-Kiedy jechaliśmy do pani; koło kościoła Świętej Trójcy jakiś chłopak z pałą bez powodu zaatakował karawan pogrzebowy.
-Czemu wracasz do ataku na Undertaker'a?- Zdziwił się Vincent.
-Bo.. Zauważyłam w oczach tego chłopaka taki... Czerwony błysk i... Na pewno nie był to wampir, więc...- urwałam nie wiedząc, co mówić dalej.
Czarna kotka wskoczyła mi na kolana, a dzwoneczek na jej obróżce zadzwonił lekko.
-Czerwony błysk, mówisz...- zastanowiła się na głos kobieta. Wstała upijając łyk herbaty i przeszła w stronę małej biblioteczki. Przesuwając palcami po grzbietach książek szukała jakiegoś tomu. Wyciągnęła z połowy drugiego rzędu burgundową książkę. Z samej góry wzięła ciemną szkatułę zamkniętą na starą kłódkę i zupełnie nie pasujący do zamka stary klucz; po czym wróciła do nas.
-Już rozumiem, czemu wrócił- zauważyła cicho.
-Kto wrócił?- Nic z tego nie zrozumieliśmy.
Wayland nie udzieliła odpowiedzi. Otworzyła tom i zaczęła te swoje czary...
Omal nie wyplułam herbaty na widok naszego nauczyciela historii; pana Bergmanna, który pojawił się w kręgu, na który patrzyłam.
-Prowadziłem właśnie lekcję; Saraphine- zauważył chłodno.
-Powinieneś się, łaskawie, wytłumaczyć; Damonie- odparła z naciskiem.
-Nie mam z czego ci się tłumaczyć- oznajmił spokojnie.- Wiesz sama, że to Miasto ma swoje zasady i..- wtedy zauważył nas i zamilkł.
-Wiem o tym, w końcu nasi przodkowie założyli Miasto, a ty; jak zawsze; migasz się od odpowiedzi- powiedziała z przekąsem.
-Dziwisz się?- Zapytał kpiąco nauczyciel.- Krąg nie wierzył, w trzydziestym trzecim, że ktoś zdoła zdjąć Pieczęć Cieni, więc nie powinnaś być zdziwiona, że od tego czasu działam sam- stwierdził niechętnie.- Odeślij mnie z łaski swojej; nie chciałbym mieć innych problemów. Już swoich mam aż nadto- burknął.
-Dobra, dobra; już się nie wykręcaj- prychnęła z jawną złośliwością.- Sam nie dasz rady i oboje dobrze o tym wiemy.
-Rób sobie, co chcesz. Bądź pewna, że się nie zjawię- ustąpił czarnooki patrząc jej w oczy spokojnie.- Wyślesz mnie spowrotem, czy sam mam to zrobić?- Spytał niechętnie.
-Jaki stary, taki zrzędliwy..- i wymruczała zaklęcie.
Błysnęło i postać Bergmanna rozmyła się.
-Co to miało być?- Zdziwiłam się.
-Co on ma z tym wspólnego?- Zawtórował mi Paul.
Jednak to Vincent zadał najważniejsze pytanie:
-Czy miasto jest w jakimś niebezpieczeństwie??
Wayland westchnęła ciężko.
-Skoro wszyscy jesteśmy po tej samej stronie..- zaczęła.
-Co chce pani przez to powiedzieć?- Zapytałam bardzo ostrożnie.
-Chcecie chronić Fallen?- Zapytała odwzajemniając moje spojrzenie.
-No, ba.!- Odparłam
-Obowiązkowo- zawtórował Paul.
-To chyba oczywiste- zasugerował mój Misiak.
-No, to jesteśmy po tej samej stronie- zauważyła z ulgą.- Opowiedzcie wszystko po kolei, trzeba pomyśleć nad planem- oznajmiła spokojnie.
***
Po ukończeniu przez nas opowieści, Wayland opierając się w fotelu przymknęła oczy. Zapadła cisza, a ja rozmyślałam, co możemy zrobić.
-Równowaga została zachwiana- odezwała się Wayland nadal z zamkniętymi oczami.- Jeśli zniknie "Księżycowa"; Miasto przestanie istnieć..- Powoli uniosła powieki.
Bałam się, jak cholera; ale musiałam się upewnić.
-Kim jest ta "Księżycowa"?- Zapytałam drżacym głosem.
-Córką najstarszego syna, czwartego pokolenia Rodu Kruka- utwierdziła mnie tylko w przekonaniu, że musimy chronić Callisto.
-Cholerne kitsune- burknął Paul z irytacją.
-Teraz to już totalnie przegięli- warknął Vincent.
Przegięli.. Jeszcze zobaczą, jak to jest zadrzeć ze mną- pomyślałam ze złością.
-W sumie od zawsze wydawało mi się, że wie pani więcej, niż wszyscy- zauważyłam swobodnym tonem, a Paul i Vincent pytali mnie wzrokiem, co kombinuję.
-W sensie..?- Zapytała starsza pani.
-Wiedziała pani, że Callisto jest wampirem, albo; że mamy synka i..
-Masz na myśli, skąd mam takie informacje- uśmiechnęła się Wayland.
Kiwnęłam głową.
-Cóż.. Wszyscy czują w waszej przyjaciółce tę mroczną aurę przypisaną wampirom. Jako czarownica jestem na to bardziej wyczulona- wyjaśniła spokojnie.- Zresztą Callisto, na swój sposób, różni się od innych wampirów.
-Niby czym?- Zapytał zdziwiony Paul.
-Nie mów, że jako wilk tego nie załapałeś- zauważyła wolno Wayland.
-Eee, no... Okej, wampiry cuchną; ale jakoś z Cally mam dobre układy. Zero chęci rozerwania jej na strzępy- zauważył Tanner powoli.- Zresztą Callisto też stwierdziła, że śmierdzę Zmokłym Psem- uśmiechnął się lekko.- Za to inne wampiry chętnie bym rozwalił- wzruszył ramionami.- W sumie mnie się zdaje, że Cally to taki, hmm.. Jasny wampir- powiedział z namysłem.
-To adekwatne określenie- przytaknęła Wayland.
•••
-Jedno jest pewne- stwierdził Paul kwadrans później, gdy jechaliśmy do nas.- Musimy dopilnować, żeby Raven nie zrobiła czegoś głupiego po powrocie- zauważył.
-Co chcesz przez to powiedzieć?- Zapytałam trochę za ostro.
-Mam na myśli to, żeby nie próbowała nic na własną rękę- odparł spokojnie.- Poza tym...
-Co: poza tym?- Zapytałam.
-Wiedzieliście, że Cally, no... Chciałaby być znów człowiekiem?- Odpowiedział pytaniem.
Zamilkłam. Wiele razy się zdarzało, że Callisto wspominała o tym marzeniu; zwłaszcza; kiedy nasza ekipa ponownie się połączyła i dołączył do nas "piąty element"; czyli Michael. Wiedziałam, że Cally zarówno boi się, jak i nienawidzi tej ciemnej części siebie i zrobiłaby wszystko, gdyby istniała choć nikła szansa, że można.
Vincent nie odzywał się. Patrzył przez szybę Mazdy na miejski krajobraz, rozmyślając.
-Zawsze myślałem, że już się z tym wszystkim pogodziła- powiedział cicho.- Musimy się dowiedzieć, o co chodzi z tym domem na slumsach. To jest priorytetowa kwestia.
-Z tego co wynika z notatek Cally to jakaś Siódma Brama, czy coś w tym rodzaju..
-Czemu nie powiedziałeś tego od razu??- Misiak z deka się wnerwił.
-Nie wiedziałem, że to takie ważne- odparł Paul obronnym tonem.
-Masz ten zeszyt przy sobie?- Zapytał ciemnooki.
-W schowku. Taki gruby, czarny notesik- odparł Paul.- Są tam też notatki na temat "Syndromu Anioła".
Vincent przeszukał schowek i od razu znalazł przedmiot, a Paul wjechał przez bramę do białej posiadłości rodziny Rodriguez.
Vincent, jakby coś go tknęło spojrzał na podwórze.
Stał tam czerwony Seat.
-Tylko nie ona.. Nie znowu..- Jęknął i przeklinając soczyście wysiadł z auta wsuwając notes w kieszeń spodni.
-Vincent, czekaj!- Pobiegliśmy za nim w stronę domu.
Vincent Rodriguez, kapitan szkolnej drużyny koszykówki; licealista drugiego roku.
-Co ona tu znowu robi?- Zapytałem od progu ze złością.
-Spokojnie, synu- ojciec, jak zawsze próbował mnie poskromić.
-Jestem spokojny; tylko pytam, czego ta kobieta znów chce?- Zapytałem rozdrażniony.
-Vincent, synku..
-Nie jestem twoim synkiem, do cholery- przerwałem jej ostro.- Czego chcesz?
-Porozmawiać..
-Nie ma takiej opcji- odwarknąłem niemal.- Będę to powtarzał tak długo, aż w końcu to do ciebie dotrze. Dla mnie już dawno NIE ISTNIEJESZ. Jeśli dotarło, wynoś się stąd- odparłem idąc ku schodom.
-Vincent, proszę.. Ja... Umieram..- powiedziała cicho.
-Wymyśl lepszą bajeczkę- stwierdziłem chłodno.
Tori Miles; Królowa Ogólniaka.
Powoli miałam już tego wszystkiego dość.
Przyjeżdżała. Bruździła im w życiu. Obaj tyle przez nią wycierpieli, a ona ma czelność jeszcze o coś prosić?! Po prostu się we mnie zagotowało z wściekłości.
-Jesteś po prostu bezczelna. Przychodzić tu i prosić o cokolwiek po tym, co mu zrobiłaś?- Wiedziałam, że dobrze zna francuski.- Brak mi słów... Jesteś zwykłym dnem, bo stale go krzywdzisz. Krzywdzisz ich obu, wiesz?- Otworzyła usta, ale nie pozwoliłam jej dojść do słowa.- Na twój widok nie czuję nic, oprócz litości. Vincent ma rację: nawet na litość nie zasługujesz..- zakończyłam patrząc jej zimno w oczy.
Otworzyła usta, ale po chwili je zamknęła.
Powiedziała coś do byłego męża i bez słowa wyszła z domu.
Octavio wybiegł za nią. Vincent powoli usiadł na schodach. Trząsł się z twarzą ukrytą w dłoniach.
W końcu wstał i mijając nas wyszedł za ojcem.
Vincent Rodriguez, kapitan szkolnej drużyny koszykówki, licealista drugiego roku.
Ona naprawdę umiera...
Na pierwszy rzut oka widać, że bardzo się zmieniła- że napradę jest chora i nie kłamie.
Usłyszałem ich wzburzoną rozmowę.
-Posłuchaj mnie wreszcie... Octavio!- Zachwiała się i oparła o samochód.- Ta dziewczyna ma rację.. Niepotrzebnie tu przyjechałam, on nigdy mi nie wybaczy.. Nie zasłużyłam na to po tych dwunastu latach... Żegnaj..- wsiadła do auta. Zapaliła silnik i już chciała odjechać..
To był ostatni moment, ale coś trzymało mnie w miejscu..
Coś nie pozwalało mi iść w stronę tego pieprzonego samochodu i spróbować ją zatrzymać...
Ojciec zrobił to za mnie, w ostatniej chwili stając tuż przed maską Seata.
Opuściła się szyba.
-Zejdź mi z drogi; Octavio..- powiedziała płaczliwym tonem.
Nagle ten dziwny stan minął i wreszcie mogłem się ruszyć. Podszedłem i otworzyłem drzwi kierowcy.
-Zgaś silnik- nie wiem, dlaczego powiedziałem to tak łagodnie. Patrzyła na mnie błędnym wzrokiem, blada; jak prześcieradło; jakby nie rozumiała, co się dzieje. Sięgnęła drżącą ręką do stacyjki i zrobiła, o co prosiłem. Oparła czoło na kole kierownicy i nie patrząc na mnie roześmiała się bez cienia wesołości.
-Powinieneś jej posłuchać, bo ma rację- powiedziała smutno, nadal na mnie nie patrząc.- Przez te lata.. Nigdy nie potrafiłam powiedzieć zwykłego, cholernego "przepraszam". Nie umiałam powiedzieć własnemu dziecku, że je kocham, że żałuję.. Zniszczyłam to..- wyznała z płaczem.
-Nie można tego jakoś wyleczyć?- Zapytałem ostrożnie.
-Już na to za późno- wzruszyła obojętnie ramionami.- Zostały mi najwyżej trzy miesiące, dlatego tu przyjechałam.. Nie powinnam.
-Powinnaś- odparłem zaskakująco spokojnie.
Powoli podniosła głowę i spojrzała na mnie z zapłakaną twarzą.
-Chciałbyś mnie słuchać? Wątpię- odparła cicho.- Zresztą, czego miałam się spodziewać? Że z uśmiechem rzucisz mi się w ramiona? Jestem żałosna.. Co ze mnie za matka..
-Lepiej późno niż wcale; Victoria- odezwał się cicho mój ojciec.
-To nie zmienia faktu, że byłam podłą..- Szepnęła słabo.- Beznadziejną matką i żoną...
Tori Miles; Królowa Ogólniaka.
Obserwowałam ukradkiem ich rozmowę.
Mimo, że jej nie znałam nadal żywiłam ogromną niechęć do tej kobiety. Zniszczyła Vincentowi życie. Zostawiła go, kiedy miał sześć lat- co z niej za matka?.
Ja nigdy nie zostawiłabym mojego Bubu, choć nieraz daje mi popalić.
Mama zeszła na dół z malutkim na rękach. Chłopczyk wyciągnął rączki gapiąc się na mnie tymi dużymi oczkami, wtedy zauważył Paula i zaczął się chichrać po swojemu, machając rączkami.
-Chyba chce do wujka- zauważyła moja matka lekko.
-Ale.. Ja nie umiem obchodzić się z takimi maluchami..- zaprotestował nieco przestraszony.
-Pokażę ci- uśmiechnęła się moja matka, podając mu malca.
-Kurczę..- Paul bardzo ostrożnie trzymał małego.- No, co? Co się tak gapisz na wujcia, słodziaku?- Rzucił do dziecka.
Mały był bardzo zaciekawiony. W pewnej chwili zobaczył kolczyk w jego uchu i wyciągał łapki.
-Tego nie wolno- powiedział łagodnie Paul. Nadal ostrożnie przekazał mi malucha.- Idź do mamy, zobacz; jaka jest smutna bez swojego Bubu.
-No chodź tu; Bubu... Łooo, aleś ty ciężki..- Zaczęłam zabawiać małego, gdy matka zapytała:
-Kim jest ta kobieta?
-Och, to.. Nikt ważny..- powiedziałam odruchowo.
-To matka Vincenta; prawda..?
Kiwnęłam głową niechętnie.
-Oby wszystko się między nimi jakoś ułożyło- westchnęła.
|***|
Siedzieliśmy w naszej sypialni. Przy kawie i ciastkach w czekoladzie próbowaliśmy ułożyć sensowny plan.
Mama zajmowała się małym, żebyśmy mogli w spokoju porozmawiać, gdy z dołu usłyszeliśmy rozmowę.
-Co się tam dzieje?- Zapytał zaskoczony Vincent. Wyjrzał za drzwi i przysłuchiwał się przez chwilę.
Zbiegliśmy na dół. W salonie siedział roztrzęsiony chłopak. Malcolm Star.
-Uspokój się i powiedz wszystko od początku- oznajmił mój teść kojącym tonem.
-To... To straszne...- Malcolm wpatrywał się w stojący na stoliku kubek herbaty.- Merri.. Ona ześwirowała. Robi i mówi okropnie dziwne rzeczy...
-To znaczy jakie rzeczy?- Zapytał ostrożnie Paul, a nasi rodzice spojrzeli nań zdziwieni. Ojciec Vincenta wyszedł na ganek.
Malcolm powoli podniósł głowę i wpatrzony w Tannera szepnął:
-Ona robi sobie krzywdę.. Gdy tylko znajdzie coś ostrego.. Powiedziała, że jestem fałszywy i wolę "tę dziwkę"; ale ja... Ja kompletnie nie wiem, o kogo jej chodzi..- zaczął przerażony.
Vincent stojąc prosto wpatrywał się w notes w swoich palcach.
-To musi mieć jakiś związek z nimi- zauważył czytając.
-Kim są Oni?- Zapytała ostrożnie babcia Margaret.
-Myślisz o tym samym, co ja?- Zapytał powoli Paul.
W tej samej chwili sprzed domu usłyszeliśmy przerażony krzyk pana Octavio. Wszyscy wypadliśmy na dwór.
Hiszpan cofał się od świecących w ciemności oczu postaci stojącej między drzewami wiśni.
Biały wilk z szarym pędzlem na puszystym ogonie wyskoczył i pobiegł w tamtą stronę warcząc wrogo.
Tamto coś zaatakowało Paula. Vincent z całych sił starał się uspokoić ojca.
-Lis??!- Malcolm zauważył brak Paula.- Gdzie...?
Wilk i lis walczyły zawzięcie. Ten ostatni wygrywał starcie. Olbrzymi wilk zawył głośno, a po kilku sekundach zaszumiała trawa i zjawiło się kilka nieco większych wilków. Czarny z białą łatą na ślepiu wkroczył w plamę światła padającego z dużych okien i szczeknął krótko, a biały cofnął się chwiejnie.
Malcolm i pan Octavio gapili się na to zajście zaszokowani, moja matka i babcia wręcz osłupiały.
Czarny wilk wlepiał ślepia w tajemnicze zwierzę, które nagle rzuciło się nań.
Wilk warknął i odrywając przeciwnika od swojego futra cisnął nim w mur i zaatakował.
***
Oba zwierzęta nagle się zmieniły. Wilkiem okazał się niski brązowowłosy, a pod postacią lisa krył się...
Fioletowooki dziesięciolatek o czarnych włosach z ognistymi końcówkami. Obaj długo piorunowali się wzrokiem.
-Tak, jak myślałem. To zadupie nie podda się tak łatwo- zauważył dzieciak z lekkim chichotem, na którego dźwięk poczułam lodowaty chłód.
-Czyli to wy za tym wszystkim stoicie; Lisie Śmiecie- rzucił pogardliwie Damon Miller.
-Uważaj, co szczekasz; przerośnięty psie- zasyczał chłopiec nie spuszczając wzroku z Damona.
-Stara śpiewka, hmm? Nie wiem, co kombinujesz; ale właśnie kończymy jedną z twoich gierek; Zetsubō- stwierdził Damon spokojnie.
-Blefujesz- odparł wyzywająco fioletowooki. Zetsubō.- Nic nam nie zrobisz, pffff!- Rzucił śmiejąc się złośliwie.
-Złamaliśmy twoją kekkai- odparł Damon z chłodnym uśmiechem.
-Uso! Ta bariera jest nie do przebicia- odwarknął dzieciak.
-Co chcesz przez to powiedzieć?- Zapytałam trochę za ostro.
-Mam na myśli to, żeby nie próbowała nic na własną rękę- odparł spokojnie.- Poza tym...
-Co: poza tym?- Zapytałam.
-Wiedzieliście, że Cally, no... Chciałaby być znów człowiekiem?- Odpowiedział pytaniem.
Zamilkłam. Wiele razy się zdarzało, że Callisto wspominała o tym marzeniu; zwłaszcza; kiedy nasza ekipa ponownie się połączyła i dołączył do nas "piąty element"; czyli Michael. Wiedziałam, że Cally zarówno boi się, jak i nienawidzi tej ciemnej części siebie i zrobiłaby wszystko, gdyby istniała choć nikła szansa, że można.
Vincent nie odzywał się. Patrzył przez szybę Mazdy na miejski krajobraz, rozmyślając.
-Zawsze myślałem, że już się z tym wszystkim pogodziła- powiedział cicho.- Musimy się dowiedzieć, o co chodzi z tym domem na slumsach. To jest priorytetowa kwestia.
-Z tego co wynika z notatek Cally to jakaś Siódma Brama, czy coś w tym rodzaju..
-Czemu nie powiedziałeś tego od razu??- Misiak z deka się wnerwił.
-Nie wiedziałem, że to takie ważne- odparł Paul obronnym tonem.
-Masz ten zeszyt przy sobie?- Zapytał ciemnooki.
-W schowku. Taki gruby, czarny notesik- odparł Paul.- Są tam też notatki na temat "Syndromu Anioła".
Vincent przeszukał schowek i od razu znalazł przedmiot, a Paul wjechał przez bramę do białej posiadłości rodziny Rodriguez.
Vincent, jakby coś go tknęło spojrzał na podwórze.
Stał tam czerwony Seat.
-Tylko nie ona.. Nie znowu..- Jęknął i przeklinając soczyście wysiadł z auta wsuwając notes w kieszeń spodni.
-Vincent, czekaj!- Pobiegliśmy za nim w stronę domu.
Vincent Rodriguez, kapitan szkolnej drużyny koszykówki; licealista drugiego roku.
-Co ona tu znowu robi?- Zapytałem od progu ze złością.
-Spokojnie, synu- ojciec, jak zawsze próbował mnie poskromić.
-Jestem spokojny; tylko pytam, czego ta kobieta znów chce?- Zapytałem rozdrażniony.
-Vincent, synku..
-Nie jestem twoim synkiem, do cholery- przerwałem jej ostro.- Czego chcesz?
-Porozmawiać..
-Nie ma takiej opcji- odwarknąłem niemal.- Będę to powtarzał tak długo, aż w końcu to do ciebie dotrze. Dla mnie już dawno NIE ISTNIEJESZ. Jeśli dotarło, wynoś się stąd- odparłem idąc ku schodom.
-Vincent, proszę.. Ja... Umieram..- powiedziała cicho.
-Wymyśl lepszą bajeczkę- stwierdziłem chłodno.
Tori Miles; Królowa Ogólniaka.
Powoli miałam już tego wszystkiego dość.
Przyjeżdżała. Bruździła im w życiu. Obaj tyle przez nią wycierpieli, a ona ma czelność jeszcze o coś prosić?! Po prostu się we mnie zagotowało z wściekłości.
-Jesteś po prostu bezczelna. Przychodzić tu i prosić o cokolwiek po tym, co mu zrobiłaś?- Wiedziałam, że dobrze zna francuski.- Brak mi słów... Jesteś zwykłym dnem, bo stale go krzywdzisz. Krzywdzisz ich obu, wiesz?- Otworzyła usta, ale nie pozwoliłam jej dojść do słowa.- Na twój widok nie czuję nic, oprócz litości. Vincent ma rację: nawet na litość nie zasługujesz..- zakończyłam patrząc jej zimno w oczy.
Otworzyła usta, ale po chwili je zamknęła.
Powiedziała coś do byłego męża i bez słowa wyszła z domu.
Octavio wybiegł za nią. Vincent powoli usiadł na schodach. Trząsł się z twarzą ukrytą w dłoniach.
W końcu wstał i mijając nas wyszedł za ojcem.
Vincent Rodriguez, kapitan szkolnej drużyny koszykówki, licealista drugiego roku.
Ona naprawdę umiera...
Na pierwszy rzut oka widać, że bardzo się zmieniła- że napradę jest chora i nie kłamie.
Usłyszałem ich wzburzoną rozmowę.
-Posłuchaj mnie wreszcie... Octavio!- Zachwiała się i oparła o samochód.- Ta dziewczyna ma rację.. Niepotrzebnie tu przyjechałam, on nigdy mi nie wybaczy.. Nie zasłużyłam na to po tych dwunastu latach... Żegnaj..- wsiadła do auta. Zapaliła silnik i już chciała odjechać..
To był ostatni moment, ale coś trzymało mnie w miejscu..
Coś nie pozwalało mi iść w stronę tego pieprzonego samochodu i spróbować ją zatrzymać...
Ojciec zrobił to za mnie, w ostatniej chwili stając tuż przed maską Seata.
Opuściła się szyba.
-Zejdź mi z drogi; Octavio..- powiedziała płaczliwym tonem.
Nagle ten dziwny stan minął i wreszcie mogłem się ruszyć. Podszedłem i otworzyłem drzwi kierowcy.
-Zgaś silnik- nie wiem, dlaczego powiedziałem to tak łagodnie. Patrzyła na mnie błędnym wzrokiem, blada; jak prześcieradło; jakby nie rozumiała, co się dzieje. Sięgnęła drżącą ręką do stacyjki i zrobiła, o co prosiłem. Oparła czoło na kole kierownicy i nie patrząc na mnie roześmiała się bez cienia wesołości.
-Powinieneś jej posłuchać, bo ma rację- powiedziała smutno, nadal na mnie nie patrząc.- Przez te lata.. Nigdy nie potrafiłam powiedzieć zwykłego, cholernego "przepraszam". Nie umiałam powiedzieć własnemu dziecku, że je kocham, że żałuję.. Zniszczyłam to..- wyznała z płaczem.
-Nie można tego jakoś wyleczyć?- Zapytałem ostrożnie.
-Już na to za późno- wzruszyła obojętnie ramionami.- Zostały mi najwyżej trzy miesiące, dlatego tu przyjechałam.. Nie powinnam.
-Powinnaś- odparłem zaskakująco spokojnie.
Powoli podniosła głowę i spojrzała na mnie z zapłakaną twarzą.
-Chciałbyś mnie słuchać? Wątpię- odparła cicho.- Zresztą, czego miałam się spodziewać? Że z uśmiechem rzucisz mi się w ramiona? Jestem żałosna.. Co ze mnie za matka..
-Lepiej późno niż wcale; Victoria- odezwał się cicho mój ojciec.
-To nie zmienia faktu, że byłam podłą..- Szepnęła słabo.- Beznadziejną matką i żoną...
Tori Miles; Królowa Ogólniaka.
Obserwowałam ukradkiem ich rozmowę.
Mimo, że jej nie znałam nadal żywiłam ogromną niechęć do tej kobiety. Zniszczyła Vincentowi życie. Zostawiła go, kiedy miał sześć lat- co z niej za matka?.
Ja nigdy nie zostawiłabym mojego Bubu, choć nieraz daje mi popalić.
Mama zeszła na dół z malutkim na rękach. Chłopczyk wyciągnął rączki gapiąc się na mnie tymi dużymi oczkami, wtedy zauważył Paula i zaczął się chichrać po swojemu, machając rączkami.
-Chyba chce do wujka- zauważyła moja matka lekko.
-Ale.. Ja nie umiem obchodzić się z takimi maluchami..- zaprotestował nieco przestraszony.
-Pokażę ci- uśmiechnęła się moja matka, podając mu malca.
-Kurczę..- Paul bardzo ostrożnie trzymał małego.- No, co? Co się tak gapisz na wujcia, słodziaku?- Rzucił do dziecka.
Mały był bardzo zaciekawiony. W pewnej chwili zobaczył kolczyk w jego uchu i wyciągał łapki.
-Tego nie wolno- powiedział łagodnie Paul. Nadal ostrożnie przekazał mi malucha.- Idź do mamy, zobacz; jaka jest smutna bez swojego Bubu.
-No chodź tu; Bubu... Łooo, aleś ty ciężki..- Zaczęłam zabawiać małego, gdy matka zapytała:
-Kim jest ta kobieta?
-Och, to.. Nikt ważny..- powiedziałam odruchowo.
-To matka Vincenta; prawda..?
Kiwnęłam głową niechętnie.
-Oby wszystko się między nimi jakoś ułożyło- westchnęła.
|***|
Siedzieliśmy w naszej sypialni. Przy kawie i ciastkach w czekoladzie próbowaliśmy ułożyć sensowny plan.
Mama zajmowała się małym, żebyśmy mogli w spokoju porozmawiać, gdy z dołu usłyszeliśmy rozmowę.
-Co się tam dzieje?- Zapytał zaskoczony Vincent. Wyjrzał za drzwi i przysłuchiwał się przez chwilę.
Zbiegliśmy na dół. W salonie siedział roztrzęsiony chłopak. Malcolm Star.
-Uspokój się i powiedz wszystko od początku- oznajmił mój teść kojącym tonem.
-To... To straszne...- Malcolm wpatrywał się w stojący na stoliku kubek herbaty.- Merri.. Ona ześwirowała. Robi i mówi okropnie dziwne rzeczy...
-To znaczy jakie rzeczy?- Zapytał ostrożnie Paul, a nasi rodzice spojrzeli nań zdziwieni. Ojciec Vincenta wyszedł na ganek.
Malcolm powoli podniósł głowę i wpatrzony w Tannera szepnął:
-Ona robi sobie krzywdę.. Gdy tylko znajdzie coś ostrego.. Powiedziała, że jestem fałszywy i wolę "tę dziwkę"; ale ja... Ja kompletnie nie wiem, o kogo jej chodzi..- zaczął przerażony.
Vincent stojąc prosto wpatrywał się w notes w swoich palcach.
-To musi mieć jakiś związek z nimi- zauważył czytając.
-Kim są Oni?- Zapytała ostrożnie babcia Margaret.
-Myślisz o tym samym, co ja?- Zapytał powoli Paul.
W tej samej chwili sprzed domu usłyszeliśmy przerażony krzyk pana Octavio. Wszyscy wypadliśmy na dwór.
Hiszpan cofał się od świecących w ciemności oczu postaci stojącej między drzewami wiśni.
Biały wilk z szarym pędzlem na puszystym ogonie wyskoczył i pobiegł w tamtą stronę warcząc wrogo.
Tamto coś zaatakowało Paula. Vincent z całych sił starał się uspokoić ojca.
-Lis??!- Malcolm zauważył brak Paula.- Gdzie...?
Wilk i lis walczyły zawzięcie. Ten ostatni wygrywał starcie. Olbrzymi wilk zawył głośno, a po kilku sekundach zaszumiała trawa i zjawiło się kilka nieco większych wilków. Czarny z białą łatą na ślepiu wkroczył w plamę światła padającego z dużych okien i szczeknął krótko, a biały cofnął się chwiejnie.
Malcolm i pan Octavio gapili się na to zajście zaszokowani, moja matka i babcia wręcz osłupiały.
Czarny wilk wlepiał ślepia w tajemnicze zwierzę, które nagle rzuciło się nań.
Wilk warknął i odrywając przeciwnika od swojego futra cisnął nim w mur i zaatakował.
***
Oba zwierzęta nagle się zmieniły. Wilkiem okazał się niski brązowowłosy, a pod postacią lisa krył się...
Fioletowooki dziesięciolatek o czarnych włosach z ognistymi końcówkami. Obaj długo piorunowali się wzrokiem.
-Tak, jak myślałem. To zadupie nie podda się tak łatwo- zauważył dzieciak z lekkim chichotem, na którego dźwięk poczułam lodowaty chłód.
-Czyli to wy za tym wszystkim stoicie; Lisie Śmiecie- rzucił pogardliwie Damon Miller.
-Uważaj, co szczekasz; przerośnięty psie- zasyczał chłopiec nie spuszczając wzroku z Damona.
-Stara śpiewka, hmm? Nie wiem, co kombinujesz; ale właśnie kończymy jedną z twoich gierek; Zetsubō- stwierdził Damon spokojnie.
-Blefujesz- odparł wyzywająco fioletowooki. Zetsubō.- Nic nam nie zrobisz, pffff!- Rzucił śmiejąc się złośliwie.
-Złamaliśmy twoją kekkai- odparł Damon z chłodnym uśmiechem.
-Uso! Ta bariera jest nie do przebicia- odwarknął dzieciak.
-Serio?- Zakpił Damon, a inne wilki zaczęły poszczekiwać, piaskowy zaliczył glebę i tarzał się w piachu poszczekując wesoło.- Chyba nie wiesz, z kim tańczysz, kitsune-kun.- Damon w mgnieniu oka odskoczył, a szary basior rzucił się na lisa, ale ten ratował się ucieczką. Pozostali zaczęli go ścigać, lecz Paul i Damon zostali.
-W porządku?- Spytał Damon wilka.
Kiedy mrugnęłam na miejscu zwierzęcia stał Paul.
-Nic mi nie jest- odparł chłopak.
Malcolm blady, jak truposz gapił się na obu.
-Co.. Co to ma znaczyć?- Zapytał drżącym głosem Octavio Rodriguez.
Paul szturchnął przyjaźnie Damona, który rzucił mu niepewne spojrzenie.
-Miejmy nadzieję- odparł Paul na nieme pytanie, gdy szli ku nam.
-Może pan usiądzie- Zasugerowała mama.
-Dziękuję- odmówił uprzejmie Damon.
-Jest pan ranny- zauważyłam krwawiące ślady po lisich zębiskach. Sięgnęłam po apteczkę i usadziłam go siłą na kanapie.
-To nic takiego- odparł spokojnie.
Nie słuchając go oczyściłam zranienie, które po chwili zniknęło, nie zostawiając po sobie nawet blizny.
-Może nam pan wyjaśnić, o co tu chodzi?- Zapytał powoli Octavio.
Damon westchnął ciężko.
-Raczej powinienem- poprawił uprzejmie.- Jak pewnie wiecie, od jakiegoś czasu w mieście mają miejsce niepokojące wydarzenia- oznajmił z namysłem.
-Wszyscy o tym wiedzą..- przerwał Octavio.
-Spokojnie, ojcze- Vincent spojrzał na ojca.
-Jak mam być spokojny, skoro widzę coś tak...- zaczął jego ojciec poirytowany.
-Zaskakującego? Niewytłumaczalnego?- Damon wbrew sobie uśmiechnął się ledwo zauważalnie. Mój teść i Malcolm wbili w niego dziwne spojrzenie.
-To, kim jestem nie zdarza się wielu osobom- kontynuował opowieść Damon.- Powiedziałbym raczej, że jest cechą rodzinną. Ludzie dotknięci likantropią to osobna społeczność- wyjaśnił- trzymamy się na uboczu, póki nie dzieje się coś takiego, jak tutaj.
-A ten tatuaż?- Zapytała moja matka.
Damon wyprostował przedramię, a oczom zgromadzonych ukazał się piękny łeb wilka z rozwartym pyskiem i płomieniami w ślepiach, mający na szyi obrożę z ozdobnym napisem: "Lupus Carceris".
-Należałem kiedyś do pewnej organizacji zrzeszającej likantropy.- Nazywa się ją Lupus Carceris lub potocznie: Pretoria- odparł Damon.- Niektórzy ludzie nawet nie wiedzą, że mają gen odpowiadający za przemianę w wilka. Pretoria odnajdywała tych ludzi, zanim wpakowaliby się w kłopoty i uczyła panowania nad tą zdolnością...
-A to.. Ten dzieciak..- zaczął przerażony Malcolm.- Czemu chce zniszczyć miasto? Po co?
-To, co się tu dzieje, to jego sprawka- zaczął ostrożnie, acz poważnie Damon.
-Przecież to zwykły dzieciak- zaczęli, nasi rodzice i moja babcia.
-Zwykły dzieciak zmieniający się w lisa?- Barczysty brązowowłosy zmierzył ich uważnym spojrzeniem.- Tak, to nie były żadne przywidzenia- przyznał.
-Tacy, jak oni to kitsune- odezwał się Paul, a reszta spojrzała nań zaskoczona.
-Ki-co?- Zapytał uprzejmie Malcolm.
-Kitsune w japońskim oznacza lisiego ducha- wytłumaczył Damon.
Od uchylonych drzwi dało się słyszeć silnik samochodu i cichą pieśń żałobną.
-Chyba ktoś się przekręcił przez tego Zetsubō- zauważyła moja babcia.
-Czemu tak pani sądzi?- Zaniepokoił się Malcolm.
-Bo wpadł do nas słynny Undertaker- wyjaśniłam.
Sebastian zaśmiał się do swoich myśli idąc w stronę domu.
-Aż tak słynny to ja nie jestem- zapukał we framugę drzwi.- Dobry wieczór wszystkim.
-Nie powiedziałbym, że dobry- zauważył Octavio.
-Racja, przeklęte kitsune- westchnął ciężko Roberts.- Ta robota nigdy się nie skończy. Kolejne trzy osoby nie żyją..
-Kto tym razem?- Zapytał z niepokojem Paul.
-Beth Hornett: lat sześćdziesiąt dwa; Hannah Coleman: lat osiemnaście- w tym momencie Malcolm zerwał się na równe nogi- i Christian Salvator: lat trzydzieści dziewięć.
Vincent zastygł na chwilę w bezruchu.
-Coś mi mówi to ostatnie nazwisko- zauważył równocześnie z Damonem.
-To ta sama osoba- potwierdził Undertaker spokojnie.
-Co to za tajemnice?- Zapytał powoli mój teść.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Gadaliśmy od niechcenia, gdy niespodziewanie zadzwonił mój telefon. Odebrałam.
-Słucham, Angello- rzuciłam krótko.
-Dzwonił Lucas. Podobno Salvator nie żyje- odezwał się w głośniku głos przewodniczącego.
-Lucas go załatwił, czy..?- Zapytałam powoli.
-Nie. Musiał to zrobić ktoś inny- odparł Angello zamyślony.- Sprawdź maila; Lucas mówił, że prześle nam nagranie z tego incydentu.
Wzięłam laptopa i logując się na pocztę spytałam:
-Lockwood ma jakieś podejrzenia co do tej sytuacji?- Rzuciłam ściągając wideo załączone w mailu.
-Twierdzi, że mogło to być otrucie..- zauważył Angello.
-Jak to?- Zdziwiłam się, czytając raport Lucasa Lockwood.
-Przejrzyj nagranie; to naprawdę dziwna sprawa.- Powiedział Angello.
-W porządku, skontaktuję się z tobą, jeśli trafię na coś ważnego. Do usłyszenia, Angello- pożegnałam się.
-Narazie- rzucił.
-W porządku?- Spytał Damon wilka.
Kiedy mrugnęłam na miejscu zwierzęcia stał Paul.
-Nic mi nie jest- odparł chłopak.
Malcolm blady, jak truposz gapił się na obu.
-Co.. Co to ma znaczyć?- Zapytał drżącym głosem Octavio Rodriguez.
Paul szturchnął przyjaźnie Damona, który rzucił mu niepewne spojrzenie.
-Miejmy nadzieję- odparł Paul na nieme pytanie, gdy szli ku nam.
-Może pan usiądzie- Zasugerowała mama.
-Dziękuję- odmówił uprzejmie Damon.
-Jest pan ranny- zauważyłam krwawiące ślady po lisich zębiskach. Sięgnęłam po apteczkę i usadziłam go siłą na kanapie.
-To nic takiego- odparł spokojnie.
Nie słuchając go oczyściłam zranienie, które po chwili zniknęło, nie zostawiając po sobie nawet blizny.
-Może nam pan wyjaśnić, o co tu chodzi?- Zapytał powoli Octavio.
Damon westchnął ciężko.
-Raczej powinienem- poprawił uprzejmie.- Jak pewnie wiecie, od jakiegoś czasu w mieście mają miejsce niepokojące wydarzenia- oznajmił z namysłem.
-Wszyscy o tym wiedzą..- przerwał Octavio.
-Spokojnie, ojcze- Vincent spojrzał na ojca.
-Jak mam być spokojny, skoro widzę coś tak...- zaczął jego ojciec poirytowany.
-Zaskakującego? Niewytłumaczalnego?- Damon wbrew sobie uśmiechnął się ledwo zauważalnie. Mój teść i Malcolm wbili w niego dziwne spojrzenie.
-To, kim jestem nie zdarza się wielu osobom- kontynuował opowieść Damon.- Powiedziałbym raczej, że jest cechą rodzinną. Ludzie dotknięci likantropią to osobna społeczność- wyjaśnił- trzymamy się na uboczu, póki nie dzieje się coś takiego, jak tutaj.
-A ten tatuaż?- Zapytała moja matka.
Damon wyprostował przedramię, a oczom zgromadzonych ukazał się piękny łeb wilka z rozwartym pyskiem i płomieniami w ślepiach, mający na szyi obrożę z ozdobnym napisem: "Lupus Carceris".
-Należałem kiedyś do pewnej organizacji zrzeszającej likantropy.- Nazywa się ją Lupus Carceris lub potocznie: Pretoria- odparł Damon.- Niektórzy ludzie nawet nie wiedzą, że mają gen odpowiadający za przemianę w wilka. Pretoria odnajdywała tych ludzi, zanim wpakowaliby się w kłopoty i uczyła panowania nad tą zdolnością...
-A to.. Ten dzieciak..- zaczął przerażony Malcolm.- Czemu chce zniszczyć miasto? Po co?
-To, co się tu dzieje, to jego sprawka- zaczął ostrożnie, acz poważnie Damon.
-Przecież to zwykły dzieciak- zaczęli, nasi rodzice i moja babcia.
-Zwykły dzieciak zmieniający się w lisa?- Barczysty brązowowłosy zmierzył ich uważnym spojrzeniem.- Tak, to nie były żadne przywidzenia- przyznał.
-Tacy, jak oni to kitsune- odezwał się Paul, a reszta spojrzała nań zaskoczona.
-Ki-co?- Zapytał uprzejmie Malcolm.
-Kitsune w japońskim oznacza lisiego ducha- wytłumaczył Damon.
Od uchylonych drzwi dało się słyszeć silnik samochodu i cichą pieśń żałobną.
-Chyba ktoś się przekręcił przez tego Zetsubō- zauważyła moja babcia.
-Czemu tak pani sądzi?- Zaniepokoił się Malcolm.
-Bo wpadł do nas słynny Undertaker- wyjaśniłam.
Sebastian zaśmiał się do swoich myśli idąc w stronę domu.
-Aż tak słynny to ja nie jestem- zapukał we framugę drzwi.- Dobry wieczór wszystkim.
-Nie powiedziałbym, że dobry- zauważył Octavio.
-Racja, przeklęte kitsune- westchnął ciężko Roberts.- Ta robota nigdy się nie skończy. Kolejne trzy osoby nie żyją..
-Kto tym razem?- Zapytał z niepokojem Paul.
-Beth Hornett: lat sześćdziesiąt dwa; Hannah Coleman: lat osiemnaście- w tym momencie Malcolm zerwał się na równe nogi- i Christian Salvator: lat trzydzieści dziewięć.
Vincent zastygł na chwilę w bezruchu.
-Coś mi mówi to ostatnie nazwisko- zauważył równocześnie z Damonem.
-To ta sama osoba- potwierdził Undertaker spokojnie.
-Co to za tajemnice?- Zapytał powoli mój teść.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Gadaliśmy od niechcenia, gdy niespodziewanie zadzwonił mój telefon. Odebrałam.
-Słucham, Angello- rzuciłam krótko.
-Dzwonił Lucas. Podobno Salvator nie żyje- odezwał się w głośniku głos przewodniczącego.
-Lucas go załatwił, czy..?- Zapytałam powoli.
-Nie. Musiał to zrobić ktoś inny- odparł Angello zamyślony.- Sprawdź maila; Lucas mówił, że prześle nam nagranie z tego incydentu.
Wzięłam laptopa i logując się na pocztę spytałam:
-Lockwood ma jakieś podejrzenia co do tej sytuacji?- Rzuciłam ściągając wideo załączone w mailu.
-Twierdzi, że mogło to być otrucie..- zauważył Angello.
-Jak to?- Zdziwiłam się, czytając raport Lucasa Lockwood.
-Przejrzyj nagranie; to naprawdę dziwna sprawa.- Powiedział Angello.
-W porządku, skontaktuję się z tobą, jeśli trafię na coś ważnego. Do usłyszenia, Angello- pożegnałam się.
-Narazie- rzucił.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz