobry- Jasper wzruszył obojętnie ramionami.- W sumie Middford i Grey wyjątkowo nic nie spieprzyli; więc polowanie było nawet całkiem udane.
-Miejmy nadzieję, że do następnej Rady trochę się uspokoi.
-Jak na razie wszystko jest na dobrej drodze- przytaknął Jasper.
-Rząd na pewno coś kombinuje. Wydaję mi się, że zbyt szybko się przyczaili.- zauważył Michael powoli.
-Coś w tym jest...- Zgodził się Porter.- Zresztą wszyscy wiemy; że ufać pijawom; to jak wpuścić do domu złodzieja.
-O czym rozmawiacie?- Spytała Anastasia Forbes poprawiając strój cheerleaderki; postawiła przed nami lemoniadę i odetchnęła ciężko.
-O niczym ważnym- odparł Jasper rzucając mi wymowne spojrzenie.- Co, do tematu... Ostatnio Szczury trochę głośniej piszczą w kanałach..
-Podobno Wielka Inkwizycja chce zwalić się nam na głowy- dodałam niechętnie.- Znów się do czegoś przyczepią; Kulawe Aniołki...
-Skąd o tym wiesz?- Spytał Jasper zdziwiony.
-Matthew nagle wyparował. Poza tym mam lepszy słuch, niż nasz słynny Pudelek- odpowiedziałam uprzejmie.
-Zresztą sam wiesz; że Nox i Podkowa trzymają się z Mattem- Dodał Michael.
-No; fakt.. Cześć; Mikaelis- rzucił wpatrując się w chłopaka za mną.
-Cześć: Porter; Płomień- Odpowiedział Lucian; ignorując zaciekawiony wzrok Stacii pochylił się przy mnie i szepnął po francusku- Szlachetni wyleźli z podziemia. Torres przysłał przed chwilą jednego ze swoich. Twierdzi; że ludzie znów znikają.
-Co na to Angello?- Zapytałam powoli, bawiąc się wisiorkiem na jego szyi.
-Zamierza zaprosić Inkwizycję na Radę- oznajmił krótko nadal po francusku. Zamarłam w bezruchu z zawieszką: uchwyconym w locie, misternie wykonanym w srebrnym kruszcu, krukiem z zaciśniętym w jego szponach złotym kluczem.
-Hmm. Nie zawsze nadarza się okazja dokopania Inkwizycji. Angello ustalił już termin?- Spytałam, ponownie kołysząc wisiorem.
-Czeka na pismo z góry i powrót Matta- oznajmił.
-Dziękuję; Lucian- rzuciłam lekko. Czarnooki ukłonił się delikatnie i ruszył w swoją stronę; a Stacia gapiła się na jego postać w czarnych letnich ciuchach.
-Ale słodziaczek...- O Anastasię oparła się córka burmistrza: Meredith Bell.
-To ja spotkałam go pierwsza- Stacia wzięła tacę i... Nagle Porter złapał upadającą Anastasię.
-Wszystko w porządku..?- Zapytał dziewczynę.
-Moja głowa... Słabo mi... Mdli mnie- jęknęła blondynka.
-Co jej jest?- Zapytała Meredith ostrożnie. Porter zaczął się rozglądać; sprawdzając puls Stacii.
-To nie jest przypadek; Kruk- zauważył wolno.- Oddychaj głęboko..- zwrócił się do blondynki.- A ty biegnij do naszego namiotu i znajdź mojego kolegę. Nazywa się Marco Holy i jest lekarzem.- Powiedział ostrzej do Meredith.
-D-Dobbrze.- Meredith pobiegła w stronę zielonego namiotu; powtarzając imię i nazwisko mojego kuzyna. Kilka minut później Meredith wróciła prowadząc Marco.
-Co tam?- Marco przyklęknął przy Anastasii i obejrzał jej twarz i oczy.- Sprawdzałeś puls; Jasper?
-Jasne. Jest za szybki... A to co; na Kulawe Aniołki..?- Zdumiał się; gdy Stacia tracąc przytomność zerwała z szyi plaster.
-Michael zabierz ją, żeby nam tu zaraz nie odjechała- oznajmił Marco.
-Okej. Chodź; musimy stąd iść- zwrócił się do Meredith prowadząc ją w stronę trybun. Szyja blondynki była 'ozdobiona' śladami kłów i zadrapaniami po (zapewne) jej własnych paznokciach.
Michael Tyler; uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów... Posadziłem dziewczynę na krzesełku trybun i podałem jej kubek wody z kilkoma kroplami środka uspokajającego. Powoli usiadłem obok roztrzęsionej cheerleaderki imieniem Meredith.
-Wypij.. To cię uspokoi- powiedziałem kojąco.
-Ja jej m-mówiłam; ż-że to z-zły pomysł...- zaczęła zapłakana. Upiła łyk wody; ocierając łzy.
-Jaki pomysł?- Zapytałem cicho. Nie podobało mi się to. Bardzo. Meredith długo milczała. Wbijając wzrok w beton piła wodę. Postanowiłem inaczej sformułować pytanie. -Co takiego Anastasia wymyśliła?- Zapytałem znowu. Drugi raz napotkałem ze strony Meredith ciszę. -Jeśli mi nie powiesz; Marco nie będzie mógł jej pomóc..- zacząłem; próbując ją nakłonić do powiedzenia prawdy. Meredith spojrzała na mnie z boku. Już nie płakała; ale przygladała mi się podejrzliwie.
-To ta czarownica Raven zrobiła coś Stacii- wybuchnęła ze złością.
-Posłuchaj mnie; Meredith. Skąd Anastasia ma te ślady na szyi?.- Zapytałem ostrzejszym tonem.- Kto jej to zrobił? Potrząsała głową ze strachem w oczach. Znowu zaczęła drżeć. Starałem się jakoś do niej dotrzeć; przemówić do rozsądku. W końcu chwytając Meredith za ramiona potrząsnąłem dziewczyną mocno; mówiąc ostro: -Albo powiesz mi prawdę i pomożesz przyjaciółce; albo nadal będziesz kłamać, a my nie będziemy w stanie jej pomóc: wybieraj Meredith!- Warknąłem patrząc jej prosto w oczy. Zrobiła się blada, jak prześcieradło gapiąc się na mnie z przerażeniem.
-Czy ona... Ona może przez to umrzeć...?- Zapytała z wahaniem. Westchnąłem ciężko, zastanawiając się; czy mogę jej powiedzieć.
-Nie wiem- odparłem po dłuższej chwili.
-Nieprawda. Dobrze wiecie; co jest z Anastasią...- przerwała mi rozdrażniona.
-Nadal mi nie pomagasz; Meredith- oznajmiłem napiętym głosem; próbując zachować resztki cierpliwości.- Dobra, ostatni raz: skąd Anastasia ma te ślady na szyi? Co się takiego stało; że kogoś się boisz: słucham- powiedziałem z determinacją. Cisza przeciągała się. Meredith gapiła się tępo w ten cholerny beton. -Boże... No; litości..!- sapnąłem z irytacją przez zaciśnięte zęby.- Dobra: nie chcesz powiedzieć; to nie. Przynajmniej nie będę musiał się już z tobą użerać, jak ten wasz wspólny znajomy cię znajdzie; idiotko- prychnąłem wściekły; odchodząc.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Ślady są już częściowo zaleczone- stwierdził Marco oglądając oczy dziewczyny; przeszedł do rąk.- Nie mam całkowitej pewności, że nie przejdzie przemiany.
-Jakiej przemiany??!- Zapytała Meredith wbiegając za Michaelem do namiotu.
-Ciszej, przeszkadzasz- syknął Marco; nadal pogrążony w pracy.
-Co z nią robimy; Marco?- Zapytał Angello poważnie.
-Pokażą najbliższe godziny; Angello- odpowiedział uprzejmie mój kuzyn.- Jedyne; co można teraz zrobić, to obserwować dziewczynę.
-O czym wy mówicie?? Co jej jest??- Meredith zaczęła się drzeć. Podeszłam do niej i uderzyłam ją mocno w twarz. Porter złapał ją, zanim zdążyła uciec z namiotu.
-Zamknij się; Bell- Nakazałam; patrząc na nią zimno.- Lucian.
-Oczywiście; panienko- rzucił czarnooki usłużnie zamykając nadgarstek Meredith w swojej dłoni. Porter odsunął się. Reszta łowców wyszła z namiotu; by dokończyć przygotowania. W namiocie zostało nas- licząc obecną; ale nieprzytomną- sześcioro.
-Nie możecie mnie tu bezkarnie przetrzymywać- zaczęła z oburzeniem Meredith.
-Możemy cię; jak mówisz: przetrzymywać; zupełnie gdzie indziej i nikt z nas nie będzie powiązany z twoim zniknięciem; mademoiselle.- odparł Angello odpalając trzymanego w ustach papierosa.
-Równie dobrze możemy jej użyć jako przynęty; co Raven?- Spytał Marco lekkim tonem.
-Nie bardzo... Chyba, że są wśród pijawek wegetarianie- zauważyłam z przekąsem.
-Śmiem wątpić; panienko- zauważył Lucian uprzejmie. Przyciągnął do siebie szarpiący się worek kości; mówiąc.- Nie wyrywaj się, nie chciałbym zrobić ci krzywdy- oznajmił spokojnie unieruchamiając Meredith.
-Zacznę krzyczeć...- zaczęła córka burmistrza z groźbą.
-Zanim zdążysz pisnąć, Lucian uprzejmie cię uśpi.- Angello spojrzał na zegarek.- Orkiestra zawsze punktualna; już nikt by cię nie usłyszał- przewodniczący uśmiechnął się z wyższością.- Callisto; zajmiesz się wszystkim? -Oczywiście; Angello: zadbaj o busa.- Odparłam.
-Jakieś specjalne życzenia; Callisto?- Angello obejrzał się przez ramię z tajemniczym uśmiechem.
-Maleńkie; z góry dziękuję- odparłam uśmiechając się drapieżnie.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Godzinę później; kwatera główna Stowarzyszenia Łowców...
-Stacja docelowa rejsu na totalne zadupie. Witamy w Guadalupie
-Raczej w Czarnej Dupie..- zauważył Marco cierpko.
-W którą stronę nie pójść wszędzie szczury, dziki; nietoperze, Nawiedzona Farma; Dom Strachu i inne leśne atrakcje.- Zarechotał Porter otwierając zacinające się drzwi z buta.- Falcon; podły kutafonie: wstawaj! W trumnie się wyśpisz!- Szturchnął z humorem naszego rusznikarza.
-Idź w diabły, mnie tu dobrze- burknął sennie nasz wytwórca broni.
-Fakt; dziś obiad gotują zakały z Middfordem na czele. Masz rację: lepiej poddać się narkozie przez podanie kiszonej skarpety, niż jeść to; co oni ugotują... Dobranoc- rzucił Porter otwierając przesuwane drzwi busa. Michael z trudem powstrzymywał się od śmiechu.
-Zakały za karę dziś zmywają; Porter- rzucił Jim Sword przechodząc obok.
-To kto gotuje dzisiejsze żarcie?- Spytał Jasper zdziwiony.
-Środa; dziesiąty sierpnia: Horse; Romanow; Nick-Rozpuszczalnik i Morgenstern- rzuciłam z pamięci.- Co dziś w karcie? Żebyś mnie zabił nie pamiętam... Na pewno wystrzegaj się zielonej galaretki: będziesz po niej świecił w ciemnościach- rzuciłam uprzejmie; a Michael nie wytrzymał i zaczął rechotać na cały głos.
-Nie mam pojęcia; co w tym śmiesznego- zauważyła kwaśno Meredith.- Zdejmijcie mi to z oczu, bo kręci mi się w bani... O rany...- zatoczyła się i; gdyby Lucian nie przyciągnął jej za ciuchy przytuliłaby się do ściany budynku.
-To twoje narzekanie robi się już nudne- jęknęłam gestem ręki nakazując Lucianowi zdjęcie przepaski z oczu Meredith.
-Łał; ale buda!- Jęknęła zadzierając nos; by spojrzeć na dach. Weszliśmy za chłopakami niosącymi nosze z Anastasią.
-Cally!- Zdążyłam się odsunąć zanim starszy brat Caroline; Devon zmiótłby mnie z powierzchni ziemi.
-Lataj nisko i bardzo powoli; przy czym skontaktuj się z wieżą kontroli- Zarechotał siedzący na barierce piętra Vincent Rodriguez. Chwilę potem przewinął się i wylądował na płytach podłogi. Oczy Meredith ze zdziwienia przybrały wielkość piłeczek pingpongowych.
-Jak w Budapeszcie; Devon?- Rzuciłam szturchając mocno kuzyna.
-Ogólnie dupa. Spędziłem przyjemną noc w lipnym hotelu, a poza tym nic nie znalazłem- orzechowooki wzruszył ramionami.- A ty? Słyszałem; że się hajtasz- stwierdził nagle.
-Caroline już ci doniosła?- Spytałam.- Mój narzeczony: Michael; mój kuzyn: Devon.
-Siema- rzucili równocześnie w swą stronę.
-W porządku; będziemy przygotowani. Dzięki; Tyrone.- rzucił Angello wychodząc z jadalni.- To; na razie- zakończył rozmowę i wsunął telefon do kieszeni.- Dzień dobry; Vincent. Rada pojutrze; o dziesiątej, Raven.
-Dzień dobry- odparł barczysty uprzejmie.
-Rozumiem; Angello- rzuciłam krótko, ignorując biegające po nas wyraźnie zdziwione spojrzenie Meredith. Ruszyliśmy za przewodniczącym na górę do gabinetu. ***
-Siadajcie- Rzucił Angello sprzątając z biurka dokumenty i akta kilku łowców. Vincent i Devon położyli na blacie biurka teczki. Angello otwierając czarną teczkę zauważył: -Inkwizycja rozpoczyna coroczną kontrolę: w tym roku zaczynają od nas.
-Jeszcze ich tu brakowało do szczęścia- dodał cierpko Devon.- Znowu będzie pełno roboty; a w efekcie i tak znajdą coś; do czego będą mogli się doczepić..
-Otóż to- przytaknął Angello niechętnie. Z szafy w rogu pokoju wydobył się syk i przeraźliwe miałczenie. Angello przewrócił oczami i otwierając szafę burknął- Psik; worku pcheł!- dodatkowo obłożył czarnego kota trzymaną w ręku teczką.- Tssk.! Przeklęty kot...
Zwierzę czmychnęło prychając i sycząc. Meredith odprowadziła je wzrokiem.
-Powoli przestaję wierzyć, że jesteście zwyczajnymi sympatykami szermierki- zauważyła niezadowolona.
Wymieniliśmy szybkie spojrzenia.
-Nie możemy ryzykować; Angello: ona już i tak wie za dużo- Ruchem głowy wskazałam Meredith. W pewnej chwili usłyszeliśmy hałas i stek przekleństw z ust kilku łowców.
-Trzymajcie ją! Cholera...- Sapnął Marco.
-Pójdę sprawdzić; co się tam dzieje- rzuciłam wychodząc. Zdążyłam zagrodzić uciekinierce drogę. Nim się spostrzegła powaliłam ją na podłogę i wykręciłam jej rękę w tył. Zaczęła szczerzyć kły wpatrzona w Meredith. -Mamy kolejną komplikację; Angello- wyciągnęłam z kieszeni strzykawkę ze środkiem usypiającym. Splunęłam osłonką igły; którą wbiłam w szyję Stacii i wcisnęłam tłoczek do oporu. Dziewczyna jeszcze chwilę się szamotała; a potem zasnęła. Zobaczyłam; jak Angello uspokaja przerażoną Meredith.
-Przeklęte Ścierwa Rządu...- mruknęłam pod nosem z niesmakiem. Chwilę potem Jasper i wujek Alec przejęli dziewczynę.
-C-Co to b-było?- zapytała zszokowana Meredith gapiąc się na mnie.- Krwawisz..
-Nic mi nie będzie- odparłam chłodno zakrywając dłoń rekawem bluzki.
-To; czego niestety byłaś świadkiem było nowoprzemienionym wampirem- oznajmił Angello.
-Wampiry nie istnieją- zastopowała cheerleaderka.
-Dobry żart co; Kruk?- rzucił uprzejmie Angello.
-Świetny- uśmiechnęłam się.
-Madré di Dio!- Meredith odsunęła się przezornie.
-Przecież nie gryzę- rzuciłam z ironicznym uśmiechem; a wszyscy parsknęli śmiechem.
-Wampir pospolity: desmodontidae officinalis. Jedyny i niepowtarzalny gatunek w pełni udomowiony- zarechotał Devon i dostał ode mnie z buta. Meredith zrobiła dziwną minę.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
-Dobra... Załóżmy; że wampiry istnieją...- powiedziała Meredith pół godziny później z wahaniem.- Czy ja też mogę być...? Mogę być..??- Zaczęła nagle pełna obaw. Przyciągnęłam ją razem z krzesłem bliżej do siebie i chwyciłam jej twarz. Obejrzałam uważnie najpierw szyję; a potem oczy.
-Nie jesteś wampirem- oznajmiłam spokojnie; puszczając ją.- Co nie znaczy, że twoje życie nie jest zagrożone- zauważyłam z namysłem. -A Stacia?- Zapytała ostrożnie. Wymieniłam spojrzenie z Angello.
-W najlepszym przypadku zacznie się kontrolować za jakiś miesiąc. Natomiast w najgorszym... Cóż; trzeba będzie ją zlikwidować. Na razie Anastasia będzie pod stałą kontrolą Stowarzyszenia. Pożyjemy: zobaczymy- powiedział po prostu.
-Czyli ten chłopak może mnie szukać...- domyśliła się Meredith.
-Istnieje taka możliwość- przytaknął wolno Angello.
-Chyba mi jakoś pomożecie, co...?- Zaczęła nieco zdenerwowana.
-To zależy. Oficjalnie stowarzyszenie łowców nie istnieje; dla was jest to zwyczajna organizacja zrzeszająca sympatyków szermierki. W praktyce nie tylko ćwiczymy walkę bronią wszelkiego rodzaju; ale i pozbywamy się miejskich śmieci.
-Taki "Zakład Oczyszczania Miasta": tyle, że na nocną zmianę- zauważył Devon z ironią.- Jesteś jedyną osobą spoza Stowarzyszenia; która zna prawdę o naszej organizacji- dodał nieco podejrzliwie i niechętnie.
-Chcecie tylko; żebym trzymała buzię na kłódkę...- Odparła Meredith zamyślona; mnąc w palcach materiał spódniczki- Nie pisnę ani słowa i coś wymyślę, żeby usprawiedliwić zniknięcie Stacii- Dodała widząc nasze wyczekujące spojrzenia.- Czy mogłabym ją zobaczyć...?- Zapytała niepewnie.
-Jak myślisz; Raven?- Zapytał Angello.
-Ten jeden raz chyba możemy zrobić wyjątek- rzuciłam wstając.
W południowej części podziemnych korytarzy oparłam mocno Meredith o ścianę tuż przy schodach w górę.
-Co robisz; Raven? Kompletnie ci odbiło?- Zapytała ostro, przestraszona.
-Posłuchaj mnie teraz uważnie; Bell. To; co zobaczysz może ci się nie spodobać; ale jest to konieczne. Rozumiesz?
-Okej...- odparła cheerleaderka lekko drżącym głosem.
-W porządku..- Powiedziałam prowadząc ją wąskim korytarzem. Przystanęłam przed drzwiami po lewej w samym środku korytarza. -Na pewno chcesz zobaczyć ją w takim stanie?- Zapytałam znów ostrożnie.
-Miejmy ten pierwszy szok za sobą; Raven- odparła; a ja pchnąwszy drzwi wpuściłam ją i sama weszłam do środka. Usłyszałam warkot przeplatany podzwaniającymi łańcuchami i zobaczyłam szczerzącą kły Stacię. Meredith z okrzykiem przerażenia odskoczyła i schowała się za mną. Anastasia napięła łańcuchy; które przyciagnęły ją spowrotem do ściany. Uderzyła w nią i pochyliła głowę oddychając ciężko.
-Nawet nafaszerowana prochami wygląda źle...- odezwałam się cicho; podchodząc. Przyklęknęłam przy oddychającej z trudem Anastasii. -Pamiętasz, kto ci to zrobił?- Zapytałam ją cicho.
-Zostaw mnie..- powiedziała z trudem blondynka.
-Chce ci się pić- zauważyłam powoli wyciągając zza bluzki dwa woreczki z krwią transfuzyjną.
-Zabierz to!- Warknęła ostro; odtrącając moją dłoń z jedzeniem dla niej. Torebki szurnęły po podłodze i zatrzymały się tuż pod nogami Meredith; która podniosła jedną i zaczęła czytać etykietkę.
-Tylko tak możesz... Prędzej; czy później sięgniesz po krew; Anastasia- zaczęłam cicho ją przekonywać.
-Nic o tym nie wiesz! Nie masz pojęcia...- zaczęła ochrypłym głosem.
-Siedziałam w tej celi przez trzy miesiące po tamtej nocy; gdy zabił moich rodziców; a mnie zmienił w wampira..- przerwałam jej chłodno; siadając na podłodze obok Anastasii oparłam się o mur- ..więc nie mów mi; że nie wiem; o czym mówię; żałosna pijawko. Takich; jak ty widziałam już kilkadziesiąt razy.
-Czasem trzeba było ich likwidować. Zaczynali zabijać..- oznajmił Jason Moon rzucając mi strzykawkę z lekiem.
-Skąd to wytrzasnąłeś?- Spytałam zdziwiona, obracając przedmiot w palcach.
-Devon załatwił dostawę; przypadkiem wpadł na starego Carlosa- odparł wolno.
-To wyjaśnia; jakim cudem wylądował w węgierskim pudle- rzuciłam z zastanowieniem. Meredith milczała przyglądając się nam.- Czas na karuzelę wrażeń; co Nox?- rzuciłam z sarkazmem.
-Devon mówił, żebyś była ostrożna. To mocniejsze od "Piranii". Naprawdę uważaj; Kruk.
-Zawsze jestem ostrożna. Dzięki; Nox: dam sobie radę- odparłam za wychodzącym blondynem; podwijając rękaw.
-Chyba nie zamierzasz tego wziąć?- Zaczęła Meredith nieufnie.
-To nie twój interes- odparłam zaciągając pasek na ramieniu; powyżej łokcia.
-Nie pozwolę ci na..- zaczęła z oburzeniem. -Sądzę; że masz tu niewiele do gadania- odpowiedziałam przez zaciśnięte zęby; którymi trzymałam pasek. Wkłułam igłę i wcisnęłam tłok strzykawki. Koniec paska wyleciał mi z ust; powoli wyciągając igłę przymknęłam oczy oddychając ciężko. Obie obserwowały mnie w milczeniu przez dłuższe minuty. Pierwszy odlot spowodowany rozchodzącym się w krwioobiegu lekiem minął i powoli otworzyłam oczy. -O; rany... Naprawdę aż tak ze mną kiepsko..?- Jęknęłam słabo. Oparłam dłoń na kółku wmurowanym w ścianę i z trudem podniosłam się na nogi. Zachwiałam się i dostrzegając ruch Meredith syknęłam:
-Nie zbliżaj się- nakazałam powoli. Kły zaczęły wibrować bólem. Przez krótką chwilę miałam objawy kolejnego ataku. Nagle jednak wszystko ustąpiło.
-Nic ci nie jest...?- Zaczęła z niepokojem Anastasia; zwracając na mnie czarne z pragnienia oczy.
-Efekt odstawienny. Módl się, żebyś nie musiała tego brać- odparłam z trudem stawiając pierwsze kroki. Wzrok się wyostrzył.- Zaczyna działać falowy drugi odlot... Wychodzimy; worku kości- rzuciłam z sarkazmem do Meredith.
-Ja mam imię; Raven- odparła z niezadowoleniem.
-No; co ty nie powiesz? Jakby nie było też mam imię i również cię nie lubię- odparłam obojętnie.
-Lepiej uważaj; bo mam na ciebie haka- powiedziała mściwie. Odwróciłam się i w jednej sekundzie oparłam ją mocno o mur tuż za zamkniętymi drzwiami celi.- Wiesz.. Wcale nie musimy jej tu obserwować, więc trzymaj pysk na wodzy- zauważyłam z groźbą.- Tylko nasza dobra wola trzyma ją przy życiu. Jest niestabilna i, jeśli po powrocie do domu kogoś zabije, w każdej chwili możemy się jej pozbyć. Jeżeli piśniesz choćby słowo z tego; co wiesz może być niemiło. Idziemy- puściłam ją i ruszyłam po schodach, dostrzegając znikającą za węgłem postać Michaela.
***
-Powinniśmy ją trzymać na krótkiej smyczy- zauważył nieufnie Devon patrząc za odjeżdżającym czarnym Nissanem należącym do Vincenta.
-Niezbyt mi się to podoba- przytaknął Michael równie podejrzliwy.
-Lucian powinien już być pod jej domem- zauważyłam zamyślona.
-Jest, jak zawsze świetna; co?- Spytał Devon Michaela.
-To w końcu moja narzeczona. Najlepsza łowczyni; jaką znam- Michael uśmiechnął się delikatnie.
-Nie podlizuj się; przyszły mężu- szturchnęłam go z lekkim śmiechem.
-Teraz dobrze; Kruk?- Zapytał Jason, budząc mnie z rozmyślań.
-Okej. Złaźcie- odparłam zerkając na zegarek. Było dziesięć po pierwszej.- Nox; a Porter; gdzie?!- Zawołałam za nim.
-Nie mam pojęcia; jeszcze chwilę temu gdzieś się tu szlajał; Kruk...!- odparł.- Co jest, na Kulawe Aniołki...?- Zaczął nagle zdziwiony; wpatrując się w górę, na trybuny. Tuż za mną znikąd wyrosła profesor Vitto. Podążyłam za wzrokiem Moon'a. Michael i Jim Sword z mieczami w rękach pojedynkowali się rozmawiając i żartując.
-Tyler...?- Zdumiała się Vitto.
-Rany... Masz za dużo energii; czy co..?- Mruknęłam z ironią.
-Ty; mały gadzie...- Czarnowłosy z fryzurą na jeża doskoczył i zablokował atak Michaela.
-Jak pieszczotliwie...- Zielonooki zaczął się cofać przed ciosami. W pewnej chwili zablokował atak i odepchnięty przez Jima tracąc grunt odbił się stopami od schodów umiejscowionych między trybunami i wylądował kilka schodków w dole.
-Już uciekasz; panieneczko?- Zarechotał Sword; kręcąc młynka rapierem.
-Ani mi się śni!- Odparł zielonooki uśmiechając się.
-Jeszcze ci się przyśni wiele razy- zakpił Jim atakując. Pojedynek nabrał tempa. Vitto gapiła się na obu szermierzy z niepokojem. Obaj widząc; że zwrócili na siebie uwagę tłumu przystanęli i zasalutowali bronią. Za nami rozległy się oklaski.
-Są świetni; Angello- Rzucił burmistrz do przewodniczącego.
-To tylko mała rozgrzewka pierwszego z naszych mistrzów; panie Bell- odparł uprzejmie Angello.- Mam w Stowarzyszeniu trójkę wyszkolonych; ale skromnych nauczycieli szermierki...
-To było niesamowite...- Rzuciła zdumiona Vitto. Odskoczyła widząc lecący w moją stronę miecz. Morgenstern trzymał szablę i spoglądając na mnie rzucił:
-Szybki kawałek; Młoda?
-Pewnie; Mistrzu- Przecięłam bronią powietrze ze świstem; kątem oka dostrzegając zdziwiony wyraz twarzy Vitto.
-Chłopaki! Nisko latające Kruki!- Rzucił z uciechą Nicholas Grey wychodzący z namiotu. Za nim w oka mgnieniu zebrała się reszta łowców.
-Mnie też miło pana widzieć; profesorze- rzuciłam z lekką ironią.
-Oto nasze perły w koronie; burmistrzu- Oznajmił Angello wskazując mnie i Mistrza.- To jedna z najlepszych uczennic i najbardziej wymagający z nauczycieli.
Wszyscy biorący udział w przygotowaniach do jutrzejszego święta porzucili na trochę swoje aktualne zajęcia; by na nas popatrzeć. Zasalutowaliśmy bronią i rozpoczęliśmy.
-Taka młoda dziewczyna?- Burmistrza chyba nieco zdziwiło, że moim przeciwnikiem jest dorosły, silny facet. Odbiłam kolejny z serii ciosów Mistrza i sama zaczęłam atakować. Pchnął miecz- sparowałam i zanim widzowie się obejrzeli odbiłam się od ziemi i lądując za jego plecami zaatakowałam. Mistrz zrobił unik i dostałam po dłoni płazą miecza.
-Cukierek, albo psikus- Roześmiał się jednooki krzyżując ze mną broń.
-Psikus; Mistrzu!- Podcięłam mu nogi i znowu zaatakowałam. Z ust wszystkich rozległ się jęk zdumienia; gdy czubek mojego ostrza oparł się na klindze szabli mistrza; który leżąc na trawie sparował i odepchnął mnie mocno.
-Jak ona to robi...?- Usłyszałam pytanie z ust Vitto.
-Raven ćwiczy szermierkę od siódmego roku życia- Odpowiedział z uśmiechem mężczyzna stojący obok Vitto. Był to Felix Moon; herbu Nox.
-Szóstego; panie Moon!- Poprawiłam ze śmiechem; odbijając miecz mistrza. -Aż mnie ręce świerzbią- rzuciła z sykiem Hunter przyglądając się; szturchnęła Moon'a. Moja broń poszybowała w powietrzu; a Moon z opanowaniem pochwycił miecz tuż przed przerażoną Vitto; zwracając się do Hunter:
-Mogę; prosić o taniec, Dabrio?- Spytał z lekkim ukłonem.
-Bardzo chętnie; Felix- odpowiedziała swobodnie; odbierając od Jacoba Horse'a swój ulubiony miecz półtoraręczny.
Angello widząc wychodzących oznajmił:
-Nasza trzecia prezentacja. Równie piękna; co zdolna kobieta i...
-Zaraz dowali do pieca- rzucił szeptem Porter do Sworda.
-...i wyjątkowo przystojny w nocy facet- Angello złapał rzucone przez Moona jabłko tuż przed swoją twarzą, a reszta łowców buchnęła wesołym śmiechem.
-To był cios poniżej pasa dla całego rodu- zauważył Jason.
-Ty też jesteś przystojniejszy w nocy..- Rzucił Michael obejmując mnie.
-Spal się; Płomień- odciął się z ironią Jason; a stojący za nim Porter zwijał się, dusząc się z tłumionego śmiechu.
-Aleś błysnął; Nox- rzuciłam kpiąco.
-Lataj nisko i bardzo powoli; Kruk- uśmiechnął się z ironią.
-Uważaj nielocie; bo Nocą wylądujesz na płocie- odcięłam się uprzejmie; a Jasper oparł się o beczkę i parsknął śmiechem; gdy Vitto z zaskoczeniem przysłuchiwała się naszej wymianie zdań.
-Patrzcie na to... Hunter po prostu wymiata...- Zauważył Romanow obserwując pojedynek. Miecz wyskoczył z dłoni Moona, ale mężczyzna niespodziewanie podbił broń butem i chwytając za rękojeść sparował kolejny szybki atak gołębiowłosej.
-Świetnie, Nox- zauważyła Hunter.
-Dzięki; Topór- Felix Moon uśmiechnął się odpierając atak i ponownie skrzyżował ostrze z Hunter. Angello rzucił w walczących jabłkiem- wszyscy ze zdziwieniem patrzyli; nie rozumiejąc, czemu przewodniczący podstawia talerzyk- kilka sekund później owoc pocięty w ósemkę wylądował na naczyniu rozpadając się; rozległy się oklaski, a Vitto opadła szczęka z wrażenia.
-Mogłeś wziąć nóż; Mika!- zauważyła Hunter, nieco urażonym tonem.
-Chciałem pokazać młodzieży; jaka z ciebie artystka; Dabrio- Angello uśmiechnął się lekko. Hunter pokręciła głową z niedowierzaniem odbijając cios zakręciła bastardem. Miecz wyrwał się z dłoni Moon'a i obróciwszy się w powietrzu poszybował rękojeścią w dół. Hunter pochwyciła broń w lewą dłoń. Oboje skinęli w swoją stronę.
***
-Nigdy nie widziałam czegoś tak zadziwiającego...- Rzuciła oszołomiona Vitto do Angello; obserwując żonglującą trzema sztyletami Hunter, którą ogarnął tłum ludzi.
-Dabria naprawdę potrafi zaskoczyć- przytaknął. Vitto spojrzała na niebieskookiego z zastanowieniem.
-Pewnie długo trzeba się czegoś takiego uczyć...- Stwierdziła zamyślona.
-To zależy od predyspozycji danej osoby przewodniczący spokojnie.
-Ta trójka jest najlepsza nie tylko w mieczu.
-Czyli to nie wszystko?- Vitto omal nie zakrztusiła się sokiem wbijając w Angellozaciekawiony wzrok.
-Oczywiście, że nie- Angello zachichotał.
-To zaledwie mały procent tego; z czym zaznajamiają się młodzi- Morgenstern spojrzał na Vitto swobodnie.
-A Raven?- Spytała nagle Vitto.
-Aha; zaraz zaczną mnie obgadywać- rzuciłam w stronę Michaela.
-SPP też podsłuchuje- odparł z ironią.
-Cóż... Callisto Anabelle dołączyła do moich uczniów dość wcześnie, bo w wieku sześciu lat. Zdolności do szermierki odziedziczyła po przodkach.- oznajmił Morgenstern.- Do dnia dzisiejszego opanowała: miecze; sztylety, piki; halabardy; łuk i kusze. Poza tym jest także dobrym strzelcem: posługuje się również bronią palną.
-Ostatnio upolowała z muszkietu dziką kaczkę- wtrącił Angello.- Chybiła do tarczy.
-Aż tyle... Nigdy bym nie przypuszczała, że jest taka zdolna. Wydawałoby się, że raczej niezbyt lubi się uczyć.. Z kolei Tylera bardzo rozpiera energia- zauważyła.
-Teraz pora wywlec moje brudy- stwierdził Michael kwaśno.
-Nie przejmuj się: to też Pudelek odnotuje- szturchnęłam go z ironicznym uśmiechem.
-Właśnie; Michael James... On z kolei jest nie tylko; jak pani mówi: energiczny; ale też bardzo szybko się uczy, choć zaczął dość niedawno.- Odparł Morgenstern z namysłem- Zresztą jako nauczyciel mogę powiedzieć; że spośród wszystkich moich dotychczasowych uczniów jest wyjątkowo pojętnym chłopakiem.
-Od ilu lat pan uczy?- Spytała nauczycielka biologii nieco ostrożniej.
-Dokładnie od dwudziestu trzech. Zacząłem uczyć mając dwadzieścia sześć lat- Odpowiedział Morgenstern swobodnie.
-Wygląda pan na wiele młodszego- wypaliła odruchowo; ale zaraz szybko przeprosiła.
-Nie ma za co; to nic takiego- odparł z nikłym uśmiechem Mistrz, oddając kopniaka Angello.
-Przysłuchiwałam się trochę tej waszej młodzieży; ale chyba niewiele zrozumiałam z tych ich żartów. Na przykład "nisko latające Kruki"; czy coś w tym rodzaju.. Angello i Morgenstern wymienili spojrzenia i uśmiechy.
-Widzi pani wiele osób z naszej organizacji pochodzi z rodzin szlacheckich. Raven ma w herbie rodowym Kruka; Moon'owie jako herb mają noc podczas pełni; pan Morgenstern nosi herb Jutrzenka...długo by wymieniać. "Nisko latające Kruki" związane są z pewną zabawną sytuacją jeszcze z naszych szkolnych czasów, gdy Cristopher wyskoczył oknem uciekając przed woźnym zgubił... Nieważne, co zgubił; ważniejsze, na kogo wpadł- Wyjaśnił Angello z lekkim chichotem.- Zresztą Callisto jest bardzo podobna do swojego ojca; jakby była młodszą bliźniaczką Cristophera.
-To przykre, że tak wcześnie straciła rodziców..- zauważyła Vitto smutno.
-Robi się tkliwie..- zauważyłam półleżąc na ławce oparta o jego pierś.
-Angello dobrze gra swoją rolę- przyznał obejmując mnie mocniej.
-Tak, większością Stowarzyszenia wstrząsnęła wtedy ta nagła informacja o śmierci Cristophera i Valerie. Ojciec Callisto był moim bliskim przyjacielem.
***
-Daliście czadu- odezwał się z przeciwległej ławki głos. Porter powoli podniósł się i usiadł.
-Zastanawiałam się; gdzieś się szlajał- odparłam spoglądając nań.
-Dostaliśmy od przewodniczącego małą robótkę. Ostatnio Psy Rządu szczekają trochę za głośno- wyjaśnił powoli.
-Robiliście za hyclów?- Spytał Michael z przymilnym uśmiechem.
-Z braku laku i kit dobry- Jasper wzruszył obojętnie ramionami.- W sumie Middford i Grey wyjątkowo nic nie spieprzyli; więc polowanie było nawet całkiem udane.
-Miejmy nadzieję, że do następnej Rady trochę się uspokoi.
-Jak na razie wszystko jest na dobrej drodze- przytaknął Jasper.
-Rząd na pewno coś kombinuje. Wydaję mi się, że zbyt szybko się przyczaili.- zauważył Michael powoli.
-Coś w tym jest...- Zgodził się Porter.- Zresztą wszyscy wiemy; że ufać pijawom; to jak wpuścić do domu złodzieja.
-O czym rozmawiacie?- Spytała Anastasia Forbes poprawiając strój cheerleaderki; postawiła przed nami lemoniadę i odetchnęła ciężko.
-O niczym ważnym- odparł Jasper rzucając mi wymowne spojrzenie.- Co, do tematu... Ostatnio Szczury trochę głośniej piszczą w kanałach..
-Podobno Wielka Inkwizycja chce zwalić się nam na głowy- dodałam niechętnie.- Znów się do czegoś przyczepią; Kulawe Aniołki...
-Skąd o tym wiesz?- Spytał Jasper zdziwiony.
-Matthew nagle wyparował. Poza tym mam lepszy słuch, niż nasz słynny Pudelek- odpowiedziałam uprzejmie.
-Zresztą sam wiesz; że Nox i Podkowa trzymają się z Mattem- Dodał Michael.
-No; fakt.. Cześć; Mikaelis- rzucił wpatrując się w chłopaka za mną.
-Cześć: Porter; Płomień- Odpowiedział Lucian; ignorując zaciekawiony wzrok Stacii pochylił się przy mnie i szepnął po francusku- Szlachetni wyleźli z podziemia. Torres przysłał przed chwilą jednego ze swoich. Twierdzi; że ludzie znów znikają.
-Co na to Angello?- Zapytałam powoli, bawiąc się wisiorkiem na jego szyi.
-Zamierza zaprosić Inkwizycję na Radę- oznajmił krótko nadal po francusku. Zamarłam w bezruchu z zawieszką: uchwyconym w locie, misternie wykonanym w srebrnym kruszcu, krukiem z zaciśniętym w jego szponach złotym kluczem.
-Hmm. Nie zawsze nadarza się okazja dokopania Inkwizycji. Angello ustalił już termin?- Spytałam, ponownie kołysząc wisiorem.
-Czeka na pismo z góry i powrót Matta- oznajmił.
-Dziękuję; Lucian- rzuciłam lekko. Czarnooki ukłonił się delikatnie i ruszył w swoją stronę; a Stacia gapiła się na jego postać w czarnych letnich ciuchach.
-Ale słodziaczek...- O Anastasię oparła się córka burmistrza: Meredith Bell.
-To ja spotkałam go pierwsza- Stacia wzięła tacę i... Nagle Porter złapał upadającą Anastasię.
-Wszystko w porządku..?- Zapytał dziewczynę.
-Moja głowa... Słabo mi... Mdli mnie- jęknęła blondynka.
-Co jej jest?- Zapytała Meredith ostrożnie. Porter zaczął się rozglądać; sprawdzając puls Stacii.
-To nie jest przypadek; Kruk- zauważył wolno.- Oddychaj głęboko..- zwrócił się do blondynki.- A ty biegnij do naszego namiotu i znajdź mojego kolegę. Nazywa się Marco Holy i jest lekarzem.- Powiedział ostrzej do Meredith.
-D-Dobbrze.- Meredith pobiegła w stronę zielonego namiotu; powtarzając imię i nazwisko mojego kuzyna. Kilka minut później Meredith wróciła prowadząc Marco.
-Co tam?- Marco przyklęknął przy Anastasii i obejrzał jej twarz i oczy.- Sprawdzałeś puls; Jasper?
-Jasne. Jest za szybki... A to co; na Kulawe Aniołki..?- Zdumiał się; gdy Stacia tracąc przytomność zerwała z szyi plaster.
-Michael zabierz ją, żeby nam tu zaraz nie odjechała- oznajmił Marco.
-Okej. Chodź; musimy stąd iść- zwrócił się do Meredith prowadząc ją w stronę trybun. Szyja blondynki była 'ozdobiona' śladami kłów i zadrapaniami po (zapewne) jej własnych paznokciach.
Michael Tyler; uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów... Posadziłem dziewczynę na krzesełku trybun i podałem jej kubek wody z kilkoma kroplami środka uspokajającego. Powoli usiadłem obok roztrzęsionej cheerleaderki imieniem Meredith.
-Wypij.. To cię uspokoi- powiedziałem kojąco.
-Ja jej m-mówiłam; ż-że to z-zły pomysł...- zaczęła zapłakana. Upiła łyk wody; ocierając łzy.
-Jaki pomysł?- Zapytałem cicho. Nie podobało mi się to. Bardzo. Meredith długo milczała. Wbijając wzrok w beton piła wodę. Postanowiłem inaczej sformułować pytanie. -Co takiego Anastasia wymyśliła?- Zapytałem znowu. Drugi raz napotkałem ze strony Meredith ciszę. -Jeśli mi nie powiesz; Marco nie będzie mógł jej pomóc..- zacząłem; próbując ją nakłonić do powiedzenia prawdy. Meredith spojrzała na mnie z boku. Już nie płakała; ale przygladała mi się podejrzliwie.
-To ta czarownica Raven zrobiła coś Stacii- wybuchnęła ze złością.
-Posłuchaj mnie; Meredith. Skąd Anastasia ma te ślady na szyi?.- Zapytałem ostrzejszym tonem.- Kto jej to zrobił? Potrząsała głową ze strachem w oczach. Znowu zaczęła drżeć. Starałem się jakoś do niej dotrzeć; przemówić do rozsądku. W końcu chwytając Meredith za ramiona potrząsnąłem dziewczyną mocno; mówiąc ostro: -Albo powiesz mi prawdę i pomożesz przyjaciółce; albo nadal będziesz kłamać, a my nie będziemy w stanie jej pomóc: wybieraj Meredith!- Warknąłem patrząc jej prosto w oczy. Zrobiła się blada, jak prześcieradło gapiąc się na mnie z przerażeniem.
-Czy ona... Ona może przez to umrzeć...?- Zapytała z wahaniem. Westchnąłem ciężko, zastanawiając się; czy mogę jej powiedzieć.
-Nie wiem- odparłem po dłuższej chwili.
-Nieprawda. Dobrze wiecie; co jest z Anastasią...- przerwała mi rozdrażniona.
-Nadal mi nie pomagasz; Meredith- oznajmiłem napiętym głosem; próbując zachować resztki cierpliwości.- Dobra, ostatni raz: skąd Anastasia ma te ślady na szyi? Co się takiego stało; że kogoś się boisz: słucham- powiedziałem z determinacją. Cisza przeciągała się. Meredith gapiła się tępo w ten cholerny beton. -Boże... No; litości..!- sapnąłem z irytacją przez zaciśnięte zęby.- Dobra: nie chcesz powiedzieć; to nie. Przynajmniej nie będę musiał się już z tobą użerać, jak ten wasz wspólny znajomy cię znajdzie; idiotko- prychnąłem wściekły; odchodząc.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Ślady są już częściowo zaleczone- stwierdził Marco oglądając oczy dziewczyny; przeszedł do rąk.- Nie mam całkowitej pewności, że nie przejdzie przemiany.
-Jakiej przemiany??!- Zapytała Meredith wbiegając za Michaelem do namiotu.
-Ciszej, przeszkadzasz- syknął Marco; nadal pogrążony w pracy.
-Co z nią robimy; Marco?- Zapytał Angello poważnie.
-Pokażą najbliższe godziny; Angello- odpowiedział uprzejmie mój kuzyn.- Jedyne; co można teraz zrobić, to obserwować dziewczynę.
-O czym wy mówicie?? Co jej jest??- Meredith zaczęła się drzeć. Podeszłam do niej i uderzyłam ją mocno w twarz. Porter złapał ją, zanim zdążyła uciec z namiotu.
-Zamknij się; Bell- Nakazałam; patrząc na nią zimno.- Lucian.
-Oczywiście; panienko- rzucił czarnooki usłużnie zamykając nadgarstek Meredith w swojej dłoni. Porter odsunął się. Reszta łowców wyszła z namiotu; by dokończyć przygotowania. W namiocie zostało nas- licząc obecną; ale nieprzytomną- sześcioro.
-Nie możecie mnie tu bezkarnie przetrzymywać- zaczęła z oburzeniem Meredith.
-Możemy cię; jak mówisz: przetrzymywać; zupełnie gdzie indziej i nikt z nas nie będzie powiązany z twoim zniknięciem; mademoiselle.- odparł Angello odpalając trzymanego w ustach papierosa.
-Równie dobrze możemy jej użyć jako przynęty; co Raven?- Spytał Marco lekkim tonem.
-Nie bardzo... Chyba, że są wśród pijawek wegetarianie- zauważyłam z przekąsem.
-Śmiem wątpić; panienko- zauważył Lucian uprzejmie. Przyciągnął do siebie szarpiący się worek kości; mówiąc.- Nie wyrywaj się, nie chciałbym zrobić ci krzywdy- oznajmił spokojnie unieruchamiając Meredith.
-Zacznę krzyczeć...- zaczęła córka burmistrza z groźbą.
-Zanim zdążysz pisnąć, Lucian uprzejmie cię uśpi.- Angello spojrzał na zegarek.- Orkiestra zawsze punktualna; już nikt by cię nie usłyszał- przewodniczący uśmiechnął się z wyższością.- Callisto; zajmiesz się wszystkim? -Oczywiście; Angello: zadbaj o busa.- Odparłam.
-Jakieś specjalne życzenia; Callisto?- Angello obejrzał się przez ramię z tajemniczym uśmiechem.
-Maleńkie; z góry dziękuję- odparłam uśmiechając się drapieżnie.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Godzinę później; kwatera główna Stowarzyszenia Łowców...
-Stacja docelowa rejsu na totalne zadupie. Witamy w Guadalupie
-Raczej w Czarnej Dupie..- zauważył Marco cierpko.
-W którą stronę nie pójść wszędzie szczury, dziki; nietoperze, Nawiedzona Farma; Dom Strachu i inne leśne atrakcje.- Zarechotał Porter otwierając zacinające się drzwi z buta.- Falcon; podły kutafonie: wstawaj! W trumnie się wyśpisz!- Szturchnął z humorem naszego rusznikarza.
-Idź w diabły, mnie tu dobrze- burknął sennie nasz wytwórca broni.
-Fakt; dziś obiad gotują zakały z Middfordem na czele. Masz rację: lepiej poddać się narkozie przez podanie kiszonej skarpety, niż jeść to; co oni ugotują... Dobranoc- rzucił Porter otwierając przesuwane drzwi busa. Michael z trudem powstrzymywał się od śmiechu.
-Zakały za karę dziś zmywają; Porter- rzucił Jim Sword przechodząc obok.
-To kto gotuje dzisiejsze żarcie?- Spytał Jasper zdziwiony.
-Środa; dziesiąty sierpnia: Horse; Romanow; Nick-Rozpuszczalnik i Morgenstern- rzuciłam z pamięci.- Co dziś w karcie? Żebyś mnie zabił nie pamiętam... Na pewno wystrzegaj się zielonej galaretki: będziesz po niej świecił w ciemnościach- rzuciłam uprzejmie; a Michael nie wytrzymał i zaczął rechotać na cały głos.
-Nie mam pojęcia; co w tym śmiesznego- zauważyła kwaśno Meredith.- Zdejmijcie mi to z oczu, bo kręci mi się w bani... O rany...- zatoczyła się i; gdyby Lucian nie przyciągnął jej za ciuchy przytuliłaby się do ściany budynku.
-To twoje narzekanie robi się już nudne- jęknęłam gestem ręki nakazując Lucianowi zdjęcie przepaski z oczu Meredith.
-Łał; ale buda!- Jęknęła zadzierając nos; by spojrzeć na dach. Weszliśmy za chłopakami niosącymi nosze z Anastasią.
-Cally!- Zdążyłam się odsunąć zanim starszy brat Caroline; Devon zmiótłby mnie z powierzchni ziemi.
-Lataj nisko i bardzo powoli; przy czym skontaktuj się z wieżą kontroli- Zarechotał siedzący na barierce piętra Vincent Rodriguez. Chwilę potem przewinął się i wylądował na płytach podłogi. Oczy Meredith ze zdziwienia przybrały wielkość piłeczek pingpongowych.
-Jak w Budapeszcie; Devon?- Rzuciłam szturchając mocno kuzyna.
-Ogólnie dupa. Spędziłem przyjemną noc w lipnym hotelu, a poza tym nic nie znalazłem- orzechowooki wzruszył ramionami.- A ty? Słyszałem; że się hajtasz- stwierdził nagle.
-Caroline już ci doniosła?- Spytałam.- Mój narzeczony: Michael; mój kuzyn: Devon.
-Siema- rzucili równocześnie w swą stronę.
-W porządku; będziemy przygotowani. Dzięki; Tyrone.- rzucił Angello wychodząc z jadalni.- To; na razie- zakończył rozmowę i wsunął telefon do kieszeni.- Dzień dobry; Vincent. Rada pojutrze; o dziesiątej, Raven.
-Dzień dobry- odparł barczysty uprzejmie.
-Rozumiem; Angello- rzuciłam krótko, ignorując biegające po nas wyraźnie zdziwione spojrzenie Meredith. Ruszyliśmy za przewodniczącym na górę do gabinetu. ***
-Siadajcie- Rzucił Angello sprzątając z biurka dokumenty i akta kilku łowców. Vincent i Devon położyli na blacie biurka teczki. Angello otwierając czarną teczkę zauważył: -Inkwizycja rozpoczyna coroczną kontrolę: w tym roku zaczynają od nas.
-Jeszcze ich tu brakowało do szczęścia- dodał cierpko Devon.- Znowu będzie pełno roboty; a w efekcie i tak znajdą coś; do czego będą mogli się doczepić..
-Otóż to- przytaknął Angello niechętnie. Z szafy w rogu pokoju wydobył się syk i przeraźliwe miałczenie. Angello przewrócił oczami i otwierając szafę burknął- Psik; worku pcheł!- dodatkowo obłożył czarnego kota trzymaną w ręku teczką.- Tssk.! Przeklęty kot...
Zwierzę czmychnęło prychając i sycząc. Meredith odprowadziła je wzrokiem.
-Powoli przestaję wierzyć, że jesteście zwyczajnymi sympatykami szermierki- zauważyła niezadowolona.
Wymieniliśmy szybkie spojrzenia.
-Nie możemy ryzykować; Angello: ona już i tak wie za dużo- Ruchem głowy wskazałam Meredith. W pewnej chwili usłyszeliśmy hałas i stek przekleństw z ust kilku łowców.
-Trzymajcie ją! Cholera...- Sapnął Marco.
-Pójdę sprawdzić; co się tam dzieje- rzuciłam wychodząc. Zdążyłam zagrodzić uciekinierce drogę. Nim się spostrzegła powaliłam ją na podłogę i wykręciłam jej rękę w tył. Zaczęła szczerzyć kły wpatrzona w Meredith. -Mamy kolejną komplikację; Angello- wyciągnęłam z kieszeni strzykawkę ze środkiem usypiającym. Splunęłam osłonką igły; którą wbiłam w szyję Stacii i wcisnęłam tłoczek do oporu. Dziewczyna jeszcze chwilę się szamotała; a potem zasnęła. Zobaczyłam; jak Angello uspokaja przerażoną Meredith.
-Przeklęte Ścierwa Rządu...- mruknęłam pod nosem z niesmakiem. Chwilę potem Jasper i wujek Alec przejęli dziewczynę.
-C-Co to b-było?- zapytała zszokowana Meredith gapiąc się na mnie.- Krwawisz..
-Nic mi nie będzie- odparłam chłodno zakrywając dłoń rekawem bluzki.
-To; czego niestety byłaś świadkiem było nowoprzemienionym wampirem- oznajmił Angello.
-Wampiry nie istnieją- zastopowała cheerleaderka.
-Dobry żart co; Kruk?- rzucił uprzejmie Angello.
-Świetny- uśmiechnęłam się.
-Madré di Dio!- Meredith odsunęła się przezornie.
-Przecież nie gryzę- rzuciłam z ironicznym uśmiechem; a wszyscy parsknęli śmiechem.
-Wampir pospolity: desmodontidae officinalis. Jedyny i niepowtarzalny gatunek w pełni udomowiony- zarechotał Devon i dostał ode mnie z buta. Meredith zrobiła dziwną minę.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
-Dobra... Załóżmy; że wampiry istnieją...- powiedziała Meredith pół godziny później z wahaniem.- Czy ja też mogę być...? Mogę być..??- Zaczęła nagle pełna obaw. Przyciągnęłam ją razem z krzesłem bliżej do siebie i chwyciłam jej twarz. Obejrzałam uważnie najpierw szyję; a potem oczy.
-Nie jesteś wampirem- oznajmiłam spokojnie; puszczając ją.- Co nie znaczy, że twoje życie nie jest zagrożone- zauważyłam z namysłem. -A Stacia?- Zapytała ostrożnie. Wymieniłam spojrzenie z Angello.
-W najlepszym przypadku zacznie się kontrolować za jakiś miesiąc. Natomiast w najgorszym... Cóż; trzeba będzie ją zlikwidować. Na razie Anastasia będzie pod stałą kontrolą Stowarzyszenia. Pożyjemy: zobaczymy- powiedział po prostu.
-Czyli ten chłopak może mnie szukać...- domyśliła się Meredith.
-Istnieje taka możliwość- przytaknął wolno Angello.
-Chyba mi jakoś pomożecie, co...?- Zaczęła nieco zdenerwowana.
-To zależy. Oficjalnie stowarzyszenie łowców nie istnieje; dla was jest to zwyczajna organizacja zrzeszająca sympatyków szermierki. W praktyce nie tylko ćwiczymy walkę bronią wszelkiego rodzaju; ale i pozbywamy się miejskich śmieci.
-Taki "Zakład Oczyszczania Miasta": tyle, że na nocną zmianę- zauważył Devon z ironią.- Jesteś jedyną osobą spoza Stowarzyszenia; która zna prawdę o naszej organizacji- dodał nieco podejrzliwie i niechętnie.
-Chcecie tylko; żebym trzymała buzię na kłódkę...- Odparła Meredith zamyślona; mnąc w palcach materiał spódniczki- Nie pisnę ani słowa i coś wymyślę, żeby usprawiedliwić zniknięcie Stacii- Dodała widząc nasze wyczekujące spojrzenia.- Czy mogłabym ją zobaczyć...?- Zapytała niepewnie.
-Jak myślisz; Raven?- Zapytał Angello.
-Ten jeden raz chyba możemy zrobić wyjątek- rzuciłam wstając.
W południowej części podziemnych korytarzy oparłam mocno Meredith o ścianę tuż przy schodach w górę.
-Co robisz; Raven? Kompletnie ci odbiło?- Zapytała ostro, przestraszona.
-Posłuchaj mnie teraz uważnie; Bell. To; co zobaczysz może ci się nie spodobać; ale jest to konieczne. Rozumiesz?
-Okej...- odparła cheerleaderka lekko drżącym głosem.
-W porządku..- Powiedziałam prowadząc ją wąskim korytarzem. Przystanęłam przed drzwiami po lewej w samym środku korytarza. -Na pewno chcesz zobaczyć ją w takim stanie?- Zapytałam znów ostrożnie.
-Miejmy ten pierwszy szok za sobą; Raven- odparła; a ja pchnąwszy drzwi wpuściłam ją i sama weszłam do środka. Usłyszałam warkot przeplatany podzwaniającymi łańcuchami i zobaczyłam szczerzącą kły Stacię. Meredith z okrzykiem przerażenia odskoczyła i schowała się za mną. Anastasia napięła łańcuchy; które przyciagnęły ją spowrotem do ściany. Uderzyła w nią i pochyliła głowę oddychając ciężko.
-Nawet nafaszerowana prochami wygląda źle...- odezwałam się cicho; podchodząc. Przyklęknęłam przy oddychającej z trudem Anastasii. -Pamiętasz, kto ci to zrobił?- Zapytałam ją cicho.
-Zostaw mnie..- powiedziała z trudem blondynka.
-Chce ci się pić- zauważyłam powoli wyciągając zza bluzki dwa woreczki z krwią transfuzyjną.
-Zabierz to!- Warknęła ostro; odtrącając moją dłoń z jedzeniem dla niej. Torebki szurnęły po podłodze i zatrzymały się tuż pod nogami Meredith; która podniosła jedną i zaczęła czytać etykietkę.
-Tylko tak możesz... Prędzej; czy później sięgniesz po krew; Anastasia- zaczęłam cicho ją przekonywać.
-Nic o tym nie wiesz! Nie masz pojęcia...- zaczęła ochrypłym głosem.
-Siedziałam w tej celi przez trzy miesiące po tamtej nocy; gdy zabił moich rodziców; a mnie zmienił w wampira..- przerwałam jej chłodno; siadając na podłodze obok Anastasii oparłam się o mur- ..więc nie mów mi; że nie wiem; o czym mówię; żałosna pijawko. Takich; jak ty widziałam już kilkadziesiąt razy.
-Czasem trzeba było ich likwidować. Zaczynali zabijać..- oznajmił Jason Moon rzucając mi strzykawkę z lekiem.
-Skąd to wytrzasnąłeś?- Spytałam zdziwiona, obracając przedmiot w palcach.
-Devon załatwił dostawę; przypadkiem wpadł na starego Carlosa- odparł wolno.
-To wyjaśnia; jakim cudem wylądował w węgierskim pudle- rzuciłam z zastanowieniem. Meredith milczała przyglądając się nam.- Czas na karuzelę wrażeń; co Nox?- rzuciłam z sarkazmem.
-Devon mówił, żebyś była ostrożna. To mocniejsze od "Piranii". Naprawdę uważaj; Kruk.
-Zawsze jestem ostrożna. Dzięki; Nox: dam sobie radę- odparłam za wychodzącym blondynem; podwijając rękaw.
-Chyba nie zamierzasz tego wziąć?- Zaczęła Meredith nieufnie.
-To nie twój interes- odparłam zaciągając pasek na ramieniu; powyżej łokcia.
-Nie pozwolę ci na..- zaczęła z oburzeniem. -Sądzę; że masz tu niewiele do gadania- odpowiedziałam przez zaciśnięte zęby; którymi trzymałam pasek. Wkłułam igłę i wcisnęłam tłok strzykawki. Koniec paska wyleciał mi z ust; powoli wyciągając igłę przymknęłam oczy oddychając ciężko. Obie obserwowały mnie w milczeniu przez dłuższe minuty. Pierwszy odlot spowodowany rozchodzącym się w krwioobiegu lekiem minął i powoli otworzyłam oczy. -O; rany... Naprawdę aż tak ze mną kiepsko..?- Jęknęłam słabo. Oparłam dłoń na kółku wmurowanym w ścianę i z trudem podniosłam się na nogi. Zachwiałam się i dostrzegając ruch Meredith syknęłam:
-Nie zbliżaj się- nakazałam powoli. Kły zaczęły wibrować bólem. Przez krótką chwilę miałam objawy kolejnego ataku. Nagle jednak wszystko ustąpiło.
-Nic ci nie jest...?- Zaczęła z niepokojem Anastasia; zwracając na mnie czarne z pragnienia oczy.
-Efekt odstawienny. Módl się, żebyś nie musiała tego brać- odparłam z trudem stawiając pierwsze kroki. Wzrok się wyostrzył.- Zaczyna działać falowy drugi odlot... Wychodzimy; worku kości- rzuciłam z sarkazmem do Meredith.
-Ja mam imię; Raven- odparła z niezadowoleniem.
-No; co ty nie powiesz? Jakby nie było też mam imię i również cię nie lubię- odparłam obojętnie.
-Lepiej uważaj; bo mam na ciebie haka- powiedziała mściwie. Odwróciłam się i w jednej sekundzie oparłam ją mocno o mur tuż za zamkniętymi drzwiami celi.- Wiesz.. Wcale nie musimy jej tu obserwować, więc trzymaj pysk na wodzy- zauważyłam z groźbą.- Tylko nasza dobra wola trzyma ją przy życiu. Jest niestabilna i, jeśli po powrocie do domu kogoś zabije, w każdej chwili możemy się jej pozbyć. Jeżeli piśniesz choćby słowo z tego; co wiesz może być niemiło. Idziemy- puściłam ją i ruszyłam po schodach, dostrzegając znikającą za węgłem postać Michaela.
***
-Powinniśmy ją trzymać na krótkiej smyczy- zauważył nieufnie Devon patrząc za odjeżdżającym czarnym Nissanem należącym do Vincenta.
-Niezbyt mi się to podoba- przytaknął Michael równie podejrzliwy.
-Lucian powinien już być pod jej domem- zauważyłam zamyślona.
-Jest, jak zawsze świetna; co?- Spytał Devon Michaela.
-To w końcu moja narzeczona. Najlepsza łowczyni; jaką znam- Michael uśmiechnął się delikatnie.
-Nie podlizuj się; przyszły mężu- szturchnęłam go z lekkim śmiechem.
Gabriel Mikaelis, anioł Rodu Kruka.
Noc; jak każda. Ciemno; parno i pracowicie, choć nudno. Zniknąłem w rozłożystej koronie dębu i obserwowałem wysiadającą z Nissana; Meredith Bell. Kilka minut później trzasnęły cicho drzwi wejściowe jej domu. Jakiś czas potem mogłem obserwować ją przez okno niemal tuż przy moim punkcie obserwacyjnym.
Noc; jak każda. Ciemno; parno i pracowicie, choć nudno. Zniknąłem w rozłożystej koronie dębu i obserwowałem wysiadającą z Nissana; Meredith Bell. Kilka minut później trzasnęły cicho drzwi wejściowe jej domu. Jakiś czas potem mogłem obserwować ją przez okno niemal tuż przy moim punkcie obserwacyjnym.
Nie odbudujesz już tamtego zaufania; którym cię darzyła; Mikael.. Znów cię wykorzysta, a potem porzuci, jak zwykłego śmiecia; Bracie..- kolejny raz ten prześmiewczy ton głosu.
-Nie jesteś moim bratem, zdradziecka żmijo- mruknąłem, próbując przepędzić wspomnienie Astarotha; którego wcześniej chciałem nawrócić na dobrą drogę i udałoby mi się to; gdyby nie ten jego przeklęty bliźniak; Mephisto.
-Szlag by to...- Zakląłem cicho; z irytacją sięgając do kieszeni po papierosa i zapalniczkę.
Zapaliłem powoli i gapiłem się w pokój Meredith; jak w zwyczajny ekran telewizora.
-Szlag by to...- Zakląłem cicho; z irytacją sięgając do kieszeni po papierosa i zapalniczkę.
Zapaliłem powoli i gapiłem się w pokój Meredith; jak w zwyczajny ekran telewizora.
Obserwuj; gdzie chodzi i z kim się spotyka. Chodź za nią krok w krok. Podsłuchuj rozmowy, jeśli będzie to konieczne. To bardzo prawdopodobne, że jest w jakiś sposób powiązana z pijawami..- Tak brzmiała prośba mojej panienki, a ja bez względu na wszystko musiałem ją wykonać.
Od kilku godzin nie działo się nic szczególnego- zwykła monotonia codzienności każdego śmiertelnika. Meredith kursowała od kuchni do swojego pokoju i spowrotem. Oglądała bzdurne seriale i czatowała na jakimś portalu. Nie byłoby w tym wszystkim nic podejrzanego, gdyby nie nick czatowego rozmówcy Meredith i jedna z jego odpowiedzi.
~shadow: powinnaś być bardziej ostrożna; lepiej sprawdź, czy ktoś cię nie śledzi...
~shadow: Przeklęta wrona; niech ją diabli.. Vincenzo przypłacił życiem to, że w porę nie załatwił tej małej suki..
~ghost_in_mirror: właściwie czemu tak się przejmujesz tą całą wroną. Pokracze i odleci; jaki problem...?
~shadow: mylisz się. Tacy; jak oni są najgorsi.. Panoszą się; jak bezpańskie.. Muszę kończyć...
~shadow opuścił pokój Games
Meredith zamknęła okienko; lecz zaraz na ekranie laptopa wyskoczyło kolejne.
~Guardian: widzę cię.!
Na ten widok omal nie spadłem z gałęzi dębu. Ktokolwiek to robi; albo wie, że tu jestem; albo chce dziewczynę nastraszyć...
Kto próbuje mi przeszkadzać w robocie, na Litościwą Światłość?- pomyślałem z nagłą irytacją.
Meredith szybko podeszła do okna i blada, jak ściana, wyjrzała przez szybę. Nie widząc nic niezwykłego wróciła do laptopa.
~ghost_in _mirror: Kim jesteś??!
~Guardian: Przecież dobrze wiesz...
~ghost_in_mirror: Jeśli zaraz nie przestaniesz, zadzwonię na policję!!!
~Guardian: Próbuj, proszę bardzo:)
~Guardian: Pobawimy się w chowanego
~Guardian: Znajdź mnie; jeśli potrafisz;)
Nagle uruchomiła się drukarka i zaczęła drukować rozmowę. Meredith podskoczyła i spojrzała na sprzęt...
Drukarka była odłączona od prądu!
Drukarka była odłączona od prądu!
~ghost_in_mirror: Doigrałeś się! Dzwonię na policję!
~Guardian: igrasz z ogniem; Merri. Już zapomniałaś: lato; trzy lata temu?
~Guardian: A może nie chcesz pamiętać, co się wtedy stało...?
Meredith znieruchomiała na sofie. Jej twarz z wyrazem panicznego strachu i jednocześnie, jakby niedowierzania wpatrywała się w laptopa; jakby nie docierało do niej; że to się dzieje naprawdę..
~ghost_in_mirror: Kimkolwiek jesteś; przestań mnie straszyć. Odpuść sobie te głupie żarty. To wcale nie jest śmieszne!
To było dość dziwne. Dlaczego osoba po drugiej stronie czatu pytała o coś; co wydarzyło się o tej samej porze roku, lecz pare lat temu? O co tu chodzi? Naprawdę to tylko głupia zabawa jakiegoś żartownisia, który o czymś wie, czy może jednak coś więcej...?
-Spowrotem, dostarczysz coś- nakarmiłem kruka.
Zwinąłem liścik w rulon i przywiązałem go do obrączki. Zakrakał, a jego fioletowe oko błysnęło.- Leć do Sebastiana- Rzuciłem robiąc ręką zamach. Ptak poderwał się do lotu.
-Powrót do domu czasem jest trudny- mruknąłem patrząc na ścianę lasu w oddali.
-A skąd ty to możesz wiedzieć? Ciebie nikt nie zbije- urwała nagle; jakby zrozumiała; że mówi za dużo.
-Jak się nazywasz? Może poszukamy twoich rodziców?- Spytałem lekko.
Zaczęła kręcić głową odmownie; zaciskając usta w wąską kreskę.
~Guardian: Cudowne lato trzy lata temu, Merri...
Rzeczy na blatach szaf zaczęły się przewracać, światło zamrugało, a telewizor sam zmieniał kanały.
~Guardian: Pamiętam te wakacje, super imprezy i tamtą noc.
Na stoliku tuż przy sofie; na której siedziała zdrętwiała z przerażenia Meredith Bell; zapłonęły trzy świece stojące na ozdobnym talerzyku.
~Guardian: Była dokładnie taka; jak dzisiaj.. Pamiętasz, w co uderzyliśmy kabrioletem mojego ojca..?
~Guardian: Mogę ci powiedzieć, że długo nie cierpiałem: to był dobry żart wyrzucić moje leki na astmę? Był dla ciebie śmieszny?
~Guardian: Dla mnie jakoś nie bardzo. Nie, nie udusiłem się- odgięta barierka przebiła mi serce..
W tej samej chwili zgasły żarówki i telewizor. Jedynym źródłem światła były świece, ponieważ ekran laptopa zaciemnił się ukazując wygaszacz: zdjęcie piątki nastolatków- Meredith w samym środku obejmowała przystojnego chłopca: wysokiego blondyna z dużymi, ciemnoniebieskimi oczami.
Dziewczyna wydała z siebie zduszony pisk i uciekła z pokoju zatrzaskując drzwi z hukiem, zostawiając laptopa.
-Odejdź...- jej drżący szept niósł się echem po pustym domu.- Zostaw mnie w spokoju.. Proszę.. Odejdź.- była coraz bardziej roztrzęsiona, zupełnie jakby bała się jakiegoś ducha...
Dziewczyna wydała z siebie zduszony pisk i uciekła z pokoju zatrzaskując drzwi z hukiem, zostawiając laptopa.
-Odejdź...- jej drżący szept niósł się echem po pustym domu.- Zostaw mnie w spokoju.. Proszę.. Odejdź.- była coraz bardziej roztrzęsiona, zupełnie jakby bała się jakiegoś ducha...
Wtedy sam to odczułem; jak nagły cios obuchem.
To wręcz obezwładniające uczucie gniewu i ogromnej krzywdy. Klucz- jedyna oznaka mojej przynależności tutaj- w mojej dłoni zaczął parzyć mi palce.
Postanowiłem zasięgnąć języka. Sebastian na pewno będzie coś wiedział.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Następnego dnia. Kościół farny.
Undertaker wchodził właśnie na chór- przywitał się ze znajomym organistą i ruszył ku ławce; gdzie siedziałem.
-Nie spodziewałem się, że cię tu spotkam- odezwał się.
-Mam małą sprawę; Undertaker- odparłem z namysłem.
-Chodzi o kogoś z moich gości?- Spytał tym swoim charakterystycznym szeptem.
-Można to tak ująć- przyznałem wolno.
-No; to dawaj- rzucił zachęcająco.
Opowiedziałem mu o wydarzeniach mających miejsce wczorajszej nocy.
-To rzeczywiście dziwaczna sprawa- zauważył z namysłem.- Trzeba przejrzeć papiery w zakładzie.. Mówisz, że to było trzy lata temu; jakoś latem..
-Zgadza się- rzuciłem krótko.
-Dam znać; jak coś znajdę- odparł.
Skinąłem głową w podziękowaniu.
-Na pewno dobrze ci przy niej?- Zapytał nieco ostrożniej.
Spojrzałem nań, ale uciekł oczami gdzieś na bok.
-Nie ufasz mojej panience- zauważyłem powoli.
-Po prostu nie podoba mi się; jak ona cię traktuje- odparł z niechęcią Sebastian.
-To znaczy: jak?- Wwierciłem się w niego spojrzeniem.
-Jakbyś... Jakbyś był zwykłym przedmiotem.!- Syknął oburzony.
To wręcz obezwładniające uczucie gniewu i ogromnej krzywdy. Klucz- jedyna oznaka mojej przynależności tutaj- w mojej dłoni zaczął parzyć mi palce.
Postanowiłem zasięgnąć języka. Sebastian na pewno będzie coś wiedział.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Następnego dnia. Kościół farny.
Undertaker wchodził właśnie na chór- przywitał się ze znajomym organistą i ruszył ku ławce; gdzie siedziałem.
-Nie spodziewałem się, że cię tu spotkam- odezwał się.
-Mam małą sprawę; Undertaker- odparłem z namysłem.
-Chodzi o kogoś z moich gości?- Spytał tym swoim charakterystycznym szeptem.
-Można to tak ująć- przyznałem wolno.
-No; to dawaj- rzucił zachęcająco.
Opowiedziałem mu o wydarzeniach mających miejsce wczorajszej nocy.
-To rzeczywiście dziwaczna sprawa- zauważył z namysłem.- Trzeba przejrzeć papiery w zakładzie.. Mówisz, że to było trzy lata temu; jakoś latem..
-Zgadza się- rzuciłem krótko.
-Dam znać; jak coś znajdę- odparł.
Skinąłem głową w podziękowaniu.
-Na pewno dobrze ci przy niej?- Zapytał nieco ostrożniej.
Spojrzałem nań, ale uciekł oczami gdzieś na bok.
-Nie ufasz mojej panience- zauważyłem powoli.
-Po prostu nie podoba mi się; jak ona cię traktuje- odparł z niechęcią Sebastian.
-To znaczy: jak?- Wwierciłem się w niego spojrzeniem.
-Jakbyś... Jakbyś był zwykłym przedmiotem.!- Syknął oburzony.
Znów cię wykorzysta, a potem porzuci; jak zwykłego śmiecia...
Stłumiłem w sobie gniew, że Undertaker znowu wtrąca się w nieswoje sprawy.
-Sam wybrałem służbę przy jej boku. Jestem jej własnością od chwili zawarcia Paktu- warknąłem cicho.- Może dla ciebie to tylko zwykła przysięga; lecz dla mnie to sens istnienia tutaj.
-Czyli to, że cierpisz- tylko i wyłącznie- przez nią: jest dla ciebie sensem życia?- Zapytał, patrząc na mnie z nieskrywaną niechęcią.- Nic, a nic z tego nie rozumiem; Gabriel...
-Nigdy nikogo nie pokochałeś; Sebastian: to główna różnica miedzy nami- odparłem smutno.
-Sam wybrałem służbę przy jej boku. Jestem jej własnością od chwili zawarcia Paktu- warknąłem cicho.- Może dla ciebie to tylko zwykła przysięga; lecz dla mnie to sens istnienia tutaj.
-Czyli to, że cierpisz- tylko i wyłącznie- przez nią: jest dla ciebie sensem życia?- Zapytał, patrząc na mnie z nieskrywaną niechęcią.- Nic, a nic z tego nie rozumiem; Gabriel...
-Nigdy nikogo nie pokochałeś; Sebastian: to główna różnica miedzy nami- odparłem smutno.
- Tylko myślał, że ją kocha... Fatalne zauroczenie.
-Nie ufam ludziom i nie powinno cię to zbytnio dziwić..- oznajmił, ponuro wpatrując się w ścianę.
Sebastian nie wierzył ludziom z jednego powodu- ktoś; kto kiedyś był mu bliską osobą wbił mu nóż prosto w plecy. Tym kimś była jego niedoszła narzeczona: nie dość, że go zdradziła; to jeszcze okrutnie wykorzystała to, że pomagał swojej przyjaciółce.
Inni powiedzieliby remis: jeden- jeden; ale Sebastian nie potrafił kłamać, a ona obróciła prawdę przeciwko niemu dodając tu i ówdzie swoje wyćwiczone kłamstewka..
Wszyscy się od niego odwrócili- włącznie z jego własną rodziną..
***
Naprawdę nie rozumiem; jak można chronić coś tak słabego i obrzydliwego, jak ludzie...
Inni powiedzieliby remis: jeden- jeden; ale Sebastian nie potrafił kłamać, a ona obróciła prawdę przeciwko niemu dodając tu i ówdzie swoje wyćwiczone kłamstewka..
Wszyscy się od niego odwrócili- włącznie z jego własną rodziną..
***
Naprawdę nie rozumiem; jak można chronić coś tak słabego i obrzydliwego, jak ludzie...
To prawda. Niektórzy ludzie bywają podli i całkowicie bezduszni. Dusze, które zabieram jako "anioł dobrej śmierci"- czasem w ogóle na takowy koniec nie zasługują.
Zaraz... Czyżbym właśnie przyznawał Astaroth'owi rację...?!!
***
Obracałem w dłoni stary klucz siedząc nad brzegiem jeziora, niedaleko pustej letniej posiadłości należącej do najmłodszego z synów czwartego pokolenia Rodu Kruka. Wampiry wyniosły się stamtąd odkąd rozpoczął się okres kwitnienia werbeny- wręcz nienawidziły tego zapachu..
Gdybym wyrzucił klucz; może byłbym szczęśliwy..
Nie. Moje miejsce jest przy Niej. Ona jest moim szczęściem.
Kto raz zdradził; zrobiłby to ponownie..
To moja wina.. Powinienem cierpliwie czekać aż Callisto zechce mi znów zaufać..
Poza tym mój panicz...
Martwi mnie jego spokój i powaga. Rzadko się odzywa- raczej woli przysłuchiwać się nieco z boku. I ta wyraźnie wyczuwalna aura nieprzeniknionego mroku.. Czy mój ulubiony panicz ma jakieś tajemnice; albo inne niezałatwione sprawy związane z tamtą nocą? A może żałuje czegoś; co się wydarzyło? Jakiejś decyzji; która wprawiła w ruch całą tę machinę wydarzeń...?
Martwiłem się o Cristophera-nawet jako wyższej rangi anioł- byłem dość mocno przywiązany do tego faceta o chłodnej urodzie i sarkastycznym usposobieniu; którego dewiza brzmiała: "życie jest jak pudełko czekoladek- nigdy nie wiesz, na co trafisz".
Zaraz... Czyżbym właśnie przyznawał Astaroth'owi rację...?!!
***
Obracałem w dłoni stary klucz siedząc nad brzegiem jeziora, niedaleko pustej letniej posiadłości należącej do najmłodszego z synów czwartego pokolenia Rodu Kruka. Wampiry wyniosły się stamtąd odkąd rozpoczął się okres kwitnienia werbeny- wręcz nienawidziły tego zapachu..
Gdybym wyrzucił klucz; może byłbym szczęśliwy..
Nie. Moje miejsce jest przy Niej. Ona jest moim szczęściem.
Kto raz zdradził; zrobiłby to ponownie..
To moja wina.. Powinienem cierpliwie czekać aż Callisto zechce mi znów zaufać..
Poza tym mój panicz...
Martwi mnie jego spokój i powaga. Rzadko się odzywa- raczej woli przysłuchiwać się nieco z boku. I ta wyraźnie wyczuwalna aura nieprzeniknionego mroku.. Czy mój ulubiony panicz ma jakieś tajemnice; albo inne niezałatwione sprawy związane z tamtą nocą? A może żałuje czegoś; co się wydarzyło? Jakiejś decyzji; która wprawiła w ruch całą tę machinę wydarzeń...?
Martwiłem się o Cristophera-nawet jako wyższej rangi anioł- byłem dość mocno przywiązany do tego faceta o chłodnej urodzie i sarkastycznym usposobieniu; którego dewiza brzmiała: "życie jest jak pudełko czekoladek- nigdy nie wiesz, na co trafisz".
-Wszystko w porządku, proszę pana?- Zapytał za mną dziecięcy głos.
Puściłem po powierzchni wody kolejną 'kaczkę'.
-Nie powinnaś być z rodzicami?- Odpowiedziałem pytaniem.
Dziewczynka uśmiechnęła się słabo.
-W ogóle ich nie obchodzę..- odpowiedziała szczerze, lecz smutno; siadając obok.
-To nieprawda.. Na pewno się o ciebie martwią- odparłem; widząc zbliżający się czarny punkt na niebie. Wstałem wbijając wzrok w wielkiego czarnego kruka powoli zniżającego lot. Cofnąłem nieco wyciągnięte ramię.
-Akurat- prychnęła urażona dziesięciolatka.- Nikt się mną nie przejmuje...
Virgo wylądował na moim przedramieniu.
-Na pewno już ktoś cię szuka, prawda Virgo?- Zwróciłem się do ptaka.
Zakrakał przeraźliwiej, niż zwykle.
-Jest trochę przerażający...- zaczęła otrząsając się lekko.
-Virgo jest niegroźny. Ej; co z tobą?- Syknąłem na ptaka, odsuwając lewą dłoń.
Dziabnął mnie sukinkot!..
-Swoich nie poznajesz, ha?- Spytałem ssąc zraniony palec. Kruk znowu zakrakał potrzasając łebkiem. Wyciągnąłem zza obrączki list i rozwinąłem.
-Na ramię; Virgo- rzuciłem do ptaka.
Przeskoczył i zwinął skrzydła.
Puściłem po powierzchni wody kolejną 'kaczkę'.
-Nie powinnaś być z rodzicami?- Odpowiedziałem pytaniem.
Dziewczynka uśmiechnęła się słabo.
-W ogóle ich nie obchodzę..- odpowiedziała szczerze, lecz smutno; siadając obok.
-To nieprawda.. Na pewno się o ciebie martwią- odparłem; widząc zbliżający się czarny punkt na niebie. Wstałem wbijając wzrok w wielkiego czarnego kruka powoli zniżającego lot. Cofnąłem nieco wyciągnięte ramię.
-Akurat- prychnęła urażona dziesięciolatka.- Nikt się mną nie przejmuje...
Virgo wylądował na moim przedramieniu.
-Na pewno już ktoś cię szuka, prawda Virgo?- Zwróciłem się do ptaka.
Zakrakał przeraźliwiej, niż zwykle.
-Jest trochę przerażający...- zaczęła otrząsając się lekko.
-Virgo jest niegroźny. Ej; co z tobą?- Syknąłem na ptaka, odsuwając lewą dłoń.
Dziabnął mnie sukinkot!..
-Swoich nie poznajesz, ha?- Spytałem ssąc zraniony palec. Kruk znowu zakrakał potrzasając łebkiem. Wyciągnąłem zza obrączki list i rozwinąłem.
-Na ramię; Virgo- rzuciłem do ptaka.
Przeskoczył i zwinął skrzydła.
- Chłopak, o którego pytałeś zginął tragicznie trzy lata temu; dziesiątego sierpnia. Z grupą przyjaciół jechali z imprezy i uderzyli w barierki. Nazywał się Nicholas Johnson; jego grób jest na północnej części cmentarza trzeci od lewej w piątym szeregu; marmurowy.
- Jedną z jadących wtedy osób była ta Meredith.. To jeszcze nie wszystko: wpadnij, to powiem ci resztę- ta kartka jest za mała na tyle informacji.
- Undertaker.
Odwróciłem kartkę i wyciągnąłem z kieszeni ołówek. Zacząłem pisać..
- Spotkamy się po południu; będę na terenie..
- G. M.
-Spowrotem, dostarczysz coś- nakarmiłem kruka.
Zwinąłem liścik w rulon i przywiązałem go do obrączki. Zakrakał, a jego fioletowe oko błysnęło.- Leć do Sebastiana- Rzuciłem robiąc ręką zamach. Ptak poderwał się do lotu.
-Powrót do domu czasem jest trudny- mruknąłem patrząc na ścianę lasu w oddali.
-A skąd ty to możesz wiedzieć? Ciebie nikt nie zbije- urwała nagle; jakby zrozumiała; że mówi za dużo.
-Jak się nazywasz? Może poszukamy twoich rodziców?- Spytałem lekko.
Zaczęła kręcić głową odmownie; zaciskając usta w wąską kreskę.
Coś jest nie tak...
-Kto to jest Undertaker?- Zapytała nagle nieufnie.
-Mój przyjaciel. Całkiem miły chłopak..- odparłem.
Miły; kiedy nie zacznie nucić pieśni załobnych.. A już zwłaszcza przeklętej "Lacrimosy"..- pomyślałem bezwiednie.
Podeszła powoli wyciągając rękę. Biała sukienka zaczęła falować na wietrze.
-Będą źli, że znów przychodzę..- powiedziała cicho; cofając się nagle.- To moja wina, że on..- pokręciła głową; jej postać zaczęła zanikać.
-Mój przyjaciel. Całkiem miły chłopak..- odparłem.
Miły; kiedy nie zacznie nucić pieśni załobnych.. A już zwłaszcza przeklętej "Lacrimosy"..- pomyślałem bezwiednie.
Podeszła powoli wyciągając rękę. Biała sukienka zaczęła falować na wietrze.
-Będą źli, że znów przychodzę..- powiedziała cicho; cofając się nagle.- To moja wina, że on..- pokręciła głową; jej postać zaczęła zanikać.
Kolejny duch przywołany przez linie pod miastem...?
Wiedziałem, że coś tu nie gra..
Wiedziałem, że coś tu nie gra..
-Zaczekaj- chciałem ją zatrzymać, żeby dowiedzieć się czegoś więcej; ale nic z tego.
Odeszła.
***
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Niech to wszystko diabli...- przystanęłam kilka kroków od sypialni ojca; słysząc jak trzasnął otwartą dłonią w biurko.
Po chwili zaczął chodzić po pokoju wyraźnie zdenerwowany, mrucząc coś pod nosem po włosku.
Nie spodobało mi się to. Być może Lucian miał rację i- ojciec coś przed nami ukrywał.
To kolejna z tajemnic rodu, czy coś o wiele bardziej niebezpiecznego; przed czym chce mnie chronić? Dlaczego nie rozpoznaję sygnetu; który nosi na palcu(?)- wydaje mi się; że tamten stary był drobny; złoty i nieco bardziej wytarty. Czy to z tego powodu mój ojciec zachowuje się inaczej, czy może, dlatego, że czegoś się dowiedział..?
-Chyba tylko sobie to wszystko wyolbrzymiam..- Mruknęłam cicho ruszając z miejsca.
Szłam do podziemi sprawdzić, czy Anastasia próbuje przyzwyczajać się do krwi.
Odeszła.
***
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Niech to wszystko diabli...- przystanęłam kilka kroków od sypialni ojca; słysząc jak trzasnął otwartą dłonią w biurko.
Po chwili zaczął chodzić po pokoju wyraźnie zdenerwowany, mrucząc coś pod nosem po włosku.
Nie spodobało mi się to. Być może Lucian miał rację i- ojciec coś przed nami ukrywał.
To kolejna z tajemnic rodu, czy coś o wiele bardziej niebezpiecznego; przed czym chce mnie chronić? Dlaczego nie rozpoznaję sygnetu; który nosi na palcu(?)- wydaje mi się; że tamten stary był drobny; złoty i nieco bardziej wytarty. Czy to z tego powodu mój ojciec zachowuje się inaczej, czy może, dlatego, że czegoś się dowiedział..?
-Chyba tylko sobie to wszystko wyolbrzymiam..- Mruknęłam cicho ruszając z miejsca.
Szłam do podziemi sprawdzić, czy Anastasia próbuje przyzwyczajać się do krwi.
Powoli pchnęłam ciężkie metalowe drzwi i weszłam do celi.
-Jak z tobą?- Zapytałam widząc porozrzucane puste opakowania po transfuzyjnej.
-To wcale nie pomaga; Raven- Stacia odrzuciła kolejny opróżniony plastik. Oparła się o mur brzęcząc łańcuchami kajdanek i zamknęła oczy.- Do bani! Lepiej byłoby mnie zabić; przecież i tak będę taka sama; jak ci; o których mówił ten Angello- prychnęła dobitnie nadal z zamkniętymi oczami.
-Niekoniecznie. Ja się jeszcze jakoś trzymam; choć ktoś zabił tego wampira..- wzruszyłam ramionami.
Stacia powoli otworzyła oczy i spojrzała na mnie uważnie.
-Gdybyś mogła; sama byś go załatwiła- powiedziała po chwili, prosto z mostu.
-To nie jest takie proste; Stacia..- westchnęłam ciężko.
-Właściwie dlaczego mi pomagasz; skoro tamtego wampira w szkole zabiłaś?- Zapytała nagle.
-Jakiego wampira?- Zapytałam mrugając.
-Kolesia; który wtedy zaatakował Dabrię Jacobs- wyjaśniła powoli.
Zastanowiłam się przez moment.
-Właściwie... Tego wampira Stowarzyszenie szukało od dawna. Był przemieniony i wyjątkowo niestabilny. Przestał się kontrolować, a poza tym zabił kilkanaście osób. Takich morderców właśnie się pozbywamy.
-Hmmm, ale skąd w ogóle wiedziałaś; że...?- Zaczęła zamyślona.
-Skąd wiedziałam, że był w szkole?.- Zapytałam retorycznie.- Pochodzę nie tylko z rodziny założycieli miasta. Zajmuję się także zabijaniem wampirów.. Łowca potrafi zwyczajnie wyczuć bliską obecność wampira.
-Nigdy bym nie pomyślała, że ci legendarni "łowcy wampirów" istnieją- Zauważyła cicho.- W necie jest tego masa; ale to czasem bardziej śmieszne, niż poważne- wzruszyła ramionami z mdłym uśmiechem.
-A ten wampir; który ci to zrobił?- Nagle wróciłam do tego tematu.
-Nie pamiętam.. W tym klubie była masa przystojnych facetów; a ja... Szczerze mówiąc: miałam już trochę w czubie.. Nic niezwykłego: muza; drinki, pełen parkiet i w ogóle...- Widać było, że niechętnie wraca myślami do tamtego wieczora.
-Może coś jednak zwróciło twoją uwagę.?- Zapytałam nieco zawiedziona.
-Nie sądzę..- odparła z zastanowieniem.- Chwila, czekaj... Klub nazywał się: "Fallen Angel"; jeśli dobrze pamiętam..
-Jeden z trzech głównych spędów w dzielnicy podziemia wampirów.. Dziwne, że nie spłonął, podobnie jak "Grave"- zauważyłam.- Mów dalej..
-Ochroniarze byli niby normalni... Z właściciela był nawet niezły słodziaczek..
-Ohyda.. Oszczędź mi szczegółów- jęknęłam z niesmakiem.
-A propos szczegółów: trochę zdziwiły mnie jego ciuchy i to, że miał nie pasującą do niczego broszkę. Poza tym rozmawiając z barmanką oboje cholernie przeklinali i to w trzech jezykach naraz.
-Taką, jak ta?- Zapytałam pokazując jej przypinkę Rządu.
Blondynka zaczęła ją uważnie oglądać.
-Wydaje mi się, że była identyczna- zauważyła.- Było ciemno; ale wpadłam na tego faceta i oparłam dłoń na nim żeby się nie wypieprzyć.. Rano miałam taką pieczątkę na ręce..- wyciągnęła zza bluzki kartkę z odciskiem.- Czasem nieźle myślę; co?- Spytała nieśmiało.
Porównałam kartkę z przypinką- wzór był jednak nieco inny; choć skądś mi znajomy.
Na przypince widniał splatający litery wąż; natomiast odcisk na kartce pod literami ukrywał inny symbol- cieńki niczym pajęcza sieć "kryształowy" kielich.
Zrobiło mi się duszno- przed oczami kolejny raz pojawił się obraz tamtej nocy.
Przymknęłam na chwilę oczy krzywiąc się.
Owalny wisior na szyi Ethana Link miał ten sam grawerunek.
Zapadła między nami długa cisza.
-Znasz ten rysunek? Raven...? Co ci jest??- Zapytała zaniepokojona moim nagłym napadem zimnego śmiechu.
-Już wszystko jasne..- oznajmiłam chłodno.- Muszę natychmiast zawiadomić Angello.
-Co to jest za symbol?- Zapytała ostrożnie.
-W porę stamtąd zwiałyście; Anastasia.. Ta twoja "pieczątka" to znak Klasztoru Rady.
-A co to znów za cholerstwo??- Zaczęła zaskoczona.
-Klasztor Rady to organizacja działająca przy Rządzie Wampirów. Innymi słowy zostałabyś siłą wcielona do armi pijawek- Oznajmił jednooki wchodząc do środka.
-Przecież nikt nie może mnie do tego zmusić...- zauważyła wymianę ironicznych spojrzeń między nami.- Mogą to zrobić??
-Jeśli pijawa; która cię zmieniła należy do Klasztoru; automatycznie stajesz się jego członkiem..- Wytłumaczyłam powoli.- Link też należał do Klasztoru; Mistrzu. Nosił ten znak na medalionie.
-Wszystko powoli składa się w całość- zauważył powoli Morgenstern.- Trzeba powiadomić Angello; pewnie przygotowuje dokumenty na Radę- A wychodząc dodał.- Za kilka godzin przyjeżdża "WIADRO BS-u".
-WIADRO BS-u?- Anastasia uniosła brwi ze zdziwieniem
-Wielka Inkwizycja Adekwatnie Dopierdala Robotę Ogólnie Bez Sensu; to taki skrót- wyjaśniłam wstając.- Naprawdę cholernie nam pomogłaś; Forbes. Dzięki- rzuciłam wychodząc.
-Przecież ja nic nie zrobiłam- zauważyła z tym samym zdziwieniem.
-Jak z tobą?- Zapytałam widząc porozrzucane puste opakowania po transfuzyjnej.
-To wcale nie pomaga; Raven- Stacia odrzuciła kolejny opróżniony plastik. Oparła się o mur brzęcząc łańcuchami kajdanek i zamknęła oczy.- Do bani! Lepiej byłoby mnie zabić; przecież i tak będę taka sama; jak ci; o których mówił ten Angello- prychnęła dobitnie nadal z zamkniętymi oczami.
-Niekoniecznie. Ja się jeszcze jakoś trzymam; choć ktoś zabił tego wampira..- wzruszyłam ramionami.
Stacia powoli otworzyła oczy i spojrzała na mnie uważnie.
-Gdybyś mogła; sama byś go załatwiła- powiedziała po chwili, prosto z mostu.
-To nie jest takie proste; Stacia..- westchnęłam ciężko.
-Właściwie dlaczego mi pomagasz; skoro tamtego wampira w szkole zabiłaś?- Zapytała nagle.
-Jakiego wampira?- Zapytałam mrugając.
-Kolesia; który wtedy zaatakował Dabrię Jacobs- wyjaśniła powoli.
Zastanowiłam się przez moment.
-Właściwie... Tego wampira Stowarzyszenie szukało od dawna. Był przemieniony i wyjątkowo niestabilny. Przestał się kontrolować, a poza tym zabił kilkanaście osób. Takich morderców właśnie się pozbywamy.
-Hmmm, ale skąd w ogóle wiedziałaś; że...?- Zaczęła zamyślona.
-Skąd wiedziałam, że był w szkole?.- Zapytałam retorycznie.- Pochodzę nie tylko z rodziny założycieli miasta. Zajmuję się także zabijaniem wampirów.. Łowca potrafi zwyczajnie wyczuć bliską obecność wampira.
-Nigdy bym nie pomyślała, że ci legendarni "łowcy wampirów" istnieją- Zauważyła cicho.- W necie jest tego masa; ale to czasem bardziej śmieszne, niż poważne- wzruszyła ramionami z mdłym uśmiechem.
-A ten wampir; który ci to zrobił?- Nagle wróciłam do tego tematu.
-Nie pamiętam.. W tym klubie była masa przystojnych facetów; a ja... Szczerze mówiąc: miałam już trochę w czubie.. Nic niezwykłego: muza; drinki, pełen parkiet i w ogóle...- Widać było, że niechętnie wraca myślami do tamtego wieczora.
-Może coś jednak zwróciło twoją uwagę.?- Zapytałam nieco zawiedziona.
-Nie sądzę..- odparła z zastanowieniem.- Chwila, czekaj... Klub nazywał się: "Fallen Angel"; jeśli dobrze pamiętam..
-Jeden z trzech głównych spędów w dzielnicy podziemia wampirów.. Dziwne, że nie spłonął, podobnie jak "Grave"- zauważyłam.- Mów dalej..
-Ochroniarze byli niby normalni... Z właściciela był nawet niezły słodziaczek..
-Ohyda.. Oszczędź mi szczegółów- jęknęłam z niesmakiem.
-A propos szczegółów: trochę zdziwiły mnie jego ciuchy i to, że miał nie pasującą do niczego broszkę. Poza tym rozmawiając z barmanką oboje cholernie przeklinali i to w trzech jezykach naraz.
-Taką, jak ta?- Zapytałam pokazując jej przypinkę Rządu.
Blondynka zaczęła ją uważnie oglądać.
-Wydaje mi się, że była identyczna- zauważyła.- Było ciemno; ale wpadłam na tego faceta i oparłam dłoń na nim żeby się nie wypieprzyć.. Rano miałam taką pieczątkę na ręce..- wyciągnęła zza bluzki kartkę z odciskiem.- Czasem nieźle myślę; co?- Spytała nieśmiało.
Porównałam kartkę z przypinką- wzór był jednak nieco inny; choć skądś mi znajomy.
Na przypince widniał splatający litery wąż; natomiast odcisk na kartce pod literami ukrywał inny symbol- cieńki niczym pajęcza sieć "kryształowy" kielich.
Zrobiło mi się duszno- przed oczami kolejny raz pojawił się obraz tamtej nocy.
Przymknęłam na chwilę oczy krzywiąc się.
Owalny wisior na szyi Ethana Link miał ten sam grawerunek.
Zapadła między nami długa cisza.
-Znasz ten rysunek? Raven...? Co ci jest??- Zapytała zaniepokojona moim nagłym napadem zimnego śmiechu.
-Już wszystko jasne..- oznajmiłam chłodno.- Muszę natychmiast zawiadomić Angello.
-Co to jest za symbol?- Zapytała ostrożnie.
-W porę stamtąd zwiałyście; Anastasia.. Ta twoja "pieczątka" to znak Klasztoru Rady.
-A co to znów za cholerstwo??- Zaczęła zaskoczona.
-Klasztor Rady to organizacja działająca przy Rządzie Wampirów. Innymi słowy zostałabyś siłą wcielona do armi pijawek- Oznajmił jednooki wchodząc do środka.
-Przecież nikt nie może mnie do tego zmusić...- zauważyła wymianę ironicznych spojrzeń między nami.- Mogą to zrobić??
-Jeśli pijawa; która cię zmieniła należy do Klasztoru; automatycznie stajesz się jego członkiem..- Wytłumaczyłam powoli.- Link też należał do Klasztoru; Mistrzu. Nosił ten znak na medalionie.
-Wszystko powoli składa się w całość- zauważył powoli Morgenstern.- Trzeba powiadomić Angello; pewnie przygotowuje dokumenty na Radę- A wychodząc dodał.- Za kilka godzin przyjeżdża "WIADRO BS-u".
-WIADRO BS-u?- Anastasia uniosła brwi ze zdziwieniem
-Wielka Inkwizycja Adekwatnie Dopierdala Robotę Ogólnie Bez Sensu; to taki skrót- wyjaśniłam wstając.- Naprawdę cholernie nam pomogłaś; Forbes. Dzięki- rzuciłam wychodząc.
-Przecież ja nic nie zrobiłam- zauważyła z tym samym zdziwieniem.
Kwadrans później, gabinet przewodniczącego Stowarzyszenia.
-Połki-Jołki; Kulawe Aniołki- mruknął Angello chodząc po swojej wartowni.
-Pukamy, czy uciekamy jak najdalej stąd?- Spytałam z ironicznym uśmieszkiem.
-Nie taki Diabeł straszny; jak się ogoli- rzucił odwzajemniając sarkazm Mistrz.
-Słyszałem.! Wejdźcie, skoro to coś ważnego- odparł nasz "wodzu" zza dzielących nas podwójnych drzwi.
Powoli weszliśmy do środka.
-Połki-Jołki; Kulawe Aniołki- mruknął Angello chodząc po swojej wartowni.
-Pukamy, czy uciekamy jak najdalej stąd?- Spytałam z ironicznym uśmieszkiem.
-Nie taki Diabeł straszny; jak się ogoli- rzucił odwzajemniając sarkazm Mistrz.
-Słyszałem.! Wejdźcie, skoro to coś ważnego- odparł nasz "wodzu" zza dzielących nas podwójnych drzwi.
Powoli weszliśmy do środka.
-Nie przypuszczałbym; że Klasztor jeszcze istnieje. Wampiry na pewien czas go zlikwidowały- zauważył Angello; wysłuchawszy naszej opowieści.
-To nie wszystko; Angello- odparłam z namysłem.- Link miał ten znak na wisiorze tamtej nocy. Może to był powód tego, że Rząd próbował się mnie pozbyć...
-To ma sens- przyznał niebieskooki powoli.
-Ta dziewczyna dobrze pomyślała, żeby nie zatrzeć ważniejszych śladów. Czasem pijawki bywają bardzo pomocne- stwierdził Mistrz.
-Lucian obserwuje Meredith. Większość naszych jej nie ufała- zauważyłam ze spokojem.- Poza tym Michael powiedział, że nie chciała nic mówić w związku z tym, co się stało ze Stacią.
-Dziwnie się zachowywała; jak na sceptyczkę. Wydawałoby się raczej; że łyka wszystko; jak odkurzacz- dodał Angello powoli.
-To nie wszystko; Angello- odparłam z namysłem.- Link miał ten znak na wisiorze tamtej nocy. Może to był powód tego, że Rząd próbował się mnie pozbyć...
-To ma sens- przyznał niebieskooki powoli.
-Ta dziewczyna dobrze pomyślała, żeby nie zatrzeć ważniejszych śladów. Czasem pijawki bywają bardzo pomocne- stwierdził Mistrz.
-Lucian obserwuje Meredith. Większość naszych jej nie ufała- zauważyłam ze spokojem.- Poza tym Michael powiedział, że nie chciała nic mówić w związku z tym, co się stało ze Stacią.
-Dziwnie się zachowywała; jak na sceptyczkę. Wydawałoby się raczej; że łyka wszystko; jak odkurzacz- dodał Angello powoli.
Michael Tyler; uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Wraz z chłopakami układaliśmy teczki z miesięcznymi listami poziomu D na odstrzał i aktualne kartoteki Szczurów.
-Kto ma Szczurów na R?- Rzuciłem pytanie.
-Ja, masz może na C?- Zapytał z nadzieją Devon.
-Zapytaj Moon'a. Horse nie śpij- kopnąłem chrapiącego Jacoba w kostkę.
-Podkowa: świeże koreczki śledziowe- szepnęła mu do ucha Caroline Raven.
-I flaszka samogonu z piwnicy rodu Romanow- rzucił Vładimir.
-Taa; zamawiam. Najpierw robota; potem przyjemności- odparł Jacob Horse ziewając.
Wymienialiśmy się teczkami niemal co chwilę.
-Ciekawe, co tam na górze- zauważył Jason Moon powoli.
-Być może się dowiemy, jak skończymy sprzątać ten burdel- zauważył Romanow z namysłem.
-Ogólnie mi się to wszystko nie podoba- stwierdziła Caroline z nutą podejrzeń.
-Tak sobie zwyczajnie poszła..- dodał Jason.
Do biblioteki wszedł Lucian rozglądając się.
-Nie było tu mojej panienki?- Zapytał uprzejmie.
-Szła z Mistrzem do Angello- odezwał się Porter.- Chyba ta mała pijawka zaczęła współpracować.
-Dziękuję- Lucian ukłonił się lekko i zniknął za drzwiami.
₪₪₪₪₪₪₪
Wraz z chłopakami układaliśmy teczki z miesięcznymi listami poziomu D na odstrzał i aktualne kartoteki Szczurów.
-Kto ma Szczurów na R?- Rzuciłem pytanie.
-Ja, masz może na C?- Zapytał z nadzieją Devon.
-Zapytaj Moon'a. Horse nie śpij- kopnąłem chrapiącego Jacoba w kostkę.
-Podkowa: świeże koreczki śledziowe- szepnęła mu do ucha Caroline Raven.
-I flaszka samogonu z piwnicy rodu Romanow- rzucił Vładimir.
-Taa; zamawiam. Najpierw robota; potem przyjemności- odparł Jacob Horse ziewając.
Wymienialiśmy się teczkami niemal co chwilę.
-Ciekawe, co tam na górze- zauważył Jason Moon powoli.
-Być może się dowiemy, jak skończymy sprzątać ten burdel- zauważył Romanow z namysłem.
-Ogólnie mi się to wszystko nie podoba- stwierdziła Caroline z nutą podejrzeń.
-Tak sobie zwyczajnie poszła..- dodał Jason.
Do biblioteki wszedł Lucian rozglądając się.
-Nie było tu mojej panienki?- Zapytał uprzejmie.
-Szła z Mistrzem do Angello- odezwał się Porter.- Chyba ta mała pijawka zaczęła współpracować.
-Dziękuję- Lucian ukłonił się lekko i zniknął za drzwiami.
₪₪₪₪₪₪₪
Gabriel Mikaelis, Anioł Rodu Kruka.
Trzy godziny wcześniej..
Spotkaliśmy się w zatłoczonej kawiarence należącej do starej Black. Zajęliśmy stolik w cieniu.
-Widzisz; młody Johnson... To był taki dzieciak z dobrego domu; jego rodzina bardzo dbała o reputację. Zresztą o niego też: był astmatykiem.
-Mówiłeś, że zginął tragicznie...- zauważyłem.
-Tak. Jechał kabrioletem ojca. Uderzyli w barierki. Pod wpływem zderzenia jedna z nich pękła i wygięła się tak nieszczęśliwie, że przebiła chłopakowi serce na wylot. Nie cierpiał: to była szybka śmierć- odparł Sebastian niechętnie; przyciszonym głosem.- Był trzeźwy. Sekcja wykazała, że w momencie wypadku miał atak astmy. Stracił panowanie i przyłożył.. Dwa dni później była u mnie dziewczynka. Skatowana; jak cholera.. Wiesz; jak to z dziećmi: biała trumna, białe wdzianko i w ogóle.. Strach było patrzeć na to wszystko.. Nikt nie chciał się tym zająć, nawet mnie było ciężko; choć niby mam mocną psychikę.
Wszystko się zgadzało; ale...-czy ten ktoś naprawdę był duchem, czy jedynie świadkiem tego; co się wtedy wydarzyło(?)- trudno powiedzieć.
-Ten "Guardian" dokładnie wiedział; co się stało. Pisał to samo, co teraz mówisz- zauważyłem z namysłem.- Nie wiem, czy mogę być pewien.. To rzeczywiście duch; czy tylko świadek, który chce nastraszyć tą dziewczynę.?
Undertaker zamilkł na długą chwilę. Rozglądając się po kawiarni stwierdził:
-Z tego, co powiedziałeś nie sądzę, żeby był to zwykły obserwator. "Odgięta barierka przebiła Mi serce" MI- powtórzył akcentując kontekst całej czatowej rozmowy.- Poza tym zachowanie tej Meredith... Ten jej strach. Widzisz; gdyby wyszło na jaw, że naprawdę wyrzuciła leki tego chłopaka; mogłaby nawet pójść za to do pudła.
-Sam zawsze mówiłeś; że trupy nie mają głosu- stwierdziłem zdenerwowany.
-Mówiłem- przytaknął spokojnie Sebastian.- Obaj wiemy o liniach pod miastem, ale powiem ci więcej: one przyciągają nie tylko wampiry. Zresztą w moim kręgu krąży pewien przesąd: niektórzy ludzie- nieważne, jaką śmiercią zmarli- nie zaznają spokoju; póki winny ich śmierci nie zostanie ukarany- dodał szepczącym półgłosem.
-"Będą źli, że znów przychodzę"- Zacytowałem w zamyśleniu.
Sebastian upił łyk kawy. Słysząc moje słowa, zaczął się dusić. Walnąłem go mocno między łopatki.
-C-Co?- Zapytał ochryple; blady, jak płótno; ocierając załzawione oczy.
Spojrzałem nań ze zdziwieniem- wpatrywał się we mnie szeroko otwartymi oczami i rozchylił usta w zdumieniu; jakbym wiedział coś; co stało się już kiedyś.
-Sebastian..- pomachałem mu dłonią przed oczami.- Ej; co jest grane?- Zapytałem ostrożnie.
-M-muszę się n-napić...- niespodziewanie zaczął się jąkać, choć nigdy nie był jąkałą.
Trzy godziny wcześniej..
Spotkaliśmy się w zatłoczonej kawiarence należącej do starej Black. Zajęliśmy stolik w cieniu.
-Widzisz; młody Johnson... To był taki dzieciak z dobrego domu; jego rodzina bardzo dbała o reputację. Zresztą o niego też: był astmatykiem.
-Mówiłeś, że zginął tragicznie...- zauważyłem.
-Tak. Jechał kabrioletem ojca. Uderzyli w barierki. Pod wpływem zderzenia jedna z nich pękła i wygięła się tak nieszczęśliwie, że przebiła chłopakowi serce na wylot. Nie cierpiał: to była szybka śmierć- odparł Sebastian niechętnie; przyciszonym głosem.- Był trzeźwy. Sekcja wykazała, że w momencie wypadku miał atak astmy. Stracił panowanie i przyłożył.. Dwa dni później była u mnie dziewczynka. Skatowana; jak cholera.. Wiesz; jak to z dziećmi: biała trumna, białe wdzianko i w ogóle.. Strach było patrzeć na to wszystko.. Nikt nie chciał się tym zająć, nawet mnie było ciężko; choć niby mam mocną psychikę.
Wszystko się zgadzało; ale...-czy ten ktoś naprawdę był duchem, czy jedynie świadkiem tego; co się wtedy wydarzyło(?)- trudno powiedzieć.
-Ten "Guardian" dokładnie wiedział; co się stało. Pisał to samo, co teraz mówisz- zauważyłem z namysłem.- Nie wiem, czy mogę być pewien.. To rzeczywiście duch; czy tylko świadek, który chce nastraszyć tą dziewczynę.?
Undertaker zamilkł na długą chwilę. Rozglądając się po kawiarni stwierdził:
-Z tego, co powiedziałeś nie sądzę, żeby był to zwykły obserwator. "Odgięta barierka przebiła Mi serce" MI- powtórzył akcentując kontekst całej czatowej rozmowy.- Poza tym zachowanie tej Meredith... Ten jej strach. Widzisz; gdyby wyszło na jaw, że naprawdę wyrzuciła leki tego chłopaka; mogłaby nawet pójść za to do pudła.
-Sam zawsze mówiłeś; że trupy nie mają głosu- stwierdziłem zdenerwowany.
-Mówiłem- przytaknął spokojnie Sebastian.- Obaj wiemy o liniach pod miastem, ale powiem ci więcej: one przyciągają nie tylko wampiry. Zresztą w moim kręgu krąży pewien przesąd: niektórzy ludzie- nieważne, jaką śmiercią zmarli- nie zaznają spokoju; póki winny ich śmierci nie zostanie ukarany- dodał szepczącym półgłosem.
-"Będą źli, że znów przychodzę"- Zacytowałem w zamyśleniu.
Sebastian upił łyk kawy. Słysząc moje słowa, zaczął się dusić. Walnąłem go mocno między łopatki.
-C-Co?- Zapytał ochryple; blady, jak płótno; ocierając załzawione oczy.
Spojrzałem nań ze zdziwieniem- wpatrywał się we mnie szeroko otwartymi oczami i rozchylił usta w zdumieniu; jakbym wiedział coś; co stało się już kiedyś.
-Sebastian..- pomachałem mu dłonią przed oczami.- Ej; co jest grane?- Zapytałem ostrożnie.
-M-muszę się n-napić...- niespodziewanie zaczął się jąkać, choć nigdy nie był jąkałą.
Undertaker wsiadł do Chryslera. Cały się trząsł, a blady był; jak kostucha.
-Sebastian... Sebastian co z tobą?- Zapytałem chwytając go mocno za ramiona. Spojrzałem w jego pełne strachu oczy. To było cholernie dziwne- jak znam Sebastiana- on nie bał się nikogo i niczego. Zawsze wszelkie 'straszne historie' zbywał wesołym lub ironicznym śmiechem.
Wyciągnął pieniądze, mówiąc:
-W-weź dwie b-butelki.. Ni-Nigdy n-nie mówię o t-tym na t-trzeźwo..- zaczął znów się jąkać.
***
Zgasiłem silnik. Siedzieliśmy w aucie, w bezpośrednim sąsiedztwie cmentarza. Undertaker drżącą ręką otworzył schowek i wyciągnął dwa kieliszki. Polałem. Strzelił pierwszego i krzywiąc się spytał:
-Gdzie ją spotkałeś?- Zaczął ochrypłym głosem.
-Dwa kilometry na zachód od letniej posiadłości Rodu- odparłem zdziwiony jego przerażeniem.
-Jakie kwiaty są w tej posiadłości?- Zaczął ostrożnie.
-Werbena, róże, storczyki... I ulubione kwiaty mojej panienki: wrzosy- odpowiedziałem zdziwiony, że o to pyta.
-Byłeś nad jeziorem?- Rzucił następne pytanie, niby mimochodem.
-Co to ma wspólnego..?- Zacząłem nalewając następną kolejkę.
-Po prostu odpowiedz- odparł z naciskiem Sebastian i przechylił kieliszek.
-Byłem; co z tego?- Zapytałem powoli.
Sebastian zachowywał się coraz dziwniej. Już od kiedy odjechaliśmy sprzed kawiarni; nie był osobą, którą znałem przez tyle lat: zwykle nic go nie ruszało- potrafił całkiem spokojnie przygotowywać trupy do pogrzebów, gwiżdżąc ulubioną 'Toccatę i fugę'; żartować z każdego; kto wierzył w "zjawiska paranormalne"; wliczając w to UFO; duchy i w ogóle; oraz straszyć każdego śmiałka który o północy wszedł na cmentarz- często; gdy zalał się z kumplami z roboty, spał właśnie tam (i zawsze mawiał: "główne miejsce spoczynku grabarza: kwatera w cieniu jesionu, pod płotem; od strony północnej. Nagrobek prosty: tanie lastriko z ciemną płytą i napisem: "tu leży wasz nie(d)oceniony grabarz, przeżywszy lat:... AVE MARIA")
-Oni nienawidzą wrzosów. Trzymają się od nich z daleka- oznajmił cicho. Kolejny z rzędu kieliszek gładko przeszedł mu przez gardło; gdy znowu nalałem kontynuował.- Wierz mi, lub nie; ale, w przeddzień pogrzebu tej małej u nas, w robocie działo się sporo dziwnych rzeczy- poruszył wymownie kieliszkiem, więc polałem. Strzelił.- Kiedy ją przygotowywaliśmy: gasło światło; słychać było krzyki, płacz.. Jednak nie to było najgorsze; Gabriel.. Tuż przed świtem powiedziała to samo; co tobie nad jeziorem; ale nie tylko to..
-Wkręcasz mnie; Sebastian- zauważyłem, przyglądając mu się sceptycznie.
Undertaker nawet na mnie nie spojrzał- wpatrywał się w płot cmentarza. Jego poważna twarz nawet na moment nie drgnęła- zero ironicznego uśmiechu, brak specyficznego żartu.. Zbierał się we mnie coraz większy niepokój- co, jeśli od tej roboty naprawdę mu odjebało(?)
-"Będą źli, że przychodzę; Sebastianie Roberts. Nikt nigdy nie był dla mnie tak delikatny; jak ty... Na pewno; jak umrzesz, pójdziesz do aniołków; bo jesteś dobrym chłopcem"- Zacytował; poruszając kieliszkiem: otworzyłem drugą flaszkę i nalałem. Przechylił nieco wolniej, jakby z zastanowieniem. Otrząsnął się nagle.- I ten dziecięcy śmiech... Zaraz potem wywaliło korki; a reszta pospierdalała- wzruszył ramionami.- Najśmieszniejsze jest to, że wszyscy to słyszeli, ale przy szefie nikt się do tego nie przyznał; zaraz potem była "plaga urlopów". Szef kilka dni potem wyciągnął mnie do kanciapy: nie miałem ochoty o tym gadać, więc udałem, że wszystko gra. Chciałem, jak najszybciej zapomnieć, próbowałem sobie zwyczajnie wmówić, że to jakieś zwidy, przemęczenie, albo coś w tym rodzaju- przez twarz Sebastiana przemknął słaby, niemniej jednak ponury uśmiech.- Wiesz; kurwa...- wtrącił w zdanie zgrabny przecinek- ...szczerze chciałem, żeby to były jakieś pierdolone zwidy- roześmiał się bez cienia wesołości.- Aż dziwne, że mi od tego wszystkiego porządnie nie odjebało..- zauważył z namysłem.
-Ludzie uważają co innego- zauważyłem z ironią.
-Właśnie; Gabriel. Za wszystkich, którzy nas nienawidzą- rzucił z ironią i przechylił szkło.
-Sebastian... Sebastian co z tobą?- Zapytałem chwytając go mocno za ramiona. Spojrzałem w jego pełne strachu oczy. To było cholernie dziwne- jak znam Sebastiana- on nie bał się nikogo i niczego. Zawsze wszelkie 'straszne historie' zbywał wesołym lub ironicznym śmiechem.
Wyciągnął pieniądze, mówiąc:
-W-weź dwie b-butelki.. Ni-Nigdy n-nie mówię o t-tym na t-trzeźwo..- zaczął znów się jąkać.
***
Zgasiłem silnik. Siedzieliśmy w aucie, w bezpośrednim sąsiedztwie cmentarza. Undertaker drżącą ręką otworzył schowek i wyciągnął dwa kieliszki. Polałem. Strzelił pierwszego i krzywiąc się spytał:
-Gdzie ją spotkałeś?- Zaczął ochrypłym głosem.
-Dwa kilometry na zachód od letniej posiadłości Rodu- odparłem zdziwiony jego przerażeniem.
-Jakie kwiaty są w tej posiadłości?- Zaczął ostrożnie.
-Werbena, róże, storczyki... I ulubione kwiaty mojej panienki: wrzosy- odpowiedziałem zdziwiony, że o to pyta.
-Byłeś nad jeziorem?- Rzucił następne pytanie, niby mimochodem.
-Co to ma wspólnego..?- Zacząłem nalewając następną kolejkę.
-Po prostu odpowiedz- odparł z naciskiem Sebastian i przechylił kieliszek.
-Byłem; co z tego?- Zapytałem powoli.
Sebastian zachowywał się coraz dziwniej. Już od kiedy odjechaliśmy sprzed kawiarni; nie był osobą, którą znałem przez tyle lat: zwykle nic go nie ruszało- potrafił całkiem spokojnie przygotowywać trupy do pogrzebów, gwiżdżąc ulubioną 'Toccatę i fugę'; żartować z każdego; kto wierzył w "zjawiska paranormalne"; wliczając w to UFO; duchy i w ogóle; oraz straszyć każdego śmiałka który o północy wszedł na cmentarz- często; gdy zalał się z kumplami z roboty, spał właśnie tam (i zawsze mawiał: "główne miejsce spoczynku grabarza: kwatera w cieniu jesionu, pod płotem; od strony północnej. Nagrobek prosty: tanie lastriko z ciemną płytą i napisem: "tu leży wasz nie(d)oceniony grabarz, przeżywszy lat:... AVE MARIA")
-Oni nienawidzą wrzosów. Trzymają się od nich z daleka- oznajmił cicho. Kolejny z rzędu kieliszek gładko przeszedł mu przez gardło; gdy znowu nalałem kontynuował.- Wierz mi, lub nie; ale, w przeddzień pogrzebu tej małej u nas, w robocie działo się sporo dziwnych rzeczy- poruszył wymownie kieliszkiem, więc polałem. Strzelił.- Kiedy ją przygotowywaliśmy: gasło światło; słychać było krzyki, płacz.. Jednak nie to było najgorsze; Gabriel.. Tuż przed świtem powiedziała to samo; co tobie nad jeziorem; ale nie tylko to..
-Wkręcasz mnie; Sebastian- zauważyłem, przyglądając mu się sceptycznie.
Undertaker nawet na mnie nie spojrzał- wpatrywał się w płot cmentarza. Jego poważna twarz nawet na moment nie drgnęła- zero ironicznego uśmiechu, brak specyficznego żartu.. Zbierał się we mnie coraz większy niepokój- co, jeśli od tej roboty naprawdę mu odjebało(?)
-"Będą źli, że przychodzę; Sebastianie Roberts. Nikt nigdy nie był dla mnie tak delikatny; jak ty... Na pewno; jak umrzesz, pójdziesz do aniołków; bo jesteś dobrym chłopcem"- Zacytował; poruszając kieliszkiem: otworzyłem drugą flaszkę i nalałem. Przechylił nieco wolniej, jakby z zastanowieniem. Otrząsnął się nagle.- I ten dziecięcy śmiech... Zaraz potem wywaliło korki; a reszta pospierdalała- wzruszył ramionami.- Najśmieszniejsze jest to, że wszyscy to słyszeli, ale przy szefie nikt się do tego nie przyznał; zaraz potem była "plaga urlopów". Szef kilka dni potem wyciągnął mnie do kanciapy: nie miałem ochoty o tym gadać, więc udałem, że wszystko gra. Chciałem, jak najszybciej zapomnieć, próbowałem sobie zwyczajnie wmówić, że to jakieś zwidy, przemęczenie, albo coś w tym rodzaju- przez twarz Sebastiana przemknął słaby, niemniej jednak ponury uśmiech.- Wiesz; kurwa...- wtrącił w zdanie zgrabny przecinek- ...szczerze chciałem, żeby to były jakieś pierdolone zwidy- roześmiał się bez cienia wesołości.- Aż dziwne, że mi od tego wszystkiego porządnie nie odjebało..- zauważył z namysłem.
-Ludzie uważają co innego- zauważyłem z ironią.
-Właśnie; Gabriel. Za wszystkich, którzy nas nienawidzą- rzucił z ironią i przechylił szkło.
₪₪₪₪₪₪₪
Ruszyłem szybkim krokiem w stronę korytarza prowadzącego do gabinetu przewodniczącego Stowarzyszenia.
Ruszyłem szybkim krokiem w stronę korytarza prowadzącego do gabinetu przewodniczącego Stowarzyszenia.
U nich wierność nie idzie w parze z brakiem korzyści.. Ludzie to nędzni zdrajcy; gdy tylko odwrócisz się do nich plecami; wpakują ci w nie nóż; głównie dlatego w piekle zwą mnie jeżem; Mikael. Ona niczym się nie różni- jest dokładnie taka sama, jak inni..- Znów ten prześmiewczy ton; który działał mi na nerwy.
-Zamilcz- mruknąłem z wściekłością.- Zamknij się.
Moja moc wyrwała mi się spod kontroli; klucz zmienił sie w miecz. Płonący miecz.
-Lucian- przystanąłem słysząc za sobą głos mojego ulubionego panicza. W opuszczonej do boku ręce dzierżyłem płonący ogniem miecz. Oddychając ciężko wpatrywałem się w ceglany mur.
Co się ze mną dzieje, na Litościwą Światłość??
Cristopher Raven oparł dłoń na moim ramieniu i spojrzał mi w oczy z boku.
-Czyżby wracał stary, dobry Lucian Mikaelis?- Zapytał z lekkim uśmiechem.
-To chyba nie do końca jestem ja...- zacząłem nieco ostrożnie.
-Tęskniłeś za Cally, prawda?- zapytał przyciągając mój wzrok do swoich granatowych oczu.
Od powrotu do mojej panienki nie zastanawiałem się nad swoimi "uczuciami"- istniał tylko obowiązek: służba u jej boku.
Właściwie ten obowiązek był bardziej przyjemny, niż "obowiązkowy"...
-Chciałem tylko do niej wrócić- oznajmiłem krótko, próbując nie dać po sobie poznać; że to błahe pytanie mnie poruszyło.
-Przywiązałeś się; Aniołku- Zachichotał klepiąc mnie mocno w plecy.
Płomień na ostrzu nieco przygasł. Gniew powoli mi mijał.
Cristopher miał rację: jakaś mocna nić wiązała mnie z Callisto Anabelle- może i jest tylko 'fałszywym; podłym człowiekiem'- ale nigdy, przenigdy jako opiekun rodu nie zauważyłem; żebym w jakiś sposób musiał zmuszać się do posłuszeństwa mojej panience. Również rozłąka bolała- i winiłem o to tylko siebie. Nie mogłem spać; włóczyłem się bez celu po mieście, nic nie potrafiło mnie ucieszyć- czy to jest właśnie owa tęsknota za kimś?
-Och; cicho bądź, ty rozpuszczony bachorze- Miecz na powrót przeistoczył się w klucz. Uśmiechnąłem się lekko do mojego ulubionego panicza; który roześmiał się wesoło.
-Lucian- Callisto wpadła na mnie i objęła mocno.
-Jak zawsze, na wezwanie; panienko- odparłem przytulając ją delikatnie.
-Chyba wszystko wraca do normy; Lucian- Cristopher spoglądał z czułością na córkę. Jednak nadal czułem, że coś go martwi. Ten mrok w nim równie dobrze mógł być odbiciem uczuć mojego ulubionego panicza- przez ten czas; gdy z ukrycia starał się chronić swoją córkę, musiał trzymać uczucia na wodzy i uważnie planować każdy krok, przewidując zamiary przeciwnika- niegdyś Ethana Link; teraz całego Rządu Wampirów.
Moja moc wyrwała mi się spod kontroli; klucz zmienił sie w miecz. Płonący miecz.
-Lucian- przystanąłem słysząc za sobą głos mojego ulubionego panicza. W opuszczonej do boku ręce dzierżyłem płonący ogniem miecz. Oddychając ciężko wpatrywałem się w ceglany mur.
Co się ze mną dzieje, na Litościwą Światłość??
Cristopher Raven oparł dłoń na moim ramieniu i spojrzał mi w oczy z boku.
-Czyżby wracał stary, dobry Lucian Mikaelis?- Zapytał z lekkim uśmiechem.
-To chyba nie do końca jestem ja...- zacząłem nieco ostrożnie.
-Tęskniłeś za Cally, prawda?- zapytał przyciągając mój wzrok do swoich granatowych oczu.
Od powrotu do mojej panienki nie zastanawiałem się nad swoimi "uczuciami"- istniał tylko obowiązek: służba u jej boku.
Właściwie ten obowiązek był bardziej przyjemny, niż "obowiązkowy"...
-Chciałem tylko do niej wrócić- oznajmiłem krótko, próbując nie dać po sobie poznać; że to błahe pytanie mnie poruszyło.
-Przywiązałeś się; Aniołku- Zachichotał klepiąc mnie mocno w plecy.
Płomień na ostrzu nieco przygasł. Gniew powoli mi mijał.
Cristopher miał rację: jakaś mocna nić wiązała mnie z Callisto Anabelle- może i jest tylko 'fałszywym; podłym człowiekiem'- ale nigdy, przenigdy jako opiekun rodu nie zauważyłem; żebym w jakiś sposób musiał zmuszać się do posłuszeństwa mojej panience. Również rozłąka bolała- i winiłem o to tylko siebie. Nie mogłem spać; włóczyłem się bez celu po mieście, nic nie potrafiło mnie ucieszyć- czy to jest właśnie owa tęsknota za kimś?
-Och; cicho bądź, ty rozpuszczony bachorze- Miecz na powrót przeistoczył się w klucz. Uśmiechnąłem się lekko do mojego ulubionego panicza; który roześmiał się wesoło.
-Lucian- Callisto wpadła na mnie i objęła mocno.
-Jak zawsze, na wezwanie; panienko- odparłem przytulając ją delikatnie.
-Chyba wszystko wraca do normy; Lucian- Cristopher spoglądał z czułością na córkę. Jednak nadal czułem, że coś go martwi. Ten mrok w nim równie dobrze mógł być odbiciem uczuć mojego ulubionego panicza- przez ten czas; gdy z ukrycia starał się chronić swoją córkę, musiał trzymać uczucia na wodzy i uważnie planować każdy krok, przewidując zamiary przeciwnika- niegdyś Ethana Link; teraz całego Rządu Wampirów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz