niedziela, 18 marca 2018

Hunter III Curse Rozdział XXI „Krąg”

Tori Miles; Królowa Ogólniaka.
Mały wyrzucił z wózka jedną z maskotek i wtulił się w niebieskiego psiaka.
-Chyba na serio uwielbia tego psa- zauważył Vincent, podnosząc wyrzuconego przez malucha miśka.
-W końcu prezent od chrzestnych, nie?- Spytałam lekko, całując go.- Jest taki kochany...
-Robię się zazdrosny- zauważył udając obrażonego.
-Dobra, przyznam się.. Jestem zakochana w Bubusiu- rzuciłam szczerząc się w uśmiechu.
-Zdradzasz mnie. Nie ładnie, Tori. Nie ładnie- rzucił grożąc mi palcem w żartach.
Mały patrzył na nas z zaciekawieniem.
-Oj, Misiaku ty mój...- odstawiłam kubek i przytuliłam się doń.
-No, co; Kotku?- Spytał obejmując mnie umięśnionym ramieniem.
-Nic, kocham cię- odparłam cicho.
-Wiem, ja też. Patrz Bubu też chce przytulaska- rzucił widząc, że mały wyciąga łapki w powietrze.- Co, moje Bubu?- Zaczął pieszczotliwie łaskotać malca.- Gdzie z tymi łapkami? No, chooodź.- Wyciągnął go z wózka i wziął na ręce.
Mały przytulił się do ojca, a Vincent objął mnie lekko.
-Spacerek; moje skarby- rzucił wesoło.

-W sumie, czemu tak się boicie tej Płaczki?- Zapytałam w pewnej chwili ostrożnie.
-Pamiętasz ciocię Esmeraldę?- Zapytał jakby mimochodem.
-No, pamiętam; ale co to ma do rzeczy?- Spojrzałam nań z boku zaskoczona.
-Była kiedyś na wakacjach w tym miejscu, gdzie Ona straszy. W szpitalu opowiadała, że La Llorona chciała ją utopić..
-Nie sądzisz, że to trochę naciągane?- Spytałam wolno.
-Wątpię, bo- zawahał się, nie wiedząc, czy powinien o tym mówić- bo ciocia była wtedy w ciąży... Zawsze twierdzi, że tylko dlatego żyje i...
-I?- Uniosłam brwi przyglądając mu się.
Nagle znajomy głos za nami rzucił do Vincenta po imieniu.
-O wilku mowa, a wilk tuż- mruknął chłopak odwracając się. Ku nam szła piękna kobieta o długich do połowy pleców ciemnych lokach i szmaragdowych oczach.
-Co tam, Mały?- Przyciągnęła dryblasa i wyściskała go mocno.-Tori - nie zdążyłam jej zwiać i zatonęłam w objęciach czterdziestokilkulatki.- Cio, skarbuś?- Zajrzała do wózka i uśmiechnęła się do chłopczyka, który zaczął  wiercić się w wózku.
-Przyjechałaś w odwiedziny?- Spytałam lekko.
-Taa, Enrique dostał wreszcie urlop i pomyślałam, że wpadniemy do was na kilka dni- intuicja podpowiadała mi, że chodziło o coś więcej, niż zwykłe odwiedziny.
***
Późny wieczór...
Wszyscy spali. Esmeralda, starając się robić jak najmniej hałasu wyszła z domu i ruszyła w stronę samochodu, w którym- dosłownie- chwilę wcześniej się ukryłam.
Szmaragdowooka rzuciła na siedzenie jakąś książkę i włączyła silnik. Po chwili samochód ruszył z miejsca.
Z radia płynął jeden z wolniejszych kawałków Suriel's Grave, a ja zastanawiałam się, dokąd Esmeralda zmierza.

Jechałyśmy jakieś pół godziny asfaltową drogą, gdy szmaragdowooka skręciła w stronę parku za kościołem Świętego Michała Archanioła- poznałam po polnej drodze pełnej dziur.
Skręciła w prawo i po kilkudziesięciu metrach znów w prawo
Po co jedzie w kierunku Krzyża Założycieli?- Pojawiło się w mojej głowie pytanie.
-Prawie wszyscy już są- mruknęła rozglądając się.
Wóz stanął, silnik zgasł i ciotka Vincenta wysiadła biorąc książkę. Poczekałam aż odejdzie na bezpieczną odległość i uchyliłam szybę, by słyszeć, co się wydarzy.
-Kogoś mi tu brakuje; Saraphine- stwierdziła Esmeralda idąc ku zgromadzonym.
-Jak znam Ravena przyjdzie tak, czy siak- zauważył męski głos. Rozpoznałam Marcusa Tannera.
-Damon nie rzuca słów na wiatr, więc szczerze wątpię- zaprzeczyła niska kobieta wchodząc w blask ogniska. Była to stara Black- właścicielka herbaciarni.
-Damon dobrze wie, że sam nie zapieczętuje Cieni. Pewnie, jak zwykle celowo się spóźni; żeby przytrzymać nas w niepewności- dorzucił głos starego Daniellsa.
-"Trupek" też tu jest?- Szepnęłam do siebie zaskoczona. Jednak dalej obserwowałam z ukrycia, co ci ludzie właściwie robią.

Grupa stała wokół ognia, grzejąc ręce i rozmawiając cicho.
-Mamy pół godziny, do rozpoczęcia- stwierdził głos Wayland.
Wszyscy stali w milczeniu.
-Jesteście pewni, że Raven w ogóle przyjdzie?- Spytał Daniells ostrożnie, patrząc na zegarek.
-Naprawdę jestem aż tak przewidywalny?- Zapytał stojący tuż za nim mężczyzna. Daniells odskoczył przeklinając soczyście, a Tanner parsknął śmiechem.
-Co to się stało, że jesteś przed czasem? Zawsze lubisz się spóźnić; Raven- Stwierdził
-Składasz zamówienie na poprawę kształtu swego nosa; Marcus?- Zapytał parodią uprzejmości jego rozmówca. Dołączył do stojących wokół ognia osób, trzymając w dłoni czarną książkę.
Spojrzał wprost na mnie i poczułam dziwny niepokój, że wszyscy dowiedzą się, że ich podsłuchuję. Bergmann, lub- jak kto woli- Raven powoli odwrócił wzrok odpowiadając na zaczepkę Daniellsa.
-Lepiej się pospieszmy, Saraphine. Ci cholerni policjanci włóczą się wszędzie, gdzie tylko mogą- zauważył odrobinę zaniepokojony Tanner.
-W porządku; zaczynajmy- Saraphine wrzuciła coś w płomienie- ogień strzelił w górę, a książki zgromadzonych uniosły się i zawisły w powietrzu tak, by można było z nich czytać. 
-W czasie burzy i zawiei
Zgromadzona tu szóstka Założycieli
Wzywa Siódmego Anioła, który zapieczętować zdoła
Dziewięcioro Cieni.
Sześcioro Założycieli czuwających nad Miastem
Woła Siódmego Anioła, by pomógł w walce- mówili równymi głosami- Kładziemy już Trzecią Pieczęć, chórem wołając
Ognia tchnienie 
Grzmotu brzmienie
Wiatru wycie 
Więc Cię proszę o przybycie!- Zakończyli, a ja z nosem przyklejonym do szyby samochodu i tłukącym się w piersi sercem; z niepokojem czekałam; co się stanie.

Ogień z sykiem wystrzelił w górę, a siedzące na pobliskich drzewach stado ptaków z szumem zerwało się do lotu. Kiedy przemknęły ukazał się idący drogą od strony katedry...
Młodzieniec o rozwianych falowanych włosach w kolorze węgla, z bezdennymi czarnymi tęczówkami w przystojnej rzymskiej twarzy o ostrych rysach. Ubrany był w ciemne spodnie i koszulę, oraz wysokie buty. Nosił na piersi półzbroję i posiadał dwie pary wielkich skrzydeł, których biel- mimo mroku nocy- aż kłuła w oczy. W dłoni opuszczonej do boku trzymał płonący błękitnym ogniem miecz.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Callisto?- Zacząłem zaskoczony, że turkusowooka zamilkła wpół słowa.
Powoli zwróciła głowę by na mnie spojrzeć. Jej oczy świeciły szkarłatem.
-Niebezpieczeństwo- szepnęła zmrożona.
-Jakie niebezpieczeństwo? O co chodzi, Moje Kochanie?- Zapytałem z niepokojem.
-Linie gasną...- wyszeptała i straciła przytomność.
Tori Miles, Królowa Ogólniaka. 
Na jego widok serce zaczęło mi walić, jak szalone. Oddech przyspieszył, a przez głowę szły miliardy myśli na sekundę.
Mimo to postać była mi dziwnie znajoma, jakbym już kiedyś go widziała... Nie wiedziałam jednak gdzie i w jakich okolicznościach doszło do naszego spotkania.
Serce uderzało tak mocno, że aż bolało. Zaczęło brakować mi tchu. Tajemniczy chłopak patrzył mi prosto w oczy.
-Na co tak patrzysz; Archaniele?- Zapytała zdziwiona Hiszpanka.
-Na nic- odparł spokojnie, zwracając na nią wzrok.- Jakim prawem odciągacie mnie od ważnych obowiązków?- zapytał, a przez twarz Bergmanna przemknął lekki uśmiech.
-Twoja perełka może zniknąć- odezwała się Wayland cicho.
-Pozwól, że cię poprawię; biała wiedźmo: skoro już zwołano Krąg, miastu upadek nie grozi- stwierdził "Archanioł" spokojnie.- Mam tylko jedno ważne pytanie; Saraphine Wayland: czy można mieć pewność; że twoja moc nie wymknie ci się spod kontroli?- Uśmiechnął się uprzejmie.
-O czym On mówi, Saraphine?- Zapytał Tanner powoli.
-Nie ma na to całkowitej gwarancji- odpowiedziała Wayland ignorując pytanie.
-Zatem nie ma też gwarancji, że utrzymasz Krąg- oznajmił niechętnie czarnooki.
-Mogę przekazać komuś Moc, jeśli zechcesz- zauważyła obojętnie, a pozostali; z wyjątkiem Bergmanna, cofnęli się o krok. Dostrzegłam, że stary Tanner miał minę, jakby nie chciał, by trafiło na niego.
-Tą mocą może dysponować jedynie kobieta- odezwał się z zastanowieniem Anioł.
-Nie ma mowy...- szepnęła wystraszona Esmeralda cofając się o kolejny krok.
-Nie do końca chodzi mi o ciebie; Esmeraldo- powiedział ojcowskim tonem młodzieniec.- Możesz już wyjść z samochodu; pannico- nakazał.
Zaklęłam cicho, ale nie miałam wyjścia. Powoli wysiadłam z auta i podeszłam do grupy.
-Tori Janett Miles, z męża Rodriguez- rzucił z namysłem.
Wówczas przypomniałam sobie jego imię.
-Lucian Mikaelis; prawda?- Zapytałam starając się nie pokazać po sobie, że tak naprawdę nie jestem pewna tego, co mówię.
Bergmann spojrzał na mnie, a na jego nieco oszpeconej twarzy wymalowało się zdziwienie.
Piękny, młody mężczyzna wpatrywał się we mnie spokojnie, a płomień na trzymanej przezeń broni powoli przygasał. Jego oczy znów stały się matowe, jakby były bez życia. Skrzydła drgnęły, gdy ręka z mieczem wystrzeliła do przodu.
Sztych zatrzymał się o włos od mojego gardła, gdy usłyszałam cichy, błagalny jęk Esmeraldy.
-To jakiś test; Aniele?- Zapytałam z opanowaniem, choć w środku aż skręcało mnie ze zdenerwowania.
Bergmann patrzył na mnie podejrzliwie, Tanner i Daniells zdawali się zaskoczeni, Wayland patrzyła w ziemię, Esmeralda była wystraszona, a Black wyjątkowo opanowana, jak na nerwuskę.
Milczenie nieznośnie się przeciągało.

Powoli opuścił miecz do boku, nadal patrząc mi prosto w oczy, jego czarne tęczówki błysnęły lekko.
Przyciągnął mnie do siebie i zatonęłam w jego ramionach. Osłonił mnie tymi wielkimi skrzydłami, przytulając mocno.
-Twoja ciekawość może cię kiedyś wpakować w kłopoty, Tori- ostrzegł mnie szeptem.
-Kim, tak naprawdę jesteś?- Zapytałam nieco nieufnie.
-Zamierzam chronić Ją do samego końca- szepnął cicho.
-Wszyscy chcemy ją chronić; ale ona...
Czułam, że muszę powiedzieć mu całą prawdę, nie dlatego; że był Aniołem- lecz, dlatego; że jego i Callisto łączyła nierozerwalna więź i...
Tylko On może ją chronić.
-Co chcesz mi powiedzieć?- Zapytał patrząc mi prosto w oczy.
Powoli się odsunęłam i szybko otarłam łzy.
-Bo.. Callisto chciałaby być znów człowiekiem- wyznałam cicho wbijając wzrok w ziemię.
Bergmann drgnął szybko i pogrążył się w myślach.
-Z tego, co wiem Księżycowa bezpiecznie wyjechała z miasta- zauważył wolno.
-Tak, Callisto jest w Hiszpanii z Michaelem- odparłam.
-Chyba nie mówisz, całej prawdy...- zauważył Bergmann z niepokojem.
-Bo to jeszcze nie wszystko, co mam wam do powiedzenia. Poza tym pan też nie powiedział prawdy, panie Raven- odparłam patrząc mu w twarz.
-Co masz na myśli; pani Rodriguez?- Zapytał uprzejmie.
-Już dawno odkryłam, że posługuje się pan fałszywym nazwiskiem- oznajmiłam krótko.- Poza tym trochę pana obserwowałam. W szkole traktował pan Cally inaczej, niż innych uczniów; jakby miał pan ją przed czymś chronić.
Mężczyzna pozostał niewzruszony, jego spokojny wzrok wpatrywał się w dal.
-Owszem- przytaknął ze stoickim spokojem.- Callisto, jako jedna z Ravenów jest nie tylko łowcą, ale i potomkinią głównego Założyciela.
-Bez Księżycowej miasto nie istnieje- zauważył Tanner ponuro.
-Ale.. Te kicune.. Oni powiedzieli...- zaczęłam niepewnie.
-Bzdura- przerwał ostro Tanner, zaciskając mocno palce na zielonej książce, którą trzymał.- To przez nich dzieje się to wszystko...- powiedział przez zaciśnięte zęby z wściekłą miną.

Godzinę później, dom "Bergmanna".
-Rozgośćcie się- rzucił zapalając papierosa.
Kilka minut później Lucian postawił przed nami napoje.
-Może wyjaśni mi ktoś, co jest tu w ogóle grane?- Zdenerwowałam się.
Lucian oparł mi dłoń na ramieniu, kiedy spojrzałam w te czarne tęczówki ogarnął mnie dziwny spokój.
-Miasto założono w XIV-stym stuleciu, gdy rycerze eskortowali ocalałych z innej osady mieszkańców- Zaczął opowieść Lucian.- Przewodził im James Corvinus..

Orszak konny pokonywał kolejny las. Rycerz zatrzymał białego konia i podniósł przyłbicę hełmu, a jego niespotykane granatowe tęczówki rozejrzały się po okolicy. Słońce powoli chowało się za horyzontem.
-Zmierzcha..- mruknął do siebie w zamyśleniu rycerz, patrząc w majaczący w oddali las.- Zatrzymamy się tutaj na noc- rzucił w stronę podkomendnych i wydał im kilka poleceń. Wziął ze sobą czterech i ruszyli konno wgłąb lasu, a ludzie zastanawiali się, co zamierza upolować przy pomocy miecza i laurysa. 

Corvinus ściągnął wodze i zeskoczył z konia. Przez chwilę nasłuchiwał, gdy odebrał jednemu z łuczników broń i wymierzył gdzieś między drzewa. Powoli, oddychając spokojnie; choć serce tłukło mu się w piersi zwolnił mechanizm broni. Strzała pofrunęła w stronę upatrzonego celu a ciszę rozdarł odgłos zwierzyny. 
Granatowooki mężczyzna ruszył w tamtym kierunku, a reszta za nim. 
-Wcale ładny jeleń; panie- rzucił z podziwem brązowooki rycerz. 
-Wiesz, jak mam na imię- odparł z niezadowoleniem dowódca, wyjmując z buta sztylet, już chciał wziąć się za oprawianie zwierzyny, gdy wziął rzucony przez kogoś łuk i wyciągnąwszy z leżącego obok kołczanu strzałę wymierzył w niebo, po czym strzelił. Kilka sekund później strzała wbiła się sto kroków dalej w pień dębu i złamała się z trzaskiem. Wisiał na niej bażant. 
-Nie próżnowałeś, hm?- Rzucił trzeci z mężczyzn i słysząc coś z boku rzucił w tamtą stronę toporem. Rozległ się przeciągły kwik.
-Właśnie dlatego wami dowodzę, baranie łby- rzucił z ironią Corvinus.- Chyba upolowałeś dzika, Daniells. 
-Pewnie tylko go drasnąłem- niski młodzian cofnął się i w ułamku sekund odepchnąwszy Corvinusa z zasięgu szabel dzika strzelił doń z pistoletu. 
Zwierzę padło tuż przed nim.
-Ryzykowne posunięcie- stwierdził Corvinus, podnosząc się na nogi przy pomocy dwóch rycerzy. 
-Ryzyko się opłaciło- odparł jego rozmówca trącając butem truchło dzika. 
-Wracamy- rzucił Corvinus.
**
Ludzie gapili się zadziwieni na upolowane przez królewskich żołnierzy mięso. Od kilku dni byli wykończeni podróżą i nie mieli co jeść, ani pić. 
-Nie mamy wody...- mruknął Corvinus do swoich myśli, wyrzucając niedbałym ruchem pusty bukłak zaklął cicho. 
Szlachta była coraz bardziej przeciwko niemu. Sam nie wiedział, dokąd dalej iść i modlił się, by znaleźć najbliższą wieś. Był niepewny każdego swego kroku. 
Zapadła noc, a on; mimo zmęczenia, nie potrafił zmrużyć oka. Siedząc pod jednym z drzew patrzył w noc rozmyślając.
-Coś cię niepokoi, panie?- Zapytał cichy wyraźnie kobiecy głos. 
-Powinnaś spocząć, panienko- odparł niechętnie. 
-Też powinieneś odpocząć; pewnie jeszcze długa podróż przed nami- zauważyła kobieta podchodząc. Blask pochodni oświetlił piękną i wysoką czarnowłosą o niebieskich oczach ubraną w długą błękitną suknię w wieku około lat szesnastu. 
-Nie mogę spać- odrzekł obojętnie odwracając wzrok od "kłopotliwej" towarzyszki. 
W tym momencie coś odwróciło jego uwagę, wstając sięgnął po laurys i wbił wzrok w dal.
-Ktoś idzie- szepnął. Nasłuchując poprawił w dłoni drzewiec. Nakreślił pochodnią krzyż w stronę najbliższego stanowiska rycerzy, którzy sięgnęli po broń, reszta stanowisk również przygotowała się do odparcia ataku, a ogniska natychmiast pogasły. Ludzie zaczęli się budzić i pytać. Zostali uciszeni. 
-Do koni- syknął Corvinus, gdy ktoś go zaatakował. 

Granatowooki odbił kolejną serię ciosów przeciwnika i sam przeszedł do ataku. 
Rycerz zaobserwował, że przeciwnik był o wiele szybszy, niż zwykły człowiek. Wydało mu się to dziwne, choć już nie raz słyszał historie o oddziale zwanym "Gwardią samego Szatana", jednak niedowierzał tym opowieściom. 
Odepchnięty przez przeciwnika oparł się o pień jakiegoś drzewa, chwytając się gałęzi, która łamiąc się poraniła wierzch dłoni rycerza. Zacisnął na niej dłoń, słysząc syk z ust wroga zdziwił się, lecz nie zdołał odeprzeć kolejnego ataku. Tamten złapał Corvinusa za gardło i przycisnął go do drzewa. Rycerz broniąc się z coraz większym trudem sięgnął po miecz i zamachnął się. Mężczyźnie tuż przed oczyma mignęła biała peleryna. Wokół słyszał modlitwy ludzi, szczęk stali i odgłosy potyczki. 
Dopadł następnego z białych rycerzy i zupełnie bez zastanowienia przebił go odłamaną gałęzią, którą nadal ściskał w swej lewicy. Ku jego zdumieniu z przeciwnika pozostał tylko piach.
-Co, u wszystkich diabłów...?- Zaklął zaskoczony Corvinus, bez namysłu rzucając się w wir walki. 
Przy użyciu odłamanej gałęzi położył kilkunastu, jego kolejny przeciwnik gwizdnął przeciągle i... 
Białe peleryny nagle zniknęły, jakby rozpłynęły się w powietrzu. 
Kilkunastu rycerzy i dwóch szlachciców leżało w kałużach krwi z różnymi obrażeniami. Corvinus spojrzał na zwłoki jednego z rycerzy nabitego na konar drzewa. Konie rżały zatrwożone, kilku rycerzy rzuciło się uspokoić zwierzęta, ludzie się modlili, a on zastanawiał się, kim byli właściciele białych peleryn. 

O świcie pogrzebano zmarłych w zbiorowej mogile, ksiądz odprawił mszę, a przywódca orszaku rozmyślał nad wczorajszymi wydarzeniami. W jego ocenie sytuacji, było kilka znaczących rzeczy wprost niepojętych dla niego samego, jako rycerza. Właściwie po raz pierwszy zetknął się z czymś takim. Szybkość i siła jego wczorajszego przeciwnika była wręcz nadludzka. Zastanawiając się nad tym, przez chwilę poczuł na swym gardle jego stalowy uścisk.
Otrząsnął się szybko z tego okropnego uczucia. Nie zamierzał jeszcze iść na tamten świat. 
Obrócił w palcach drewno, którym zabił kilkunastu z nich. Było jasne, dość miękkie i posiadało zadziory. 
-Coś cię trapi, rycerzu?- Zapytał cichy męski głos. 
Corvinus wolno podniósł głowę i zwrócił wzrok na księdza. 
-Myślę o tym, co stało się zeszłej nocy- odrzekł z niechęcią.
-Doszedłeś do czegoś, pułkowniku?- zapytał duchowny zwracając się doń tytułem, jaki znali tylko jego żołnierze. 
-Wiem tylko tyle, że to ogromnie dziwne- odparł na odczepne. 
-Szlachta twierdzi, że to kara boska za to, że z tobą poszliśmy- powiedział niepewnie starszy od niego ksiądz, lecz widząc ostre spojrzenie Corvinusa umilkł.
-A ty, Ojcze? Co na ten temat sądzisz?- Zapytał rycerz obojętnie patrząc mu w oczy. 
Z obozu słyszalne były rozmowy. Żołnierze ostrzyli oręż i śpiewali coś cicho. 
-Sądzę, że ten dezerter mówi prawdę- zauważył ostrożnie. 
Corvinus wybuchnął drwiącym śmiechem.
-Nawet jeśli, i tak go powieszą- odezwał się po dłuższym milczeniu z powagą.- Ja tylko idę za rozkazami, więc nic nie mogę na to poradzić- oznajmił. 
-Chłopi powiadają, że to ta słynna "Gwardia Szatana"- zasugerował ksiądz. 
-Kto wie..? Może piekło czegoś ludziom zazdrości..- Zastanowił się na głos szlachcic w zbroi. 
-Nie bluźnij, rycerzu- odparł tamten ze złością. 
-Nigdy bym nie śmiał- zaprzeczył z opanowaniem rycerz.- Cokolwiek to jest, trzeba nam zachować ostrożność.
-Myślisz, że oni znów zaatakują?- Jego rozmówca przyglądał mu się z mieszanką zaciekawienia i przestrachu. 
-Jestem prawie pewien- odparł granatowooki czarnowłosy, wstając z ziemi. Podszedł do swego rumaka i poklepał zwierzę po szyi. Wydając innym rozkazy wsiadł na koń i pojechał nie wiadomo dokąd. 

Przemierzał konno pobliskie lasy, a jego myśli wciąż krążyły wokół wczorajszej nocy. 
Nagle przed jego oczami stanęły błyszczące w ciemności oczy o barwie szkarłatu. Mocnym ruchem ściągnął cugle, a jego rumak stanął na tylnych kopytach rżąc głośno. 
W oddali dostrzegł zarysy jakiejś budowli i pognał w tamtym kierunku. 
Zsiadł z konia i ściskając laurys w dłoni kroczył ostrożnie, rozglądając się. 
Po kilkunastu krokach przyklęknął.
-Ciepły. Jeszcze niedawno ktoś tu był- mruknął wpatrując się w świeży popiół z ogniska. 
Słysząc szmer podniósł głowę i wstał. 
Czując kogoś za sobą obrócił się na pięcie wykonując zamach ostrzem. 
-Wybacz, rycerzu- odezwał się cichy kobiecy głos. 
-Co ty tu robisz??- Zapytał rozdrażniony, cofając rękę z bronią. 
Kobieta była w męskim odzieniu, na pasie przy lewym boku miała dwie pochwy z mieczami. 
-Co tu robisz?- Powtórzył pytanie przez zaciśnięte zęby. 
-Oni nadal gdzieś tu są- odparła jakby go nie słysząc. 
Nagły atak zdekoncentrował mężczyznę. Napastnik ranił go w ramię. Kobieta odepchnęła przeciwnika i zwarła z nim broń. 
-W imię Anioła!- Zakrzyknęła i gwizdnęła, jak mężczyzna. 
-Na nich, bracia!- kilkunastu szlachciców rzuciło się z bronią na uzbrojonych białych. 
Corvinus z opóźnieniem zauważył, że ci ludzie to eskortowana przez nich szlachta, która wieszała na nim psy. 
Kobieta przebiła mieczem przeciwnika, który obrócił się w proch. 
-Nie dotykaj broni- wysoki młodzian wepchnął go w uformowany przez szlachtę krąg i kopnął miecz z dala od rycerza. 
-Skąd oni się tu wzięli?- Prychnął inny szlachcic. 

Jakiś czas później biali uciekli, a szlachta opuściła broń. 
-Victoria, kto pozwolił ci wziąć miecz do ręki?- Zapytał nieco starszy od niego mąż. 
-Wybacz, ojcze..- kobieta wsunęła miecz w pochwę. 
-Kim wy jesteście, do stu diabłów?- Zapytał ostro Corvinus. 
Jego wybawcy spojrzeli po sobie. 
-Sam zabiłeś wczoraj jednego z nich, prawda?- Zapytał ojciec owej Victorii. 
Nie wiedział, co odpowiedzieć, więc potwierdził. 
-Czym go zabiłeś; jeśli mogę wiedzieć?- Pytał dalej arystokrata. 
-Tym..- Corvinus wyciągnął zza koletu gałąź, nie wiedząc do czego właściwie zmierza ta dziwna rozmowa. 
Wszyscy rzucili się, by się jej przyjrzeć. Niektórzy zaczęli cicho rozmawiać. 
-Na Świętego Anioła...- Szepnął jego rozmówca z zaskoczeniem. 
-Co w tym zaskakującego?- Rycerz nic z tego nie rozumiał.- Kim oni są? Wiecie, co się tu w ogóle dzieje??
Wszyscy patrzyli nań bardzo uważnie i jakby podejrzliwie. 
-Zwykle nie pojawiali się za dnia- zauważył inny mężczyzna zamyślony. 
-Czy ktoś może mi powiedzieć, kim oni...?- Jego wzrok zetknął się ze spojrzeniem Victorii, więc zamilkł. 
-Musi być tu ich armia- stwierdził pogardliwie młodzian, który go osłonił.- Nie powinniśmy się rozdzielać. 
-Zbiorę ludzi- Corvinus ruszył do konia. 
-Chciałbym potem zamienić z tobą słowo; Rycerzu- rzucił za nim arystokrata uprzejmym tonem. 
-Oczywiście. Wio!- Corvinus stuknął piętami w boki konia, który ruszył z miejsca.
**
Grupa zebrała się przy tej dziwnej budowli. Żołnierze rozbili obóz, a Corvinus poprowadził szlachcica do swego namiotu. 
-Może moglibyśmy na osobności?- Zasugerował szlachcic. 
-Nie mam przed moimi żołnierzami żadnych tajemnic- odparł spokojnie Corvinus.
-Nalegam- rzucił z prośbą tamten. 
-Rozejrzyjcie się po okolicy, może jest tu gdzieś woda- zwrócił się niechętnie do podkomendnych James. 
Zbrojni wyszli z namiotu. 
-Zatem, z czym przychodzisz; pa-nie?- Zapytał ironicznie. 
-Chcę wyjaśnić to zajście, którego byłeś świadkiem..
-Słucham.

-Nie może to być!- Przerwał wpół opowieści zaskoczony James Corvinus. 
-Byłeś tego naocznym świadkiem, więc proszę, byś dał temu wiarę...- zauważył szlachcic ostrożnie. 
-Jak mogę wierzyć w coś, czego do końca nie pojmuję?- Zapytał ostro granatowooki.
-Zatem, chciałbym poznać twoją opinię; jako rycerza; panie- odezwał się po chwili. 
W tym momencie weszło dwóch podwładnych Corvinusa.
-Co tam?- Zapytał pułkownik.
-W pobliżu płynie jezioro, a w lasach jest sporo zwierzyny łownej. Zdaje się, że na tej ziemi była wcześniej jakaś wieś- oznajmił rosły brązowooki rzeczowo. 
-Po czym wnioskujesz; Jonathanie?- Zapytał Corvinus. 
-Wszędzie leży stara broń, natrafiliśmy także na kości w lesie na północy i...- Tanner przerwał nagle, jakby bał się powiedzieć zbyt wiele.
-I?- Podjął natychmiast dowódca. 
-Znaleźliśmy coś niepokojącego w tym budynku. Chyba była to świątynia poprzednich mieszkańców- odparł z wahaniem Jonathan. 
-Hmmm- mruknął Corvinus zamyślony. 
-Co zamierzasz, panie?- Zapytał szlachcic. 
-Nie wiemy, czy jest w pobliżu inna osada.. Poza tym ludzie są już zmęczeni ciągłą podróżą- odezwał się po długim milczeniu.- Jeśli będziemy kontynuować wędrówkę, ludzie mogą się zbuntować przeciwko wojsku.
-Jak to?- Zdziwił się szlachcic. 
-Ludzie są zmęczeni, spragnieni i głodni. Wyrażają się pogardliwie nie tylko o mnie, lecz i o moich żołnierzach. Wejdź, dziecko- rzucił w stronę zaglądającego do namiotu małego chłopca. Ten podbiegł i przytulił się do zaskoczonego rycerza. 
-Zostaniemy tu, panie rycerzu..?- Zapytał płaczliwie. 
Corvinus wziął go i posadził sobie na kolanach. 
-Raczej wątpię, by dalsza podróż miała jakiś sens- zwrócił się do szlachcica.- Zbierzcie ludzi, mam im coś do powiedzenia- rzucił do rycerzy. 
-Zostaniemy...?- zapytał nieśmiało chłopiec. 
-Tak, to koniec naszego marszu..- westchnął ciężko czarnowłosy rycerz. 
Do namiotu weszła kobieta w ciemnej sukni.
-Panie, posiłek gotowy- powiedziała chłopka, kłaniając się lekko. 
-Dziękuję- rzucił rycerz wstając. Postawił dziecko na ziemi.- Po jedzeniu chciałbym powiedzieć wszystkim kilka słów- wyciągnął rękę do dziecka, które chwyciło ją i podążyło z rycerzem, ku wyjściu z namiotu.

Podczas posiłku wszyscy obserwowali barczystego granatowookiego. Słyszał jak o nim rozmawiają i snują domysły. 
Upił łyk wody, patrząc w dal. Wtedy poczuł na sobie czyiś wzrok. Zwrócił oczy w tamtym kierunku, lecz niebieskooka uciekła wzrokiem gdzie indziej. 
-To twoja córka; panie?- Zapytał nagle szlachcica. 
-Owszem, dlaczego pytasz o taką błachostkę?- Zdziwił się niebieskooki. 
-Powinienem podziękować jej za ratunek- zauważył Corvinus. 

Mężczyzna zastanawiał się, czemu od czasu ucieczki przed armią wroga, nigdy nie widział uśmiechu na twarzy pułkownika. Wydało mu się podejrzanym, że ów człowiek stara się nie okazywać uczuć. Widywał go tylko ze spokojnym lub poważnym wyrazem twarzy i postrzegał  pułkownika za tajemniczego, małomównego i zamkniętego w sobie człowieka. 
Zauważył też, że jego córka ukradkowo spogląda na rycerza. Zgromił ją spojrzeniem, a Victoria wróciła do jedzenia. 
-Trzeba by zbudować wszystko od podstaw- mruknął zamyślony granatowooki.- Obyś nam, Boże; dopomógł- westchnął. Zauważywszy, że ludzie zamierzają się rozejść, wstał, mówiąc:
-Zaczekajcie; chcę coś wam powiedzieć- oznajmił rycerz spokojnie, rozglądając się po wpatrzonych w niego strudzonych twarzach.- Być może uznacie mnie za szaleńca, ale zastanawiałem się nad zbudowaniem tutaj miasta- powiedział.
-To znaczy, że mielibyśmy tu pozostać?- Jakiemuś chłopu wyrwało się pytanie. Pod naporem spojrzeń umilkł i wbił wzrok w ziemię. 
-Jeśli taka byłaby wasza wola, owszem- potwierdził Corvinus, a wieśniak podniósł głowę i wpatrywał się w niego, jak urzeczony. Inni zaczęli szeptać zaskoczeni. 
-Ale tu.. Tu jest goła ziemia; panie- chłop nagle się zmartwił. 
-Coś na to poradzimy..- Uspokoił szlachcic w stroju rycerza.- Rozumiem wasze zmęczenie, więc pomyślałem, że moglibyśmy się tu osiedlić.. Jeśli się zgodzicie..- skończył trochę kulawo. 
Spodziewał się, że wszyscy zaczną szeptać i wymieniać między sobą uwagi. 
  Szlachcic wpatrywał się w czarnowłosego z uwagą. Postanowił także bacznie obserwować Corvinusa. 
-Kto miałby pracować przy budowie miasta?- Zapytał jakiś tęgi szlachcic. 
-Skoro wszyscy szczęśliwie ocaleliśmy z tej rzezi, powinniśmy podzielić się obowiązkami- zauważył Corvinus opierając dłoń na drzewcu laurysa. 
Wśród szlachty wybuchło oburzenie, jeden z arystokratów podszedł do rycerza i wyciągnął rękę w jego stronę. Stojący obok Corvinusa niebieskooki wyciągnął swój miecz i przystawił go do gardła napastnika. 
-Milcz, psi synu- warknął lodowato i groźnie.- Powinieneś być wdzięczny temu rycerzowi za to, że w ogóle żyjesz- niebieskie oczy mężczyzny ciskały gromy, lecz dłoń dzierżąca szablę nawet nie drgnęła.- Wyrżnęliby was, jak świnie; Pa-nie- tamten zbladł i cofnął się o krok.
-Trzymasz stronę królewskiego kundla niewiadomego pochodzenia?- Zapytał pogardliwie grubas. 
Corvinus był ciekaw, co odpowie niebieskooki. 
-Wolę królewskiego kundla, niż bezpańskiego psa- odrzekł szlachcic trzymający miecz. 
Reszta szlachty wybuchnęła gromkim śmiechem, a niższe stany przyglądały się zajściu w milczeniu. 
Corvinus kolejny raz wychwycił zaciekawione spojrzenie nadobnej Victorii, lecz udawał, że tego nie dostrzega. Sam jednak  przyłapywał się, że co jakiś czas na nią spoglądał. 
Jedyne, co o niej wiedział to, że ma na imię Victoria, jest niezwykle piękną szlachcianką i posiada wyjątkowy talent do miecza; jednak zastanawiał się, czy jest już zamężna..
-Panie?- Rzucił niebieskooki magnat przyglądając mu się. 
-Proszę o wybaczenie; zamyśliłem się na trochę- odparł półprzytomnie James. Nagle zawirowało mu w głowie i poczuł słabość w nogach.
Rycerze dobiegli i podtrzymali go w pionie.
-Pułkowniku, co z tobą..?
Potem stracił przytomność. 

Obudził się następnego ranka w swoim namiocie na posłaniu. Otaczał go wianuszek rycerzy wraz z owym szlachcicem i jego córką. Strasznie zapiekło go ramię. 
-Do stu...- zaczął z sykiem podnosząc się lekko. 
Żołnierze dopytywali o jego stan. Dziewczyna powoli zamknęła szkatułę, którą miała obok siebie. 
-To chwilowe osłabienie, powinien odpoczywać- powiedziała cicho i spokojnie.
-Nie mogę- Zaprzeczył zrywając się z posłania. Kobieta oparła mu rękę na piersi i położyła go delikatnie, lecz stanowczo. Wydawało mu się, że lekki rumieniec pokrył jej twarzyczkę, lecz Victoria w mig się opanowała i idąc dokądś powiedziała coś z szacunkiem stojąc przy ojcu. Żołnierze wyszli w milczeniu z namiotu. 
-Przyślę ci Dorothy do pomocy- odrzekł jej. 
-Dziękuję, Ojcze- szepnęła z wdzięcznością, a niebieskooki zniknął w wejściu do namiotu. 
ππππππ
Powoli powróciłam do rzeczywistości.
-Jeśli dobrze pamiętam; Corvinus był pierwszym z rodu Raven- stwierdziłam powoli.
-Owszem- potwierdził Lucian.
-A...- zaczęłam spoglądając ukradkiem na naszego nauczyciela historii.
-Trzecie pokolenie Rodu Kruka- odparł z ironią czarnooki z blizną na twarzy, gasząc szluga.- A propos twoich newsów- zwrócił się do mnie.
-Ta. Cally wywnioskowała, że za spacerujące drzewa i zachowanie ludzi odpowiedzialne są kitsune. Poza tym na slumsach jest dziwny nowy budynek.
-Snake coś o tym wspominał- zauważył Lucian.
Naszą rozmowę przerwał dzwonek do drzwi.
Pan domu poszedł otworzyć.
-Dobry wieczór, Raven, herbu Kruk- usłyszeliśmy kobiecy głos.
-Pani Klanu Vain; Livia Vinci, dobry wieczór. Niechętnie wpuszczam wampiry do domu, ale sądzę, że powinniśmy się dogadać- rzucił gestem ręki zapraszając ją do środka.
-Również tak twierdzę. Chciałam zwrócić się do przedstawicielki Rodu, ale usłyszałam, że jest nieobecna z powodu swej pracy, dlatego postanowiłam przyjść tutaj- oznajmiła spokojnie.
Towarzyszyli jej dwaj mężczyźni w granatowych strojach i pelerynach z kapturami.
-Chcesz paktować z wampirami, Damonie?- Zapytała Black obserwując gości nieprzychylnie.
-Wręcz przeciwnie- zaprzeczyła kobieta.- Chciałabym wam przypomnieć, że Założyciele zawarli niegdyś pewne porozumienie- powiedziała uprzejmie piękność.
-O jakim porozumieniu mówisz?- Zapytał Tanner ostrożnie.
-Mówi o Rozejmie między Corvinusem, a Armią Wampirów z tysiąc trzysta trzydziestego trzeciego roku- odezwał się Lucian z namysłem.
-Lucian Mikaelis- piękna kobieta ukłoniła się lekko młodemu mężczyźnie, który skinął na powitanie.
-Rozejm mówił o koegzystencji wampirów z ludźmi, a także o nie wpuszczaniu do miasta kogoś takiego jak kitsune- oznajmił Lucian spokojnie.- Nie wiemy, kto ich tu sprowadził...
-Wybacz, że ci przerwę, ale prawdopodobnie wiemy, czyja to sprawka- odpowiedziała kobieta.
-Krzyżanowski- rzuciłam patrząc jej w oczy.
-Owszem. Jako zwierzchnik Klanu poprosiłam Stowarzyszenie Łowców o wydanie winnego, który jest obecnie przesłuchiwany przez sędziego Senatu, oczywiście w domu mojego Klanu- oznajmiła spokojnie.
-Przyznał się?- Zapytał Raven.
-Jak dotąd nie, ale wszystko jest na dobrej drodze- przyznała Livia.
-Zatem, może przeniesiemy naszą naradę do pani- zasugerował spokojnie Raven.
-Jak śmiesz, ty łowcza szmato..- zaczął ostro, gdy nagle dłoń kobiety z charakterystycznym trzaskiem zderzyła się z jego twarzą.
-Zamilcz- warknęła lodowato, rzucając mu wściekłe spojrzenie. Na jego twarzy widniała szrama po lazurytowym pierścieniu.-Skoro mamy współpracować, zgoda- zwróciła się uprzejmie do "Bergmanna".
-Jedźmy zatem, pani klanu Vain- bliznowaty mężczyzna uśmiechnął się lekko.
Znałam ten uśmiech. Callisto uśmiechała się tak samo, gdy coś szło po jej myśli.
***
Godzinę później. Wysiadając z samochodu zobaczyłam pod posiadłością na obrzeżach miasta srebrny samochód marki Honda.
-Nie mówiłaś, że Cherub tu jest- zauważył mężczyzna w stronę wampirzycy.
-Stowarzyszenie prosiło o raport z przesłuchania- odparła Livia.- Zresztą mam swoje zobowiązania wobec Łowczych.
-A przysięga wobec Senatu?- Zapytał z ironicznym uśmiechem a'la Callisto.
-Załatwiam sprawy swojego klanu, do których Senat nie ma prawa się wtrącić- odpowiedziała kobieta, ukazując w uśmiechu wydłużone kły.
-To wszystko wyjaśnia- jeden z wampirów otworzył przed nami drzwi.
Spod ziemi usłyszałam przepełniony bólem wrzask, przeplatany groźbami. Co któreś słowo było w piskliwym języku. Głos bez wątpienia należał do Rafaela.
-Nieślubny syn Rodu Kruka Damon William- rzucił na przywitanie niebieskooki.
-Najstarszy syn Cheruba; Michael Angello,  Zostawmy swoje sprawy na później.
-Ten jeden raz przyznam ci rację- zacytował z ironią jednooki brunet.
-Morgenstern, herbu Jutrzenka- zaczął zaskoczony czarnooki.
-Raven, herbu Kruk. Nie podobnyś do nikogo w rodzinie- odpowiedział lekko Celownik.
-Dzięki temu niewiele osób wie, kim jestem- uśmiechnął się Raven.
-Ty pieprzony sukinsynu..- warknął męski głos. Usłyszałam biegnących ludzi, a ze schodów wynurzył się Rafael. Trzasnął bat, a węzeł owinął się wokół kostek chłopaka i powalił go na podłogę. Wysoki facet ze straszną szramą na twarzy kopnął leżącego w żebra.
-Jeszcze z tobą nie skończyłem, brudasie- warknął nienawistnie dając Rafaelowi kolejnego kopa. Jakby nic się nie stało chwycił więźnia za ciuchy i pchnął go w stronę jednego z klanowych wampirów.
-Zwiąż to ścierwo- rzucił do nieznajomego zwijając bat na nadgarstku.- Dobry wieczór- rzucił rozglądając się po nas. Dostrzegłam, że chwilę dłużej zatrzymał wzrok na moim nauczycielu historii.
-Wyszczekał coś nowego?- Zapytał Morgenstern.
-Niewiele. Powinniśmy przestać się cackać z tym małym brudasem- zauważył mężczyzna obojętnie.
-Masz jakiś pomysł; Lucas?- Zapytał Angello wolno.
-Nawet kilka- potwierdził Lucas, a wisiorek z kulą, w której, w świeżej wodzie zanurzona była gałązka werbeny odbił blask światła padającego z kryształowego żyrandola.
-Właściwa osoba na właściwym miejscu, co?-Rzucił Angello do Celownika.
-To już trzeci raz, gdy subtelnie nazywasz mnie psychopatą, przewodniczący- stwierdził Lucas z lekkim uśmiechem.
-Przecież nim jest- rzucił cicho jednooki do przewodniczącego i obaj prychnęli śmiechem.
***
Livia poprowadziła nas do dużej sali. Kiedy zajęliśmy miejsca przy stole zaczęła tymi słowy:
-Na wstępie w imieniu Senatu chciałabym przeprosić Stowarzyszenie Łowców za bezpodstawne oskarżenia Thunder'a, który...
-Został odsunięty od władzy- dokończył usypiający ton głosu. Przy oknie stał Jean Féu.
-Jak to odsunięty?- Zapytali zaskoczeni Raven i Angello.
-Nagle. Ktoś go sprzątnął- oznajmił Féu kładąc na stole pokaźnych rozmiarów teczkę z napisem "akta".
-Dziwi mnie, że nie podejrzewacie o to nas- zauważył powoli Lucas.
-Nie sądzę by łowca próbował zagryźć wampira- odparł z ironią Féu.
-Jak to zagryźć?- Wyrwało mi się pytanie.
Przez twarz wampira przemknął lekki uśmiech.
Angello przeglądał dokumentację.
-Wiecie, co mogło to zrobić?- Zapytał z namysłem. 



Hunter III Curse Rozdział XXI: „Krąg”

W końcu odważyłam się odezwać.
-Kiedy jechaliśmy do pani; koło kościoła Świętej Trójcy jakiś chłopak z pałą bez powodu zaatakował karawan pogrzebowy.
-Czemu wracasz do ataku na Undertaker'a?- Zdziwił się Vincent.
-Bo.. Zauważyłam w oczach tego chłopaka taki... Czerwony błysk i... Na pewno nie był to wampir, więc...- urwałam nie wiedząc, co mówić dalej.
Czarna kotka wskoczyła mi na kolana, a dzwoneczek na jej obróżce zadzwonił lekko.
-Czerwony błysk, mówisz...- zastanowiła się na głos kobieta. Wstała upijając łyk herbaty i przeszła w stronę małej biblioteczki. Przesuwając palcami po grzbietach książek szukała jakiegoś tomu. Wyciągnęła z połowy drugiego rzędu burgundową książkę. Z samej góry wzięła ciemną szkatułę zamkniętą na starą kłódkę i zupełnie nie pasujący do zamka stary klucz; po czym wróciła do nas.
-Już rozumiem, czemu wrócił- zauważyła cicho.
-Kto wrócił?- Nic z tego nie zrozumieliśmy.
Wayland nie udzieliła odpowiedzi. Otworzyła tom i zaczęła te swoje czary...

Omal nie wyplułam herbaty na widok naszego nauczyciela historii; pana Bergmanna, który pojawił się w kręgu, na który patrzyłam.
-Prowadziłem właśnie lekcję; Saraphine- zauważył chłodno.
-Powinieneś się, łaskawie, wytłumaczyć; Damonie- odparła z naciskiem.
-Nie mam z czego ci się tłumaczyć- oznajmił spokojnie.- Wiesz sama, że to Miasto ma swoje zasady i..- wtedy zauważył nas i zamilkł.
-Wiem o tym, w końcu nasi przodkowie założyli Miasto, a ty; jak zawsze; migasz się od odpowiedzi- powiedziała z przekąsem.
-Dziwisz się?- Zapytał kpiąco nauczyciel.- Krąg nie wierzył, w trzydziestym trzecim, że ktoś zdoła zdjąć Pieczęć Cieni, więc nie powinnaś być zdziwiona, że od tego czasu działam sam- stwierdził niechętnie.- Odeślij mnie z łaski swojej; nie chciałbym mieć innych problemów. Już swoich mam aż nadto- burknął.
-Dobra, dobra; już się nie wykręcaj- prychnęła z jawną złośliwością.- Sam nie dasz rady i oboje dobrze o tym wiemy.
-Rób sobie, co chcesz. Bądź pewna, że się nie zjawię- ustąpił czarnooki patrząc jej w oczy spokojnie.- Wyślesz mnie spowrotem, czy sam mam to zrobić?- Spytał niechętnie.
-Jaki stary, taki zrzędliwy..- i wymruczała zaklęcie.
Błysnęło i postać Bergmanna rozmyła się.
-Co to miało być?- Zdziwiłam się.
-Co on ma z tym wspólnego?- Zawtórował mi Paul.
Jednak to Vincent zadał najważniejsze pytanie:
-Czy miasto jest w jakimś niebezpieczeństwie??
Wayland westchnęła ciężko.
-Skoro wszyscy jesteśmy po tej samej stronie..- zaczęła.
-Co chce pani przez to powiedzieć?- Zapytałam bardzo ostrożnie.
-Chcecie chronić Fallen?- Zapytała odwzajemniając moje spojrzenie.
-No, ba.!- Odparłam
-Obowiązkowo- zawtórował Paul.
-To chyba oczywiste- zasugerował mój Misiak.
-No, to jesteśmy po tej samej stronie- zauważyła z ulgą.- Opowiedzcie wszystko po kolei, trzeba pomyśleć nad planem- oznajmiła spokojnie.
***
Po ukończeniu przez nas opowieści, Wayland opierając się w fotelu przymknęła oczy. Zapadła cisza, a ja rozmyślałam, co możemy zrobić.
-Równowaga została zachwiana- odezwała się Wayland nadal z zamkniętymi oczami.- Jeśli zniknie "Księżycowa"; Miasto przestanie istnieć..- Powoli uniosła powieki.
Bałam się, jak cholera; ale musiałam się upewnić.
-Kim jest ta "Księżycowa"?- Zapytałam drżacym głosem.
-Córką najstarszego syna, czwartego pokolenia Rodu Kruka- utwierdziła mnie tylko w przekonaniu, że musimy chronić Callisto.
-Cholerne kitsune- burknął Paul z irytacją.
-Teraz to już totalnie przegięli- warknął Vincent.
Przegięli.. Jeszcze zobaczą, jak to jest zadrzeć ze mną- pomyślałam ze złością.
-W sumie od zawsze wydawało mi się, że wie pani więcej, niż wszyscy- zauważyłam swobodnym tonem, a Paul i Vincent pytali mnie wzrokiem, co kombinuję.
-W sensie..?- Zapytała starsza pani.
-Wiedziała pani, że Callisto jest wampirem, albo; że mamy synka i..
-Masz na myśli, skąd mam takie informacje- uśmiechnęła się Wayland.
Kiwnęłam głową.
-Cóż.. Wszyscy czują w waszej przyjaciółce tę mroczną aurę przypisaną wampirom. Jako czarownica jestem na to bardziej wyczulona- wyjaśniła spokojnie.- Zresztą Callisto, na swój sposób, różni się od innych wampirów.
-Niby czym?- Zapytał zdziwiony Paul.
-Nie mów, że jako wilk tego nie załapałeś- zauważyła wolno Wayland.
-Eee, no... Okej, wampiry cuchną; ale jakoś z Cally mam dobre układy. Zero chęci rozerwania jej na strzępy- zauważył Tanner powoli.- Zresztą Callisto też stwierdziła, że śmierdzę Zmokłym Psem- uśmiechnął się lekko.- Za to inne wampiry chętnie bym rozwalił- wzruszył ramionami.- W sumie mnie się zdaje, że Cally to taki, hmm.. Jasny wampir- powiedział z namysłem.
-To adekwatne określenie- przytaknęła Wayland.
•••
-Jedno jest pewne- stwierdził Paul kwadrans później, gdy jechaliśmy do nas.- Musimy dopilnować, żeby Raven nie zrobiła czegoś głupiego po powrocie- zauważył.
-Co chcesz przez to powiedzieć?- Zapytałam trochę za ostro.
-Mam na myśli to, żeby nie próbowała nic na własną rękę- odparł spokojnie.- Poza tym...
-Co: poza tym?- Zapytałam.
-Wiedzieliście, że Cally, no... Chciałaby być znów człowiekiem?- Odpowiedział pytaniem.
Zamilkłam. Wiele razy się zdarzało, że Callisto wspominała o tym marzeniu; zwłaszcza; kiedy nasza ekipa ponownie się połączyła i dołączył do nas "piąty element"; czyli Michael. Wiedziałam, że Cally zarówno boi się, jak i nienawidzi tej ciemnej części siebie i zrobiłaby wszystko, gdyby istniała choć nikła szansa, że można.
Vincent nie odzywał się. Patrzył przez szybę Mazdy na miejski krajobraz, rozmyślając.
-Zawsze myślałem, że już się z tym wszystkim pogodziła- powiedział cicho.- Musimy się dowiedzieć, o co chodzi z tym domem na slumsach. To jest priorytetowa kwestia.
-Z tego co wynika z notatek Cally to jakaś Siódma Brama, czy coś w tym rodzaju..
-Czemu nie powiedziałeś tego od razu??- Misiak z deka się wnerwił.
-Nie wiedziałem, że to takie ważne- odparł Paul obronnym tonem.
-Masz ten zeszyt przy sobie?- Zapytał ciemnooki.
-W schowku. Taki gruby, czarny notesik- odparł Paul.- Są tam też notatki na temat "Syndromu Anioła".
Vincent przeszukał schowek i od razu znalazł przedmiot, a Paul wjechał przez bramę do białej posiadłości rodziny Rodriguez.
Vincent, jakby coś go tknęło spojrzał na podwórze.
Stał tam czerwony Seat.
-Tylko nie ona.. Nie znowu..- Jęknął i przeklinając soczyście wysiadł z auta wsuwając notes w kieszeń spodni.
-Vincent, czekaj!- Pobiegliśmy za nim w stronę domu.
Vincent Rodriguez, kapitan szkolnej drużyny koszykówki; licealista drugiego roku.
-Co ona tu znowu robi?- Zapytałem od progu ze złością.
-Spokojnie, synu- ojciec, jak zawsze próbował mnie poskromić.
-Jestem spokojny; tylko pytam, czego ta kobieta znów chce?- Zapytałem rozdrażniony.
-Vincent, synku..
-Nie jestem twoim synkiem, do cholery- przerwałem jej ostro.- Czego chcesz?
-Porozmawiać..
-Nie ma takiej opcji- odwarknąłem niemal.- Będę to powtarzał tak długo, aż w końcu to do ciebie dotrze. Dla mnie już dawno NIE ISTNIEJESZ. Jeśli dotarło, wynoś się stąd- odparłem idąc ku schodom.
-Vincent, proszę.. Ja... Umieram..- powiedziała cicho.
-Wymyśl lepszą bajeczkę- stwierdziłem chłodno.
Tori Miles; Królowa Ogólniaka.
Powoli miałam już tego wszystkiego dość.
Przyjeżdżała. Bruździła im w życiu. Obaj tyle przez nią wycierpieli, a ona ma czelność jeszcze o coś prosić?! Po prostu się we mnie zagotowało z wściekłości.
-Jesteś po prostu bezczelna. Przychodzić tu i prosić o cokolwiek po tym, co mu zrobiłaś?- Wiedziałam, że dobrze zna francuski.- Brak mi słów... Jesteś zwykłym dnem, bo stale go krzywdzisz. Krzywdzisz ich obu, wiesz?- Otworzyła usta, ale nie pozwoliłam jej dojść do słowa.- Na twój widok nie czuję nic, oprócz litości. Vincent ma rację: nawet na litość nie zasługujesz..- zakończyłam patrząc jej zimno w oczy.
Otworzyła usta, ale po chwili je zamknęła.
Powiedziała coś do byłego męża i bez słowa wyszła z domu.
Octavio wybiegł za nią. Vincent powoli usiadł na schodach. Trząsł się z twarzą ukrytą w dłoniach.
W końcu wstał i mijając nas wyszedł za ojcem.
Vincent Rodriguez, kapitan szkolnej drużyny koszykówki, licealista drugiego roku. 
Ona naprawdę umiera... 
Na pierwszy rzut oka widać, że bardzo się zmieniła- że napradę jest chora i nie kłamie.
Usłyszałem ich wzburzoną rozmowę.
-Posłuchaj mnie wreszcie... Octavio!- Zachwiała się i oparła o samochód.- Ta dziewczyna ma rację.. Niepotrzebnie tu przyjechałam, on nigdy mi nie wybaczy.. Nie zasłużyłam na to po tych dwunastu latach... Żegnaj..- wsiadła do auta. Zapaliła silnik i już chciała odjechać..
To był ostatni moment, ale coś trzymało mnie w miejscu..
Coś nie pozwalało mi iść w stronę tego pieprzonego samochodu i spróbować ją zatrzymać...
Ojciec zrobił to za mnie, w ostatniej chwili stając tuż przed maską Seata.
Opuściła się szyba.
-Zejdź mi z drogi; Octavio..- powiedziała płaczliwym tonem.
Nagle ten dziwny stan minął i wreszcie mogłem się ruszyć. Podszedłem i otworzyłem drzwi kierowcy.
-Zgaś silnik- nie wiem, dlaczego powiedziałem to tak łagodnie. Patrzyła na mnie błędnym wzrokiem, blada; jak prześcieradło; jakby nie rozumiała, co się dzieje. Sięgnęła drżącą ręką do stacyjki i zrobiła, o co prosiłem. Oparła czoło na kole kierownicy i nie patrząc na mnie roześmiała się bez cienia wesołości.
-Powinieneś jej posłuchać, bo ma rację- powiedziała smutno, nadal na mnie nie patrząc.- Przez te lata.. Nigdy nie potrafiłam powiedzieć zwykłego, cholernego "przepraszam". Nie umiałam powiedzieć własnemu dziecku, że je kocham, że żałuję.. Zniszczyłam to..- wyznała z płaczem.
-Nie można tego jakoś wyleczyć?- Zapytałem ostrożnie.
-Już na to za późno- wzruszyła obojętnie ramionami.- Zostały mi najwyżej trzy miesiące, dlatego tu przyjechałam.. Nie powinnam.
-Powinnaś- odparłem zaskakująco spokojnie.
Powoli podniosła głowę i spojrzała na mnie z zapłakaną twarzą.
-Chciałbyś mnie słuchać? Wątpię- odparła cicho.- Zresztą, czego miałam się spodziewać? Że z uśmiechem rzucisz mi się w ramiona? Jestem żałosna.. Co ze mnie za matka..
-Lepiej późno niż wcale; Victoria- odezwał się cicho mój ojciec.
-To nie zmienia faktu, że byłam podłą..- Szepnęła słabo.- Beznadziejną matką i żoną...
Tori Miles; Królowa Ogólniaka.
Obserwowałam ukradkiem ich rozmowę.
Mimo, że jej nie znałam nadal żywiłam ogromną niechęć do tej kobiety. Zniszczyła Vincentowi życie. Zostawiła go, kiedy miał sześć lat- co z niej za matka?.
Ja nigdy nie zostawiłabym mojego Bubu, choć nieraz daje mi popalić.
Mama zeszła na dół z malutkim na rękach. Chłopczyk wyciągnął rączki gapiąc się na mnie tymi dużymi oczkami, wtedy zauważył Paula i zaczął się chichrać po swojemu, machając rączkami.
-Chyba chce do wujka- zauważyła moja matka lekko.
-Ale.. Ja nie umiem obchodzić się z takimi maluchami..- zaprotestował nieco przestraszony.
-Pokażę ci- uśmiechnęła się moja matka, podając mu malca.
-Kurczę..- Paul bardzo ostrożnie trzymał małego.- No, co? Co się tak gapisz na wujcia, słodziaku?- Rzucił do dziecka.
Mały był bardzo zaciekawiony. W pewnej chwili zobaczył kolczyk w jego uchu i wyciągał łapki.
-Tego nie wolno- powiedział łagodnie Paul. Nadal ostrożnie przekazał mi malucha.- Idź do mamy, zobacz; jaka jest smutna bez swojego Bubu.
-No chodź tu; Bubu... Łooo, aleś ty ciężki..- Zaczęłam zabawiać małego, gdy matka zapytała:
-Kim jest ta kobieta?
-Och, to.. Nikt ważny..- powiedziałam odruchowo.
-To matka Vincenta; prawda..?
Kiwnęłam głową niechętnie.
-Oby wszystko się między nimi jakoś ułożyło- westchnęła.
|***|
Siedzieliśmy w naszej sypialni. Przy kawie i ciastkach w czekoladzie próbowaliśmy ułożyć sensowny plan.
Mama zajmowała się małym, żebyśmy mogli w spokoju porozmawiać, gdy z dołu usłyszeliśmy rozmowę.
-Co się tam dzieje?- Zapytał zaskoczony Vincent. Wyjrzał za drzwi i przysłuchiwał się przez chwilę.

Zbiegliśmy na dół. W salonie siedział roztrzęsiony chłopak. Malcolm Star.
-Uspokój się i powiedz wszystko od początku- oznajmił mój teść kojącym tonem.
-To... To straszne...- Malcolm wpatrywał się w stojący na stoliku kubek herbaty.- Merri.. Ona ześwirowała. Robi i mówi okropnie dziwne rzeczy...
-To znaczy jakie rzeczy?- Zapytał ostrożnie Paul, a nasi rodzice spojrzeli nań zdziwieni. Ojciec Vincenta wyszedł na ganek.
Malcolm powoli podniósł głowę i wpatrzony w Tannera szepnął:
-Ona robi sobie krzywdę.. Gdy tylko znajdzie coś ostrego.. Powiedziała, że jestem fałszywy i wolę "tę dziwkę"; ale ja... Ja kompletnie nie wiem, o kogo jej chodzi..- zaczął przerażony.
Vincent stojąc prosto wpatrywał się w notes w swoich palcach.
-To musi mieć jakiś związek z nimi- zauważył czytając.
-Kim są Oni?- Zapytała ostrożnie babcia Margaret.
-Myślisz o tym samym, co ja?- Zapytał powoli Paul.
W tej samej chwili sprzed domu usłyszeliśmy przerażony krzyk pana Octavio. Wszyscy wypadliśmy na dwór.

Hiszpan cofał się od świecących w ciemności oczu postaci stojącej między drzewami wiśni.
Biały wilk z szarym pędzlem na puszystym ogonie wyskoczył i pobiegł w tamtą stronę warcząc wrogo.
Tamto coś zaatakowało Paula. Vincent z całych sił starał się uspokoić ojca.
-Lis??!- Malcolm zauważył brak Paula.-  Gdzie...?
Wilk i lis walczyły zawzięcie. Ten ostatni wygrywał starcie. Olbrzymi wilk zawył głośno, a po kilku sekundach zaszumiała trawa i zjawiło się kilka nieco większych wilków. Czarny z białą łatą na ślepiu wkroczył w plamę światła padającego z dużych okien i szczeknął krótko, a biały cofnął się chwiejnie.
Malcolm i pan Octavio gapili się na to zajście zaszokowani, moja matka i babcia wręcz osłupiały.
Czarny wilk wlepiał ślepia w tajemnicze zwierzę, które nagle rzuciło się nań.
Wilk warknął i odrywając przeciwnika od swojego futra cisnął nim w mur i zaatakował.
***
Oba zwierzęta nagle się zmieniły. Wilkiem okazał się niski brązowowłosy, a pod postacią lisa krył się...
Fioletowooki dziesięciolatek o czarnych włosach z ognistymi końcówkami. Obaj długo piorunowali się wzrokiem.
-Tak, jak myślałem. To zadupie nie podda się tak łatwo- zauważył dzieciak z lekkim chichotem, na którego dźwięk poczułam lodowaty chłód.
-Czyli to wy za tym wszystkim stoicie; Lisie Śmiecie- rzucił pogardliwie Damon Miller.
-Uważaj, co szczekasz; przerośnięty psie- zasyczał chłopiec nie spuszczając wzroku z Damona.
-Stara śpiewka, hmm? Nie wiem, co kombinujesz; ale właśnie kończymy jedną z twoich gierek; Zetsubō- stwierdził Damon spokojnie.
-Blefujesz- odparł wyzywająco fioletowooki. Zetsubō.- Nic nam nie zrobisz, pffff!- Rzucił śmiejąc się złośliwie.
-Złamaliśmy twoją kekkai- odparł Damon z chłodnym uśmiechem.
-Uso! Ta bariera jest nie do przebicia- odwarknął dzieciak.
-Serio?- Zakpił Damon, a inne wilki zaczęły poszczekiwać, piaskowy zaliczył glebę i tarzał się w piachu poszczekując wesoło.- Chyba nie wiesz, z kim tańczysz, kitsune-kun.- Damon w mgnieniu oka odskoczył, a szary basior rzucił się na lisa, ale ten ratował się ucieczką. Pozostali zaczęli go ścigać, lecz Paul i Damon zostali.
-W porządku?- Spytał Damon wilka.
Kiedy mrugnęłam na miejscu zwierzęcia stał Paul.
-Nic mi nie jest- odparł chłopak.
Malcolm blady, jak truposz gapił się na obu.
-Co.. Co to ma znaczyć?- Zapytał drżącym głosem Octavio Rodriguez.
Paul szturchnął przyjaźnie Damona, który rzucił mu niepewne spojrzenie.
-Miejmy nadzieję- odparł Paul na nieme pytanie, gdy szli ku nam.

-Może pan usiądzie- Zasugerowała mama.
-Dziękuję- odmówił uprzejmie Damon.
-Jest pan ranny- zauważyłam krwawiące ślady po lisich zębiskach. Sięgnęłam po apteczkę i usadziłam go siłą na kanapie.
-To nic takiego- odparł spokojnie.
Nie słuchając go oczyściłam  zranienie, które po chwili zniknęło, nie zostawiając po sobie nawet blizny.
-Może nam pan wyjaśnić, o co tu chodzi?- Zapytał powoli Octavio.
Damon westchnął ciężko.
-Raczej powinienem- poprawił uprzejmie.- Jak pewnie wiecie, od jakiegoś czasu w mieście mają miejsce niepokojące wydarzenia- oznajmił z namysłem.
-Wszyscy o tym wiedzą..- przerwał Octavio.
-Spokojnie, ojcze- Vincent spojrzał na ojca.
-Jak mam być spokojny, skoro widzę coś tak...- zaczął jego ojciec poirytowany.
-Zaskakującego? Niewytłumaczalnego?- Damon wbrew sobie uśmiechnął się ledwo zauważalnie. Mój teść i Malcolm wbili w niego dziwne spojrzenie.

-To, kim jestem nie zdarza się wielu osobom- kontynuował opowieść Damon.- Powiedziałbym raczej, że jest cechą rodzinną. Ludzie dotknięci likantropią to osobna społeczność- wyjaśnił- trzymamy się na uboczu, póki nie dzieje się coś takiego, jak tutaj.
-A ten tatuaż?- Zapytała moja matka.
Damon wyprostował przedramię, a oczom zgromadzonych ukazał się piękny łeb wilka z rozwartym pyskiem i płomieniami w ślepiach, mający na szyi obrożę z ozdobnym napisem: "Lupus Carceris".
-Należałem kiedyś do pewnej organizacji zrzeszającej likantropy.- Nazywa się ją Lupus Carceris lub potocznie: Pretoria- odparł Damon.- Niektórzy ludzie nawet nie wiedzą, że mają gen odpowiadający za przemianę w wilka. Pretoria odnajdywała tych ludzi, zanim wpakowaliby się w kłopoty i uczyła panowania nad tą zdolnością...
-A to.. Ten dzieciak..- zaczął przerażony Malcolm.- Czemu chce zniszczyć miasto? Po co?
-To, co się tu dzieje, to jego sprawka- zaczął ostrożnie, acz poważnie Damon.
-Przecież to zwykły dzieciak- zaczęli, nasi rodzice i moja babcia.
-Zwykły dzieciak zmieniający się w lisa?- Barczysty brązowowłosy zmierzył ich uważnym spojrzeniem.- Tak, to nie były żadne przywidzenia- przyznał.
-Tacy, jak oni to kitsune- odezwał się Paul, a reszta spojrzała nań zaskoczona.
-Ki-co?- Zapytał uprzejmie Malcolm.
-Kitsune w japońskim oznacza lisiego ducha- wytłumaczył Damon.
Od uchylonych drzwi dało się słyszeć silnik samochodu i cichą pieśń żałobną.
-Chyba ktoś się przekręcił przez tego Zetsubō- zauważyła moja babcia.
-Czemu tak pani sądzi?- Zaniepokoił się Malcolm.
-Bo wpadł do nas słynny Undertaker- wyjaśniłam.
Sebastian zaśmiał się do swoich myśli idąc w stronę domu.
-Aż tak słynny to ja nie jestem- zapukał we framugę drzwi.- Dobry wieczór wszystkim.
-Nie powiedziałbym, że dobry- zauważył Octavio.
-Racja, przeklęte kitsune- westchnął ciężko Roberts.- Ta robota nigdy się nie skończy. Kolejne trzy osoby nie żyją..
-Kto tym razem?- Zapytał z niepokojem Paul.
-Beth Hornett: lat sześćdziesiąt dwa; Hannah Coleman: lat osiemnaście- w tym momencie Malcolm zerwał się na równe nogi- i Christian Salvator: lat trzydzieści dziewięć.
Vincent zastygł na chwilę w bezruchu.
-Coś mi mówi to ostatnie nazwisko- zauważył równocześnie z Damonem.
-To ta sama osoba- potwierdził Undertaker spokojnie.
-Co to za tajemnice?- Zapytał powoli mój teść.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Gadaliśmy od niechcenia, gdy niespodziewanie zadzwonił mój telefon. Odebrałam.
-Słucham, Angello- rzuciłam krótko.
-Dzwonił Lucas. Podobno Salvator nie żyje- odezwał się w głośniku głos przewodniczącego.
-Lucas go załatwił, czy..?- Zapytałam powoli.
-Nie. Musiał to zrobić ktoś inny- odparł Angello zamyślony.- Sprawdź maila; Lucas mówił, że prześle nam nagranie z tego incydentu.
Wzięłam laptopa i logując się na pocztę spytałam:
-Lockwood ma jakieś podejrzenia co do tej sytuacji?- Rzuciłam ściągając wideo załączone w mailu.
-Twierdzi, że mogło to być otrucie..- zauważył Angello.
-Jak to?- Zdziwiłam się, czytając raport Lucasa Lockwood.
-Przejrzyj nagranie; to naprawdę dziwna sprawa.- Powiedział Angello.
-W porządku, skontaktuję się z tobą, jeśli trafię na coś ważnego. Do usłyszenia, Angello- pożegnałam się.
-Narazie- rzucił. 

Hunter III Curse Rozdział XX: Dusze Cieni

Tori Miles; Królowa Ogólniaka.

-Tori rozmawialiśmy już o tym- odezwał się Vincent obejmując mnie delikatnie. 
-Chcę wrócić do szkoły- powiedziałam cicho patrząc na śpiącego malca. 
-A kto się zajmie Bubu?- Zapytał rozsądnie. 
Nazywaliśmy małego pieszczotliwie Bubu, bo miał taką pucołowatą buzię, lubił mini piłkę do kosza i w ogóle był taki słodki. 
-My możemy się zajmować Bubusiem- od odpowiedzi uratowała mnie matka. 
-Ale..- Vincent nadal miał pewne opory, jakby bał się, że to wszystko skończy się jakąś katastrofą. 
-Caramelo, chyba znamy się na dzieciach; skoro każde z nas wychowało was na ludzi- zauważył mój teść, pan Octavio. Jakoś nie potrafiłam powiedzieć doń "tato"; chyba trochę mnie to zawstydzało. 
-A jeśli mały zacznie świrować..?- Zaniepokoił się. 
-W porównaniu z tobą, to aniołeczek- stwierdził ze śmiechem Octavio. 
-Zresztą będzie wam raźniej razem..- zasugerowała moja matka. 
Vincent westchnął. Patrząc na małego rozmyślał. 
-No, dobrze..- zgodził się w końcu.- Chyba macie rację...
***
Poranek.
Poczułam jego umięśnione ramiona i całusa w policzek. 
-Seksownie ci w tym mundurku, Kotku- szepnął mi do ucha. 
-Tęskniłam za tym, wiesz?- Rzuciłam patrząc na jego odbicie w lustrze. Te czarne jak smoła włosy, ogorzała przystojna twarz i ciemne oczy w barwie palonej kawy były takie cudowne.
-Za stęchłymi murami tej zapchlonej budy?- Zakpił. 
-To w tej "zapchlonej budzie" cię poznałam- odparłam uśmiechając się do wspomnień. 
-Poznałaś takiego jednego kretyna- odpowiedział ponuro.- Zmieniłem się. 
-Lubiłam patrzeć na twój złamany nos i w ogóle. Wydawałeś się taki męski i..- zauważyłam.- Teraz myślę, że to było trochę dziecinne z mojej strony..
-Czemu?- Zapytał obracając mnie do siebie. 
-Bo... Teraz jesteś męski przez duże M- stwierdziłam z namysłem, szczerząc się w szerokim uśmiechu. 
-Naprawdę?- Spytał niepewnie. 
-Pewnie, że tak.. Widzę, jak się o nas troszczysz. Mały się chichra, jak się z nim bawisz. Normalnie facet, jak się patrzy. I jeszcze do tego ten facet to mój mąż- odezwałam się z dumą. 
Przytulił mnie mocno do siebie, całując we włosy. 
-Kotku.. Nie słódź mi tak, bo się zaraz rozpłynę- zażartował ze śmiechem. 
-To cała prawda; Misiaku- odparłam wesoło, wychodząc z łazienki klepnęłam go w tyłek. 
-Aż ty...! Brakowało ci tego, co?- Spytał lekko spoglądając na mnie przez ramię. 
-Przepraszam... Nie mogłam się powstrzymać..- odpowiedziałam chichocząc. 

-Miles..?- Collins była wyraźnie zaskoczona moim widokiem. 
-Dzień dobry, pani profesor- odparłam z humorem, mijając naszą wychowawczynię. 
-Tanner, tygrysku!- Zarechotałam szturchając go mocno.
Paul znieruchomiał na dźwięk głosu i przywalił sobie drzwiczkami szafki.
-Auuu.. Czemu zawsze ja??- Jęknął. Przyciągając mnie przytulił mocno.- Fajnie cię znów widzieć; Miles... Och, przepraszam: pani Rodriguez- poprawił wypuszczając mnie z uścisku.- Jak tam pieluchy, smoki, i grzechotniki?- Zapytał żartobliwie. 
-Świetnie. Mały znów pokazał, że potrafi rozwalić mi system- Miałam dziś mega humor.- A gdzie "doktor Jeckyll"?- Zdziwiłam się. 
-W Hiszpanii. Wymiana międzyszkolna- wyjaśnił Paul z ironią. 

Francuski..
Maxime na mój widok prawie upuściła stos książek.
-Miles.. Co ty tu robisz?- Zdumiała się. 
-Wróciłam do szkoły; pani profesor- odpowiedziałam uprzejmie. 
Tak mnie witają, jakby nikt się mnie tu nie spodziewał- pomyślałam z lekkim niepokojem. 

W tym momencie przenoszę się gdzie indziej i widzę...

Widzę samą siebie leżącą na drodze i kierowcę osobówki. Reanimuje mnie!.
Przez tłum przepychają się Vincent z Paulem. Gdzieś słychać syrenę ambulansu. 
Vincent dobiegł i osunął się na asfalt tuż przy nieruchomej mnie. 
-Nie zauważyłem jej.. Wybiegła mi tuż przed maskę.. Oddychaj. Oddychaj, dziewczyno..- Szepnął zdesperowany nadal mnie reanimując. 
Vincent zbladł. Ambulans zatrzymał się, a ratownicy i lekarz podbiegli. Po chwili znalazła się też policja. 
-Ratujcie moją żonę..- powtarzał dryblas błagalnie, ze łzami w oczach.
Ratownicy przejeli mnie i podjęli próbę.
-Defibrylator i adrenalina; migiem!- Rzucił zdenerwowany lekarz. Ratownicy wykonali polecenia.
-Cofnijcie się. Strzelam- ciało zadrżało dziwnie. Facet zaklął, ale próbował dalej.

-Nie żyje..- powiedział opuszczając ręce. 
Paul odciągnął Vincenta zakładając mu chwyt.
-Puść mnie!- Warknął śniady chłopak wyrywając się. W końcu uwolnił się z rąk Paula i rozejrzał się po grupie ludzi. Jakiś koleś robił zdjęcia. 
-Na co się, kurwa, gapicie?!- Warknął z bezsilną wściekłością. Koleś z aparatem dostał z pięści.- Za sekundę ma cię tu nie być, bo inaczej skończysz w szpitalu- wyrwał mu z ręki aparat.- Wynocha! Wszyscy wynocha!- rzucił aparat do jednego z policjantów. 
-Vincent..- Zaczął cicho Paul.
Hiszpan minął go bez słowa. Wziął bezwładne ciało i przytulając je mocno zaczął bezgłośnie płakać.
-Kotku.. Nie rób nam tego.. Nie zostawiaj mnie tu..- szeptał z bólem. 
Chciałam go objąć, dać znak że jestem tuż obok; ale gdy chciałam go dotknąć..
moja ręka przeszła przez niego. 


Nie widział mnie, ani nie słyszał, a ja bezsilnie patrzyłam jak obejmując martwą osóbkę cierpi...
Ludzie stali w milczeniu. Jeden z policjantów położył dłoń na ramieniu chłopaka.
-Zostaw mnie- powiedział rozpaczliwie Vincent, głaszcząc policzek nieruchomej postaci. 
-Pana żona nie żyje, przykro mi..- powiedział ze współczuciem. 
Vincent bardzo delikatnie ułożył ciało na asfalcie i spojrzał na nieruchomą zrozpaczony. Paul stał z boku z oczami utkwionymi w asfalcie. 
-Musi pan pojechać z nami..- powiedział łagodnie policjant.
-Po co?- Zapytał apatycznie chłopak. 
-Ta dziewczyna była pańską żoną i...
-Jest moją żoną- poprawił nadal tym spokojnym tonem.
Nagły płacz sprawił, że Vincent bardzo powoli podniósł głowę. Zerwał się na nogi i przebiegając na drugą stronę jezdni znalazł się przy niebieskim wózku. Blady, jak prześcieradło zajrzał do środka i wziął chłopca na ręce. 
-"Zaraz będę w domu; Mi.." Misiaku..- Dokończył sms-a cicho. Zaczął kołysać płaczącego malucha. Zaskoczeni policjanci i lekarz z karetki patrzyli; jak przekazał dziecko Paulowi, podszedł do kierowcy i uderzył go mocno. 
Policjanci chcieli go obezwładnić, ale facet ruchem dłoni ich powstrzymał. 
-Jeśli to ma ci pomóc wal, ile chcesz- powiedział tym samym dziwnie apatycznym tonem.
Vincent powoli się odsunął i opuścił ręce. Bez słowa odebrał malca i przytulił go delikatnie. 
Stałam tam niewidoczna dla nikogo i zastanawiałam się, dlaczego nie pamiętam nic sprzed chwili. Jakim cudem nie czułam uderzenia..? Jak pchnęłam wózek z moim małym Bubu..? 
Czemu nie żyję...?

Zrywam się ze snu słysząc płacz.. Przez chwilę nie wiem, gdzie jestem..
Przecieram zaspane oczy i patrzę wokół błędnym wzrokiem..
Vincent chodził z małym po pokoju próbując go ukołysać.
-Jest głodny..- zrywam się, jak oparzona.
-Tori..- Vincent aż podskoczył na dźwięk mojego głosu.
-Daj mi tego żarłoka- musiałam się czymś zająć, żeby zapomnieć o tym cholernym koszmarze.
-Trzęsiesz się..- Zauważył, że coś jest ze mną nie w porządku. Przysunął mi dłoń do czoła..
Vincent Rodriguez kapitan szkolnej drużyny koszykówki; licealista drugiego roku.
-Nie masz gorączki.. Co się stało; Kotku?- Zapytałem podając jej Bubu, wziąłem ją w ramiona.
Zaczęła karmić malucha. Długo milczała, jakby bała się mi powiedzieć; co jej się śniło.
-To nic.. Tylko głupi sen- odparła dziwnie wesołym tonem i zaśmiała się, ale ten śmiech był taki pusty i strasznie sztuczny.
-Mi Corazòn... Que paso?- szepnąłem zmartwiony.- Co ci się śniło..?
Westchnęła ciężko przymykając oczy i wtuliła się mocno.
-To tylko głupi sen..- upierała się cicho.- Nie chcę, żebyś się martwił..
-Jak tak mówisz martwię się jeszcze bardziej- odpowiedziałem łagodnie.
-To głupie.. Śniło mi się, że.. Że umarłam..- w tych oczach zaszkliły się łzy.
Znieruchomiałem na dłuższą chwilę. Przeszedł mnie lodowaty dreszcz. Niekontrolowanie zacząłem szczękać zębami z przerażenia.
-J-Ja-k-k?- Zapytałem z trudem.
-Ktoś mnie p-potrącił..- Zająknęła się.
Przytuliłem ją mocno do siebie, próbując wziąć się w garść. Poczułem obezwładniający mnie strach. Bałem się o nią. Jeśli coś by jej się stało, po prostu bym się załamał..
-Mi Corazòn..- Powiedziałem drżącym głosem.
-Nie bój się.. To tylko sen..- odparła chcąc mnie uspokoić.- Zamierzam żyć jeszcze dłuuuugo, długo..- próbowała obrócić to wszystko w żart.- Wszystko będzie dobrze, Misiaku..
Wstałem i ruszyłem w stronę drzwi pokoju.
-Dokąd idziesz..?- Zaniepokoiła się.
-Zaraz przyjdę..- odparłem niezbyt przytomnie.

Zszedłem do salonu i biorąc szklaneczkę nalałem trochę whisky.
Drżącą dłonią przytknąłem ją do ust i przechyliłem. Alkohol zapiekł w gardle.
-Vincent, co się dzieje?- Zapytał za mną ojciec.
Bez wahania polałem drugą szklaneczkę i wypiłem duszkiem.
-Upijesz się- powiedział z niepokojem w naszym języku.
-Mogę cię o coś zapytać...?- Zacząłem niepewnie, odstawiając szkło.
-Nie ma takiej rzeczy, o którą byś nie mógł, Caramelo- odparł zaskoczony.
-Czy.. Czy kiedyś, bałeś się; że coś stracisz?- Nie chciałem przywoływać złych wspomnień.
-Często tak było- odparł spokojnie, idąc ku mnie.- Dlaczego pytasz?
-Tori miała sen.. Śniło jej się, że.. Że zginęła potrącona przez samochód- odparłem cicho.
Ojciec pobladł i szybko się przeżegnał.
-Boże broń i uchowaj..- powiedział poważnie, a między nami zapadła chwila ciszy. Objął mnie ramieniem i przygarnął lekko.- Jesteś już dorosły..- odezwał się nieco zakłopotany.
-To nie znaczy, że już cię nie potrzebuję- odparłem cicho obejmując ojca.- Dziękuję ci.
-Za co?- Zapytał zaskoczony.
-Za to, że jesteś wystarczy?- Rzuciłem uśmiechając się.
-Od kiedy jesteś z Tori częściej się śmiejesz..- odparł ciepło.- Trzymaj tak dalej; Caramelo- dodał z humorem.

-Vincent.. Nie jesteś na mnie zły, co nie?- Spytała cicho, gdy wszedłem do sypialni.
-Za co miałbym być zły?- Zapytałem zaskoczony.
-No... Widziałam, że cię wystraszyłam..- odparła cicho.
-Trochę- przyznałem  niechętnie.
Pociągnęła nosem.
-Co..?- Zapytałem czując w powietrzu kłótnię.
-Nic. Wiem, że się zdenerwowałeś- pocałowała mnie lekko.
-Pewnie jesteś wkurzona..- zacząłem ostrożnie.
-Nie jestem, mój ty Misiaku- objęła mnie mocno.- Wiem, że się o nas boisz.. Doceniam to i naprawdę cholernie cię kocham..
-Ja ciebie też, bardzo..
-Jak bardzo?- Spytała z zaciekawieniem.
-Bardzo-bardzo; Kotku- ucałowałem ją lekko.
-Jejku.. Bosko- rzuciła z rozmarzeniem swoje słynne powiedzonko. Pod wpływem jej tonu nawet ta okropna piżama wydawała mi się ładniejsza.
Staliśmy przy łóżeczku. Mały leżał i gapił się na mnie robiąc miny.
-Słodziusi jesteś- zwróciłem się do malca. Złapał moją dłoń i zaczął się bawić.- Mój mały Misio-pysio...
-Dziecinniejesz- Zarechotała moja żonka, szturchając mnie wesoło.
-Chciałabyś- rzuciłem ironicznie.
-No, pomarzyć dobra rzecz- zażartowała.
-Callisto miała rację.. Masz trochę nierówno pod sufitem- Stwierdziłem ze śmiechem.
-Oj, tak.. Tylko jeszcze nie wiesz, na co mnie stać- rzuciła.
-Nie strasz, nie strasz, mała- zachichotałem.
-Nie jestem mała. Mów mi: niska- prychnęła udając urażoną.
-Dobrze; Smerfetko- przekomarzałem się z nią.
-Osz ty, Gargamelu- dała mi całusa.
Mały patrzył na nas zaciekawionym wzrokiem, strzelając te swoje minki.
Tori Miles; Królowa Ogólniaka. 
Vincent wziął gitarę, a mały na widok starego instrumentu zaczął się wiercić i chichrać.
-Dzisiaj tata kołysze tego Misia-pysia- połaskotał chłopczyka, który chichrał się perliście. Pocałował lekko chłopca i zaczął grać coś lekkiego, nucąc w swoim ojczystym języku.
Vincent Rodriguez, kapitan szkolnej drużyny koszykówki; licealista drugiego roku.
-Kurczę.. Ale przyciął komara- szepnęła zdumiona Tori.- A ja myślałam, że ta gitara to tylko tak do picu..
-Nie lubiłem grać, ale to długa historia; jeszcze z czasów Hiszpanii- odparłem, odkładając starą gitarę.
-Lubię te twoje "długie historie"- Zauważyła z zainteresowaniem.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Siedzieliśmy z Cally na  schodach w Kwaterze Głównej i rozmawialiśmy od niechcenia; gdy usłyszałem z góry ostre gitarowe brzmienie. Melodia, choć miała pazur, była nawet przyjemna.
-Czyżby to kolejne jazdo-zwidy?- Mruknęła do swoich myśli.
-Chodzi ci o tę gitarę?- Spytałem, a ona przytaknęła skinieniem.
-Zamknij struny, Miguel! Wkurwiasz mnie- jęknął z irytacją Dámen.
-To zwiń dupę i spadaj na bambus!- w tym momencie z instrumentu wyszedł rockowy...
-Zajebiaszczy warczopisk- stwierdziła Callisto wyraźnie zaintrygowana.
-"Warczopisk"?- Zdziwiłem się.
-No, to.. To przed chwilą...- stwierdziła nie do końca wiedząc, jak nazwać ten odgłos.
-Aaaa- zajarzyłem, że chodziło jej o riff.
-Zero spokoju- jęknął Dámen idąc do swojej sypialni, wsadził w uszy zatyczki.- I weź się tu ucz na sprawdzian...- mruknął.
-Taaa i tak nas wszystkich ujebie, cholerny Antyczny Wieloryb- rzucił trzeci z ekipy Vegi, imieniem Tiberius.- Rozwalasz mi system, człowieku... Para pa pa! Pffffrr! Szczyt zajebistości, normalnie- stwierdził kpiąco.
-Ten szczyl stale ryje mi we łbie..- stwierdził kwaśno Vega.- Nawet nie dorasta Mu do pięt- stwierdził jakby ten On był gitarowym Bogiem.- Jak to szło..?
Wtedy odezwała się hiszpańska gitara, grając melodię, którą skądś kojarzyłem..
-Ej.. Skądś to znam..- zaczęła Callisto.
-Dziwne, bo ja chyba też..- stwierdziłem zaskoczony.
-Pieprzony grajek z bożej łaski- zaklął Tiberius, zapodając w coś kopa, grał dalej tę melodię.- Nawet w jednej dziesiątej nie dorównuje Vincentowi.
-To już siedem lat, jak leżymy i kwiczymy...- stwierdził Vega z wisielczym humorem.
-Poczekaj.. Publika nas dobije..
-Zamknijcie paszcze. Słuchać tych smutów nie można..- Chwila ciszy.- Na rozpierdoloną gitarę mojej babci..- wymamrotała Anne rozanielona, jakby zobaczyła swoją Nirvanę.
-Muszę to zobaczyć.. Choć nie rozumiem z tego ni huja- rzuciła turkusowooka biegnąc po schodach.
-Czekaj!- Rzuciłem biegnąc za nią.

Nadal ta znajoma melodia, wwiercająca mi się w uszy...

-O żesz w dupę wasza zapierdolona mać...!- powiedziała w głębokim oszołomieniu Callisto Raven gapiąc się wgłąb pokoiku.
-Qué paso?- Zdziwiony Vega gapił się na mnie pytająco.
-Callisto? Cally?- Pomachałem jej ręką przed nosem.
Zero reakcji.
Oczy, jak piłki do nogi, a kopara opadnięta na maxa.
-Zawiecha? Zno..?- Podążyłem za jej wzrokiem i poraz drugi w moim życiu szczęka dotknęła podłogi.
-Co, do huja..?- Rzuciłem po hiszpańsku zdumiony widokiem znajomej twarzy na zdjęciu. Bez wątpienia była to facjata Vincenta Rodrigueza..
-A wam co?- Tiberius zdawał się zaskoczony.
-Crash systemu- potrząsnąłem szybko głową, budząc się z tej giga zawiechy.- Callisto. Callisto reset wal.! Reset.!- pstryknąłem jej palcami przed nosem.
-C-Co?- Czarnowłosa zamrugała i powoli zamknęła usta.- Zgubiłam wątek.. Sorry.
-Co się tak gapicie, jakbyście ducha...?- Zaczął Vega.
-Ten chłopak.. Jak się nazywa?- Przerwałem wskazując zdjęcie w centrum mini galeryjki.
Vega zmierzył mnie długim spojrzeniem.
-Vincent Octavio Rodriguez; a co?- Zdziwił się.
-Callisto..- zacząłem ostrożnie.
-Error. Odmowa dostępu.- Wymamrotała.
-Baza wirusów została zaktualizowana- rzuciłem podsuwając jej ciastko pod nos. Odebrała je delikatnie.
-Reset systemu przeszedł poprawnie..- rzuciła jedząc.
Wróciłem do przerwanej rozmowy i zbaraniałej trójki.
-Czy ten chłopak nie pochodzi przypadkiem z Valencji?
-Skąd wiesz??- Zapytali obaj chórem.
-Chyba znamy tego samego kolesia- stwierdziłem po hiszpańsku.
-Jak to?- Spytał z niedowierzaniem Vega.
Sięgnąłem po telefon i odszukałem zdjęcie Vincenta.
-Znajome?- Spytałem.
-To On..- Wymamrotali tym wręcz adoracyjnym tonem i zaraz zaczęły się pytania.

Przy tonie słodyczy i napojów gazowanych chłopcy zaczęli opowiadać tę historię..
-Zaczęło się dziewięć lat temu od chudego dzieciaka grającego na- takiej, jak ta- hiszpańskiej gitarze- dla Callisto byłem tłumaczem.- Poznaliśmy go, kiedy byliśmy na obozie nad morzem. Siedział na plaży i grał, jakby nas tam nie było. Chyba nie zwracał na nas uwagi, może to trafniejsze określenie; czasem grał nawet do wieczora. Często znikał na noc z pensjonatu, który prowadziła jego rodzina, a właściwie jego ojciec i chyba wujek. Pewnej nocy chłopak wsiąkł na dobre, a cały personel hotelu został postawiony na nogi...- tłumaczyłem słowa Vegi.
-Nie mogliśmy spać, gadaliśmy- powiedział Tiberius.- Kiedy usłyszeliśmy, co się stało wyszliśmy z pokoju. Zaoferowaliśmy pomoc w poszukiwaniach, a po długich namowach pan Octavio się zgodził. Poszliśmy go szukać..- kontynuował opowieść.- Po kilku godzinach zgłodniałem, więc wpadliśmy do knajpki w porcie. Wzięliśmy coś na wynos i szukaliśmy dalej. Po dwóch godzinach byliśmy zmęczeni i wkurzeni; chyba nawet zaczęliśmy się kłócić, gdy usłyszeliśmy gitarę...
-Taa- przytaknął Vega chrupiąc czipsy.- Vincent siedział na pomoście i grał na gitarze ciągnąc przez słomkę soczek. Wyglądało to trochę dziwnie w środku nocy.. Postanowiliśmy go namówić, żeby wrócił do domu. Powiedział, że mamy spadać; więc zabrałem mu tę cholerną gitarę i poszedłem sobie. Wynikła potem z tego bójka, a ktoś zadzwonił do pensjonatu. Vincent do końca naszego pobytu patrzył na nas krzywo.. Spotkaliśmy się tydzień później w szkole i znowu wybuchła bójka.
-Trudno ich było rozdzielić- wtrącił Tiberius.- Miguel był posiniaczony, a Vincent podrapany, zresztą mnie też trochę się oberwało, ale... Obaj twierdziliśmy, że ten chłopak jest ciekawy..
-Pojechaliśmy do pensjonatu w następne wakacje.. Zaczynałem grać na mojej gitarce. Wtedy pierwszy raz Vincent się do mnie odezwał.
Nazwał mnie kompletnym beztalenciem. Nie poznałem go, więc odszczeknąłem; że jak jest taki mądry to niech coś zagra. Wziął instrument, nastroił i zagrał, a nam opadły szczęki. To była ta sama melodia, co w tamte wakacje nad morzem.. Od tamtego czasu zaczęliśmy się ze sobą trzymać. W połowie piątej klasy zaczęliśmy grać na szkolnych potańcówkach. Bez Vincenta to już nie to samo..
-Rodriguez nigdy nie opowiadał o sobie- odparłem powoli.
-Właściwie, co u niego?- Zapytał trochę niepewnie Vega.
-Od niedawna ma żonę i synka; poza tym chodzimy razem do liceum- odparłem spokojnie.
Tori Miles; Królowa Ogólniaka.
Vincent opowiadał, a ja siedząc na łóżku słuchałam o jego wzlotach, wpadkach i wypadkach w Hiszpanii.
-Robiłem różne głupoty aż poznałem dwóch bałwanów.. Zacząłem grać gdy miałem siedem lat, bo wujek nauczył mnie paru chwytów. Te dwa bałwany chyba w każde wakacje były w pensjonacie, ale w kwestii gry na gitarze jeden z nich był kompletnym beztalenciem.. Kiedy okazało się, że chodzimy razem do klasy zaczęliśmy się bić. Byliśmy dzieciakami..- uśmiechnął się patrząc w sufit.- Miguel był wariatem, w szkole graliśmy na imprezach; drugi z tych bałwanów: Tiberius był jeszcze gorszy: potrafił o trzeciej w nocy rąbać w te swoje gary i twierdzić, że jest środek dnia. Czasem miałem ochotę mu dokopać.. Teraz nie mamy ze sobą kontaktu; ale byliśmy naprawdę dobrymi kumplami- zakończył historię.
-Tęsknisz za tym?- Spytałam przytulona do niego.
-Trochę, ale..- przytaknął.- teraz mam ważniejsze rzeczy na głowie; ale miło czasami powspominać.
-Co to są te "ważniejsze rzeczy"?- Zapytałam ciekawsko.
-Moje dwa skarby; czyli wy- odparł przytulając mnie.
Zasnęłam w jego ramionach.
***
-Kotku, pora wstawać... Śniadanko- zarechotał kawowooki.
-To już rano..?- Wychrypiałam zaspanym tonem, wygrzebując się spod kołdry.
-Prawie południe- odparł z chytrym uśmieszkiem.
-Jejku.. Czemu nie obudziłeś mnie wcześniej..?- Jęknęłam zbolałym głosem.
-Pomyślałem, że powinnaś się wyspać...- spoważniał nagle.- Próbowałem, ale odburczałaś, że "nikogo nie kochasz tak mocno; jak łóżka, a ja mam spadać, bo nigdy nie zrozumiem tego związku". Wiesz, przez chwilę byłem zazdrosny- wyszczerzył się w uśmiechu na widok mojej miny.
-Serio tak powiedziałam?- Zapytałam zaskoczona.
-Mhm, dodałaś jeszcze; że... Jak to było?- Udał zastanowienie.- "Że masz zajebisty sen o trójkącie: ty; hiszpański sexbomba i łóżko"
-O, matko...- Wymamrotałam zdumiona.- Chociaż w tym śnie... Oj, działo się, działo.- Przytaknęłam; a Vincent buchnął rechotem.- Nabijasz się ze mnie..- burknęłam nieco urażona.
-Wcale nie. Mówię, jak było. Mruczałaś, że lubisz hardcore- rzucił stawiając mi na kolanach tacę.- Szkoda, że tego nie nagrałem, żeby mieć dowód.
-Drań.!- Szturchnęłam go mocno, ale zaraz dałam mu całusa.
-Smacznego; Jędzo- rzucił pieszczotliwie.
-Dawno nie słyszałam tego przezwiska..- rozmarzyłam się.
-Cześć, Jędzo- rzucił od progu Paul.
-O, Biały Kieł wrócił- rzuciłam wesoło.
-Rrrrr, zaraz cię zjem- zawarczał z ironią.
-Prędzej byś się otruł. Tori po zjedzeniu przez kogoś wytwarza masę jadu- zażartował Vincent.
-No, ba- powiedziałam z szerokim uśmiechem.- Jestem mega jadowita..
-Dziwię się, że Vincent cię użądlił i jeszcze chodzi..- stwierdził żartobliwie.- O czym chcieliście pogadać?- Spytał.
Rozmowa zeszła na poważniejsze tory. W mieście działo się coraz gorzej- wzrosły ataki; wszyscy szukali tajemniczej "Księżycowej Róży"; a dziewczyny z Fallen robiły różne dziwne rzeczy.
Poza tym Meredith Bell wybudziła się w szpitalu, ale nie pamięta niczego, nawet tego; że kupowała prochy od Steina.
-A co na to wilki?- Zapytał po dłuższej chwili Vincent.
-Damon z Ian'em starali się jakoś zniszczyć te rybo-ślimaki; ale bariera w tym miejscu jest.. Twarda, jakby nie do przebicia- odpowiedział z namysłem Paul.- Cally, zanim wyjechała, zostawiła mi notes z kilkoma informacjami, do których doszli z Michaelem. Może z tego wynikać, że te robale są tylko narzędziami do mieszania ludziom w głowach. I jeszcze te kitsune..
-Kicune? A co to takiego?- Zdziwiłam się.
-Lisie demony- odezwał się Vincent zamyślony.- Dawno nie było o nich słychać, ale jedno wiem na pewno: "spacerujące drzewa" i wydarzenia w pobliskich lasach to ich sprawka- zauważył wolno.
-Skąd wiesz?- Zdziwił się Paul.
-Te kitsune są związane z roślinami. I te ich niepokojące gierki.. To wszystko podejrzanie się łączy- odparł Vincent.
-A może Wayland coś więcej wie?- Zapytałam ostrożnie.
-Ty to masz łeb; Miles... Rodriguez- poprawił się Paul.
-Jedziemy do niej?-Spytałam krótko.
-A co z tym Pimpusiem?- Spytał patrząc na łóżeczko.
-Mama zajmie się Bubu- rzucił Vincent.
-Bubu?- Paul uniósł brwi.
-Tak go nazywamy- obruszyłam się.
-Nic nie mówię..- odparł obronnym tonem.
***
Na ulicach było niemal pusto, jakby miasto obumierało, jak jakieś chore drzewo.
Czarny karawan stał na Starym Mieście, blisko kościoła Świętej Trójcy. W aucie siedział Undertaker z jakimś facetem, rozmawiali o czymś szybko.
W pewnej chwili jakiś chłopak wyszedł z ciemnej uliczki z pałką baseballową i ruszył w stronę karawanu z dziwnym wyrazem twarzy. Nie wiem, czy tylko mi się zdawało, czy też nie; ale dostrzegłam w jego oczach dziwaczny czerwony błysk- nie taki, jak u wampirów- straszny i podejrzany.
Undertaker wyczuł niebezpieczeństwo i odpalając silnik wycofał karawan, po czym odjechał. Chłopak z kijem przez chwilę gonił czarnego Chryslera, a na końcu cisnął w jego stronę tym bejsbolem, przeklinając i obrażając kierowcę. Najdziwniejsze z tego wszystkiego było to, że nikogo to nie obeszło.

Kwadrans później. Domek Wayland.
Gruby czarny pers miałknął przeraźliwie, gapiąc się na Paula.
-Cześć, Hekate- Tanner rzucił kotce jakiś przysmak, który ta złapała w locie. Zwierzę odwróciło się i zamiatając puszystym ogonem dumnie podreptało w stronę drzwi zgniłozielonego domku.
-Dzień dobry; pani Wayland- rzuciliśmy chórem, gdy otworzyły się drzwi.
-Dzień dobry, młodzieży- odpowiedziała staruszka wpuszczając nas do środka.
Była sama w domu, więc pewnie sfora rozglądała się w terenie.
-Maluszek zdrowy?- Zapytała uprzejmie.
-Bogu dziękować, zdrowy- odparł Vincent spokojnie.
Rzuciła coś po hiszpańsku.
-Dziękujemy- uśmiechnął się uprzejmie Vincent.
-Pewnie chcecie porozmawiać. Siadajcie, zaparzę herbaty- rzuciła wskazując salon.
-Co ona ci powiedziała?- Zapytałam ściszonym głosem zaniepokojona.
-Życzyła dziecku wszelkich błogosławieństw i nazwała go aniołkiem- odparł Vincent z uśmiechem.
Wayland wynurzyła się z tacą, na której stały filiżanki z herbatą i talerzyk herbatników z czekoladą. Postawiła ją na ławie i siadła w fotelu.
-Cała ta sprawa jest wyjątkowo dziwna, możnaby nawet stwierdzić, że z dnia na dzień jest coraz bardziej niebezpiecznie- zagadnęła nieco zamyślonym tonem.- Babcia mówiła, że Linie Mocy powoli gasną..
-To pani babcia żyje?- Zdumiałam się.
-Och, nie...- Wayland uśmiechnęła się łagodnie, widząc nasze miny wyjaśniła.- Zmarłe czarownice utrzymują Krąg i czasami kontaktują się z żywymi. A wy? Zauważyliście coś ciekawego?
Wymieniliśmy spojrzenia, kopnęłam porozumiewawczo Paula.
-Jest kilka rzeczy, o które chcielibyśmy zapytać- powiedział ostrożnie.
-Kto pyta nie błądzi. Jeśli mogę wam pomóc, zrobię to- odparła spokojnie.