-Tori rozmawialiśmy już o tym- odezwał się Vincent obejmując mnie delikatnie.
-Chcę wrócić do szkoły- powiedziałam cicho patrząc na śpiącego malca.
-A kto się zajmie Bubu?- Zapytał rozsądnie.
Nazywaliśmy małego pieszczotliwie Bubu, bo miał taką pucołowatą buzię, lubił mini piłkę do kosza i w ogóle był taki słodki.
-My możemy się zajmować Bubusiem- od odpowiedzi uratowała mnie matka.
-Ale..- Vincent nadal miał pewne opory, jakby bał się, że to wszystko skończy się jakąś katastrofą.
-Caramelo, chyba znamy się na dzieciach; skoro każde z nas wychowało was na ludzi- zauważył mój teść, pan Octavio. Jakoś nie potrafiłam powiedzieć doń "tato"; chyba trochę mnie to zawstydzało.
-A jeśli mały zacznie świrować..?- Zaniepokoił się.
-W porównaniu z tobą, to aniołeczek- stwierdził ze śmiechem Octavio.
-Zresztą będzie wam raźniej razem..- zasugerowała moja matka.
Vincent westchnął. Patrząc na małego rozmyślał.
-No, dobrze..- zgodził się w końcu.- Chyba macie rację...
***
Poranek.
Poczułam jego umięśnione ramiona i całusa w policzek.
-Seksownie ci w tym mundurku, Kotku- szepnął mi do ucha.
-Tęskniłam za tym, wiesz?- Rzuciłam patrząc na jego odbicie w lustrze. Te czarne jak smoła włosy, ogorzała przystojna twarz i ciemne oczy w barwie palonej kawy były takie cudowne.
-Za stęchłymi murami tej zapchlonej budy?- Zakpił.
-To w tej "zapchlonej budzie" cię poznałam- odparłam uśmiechając się do wspomnień.
-Poznałaś takiego jednego kretyna- odpowiedział ponuro.- Zmieniłem się.
-Lubiłam patrzeć na twój złamany nos i w ogóle. Wydawałeś się taki męski i..- zauważyłam.- Teraz myślę, że to było trochę dziecinne z mojej strony..
-Czemu?- Zapytał obracając mnie do siebie.
-Bo... Teraz jesteś męski przez duże M- stwierdziłam z namysłem, szczerząc się w szerokim uśmiechu.
-Naprawdę?- Spytał niepewnie.
-Pewnie, że tak.. Widzę, jak się o nas troszczysz. Mały się chichra, jak się z nim bawisz. Normalnie facet, jak się patrzy. I jeszcze do tego ten facet to mój mąż- odezwałam się z dumą.
Przytulił mnie mocno do siebie, całując we włosy.
-Kotku.. Nie słódź mi tak, bo się zaraz rozpłynę- zażartował ze śmiechem.
-To cała prawda; Misiaku- odparłam wesoło, wychodząc z łazienki klepnęłam go w tyłek.
-Aż ty...! Brakowało ci tego, co?- Spytał lekko spoglądając na mnie przez ramię.
-Przepraszam... Nie mogłam się powstrzymać..- odpowiedziałam chichocząc.
-Miles..?- Collins była wyraźnie zaskoczona moim widokiem.
-Dzień dobry, pani profesor- odparłam z humorem, mijając naszą wychowawczynię.
-Tanner, tygrysku!- Zarechotałam szturchając go mocno.
Paul znieruchomiał na dźwięk głosu i przywalił sobie drzwiczkami szafki.
-Auuu.. Czemu zawsze ja??- Jęknął. Przyciągając mnie przytulił mocno.- Fajnie cię znów widzieć; Miles... Och, przepraszam: pani Rodriguez- poprawił wypuszczając mnie z uścisku.- Jak tam pieluchy, smoki, i grzechotniki?- Zapytał żartobliwie.
-Świetnie. Mały znów pokazał, że potrafi rozwalić mi system- Miałam dziś mega humor.- A gdzie "doktor Jeckyll"?- Zdziwiłam się.
-W Hiszpanii. Wymiana międzyszkolna- wyjaśnił Paul z ironią.
Francuski..
Maxime na mój widok prawie upuściła stos książek.
-Miles.. Co ty tu robisz?- Zdumiała się.
-Wróciłam do szkoły; pani profesor- odpowiedziałam uprzejmie.
Tak mnie witają, jakby nikt się mnie tu nie spodziewał- pomyślałam z lekkim niepokojem.
W tym momencie przenoszę się gdzie indziej i widzę...
Widzę samą siebie leżącą na drodze i kierowcę osobówki. Reanimuje mnie!.
Przez tłum przepychają się Vincent z Paulem. Gdzieś słychać syrenę ambulansu.
Vincent dobiegł i osunął się na asfalt tuż przy nieruchomej mnie.
-Nie zauważyłem jej.. Wybiegła mi tuż przed maskę.. Oddychaj. Oddychaj, dziewczyno..- Szepnął zdesperowany nadal mnie reanimując.
Vincent zbladł. Ambulans zatrzymał się, a ratownicy i lekarz podbiegli. Po chwili znalazła się też policja.
-Ratujcie moją żonę..- powtarzał dryblas błagalnie, ze łzami w oczach.
Ratownicy przejeli mnie i podjęli próbę.
-Defibrylator i adrenalina; migiem!- Rzucił zdenerwowany lekarz. Ratownicy wykonali polecenia.
-Cofnijcie się. Strzelam- ciało zadrżało dziwnie. Facet zaklął, ale próbował dalej.
-Nie żyje..- powiedział opuszczając ręce.
Paul odciągnął Vincenta zakładając mu chwyt.
-Puść mnie!- Warknął śniady chłopak wyrywając się. W końcu uwolnił się z rąk Paula i rozejrzał się po grupie ludzi. Jakiś koleś robił zdjęcia.
-Na co się, kurwa, gapicie?!- Warknął z bezsilną wściekłością. Koleś z aparatem dostał z pięści.- Za sekundę ma cię tu nie być, bo inaczej skończysz w szpitalu- wyrwał mu z ręki aparat.- Wynocha! Wszyscy wynocha!- rzucił aparat do jednego z policjantów.
-Vincent..- Zaczął cicho Paul.
Hiszpan minął go bez słowa. Wziął bezwładne ciało i przytulając je mocno zaczął bezgłośnie płakać.
-Kotku.. Nie rób nam tego.. Nie zostawiaj mnie tu..- szeptał z bólem.
Chciałam go objąć, dać znak że jestem tuż obok; ale gdy chciałam go dotknąć..
moja ręka przeszła przez niego.
Nie widział mnie, ani nie słyszał, a ja bezsilnie patrzyłam jak obejmując martwą osóbkę cierpi...
Ludzie stali w milczeniu. Jeden z policjantów położył dłoń na ramieniu chłopaka.
-Zostaw mnie- powiedział rozpaczliwie Vincent, głaszcząc policzek nieruchomej postaci.
-Pana żona nie żyje, przykro mi..- powiedział ze współczuciem.
Vincent bardzo delikatnie ułożył ciało na asfalcie i spojrzał na nieruchomą zrozpaczony. Paul stał z boku z oczami utkwionymi w asfalcie.
-Musi pan pojechać z nami..- powiedział łagodnie policjant.
-Po co?- Zapytał apatycznie chłopak.
-Ta dziewczyna była pańską żoną i...
-Jest moją żoną- poprawił nadal tym spokojnym tonem.
Nagły płacz sprawił, że Vincent bardzo powoli podniósł głowę. Zerwał się na nogi i przebiegając na drugą stronę jezdni znalazł się przy niebieskim wózku. Blady, jak prześcieradło zajrzał do środka i wziął chłopca na ręce.
-"Zaraz będę w domu; Mi.." Misiaku..- Dokończył sms-a cicho. Zaczął kołysać płaczącego malucha. Zaskoczeni policjanci i lekarz z karetki patrzyli; jak przekazał dziecko Paulowi, podszedł do kierowcy i uderzył go mocno.
Policjanci chcieli go obezwładnić, ale facet ruchem dłoni ich powstrzymał.
-Jeśli to ma ci pomóc wal, ile chcesz- powiedział tym samym dziwnie apatycznym tonem.
Vincent powoli się odsunął i opuścił ręce. Bez słowa odebrał malca i przytulił go delikatnie.
Stałam tam niewidoczna dla nikogo i zastanawiałam się, dlaczego nie pamiętam nic sprzed chwili. Jakim cudem nie czułam uderzenia..? Jak pchnęłam wózek z moim małym Bubu..?
Czemu nie żyję...?
Zrywam się ze snu słysząc płacz.. Przez chwilę nie wiem, gdzie jestem..
Przecieram zaspane oczy i patrzę wokół błędnym wzrokiem..
Vincent chodził z małym po pokoju próbując go ukołysać.
-Jest głodny..- zrywam się, jak oparzona.
-Tori..- Vincent aż podskoczył na dźwięk mojego głosu.
-Daj mi tego żarłoka- musiałam się czymś zająć, żeby zapomnieć o tym cholernym koszmarze.
-Trzęsiesz się..- Zauważył, że coś jest ze mną nie w porządku. Przysunął mi dłoń do czoła..
Vincent Rodriguez kapitan szkolnej drużyny koszykówki; licealista drugiego roku.
-Nie masz gorączki.. Co się stało; Kotku?- Zapytałem podając jej Bubu, wziąłem ją w ramiona.
Zaczęła karmić malucha. Długo milczała, jakby bała się mi powiedzieć; co jej się śniło.
-To nic.. Tylko głupi sen- odparła dziwnie wesołym tonem i zaśmiała się, ale ten śmiech był taki pusty i strasznie sztuczny.
-Mi Corazòn... Que paso?- szepnąłem zmartwiony.- Co ci się śniło..?
Westchnęła ciężko przymykając oczy i wtuliła się mocno.
-To tylko głupi sen..- upierała się cicho.- Nie chcę, żebyś się martwił..
-Jak tak mówisz martwię się jeszcze bardziej- odpowiedziałem łagodnie.
-To głupie.. Śniło mi się, że.. Że umarłam..- w tych oczach zaszkliły się łzy.
Znieruchomiałem na dłuższą chwilę. Przeszedł mnie lodowaty dreszcz. Niekontrolowanie zacząłem szczękać zębami z przerażenia.
-J-Ja-k-k?- Zapytałem z trudem.
-Ktoś mnie p-potrącił..- Zająknęła się.
Przytuliłem ją mocno do siebie, próbując wziąć się w garść. Poczułem obezwładniający mnie strach. Bałem się o nią. Jeśli coś by jej się stało, po prostu bym się załamał..
-Mi Corazòn..- Powiedziałem drżącym głosem.
-Nie bój się.. To tylko sen..- odparła chcąc mnie uspokoić.- Zamierzam żyć jeszcze dłuuuugo, długo..- próbowała obrócić to wszystko w żart.- Wszystko będzie dobrze, Misiaku..
Wstałem i ruszyłem w stronę drzwi pokoju.
-Dokąd idziesz..?- Zaniepokoiła się.
-Zaraz przyjdę..- odparłem niezbyt przytomnie.
Zszedłem do salonu i biorąc szklaneczkę nalałem trochę whisky.
Drżącą dłonią przytknąłem ją do ust i przechyliłem. Alkohol zapiekł w gardle.
-Vincent, co się dzieje?- Zapytał za mną ojciec.
Bez wahania polałem drugą szklaneczkę i wypiłem duszkiem.
-Upijesz się- powiedział z niepokojem w naszym języku.
-Mogę cię o coś zapytać...?- Zacząłem niepewnie, odstawiając szkło.
-Nie ma takiej rzeczy, o którą byś nie mógł, Caramelo- odparł zaskoczony.
-Czy.. Czy kiedyś, bałeś się; że coś stracisz?- Nie chciałem przywoływać złych wspomnień.
-Często tak było- odparł spokojnie, idąc ku mnie.- Dlaczego pytasz?
-Tori miała sen.. Śniło jej się, że.. Że zginęła potrącona przez samochód- odparłem cicho.
Ojciec pobladł i szybko się przeżegnał.
-Boże broń i uchowaj..- powiedział poważnie, a między nami zapadła chwila ciszy. Objął mnie ramieniem i przygarnął lekko.- Jesteś już dorosły..- odezwał się nieco zakłopotany.
-To nie znaczy, że już cię nie potrzebuję- odparłem cicho obejmując ojca.- Dziękuję ci.
-Za co?- Zapytał zaskoczony.
-Za to, że jesteś wystarczy?- Rzuciłem uśmiechając się.
-Od kiedy jesteś z Tori częściej się śmiejesz..- odparł ciepło.- Trzymaj tak dalej; Caramelo- dodał z humorem.
-Vincent.. Nie jesteś na mnie zły, co nie?- Spytała cicho, gdy wszedłem do sypialni.
-Za co miałbym być zły?- Zapytałem zaskoczony.
-No... Widziałam, że cię wystraszyłam..- odparła cicho.
-Trochę- przyznałem niechętnie.
Pociągnęła nosem.
-Co..?- Zapytałem czując w powietrzu kłótnię.
-Nic. Wiem, że się zdenerwowałeś- pocałowała mnie lekko.
-Pewnie jesteś wkurzona..- zacząłem ostrożnie.
-Nie jestem, mój ty Misiaku- objęła mnie mocno.- Wiem, że się o nas boisz.. Doceniam to i naprawdę cholernie cię kocham..
-Ja ciebie też, bardzo..
-Jak bardzo?- Spytała z zaciekawieniem.
-Bardzo-bardzo; Kotku- ucałowałem ją lekko.
-Jejku.. Bosko- rzuciła z rozmarzeniem swoje słynne powiedzonko. Pod wpływem jej tonu nawet ta okropna piżama wydawała mi się ładniejsza.
Staliśmy przy łóżeczku. Mały leżał i gapił się na mnie robiąc miny.
-Słodziusi jesteś- zwróciłem się do malca. Złapał moją dłoń i zaczął się bawić.- Mój mały Misio-pysio...
-Dziecinniejesz- Zarechotała moja żonka, szturchając mnie wesoło.
-Chciałabyś- rzuciłem ironicznie.
-No, pomarzyć dobra rzecz- zażartowała.
-Callisto miała rację.. Masz trochę nierówno pod sufitem- Stwierdziłem ze śmiechem.
-Oj, tak.. Tylko jeszcze nie wiesz, na co mnie stać- rzuciła.
-Nie strasz, nie strasz, mała- zachichotałem.
-Nie jestem mała. Mów mi: niska- prychnęła udając urażoną.
-Dobrze; Smerfetko- przekomarzałem się z nią.
-Osz ty, Gargamelu- dała mi całusa.
Mały patrzył na nas zaciekawionym wzrokiem, strzelając te swoje minki.
Tori Miles; Królowa Ogólniaka.
Vincent wziął gitarę, a mały na widok starego instrumentu zaczął się wiercić i chichrać.
-Dzisiaj tata kołysze tego Misia-pysia- połaskotał chłopczyka, który chichrał się perliście. Pocałował lekko chłopca i zaczął grać coś lekkiego, nucąc w swoim ojczystym języku.
Vincent Rodriguez, kapitan szkolnej drużyny koszykówki; licealista drugiego roku.
-Kurczę.. Ale przyciął komara- szepnęła zdumiona Tori.- A ja myślałam, że ta gitara to tylko tak do picu..
-Nie lubiłem grać, ale to długa historia; jeszcze z czasów Hiszpanii- odparłem, odkładając starą gitarę.
-Lubię te twoje "długie historie"- Zauważyła z zainteresowaniem.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Siedzieliśmy z Cally na schodach w Kwaterze Głównej i rozmawialiśmy od niechcenia; gdy usłyszałem z góry ostre gitarowe brzmienie. Melodia, choć miała pazur, była nawet przyjemna.
-Czyżby to kolejne jazdo-zwidy?- Mruknęła do swoich myśli.
-Chodzi ci o tę gitarę?- Spytałem, a ona przytaknęła skinieniem.
-Zamknij struny, Miguel! Wkurwiasz mnie- jęknął z irytacją Dámen.
-To zwiń dupę i spadaj na bambus!- w tym momencie z instrumentu wyszedł rockowy...
-Zajebiaszczy warczopisk- stwierdziła Callisto wyraźnie zaintrygowana.
-"Warczopisk"?- Zdziwiłem się.
-No, to.. To przed chwilą...- stwierdziła nie do końca wiedząc, jak nazwać ten odgłos.
-Aaaa- zajarzyłem, że chodziło jej o riff.
-Zero spokoju- jęknął Dámen idąc do swojej sypialni, wsadził w uszy zatyczki.- I weź się tu ucz na sprawdzian...- mruknął.
-Taaa i tak nas wszystkich ujebie, cholerny Antyczny Wieloryb- rzucił trzeci z ekipy Vegi, imieniem Tiberius.- Rozwalasz mi system, człowieku... Para pa pa! Pffffrr! Szczyt zajebistości, normalnie- stwierdził kpiąco.
-Ten szczyl stale ryje mi we łbie..- stwierdził kwaśno Vega.- Nawet nie dorasta Mu do pięt- stwierdził jakby ten On był gitarowym Bogiem.- Jak to szło..?
Wtedy odezwała się hiszpańska gitara, grając melodię, którą skądś kojarzyłem..
-Ej.. Skądś to znam..- zaczęła Callisto.
-Dziwne, bo ja chyba też..- stwierdziłem zaskoczony.
-Pieprzony grajek z bożej łaski- zaklął Tiberius, zapodając w coś kopa, grał dalej tę melodię.- Nawet w jednej dziesiątej nie dorównuje Vincentowi.
-To już siedem lat, jak leżymy i kwiczymy...- stwierdził Vega z wisielczym humorem.
-Poczekaj.. Publika nas dobije..
-Zamknijcie paszcze. Słuchać tych smutów nie można..- Chwila ciszy.- Na rozpierdoloną gitarę mojej babci..- wymamrotała Anne rozanielona, jakby zobaczyła swoją Nirvanę.
-Muszę to zobaczyć.. Choć nie rozumiem z tego ni huja- rzuciła turkusowooka biegnąc po schodach.
-Czekaj!- Rzuciłem biegnąc za nią.
Nadal ta znajoma melodia, wwiercająca mi się w uszy...
-O żesz w dupę wasza zapierdolona mać...!- powiedziała w głębokim oszołomieniu Callisto Raven gapiąc się wgłąb pokoiku.
-Qué paso?- Zdziwiony Vega gapił się na mnie pytająco.
-Callisto? Cally?- Pomachałem jej ręką przed nosem.
Zero reakcji.
Oczy, jak piłki do nogi, a kopara opadnięta na maxa.
-Zawiecha? Zno..?- Podążyłem za jej wzrokiem i poraz drugi w moim życiu szczęka dotknęła podłogi.
-Co, do huja..?- Rzuciłem po hiszpańsku zdumiony widokiem znajomej twarzy na zdjęciu. Bez wątpienia była to facjata Vincenta Rodrigueza..
-A wam co?- Tiberius zdawał się zaskoczony.
-Crash systemu- potrząsnąłem szybko głową, budząc się z tej giga zawiechy.- Callisto. Callisto reset wal.! Reset.!- pstryknąłem jej palcami przed nosem.
-C-Co?- Czarnowłosa zamrugała i powoli zamknęła usta.- Zgubiłam wątek.. Sorry.
-Co się tak gapicie, jakbyście ducha...?- Zaczął Vega.
-Ten chłopak.. Jak się nazywa?- Przerwałem wskazując zdjęcie w centrum mini galeryjki.
Ludzie stali w milczeniu. Jeden z policjantów położył dłoń na ramieniu chłopaka.
-Zostaw mnie- powiedział rozpaczliwie Vincent, głaszcząc policzek nieruchomej postaci.
-Pana żona nie żyje, przykro mi..- powiedział ze współczuciem.
Vincent bardzo delikatnie ułożył ciało na asfalcie i spojrzał na nieruchomą zrozpaczony. Paul stał z boku z oczami utkwionymi w asfalcie.
-Musi pan pojechać z nami..- powiedział łagodnie policjant.
-Po co?- Zapytał apatycznie chłopak.
-Ta dziewczyna była pańską żoną i...
-Jest moją żoną- poprawił nadal tym spokojnym tonem.
Nagły płacz sprawił, że Vincent bardzo powoli podniósł głowę. Zerwał się na nogi i przebiegając na drugą stronę jezdni znalazł się przy niebieskim wózku. Blady, jak prześcieradło zajrzał do środka i wziął chłopca na ręce.
-"Zaraz będę w domu; Mi.." Misiaku..- Dokończył sms-a cicho. Zaczął kołysać płaczącego malucha. Zaskoczeni policjanci i lekarz z karetki patrzyli; jak przekazał dziecko Paulowi, podszedł do kierowcy i uderzył go mocno.
Policjanci chcieli go obezwładnić, ale facet ruchem dłoni ich powstrzymał.
-Jeśli to ma ci pomóc wal, ile chcesz- powiedział tym samym dziwnie apatycznym tonem.
Vincent powoli się odsunął i opuścił ręce. Bez słowa odebrał malca i przytulił go delikatnie.
Stałam tam niewidoczna dla nikogo i zastanawiałam się, dlaczego nie pamiętam nic sprzed chwili. Jakim cudem nie czułam uderzenia..? Jak pchnęłam wózek z moim małym Bubu..?
Czemu nie żyję...?
Zrywam się ze snu słysząc płacz.. Przez chwilę nie wiem, gdzie jestem..
Przecieram zaspane oczy i patrzę wokół błędnym wzrokiem..
Vincent chodził z małym po pokoju próbując go ukołysać.
-Jest głodny..- zrywam się, jak oparzona.
-Tori..- Vincent aż podskoczył na dźwięk mojego głosu.
-Daj mi tego żarłoka- musiałam się czymś zająć, żeby zapomnieć o tym cholernym koszmarze.
-Trzęsiesz się..- Zauważył, że coś jest ze mną nie w porządku. Przysunął mi dłoń do czoła..
Vincent Rodriguez kapitan szkolnej drużyny koszykówki; licealista drugiego roku.
-Nie masz gorączki.. Co się stało; Kotku?- Zapytałem podając jej Bubu, wziąłem ją w ramiona.
Zaczęła karmić malucha. Długo milczała, jakby bała się mi powiedzieć; co jej się śniło.
-To nic.. Tylko głupi sen- odparła dziwnie wesołym tonem i zaśmiała się, ale ten śmiech był taki pusty i strasznie sztuczny.
-Mi Corazòn... Que paso?- szepnąłem zmartwiony.- Co ci się śniło..?
Westchnęła ciężko przymykając oczy i wtuliła się mocno.
-To tylko głupi sen..- upierała się cicho.- Nie chcę, żebyś się martwił..
-Jak tak mówisz martwię się jeszcze bardziej- odpowiedziałem łagodnie.
-To głupie.. Śniło mi się, że.. Że umarłam..- w tych oczach zaszkliły się łzy.
Znieruchomiałem na dłuższą chwilę. Przeszedł mnie lodowaty dreszcz. Niekontrolowanie zacząłem szczękać zębami z przerażenia.
-J-Ja-k-k?- Zapytałem z trudem.
-Ktoś mnie p-potrącił..- Zająknęła się.
Przytuliłem ją mocno do siebie, próbując wziąć się w garść. Poczułem obezwładniający mnie strach. Bałem się o nią. Jeśli coś by jej się stało, po prostu bym się załamał..
-Mi Corazòn..- Powiedziałem drżącym głosem.
-Nie bój się.. To tylko sen..- odparła chcąc mnie uspokoić.- Zamierzam żyć jeszcze dłuuuugo, długo..- próbowała obrócić to wszystko w żart.- Wszystko będzie dobrze, Misiaku..
Wstałem i ruszyłem w stronę drzwi pokoju.
-Dokąd idziesz..?- Zaniepokoiła się.
-Zaraz przyjdę..- odparłem niezbyt przytomnie.
Zszedłem do salonu i biorąc szklaneczkę nalałem trochę whisky.
Drżącą dłonią przytknąłem ją do ust i przechyliłem. Alkohol zapiekł w gardle.
-Vincent, co się dzieje?- Zapytał za mną ojciec.
Bez wahania polałem drugą szklaneczkę i wypiłem duszkiem.
-Upijesz się- powiedział z niepokojem w naszym języku.
-Mogę cię o coś zapytać...?- Zacząłem niepewnie, odstawiając szkło.
-Nie ma takiej rzeczy, o którą byś nie mógł, Caramelo- odparł zaskoczony.
-Czy.. Czy kiedyś, bałeś się; że coś stracisz?- Nie chciałem przywoływać złych wspomnień.
-Często tak było- odparł spokojnie, idąc ku mnie.- Dlaczego pytasz?
-Tori miała sen.. Śniło jej się, że.. Że zginęła potrącona przez samochód- odparłem cicho.
Ojciec pobladł i szybko się przeżegnał.
-Boże broń i uchowaj..- powiedział poważnie, a między nami zapadła chwila ciszy. Objął mnie ramieniem i przygarnął lekko.- Jesteś już dorosły..- odezwał się nieco zakłopotany.
-To nie znaczy, że już cię nie potrzebuję- odparłem cicho obejmując ojca.- Dziękuję ci.
-Za co?- Zapytał zaskoczony.
-Za to, że jesteś wystarczy?- Rzuciłem uśmiechając się.
-Od kiedy jesteś z Tori częściej się śmiejesz..- odparł ciepło.- Trzymaj tak dalej; Caramelo- dodał z humorem.
-Vincent.. Nie jesteś na mnie zły, co nie?- Spytała cicho, gdy wszedłem do sypialni.
-Za co miałbym być zły?- Zapytałem zaskoczony.
-No... Widziałam, że cię wystraszyłam..- odparła cicho.
-Trochę- przyznałem niechętnie.
Pociągnęła nosem.
-Co..?- Zapytałem czując w powietrzu kłótnię.
-Nic. Wiem, że się zdenerwowałeś- pocałowała mnie lekko.
-Pewnie jesteś wkurzona..- zacząłem ostrożnie.
-Nie jestem, mój ty Misiaku- objęła mnie mocno.- Wiem, że się o nas boisz.. Doceniam to i naprawdę cholernie cię kocham..
-Ja ciebie też, bardzo..
-Jak bardzo?- Spytała z zaciekawieniem.
-Bardzo-bardzo; Kotku- ucałowałem ją lekko.
-Jejku.. Bosko- rzuciła z rozmarzeniem swoje słynne powiedzonko. Pod wpływem jej tonu nawet ta okropna piżama wydawała mi się ładniejsza.
Staliśmy przy łóżeczku. Mały leżał i gapił się na mnie robiąc miny.
-Słodziusi jesteś- zwróciłem się do malca. Złapał moją dłoń i zaczął się bawić.- Mój mały Misio-pysio...
-Dziecinniejesz- Zarechotała moja żonka, szturchając mnie wesoło.
-Chciałabyś- rzuciłem ironicznie.
-No, pomarzyć dobra rzecz- zażartowała.
-Callisto miała rację.. Masz trochę nierówno pod sufitem- Stwierdziłem ze śmiechem.
-Oj, tak.. Tylko jeszcze nie wiesz, na co mnie stać- rzuciła.
-Nie strasz, nie strasz, mała- zachichotałem.
-Nie jestem mała. Mów mi: niska- prychnęła udając urażoną.
-Dobrze; Smerfetko- przekomarzałem się z nią.
-Osz ty, Gargamelu- dała mi całusa.
Mały patrzył na nas zaciekawionym wzrokiem, strzelając te swoje minki.
Tori Miles; Królowa Ogólniaka.
Vincent wziął gitarę, a mały na widok starego instrumentu zaczął się wiercić i chichrać.
-Dzisiaj tata kołysze tego Misia-pysia- połaskotał chłopczyka, który chichrał się perliście. Pocałował lekko chłopca i zaczął grać coś lekkiego, nucąc w swoim ojczystym języku.
Vincent Rodriguez, kapitan szkolnej drużyny koszykówki; licealista drugiego roku.
-Kurczę.. Ale przyciął komara- szepnęła zdumiona Tori.- A ja myślałam, że ta gitara to tylko tak do picu..
-Nie lubiłem grać, ale to długa historia; jeszcze z czasów Hiszpanii- odparłem, odkładając starą gitarę.
-Lubię te twoje "długie historie"- Zauważyła z zainteresowaniem.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Siedzieliśmy z Cally na schodach w Kwaterze Głównej i rozmawialiśmy od niechcenia; gdy usłyszałem z góry ostre gitarowe brzmienie. Melodia, choć miała pazur, była nawet przyjemna.
-Czyżby to kolejne jazdo-zwidy?- Mruknęła do swoich myśli.
-Chodzi ci o tę gitarę?- Spytałem, a ona przytaknęła skinieniem.
-Zamknij struny, Miguel! Wkurwiasz mnie- jęknął z irytacją Dámen.
-To zwiń dupę i spadaj na bambus!- w tym momencie z instrumentu wyszedł rockowy...
-Zajebiaszczy warczopisk- stwierdziła Callisto wyraźnie zaintrygowana.
-"Warczopisk"?- Zdziwiłem się.
-No, to.. To przed chwilą...- stwierdziła nie do końca wiedząc, jak nazwać ten odgłos.
-Aaaa- zajarzyłem, że chodziło jej o riff.
-Zero spokoju- jęknął Dámen idąc do swojej sypialni, wsadził w uszy zatyczki.- I weź się tu ucz na sprawdzian...- mruknął.
-Taaa i tak nas wszystkich ujebie, cholerny Antyczny Wieloryb- rzucił trzeci z ekipy Vegi, imieniem Tiberius.- Rozwalasz mi system, człowieku... Para pa pa! Pffffrr! Szczyt zajebistości, normalnie- stwierdził kpiąco.
-Ten szczyl stale ryje mi we łbie..- stwierdził kwaśno Vega.- Nawet nie dorasta Mu do pięt- stwierdził jakby ten On był gitarowym Bogiem.- Jak to szło..?
Wtedy odezwała się hiszpańska gitara, grając melodię, którą skądś kojarzyłem..
-Ej.. Skądś to znam..- zaczęła Callisto.
-Dziwne, bo ja chyba też..- stwierdziłem zaskoczony.
-Pieprzony grajek z bożej łaski- zaklął Tiberius, zapodając w coś kopa, grał dalej tę melodię.- Nawet w jednej dziesiątej nie dorównuje Vincentowi.
-To już siedem lat, jak leżymy i kwiczymy...- stwierdził Vega z wisielczym humorem.
-Poczekaj.. Publika nas dobije..
-Zamknijcie paszcze. Słuchać tych smutów nie można..- Chwila ciszy.- Na rozpierdoloną gitarę mojej babci..- wymamrotała Anne rozanielona, jakby zobaczyła swoją Nirvanę.
-Muszę to zobaczyć.. Choć nie rozumiem z tego ni huja- rzuciła turkusowooka biegnąc po schodach.
-Czekaj!- Rzuciłem biegnąc za nią.
Nadal ta znajoma melodia, wwiercająca mi się w uszy...
-O żesz w dupę wasza zapierdolona mać...!- powiedziała w głębokim oszołomieniu Callisto Raven gapiąc się wgłąb pokoiku.
-Qué paso?- Zdziwiony Vega gapił się na mnie pytająco.
-Callisto? Cally?- Pomachałem jej ręką przed nosem.
Zero reakcji.
Oczy, jak piłki do nogi, a kopara opadnięta na maxa.
-Zawiecha? Zno..?- Podążyłem za jej wzrokiem i poraz drugi w moim życiu szczęka dotknęła podłogi.
-Co, do huja..?- Rzuciłem po hiszpańsku zdumiony widokiem znajomej twarzy na zdjęciu. Bez wątpienia była to facjata Vincenta Rodrigueza..
-A wam co?- Tiberius zdawał się zaskoczony.
-Crash systemu- potrząsnąłem szybko głową, budząc się z tej giga zawiechy.- Callisto. Callisto reset wal.! Reset.!- pstryknąłem jej palcami przed nosem.
-C-Co?- Czarnowłosa zamrugała i powoli zamknęła usta.- Zgubiłam wątek.. Sorry.
-Co się tak gapicie, jakbyście ducha...?- Zaczął Vega.
-Ten chłopak.. Jak się nazywa?- Przerwałem wskazując zdjęcie w centrum mini galeryjki.
Vega zmierzył mnie długim spojrzeniem.
-Vincent Octavio Rodriguez; a co?- Zdziwił się.
-Callisto..- zacząłem ostrożnie.
-Error. Odmowa dostępu.- Wymamrotała.
-Baza wirusów została zaktualizowana- rzuciłem podsuwając jej ciastko pod nos. Odebrała je delikatnie.
-Reset systemu przeszedł poprawnie..- rzuciła jedząc.
Wróciłem do przerwanej rozmowy i zbaraniałej trójki.
-Czy ten chłopak nie pochodzi przypadkiem z Valencji?
-Skąd wiesz??- Zapytali obaj chórem.
-Chyba znamy tego samego kolesia- stwierdziłem po hiszpańsku.
-Jak to?- Spytał z niedowierzaniem Vega.
Sięgnąłem po telefon i odszukałem zdjęcie Vincenta.
-Znajome?- Spytałem.
-To On..- Wymamrotali tym wręcz adoracyjnym tonem i zaraz zaczęły się pytania.
Przy tonie słodyczy i napojów gazowanych chłopcy zaczęli opowiadać tę historię..
-Zaczęło się dziewięć lat temu od chudego dzieciaka grającego na- takiej, jak ta- hiszpańskiej gitarze- dla Callisto byłem tłumaczem.- Poznaliśmy go, kiedy byliśmy na obozie nad morzem. Siedział na plaży i grał, jakby nas tam nie było. Chyba nie zwracał na nas uwagi, może to trafniejsze określenie; czasem grał nawet do wieczora. Często znikał na noc z pensjonatu, który prowadziła jego rodzina, a właściwie jego ojciec i chyba wujek. Pewnej nocy chłopak wsiąkł na dobre, a cały personel hotelu został postawiony na nogi...- tłumaczyłem słowa Vegi.
-Nie mogliśmy spać, gadaliśmy- powiedział Tiberius.- Kiedy usłyszeliśmy, co się stało wyszliśmy z pokoju. Zaoferowaliśmy pomoc w poszukiwaniach, a po długich namowach pan Octavio się zgodził. Poszliśmy go szukać..- kontynuował opowieść.- Po kilku godzinach zgłodniałem, więc wpadliśmy do knajpki w porcie. Wzięliśmy coś na wynos i szukaliśmy dalej. Po dwóch godzinach byliśmy zmęczeni i wkurzeni; chyba nawet zaczęliśmy się kłócić, gdy usłyszeliśmy gitarę...
-Taa- przytaknął Vega chrupiąc czipsy.- Vincent siedział na pomoście i grał na gitarze ciągnąc przez słomkę soczek. Wyglądało to trochę dziwnie w środku nocy.. Postanowiliśmy go namówić, żeby wrócił do domu. Powiedział, że mamy spadać; więc zabrałem mu tę cholerną gitarę i poszedłem sobie. Wynikła potem z tego bójka, a ktoś zadzwonił do pensjonatu. Vincent do końca naszego pobytu patrzył na nas krzywo.. Spotkaliśmy się tydzień później w szkole i znowu wybuchła bójka.
-Trudno ich było rozdzielić- wtrącił Tiberius.- Miguel był posiniaczony, a Vincent podrapany, zresztą mnie też trochę się oberwało, ale... Obaj twierdziliśmy, że ten chłopak jest ciekawy..
-Pojechaliśmy do pensjonatu w następne wakacje.. Zaczynałem grać na mojej gitarce. Wtedy pierwszy raz Vincent się do mnie odezwał.
Nazwał mnie kompletnym beztalenciem. Nie poznałem go, więc odszczeknąłem; że jak jest taki mądry to niech coś zagra. Wziął instrument, nastroił i zagrał, a nam opadły szczęki. To była ta sama melodia, co w tamte wakacje nad morzem.. Od tamtego czasu zaczęliśmy się ze sobą trzymać. W połowie piątej klasy zaczęliśmy grać na szkolnych potańcówkach. Bez Vincenta to już nie to samo..
-Rodriguez nigdy nie opowiadał o sobie- odparłem powoli.
-Właściwie, co u niego?- Zapytał trochę niepewnie Vega.
-Od niedawna ma żonę i synka; poza tym chodzimy razem do liceum- odparłem spokojnie.
Tori Miles; Królowa Ogólniaka.
Vincent opowiadał, a ja siedząc na łóżku słuchałam o jego wzlotach, wpadkach i wypadkach w Hiszpanii.
-Robiłem różne głupoty aż poznałem dwóch bałwanów.. Zacząłem grać gdy miałem siedem lat, bo wujek nauczył mnie paru chwytów. Te dwa bałwany chyba w każde wakacje były w pensjonacie, ale w kwestii gry na gitarze jeden z nich był kompletnym beztalenciem.. Kiedy okazało się, że chodzimy razem do klasy zaczęliśmy się bić. Byliśmy dzieciakami..- uśmiechnął się patrząc w sufit.- Miguel był wariatem, w szkole graliśmy na imprezach; drugi z tych bałwanów: Tiberius był jeszcze gorszy: potrafił o trzeciej w nocy rąbać w te swoje gary i twierdzić, że jest środek dnia. Czasem miałem ochotę mu dokopać.. Teraz nie mamy ze sobą kontaktu; ale byliśmy naprawdę dobrymi kumplami- zakończył historię.
-Tęsknisz za tym?- Spytałam przytulona do niego.
-Trochę, ale..- przytaknął.- teraz mam ważniejsze rzeczy na głowie; ale miło czasami powspominać.
-Co to są te "ważniejsze rzeczy"?- Zapytałam ciekawsko.
-Moje dwa skarby; czyli wy- odparł przytulając mnie.
Zasnęłam w jego ramionach.
***
-Kotku, pora wstawać... Śniadanko- zarechotał kawowooki.
-To już rano..?- Wychrypiałam zaspanym tonem, wygrzebując się spod kołdry.
-Prawie południe- odparł z chytrym uśmieszkiem.
-Jejku.. Czemu nie obudziłeś mnie wcześniej..?- Jęknęłam zbolałym głosem.
-Pomyślałem, że powinnaś się wyspać...- spoważniał nagle.- Próbowałem, ale odburczałaś, że "nikogo nie kochasz tak mocno; jak łóżka, a ja mam spadać, bo nigdy nie zrozumiem tego związku". Wiesz, przez chwilę byłem zazdrosny- wyszczerzył się w uśmiechu na widok mojej miny.
-Serio tak powiedziałam?- Zapytałam zaskoczona.
-Mhm, dodałaś jeszcze; że... Jak to było?- Udał zastanowienie.- "Że masz zajebisty sen o trójkącie: ty; hiszpański sexbomba i łóżko"
-O, matko...- Wymamrotałam zdumiona.- Chociaż w tym śnie... Oj, działo się, działo.- Przytaknęłam; a Vincent buchnął rechotem.- Nabijasz się ze mnie..- burknęłam nieco urażona.
-Wcale nie. Mówię, jak było. Mruczałaś, że lubisz hardcore- rzucił stawiając mi na kolanach tacę.- Szkoda, że tego nie nagrałem, żeby mieć dowód.
-Drań.!- Szturchnęłam go mocno, ale zaraz dałam mu całusa.
-Smacznego; Jędzo- rzucił pieszczotliwie.
-Dawno nie słyszałam tego przezwiska..- rozmarzyłam się.
-Cześć, Jędzo- rzucił od progu Paul.
-O, Biały Kieł wrócił- rzuciłam wesoło.
-Rrrrr, zaraz cię zjem- zawarczał z ironią.
-Prędzej byś się otruł. Tori po zjedzeniu przez kogoś wytwarza masę jadu- zażartował Vincent.
-No, ba- powiedziałam z szerokim uśmiechem.- Jestem mega jadowita..
-Dziwię się, że Vincent cię użądlił i jeszcze chodzi..- stwierdził żartobliwie.- O czym chcieliście pogadać?- Spytał.
Rozmowa zeszła na poważniejsze tory. W mieście działo się coraz gorzej- wzrosły ataki; wszyscy szukali tajemniczej "Księżycowej Róży"; a dziewczyny z Fallen robiły różne dziwne rzeczy.
Poza tym Meredith Bell wybudziła się w szpitalu, ale nie pamięta niczego, nawet tego; że kupowała prochy od Steina.
-A co na to wilki?- Zapytał po dłuższej chwili Vincent.
-Damon z Ian'em starali się jakoś zniszczyć te rybo-ślimaki; ale bariera w tym miejscu jest.. Twarda, jakby nie do przebicia- odpowiedział z namysłem Paul.- Cally, zanim wyjechała, zostawiła mi notes z kilkoma informacjami, do których doszli z Michaelem. Może z tego wynikać, że te robale są tylko narzędziami do mieszania ludziom w głowach. I jeszcze te kitsune..
-Kicune? A co to takiego?- Zdziwiłam się.
-Lisie demony- odezwał się Vincent zamyślony.- Dawno nie było o nich słychać, ale jedno wiem na pewno: "spacerujące drzewa" i wydarzenia w pobliskich lasach to ich sprawka- zauważył wolno.
-Skąd wiesz?- Zdziwił się Paul.
-Te kitsune są związane z roślinami. I te ich niepokojące gierki.. To wszystko podejrzanie się łączy- odparł Vincent.
-A może Wayland coś więcej wie?- Zapytałam ostrożnie.
-Ty to masz łeb; Miles... Rodriguez- poprawił się Paul.
-Jedziemy do niej?-Spytałam krótko.
-A co z tym Pimpusiem?- Spytał patrząc na łóżeczko.
-Mama zajmie się Bubu- rzucił Vincent.
-Bubu?- Paul uniósł brwi.
-Tak go nazywamy- obruszyłam się.
-Nic nie mówię..- odparł obronnym tonem.
***
Na ulicach było niemal pusto, jakby miasto obumierało, jak jakieś chore drzewo.
Czarny karawan stał na Starym Mieście, blisko kościoła Świętej Trójcy. W aucie siedział Undertaker z jakimś facetem, rozmawiali o czymś szybko.
W pewnej chwili jakiś chłopak wyszedł z ciemnej uliczki z pałką baseballową i ruszył w stronę karawanu z dziwnym wyrazem twarzy. Nie wiem, czy tylko mi się zdawało, czy też nie; ale dostrzegłam w jego oczach dziwaczny czerwony błysk- nie taki, jak u wampirów- straszny i podejrzany.
Undertaker wyczuł niebezpieczeństwo i odpalając silnik wycofał karawan, po czym odjechał. Chłopak z kijem przez chwilę gonił czarnego Chryslera, a na końcu cisnął w jego stronę tym bejsbolem, przeklinając i obrażając kierowcę. Najdziwniejsze z tego wszystkiego było to, że nikogo to nie obeszło.
Kwadrans później. Domek Wayland.
Gruby czarny pers miałknął przeraźliwie, gapiąc się na Paula.
-Cześć, Hekate- Tanner rzucił kotce jakiś przysmak, który ta złapała w locie. Zwierzę odwróciło się i zamiatając puszystym ogonem dumnie podreptało w stronę drzwi zgniłozielonego domku.
-Dzień dobry; pani Wayland- rzuciliśmy chórem, gdy otworzyły się drzwi.
-Dzień dobry, młodzieży- odpowiedziała staruszka wpuszczając nas do środka.
Była sama w domu, więc pewnie sfora rozglądała się w terenie.
-Maluszek zdrowy?- Zapytała uprzejmie.
-Bogu dziękować, zdrowy- odparł Vincent spokojnie.
Rzuciła coś po hiszpańsku.
-Dziękujemy- uśmiechnął się uprzejmie Vincent.
-Pewnie chcecie porozmawiać. Siadajcie, zaparzę herbaty- rzuciła wskazując salon.
-Co ona ci powiedziała?- Zapytałam ściszonym głosem zaniepokojona.
-Życzyła dziecku wszelkich błogosławieństw i nazwała go aniołkiem- odparł Vincent z uśmiechem.
Wayland wynurzyła się z tacą, na której stały filiżanki z herbatą i talerzyk herbatników z czekoladą. Postawiła ją na ławie i siadła w fotelu.
-Cała ta sprawa jest wyjątkowo dziwna, możnaby nawet stwierdzić, że z dnia na dzień jest coraz bardziej niebezpiecznie- zagadnęła nieco zamyślonym tonem.- Babcia mówiła, że Linie Mocy powoli gasną..
-To pani babcia żyje?- Zdumiałam się.
-Och, nie...- Wayland uśmiechnęła się łagodnie, widząc nasze miny wyjaśniła.- Zmarłe czarownice utrzymują Krąg i czasami kontaktują się z żywymi. A wy? Zauważyliście coś ciekawego?
Wymieniliśmy spojrzenia, kopnęłam porozumiewawczo Paula.
-Jest kilka rzeczy, o które chcielibyśmy zapytać- powiedział ostrożnie.
-Kto pyta nie błądzi. Jeśli mogę wam pomóc, zrobię to- odparła spokojnie.
-Vincent Octavio Rodriguez; a co?- Zdziwił się.
-Callisto..- zacząłem ostrożnie.
-Error. Odmowa dostępu.- Wymamrotała.
-Baza wirusów została zaktualizowana- rzuciłem podsuwając jej ciastko pod nos. Odebrała je delikatnie.
-Reset systemu przeszedł poprawnie..- rzuciła jedząc.
Wróciłem do przerwanej rozmowy i zbaraniałej trójki.
-Czy ten chłopak nie pochodzi przypadkiem z Valencji?
-Skąd wiesz??- Zapytali obaj chórem.
-Chyba znamy tego samego kolesia- stwierdziłem po hiszpańsku.
-Jak to?- Spytał z niedowierzaniem Vega.
Sięgnąłem po telefon i odszukałem zdjęcie Vincenta.
-Znajome?- Spytałem.
-To On..- Wymamrotali tym wręcz adoracyjnym tonem i zaraz zaczęły się pytania.
Przy tonie słodyczy i napojów gazowanych chłopcy zaczęli opowiadać tę historię..
-Zaczęło się dziewięć lat temu od chudego dzieciaka grającego na- takiej, jak ta- hiszpańskiej gitarze- dla Callisto byłem tłumaczem.- Poznaliśmy go, kiedy byliśmy na obozie nad morzem. Siedział na plaży i grał, jakby nas tam nie było. Chyba nie zwracał na nas uwagi, może to trafniejsze określenie; czasem grał nawet do wieczora. Często znikał na noc z pensjonatu, który prowadziła jego rodzina, a właściwie jego ojciec i chyba wujek. Pewnej nocy chłopak wsiąkł na dobre, a cały personel hotelu został postawiony na nogi...- tłumaczyłem słowa Vegi.
-Nie mogliśmy spać, gadaliśmy- powiedział Tiberius.- Kiedy usłyszeliśmy, co się stało wyszliśmy z pokoju. Zaoferowaliśmy pomoc w poszukiwaniach, a po długich namowach pan Octavio się zgodził. Poszliśmy go szukać..- kontynuował opowieść.- Po kilku godzinach zgłodniałem, więc wpadliśmy do knajpki w porcie. Wzięliśmy coś na wynos i szukaliśmy dalej. Po dwóch godzinach byliśmy zmęczeni i wkurzeni; chyba nawet zaczęliśmy się kłócić, gdy usłyszeliśmy gitarę...
-Taa- przytaknął Vega chrupiąc czipsy.- Vincent siedział na pomoście i grał na gitarze ciągnąc przez słomkę soczek. Wyglądało to trochę dziwnie w środku nocy.. Postanowiliśmy go namówić, żeby wrócił do domu. Powiedział, że mamy spadać; więc zabrałem mu tę cholerną gitarę i poszedłem sobie. Wynikła potem z tego bójka, a ktoś zadzwonił do pensjonatu. Vincent do końca naszego pobytu patrzył na nas krzywo.. Spotkaliśmy się tydzień później w szkole i znowu wybuchła bójka.
-Trudno ich było rozdzielić- wtrącił Tiberius.- Miguel był posiniaczony, a Vincent podrapany, zresztą mnie też trochę się oberwało, ale... Obaj twierdziliśmy, że ten chłopak jest ciekawy..
-Pojechaliśmy do pensjonatu w następne wakacje.. Zaczynałem grać na mojej gitarce. Wtedy pierwszy raz Vincent się do mnie odezwał.
Nazwał mnie kompletnym beztalenciem. Nie poznałem go, więc odszczeknąłem; że jak jest taki mądry to niech coś zagra. Wziął instrument, nastroił i zagrał, a nam opadły szczęki. To była ta sama melodia, co w tamte wakacje nad morzem.. Od tamtego czasu zaczęliśmy się ze sobą trzymać. W połowie piątej klasy zaczęliśmy grać na szkolnych potańcówkach. Bez Vincenta to już nie to samo..
-Rodriguez nigdy nie opowiadał o sobie- odparłem powoli.
-Właściwie, co u niego?- Zapytał trochę niepewnie Vega.
-Od niedawna ma żonę i synka; poza tym chodzimy razem do liceum- odparłem spokojnie.
Tori Miles; Królowa Ogólniaka.
Vincent opowiadał, a ja siedząc na łóżku słuchałam o jego wzlotach, wpadkach i wypadkach w Hiszpanii.
-Robiłem różne głupoty aż poznałem dwóch bałwanów.. Zacząłem grać gdy miałem siedem lat, bo wujek nauczył mnie paru chwytów. Te dwa bałwany chyba w każde wakacje były w pensjonacie, ale w kwestii gry na gitarze jeden z nich był kompletnym beztalenciem.. Kiedy okazało się, że chodzimy razem do klasy zaczęliśmy się bić. Byliśmy dzieciakami..- uśmiechnął się patrząc w sufit.- Miguel był wariatem, w szkole graliśmy na imprezach; drugi z tych bałwanów: Tiberius był jeszcze gorszy: potrafił o trzeciej w nocy rąbać w te swoje gary i twierdzić, że jest środek dnia. Czasem miałem ochotę mu dokopać.. Teraz nie mamy ze sobą kontaktu; ale byliśmy naprawdę dobrymi kumplami- zakończył historię.
-Tęsknisz za tym?- Spytałam przytulona do niego.
-Trochę, ale..- przytaknął.- teraz mam ważniejsze rzeczy na głowie; ale miło czasami powspominać.
-Co to są te "ważniejsze rzeczy"?- Zapytałam ciekawsko.
-Moje dwa skarby; czyli wy- odparł przytulając mnie.
Zasnęłam w jego ramionach.
***
-Kotku, pora wstawać... Śniadanko- zarechotał kawowooki.
-To już rano..?- Wychrypiałam zaspanym tonem, wygrzebując się spod kołdry.
-Prawie południe- odparł z chytrym uśmieszkiem.
-Jejku.. Czemu nie obudziłeś mnie wcześniej..?- Jęknęłam zbolałym głosem.
-Pomyślałem, że powinnaś się wyspać...- spoważniał nagle.- Próbowałem, ale odburczałaś, że "nikogo nie kochasz tak mocno; jak łóżka, a ja mam spadać, bo nigdy nie zrozumiem tego związku". Wiesz, przez chwilę byłem zazdrosny- wyszczerzył się w uśmiechu na widok mojej miny.
-Serio tak powiedziałam?- Zapytałam zaskoczona.
-Mhm, dodałaś jeszcze; że... Jak to było?- Udał zastanowienie.- "Że masz zajebisty sen o trójkącie: ty; hiszpański sexbomba i łóżko"
-O, matko...- Wymamrotałam zdumiona.- Chociaż w tym śnie... Oj, działo się, działo.- Przytaknęłam; a Vincent buchnął rechotem.- Nabijasz się ze mnie..- burknęłam nieco urażona.
-Wcale nie. Mówię, jak było. Mruczałaś, że lubisz hardcore- rzucił stawiając mi na kolanach tacę.- Szkoda, że tego nie nagrałem, żeby mieć dowód.
-Drań.!- Szturchnęłam go mocno, ale zaraz dałam mu całusa.
-Smacznego; Jędzo- rzucił pieszczotliwie.
-Dawno nie słyszałam tego przezwiska..- rozmarzyłam się.
-Cześć, Jędzo- rzucił od progu Paul.
-O, Biały Kieł wrócił- rzuciłam wesoło.
-Rrrrr, zaraz cię zjem- zawarczał z ironią.
-Prędzej byś się otruł. Tori po zjedzeniu przez kogoś wytwarza masę jadu- zażartował Vincent.
-No, ba- powiedziałam z szerokim uśmiechem.- Jestem mega jadowita..
-Dziwię się, że Vincent cię użądlił i jeszcze chodzi..- stwierdził żartobliwie.- O czym chcieliście pogadać?- Spytał.
Rozmowa zeszła na poważniejsze tory. W mieście działo się coraz gorzej- wzrosły ataki; wszyscy szukali tajemniczej "Księżycowej Róży"; a dziewczyny z Fallen robiły różne dziwne rzeczy.
Poza tym Meredith Bell wybudziła się w szpitalu, ale nie pamięta niczego, nawet tego; że kupowała prochy od Steina.
-A co na to wilki?- Zapytał po dłuższej chwili Vincent.
-Damon z Ian'em starali się jakoś zniszczyć te rybo-ślimaki; ale bariera w tym miejscu jest.. Twarda, jakby nie do przebicia- odpowiedział z namysłem Paul.- Cally, zanim wyjechała, zostawiła mi notes z kilkoma informacjami, do których doszli z Michaelem. Może z tego wynikać, że te robale są tylko narzędziami do mieszania ludziom w głowach. I jeszcze te kitsune..
-Kicune? A co to takiego?- Zdziwiłam się.
-Lisie demony- odezwał się Vincent zamyślony.- Dawno nie było o nich słychać, ale jedno wiem na pewno: "spacerujące drzewa" i wydarzenia w pobliskich lasach to ich sprawka- zauważył wolno.
-Skąd wiesz?- Zdziwił się Paul.
-Te kitsune są związane z roślinami. I te ich niepokojące gierki.. To wszystko podejrzanie się łączy- odparł Vincent.
-A może Wayland coś więcej wie?- Zapytałam ostrożnie.
-Ty to masz łeb; Miles... Rodriguez- poprawił się Paul.
-Jedziemy do niej?-Spytałam krótko.
-A co z tym Pimpusiem?- Spytał patrząc na łóżeczko.
-Mama zajmie się Bubu- rzucił Vincent.
-Bubu?- Paul uniósł brwi.
-Tak go nazywamy- obruszyłam się.
-Nic nie mówię..- odparł obronnym tonem.
***
Na ulicach było niemal pusto, jakby miasto obumierało, jak jakieś chore drzewo.
Czarny karawan stał na Starym Mieście, blisko kościoła Świętej Trójcy. W aucie siedział Undertaker z jakimś facetem, rozmawiali o czymś szybko.
W pewnej chwili jakiś chłopak wyszedł z ciemnej uliczki z pałką baseballową i ruszył w stronę karawanu z dziwnym wyrazem twarzy. Nie wiem, czy tylko mi się zdawało, czy też nie; ale dostrzegłam w jego oczach dziwaczny czerwony błysk- nie taki, jak u wampirów- straszny i podejrzany.
Undertaker wyczuł niebezpieczeństwo i odpalając silnik wycofał karawan, po czym odjechał. Chłopak z kijem przez chwilę gonił czarnego Chryslera, a na końcu cisnął w jego stronę tym bejsbolem, przeklinając i obrażając kierowcę. Najdziwniejsze z tego wszystkiego było to, że nikogo to nie obeszło.
Kwadrans później. Domek Wayland.
Gruby czarny pers miałknął przeraźliwie, gapiąc się na Paula.
-Cześć, Hekate- Tanner rzucił kotce jakiś przysmak, który ta złapała w locie. Zwierzę odwróciło się i zamiatając puszystym ogonem dumnie podreptało w stronę drzwi zgniłozielonego domku.
-Dzień dobry; pani Wayland- rzuciliśmy chórem, gdy otworzyły się drzwi.
-Dzień dobry, młodzieży- odpowiedziała staruszka wpuszczając nas do środka.
Była sama w domu, więc pewnie sfora rozglądała się w terenie.
-Maluszek zdrowy?- Zapytała uprzejmie.
-Bogu dziękować, zdrowy- odparł Vincent spokojnie.
Rzuciła coś po hiszpańsku.
-Dziękujemy- uśmiechnął się uprzejmie Vincent.
-Pewnie chcecie porozmawiać. Siadajcie, zaparzę herbaty- rzuciła wskazując salon.
-Co ona ci powiedziała?- Zapytałam ściszonym głosem zaniepokojona.
-Życzyła dziecku wszelkich błogosławieństw i nazwała go aniołkiem- odparł Vincent z uśmiechem.
Wayland wynurzyła się z tacą, na której stały filiżanki z herbatą i talerzyk herbatników z czekoladą. Postawiła ją na ławie i siadła w fotelu.
-Cała ta sprawa jest wyjątkowo dziwna, możnaby nawet stwierdzić, że z dnia na dzień jest coraz bardziej niebezpiecznie- zagadnęła nieco zamyślonym tonem.- Babcia mówiła, że Linie Mocy powoli gasną..
-To pani babcia żyje?- Zdumiałam się.
-Och, nie...- Wayland uśmiechnęła się łagodnie, widząc nasze miny wyjaśniła.- Zmarłe czarownice utrzymują Krąg i czasami kontaktują się z żywymi. A wy? Zauważyliście coś ciekawego?
Wymieniliśmy spojrzenia, kopnęłam porozumiewawczo Paula.
-Jest kilka rzeczy, o które chcielibyśmy zapytać- powiedział ostrożnie.
-Kto pyta nie błądzi. Jeśli mogę wam pomóc, zrobię to- odparła spokojnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz