Tori Miles; Królowa Ogólniaka.
Mały wyrzucił z wózka jedną z maskotek i wtulił się w niebieskiego psiaka.
-Chyba na serio uwielbia tego psa- zauważył Vincent, podnosząc wyrzuconego przez malucha miśka.
-W końcu prezent od chrzestnych, nie?- Spytałam lekko, całując go.- Jest taki kochany...
-Robię się zazdrosny- zauważył udając obrażonego.
-Dobra, przyznam się.. Jestem zakochana w Bubusiu- rzuciłam szczerząc się w uśmiechu.
-Zdradzasz mnie. Nie ładnie, Tori. Nie ładnie- rzucił grożąc mi palcem w żartach.
Mały patrzył na nas z zaciekawieniem.
-Oj, Misiaku ty mój...- odstawiłam kubek i przytuliłam się doń.
-No, co; Kotku?- Spytał obejmując mnie umięśnionym ramieniem.
-Nic, kocham cię- odparłam cicho.
-Wiem, ja też. Patrz Bubu też chce przytulaska- rzucił widząc, że mały wyciąga łapki w powietrze.- Co, moje Bubu?- Zaczął pieszczotliwie łaskotać malca.- Gdzie z tymi łapkami? No, chooodź.- Wyciągnął go z wózka i wziął na ręce.
Mały przytulił się do ojca, a Vincent objął mnie lekko.
-Spacerek; moje skarby- rzucił wesoło.
-W sumie, czemu tak się boicie tej Płaczki?- Zapytałam w pewnej chwili ostrożnie.
-Pamiętasz ciocię Esmeraldę?- Zapytał jakby mimochodem.
-No, pamiętam; ale co to ma do rzeczy?- Spojrzałam nań z boku zaskoczona.
-Była kiedyś na wakacjach w tym miejscu, gdzie Ona straszy. W szpitalu opowiadała, że La Llorona chciała ją utopić..
-Nie sądzisz, że to trochę naciągane?- Spytałam wolno.
-Wątpię, bo- zawahał się, nie wiedząc, czy powinien o tym mówić- bo ciocia była wtedy w ciąży... Zawsze twierdzi, że tylko dlatego żyje i...
-I?- Uniosłam brwi przyglądając mu się.
Nagle znajomy głos za nami rzucił do Vincenta po imieniu.
-O wilku mowa, a wilk tuż- mruknął chłopak odwracając się. Ku nam szła piękna kobieta o długich do połowy pleców ciemnych lokach i szmaragdowych oczach.
-Co tam, Mały?- Przyciągnęła dryblasa i wyściskała go mocno.-Tori - nie zdążyłam jej zwiać i zatonęłam w objęciach czterdziestokilkulatki.- Cio, skarbuś?- Zajrzała do wózka i uśmiechnęła się do chłopczyka, który zaczął wiercić się w wózku.
-Przyjechałaś w odwiedziny?- Spytałam lekko.
-Taa, Enrique dostał wreszcie urlop i pomyślałam, że wpadniemy do was na kilka dni- intuicja podpowiadała mi, że chodziło o coś więcej, niż zwykłe odwiedziny.
***
Późny wieczór...
Wszyscy spali. Esmeralda, starając się robić jak najmniej hałasu wyszła z domu i ruszyła w stronę samochodu, w którym- dosłownie- chwilę wcześniej się ukryłam.
Szmaragdowooka rzuciła na siedzenie jakąś książkę i włączyła silnik. Po chwili samochód ruszył z miejsca.
Z radia płynął jeden z wolniejszych kawałków Suriel's Grave, a ja zastanawiałam się, dokąd Esmeralda zmierza.
Jechałyśmy jakieś pół godziny asfaltową drogą, gdy szmaragdowooka skręciła w stronę parku za kościołem Świętego Michała Archanioła- poznałam po polnej drodze pełnej dziur.
Skręciła w prawo i po kilkudziesięciu metrach znów w prawo
Po co jedzie w kierunku Krzyża Założycieli?- Pojawiło się w mojej głowie pytanie.
-Prawie wszyscy już są- mruknęła rozglądając się.
Wóz stanął, silnik zgasł i ciotka Vincenta wysiadła biorąc książkę. Poczekałam aż odejdzie na bezpieczną odległość i uchyliłam szybę, by słyszeć, co się wydarzy.
-Kogoś mi tu brakuje; Saraphine- stwierdziła Esmeralda idąc ku zgromadzonym.
-Jak znam Ravena przyjdzie tak, czy siak- zauważył męski głos. Rozpoznałam Marcusa Tannera.
-Damon nie rzuca słów na wiatr, więc szczerze wątpię- zaprzeczyła niska kobieta wchodząc w blask ogniska. Była to stara Black- właścicielka herbaciarni.
-Damon dobrze wie, że sam nie zapieczętuje Cieni. Pewnie, jak zwykle celowo się spóźni; żeby przytrzymać nas w niepewności- dorzucił głos starego Daniellsa.
-"Trupek" też tu jest?- Szepnęłam do siebie zaskoczona. Jednak dalej obserwowałam z ukrycia, co ci ludzie właściwie robią.
Grupa stała wokół ognia, grzejąc ręce i rozmawiając cicho.
-Mamy pół godziny, do rozpoczęcia- stwierdził głos Wayland.
Wszyscy stali w milczeniu.
-Jesteście pewni, że Raven w ogóle przyjdzie?- Spytał Daniells ostrożnie, patrząc na zegarek.
-Naprawdę jestem aż tak przewidywalny?- Zapytał stojący tuż za nim mężczyzna. Daniells odskoczył przeklinając soczyście, a Tanner parsknął śmiechem.
-Co to się stało, że jesteś przed czasem? Zawsze lubisz się spóźnić; Raven- Stwierdził
-Składasz zamówienie na poprawę kształtu swego nosa; Marcus?- Zapytał parodią uprzejmości jego rozmówca. Dołączył do stojących wokół ognia osób, trzymając w dłoni czarną książkę.
Spojrzał wprost na mnie i poczułam dziwny niepokój, że wszyscy dowiedzą się, że ich podsłuchuję. Bergmann, lub- jak kto woli- Raven powoli odwrócił wzrok odpowiadając na zaczepkę Daniellsa.
-Lepiej się pospieszmy, Saraphine. Ci cholerni policjanci włóczą się wszędzie, gdzie tylko mogą- zauważył odrobinę zaniepokojony Tanner.
-W porządku; zaczynajmy- Saraphine wrzuciła coś w płomienie- ogień strzelił w górę, a książki zgromadzonych uniosły się i zawisły w powietrzu tak, by można było z nich czytać.
-W czasie burzy i zawieiMały wyrzucił z wózka jedną z maskotek i wtulił się w niebieskiego psiaka.
-Chyba na serio uwielbia tego psa- zauważył Vincent, podnosząc wyrzuconego przez malucha miśka.
-W końcu prezent od chrzestnych, nie?- Spytałam lekko, całując go.- Jest taki kochany...
-Robię się zazdrosny- zauważył udając obrażonego.
-Dobra, przyznam się.. Jestem zakochana w Bubusiu- rzuciłam szczerząc się w uśmiechu.
-Zdradzasz mnie. Nie ładnie, Tori. Nie ładnie- rzucił grożąc mi palcem w żartach.
Mały patrzył na nas z zaciekawieniem.
-Oj, Misiaku ty mój...- odstawiłam kubek i przytuliłam się doń.
-No, co; Kotku?- Spytał obejmując mnie umięśnionym ramieniem.
-Nic, kocham cię- odparłam cicho.
-Wiem, ja też. Patrz Bubu też chce przytulaska- rzucił widząc, że mały wyciąga łapki w powietrze.- Co, moje Bubu?- Zaczął pieszczotliwie łaskotać malca.- Gdzie z tymi łapkami? No, chooodź.- Wyciągnął go z wózka i wziął na ręce.
Mały przytulił się do ojca, a Vincent objął mnie lekko.
-Spacerek; moje skarby- rzucił wesoło.
-W sumie, czemu tak się boicie tej Płaczki?- Zapytałam w pewnej chwili ostrożnie.
-Pamiętasz ciocię Esmeraldę?- Zapytał jakby mimochodem.
-No, pamiętam; ale co to ma do rzeczy?- Spojrzałam nań z boku zaskoczona.
-Była kiedyś na wakacjach w tym miejscu, gdzie Ona straszy. W szpitalu opowiadała, że La Llorona chciała ją utopić..
-Nie sądzisz, że to trochę naciągane?- Spytałam wolno.
-Wątpię, bo- zawahał się, nie wiedząc, czy powinien o tym mówić- bo ciocia była wtedy w ciąży... Zawsze twierdzi, że tylko dlatego żyje i...
-I?- Uniosłam brwi przyglądając mu się.
Nagle znajomy głos za nami rzucił do Vincenta po imieniu.
-O wilku mowa, a wilk tuż- mruknął chłopak odwracając się. Ku nam szła piękna kobieta o długich do połowy pleców ciemnych lokach i szmaragdowych oczach.
-Co tam, Mały?- Przyciągnęła dryblasa i wyściskała go mocno.-Tori - nie zdążyłam jej zwiać i zatonęłam w objęciach czterdziestokilkulatki.- Cio, skarbuś?- Zajrzała do wózka i uśmiechnęła się do chłopczyka, który zaczął wiercić się w wózku.
-Przyjechałaś w odwiedziny?- Spytałam lekko.
-Taa, Enrique dostał wreszcie urlop i pomyślałam, że wpadniemy do was na kilka dni- intuicja podpowiadała mi, że chodziło o coś więcej, niż zwykłe odwiedziny.
***
Późny wieczór...
Wszyscy spali. Esmeralda, starając się robić jak najmniej hałasu wyszła z domu i ruszyła w stronę samochodu, w którym- dosłownie- chwilę wcześniej się ukryłam.
Szmaragdowooka rzuciła na siedzenie jakąś książkę i włączyła silnik. Po chwili samochód ruszył z miejsca.
Z radia płynął jeden z wolniejszych kawałków Suriel's Grave, a ja zastanawiałam się, dokąd Esmeralda zmierza.
Jechałyśmy jakieś pół godziny asfaltową drogą, gdy szmaragdowooka skręciła w stronę parku za kościołem Świętego Michała Archanioła- poznałam po polnej drodze pełnej dziur.
Skręciła w prawo i po kilkudziesięciu metrach znów w prawo
Po co jedzie w kierunku Krzyża Założycieli?- Pojawiło się w mojej głowie pytanie.
-Prawie wszyscy już są- mruknęła rozglądając się.
Wóz stanął, silnik zgasł i ciotka Vincenta wysiadła biorąc książkę. Poczekałam aż odejdzie na bezpieczną odległość i uchyliłam szybę, by słyszeć, co się wydarzy.
-Kogoś mi tu brakuje; Saraphine- stwierdziła Esmeralda idąc ku zgromadzonym.
-Jak znam Ravena przyjdzie tak, czy siak- zauważył męski głos. Rozpoznałam Marcusa Tannera.
-Damon nie rzuca słów na wiatr, więc szczerze wątpię- zaprzeczyła niska kobieta wchodząc w blask ogniska. Była to stara Black- właścicielka herbaciarni.
-Damon dobrze wie, że sam nie zapieczętuje Cieni. Pewnie, jak zwykle celowo się spóźni; żeby przytrzymać nas w niepewności- dorzucił głos starego Daniellsa.
-"Trupek" też tu jest?- Szepnęłam do siebie zaskoczona. Jednak dalej obserwowałam z ukrycia, co ci ludzie właściwie robią.
Grupa stała wokół ognia, grzejąc ręce i rozmawiając cicho.
-Mamy pół godziny, do rozpoczęcia- stwierdził głos Wayland.
Wszyscy stali w milczeniu.
-Jesteście pewni, że Raven w ogóle przyjdzie?- Spytał Daniells ostrożnie, patrząc na zegarek.
-Naprawdę jestem aż tak przewidywalny?- Zapytał stojący tuż za nim mężczyzna. Daniells odskoczył przeklinając soczyście, a Tanner parsknął śmiechem.
-Co to się stało, że jesteś przed czasem? Zawsze lubisz się spóźnić; Raven- Stwierdził
-Składasz zamówienie na poprawę kształtu swego nosa; Marcus?- Zapytał parodią uprzejmości jego rozmówca. Dołączył do stojących wokół ognia osób, trzymając w dłoni czarną książkę.
Spojrzał wprost na mnie i poczułam dziwny niepokój, że wszyscy dowiedzą się, że ich podsłuchuję. Bergmann, lub- jak kto woli- Raven powoli odwrócił wzrok odpowiadając na zaczepkę Daniellsa.
-Lepiej się pospieszmy, Saraphine. Ci cholerni policjanci włóczą się wszędzie, gdzie tylko mogą- zauważył odrobinę zaniepokojony Tanner.
-W porządku; zaczynajmy- Saraphine wrzuciła coś w płomienie- ogień strzelił w górę, a książki zgromadzonych uniosły się i zawisły w powietrzu tak, by można było z nich czytać.
Zgromadzona tu szóstka Założycieli
Wzywa Siódmego Anioła, który zapieczętować zdoła
Dziewięcioro Cieni.
Sześcioro Założycieli czuwających nad Miastem
Woła Siódmego Anioła, by pomógł w walce- mówili równymi głosami- Kładziemy już Trzecią Pieczęć, chórem wołając
Ognia tchnienie
Grzmotu brzmienie
Wiatru wycie
Więc Cię proszę o przybycie!- Zakończyli, a ja z nosem przyklejonym do szyby samochodu i tłukącym się w piersi sercem; z niepokojem czekałam; co się stanie.
Ogień z sykiem wystrzelił w górę, a siedzące na pobliskich drzewach stado ptaków z szumem zerwało się do lotu. Kiedy przemknęły ukazał się idący drogą od strony katedry...
Młodzieniec o rozwianych falowanych włosach w kolorze węgla, z bezdennymi czarnymi tęczówkami w przystojnej rzymskiej twarzy o ostrych rysach. Ubrany był w ciemne spodnie i koszulę, oraz wysokie buty. Nosił na piersi półzbroję i posiadał dwie pary wielkich skrzydeł, których biel- mimo mroku nocy- aż kłuła w oczy. W dłoni opuszczonej do boku trzymał płonący błękitnym ogniem miecz.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Callisto?- Zacząłem zaskoczony, że turkusowooka zamilkła wpół słowa.
Powoli zwróciła głowę by na mnie spojrzeć. Jej oczy świeciły szkarłatem.
-Niebezpieczeństwo- szepnęła zmrożona.
-Jakie niebezpieczeństwo? O co chodzi, Moje Kochanie?- Zapytałem z niepokojem.
-Linie gasną...- wyszeptała i straciła przytomność.
Tori Miles, Królowa Ogólniaka.
Na jego widok serce zaczęło mi walić, jak szalone. Oddech przyspieszył, a przez głowę szły miliardy myśli na sekundę.
Mimo to postać była mi dziwnie znajoma, jakbym już kiedyś go widziała... Nie wiedziałam jednak gdzie i w jakich okolicznościach doszło do naszego spotkania.
Serce uderzało tak mocno, że aż bolało. Zaczęło brakować mi tchu. Tajemniczy chłopak patrzył mi prosto w oczy.
-Na co tak patrzysz; Archaniele?- Zapytała zdziwiona Hiszpanka.
-Na nic- odparł spokojnie, zwracając na nią wzrok.- Jakim prawem odciągacie mnie od ważnych obowiązków?- zapytał, a przez twarz Bergmanna przemknął lekki uśmiech.
-Twoja perełka może zniknąć- odezwała się Wayland cicho.
-Pozwól, że cię poprawię; biała wiedźmo: skoro już zwołano Krąg, miastu upadek nie grozi- stwierdził "Archanioł" spokojnie.- Mam tylko jedno ważne pytanie; Saraphine Wayland: czy można mieć pewność; że twoja moc nie wymknie ci się spod kontroli?- Uśmiechnął się uprzejmie.
-O czym On mówi, Saraphine?- Zapytał Tanner powoli.
-Nie ma na to całkowitej gwarancji- odpowiedziała Wayland ignorując pytanie.
-Zatem nie ma też gwarancji, że utrzymasz Krąg- oznajmił niechętnie czarnooki.
-Mogę przekazać komuś Moc, jeśli zechcesz- zauważyła obojętnie, a pozostali; z wyjątkiem Bergmanna, cofnęli się o krok. Dostrzegłam, że stary Tanner miał minę, jakby nie chciał, by trafiło na niego.
-Tą mocą może dysponować jedynie kobieta- odezwał się z zastanowieniem Anioł.
-Nie ma mowy...- szepnęła wystraszona Esmeralda cofając się o kolejny krok.
-Nie do końca chodzi mi o ciebie; Esmeraldo- powiedział ojcowskim tonem młodzieniec.- Możesz już wyjść z samochodu; pannico- nakazał.
Zaklęłam cicho, ale nie miałam wyjścia. Powoli wysiadłam z auta i podeszłam do grupy.
-Tori Janett Miles, z męża Rodriguez- rzucił z namysłem.
Wówczas przypomniałam sobie jego imię.
-Lucian Mikaelis; prawda?- Zapytałam starając się nie pokazać po sobie, że tak naprawdę nie jestem pewna tego, co mówię.
Bergmann spojrzał na mnie, a na jego nieco oszpeconej twarzy wymalowało się zdziwienie.
Piękny, młody mężczyzna wpatrywał się we mnie spokojnie, a płomień na trzymanej przezeń broni powoli przygasał. Jego oczy znów stały się matowe, jakby były bez życia. Skrzydła drgnęły, gdy ręka z mieczem wystrzeliła do przodu.
Sztych zatrzymał się o włos od mojego gardła, gdy usłyszałam cichy, błagalny jęk Esmeraldy.
-To jakiś test; Aniele?- Zapytałam z opanowaniem, choć w środku aż skręcało mnie ze zdenerwowania.
Bergmann patrzył na mnie podejrzliwie, Tanner i Daniells zdawali się zaskoczeni, Wayland patrzyła w ziemię, Esmeralda była wystraszona, a Black wyjątkowo opanowana, jak na nerwuskę.
Milczenie nieznośnie się przeciągało.
Powoli opuścił miecz do boku, nadal patrząc mi prosto w oczy, jego czarne tęczówki błysnęły lekko.
Przyciągnął mnie do siebie i zatonęłam w jego ramionach. Osłonił mnie tymi wielkimi skrzydłami, przytulając mocno.
-Twoja ciekawość może cię kiedyś wpakować w kłopoty, Tori- ostrzegł mnie szeptem.
-Kim, tak naprawdę jesteś?- Zapytałam nieco nieufnie.
-Zamierzam chronić Ją do samego końca- szepnął cicho.
-Wszyscy chcemy ją chronić; ale ona...
Czułam, że muszę powiedzieć mu całą prawdę, nie dlatego; że był Aniołem- lecz, dlatego; że jego i Callisto łączyła nierozerwalna więź i...
Tylko On może ją chronić.
-Co chcesz mi powiedzieć?- Zapytał patrząc mi prosto w oczy.
Powoli się odsunęłam i szybko otarłam łzy.
-Bo.. Callisto chciałaby być znów człowiekiem- wyznałam cicho wbijając wzrok w ziemię.
Bergmann drgnął szybko i pogrążył się w myślach.
-Z tego, co wiem Księżycowa bezpiecznie wyjechała z miasta- zauważył wolno.
-Tak, Callisto jest w Hiszpanii z Michaelem- odparłam.
-Chyba nie mówisz, całej prawdy...- zauważył Bergmann z niepokojem.
-Bo to jeszcze nie wszystko, co mam wam do powiedzenia. Poza tym pan też nie powiedział prawdy, panie Raven- odparłam patrząc mu w twarz.
-Co masz na myśli; pani Rodriguez?- Zapytał uprzejmie.
-Już dawno odkryłam, że posługuje się pan fałszywym nazwiskiem- oznajmiłam krótko.- Poza tym trochę pana obserwowałam. W szkole traktował pan Cally inaczej, niż innych uczniów; jakby miał pan ją przed czymś chronić.
Mężczyzna pozostał niewzruszony, jego spokojny wzrok wpatrywał się w dal.
-Owszem- przytaknął ze stoickim spokojem.- Callisto, jako jedna z Ravenów jest nie tylko łowcą, ale i potomkinią głównego Założyciela.
-Bez Księżycowej miasto nie istnieje- zauważył Tanner ponuro.
-Ale.. Te kicune.. Oni powiedzieli...- zaczęłam niepewnie.
-Bzdura- przerwał ostro Tanner, zaciskając mocno palce na zielonej książce, którą trzymał.- To przez nich dzieje się to wszystko...- powiedział przez zaciśnięte zęby z wściekłą miną.
Godzinę później, dom "Bergmanna".
-Rozgośćcie się- rzucił zapalając papierosa.
Kilka minut później Lucian postawił przed nami napoje.
-Może wyjaśni mi ktoś, co jest tu w ogóle grane?- Zdenerwowałam się.
Lucian oparł mi dłoń na ramieniu, kiedy spojrzałam w te czarne tęczówki ogarnął mnie dziwny spokój.
-Miasto założono w XIV-stym stuleciu, gdy rycerze eskortowali ocalałych z innej osady mieszkańców- Zaczął opowieść Lucian.- Przewodził im James Corvinus..
Orszak konny pokonywał kolejny las. Rycerz zatrzymał białego konia i podniósł przyłbicę hełmu, a jego niespotykane granatowe tęczówki rozejrzały się po okolicy. Słońce powoli chowało się za horyzontem.
-Zmierzcha..- mruknął do siebie w zamyśleniu rycerz, patrząc w majaczący w oddali las.- Zatrzymamy się tutaj na noc- rzucił w stronę podkomendnych i wydał im kilka poleceń. Wziął ze sobą czterech i ruszyli konno wgłąb lasu, a ludzie zastanawiali się, co zamierza upolować przy pomocy miecza i laurysa.
Corvinus ściągnął wodze i zeskoczył z konia. Przez chwilę nasłuchiwał, gdy odebrał jednemu z łuczników broń i wymierzył gdzieś między drzewa. Powoli, oddychając spokojnie; choć serce tłukło mu się w piersi zwolnił mechanizm broni. Strzała pofrunęła w stronę upatrzonego celu a ciszę rozdarł odgłos zwierzyny.
Granatowooki mężczyzna ruszył w tamtym kierunku, a reszta za nim.
-Wcale ładny jeleń; panie- rzucił z podziwem brązowooki rycerz.
-Wiesz, jak mam na imię- odparł z niezadowoleniem dowódca, wyjmując z buta sztylet, już chciał wziąć się za oprawianie zwierzyny, gdy wziął rzucony przez kogoś łuk i wyciągnąwszy z leżącego obok kołczanu strzałę wymierzył w niebo, po czym strzelił. Kilka sekund później strzała wbiła się sto kroków dalej w pień dębu i złamała się z trzaskiem. Wisiał na niej bażant.
-Nie próżnowałeś, hm?- Rzucił trzeci z mężczyzn i słysząc coś z boku rzucił w tamtą stronę toporem. Rozległ się przeciągły kwik.
-Właśnie dlatego wami dowodzę, baranie łby- rzucił z ironią Corvinus.- Chyba upolowałeś dzika, Daniells.
-Pewnie tylko go drasnąłem- niski młodzian cofnął się i w ułamku sekund odepchnąwszy Corvinusa z zasięgu szabel dzika strzelił doń z pistoletu.
Zwierzę padło tuż przed nim.
-Ryzykowne posunięcie- stwierdził Corvinus, podnosząc się na nogi przy pomocy dwóch rycerzy.
-Ryzyko się opłaciło- odparł jego rozmówca trącając butem truchło dzika.
-Wracamy- rzucił Corvinus.
**
Ludzie gapili się zadziwieni na upolowane przez królewskich żołnierzy mięso. Od kilku dni byli wykończeni podróżą i nie mieli co jeść, ani pić.
-Nie mamy wody...- mruknął Corvinus do swoich myśli, wyrzucając niedbałym ruchem pusty bukłak zaklął cicho.
Szlachta była coraz bardziej przeciwko niemu. Sam nie wiedział, dokąd dalej iść i modlił się, by znaleźć najbliższą wieś. Był niepewny każdego swego kroku.
Zapadła noc, a on; mimo zmęczenia, nie potrafił zmrużyć oka. Siedząc pod jednym z drzew patrzył w noc rozmyślając.
-Coś cię niepokoi, panie?- Zapytał cichy wyraźnie kobiecy głos.
-Powinnaś spocząć, panienko- odparł niechętnie.
-Też powinieneś odpocząć; pewnie jeszcze długa podróż przed nami- zauważyła kobieta podchodząc. Blask pochodni oświetlił piękną i wysoką czarnowłosą o niebieskich oczach ubraną w długą błękitną suknię w wieku około lat szesnastu.
-Nie mogę spać- odrzekł obojętnie odwracając wzrok od "kłopotliwej" towarzyszki.
W tym momencie coś odwróciło jego uwagę, wstając sięgnął po laurys i wbił wzrok w dal.
-Ktoś idzie- szepnął. Nasłuchując poprawił w dłoni drzewiec. Nakreślił pochodnią krzyż w stronę najbliższego stanowiska rycerzy, którzy sięgnęli po broń, reszta stanowisk również przygotowała się do odparcia ataku, a ogniska natychmiast pogasły. Ludzie zaczęli się budzić i pytać. Zostali uciszeni.
-Do koni- syknął Corvinus, gdy ktoś go zaatakował.
-Z tego, co wiem Księżycowa bezpiecznie wyjechała z miasta- zauważył wolno.
-Tak, Callisto jest w Hiszpanii z Michaelem- odparłam.
-Chyba nie mówisz, całej prawdy...- zauważył Bergmann z niepokojem.
-Bo to jeszcze nie wszystko, co mam wam do powiedzenia. Poza tym pan też nie powiedział prawdy, panie Raven- odparłam patrząc mu w twarz.
-Co masz na myśli; pani Rodriguez?- Zapytał uprzejmie.
-Już dawno odkryłam, że posługuje się pan fałszywym nazwiskiem- oznajmiłam krótko.- Poza tym trochę pana obserwowałam. W szkole traktował pan Cally inaczej, niż innych uczniów; jakby miał pan ją przed czymś chronić.
Mężczyzna pozostał niewzruszony, jego spokojny wzrok wpatrywał się w dal.
-Owszem- przytaknął ze stoickim spokojem.- Callisto, jako jedna z Ravenów jest nie tylko łowcą, ale i potomkinią głównego Założyciela.
-Bez Księżycowej miasto nie istnieje- zauważył Tanner ponuro.
-Ale.. Te kicune.. Oni powiedzieli...- zaczęłam niepewnie.
-Bzdura- przerwał ostro Tanner, zaciskając mocno palce na zielonej książce, którą trzymał.- To przez nich dzieje się to wszystko...- powiedział przez zaciśnięte zęby z wściekłą miną.
Godzinę później, dom "Bergmanna".
-Rozgośćcie się- rzucił zapalając papierosa.
Kilka minut później Lucian postawił przed nami napoje.
-Może wyjaśni mi ktoś, co jest tu w ogóle grane?- Zdenerwowałam się.
Lucian oparł mi dłoń na ramieniu, kiedy spojrzałam w te czarne tęczówki ogarnął mnie dziwny spokój.
-Miasto założono w XIV-stym stuleciu, gdy rycerze eskortowali ocalałych z innej osady mieszkańców- Zaczął opowieść Lucian.- Przewodził im James Corvinus..
Orszak konny pokonywał kolejny las. Rycerz zatrzymał białego konia i podniósł przyłbicę hełmu, a jego niespotykane granatowe tęczówki rozejrzały się po okolicy. Słońce powoli chowało się za horyzontem.
-Zmierzcha..- mruknął do siebie w zamyśleniu rycerz, patrząc w majaczący w oddali las.- Zatrzymamy się tutaj na noc- rzucił w stronę podkomendnych i wydał im kilka poleceń. Wziął ze sobą czterech i ruszyli konno wgłąb lasu, a ludzie zastanawiali się, co zamierza upolować przy pomocy miecza i laurysa.
Corvinus ściągnął wodze i zeskoczył z konia. Przez chwilę nasłuchiwał, gdy odebrał jednemu z łuczników broń i wymierzył gdzieś między drzewa. Powoli, oddychając spokojnie; choć serce tłukło mu się w piersi zwolnił mechanizm broni. Strzała pofrunęła w stronę upatrzonego celu a ciszę rozdarł odgłos zwierzyny.
Granatowooki mężczyzna ruszył w tamtym kierunku, a reszta za nim.
-Wcale ładny jeleń; panie- rzucił z podziwem brązowooki rycerz.
-Wiesz, jak mam na imię- odparł z niezadowoleniem dowódca, wyjmując z buta sztylet, już chciał wziąć się za oprawianie zwierzyny, gdy wziął rzucony przez kogoś łuk i wyciągnąwszy z leżącego obok kołczanu strzałę wymierzył w niebo, po czym strzelił. Kilka sekund później strzała wbiła się sto kroków dalej w pień dębu i złamała się z trzaskiem. Wisiał na niej bażant.
-Nie próżnowałeś, hm?- Rzucił trzeci z mężczyzn i słysząc coś z boku rzucił w tamtą stronę toporem. Rozległ się przeciągły kwik.
-Właśnie dlatego wami dowodzę, baranie łby- rzucił z ironią Corvinus.- Chyba upolowałeś dzika, Daniells.
-Pewnie tylko go drasnąłem- niski młodzian cofnął się i w ułamku sekund odepchnąwszy Corvinusa z zasięgu szabel dzika strzelił doń z pistoletu.
Zwierzę padło tuż przed nim.
-Ryzykowne posunięcie- stwierdził Corvinus, podnosząc się na nogi przy pomocy dwóch rycerzy.
-Ryzyko się opłaciło- odparł jego rozmówca trącając butem truchło dzika.
-Wracamy- rzucił Corvinus.
**
Ludzie gapili się zadziwieni na upolowane przez królewskich żołnierzy mięso. Od kilku dni byli wykończeni podróżą i nie mieli co jeść, ani pić.
-Nie mamy wody...- mruknął Corvinus do swoich myśli, wyrzucając niedbałym ruchem pusty bukłak zaklął cicho.
Szlachta była coraz bardziej przeciwko niemu. Sam nie wiedział, dokąd dalej iść i modlił się, by znaleźć najbliższą wieś. Był niepewny każdego swego kroku.
Zapadła noc, a on; mimo zmęczenia, nie potrafił zmrużyć oka. Siedząc pod jednym z drzew patrzył w noc rozmyślając.
-Coś cię niepokoi, panie?- Zapytał cichy wyraźnie kobiecy głos.
-Powinnaś spocząć, panienko- odparł niechętnie.
-Też powinieneś odpocząć; pewnie jeszcze długa podróż przed nami- zauważyła kobieta podchodząc. Blask pochodni oświetlił piękną i wysoką czarnowłosą o niebieskich oczach ubraną w długą błękitną suknię w wieku około lat szesnastu.
-Nie mogę spać- odrzekł obojętnie odwracając wzrok od "kłopotliwej" towarzyszki.
W tym momencie coś odwróciło jego uwagę, wstając sięgnął po laurys i wbił wzrok w dal.
-Ktoś idzie- szepnął. Nasłuchując poprawił w dłoni drzewiec. Nakreślił pochodnią krzyż w stronę najbliższego stanowiska rycerzy, którzy sięgnęli po broń, reszta stanowisk również przygotowała się do odparcia ataku, a ogniska natychmiast pogasły. Ludzie zaczęli się budzić i pytać. Zostali uciszeni.
-Do koni- syknął Corvinus, gdy ktoś go zaatakował.
Granatowooki odbił kolejną serię ciosów przeciwnika i sam przeszedł do ataku.
Rycerz zaobserwował, że przeciwnik był o wiele szybszy, niż zwykły człowiek. Wydało mu się to dziwne, choć już nie raz słyszał historie o oddziale zwanym "Gwardią samego Szatana", jednak niedowierzał tym opowieściom.
Odepchnięty przez przeciwnika oparł się o pień jakiegoś drzewa, chwytając się gałęzi, która łamiąc się poraniła wierzch dłoni rycerza. Zacisnął na niej dłoń, słysząc syk z ust wroga zdziwił się, lecz nie zdołał odeprzeć kolejnego ataku. Tamten złapał Corvinusa za gardło i przycisnął go do drzewa. Rycerz broniąc się z coraz większym trudem sięgnął po miecz i zamachnął się. Mężczyźnie tuż przed oczyma mignęła biała peleryna. Wokół słyszał modlitwy ludzi, szczęk stali i odgłosy potyczki.
Dopadł następnego z białych rycerzy i zupełnie bez zastanowienia przebił go odłamaną gałęzią, którą nadal ściskał w swej lewicy. Ku jego zdumieniu z przeciwnika pozostał tylko piach.
-Co, u wszystkich diabłów...?- Zaklął zaskoczony Corvinus, bez namysłu rzucając się w wir walki.
Przy użyciu odłamanej gałęzi położył kilkunastu, jego kolejny przeciwnik gwizdnął przeciągle i...
Białe peleryny nagle zniknęły, jakby rozpłynęły się w powietrzu.
Kilkunastu rycerzy i dwóch szlachciców leżało w kałużach krwi z różnymi obrażeniami. Corvinus spojrzał na zwłoki jednego z rycerzy nabitego na konar drzewa. Konie rżały zatrwożone, kilku rycerzy rzuciło się uspokoić zwierzęta, ludzie się modlili, a on zastanawiał się, kim byli właściciele białych peleryn.
O świcie pogrzebano zmarłych w zbiorowej mogile, ksiądz odprawił mszę, a przywódca orszaku rozmyślał nad wczorajszymi wydarzeniami. W jego ocenie sytuacji, było kilka znaczących rzeczy wprost niepojętych dla niego samego, jako rycerza. Właściwie po raz pierwszy zetknął się z czymś takim. Szybkość i siła jego wczorajszego przeciwnika była wręcz nadludzka. Zastanawiając się nad tym, przez chwilę poczuł na swym gardle jego stalowy uścisk.
Otrząsnął się szybko z tego okropnego uczucia. Nie zamierzał jeszcze iść na tamten świat.
Obrócił w palcach drewno, którym zabił kilkunastu z nich. Było jasne, dość miękkie i posiadało zadziory.
-Coś cię trapi, rycerzu?- Zapytał cichy męski głos.
Corvinus wolno podniósł głowę i zwrócił wzrok na księdza.
-Myślę o tym, co stało się zeszłej nocy- odrzekł z niechęcią.
-Doszedłeś do czegoś, pułkowniku?- zapytał duchowny zwracając się doń tytułem, jaki znali tylko jego żołnierze.
-Wiem tylko tyle, że to ogromnie dziwne- odparł na odczepne.
-Szlachta twierdzi, że to kara boska za to, że z tobą poszliśmy- powiedział niepewnie starszy od niego ksiądz, lecz widząc ostre spojrzenie Corvinusa umilkł.
-A ty, Ojcze? Co na ten temat sądzisz?- Zapytał rycerz obojętnie patrząc mu w oczy.
Z obozu słyszalne były rozmowy. Żołnierze ostrzyli oręż i śpiewali coś cicho.
-Sądzę, że ten dezerter mówi prawdę- zauważył ostrożnie.
Corvinus wybuchnął drwiącym śmiechem.
-Nawet jeśli, i tak go powieszą- odezwał się po dłuższym milczeniu z powagą.- Ja tylko idę za rozkazami, więc nic nie mogę na to poradzić- oznajmił.
-Chłopi powiadają, że to ta słynna "Gwardia Szatana"- zasugerował ksiądz.
-Kto wie..? Może piekło czegoś ludziom zazdrości..- Zastanowił się na głos szlachcic w zbroi.
-Nie bluźnij, rycerzu- odparł tamten ze złością.
-Nigdy bym nie śmiał- zaprzeczył z opanowaniem rycerz.- Cokolwiek to jest, trzeba nam zachować ostrożność.
-Myślisz, że oni znów zaatakują?- Jego rozmówca przyglądał mu się z mieszanką zaciekawienia i przestrachu.
-Jestem prawie pewien- odparł granatowooki czarnowłosy, wstając z ziemi. Podszedł do swego rumaka i poklepał zwierzę po szyi. Wydając innym rozkazy wsiadł na koń i pojechał nie wiadomo dokąd.
Przemierzał konno pobliskie lasy, a jego myśli wciąż krążyły wokół wczorajszej nocy.
Nagle przed jego oczami stanęły błyszczące w ciemności oczy o barwie szkarłatu. Mocnym ruchem ściągnął cugle, a jego rumak stanął na tylnych kopytach rżąc głośno.
W oddali dostrzegł zarysy jakiejś budowli i pognał w tamtym kierunku.
Zsiadł z konia i ściskając laurys w dłoni kroczył ostrożnie, rozglądając się.
Po kilkunastu krokach przyklęknął.
-Ciepły. Jeszcze niedawno ktoś tu był- mruknął wpatrując się w świeży popiół z ogniska.
Słysząc szmer podniósł głowę i wstał.
Czując kogoś za sobą obrócił się na pięcie wykonując zamach ostrzem.
-Wybacz, rycerzu- odezwał się cichy kobiecy głos.
-Co ty tu robisz??- Zapytał rozdrażniony, cofając rękę z bronią.
Kobieta była w męskim odzieniu, na pasie przy lewym boku miała dwie pochwy z mieczami.
-Co tu robisz?- Powtórzył pytanie przez zaciśnięte zęby.
-Oni nadal gdzieś tu są- odparła jakby go nie słysząc.
Nagły atak zdekoncentrował mężczyznę. Napastnik ranił go w ramię. Kobieta odepchnęła przeciwnika i zwarła z nim broń.
-W imię Anioła!- Zakrzyknęła i gwizdnęła, jak mężczyzna.
-Na nich, bracia!- kilkunastu szlachciców rzuciło się z bronią na uzbrojonych białych.
Corvinus z opóźnieniem zauważył, że ci ludzie to eskortowana przez nich szlachta, która wieszała na nim psy.
Kobieta przebiła mieczem przeciwnika, który obrócił się w proch.
-Nie dotykaj broni- wysoki młodzian wepchnął go w uformowany przez szlachtę krąg i kopnął miecz z dala od rycerza.
-Skąd oni się tu wzięli?- Prychnął inny szlachcic.
Jakiś czas później biali uciekli, a szlachta opuściła broń.
-Victoria, kto pozwolił ci wziąć miecz do ręki?- Zapytał nieco starszy od niego mąż.
-Wybacz, ojcze..- kobieta wsunęła miecz w pochwę.
-Kim wy jesteście, do stu diabłów?- Zapytał ostro Corvinus.
Jego wybawcy spojrzeli po sobie.
-Sam zabiłeś wczoraj jednego z nich, prawda?- Zapytał ojciec owej Victorii.
Nie wiedział, co odpowiedzieć, więc potwierdził.
-Czym go zabiłeś; jeśli mogę wiedzieć?- Pytał dalej arystokrata.
-Tym..- Corvinus wyciągnął zza koletu gałąź, nie wiedząc do czego właściwie zmierza ta dziwna rozmowa.
Wszyscy rzucili się, by się jej przyjrzeć. Niektórzy zaczęli cicho rozmawiać.
-Na Świętego Anioła...- Szepnął jego rozmówca z zaskoczeniem.
-Co w tym zaskakującego?- Rycerz nic z tego nie rozumiał.- Kim oni są? Wiecie, co się tu w ogóle dzieje??
Wszyscy patrzyli nań bardzo uważnie i jakby podejrzliwie.
-Zwykle nie pojawiali się za dnia- zauważył inny mężczyzna zamyślony.
-Czy ktoś może mi powiedzieć, kim oni...?- Jego wzrok zetknął się ze spojrzeniem Victorii, więc zamilkł.
-Musi być tu ich armia- stwierdził pogardliwie młodzian, który go osłonił.- Nie powinniśmy się rozdzielać.
-Zbiorę ludzi- Corvinus ruszył do konia.
-Chciałbym potem zamienić z tobą słowo; Rycerzu- rzucił za nim arystokrata uprzejmym tonem.
-Oczywiście. Wio!- Corvinus stuknął piętami w boki konia, który ruszył z miejsca.
**
Grupa zebrała się przy tej dziwnej budowli. Żołnierze rozbili obóz, a Corvinus poprowadził szlachcica do swego namiotu.
-Może moglibyśmy na osobności?- Zasugerował szlachcic.
-Nie mam przed moimi żołnierzami żadnych tajemnic- odparł spokojnie Corvinus.
-Nalegam- rzucił z prośbą tamten.
-Rozejrzyjcie się po okolicy, może jest tu gdzieś woda- zwrócił się niechętnie do podkomendnych James.
Zbrojni wyszli z namiotu.
-Zatem, z czym przychodzisz; pa-nie?- Zapytał ironicznie.
-Chcę wyjaśnić to zajście, którego byłeś świadkiem..
-Słucham.
-Nie może to być!- Przerwał wpół opowieści zaskoczony James Corvinus.
-Byłeś tego naocznym świadkiem, więc proszę, byś dał temu wiarę...- zauważył szlachcic ostrożnie.
-Jak mogę wierzyć w coś, czego do końca nie pojmuję?- Zapytał ostro granatowooki.
-Zatem, chciałbym poznać twoją opinię; jako rycerza; panie- odezwał się po chwili.
W tym momencie weszło dwóch podwładnych Corvinusa.
-Co tam?- Zapytał pułkownik.
-W pobliżu płynie jezioro, a w lasach jest sporo zwierzyny łownej. Zdaje się, że na tej ziemi była wcześniej jakaś wieś- oznajmił rosły brązowooki rzeczowo.
-Po czym wnioskujesz; Jonathanie?- Zapytał Corvinus.
-Wszędzie leży stara broń, natrafiliśmy także na kości w lesie na północy i...- Tanner przerwał nagle, jakby bał się powiedzieć zbyt wiele.
-I?- Podjął natychmiast dowódca.
-Znaleźliśmy coś niepokojącego w tym budynku. Chyba była to świątynia poprzednich mieszkańców- odparł z wahaniem Jonathan.
-Hmmm- mruknął Corvinus zamyślony.
-Co zamierzasz, panie?- Zapytał szlachcic.
-Nie wiemy, czy jest w pobliżu inna osada.. Poza tym ludzie są już zmęczeni ciągłą podróżą- odezwał się po długim milczeniu.- Jeśli będziemy kontynuować wędrówkę, ludzie mogą się zbuntować przeciwko wojsku.
-Jak to?- Zdziwił się szlachcic.
-Ludzie są zmęczeni, spragnieni i głodni. Wyrażają się pogardliwie nie tylko o mnie, lecz i o moich żołnierzach. Wejdź, dziecko- rzucił w stronę zaglądającego do namiotu małego chłopca. Ten podbiegł i przytulił się do zaskoczonego rycerza.
-Zostaniemy tu, panie rycerzu..?- Zapytał płaczliwie.
Corvinus wziął go i posadził sobie na kolanach.
-Raczej wątpię, by dalsza podróż miała jakiś sens- zwrócił się do szlachcica.- Zbierzcie ludzi, mam im coś do powiedzenia- rzucił do rycerzy.
-Zostaniemy...?- zapytał nieśmiało chłopiec.
-Tak, to koniec naszego marszu..- westchnął ciężko czarnowłosy rycerz.
Do namiotu weszła kobieta w ciemnej sukni.
-Panie, posiłek gotowy- powiedziała chłopka, kłaniając się lekko.
-Dziękuję- rzucił rycerz wstając. Postawił dziecko na ziemi.- Po jedzeniu chciałbym powiedzieć wszystkim kilka słów- wyciągnął rękę do dziecka, które chwyciło ją i podążyło z rycerzem, ku wyjściu z namiotu.
Podczas posiłku wszyscy obserwowali barczystego granatowookiego. Słyszał jak o nim rozmawiają i snują domysły.
Upił łyk wody, patrząc w dal. Wtedy poczuł na sobie czyiś wzrok. Zwrócił oczy w tamtym kierunku, lecz niebieskooka uciekła wzrokiem gdzie indziej.
-To twoja córka; panie?- Zapytał nagle szlachcica.
-Owszem, dlaczego pytasz o taką błachostkę?- Zdziwił się niebieskooki.
-Powinienem podziękować jej za ratunek- zauważył Corvinus.
Mężczyzna zastanawiał się, czemu od czasu ucieczki przed armią wroga, nigdy nie widział uśmiechu na twarzy pułkownika. Wydało mu się podejrzanym, że ów człowiek stara się nie okazywać uczuć. Widywał go tylko ze spokojnym lub poważnym wyrazem twarzy i postrzegał pułkownika za tajemniczego, małomównego i zamkniętego w sobie człowieka.
Zauważył też, że jego córka ukradkowo spogląda na rycerza. Zgromił ją spojrzeniem, a Victoria wróciła do jedzenia.
-Trzeba by zbudować wszystko od podstaw- mruknął zamyślony granatowooki.- Obyś nam, Boże; dopomógł- westchnął. Zauważywszy, że ludzie zamierzają się rozejść, wstał, mówiąc:
-Zaczekajcie; chcę coś wam powiedzieć- oznajmił rycerz spokojnie, rozglądając się po wpatrzonych w niego strudzonych twarzach.- Być może uznacie mnie za szaleńca, ale zastanawiałem się nad zbudowaniem tutaj miasta- powiedział.
-To znaczy, że mielibyśmy tu pozostać?- Jakiemuś chłopu wyrwało się pytanie. Pod naporem spojrzeń umilkł i wbił wzrok w ziemię.
-Jeśli taka byłaby wasza wola, owszem- potwierdził Corvinus, a wieśniak podniósł głowę i wpatrywał się w niego, jak urzeczony. Inni zaczęli szeptać zaskoczeni.
-Ale tu.. Tu jest goła ziemia; panie- chłop nagle się zmartwił.
-Coś na to poradzimy..- Uspokoił szlachcic w stroju rycerza.- Rozumiem wasze zmęczenie, więc pomyślałem, że moglibyśmy się tu osiedlić.. Jeśli się zgodzicie..- skończył trochę kulawo.
Spodziewał się, że wszyscy zaczną szeptać i wymieniać między sobą uwagi.
Szlachcic wpatrywał się w czarnowłosego z uwagą. Postanowił także bacznie obserwować Corvinusa.
-Kto miałby pracować przy budowie miasta?- Zapytał jakiś tęgi szlachcic.
-Skoro wszyscy szczęśliwie ocaleliśmy z tej rzezi, powinniśmy podzielić się obowiązkami- zauważył Corvinus opierając dłoń na drzewcu laurysa.
Wśród szlachty wybuchło oburzenie, jeden z arystokratów podszedł do rycerza i wyciągnął rękę w jego stronę. Stojący obok Corvinusa niebieskooki wyciągnął swój miecz i przystawił go do gardła napastnika.
-Milcz, psi synu- warknął lodowato i groźnie.- Powinieneś być wdzięczny temu rycerzowi za to, że w ogóle żyjesz- niebieskie oczy mężczyzny ciskały gromy, lecz dłoń dzierżąca szablę nawet nie drgnęła.- Wyrżnęliby was, jak świnie; Pa-nie- tamten zbladł i cofnął się o krok.
-Trzymasz stronę królewskiego kundla niewiadomego pochodzenia?- Zapytał pogardliwie grubas.
Corvinus był ciekaw, co odpowie niebieskooki.
-Wolę królewskiego kundla, niż bezpańskiego psa- odrzekł szlachcic trzymający miecz.
Reszta szlachty wybuchnęła gromkim śmiechem, a niższe stany przyglądały się zajściu w milczeniu.
Corvinus kolejny raz wychwycił zaciekawione spojrzenie nadobnej Victorii, lecz udawał, że tego nie dostrzega. Sam jednak przyłapywał się, że co jakiś czas na nią spoglądał.
Jedyne, co o niej wiedział to, że ma na imię Victoria, jest niezwykle piękną szlachcianką i posiada wyjątkowy talent do miecza; jednak zastanawiał się, czy jest już zamężna..
-Panie?- Rzucił niebieskooki magnat przyglądając mu się.
-Proszę o wybaczenie; zamyśliłem się na trochę- odparł półprzytomnie James. Nagle zawirowało mu w głowie i poczuł słabość w nogach.
Rycerze dobiegli i podtrzymali go w pionie.
-Pułkowniku, co z tobą..?
Potem stracił przytomność.
Obudził się następnego ranka w swoim namiocie na posłaniu. Otaczał go wianuszek rycerzy wraz z owym szlachcicem i jego córką. Strasznie zapiekło go ramię.
-Do stu...- zaczął z sykiem podnosząc się lekko.
Żołnierze dopytywali o jego stan. Dziewczyna powoli zamknęła szkatułę, którą miała obok siebie.
-To chwilowe osłabienie, powinien odpoczywać- powiedziała cicho i spokojnie.
-Nie mogę- Zaprzeczył zrywając się z posłania. Kobieta oparła mu rękę na piersi i położyła go delikatnie, lecz stanowczo. Wydawało mu się, że lekki rumieniec pokrył jej twarzyczkę, lecz Victoria w mig się opanowała i idąc dokądś powiedziała coś z szacunkiem stojąc przy ojcu. Żołnierze wyszli w milczeniu z namiotu.
-Przyślę ci Dorothy do pomocy- odrzekł jej.
-Dziękuję, Ojcze- szepnęła z wdzięcznością, a niebieskooki zniknął w wejściu do namiotu.
ππππππ
Powoli powróciłam do rzeczywistości.
-Jeśli dobrze pamiętam; Corvinus był pierwszym z rodu Raven- stwierdziłam powoli.
-Owszem- potwierdził Lucian.
-A...- zaczęłam spoglądając ukradkiem na naszego nauczyciela historii.
-Trzecie pokolenie Rodu Kruka- odparł z ironią czarnooki z blizną na twarzy, gasząc szluga.- A propos twoich newsów- zwrócił się do mnie.
-Ta. Cally wywnioskowała, że za spacerujące drzewa i zachowanie ludzi odpowiedzialne są kitsune. Poza tym na slumsach jest dziwny nowy budynek.
-Snake coś o tym wspominał- zauważył Lucian.
Naszą rozmowę przerwał dzwonek do drzwi.
Pan domu poszedł otworzyć.
-Dobry wieczór, Raven, herbu Kruk- usłyszeliśmy kobiecy głos.
-Pani Klanu Vain; Livia Vinci, dobry wieczór. Niechętnie wpuszczam wampiry do domu, ale sądzę, że powinniśmy się dogadać- rzucił gestem ręki zapraszając ją do środka.
-Również tak twierdzę. Chciałam zwrócić się do przedstawicielki Rodu, ale usłyszałam, że jest nieobecna z powodu swej pracy, dlatego postanowiłam przyjść tutaj- oznajmiła spokojnie.
Towarzyszyli jej dwaj mężczyźni w granatowych strojach i pelerynach z kapturami.
-Chcesz paktować z wampirami, Damonie?- Zapytała Black obserwując gości nieprzychylnie.
-Wręcz przeciwnie- zaprzeczyła kobieta.- Chciałabym wam przypomnieć, że Założyciele zawarli niegdyś pewne porozumienie- powiedziała uprzejmie piękność.
-O jakim porozumieniu mówisz?- Zapytał Tanner ostrożnie.
-Mówi o Rozejmie między Corvinusem, a Armią Wampirów z tysiąc trzysta trzydziestego trzeciego roku- odezwał się Lucian z namysłem.
-Lucian Mikaelis- piękna kobieta ukłoniła się lekko młodemu mężczyźnie, który skinął na powitanie.
-Rozejm mówił o koegzystencji wampirów z ludźmi, a także o nie wpuszczaniu do miasta kogoś takiego jak kitsune- oznajmił Lucian spokojnie.- Nie wiemy, kto ich tu sprowadził...
-Wybacz, że ci przerwę, ale prawdopodobnie wiemy, czyja to sprawka- odpowiedziała kobieta.
-Krzyżanowski- rzuciłam patrząc jej w oczy.
-Owszem. Jako zwierzchnik Klanu poprosiłam Stowarzyszenie Łowców o wydanie winnego, który jest obecnie przesłuchiwany przez sędziego Senatu, oczywiście w domu mojego Klanu- oznajmiła spokojnie.
-Przyznał się?- Zapytał Raven.
-Jak dotąd nie, ale wszystko jest na dobrej drodze- przyznała Livia.
-Zatem, może przeniesiemy naszą naradę do pani- zasugerował spokojnie Raven.
-Jak śmiesz, ty łowcza szmato..- zaczął ostro, gdy nagle dłoń kobiety z charakterystycznym trzaskiem zderzyła się z jego twarzą.
-Zamilcz- warknęła lodowato, rzucając mu wściekłe spojrzenie. Na jego twarzy widniała szrama po lazurytowym pierścieniu.-Skoro mamy współpracować, zgoda- zwróciła się uprzejmie do "Bergmanna".
-Jedźmy zatem, pani klanu Vain- bliznowaty mężczyzna uśmiechnął się lekko.
Znałam ten uśmiech. Callisto uśmiechała się tak samo, gdy coś szło po jej myśli.
***
Godzinę później. Wysiadając z samochodu zobaczyłam pod posiadłością na obrzeżach miasta srebrny samochód marki Honda.
-Nie mówiłaś, że Cherub tu jest- zauważył mężczyzna w stronę wampirzycy.
-Stowarzyszenie prosiło o raport z przesłuchania- odparła Livia.- Zresztą mam swoje zobowiązania wobec Łowczych.
-A przysięga wobec Senatu?- Zapytał z ironicznym uśmiechem a'la Callisto.
-Załatwiam sprawy swojego klanu, do których Senat nie ma prawa się wtrącić- odpowiedziała kobieta, ukazując w uśmiechu wydłużone kły.
-To wszystko wyjaśnia- jeden z wampirów otworzył przed nami drzwi.
Spod ziemi usłyszałam przepełniony bólem wrzask, przeplatany groźbami. Co któreś słowo było w piskliwym języku. Głos bez wątpienia należał do Rafaela.
-Nieślubny syn Rodu Kruka Damon William- rzucił na przywitanie niebieskooki.
-Najstarszy syn Cheruba; Michael Angello, Zostawmy swoje sprawy na później.
-Ten jeden raz przyznam ci rację- zacytował z ironią jednooki brunet.
-Morgenstern, herbu Jutrzenka- zaczął zaskoczony czarnooki.
-Raven, herbu Kruk. Nie podobnyś do nikogo w rodzinie- odpowiedział lekko Celownik.
-Dzięki temu niewiele osób wie, kim jestem- uśmiechnął się Raven.
-Ty pieprzony sukinsynu..- warknął męski głos. Usłyszałam biegnących ludzi, a ze schodów wynurzył się Rafael. Trzasnął bat, a węzeł owinął się wokół kostek chłopaka i powalił go na podłogę. Wysoki facet ze straszną szramą na twarzy kopnął leżącego w żebra.
-Jeszcze z tobą nie skończyłem, brudasie- warknął nienawistnie dając Rafaelowi kolejnego kopa. Jakby nic się nie stało chwycił więźnia za ciuchy i pchnął go w stronę jednego z klanowych wampirów.
-Zwiąż to ścierwo- rzucił do nieznajomego zwijając bat na nadgarstku.- Dobry wieczór- rzucił rozglądając się po nas. Dostrzegłam, że chwilę dłużej zatrzymał wzrok na moim nauczycielu historii.
-Wyszczekał coś nowego?- Zapytał Morgenstern.
-Niewiele. Powinniśmy przestać się cackać z tym małym brudasem- zauważył mężczyzna obojętnie.
-Masz jakiś pomysł; Lucas?- Zapytał Angello wolno.
-Nawet kilka- potwierdził Lucas, a wisiorek z kulą, w której, w świeżej wodzie zanurzona była gałązka werbeny odbił blask światła padającego z kryształowego żyrandola.
-Właściwa osoba na właściwym miejscu, co?-Rzucił Angello do Celownika.
-To już trzeci raz, gdy subtelnie nazywasz mnie psychopatą, przewodniczący- stwierdził Lucas z lekkim uśmiechem.
-Przecież nim jest- rzucił cicho jednooki do przewodniczącego i obaj prychnęli śmiechem.
***
Livia poprowadziła nas do dużej sali. Kiedy zajęliśmy miejsca przy stole zaczęła tymi słowy:
-Na wstępie w imieniu Senatu chciałabym przeprosić Stowarzyszenie Łowców za bezpodstawne oskarżenia Thunder'a, który...
-Został odsunięty od władzy- dokończył usypiający ton głosu. Przy oknie stał Jean Féu.
-Jak to odsunięty?- Zapytali zaskoczeni Raven i Angello.
-Nagle. Ktoś go sprzątnął- oznajmił Féu kładąc na stole pokaźnych rozmiarów teczkę z napisem "akta".
-Dziwi mnie, że nie podejrzewacie o to nas- zauważył powoli Lucas.
-Nie sądzę by łowca próbował zagryźć wampira- odparł z ironią Féu.
-Jak to zagryźć?- Wyrwało mi się pytanie.
Przez twarz wampira przemknął lekki uśmiech.
Angello przeglądał dokumentację.
-Wiecie, co mogło to zrobić?- Zapytał z namysłem.
Rycerz zaobserwował, że przeciwnik był o wiele szybszy, niż zwykły człowiek. Wydało mu się to dziwne, choć już nie raz słyszał historie o oddziale zwanym "Gwardią samego Szatana", jednak niedowierzał tym opowieściom.
Odepchnięty przez przeciwnika oparł się o pień jakiegoś drzewa, chwytając się gałęzi, która łamiąc się poraniła wierzch dłoni rycerza. Zacisnął na niej dłoń, słysząc syk z ust wroga zdziwił się, lecz nie zdołał odeprzeć kolejnego ataku. Tamten złapał Corvinusa za gardło i przycisnął go do drzewa. Rycerz broniąc się z coraz większym trudem sięgnął po miecz i zamachnął się. Mężczyźnie tuż przed oczyma mignęła biała peleryna. Wokół słyszał modlitwy ludzi, szczęk stali i odgłosy potyczki.
Dopadł następnego z białych rycerzy i zupełnie bez zastanowienia przebił go odłamaną gałęzią, którą nadal ściskał w swej lewicy. Ku jego zdumieniu z przeciwnika pozostał tylko piach.
-Co, u wszystkich diabłów...?- Zaklął zaskoczony Corvinus, bez namysłu rzucając się w wir walki.
Przy użyciu odłamanej gałęzi położył kilkunastu, jego kolejny przeciwnik gwizdnął przeciągle i...
Białe peleryny nagle zniknęły, jakby rozpłynęły się w powietrzu.
Kilkunastu rycerzy i dwóch szlachciców leżało w kałużach krwi z różnymi obrażeniami. Corvinus spojrzał na zwłoki jednego z rycerzy nabitego na konar drzewa. Konie rżały zatrwożone, kilku rycerzy rzuciło się uspokoić zwierzęta, ludzie się modlili, a on zastanawiał się, kim byli właściciele białych peleryn.
O świcie pogrzebano zmarłych w zbiorowej mogile, ksiądz odprawił mszę, a przywódca orszaku rozmyślał nad wczorajszymi wydarzeniami. W jego ocenie sytuacji, było kilka znaczących rzeczy wprost niepojętych dla niego samego, jako rycerza. Właściwie po raz pierwszy zetknął się z czymś takim. Szybkość i siła jego wczorajszego przeciwnika była wręcz nadludzka. Zastanawiając się nad tym, przez chwilę poczuł na swym gardle jego stalowy uścisk.
Otrząsnął się szybko z tego okropnego uczucia. Nie zamierzał jeszcze iść na tamten świat.
Obrócił w palcach drewno, którym zabił kilkunastu z nich. Było jasne, dość miękkie i posiadało zadziory.
-Coś cię trapi, rycerzu?- Zapytał cichy męski głos.
Corvinus wolno podniósł głowę i zwrócił wzrok na księdza.
-Myślę o tym, co stało się zeszłej nocy- odrzekł z niechęcią.
-Doszedłeś do czegoś, pułkowniku?- zapytał duchowny zwracając się doń tytułem, jaki znali tylko jego żołnierze.
-Wiem tylko tyle, że to ogromnie dziwne- odparł na odczepne.
-Szlachta twierdzi, że to kara boska za to, że z tobą poszliśmy- powiedział niepewnie starszy od niego ksiądz, lecz widząc ostre spojrzenie Corvinusa umilkł.
-A ty, Ojcze? Co na ten temat sądzisz?- Zapytał rycerz obojętnie patrząc mu w oczy.
Z obozu słyszalne były rozmowy. Żołnierze ostrzyli oręż i śpiewali coś cicho.
-Sądzę, że ten dezerter mówi prawdę- zauważył ostrożnie.
Corvinus wybuchnął drwiącym śmiechem.
-Nawet jeśli, i tak go powieszą- odezwał się po dłuższym milczeniu z powagą.- Ja tylko idę za rozkazami, więc nic nie mogę na to poradzić- oznajmił.
-Chłopi powiadają, że to ta słynna "Gwardia Szatana"- zasugerował ksiądz.
-Kto wie..? Może piekło czegoś ludziom zazdrości..- Zastanowił się na głos szlachcic w zbroi.
-Nie bluźnij, rycerzu- odparł tamten ze złością.
-Nigdy bym nie śmiał- zaprzeczył z opanowaniem rycerz.- Cokolwiek to jest, trzeba nam zachować ostrożność.
-Myślisz, że oni znów zaatakują?- Jego rozmówca przyglądał mu się z mieszanką zaciekawienia i przestrachu.
-Jestem prawie pewien- odparł granatowooki czarnowłosy, wstając z ziemi. Podszedł do swego rumaka i poklepał zwierzę po szyi. Wydając innym rozkazy wsiadł na koń i pojechał nie wiadomo dokąd.
Przemierzał konno pobliskie lasy, a jego myśli wciąż krążyły wokół wczorajszej nocy.
Nagle przed jego oczami stanęły błyszczące w ciemności oczy o barwie szkarłatu. Mocnym ruchem ściągnął cugle, a jego rumak stanął na tylnych kopytach rżąc głośno.
W oddali dostrzegł zarysy jakiejś budowli i pognał w tamtym kierunku.
Zsiadł z konia i ściskając laurys w dłoni kroczył ostrożnie, rozglądając się.
Po kilkunastu krokach przyklęknął.
-Ciepły. Jeszcze niedawno ktoś tu był- mruknął wpatrując się w świeży popiół z ogniska.
Słysząc szmer podniósł głowę i wstał.
Czując kogoś za sobą obrócił się na pięcie wykonując zamach ostrzem.
-Wybacz, rycerzu- odezwał się cichy kobiecy głos.
-Co ty tu robisz??- Zapytał rozdrażniony, cofając rękę z bronią.
Kobieta była w męskim odzieniu, na pasie przy lewym boku miała dwie pochwy z mieczami.
-Co tu robisz?- Powtórzył pytanie przez zaciśnięte zęby.
-Oni nadal gdzieś tu są- odparła jakby go nie słysząc.
Nagły atak zdekoncentrował mężczyznę. Napastnik ranił go w ramię. Kobieta odepchnęła przeciwnika i zwarła z nim broń.
-W imię Anioła!- Zakrzyknęła i gwizdnęła, jak mężczyzna.
-Na nich, bracia!- kilkunastu szlachciców rzuciło się z bronią na uzbrojonych białych.
Corvinus z opóźnieniem zauważył, że ci ludzie to eskortowana przez nich szlachta, która wieszała na nim psy.
Kobieta przebiła mieczem przeciwnika, który obrócił się w proch.
-Nie dotykaj broni- wysoki młodzian wepchnął go w uformowany przez szlachtę krąg i kopnął miecz z dala od rycerza.
-Skąd oni się tu wzięli?- Prychnął inny szlachcic.
Jakiś czas później biali uciekli, a szlachta opuściła broń.
-Victoria, kto pozwolił ci wziąć miecz do ręki?- Zapytał nieco starszy od niego mąż.
-Wybacz, ojcze..- kobieta wsunęła miecz w pochwę.
-Kim wy jesteście, do stu diabłów?- Zapytał ostro Corvinus.
Jego wybawcy spojrzeli po sobie.
-Sam zabiłeś wczoraj jednego z nich, prawda?- Zapytał ojciec owej Victorii.
Nie wiedział, co odpowiedzieć, więc potwierdził.
-Czym go zabiłeś; jeśli mogę wiedzieć?- Pytał dalej arystokrata.
-Tym..- Corvinus wyciągnął zza koletu gałąź, nie wiedząc do czego właściwie zmierza ta dziwna rozmowa.
Wszyscy rzucili się, by się jej przyjrzeć. Niektórzy zaczęli cicho rozmawiać.
-Na Świętego Anioła...- Szepnął jego rozmówca z zaskoczeniem.
-Co w tym zaskakującego?- Rycerz nic z tego nie rozumiał.- Kim oni są? Wiecie, co się tu w ogóle dzieje??
Wszyscy patrzyli nań bardzo uważnie i jakby podejrzliwie.
-Zwykle nie pojawiali się za dnia- zauważył inny mężczyzna zamyślony.
-Czy ktoś może mi powiedzieć, kim oni...?- Jego wzrok zetknął się ze spojrzeniem Victorii, więc zamilkł.
-Musi być tu ich armia- stwierdził pogardliwie młodzian, który go osłonił.- Nie powinniśmy się rozdzielać.
-Zbiorę ludzi- Corvinus ruszył do konia.
-Chciałbym potem zamienić z tobą słowo; Rycerzu- rzucił za nim arystokrata uprzejmym tonem.
-Oczywiście. Wio!- Corvinus stuknął piętami w boki konia, który ruszył z miejsca.
**
Grupa zebrała się przy tej dziwnej budowli. Żołnierze rozbili obóz, a Corvinus poprowadził szlachcica do swego namiotu.
-Może moglibyśmy na osobności?- Zasugerował szlachcic.
-Nie mam przed moimi żołnierzami żadnych tajemnic- odparł spokojnie Corvinus.
-Nalegam- rzucił z prośbą tamten.
-Rozejrzyjcie się po okolicy, może jest tu gdzieś woda- zwrócił się niechętnie do podkomendnych James.
Zbrojni wyszli z namiotu.
-Zatem, z czym przychodzisz; pa-nie?- Zapytał ironicznie.
-Chcę wyjaśnić to zajście, którego byłeś świadkiem..
-Słucham.
-Nie może to być!- Przerwał wpół opowieści zaskoczony James Corvinus.
-Byłeś tego naocznym świadkiem, więc proszę, byś dał temu wiarę...- zauważył szlachcic ostrożnie.
-Jak mogę wierzyć w coś, czego do końca nie pojmuję?- Zapytał ostro granatowooki.
-Zatem, chciałbym poznać twoją opinię; jako rycerza; panie- odezwał się po chwili.
W tym momencie weszło dwóch podwładnych Corvinusa.
-Co tam?- Zapytał pułkownik.
-W pobliżu płynie jezioro, a w lasach jest sporo zwierzyny łownej. Zdaje się, że na tej ziemi była wcześniej jakaś wieś- oznajmił rosły brązowooki rzeczowo.
-Po czym wnioskujesz; Jonathanie?- Zapytał Corvinus.
-Wszędzie leży stara broń, natrafiliśmy także na kości w lesie na północy i...- Tanner przerwał nagle, jakby bał się powiedzieć zbyt wiele.
-I?- Podjął natychmiast dowódca.
-Znaleźliśmy coś niepokojącego w tym budynku. Chyba była to świątynia poprzednich mieszkańców- odparł z wahaniem Jonathan.
-Hmmm- mruknął Corvinus zamyślony.
-Co zamierzasz, panie?- Zapytał szlachcic.
-Nie wiemy, czy jest w pobliżu inna osada.. Poza tym ludzie są już zmęczeni ciągłą podróżą- odezwał się po długim milczeniu.- Jeśli będziemy kontynuować wędrówkę, ludzie mogą się zbuntować przeciwko wojsku.
-Jak to?- Zdziwił się szlachcic.
-Ludzie są zmęczeni, spragnieni i głodni. Wyrażają się pogardliwie nie tylko o mnie, lecz i o moich żołnierzach. Wejdź, dziecko- rzucił w stronę zaglądającego do namiotu małego chłopca. Ten podbiegł i przytulił się do zaskoczonego rycerza.
-Zostaniemy tu, panie rycerzu..?- Zapytał płaczliwie.
Corvinus wziął go i posadził sobie na kolanach.
-Raczej wątpię, by dalsza podróż miała jakiś sens- zwrócił się do szlachcica.- Zbierzcie ludzi, mam im coś do powiedzenia- rzucił do rycerzy.
-Zostaniemy...?- zapytał nieśmiało chłopiec.
-Tak, to koniec naszego marszu..- westchnął ciężko czarnowłosy rycerz.
Do namiotu weszła kobieta w ciemnej sukni.
-Panie, posiłek gotowy- powiedziała chłopka, kłaniając się lekko.
-Dziękuję- rzucił rycerz wstając. Postawił dziecko na ziemi.- Po jedzeniu chciałbym powiedzieć wszystkim kilka słów- wyciągnął rękę do dziecka, które chwyciło ją i podążyło z rycerzem, ku wyjściu z namiotu.
Podczas posiłku wszyscy obserwowali barczystego granatowookiego. Słyszał jak o nim rozmawiają i snują domysły.
Upił łyk wody, patrząc w dal. Wtedy poczuł na sobie czyiś wzrok. Zwrócił oczy w tamtym kierunku, lecz niebieskooka uciekła wzrokiem gdzie indziej.
-To twoja córka; panie?- Zapytał nagle szlachcica.
-Owszem, dlaczego pytasz o taką błachostkę?- Zdziwił się niebieskooki.
-Powinienem podziękować jej za ratunek- zauważył Corvinus.
Mężczyzna zastanawiał się, czemu od czasu ucieczki przed armią wroga, nigdy nie widział uśmiechu na twarzy pułkownika. Wydało mu się podejrzanym, że ów człowiek stara się nie okazywać uczuć. Widywał go tylko ze spokojnym lub poważnym wyrazem twarzy i postrzegał pułkownika za tajemniczego, małomównego i zamkniętego w sobie człowieka.
Zauważył też, że jego córka ukradkowo spogląda na rycerza. Zgromił ją spojrzeniem, a Victoria wróciła do jedzenia.
-Trzeba by zbudować wszystko od podstaw- mruknął zamyślony granatowooki.- Obyś nam, Boże; dopomógł- westchnął. Zauważywszy, że ludzie zamierzają się rozejść, wstał, mówiąc:
-Zaczekajcie; chcę coś wam powiedzieć- oznajmił rycerz spokojnie, rozglądając się po wpatrzonych w niego strudzonych twarzach.- Być może uznacie mnie za szaleńca, ale zastanawiałem się nad zbudowaniem tutaj miasta- powiedział.
-To znaczy, że mielibyśmy tu pozostać?- Jakiemuś chłopu wyrwało się pytanie. Pod naporem spojrzeń umilkł i wbił wzrok w ziemię.
-Jeśli taka byłaby wasza wola, owszem- potwierdził Corvinus, a wieśniak podniósł głowę i wpatrywał się w niego, jak urzeczony. Inni zaczęli szeptać zaskoczeni.
-Ale tu.. Tu jest goła ziemia; panie- chłop nagle się zmartwił.
-Coś na to poradzimy..- Uspokoił szlachcic w stroju rycerza.- Rozumiem wasze zmęczenie, więc pomyślałem, że moglibyśmy się tu osiedlić.. Jeśli się zgodzicie..- skończył trochę kulawo.
Spodziewał się, że wszyscy zaczną szeptać i wymieniać między sobą uwagi.
Szlachcic wpatrywał się w czarnowłosego z uwagą. Postanowił także bacznie obserwować Corvinusa.
-Kto miałby pracować przy budowie miasta?- Zapytał jakiś tęgi szlachcic.
-Skoro wszyscy szczęśliwie ocaleliśmy z tej rzezi, powinniśmy podzielić się obowiązkami- zauważył Corvinus opierając dłoń na drzewcu laurysa.
Wśród szlachty wybuchło oburzenie, jeden z arystokratów podszedł do rycerza i wyciągnął rękę w jego stronę. Stojący obok Corvinusa niebieskooki wyciągnął swój miecz i przystawił go do gardła napastnika.
-Milcz, psi synu- warknął lodowato i groźnie.- Powinieneś być wdzięczny temu rycerzowi za to, że w ogóle żyjesz- niebieskie oczy mężczyzny ciskały gromy, lecz dłoń dzierżąca szablę nawet nie drgnęła.- Wyrżnęliby was, jak świnie; Pa-nie- tamten zbladł i cofnął się o krok.
-Trzymasz stronę królewskiego kundla niewiadomego pochodzenia?- Zapytał pogardliwie grubas.
Corvinus był ciekaw, co odpowie niebieskooki.
-Wolę królewskiego kundla, niż bezpańskiego psa- odrzekł szlachcic trzymający miecz.
Reszta szlachty wybuchnęła gromkim śmiechem, a niższe stany przyglądały się zajściu w milczeniu.
Corvinus kolejny raz wychwycił zaciekawione spojrzenie nadobnej Victorii, lecz udawał, że tego nie dostrzega. Sam jednak przyłapywał się, że co jakiś czas na nią spoglądał.
Jedyne, co o niej wiedział to, że ma na imię Victoria, jest niezwykle piękną szlachcianką i posiada wyjątkowy talent do miecza; jednak zastanawiał się, czy jest już zamężna..
-Panie?- Rzucił niebieskooki magnat przyglądając mu się.
-Proszę o wybaczenie; zamyśliłem się na trochę- odparł półprzytomnie James. Nagle zawirowało mu w głowie i poczuł słabość w nogach.
Rycerze dobiegli i podtrzymali go w pionie.
-Pułkowniku, co z tobą..?
Potem stracił przytomność.
Obudził się następnego ranka w swoim namiocie na posłaniu. Otaczał go wianuszek rycerzy wraz z owym szlachcicem i jego córką. Strasznie zapiekło go ramię.
-Do stu...- zaczął z sykiem podnosząc się lekko.
Żołnierze dopytywali o jego stan. Dziewczyna powoli zamknęła szkatułę, którą miała obok siebie.
-To chwilowe osłabienie, powinien odpoczywać- powiedziała cicho i spokojnie.
-Nie mogę- Zaprzeczył zrywając się z posłania. Kobieta oparła mu rękę na piersi i położyła go delikatnie, lecz stanowczo. Wydawało mu się, że lekki rumieniec pokrył jej twarzyczkę, lecz Victoria w mig się opanowała i idąc dokądś powiedziała coś z szacunkiem stojąc przy ojcu. Żołnierze wyszli w milczeniu z namiotu.
-Przyślę ci Dorothy do pomocy- odrzekł jej.
-Dziękuję, Ojcze- szepnęła z wdzięcznością, a niebieskooki zniknął w wejściu do namiotu.
ππππππ
Powoli powróciłam do rzeczywistości.
-Jeśli dobrze pamiętam; Corvinus był pierwszym z rodu Raven- stwierdziłam powoli.
-Owszem- potwierdził Lucian.
-A...- zaczęłam spoglądając ukradkiem na naszego nauczyciela historii.
-Trzecie pokolenie Rodu Kruka- odparł z ironią czarnooki z blizną na twarzy, gasząc szluga.- A propos twoich newsów- zwrócił się do mnie.
-Ta. Cally wywnioskowała, że za spacerujące drzewa i zachowanie ludzi odpowiedzialne są kitsune. Poza tym na slumsach jest dziwny nowy budynek.
-Snake coś o tym wspominał- zauważył Lucian.
Naszą rozmowę przerwał dzwonek do drzwi.
Pan domu poszedł otworzyć.
-Dobry wieczór, Raven, herbu Kruk- usłyszeliśmy kobiecy głos.
-Pani Klanu Vain; Livia Vinci, dobry wieczór. Niechętnie wpuszczam wampiry do domu, ale sądzę, że powinniśmy się dogadać- rzucił gestem ręki zapraszając ją do środka.
-Również tak twierdzę. Chciałam zwrócić się do przedstawicielki Rodu, ale usłyszałam, że jest nieobecna z powodu swej pracy, dlatego postanowiłam przyjść tutaj- oznajmiła spokojnie.
Towarzyszyli jej dwaj mężczyźni w granatowych strojach i pelerynach z kapturami.
-Chcesz paktować z wampirami, Damonie?- Zapytała Black obserwując gości nieprzychylnie.
-Wręcz przeciwnie- zaprzeczyła kobieta.- Chciałabym wam przypomnieć, że Założyciele zawarli niegdyś pewne porozumienie- powiedziała uprzejmie piękność.
-O jakim porozumieniu mówisz?- Zapytał Tanner ostrożnie.
-Mówi o Rozejmie między Corvinusem, a Armią Wampirów z tysiąc trzysta trzydziestego trzeciego roku- odezwał się Lucian z namysłem.
-Lucian Mikaelis- piękna kobieta ukłoniła się lekko młodemu mężczyźnie, który skinął na powitanie.
-Rozejm mówił o koegzystencji wampirów z ludźmi, a także o nie wpuszczaniu do miasta kogoś takiego jak kitsune- oznajmił Lucian spokojnie.- Nie wiemy, kto ich tu sprowadził...
-Wybacz, że ci przerwę, ale prawdopodobnie wiemy, czyja to sprawka- odpowiedziała kobieta.
-Krzyżanowski- rzuciłam patrząc jej w oczy.
-Owszem. Jako zwierzchnik Klanu poprosiłam Stowarzyszenie Łowców o wydanie winnego, który jest obecnie przesłuchiwany przez sędziego Senatu, oczywiście w domu mojego Klanu- oznajmiła spokojnie.
-Przyznał się?- Zapytał Raven.
-Jak dotąd nie, ale wszystko jest na dobrej drodze- przyznała Livia.
-Zatem, może przeniesiemy naszą naradę do pani- zasugerował spokojnie Raven.
-Jak śmiesz, ty łowcza szmato..- zaczął ostro, gdy nagle dłoń kobiety z charakterystycznym trzaskiem zderzyła się z jego twarzą.
-Zamilcz- warknęła lodowato, rzucając mu wściekłe spojrzenie. Na jego twarzy widniała szrama po lazurytowym pierścieniu.-Skoro mamy współpracować, zgoda- zwróciła się uprzejmie do "Bergmanna".
-Jedźmy zatem, pani klanu Vain- bliznowaty mężczyzna uśmiechnął się lekko.
Znałam ten uśmiech. Callisto uśmiechała się tak samo, gdy coś szło po jej myśli.
***
Godzinę później. Wysiadając z samochodu zobaczyłam pod posiadłością na obrzeżach miasta srebrny samochód marki Honda.
-Nie mówiłaś, że Cherub tu jest- zauważył mężczyzna w stronę wampirzycy.
-Stowarzyszenie prosiło o raport z przesłuchania- odparła Livia.- Zresztą mam swoje zobowiązania wobec Łowczych.
-A przysięga wobec Senatu?- Zapytał z ironicznym uśmiechem a'la Callisto.
-Załatwiam sprawy swojego klanu, do których Senat nie ma prawa się wtrącić- odpowiedziała kobieta, ukazując w uśmiechu wydłużone kły.
-To wszystko wyjaśnia- jeden z wampirów otworzył przed nami drzwi.
Spod ziemi usłyszałam przepełniony bólem wrzask, przeplatany groźbami. Co któreś słowo było w piskliwym języku. Głos bez wątpienia należał do Rafaela.
-Nieślubny syn Rodu Kruka Damon William- rzucił na przywitanie niebieskooki.
-Najstarszy syn Cheruba; Michael Angello, Zostawmy swoje sprawy na później.
-Ten jeden raz przyznam ci rację- zacytował z ironią jednooki brunet.
-Morgenstern, herbu Jutrzenka- zaczął zaskoczony czarnooki.
-Raven, herbu Kruk. Nie podobnyś do nikogo w rodzinie- odpowiedział lekko Celownik.
-Dzięki temu niewiele osób wie, kim jestem- uśmiechnął się Raven.
-Ty pieprzony sukinsynu..- warknął męski głos. Usłyszałam biegnących ludzi, a ze schodów wynurzył się Rafael. Trzasnął bat, a węzeł owinął się wokół kostek chłopaka i powalił go na podłogę. Wysoki facet ze straszną szramą na twarzy kopnął leżącego w żebra.
-Jeszcze z tobą nie skończyłem, brudasie- warknął nienawistnie dając Rafaelowi kolejnego kopa. Jakby nic się nie stało chwycił więźnia za ciuchy i pchnął go w stronę jednego z klanowych wampirów.
-Zwiąż to ścierwo- rzucił do nieznajomego zwijając bat na nadgarstku.- Dobry wieczór- rzucił rozglądając się po nas. Dostrzegłam, że chwilę dłużej zatrzymał wzrok na moim nauczycielu historii.
-Wyszczekał coś nowego?- Zapytał Morgenstern.
-Niewiele. Powinniśmy przestać się cackać z tym małym brudasem- zauważył mężczyzna obojętnie.
-Masz jakiś pomysł; Lucas?- Zapytał Angello wolno.
-Nawet kilka- potwierdził Lucas, a wisiorek z kulą, w której, w świeżej wodzie zanurzona była gałązka werbeny odbił blask światła padającego z kryształowego żyrandola.
-Właściwa osoba na właściwym miejscu, co?-Rzucił Angello do Celownika.
-To już trzeci raz, gdy subtelnie nazywasz mnie psychopatą, przewodniczący- stwierdził Lucas z lekkim uśmiechem.
-Przecież nim jest- rzucił cicho jednooki do przewodniczącego i obaj prychnęli śmiechem.
***
Livia poprowadziła nas do dużej sali. Kiedy zajęliśmy miejsca przy stole zaczęła tymi słowy:
-Na wstępie w imieniu Senatu chciałabym przeprosić Stowarzyszenie Łowców za bezpodstawne oskarżenia Thunder'a, który...
-Został odsunięty od władzy- dokończył usypiający ton głosu. Przy oknie stał Jean Féu.
-Jak to odsunięty?- Zapytali zaskoczeni Raven i Angello.
-Nagle. Ktoś go sprzątnął- oznajmił Féu kładąc na stole pokaźnych rozmiarów teczkę z napisem "akta".
-Dziwi mnie, że nie podejrzewacie o to nas- zauważył powoli Lucas.
-Nie sądzę by łowca próbował zagryźć wampira- odparł z ironią Féu.
-Jak to zagryźć?- Wyrwało mi się pytanie.
Przez twarz wampira przemknął lekki uśmiech.
Angello przeglądał dokumentację.
-Wiecie, co mogło to zrobić?- Zapytał z namysłem.