Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Cześć, Raven- rzucił Vincent, przechodząc obok.
-Siema, ty tutaj?- Zdziwiłam się.
-Służba nie drużba; mam najświeższe wiadomości od sekcji czerwonej- rzucił z ironią.- Wiesz; gdzie Angello?
-U siebie; przygotowuje dokumenty na Radę- odparłam.
-Buu!- Rzuciła za mną Tori wesoło.
-Następnym razem bardziej się postaraj; Miles- odparłam ze śmiechem.
W tej samej chwili usłyszeliśmy hałas i stek oryginalnych przekleństw z ust przewodniczącego Stowarzyszenia. Angello pozbierał papiery i ukazał się na schodach obładowany teczkami, był pogrążony w burzliwej rozmowie telefonicznej.
-To jest; kurwa, niemożliwe...- Zauważył głęboko poruszony.- Musiałeś coś pomieszać; Tyrone- rozmówca mu przerwał, Angello słuchał długą chwilę z uwagą.- Ach; tak.. Za kwadrans mamy Radę, że cooo?- Zdumiał się.- W porządku; do zobaczenia..- rzucił kończąc połączenie. Wsunął telefon do kieszeni.
-Dzień dobry- rzucili sobie na powitanie Vincent; Tori i Angello. Moment potem obaj zaczęli rozmawiać.
-To raport od Czerwonych, no i nasz.- rzucił Vincent podając przewodniczącemu teczki w kolorach czerni i karmazynu.
-Dzięki; Vincent- rzucił Angello nie bez uśmiechu.- Mam nadzieję, że zostaniecie na obiedzie..
-Pewnie; jeśli to nie kłopot- rzuciła Tori uprzejmie.
-Żaden, panno Miles- rzucił Angello.- Rada odbędzie się po obiedzie; Raven.
-Przekażę reszcie- rzuciłam znikając w jadalni.
***
Wszyscy zastanawiali się, jak bardzo zaskakujące wieści ma dla nas przewodniczący; dlatego zebranym w jadalni łowcom towarzyszył szmer rozmów, w których to powstawały różne; niekiedy naprawdę dziwne teorie. Wszyscy byli ciekawi zaistniałej sytuacji; dlatego niecierpliwie czekali na rozpoczęcie.
Na widok przewodniczącego zapadła cisza- wszystkie rozmowy umilkły, jak ucięte nożem.
Angello zajął swoje miejsce; rzucając:
-Otwieram zebranie Rady Łowczych. Mamy dziś do omówienia kilka najważniejszych spraw i wydarzeń ostatnich dwóch tygodni...
Wszyscy łowcy spoglądali po sobie ze zdziwieniem; sądząc, że Angello pomylił się lub zwyczajnie przejęzyczył.
-To nie pomyłka, moi drodzy.- Kontynuował Angello zupełnie niezmieszany.- Otóż: ostatnie dni były pracowite nie tylko u nas; w innych Kwaterach również- Niebieskooki skutecznie trzymał wszystkich w niepewności; mówiąc spokojnie, a jednocześnie (zapewne niezamierzenie) z pewną dozą tajemniczości. Wszyscy wpatrywali się w niego, jakby byli zahipnotyzowani. Łowca rodu Cheruba uśmiechnął się przelotnie.
-Zanim przejdziemy do spraw ogólnych, mam dla was dwie wiadomości. Pierwsza z nich jest dobra; a druga zła, zatem od której zacząć?- Spytał uprzejmie.
-Jak zaczniesz od dobrej to ta zła popsuje nam wszystkim humory- rzucił z ironicznym uśmiechem Middford; a wszyscy wybuchnęli śmiechem.
-Czasami potrafisz powiedzieć coś z sensem; Jackson- Stwierdził przewodniczący powoli.- Zatem zła nowina jest taka; że...
-Zatem zła nowina jest taka, że... Związek Stowarzyszenia Łowców odcina się od problemów naszej Kwatery Głównej.
Chwila ciszy; w której wszyscy zastanawiali się, czy dobra wiadomość jest naprawdę tak dobra, jak mówi przewodniczący, czy jednak dużo gorsza.
-A jaki jest ten lepszy news?- Zapytał z wahaniem Jason Moon.
Angello uśmiechnął się spoglądając na blondyna. Tym razem na twarzach łowców było widać wyraźne zaciekawienie.
-Czternaście kwater głównych zignorowało ostatni nakaz Związku i ugania się za Rządowymi na własną rękę.
-Pierdolisz...!?- Rzuciło kilkunastu łowców ze zdumieniem.
-To potwierdzona informacja. Dzień dobry: bracie; Rado.
-Dzień dobry; Tyrone..- rzucili członkowie Rady zaskoczeni.
Tyrone Angello podał jakąś kartkę bratu. Niebieskooki przejrzał ją pobieżnie.
-Kolejna kwatera wymówiła posłuszeństwo Inkwizycji...?- Mruknął ze zdziwieniem przewodniczący czytając papier.- To niemożliwe, żeby jedna trzecia Stowarzyszenia zbuntowała się przeciwko Rządowi Łowczych...- stwierdził nadal czytając.
-Kto lubi stołki przyśrubowane do tyłka: wystąp!- Rzucił w tym momencie Porter; wszyscy spojrzeli nań i rozległa się salwa śmiechu.
***
Wszystkie informacje przekazane na dzisiejszym zebraniu były nie tyle zaskakujące, co po prostu dziwne- niby powinnam się cieszyć; ale druga strona medalu jest taka, iż graniczy z cudem, by jedna trzecia Stowarzyszenia obróciła się przeciwko naszemu Rządowi.
Zresztą; jeśli tak jest w istocie może to i prawda, że większości łowców nie podobają się poczynania "Związku Stowarzyszenia Łowców" i zechcą zrobić cokolwiek, by pijawy przestały się wreszcie szarogęsić.
-Pfff! Na co ja liczę; kurwa...- mruknęłam do swoich myśli.
Natomiast, co do tych likantropów zaczynaliśmy ich nawet lubić. Szczególnie zastanawiały mnie słowa Shawn'a...
Najważniejszy wilk w stadzie to nie ten, który używa przemocy, lecz ten który może, ale tego nie robi...
...lecz ten, który może, ale tego nie robi- to miało sens, bo niektóre Alfy okrutnie wykorzystywały swoją absolutną władzę nad innymi wilkami, z czego potem rodziły się niepotrzebne zarówno dla likantropów, jak i łowców problemy.
***
Czy to właśnie dlatego te wilki tak ślepo ufają Damonowi?
Właściwie nie mam nic do Damona- to, co o nim wiem to tylko strzępek informacji.
Alfa. Ex- pretorianin. Likantrop o niesamowitej samokontroli...
Mimo, że jest przywódcą sfory nie narzuca siłą swojej woli- po prostu mówi; a reszta wilków okazuje mu posłuszeństwo. Nie chodzi tu o samą regułę; lecz jakby istniała między nimi jakaś ciasna więź- nie wzajemna telepatia; dzięki której mogą czytać swoje myśli- bardziej nazwałabym to "przywiązaniem".
Zeszłam do podziemi, by sprawdzić stan Anastasii. Powoli pchnęłam ciężkie metalowe drzwi i weszłam do celi.
Blondynka podniosła wzrok znad kolejnej torebki z krwią transfuzyjną i spojrzała na mnie.
-Widząc twoją minę, chyba lepiej; że od kilku tygodni nie widziałam lustra- stwierdziła uśmiechając się słabo.
-Skoro zaczynasz żartować musi być z tobą lepiej- odparłam siadając obok.- Jak się czujesz?
-Chyba dobrze... Przynajmniej nie jestem ciągle.... eee... Głodna. ?- Odparła z nutą pytania.- W sumie nawet się do tego przyzwyczaiłam..- Dodała ze wzruszeniem ramion, obracając w dłoniach plastikowy woreczek.
-To duży plus, że zaczynasz się kontrolować, ale...- zaczęłam.
-Wszystko zależy od tego; czy kogoś nie zaatakuję.. Z głodu..- wpadła mi w słowo rozsądnie.
-Musisz tęsknić za domem i rodzicami- zauważyłam cicho.
-To nie są moi rodzice. Wujostwo mnie adoptowało- wzruszyła ramionami.- Wiesz, na razie staram się żyć z dnia na dzień...- westchnęła ciężko- ...lepiej nie przywiązywać się do czegoś; co może się za chwilę zmienić..
-To brzmi, jak psychologiczny bełkot- powiedziałam przyglądając jej się uważnie.
-Może i tak; ale... Przynajmniej nie użalam się nad sobą- odparła obracając na palcu pierścionek z kamieniem lazurytu.- Kurczę, ale coś ładnie pachnie...- rzuciła z nagłym rozmarzeniem, pociągając nosem.
-To znaczy co dokładnie czujesz? Krew?- Spytałam nieco zaniepokojona.
Twarz Anastasi przybrała wyraz głębokiego zastanowienia, chyba szukała odpowiednich słów; by określić to odczucie..
-Jakby... Jakiś kwiat, czy coś..- powiedziała niepewnie; zwracając twarz w kierunku zapachu.
Czując woń szybko zatkałam nos, krzywiąc się z odrazą.
-Nie żartuj; że TO pachnie..- skomentowałam nieco zniecierpliwiona; patrząc niechętnie na zasuszone łodyżki z pąkami werbeny.- Boże, to okropnie cuchnie..!. Przecież wampiry nie lubią tego zielska, bo jedzie i przytępia..- zaczęłam zaskoczona.
-Mnie to-to wcale nie przeszkadza...- spojrzała na mnie spokojnie i uśmiechając się dodała- może jestem po prostu jakimś wampiro- dziwadłem?
Żegnając Stacię zastanawiałam się nad jej dziwną odpornością na werbenę- z jednej strony może to sprawiać kłopoty; bo wówczas nie będzie czym jej "delikatnie obezwładnić"; ale z drugiej może się to- w razie potrzeby- okazać bardzo przydatne...
Ruszyłam w stronę swojego pokoju. Michael od wejścia przytulił mnie mocno.
-Powodzenia na treningu...- Rzuciłam obejmując go.
-Wolałbym zostać tu z tobą- powiedział z niezadowoleniem kołysząc się ze mną.- Tylko z tobą, mysiu- pysiu- spoglądałam nań zdziwiona odruchowo wykonując kroki walca, nawet nie zauważyłam, gdy otworzyły się drzwi.
-Służba nie drużba; co?- Spytałam całując go lekko.
-Ładna z nich para; nie?- Rzucił Armand Tyler do mojego ojca, oparty o framugę drzwi.
-Ciekawe, kto w tym związku będzie nosić spodnie- odpowiedział granatowooki z ironicznym uśmiechem.
Ruszyłam w stronę swojego pokoju. Michael od wejścia przytulił mnie mocno.
-Powodzenia na treningu...- Rzuciłam obejmując go.
-Wolałbym zostać tu z tobą- powiedział z niezadowoleniem kołysząc się ze mną.- Tylko z tobą, mysiu- pysiu- spoglądałam nań zdziwiona odruchowo wykonując kroki walca, nawet nie zauważyłam, gdy otworzyły się drzwi.
-Służba nie drużba; co?- Spytałam całując go lekko.
-Ładna z nich para; nie?- Rzucił Armand Tyler do mojego ojca, oparty o framugę drzwi.
-Ciekawe, kto w tym związku będzie nosić spodnie- odpowiedział granatowooki z ironicznym uśmiechem.
Siedziałam przy biurku studiując dokumenty, które otrzymałam od Angello. Były to głównie raporty kwater głównych; które opowiedziały się w tej wojnie po stronie Angello, przekazując chęć jakiejkolwiek pomocy, która byłaby potrzebna. W pobliżu leżał czekający na swoją kolej burgundowy notes Ethana Link.
Niektóre sprawy układały się po naszej myśli, inne niekoniecznie; ponieważ co rusz pojawiały się nowe fakty, na które nie do końca byliśmy przygotowani- oczywiście, mieliśmy zarys pewnych następujących po sobie wydarzeń; na wypadek których były ułożone plany A i B; aż tu nagle okazywało się, że wszystko powywracało się do góry nogami. Poza tym wampiry nigdy nie pojawiały się tam; gdzie bylibyśmy na to przygotowani- wiem, to logiczne; ale krwiopijcy zawsze mieli jakiś plan działania, a w tym wypadku wyglądało to; jakby każda ich akcja była czystą i niezwykle szaloną improwizacją.
-Może i my powinniśmy zacząć ich zaskakiwać?- Mruknęłam w zastanowieniu, czytając raport KGS w Paryżu.
***
Z dziennika Ethana Link:
Niektóre sprawy układały się po naszej myśli, inne niekoniecznie; ponieważ co rusz pojawiały się nowe fakty, na które nie do końca byliśmy przygotowani- oczywiście, mieliśmy zarys pewnych następujących po sobie wydarzeń; na wypadek których były ułożone plany A i B; aż tu nagle okazywało się, że wszystko powywracało się do góry nogami. Poza tym wampiry nigdy nie pojawiały się tam; gdzie bylibyśmy na to przygotowani- wiem, to logiczne; ale krwiopijcy zawsze mieli jakiś plan działania, a w tym wypadku wyglądało to; jakby każda ich akcja była czystą i niezwykle szaloną improwizacją.
-Może i my powinniśmy zacząć ich zaskakiwać?- Mruknęłam w zastanowieniu, czytając raport KGS w Paryżu.
***
Z dziennika Ethana Link:
27. kwietnia.
Przeklęty Rząd, niech ich wszyscy diabli...! Ich bzdurna polityka doprowadzi nas jedynie do kolejnej, cholernej wojny.. Po jakiego diabła dałem się wmanewrować w te gierki...
Tracę tu tylko czas.
Jestem w lesie na gałęzi drzewa; skąd obserwuję pewien dom. To posiadłość jednego z najstarszych i najsłynniejszych rodów łowczych o historii równie demonicznej; jak cały nasz Rząd razem wzięty. Kątem oka zauważam kogoś na ścieżce... Dwie dziewczęta- jedna z nich.. Ten wyraz twarzy- to na pewno córka Ravenów..28. kwietnia.
Poznałem kogoś. Dziewczynę. Śmiertelniczkę. Na imię jej Grace Ann.
Po wiekach wszechobecnej pustki poczułem do niej przywiązanie tak olbrzymie; że wolałem z nią porozmawiać; niż ją jeść.. To dziwne, ale, ani na chwilę nie mogę przestać o niej myśleć.. Czy w tej przeklętej wampirzej egzystencji jest jakiś cel? Czy jest nim Ona? Pierwszy raz od dłuższego czasu sam nie wiem; jak nazwać własne uczucia..29 kwietnia.
Wracając myślami do wczoraj...
Tak pachnie tylko krew łowcy. Jej krew- na samo wspomnienie zapachu czuję głód, od którego niemal wariuję.. Nie mogę jej skrzywdzić- za wszelką cenę muszę się powstrzymać. Ona naprawdę coś dla mnie znaczy...
...właściwie dlaczego, skoro ledwie ją znam; chcę zrobić dla niej wszystko, jakbym był jej własnością...(?)- w pewnym sensie ta myśl zaczyna mnie przerażać; a jednocześnie ciekawić...
Oboje myśleliśmy, że jesteśmy dla siebie celem...
Może mnie nie lubisz, ale nie drocz się ze mną.
Ja też mam kogoś; komu nigdy nie pozwolę stać się tym czymś...
Może mnie nie lubisz, ale nie drocz się ze mną.
Ja też mam kogoś; komu nigdy nie pozwolę stać się tym czymś...
On cię kochał jako człowieka, a nie wampira..
Przy nim nie jestem twoim cieniem!
Udawałem przed nią. Trzymałem między nami dystans..
Przy nim nie jestem twoim cieniem!
Udawałem przed nią. Trzymałem między nami dystans..
-Chyba miałaś rację, siostrzyczko- rzucił z boku obojętny ton głosu.
-Po co tu przyszłaś; Grace...?- Zapytałam przyglądając się czarnym lokom i brązowym tęczówkom oczu.
Powiał wiatr- karty dziennika z szelestem zaczęły się przewracać.
-Chciałam ci tylko powiedzieć, że znikam z miasta. Zamierzam dać ci wreszcie spokój- chciała zeskoczyć z wnęki okiennej na wysokości pierwszego piętra; ale chwyciłam ją za rękę.
Kłamała. Wiedziałam, że chciała czegoś więcej, niż tylko spełnionej zemsty. Zamarła w bezruchu i spojrzała na mnie przez ramię.
-Naprawdę aż tak bardzo Go kochałaś?- Zapytałam, delikatnie trzymając jej nadgarstek w swojej dłoni.
-Obchodzi cię to po tym, jak go zabiłaś?- Zapytała patrząc mi prosto w oczy; owalny wisior na jej szyi błysnął w świetle żarówek.
-Nie zabiłam Linka, przecież wiesz..- odparłam cicho.
Grace zsunęła z głowy kaptur, zza którego opadły na ramiona jej czarne loki.
-To już chyba nie ma żadnego znaczenia; Cally..- odparła starając się; by jej głos był obojętny.- Rząd. Łowcy. To, co obie czułyśmy.. Wszystko jest już nieistotne, bo tak chyba musiało być..
-Wydaję mi się; że Ethan chciał; żebyśmy przestały ze sobą walczyć..- zauważyłam niechętnie. Właściwie nie wiem, dlaczego to powiedziałam.
-Co ty możesz o nim wiedzieć?. Zawsze mówiłaś; że wiesz wszystko; a w rzeczywistości nie wiedziałaś zupełnie nic.!- Odwarknęła ze złością.
-Może nie wiem tyle; ile ty o nim wiedziałaś. Może i nie wiem wielu rzeczy; ale wiem, że cię kochał; Grace.! To zabawne, że nawet psychopata potrafi kogoś pokochać.. Że ktoś taki, jak on próbował się zmienić dla zwykłego człowieka..
-Nie mów o nim tym tonem!.- Trzasnęła mną o drzwi i przekręciwszy klucz zostawiła go w zamku.- Nie masz prawa mówić w ten sposób o Ethanie.!- powoli opuściła rękę zwiniętą w pięść i zaczęła głęboko oddychać, żeby się uspokoić.- Właściwie nie rozumiem; z jakiego powodu nie pozwoliłam mu cię zabić...- powiedziała z goryczą.
-Może miałaś w tym jakiś interes?- Zapytałam wolno.
-Interes...? Chciałam tylko być kimś- powiedziała szczerze, lecz ponuro.
-Był ktoś; dla kogo byłaś, nie tylko kimś. Dla Linka byłaś wszystkim.
Grace roześmiała się chłodno; mówiąc:
-Jednak nic się nie zmieniłaś; Callisto Anabelle: znowu mówisz; jak wiele wiesz, a w rzeczywistości nie wiesz kompletnie nic!!- Trzasnęła mną o te drzwi.
Obróciłam się chwytając ją za bluzę i tym razem ona była przygnieciona do tych drzwi. Spojrzałam jej w oczy z wściekłością.
-Wiesz; dlaczego Link cię nie zmienił? Czemu zawsze stał pomiędzy nami? Z jakiego powodu tamtego wieczora nie potrafiłam powiedzieć, że nienawidzę cię za to wszystko?- Zapytałam ostro potrząsając Grace.
Zapadła dluga nieznośna cisza. Oczy Grace rozszerzyło przerażenie; jakby podejrzewała; że naprawdę oszalałam- nie tylko; dlatego że upadam, również z powodu wydarzeń tamtej nocy..
-Zawsze myślałam; że to wszystko przez niego; że to on zasiał w tobie tą nienawiść do mnie; ale to nieprawda.- Zaczęłam cicho, smutno.- On; mimo tego, jaką był bestią potrafił pokochać zwykłego kruchego człowieka. Ciebie; Grace...- Odsunęłam się pochylając głowę.- Nie zmienił cię w wampira tylko dlatego; że nie mógłby.. Chyba uważał, że tylko by cię tym skrzywdził... Ja też; gdybym była na jego miejscu... Nie zrobiłabym tego Michaelowi..- spojrzałam na nią, po chwili niechętnie zwróciłam wzrok na burgundowy notes.
Był otwarty na ostatnim, nieopatrzonym datą wpisie. Powoli podeszłam do notesu i zaczęłam czytać...
-Po co tu przyszłaś; Grace...?- Zapytałam przyglądając się czarnym lokom i brązowym tęczówkom oczu.
Powiał wiatr- karty dziennika z szelestem zaczęły się przewracać.
-Chciałam ci tylko powiedzieć, że znikam z miasta. Zamierzam dać ci wreszcie spokój- chciała zeskoczyć z wnęki okiennej na wysokości pierwszego piętra; ale chwyciłam ją za rękę.
Kłamała. Wiedziałam, że chciała czegoś więcej, niż tylko spełnionej zemsty. Zamarła w bezruchu i spojrzała na mnie przez ramię.
-Naprawdę aż tak bardzo Go kochałaś?- Zapytałam, delikatnie trzymając jej nadgarstek w swojej dłoni.
-Obchodzi cię to po tym, jak go zabiłaś?- Zapytała patrząc mi prosto w oczy; owalny wisior na jej szyi błysnął w świetle żarówek.
-Nie zabiłam Linka, przecież wiesz..- odparłam cicho.
Grace zsunęła z głowy kaptur, zza którego opadły na ramiona jej czarne loki.
-To już chyba nie ma żadnego znaczenia; Cally..- odparła starając się; by jej głos był obojętny.- Rząd. Łowcy. To, co obie czułyśmy.. Wszystko jest już nieistotne, bo tak chyba musiało być..
-Wydaję mi się; że Ethan chciał; żebyśmy przestały ze sobą walczyć..- zauważyłam niechętnie. Właściwie nie wiem, dlaczego to powiedziałam.
-Co ty możesz o nim wiedzieć?. Zawsze mówiłaś; że wiesz wszystko; a w rzeczywistości nie wiedziałaś zupełnie nic.!- Odwarknęła ze złością.
-Może nie wiem tyle; ile ty o nim wiedziałaś. Może i nie wiem wielu rzeczy; ale wiem, że cię kochał; Grace.! To zabawne, że nawet psychopata potrafi kogoś pokochać.. Że ktoś taki, jak on próbował się zmienić dla zwykłego człowieka..
-Nie mów o nim tym tonem!.- Trzasnęła mną o drzwi i przekręciwszy klucz zostawiła go w zamku.- Nie masz prawa mówić w ten sposób o Ethanie.!- powoli opuściła rękę zwiniętą w pięść i zaczęła głęboko oddychać, żeby się uspokoić.- Właściwie nie rozumiem; z jakiego powodu nie pozwoliłam mu cię zabić...- powiedziała z goryczą.
-Może miałaś w tym jakiś interes?- Zapytałam wolno.
-Interes...? Chciałam tylko być kimś- powiedziała szczerze, lecz ponuro.
-Był ktoś; dla kogo byłaś, nie tylko kimś. Dla Linka byłaś wszystkim.
Grace roześmiała się chłodno; mówiąc:
-Jednak nic się nie zmieniłaś; Callisto Anabelle: znowu mówisz; jak wiele wiesz, a w rzeczywistości nie wiesz kompletnie nic!!- Trzasnęła mną o te drzwi.
Obróciłam się chwytając ją za bluzę i tym razem ona była przygnieciona do tych drzwi. Spojrzałam jej w oczy z wściekłością.
-Wiesz; dlaczego Link cię nie zmienił? Czemu zawsze stał pomiędzy nami? Z jakiego powodu tamtego wieczora nie potrafiłam powiedzieć, że nienawidzę cię za to wszystko?- Zapytałam ostro potrząsając Grace.
Zapadła dluga nieznośna cisza. Oczy Grace rozszerzyło przerażenie; jakby podejrzewała; że naprawdę oszalałam- nie tylko; dlatego że upadam, również z powodu wydarzeń tamtej nocy..
-Zawsze myślałam; że to wszystko przez niego; że to on zasiał w tobie tą nienawiść do mnie; ale to nieprawda.- Zaczęłam cicho, smutno.- On; mimo tego, jaką był bestią potrafił pokochać zwykłego kruchego człowieka. Ciebie; Grace...- Odsunęłam się pochylając głowę.- Nie zmienił cię w wampira tylko dlatego; że nie mógłby.. Chyba uważał, że tylko by cię tym skrzywdził... Ja też; gdybym była na jego miejscu... Nie zrobiłabym tego Michaelowi..- spojrzałam na nią, po chwili niechętnie zwróciłam wzrok na burgundowy notes.
Był otwarty na ostatnim, nieopatrzonym datą wpisie. Powoli podeszłam do notesu i zaczęłam czytać...
Moja najdroższa Grace Ann...
Na wypadek; gdyby jednak coś mi się stało; chciałbym...
-To chyba do ciebie- zauważyłam wskazując dziennik na biurku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz