niedziela, 28 stycznia 2018

Hunter III Curse Rozdział XVI: Zetsubō i jego piekielna siostrzyczka

Féu oparty o jesion przymknął oczy i odetchnął głęboko.
-Mogłem się tego spodziewać po takiej żmiji; jak Thunder- stwierdził cicho unosząc powieki.- Trzeba gdzieś przenieść wszystkie akta dotyczące łowców..- powiedział z namysłem.
-Ilu z resortu możesz ufać; Jean?- Zapytała ostrożnie.
-Im mniej osób będzie o tym wiedzieć, tym lepiej- odparł Wampir.
-Pozostała najważniejsza kwestia- zauważył Angello.
-Możemy liczyć na pomoc Zrzeszenia?- Zapytał uprzejmie Jean.
Angello spojrzał na mnie pytająco.
-Skoro to akta wszystkich łowców; nie mamy wyjścia- oznajmił Armand Tyler, nim zdążyłam się odezwać.
-Zbierz swoich, Livio. Spotkamy się, gdzie zawsze- oznajmił Féu.
-Rozumiem- rzuciła krótko.
***
Caroline siedziała na schodach wtulona w białe futro siedzącego obok wilka.
Devon siedział na parapecie i obserwował ich.
-Nie powiedział, że jest likantropem- burknął poirytowany.
-Daj wreszcie spokój, synu- westchnął ciężko wuj Alec.
-On może zrobić jej krzywdę- upierał się orzechowooki.
-Ten chłopak nie jest typowym wilkiem- zauważył Morgenstern również obserwując wilka.
-Chybaście wszyscy powariowali...- odparł Devon powoli.- Od kiedy on o tym wie? Od tygodnia? Dwóch?
-Od trzech miesięcy- oznajmił Paul, wchodząc do środka. Na rękach niósł śpiącą Caroline, powoli i delikatnie ułożył dziewczynę na łóżku, okrywając ją kołdrą.
-Nie mówiłeś o tym- powiedział Michael wolno.
-Usłyszałem, jak matka i Marcus rozmawiali- skwitował Paul.- Od tego czasu szukałem informacji..
-Ciekawe, ile tak naprawdę wiesz- zauważył rozsądnie Morgenstern.
-Na przykład to, że wilki mają dość słabą samokontrolę...- odpowiedział Paul.- Zresztą każda informacja mi się przyda- odparł uprzejmie.
-Serio?- Jednooki uniósł brew zaskoczony.
-Trochę czytam, ale ciężko dostać coś poza jakimiś legendami, więc...- Paul wzruszył ramionami.
-Ciekawy dzieciak..- mruknął Mistrz do wujka.
-Taa. Przyszły zięć likantrop; zwariowana rodzinka.. Nie ma co- zażartował Alec.
-Totalnie zwariowana- prychnął Devon.
-Daj już spokój, człowieku..- Paul westchnął ciężko; wychodząc z pokoju.
Devon mruknął coś pod nosem wbijając wzrok w okno.
***
Społeczność tworząca Stowarzyszenie siedziała w salonach. Toczyły się ożywione rozmowy i powstawały różne domysły. Wszyscy zastanawiali się, co jeszcze może się wydarzyć.
Biały wilk nacisnął łapą klamkę i wszedł do przedsionka.
-Cztery białe busy kierują się do nas. Są dwa kilometry stąd- przekazałam myśl Paula.
-Wszystko z tobą w porządku?- Zapytał uprzejmie przewodniczący.
Śnieżny likantrop popatrzył na Angello z namysłem.
-Jest tylko trochę zmęczony- wyjaśniłam przyglądając się wilkowi.
-Może powinieneś się przespać, chłopcze- zasugerował Angello.
Paul pokręcił odmownie ciężkim łbem. Rozwarł pysk w głębokim ziewnięciu i pognał na zewnątrz.
Paul Vince Tanner, lewoskrzydłowy drużyny koszykówki; licealista drugiego roku. 
Dla relaksu postanowiłem zrobić sobie małą rundkę po lesie, żeby mieć czystą głowę; zanim wezmę się za opasłe tomiszcza od Celownika.
W zasadzie niewiele wiedziałem o wilkach; prócz paru legend i informacji od starszych wilków. Z drugiej strony trochę się bałem, że bardzo trudno będzie mi  kontrolować tę moją "zwierzęcość".
W tej samej chwili dostrzegłem kolczaste krzaki i błotnistą kałużę.
Kuuurwa... Nie zdążę wyhamować..- myślę ze złością czepiając się łapami ziemi.
Poszedłem ślizgiem, a to; co z daleka wziąłem za kałuże w rzeczywistości okazało się jeziorem. Mokra ziemia nie była dobrym materiałem do hamowania- zaryłem w błocie i wleciałem do jeziora, piszcząc z bólu.
W prawą łapę wbiły mi się jakieś kolce.
Wylazłem z wody i otrząsnąłem się szybko.
-Futro się wyprało?- Zaśmiała się cicho leżąca na pomoście dziewczyna.
Była niską, jasnowłosą o fiołkowych oczach. Pół jej twarzy pokrywały blizny po pazurach.
Spojrzałem na las w oddali.
-Zraniłeś się- odezwała się po krótkiej chwili widząc, że trzymam łapę w powietrzu.
To nic- chciałem powiedzieć; ale z pyska wydobył się cichy pomruk i skamlenie.
-Mogę to obejrzeć?- Zapytała ostrożnie wyciągając ku mnie drżącą rękę.
Wzięła ranną łapę i obejrzała ją w blasku księżyca.
-Trzeba je wyciągnąć- wywnioskowała powoli.
Chciałem się cofnąć; ale informacja od Damona o wilczej zdolności szybszego leczenia zranień zatrzymała mnie w miejscu.
Nieznajoma wyciągnęła z kieszeni błyszczącą pęsetę i zaczęła mnie opatrywać.
-No, skończone- rzuciła lekko. Stąpnąłem delikatnie i nic. Jakbym wcale się nie zranił.
Kim jesteś(?)- Chciałem spytać, ale dziewczyny obok już nie było.
Rozejrzałem się szybko dookoła. Przecież nie mogła tak po prostu wyparować!.

-Coś się stało?- Zapytał Morgenstern przyglądając mi się uważnie.
-Nie, nic takiego- skłamałem uprzejmie, idąc do biblioteki, gdzie czekały na mnie książki.
Spodziewałem się, że biblioteka będzie pusta, jednak za stolikiem przy oknie za murem ułożonym z książek siedział Devon Raven; czytając tom w ciemnozielonej oprawie. "Metody ataku w walce z wampirami- obrona rozszerzona"- przechodząc odczytałem wzrokiem tytuł na okładce.
Usiadłem przy stoliku w pobliżu regałów, na którym leżały dwa grube tomy.
"Likantropy- fakty i mity" i "Historia powstania Wilków"; obwieszczały tytuły na grzbietach ksiąg.
Nadal jednak zastanawiało mnie, kim była nieznajoma; którą spotkałem nad jeziorem.

Kilka godzin później...
Uniosłem wzrok znad swojej lektury i spojrzałem w okno. Zaskoczony zrozumiałem, że za oknem powoli robi się jasno.
Rozejrzałem się nieprzytomnie; orzechowooki oparty o ścianę siedział zaczytany w jednej z książek. Gdy otworzyły się drzwi nie patrząc w tamtym kierunku rzucił wyciągniętym niewiadomo skąd sztyletem we wchodzącą postać.
-Pudło; Kruk- rzucił ze śmiechem bliznowaty czarnowłosy, trzymając ostrze między wskazującym i środkowym palcem prawej dłoni.
-Cześć; Podkowa- rzucił z kpiącym uśmieszkiem Devon.
-Widzę że zamierzasz zdawać na trzeci stopień- stwierdził Horse odsuwając jeden z tomów.
-Nie mogę być gorszy od Jaspera- odparł z ironią Raven.
-Ja nie wiem, co wam odbija z tą rywalizacją. Sam dopiero dostałem Kitę, ale stwierdziłem; że już by się Burek przydał..
-Co za chamstwo- burknął orzechowooki urażony.- I ty jesteś wyżej w szkoleniu, mendo?
-Takie życie; było się nie opierdalać- rzucił Horse, spokojnie wzruszając ramionami.- Słyszałem, że Płomień stara się o Kapsla; a wice-przewodnicząca już wpisała się na Burka.
-Świetnie; jeszcze mnie dobij- jęknął Raven.
-Nie przesadzaj..
-Hau, hau..- zarechotała złośliwie Callisto; przechodząc obok nich.
-Zdam szybciej niż ty- prychnął Devon w odpowiedzi.
-Zacznij już popiskiwać; "szczurza mordko"- odparła z wyższością, idąc w stronę regałów.
Udawałem, że ich rozmowa nie ciekawi mnie ani odrobinę; ale było zupełnie na odwrót.
Turkusowooka spacerowała  między półkami. Jakiś czas później wynurzyła się zza regałów zaopatrzona w kilka grubych tomów.
-Zobaczymy..- mruknął pod nosem Devon.
|•••|
Callisto przysiadła się, kładąc na blacie stos literatury.
-Wszystko okej?- Spytała z troską.
-Nadal nie za bardzo w to wszystko wierzę- westchnąłem ciężko.
-Przyzwyczaisz się- rzuciła pocieszająco.
-Nie to mnie martwi.. Bardziej boję się o Caroline- odparłem zamyślony.
-Nie martw się na zapas; Tanner- dostałem kopa w kostkę.
-Postaram się..- westchnąłem odkładając na chwilę tom.- O co chodziło z tą "szczurzą mordką"?- Spytałem ciszej.
-Nazywamy tak stopnie egzaminów łowczych. Przez pół roku lata za nami  określone przezwisko- Wyjaśniła ze śmiechem.
-Taaa; pół roku wołali za mną blacha, blaszak, albo blachara- zauważył Michael kładąc kilka książek na stoliku.
-Teraz będzie lepiej; Kapselku- odcięła się Cally.
-Daj głos, Burek- rzucił całując ją lekko.
-Hau, hau- odwzajemniła całusa.- Jestem z tobą. Już widzę, co za mną będzie latać.
-Do nogi. Waruj. Daj głos. Psinka...
-Terier- rzucił Horse przechodząc obok.
-Kundel; spokój- rzucił Michael wesoło.
-Kapsel, brzdęk- odciął się z uśmiechem bliznowaty.
•••
Po śniadaniu.
W bibliotece siedziało już kilkanaście osób z nosami w książkach.
-Sporo was na te całe egzaminy- rzuciłem szeptem.
-No, trochę nas jest... Najliczniejsza grupa od paru lat- stwierdziła rozglądając się po czytelni.

Tydzień później; dwudziesty czwarty marca.
Śnieg stopniał, zmieniając leśne dróżki w błotniste szlaki. Było cieplej i zaczynało robić się zielono.
Dzieciaki ze stowarzyszenia pobiegły na boisko wrzeszcząc.
-Pozbyliśmy się dzieciarni; teraz czas wziąć się za młodzież- rzucił Morgenstern do Sworda.
-Lepiej nie kuś- zarechotała Hunter poszturchując obu. Wsunęła w usta gwizdek i rozległ się przeciągły gwizd. W tej samej chwili rozległ się tupot wielu par stóp, a kilka minut później młodzi łowcy stali zbici w kilka grup, z każdej wyszła jedna osoba.
-Jest szósta rano...- rzuciłem zaskoczony do Sworda.
-Przyglądaj się- odparł z tajemniczym uśmieszkiem.
Zapadła długa cisza, po której czołowi grup rzucali po kolei.
-Blachy.
-Kapsle.
-Szczury
-Burki.
I równo:
-Meldują się do rozpórki.
Dwie pozostałe grupy z lewej:
-Kity i...
-Dynamity
Równocześnie:
-Nasz meldunek: bądźmy wyżej od wiewiórek- padł okrzyk.
-Rozerwani?- Rzuciła żartobliwie Hunter.
-Jak odbezpieczone granaty- rzucili chórem podchodzący do egzaminu.
-Świetnie- Morgenstern przeciągnął się.- Egzaminatorem stopnia pierwszego i drugiego będzie- Ruchem głowy wskazał czarnowłosego z fryzurą na jeża- Trójką i piątką zajmie się Dabria. Czwórka i siódemka oddycha z ulgą, jak widzę. I tak dostaniecie najwięcej w kość.- W odpowiedzi rozległy się ucieszone wrzaski, co ogromnie mnie zaskoczyło.
-Jazda na rozgrzewkę- rzucił na zakończenie Morgenstern, a wszyscy wyszli na dwór.
-Nie rozumiem, co ich tak cieszy..- zauważyłem powoli.
-Zobaczysz później- zapewniła Hunter. 
***
Obserwowałem rozgrzewkę łowców, na którą składały się biegi, wiszenie i stanie na rękach; zwis do góry nogami i wiele innych. Michael wisiał na nogach. Po dłuższym momencie czubki palców oparły się na rozmokłej ziemi, a zielonooki stanął na rękach i podszedł do jednego z chłopaków; którego tylko przy użyciu nóg wepchnął w błoto. Zresztą wszyscy robili sobie nawzajem złośliwości.

-Zbiórka!- Rzucili nauczyciele, a każda z grup zebrała się przy przydzielonym mistrzu.
Byłem ciekawy, co będzie następne...
Hunter rozdała swoim grupom przepaski w kolorach czerni i bieli. Ustawiła każdego z obu grup naprzeciw siebie i rzuciła komendę do pojedynku. Sword zrobił Blachom test wytrzymałościowy- mieli wisieć na rękach na czas. Natomiast Kapsle mieli za zadanie przeszkadzać pierwszakom dowieszając im odważniki. Potem obie grupy miały biegać po lesie szukając proporców ze znakami ich grup- według mnie to ćwiczenie miało być najciekawsze.
Celownik stawiał na klasykę- bieg z przeszkodami, na którego mecie uczestnicy mieli za zadanie zawiesić breloczek ze swoim imieniem.
Ostatnim sprawdzianem miała być ścianka wspinaczkowa w sali ćwiczeń, co miało pokazać pracę zespołową łowców.
***
Ostatni z Blach spadł z drążka. Wszyscy odpięli odważniki i zebrali się przy czarnowłosym, który wyjaśnił im konkurencję.
Zabrzmiał sygnał a grupy rzuciły się do biegu.
-No, to z bańki- Sword uśmiechnął się przebiegle.
Morgenstern przewrócił oczami.
-Co za numer im wykręciłeś?- Zapytał uprzejmie, usiłując zachować powagę.
-Pamiętasz ten pierścionek?- Rzucił lekko.
Morgenstern oparł się o kolumnę dusząc się ze śmiechu.
-Nie wierzę, że jesteś tak okropny..- odpowiedział ze śmiechem.
-Ciekawe, czy ktoś się w ogóle skapuje..
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Coś mi tu nie gra...- zastanowiłem się na głos rozglądając się po lesie. Widząc zielony materiał z kapslem wyskoczyłem.
-Leżysz!- Zarechotała jakaś dziewczyna.
-W życiu!- Rzuciłem lekko i zaczęliśmy się ścigać.
Wyciągnąłem rękę i..
Jakiś błysk zakłuł mnie w oczy. Zacząłem spadać i z trudem wylądowałem na nogach. Pobiegłem w tamtą stronę i zrywając kolejny kawałek materiału z kapslem ruszyłem w kierunku blasku.

Jesion. Wśród liści coś kołysało się na lekkim wietrze błyszcząc się lekko.
-Na co się gapisz?- Zdumiała się dziewczyna z którą przegrałem o "kapsla".
-Na nic- skłamałem wyprzedzając ją pognałem w stronę drzewa i zacząłem się wspinać.
Słyszałem kilka zaskoczonych komentarzy. Wlazłem na koronę i wyciągnąłem dłoń w stronę błyszczącego przedmiotu. Zacisnąłem ją- nić na, której był zawieszony fant zerwała się, a ja z trudem zawisłem na innym konarze i po chwili zeskoczyłem w dół.

Paul Vince Tanner, lewoskrzydłowy drużyny koszykówki; licealista drugiego roku.
Grupa Sworda wracała z lasu. Wszyscy o czymś rozmawiali.
-Zbiórka; mam wam coś do powiedzenia- rzucił Sword.
Wszyscy patrzyli nań z zaciekawieniem.
-Poza flagami stopni w lesie było coś jeszcze...- oznajmił mistrz.- Ktoś znalazł?
Michael otworzył dłoń i pokazał mały kamienny pierścionek, a reszta grupy jęknęła zdumiona.
-Nieprawdopodobne...- zaczął zaskoczony nauczyciel.
-Ostrzegałem, żebyś na niego uważał- rzucił z humorem Celownik, klepiąc młodszego z nauczycieli po plecach.
-Ten chłopak totalnie rozwala mi system...- mruknął Jim kręcąc głową z niedowierzaniem.

Sala ćwiczeń.
-Ostatni test- rzuciła Hunter.- Wspinaczka bez zabezpieczenia.
Kilka osób pobladło.
-Ma to na celu pokazać waszą pracę zespołową- oznajmiła stalowooka kobieta. Mężczyźni dobrali osoby w pary wiążąc im na nadgarstkach kolorowe chustki.
-Do roboty!- zabrzmiały wszystkie trzy gwizdki.
Łowcy zaczęli konkurencję.

Jedna z dziewczyn zaczęła spadać. Jasper Porter w ostatniej sekundzie pochwycił jej dłoń i rzucił do niej kilka słów. Zresztą kilkanaście osób miało podobną sytuację.
Callisto z trudem pochwyciła spadającego Horse'a i asekurowała go, gdy chwytał się dolnych "kamieni".
-Dzięki; Kruk- rzucił z wdzięcznością. Partnerzy na końcu- blondyn i brunetka- chłopakowi zesmyknęła się ręka- dziewczyna zębami rozplątała chustkę i owijając ją wokół dłoni machnęła nią w kierunku spadającego, który złapał materiał w ostatniej chwili.
Nauczyciele zaczęli klaskać.
-Koniec.- Rzucił lekko Morgenstern.
Kiedy wszyscy zeszli, dało się wyczuć ulgę; że mają testy za sobą.
-Odpadam...- wymamrotał jeden z łowców pierwszego stopnia.
-Większość odpada- Callisto westchnęła ciężko.
-Wiceprzewodnicząca tutaj?- Rzucił tamten z humorem.
-Trzeba się wziąć za siebie, Dimitrij- zarechotała w odpowiedzi Callisto.
-Święta racja...- przyznał chłopiec z rozmarzonym uśmiechem.
Przemowa końcowa Mistrzów trwała krótko. Wszyscy kandydaci zdali, choć oceny były różne.

-Panie Morgenstern; mógłbym o coś zapytać?- Zacząłem ostrożnie.
-O co chodzi?- Zapytał jednooki spokojnie.
-Długo pan uczy?
-Dwadzieścia cztery lata, czemu o to pytasz?
-Bo... Hm, słyszałem; że jest pan wymagający, a jakoś wszyscy się ucieszyli, że na sprawdzianie dostali pana..
Przez jego twarz przemknął uśmiech.
-Nie staram się być najlepszym nauczycielem tego zawodu; po prostu każdy z młodych łowców bez względu na pochodzenie jest dobry w jakiejś dziedzinie.- wzruszył ramionami.
-"Nie każdy prześciga w mądrości swego nauczyciela"- zacytowałem słowa Jasona Moon.
-Otóż to- przyznał Morgenstern. Zapatrzył się na las w oddali.- A z tobą wszystko w porządku?
-Tak, dziękuję- odparłem uprzejmie.- Miejmy nadzieję, że nie będę sprawiać kłopotów- starałem się zażartować.
-Raczej wątpię- odpowiedział spokojnie.- Widziałem już sporo likantropów i żaden nie posiadał podobnej samokontroli- dodał z namysłem.
-To dobrze, czy źle?- Zapytałem z obawą.
-Szczerze mówiąc; nie wiem, ale sądzę, że nie powinno cię to martwić. Przynajmniej na razie- stwierdził.- Niektóre rzeczy przychodzą z czasem; na razie, Młody.
-Do widzenia, panie Morgenstern- pożegnałem się idąc do Mazdy.
|***|
Niektóre rzeczy przychodzą z czasem... 
Siedziałem w samochodzie przed starym domem. Cholernie się bałem tej rozmowy. Drgnąłem szybko, przekręciłem kluczyk w stacyjce- i już chciałem odjechać, ale coś mnie powstrzymało.
-Nie będę tchórzem- powiedziałem do siebie, chcąc dodać sobie odwagi.- Nie będę pierdolonym tchórzem- powtórzyłem i szybko wysiadłem z auta.

A, jeśli nie będzie chciał mnie słuchać..?- Naszła mnie nagła myśl.

-Raz kozie śmierć- mruknąłem idąc ku drzwiom. Zadzwoniłem.
Marcus otworzył.
-To nadal twój dom..- powiedział ze zmęczeniem, wpuszczając mnie do środka. Zmienił się.. Schudł, był chorobliwie blady i wyglądał, jakby się nie wysypiał.
-Wróciłeś po resztę rzeczy?- Zapytał cicho idąc do kuchni.
-Właściwie chciałem pogadać.
Marcus Tanner przystanął w połowie odległości od drzwi do kuchni. Spodziewałem się, że usłyszę: "nie mamy o czym rozmawiać".
Mężczyzna stał przez chwilę w bezruchu i ciszy.
-Nie musisz się do niczego zmuszać- odezwał się wreszcie cicho.
Te słowa trochę mnie zabolały, ale...
-Wiesz, że to nie tak.. W końcu byłeś.. Jesteś moim ojcem i...
-I mogłem powiedzieć ci prawdę- przerwał mi ponuro.
Zapadło długie niezręczne milczenie. Nie wiedziałem, co mógłbym w tej chwili powiedzieć.

Może i nie jest moim rodzonym synem, ale traktuję go; jak własne dziecko...- odbiły mi się w uszach jego słowa.

-Cholera... Pogadajmy, jak facet z facetem- prychnąłem niecierpliwie.- Nie chcesz, to wal prosto z mostu..
Szklanka zsunęła się z szafki i zabrzęczało tłuczone szkło.
-Przeciwnie- oznajmił Marcus Tanner zmęczonym głosem, zbierając okruchy szklanki. Wzdychając ciężko wrzucił je do kosza.- Masz prawo mieć żal i mnie nienawidzić...- zaczął smutno.
-Nie nienawidzę cię- tym razem to ja mu przerwałem.- Po prostu.. Chyba trochę za bardzo się uniosłem i...
-Paaaauuul!- Ucieszony pisk Amy przerwał naszą rozmowę. Mała biegła po schodach. Jej stopa zahaczyła o róg dywanu i mała zaczęła spadać.
Wilczy instynkt zadziałał błyskawicznie- w ułamku sekund rzuciłem się w jej stronę pod postacią wilka- choć ledwie mieściłem się na schodach. Wpadła na mnie z impetem; pod wpływem uderzenia lecąc bokiem przefroterowałem parkiet i zatrzymałem się pod sofą.
-Paul?- Pisnęła zdumiona Amy.
-Nic ci nie jest?- Zapytał z niepokojem Marcus.
-W porządku...- odparłem cicho. Siadając, oparłem się o tył kanapy.
-Krwawisz..- Zaczął, a ja odruchowo spojrzałem na rękę.
Pół rozciętego przedramienia pokryło się krwią.
-To nic takiego- wstałem i chwiejnie podszedłem do zlewu. Zmyłem zaschniętą krew.
-Żadne "nic takiego"- odparł ostro. Spojrzał na moją rękę i pobladł jeszcze bardziej, widząc gojące się zranienie. Zachwiał się niebezpiecznie; z pytającym wzrokiem i otwartymi ustami.- J-Jak...?
Usadziłem go na krześle i podałem szklaneczkę whisky. Amy rozglądała się oszołomiona w poszukiwaniu białego zwierzęcia.
-Gdzie jest piesio..?- Zapytała z przejęciem.
-Piesio, co?- Rzucił Marcus i obaj, jak na komendę, wybuchnęliśmy śmiechem.
-Z czego się śmiejecie..?- Zaczęła naburmuszona pięciolatka, nic nie rozumiejąc z całej tej sytuacji.
-Moim zdaniem powinna wiedzieć..- zauważyłem.
-Nie sądzisz, że jest na to za mała?- Zapytał ostrożnie.
-W końcu i tak będziemy musieli jej powiedzieć; tato..- odparłem z nieśmiałym uśmiechem.
Marcus powoli odstawił naczynie kaszląc.
-Powiedziałeś, że nie jestem twoim ojcem- oznajmił z wahaniem ochrypłym głosem.
-Wiesz, że tak nie jest. W końcu, mimo wszystko, jesteśmy rodziną.
Amy spoglądała po nas z tym swoim dziecięcym zastanowieniem, nie wiedząc; co jest grane.
Cisza nieznośnie się przeciągała.
-Czyli odziedziczyłeś po Ian'ie tę zdolność...- powiedział cicho.
-Tak, jestem wilkiem..- westchnąłem.- Zaczynam się do tego przyzwyczajać..
-Zdajesz sobie sprawę, że to może być niebezpieczne..- zaczął z niepokojem.
Skinąłem twierdząco głową.
-Trochę się tym martwię- odpowiedziałem cicho. 
Amy objęła mnie mocno.
-Nie jesteś złym chłopcem- powiedziała cicho przytulona do mnie.
Objąłem lekko małą i spojrzałem na Marcusa, który szybko odwrócił wzrok od mojego lewego przedramienia.
-To też jedna z wilczych cech..- powiedziałem cicho.
Amy zeskoczyła z moich kolan i podeszła do ojca. Wzięła go za rękę, a on przygarnął ją delikatnie.
-Myślałem, że będziesz bardziej podobny do Ian'a; że będziesz się tego bał, dlatego nie chciałem ci o tym mówić...- powiedział z zastanowieniem.
-I boję się; jak cholera, ale staram się podchodzić do tego na spokojnie- wzruszyłem ramionami.- Sam kiedyś mówiłeś; że strach ma wielkie oczy.
-To były wyimaginowane potwory wychodzące z szafy- rzucił z ironią.- Tu chodzi głównie o twoje bezpieczeństwo, Paul..
-Wiem, ale nie istnieje sytuacja bez wyjścia- odparłem spokojnie.- Muszę się z tym oswoić, bo nie zmienię tego, kim jestem.- Spojrzałem na okno w zamyśleniu. Mój wzrok przykuła postać ciemnowłosego barczystego mężczyzny w ciemnych spodniach i militarnej kurtce w kolorze khaki. Wtedy nasze spojrzenia się zetknęły. W uśmiechu błysnęły jego wydłużone kły.
Zerwałem się na nogi i wybiegłem z domu, jak oparzony. Przemiana nastąpiła w mgnieniu oka. W wilczej postaci dobiegłem do wampira- wyprzedziłem go i zaszedłem mu drogę.
Przystanął i zadarł lekko nos by na mnie spojrzeć.
-Właściciel powinien cię wykąpać; strasznie cuchniesz; przerośnięty kundlu- warknął wrogo.
-To samo mógłbym powiedzieć o tobie; brudny krwiopijco- odwarknąłem telepatycznie.- Czego tu szukasz?- Zapytałem ostro.
Wampir wsunął ręce w kieszenie kurtki patrząc na mnie spokojnie.
-Mówi ci coś osoba o nazwisku Féu?- Zapytał kpiąco.
-Szukasz nie tu, gdzie trzeba. Mały park za kościołem Świętej Trójcy, to terytoria klanu Féu- odparłem.- Lepiej stąd znikaj, bo następnym razem rzucę ci się do gardła.
-Zobaczymy kto komu- odburknął odchodząc szybkim krokiem.
Kłapnąłem szczękami z pogardliwym prychnięciem patrząc za wampirem.
Amy patrzyła na mnie przez okno z nosem przyklejonym do szyby. Z trudem przecisnąłem się przez drzwi.
-Paul to piesio..?- pisnęła nieśmiało, patrząc na Marcusa.
Popatrzyłem na nią ciepło. Wplotła palce w moją białą sierść i zaczęła mnie głaskać i tarmosić za uszy.
-Amy... Marcus, co tu robi to wielkie psisko?- Zdumiała się schodząca z piętra kobieta, przystając w połowie schodów.
Chyba sobie jaja robisz; mamo- podniosłem ciężki łeb i wbiłem ślepia o ironicznym spojrzeniu w długowłosą kobietę.
-Julie; posłuchaj...- Marcus Tanner spojrzał na żonę mówiąc cicho i spokojnie.
Matce drżały wargi, a jej oczy wypełniły się łzami. Z trudem ukryła trzęsące się dłonie.
-Nie chcę niczego słuchać- oznajmiła chłodno.- Idź już; Ian..
-To nie jest Ian; Julie..- Marcus chciał wyjaśnić całą sytuację.
-Jak to nie Ian...??- Julie Tanner patrzyła na męża na równi zdezorientowana i zdenerwowana.
-To Paul, mamuś- Zaczęła Amy przeczesując moje futro.
Matka zachwiała się niebezpiecznie, szybko ochroniłem ją przed twardym lądowaniem i doniosłem do sofy; gdzie ją ułożyłem.
Po chwili bardzo powoli uniosła powieki i wyciągnęła ku mnie drżące ręce. Objęła nimi mój kłąb i macała palcami, jakby szukając czegoś. Bardzo mnie to zdziwiło.
-Niemożliwe, oni obaj nie mogą wyglądać tak samo- powoli podniosła mój ciężki łeb i spojrzała mi w ślepia uważnie. W jej oczach błysnęło coś na kształt zrozumienia.- Paul.. Synku...- szepnęła ledwo słyszalnie.
Mamo...- chciałem powiedzieć, ale z kufy wydostał się tylko cichutki pomruk.
Siadając zachwiała się. Objęła mnie mocno w kłębie, a ja oparłem łeb na jej piersiach przymykając powieki.
Amy zarzuciła mi szczuplutką rączkę na ramię, tuląc się do długiej sierści. Marcus stał trochę z boku, z na pół zamyśloną i poważną miną. Wypuścił powietrze z płuc ze świstem; jakby poczuł ulgę.
-Marcus- powoli otworzyłem oczy słysząc cichy głos matki.
Mężczyzna zapatrzył się na coś za oknem, więc nie odpowiedział. Podszedł do komody i szybko przekręcił klucz w zamku, po czym otworzył górną szufladę, skąd wyciągnął sześciostrzałowy rewolwer i dwa bębenki wypełnione kulami.
-Lupus Carceris składa nam wizytę, Julie- powiedział cicho odbezpieczając broń.
-Amy, zabierz Paula na górę- nigdy nie słyszałem, żeby matka mówiła do kogoś w ten sposób.
Amy podeszła i przytuliła mnie.
-Chodź...- szepnęła ze łzami w oczach. Popchnęła mnie do przodu.

-Dzień dobry, Marcus; Julie- odezwał się cichy ton głosu mężczyzny.
-Czemu zawdzięczamy tę nieprzyjemność; Maksym?- Zapytała chłodno matka.
-Twojemu synowi. Powinien dołączyć do Watahy- odparł nieznajomy spokojnie.
-Nie ma mowy- oznajmił Marcus chłodno.
-Nie utrudniajcie tego, co nieuniknione..- odpowiedział z westchnieniem Maksym.- Wiem, że chłopak tu jest.
-Paul wyprowadził się z domu, gdy dowiedział się, że nie jestem jego ojcem- Przerwał mu lodowato Marcus.- Szukaj gdzie chcesz, ale tu go nie znajdziesz-wzruszył ramionami.
-Być może- rzucił leniwie mężczyzna.- Sprawdzić nie zaszkodzi, przepraszam. 
Nieznany mi odgłos kroków ucichł, wraz z pierwszym strzałem. Usłyszałem charakterystyczny dźwięk rykoszetu, czując wczepione w moje futro drobne paluszki Amy.
-Chyba Straż na za dużo sobie pozwala; Maksymie Dimitrow- odezwał się znajomy głos.
-Znów wy.. Z jakiego powodu wtrącacie się w nieswoje sprawy; Raven, herbu Kruk?- Zapytał niechętnie jej rozmówca.
-Callisto...- zaczął Marcus zaskoczony.
-Dzień dobry, panie Tanner- odparła zupełnie niezmieszana.- Wtrącam się wyłącznie dlatego, że prawa Pretorii nie obowiązują na obszarze wpływów Stowarzyszenia, pod warunkiem; że masz określony artykuł na Paula- oznajmiła chłodno Cally.- Nie powinniście nadużywać władzy tam, gdzie jej nie macie; Maksym.. Zatem, proszę o określony artykuł- miałem wrażenie, że turkusowooka uśmiecha się diabelsko.
Zapadła długa cisza, a ja wstrzymując oddech nasłuchiwałem, czując obecność kilku innych wilków.
-Chcesz artykułu? Kodeks Praw Stowarzyszenia Łowców artykuł sześćdziesiąty ósmy, podpunkt c- wyrecytował.
-Co to za paragraf?- Zapytała z niepokojem matka.
-Brak podstaw do wyegzekwowania- oznajmiła spokojnie Callisto, tłumiąc ziewnięcie.- Jeśli to wszystko; na co cię stać nie niepokój więcej tej rodziny- powiedziała z naciskiem.
-Pani wiceprzewodnicząca Stowarzyszenia; niech cię..- mruknął pod nosem Maksym.- Jeszcze tu wrócę; Marcus- i wyszedł.
-Cholerne Zmokłe Psy- Rzuciła Callisto z równą niechęcią.
-O co chodziło z tym paragrafem?- Zniecierpliwiła się Julie.
-Paragraf mówi: "jeśli likantrop w ataku furii zaatakuje człowieka; Lupus Carceris może go przyłączyć do watahy; podpunkt c: artykuł obowiązuje, jeśli na terenie istnieje jakaś grupa wilków lub jest to obszar Stowarzyszenia po wystosowaniu pisemnej prośby"- wyrecytowała Cally.
-A jest to coś z tych dwóch?- Dopytywała się.
-Obie rzeczy występują. Stowarzyszenie ma wpływy w całym mieście; poza tym istnieje tu wataha likantropów- wyjaśniła uprzejmie.- Cześć; Paul- rzuciła przesuwając się.
-Paul...?- Pisnęła Amy pytająco.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Biały wilk cofnął się ostrożnie i wciągając się z trudem przecisnął się w przejściu. Pazury skrzypnęły na płytkach aneksu kuchennego, a wilk wydał z siebie prychnięcie.
-Czyli Paul jest bezpieczny?- Zapytała długowłosa kobieta.
-Tak. Pretorianie nie mogą nic zrobić bez zgody Stowarzyszenia- potwierdziłam spokojnie.- A nawet, jeśli by się o to starali; Rada zagłosuje przeciwko.
-Z jakiego powodu?- Zapytał Marcus powoli.
-Ponieważ Straż zerwała Pakt- Paul zwrócił wzrok w tamtym kierunku.
W drzwiach stał ten Pretorianin, który kilka dni temu szukał Damona.
-Wydaję mi się, że wiecie więcej, niż mówicie- zauważyła podejrzliwie Julie Tanner.
Paul wydał z siebie niezadowolony pomruk.
-Spokojnie, Paul. Nie panikuj, nie zostaniesz wilkiem na zawsze. Postaraj się uspokoić.- Biały wilk spojrzał nań powątpiewająco.
Pyk. I Paul wrócił do swojej ludzkiej postaci.
-Co, psisko?- Rzuciłam spoglądając nań z ukosa.
-Co, pijawka?- Szturchnął mnie przyjaźnie.
-Czy mogłabym się dowiedzieć; o co tu, do jasnej cholery, chodzi??- Wybuchnęła z irytacją matka Paula.
-Spokojnie, mamo- Paul podszedł i posadził ją na sofie.- Wszystko w porządku..
Marcus schował broń w komodzie i przekręcił klucz w zamku. Wyjął go i ukrył w kieszeni.
-Znów się spotykamy, co?- Rzucił uprzejmie Ian w moją stronę.
-Pretorianin, kumpel Damona; czyż nie?- Spytałam z ironią.
-Właśnie. Miło mi poznać główną diablicę Zrzeszenia- rzucił uprzejmie.
-Mnie również; Pretoriański Psiaczku- odparłam, a on z trudem powstrzymał chichot.
Tannerowie patrzyli na nas z zaciekawieniem. Amy gapiła się z otwartą buzią.
-Dosyć tych uprzejmości- oznajmił Ian z lekkim chichotem.
-Zaparzę kawy- rzucił Marcus Tanner idąc ku kuchni.
***
-Czyli chcesz powiedzieć, że Lupus Carceris może wziąć likantropa siłą do swojej bazy?- Zapytała matka Paula.
-Główna reguła Pretorii mówi: "Chronić ludzi; strzec tajemnicy; słuchać Alfy"- odezwał się niechętnie Ian.
-Mówisz tak, jakby to był jakiś klasztor, czy coś w tym rodzaju- odparła kobieta.
-W pewnym sensie tak jest- wtrąciłam spokojnie- Straż i Stowarzyszenie mają ten sam cel; ale różne drogi; delikatnie mówiąc.
-Nigdy nie podejrzewałabym; że wampiry istnieją i, że są miasta, do których chętniej przyjeżdżają...- odezwała się z zastanowieniem Julie.
-Mówiłeś kiedyś, że nie przepadasz za wampirami, Ian..- zauważył wolno Marcus.
-Jakby to ująć...- zaczął mężczyzna z zastanowieniem.
-Jestem człowiekiem. Z założenia- wyjaśniłam cicho patrząc w okno.- Pochodzę z rodu łowców i od szóstego roku życia byłam uczona posługiwania się antywampirzą bronią. Dwa lata temu wampir zabił moich rodziców, a mnie zmienił w tą bestię. Jestem z założenia człowiekiem; ponieważ będąc łowcą kontynuuję rodzinną tradycję. Zasadniczo wampiry i wilki to naturalni wrogowie; ale ja to inna sprawa. Wiem, że to trochę skomplikowane- wzruszyłam ramionami.
-Bardzo skomplikowane. Oni przecież wyglądają, jak my, więc jak ich odróżniacie?- Zapytała rozsądnie kobieta.
-To zdolność, którą posiadają też niektórzy zwykli ludzie- odezwał się Ian.
-Z wyjątkiem. Rozpoznają wyłącznie Czystokrwistych- wpadłam mu w słowo.
-W jaki sposób można rozpoznać wampira?- Zapytał Marcus Tanner.
Zwróciłam wzrok na mężczyznę.
-Cóż... Kiedy wampir pojawia się w pobliżu osoby z określoną zdolnością, osoba ta czuje chłód i dziwny niepokój; natomiast łowca identyfikuje krwiopijcę nieco inaczej: automatycznie dostrzegamy to w wyglądzie, ale nie tylko. Wyróżnia ich też typ biżuterii: najczęściej to niebieski lazuryt, taki jak mój sygnet- wytłumaczyłam.
-A ten tatuaż?- zaciekawiona pięciolatka wskazała wzór na mojej szyi.
-Nazywa się go "Księżycową Różą". Legendy mówią, że Anioł, który jest naszym patronem nosił ten znak na zbroi- odparłam. Na widok zdziwienia małżeństwa dodałam nieco urażona.- Łowcy także są osobami wierzącymi..
-Czyli Corvinus też był łowcą?- Zapytał stary Tanner zaskoczony.
-Z kronik Rodu Raven wiadomo tylko tyle, że był rycerzem i szlachcicem herbu Kruk oraz założycielem rodu; nie jest udokumentowane czy był łowcą, ale istnieje taka możliwość- odparłam z zastanowieniem.- Mogło być to ukrywane, bo w tamtych czasach łowca mógł być posądzony o czary i inne średniowieczne bzdury; dlatego istnienie organizacji jest tajne.
W kieszeni zadzwonił telefon Paula. Chłopak wyciągnął go zdziwiony. Odebrał.
-Co jest, Vincent?- Szybko sięgnął po pilot i włączył telewizor.
Wiadomości. Na pasku u dołu ekranu widniał napis: "Seria tajemniczych morderstw"
-Dziś między trzecią, a czwartą rano w lesie na północy Fallen w czarnym samochodzie marki BMW znaleziono ciała dwóch młodych kobiet- relacjonowała dziennikarka.- Z policyjnych ustaleń wynika...
-Rozejść się; proszę- oznajmił twardy męski głos.
-Inspektorze, zna już pan przyczynę śmierci ofiar?- Te i różne inne pytania sypały się z ust dziennikarzy.
-Przeszkadzacie nam w pracy, przestań kręcić do cholery- warknął Silver.
-Zna pan tożsamość tych kobiet?- Zapytał inny dziennikarz.
-Bez komentarza; wynoście się; bo usuniemy was siłą- Inspektor spojrzał krzywo na dziennikarzy idąc ku jednemu z policjantów.
Kamera pojechała w stronę rozbitego BMW i uchwyciła dwa czarne worki jadące na szpitalnych łóżkach do ciemnego samochodu. Wokół kręcili się policjanci, co chwilę zaczepiani przez dziennikarzy.
-Komisarzu; czy wiadomo coś na temat ofiar?- Dziennikarka dogoniła mężczyznę, który odwrócił się przez ramię.
-Zdawało mi się, że inspektor prosił was o opuszczenie terenu- oznajmił lodowato, mierząc ją nieprzychylnym spojrzeniem.- Macie pięć minut, żeby opuścić miejsce. Jazda stąd- Burknął z irytacją.
Transmisja nagle się urwała.
-Znów coś się dzieje..- zauważył Paul.
W tym momencie obraz wrócił.
Dziennikarka biegła w stronę dziwnego hałasu.
-Ta idiotka biegnie w stronę...- zaczęłam wolno.
-W stronę tych rybo-ślimaków..- dokończyli Paul i Ian.
-Skąd wiesz o tych robalach?- Zapytał  zdziwiony Paul.
-Znaleźliśmy z Damonem ich gniazdo kilka dni temu- odparł Ian z namysłem.
-I...?
-Powstrzymała nas kekkai...
-Co to takiego?- Wyparowali chórem zaskoczeni Tannerowie.
-Kekkai to rodzaj bariery- Wyjaśniłam.
-To jeszcze nie wszystko widziałem w okolicy... A niech to szlag..- zaczął szeptem gapiąc się w ekran telewizora.
Nasze reakcje były natychmiastowe. Paul i Ian przeobrazili się w olbrzymie wilki, a ja odsłoniłam kły warcząc wrogo:
-Zetsubō... Ten przeklęty mały bachor..

Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Kamera zrobiła zbliżenie na fioletowookiego chłopaczka z czarnorudymi włosami.
-Macie bardzo ładne miasteczko- ten fałszywy uśmieszek.- Cieszcie się nim, zanim zrównamy je z ziemią..- zagroził niewinnym tonem.- Chyba, że... Dostanę Księżycową Różę.
Dziennikarze rzucili się z różnymi pytaniami, węsząc kolejną sensację.
Zetsubō sfrunął z konaru drzewa uśmiechając się złowieszczo i nucąc coś w swoim języku.
-Kim lub czym jest "Księżycowa Róża"?- Dziennikarze pytali jeden przez drugiego.
Fioletowe oczy przybrały kolor fuksji ukazując pionowe ziejące czernią źrenice.
-To już zagadka dla was- Zetsubō roześmiał się wesoło.- Demony tak samo, jak ludzie lubią gry..- Szepnął a jego dziwne oczy po raz drugi błysnęły złowieszczo. Zdawało się jakby rude końcówki jego długich włosów zapłonęły ogniem.
Wtedy przypomniałem sobie słowa Max'a..

Cholerny mały psychopata..

W myślach przyznałem Tumanowi rację.

Zetsubō to cholerny popieprzony mały psychopata!
Muszę ochronić przed nim Callisto...

W biegu założyłem kurtkę i wybiegłem z pokoju.
-Jack; zmieniłem zdanie- rzuciłem za chłopakiem.
Wysoki chłopak o jasnych oczach odwrócił się i rzucił we mnie kaskiem. Złapałem.
-Jasne, dokąd cię podrzucić?- Odparł jakby machinalnie, widząc moje lekkie zaskoczenie.
••••••••••••••••••••••••••••

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz