niedziela, 18 lutego 2018

Hunter III Curse Rozdział XIX Wymiana międzyszkolna

Wszedłem do sypialni; Callisto właśnie zapinała moją torbę podróżną.
-Aż tak chcesz się mnie pozbyć?- Zapytałem. Obejmując pocałowałem ją lekko w kark.
-Przecież wiesz, że to nie tak..- westchnęła ciężko.
-Wiem..- było mi smutno i ciężko, że muszę ją tu zostawić. Nie chciałem tego.
-Skontaktuj się ze mną zaraz po przylocie..- poprosiła cicho.
-Już za tobą tęsknię; Moje Kochanie..- szepnąłem przytulając ją; chciałem zapamiętać zapach kwiatowego szamponu i jej perfum.- Nie chcę jechać...- zwierzyłem się po chwili.
-Nie masz wyjścia- odparła, gdy wziąłem torbę.
Zeszliśmy po schodach. Na widok Collins omal nie zjechałem ze schodów na tyłku.
Callisto pomogła mi utrzymać równowagę.
-Będzie mi brakować tej twojej niezdarności- odezwała się turkusowooka, przyciągając mnie. Dostałem ostatniego buziaka przed wyjazdem.
-Dbaj o siebie; Żarłoczku- rzuciłem na pożegnanie, a Collins z trudem odwróciła zaciekawiony wzrok od Callisto.
-Trzymaj się, Pyszczulku. Zadzwoń, gdy dolecisz.- Przypomniała.
-Nie zapomnę- rzuciłem.
-Płomień!.- Rzucił wychylający się zza balustrady Porter, rzucając czymś we mnie. Złapałem.
-Dzięki; Jazzy.- Otwierając dłoń uśmiechnąłem się do siebie, patrząc na wisiorek z kulą, w której zanurzona była gałązka werbeny. Kiedyś go zgubiłem.
-Jesteś gotowy; Tyler?- Spytała Modliszka.
Spojrzałem na ojca. Pożegnaliśmy się objęciem.
-Masz wszystko, James?- Spytał.
-Taa. Będę spadał; tato- rzuciłem.
-Powodzenia w Hiszpanii- rzucili ojciec i Cally.
-Przyda się- odparłem idąc.

-Na pewno wszystko w porządku; Tyler?- Zaczęła Modliszka, obserwując mnie kątem oka.
-Tak, pani profesor..- odparłem myśląc zupełnie o czymś innym. Założyłem wisiorek na szyję. W lusterku dostrzegłem Callisto. Narysowała w powietrzu serce.
-Raven bardzo się zmieniła- zauważyła z namysłem Collins.
-Tak pani twierdzi?- Spytałem zaskoczony.
-Owszem. Widać, że odzyskała radość życia- odezwała się po chwili.- Z wyglądu też trochę...- przerwała, jakby zrozumiała, że nie powinna poruszać tematu.
Rozmowa urwała się, więc pogrążyłem się w obserwowaniu widoków za oknem i rozmyślaniach.
|•••|
-Dasz sobie radę, Tyler?- Zapytała poważnie Collins.
-Oczywiście, pani profesor- odparłem zabierając rzeczy.
Pójdzie z bańki- przemknęło mi przez myśl.

W Barcelonie zjawiłem się o dziesiątej rano tamtejszego czasu.
Zauważyłem pogrążonych w rozmowie śniadych Hiszpanów. Do rozmowy dołączyła kobieta.
Nagle mijająca mnie dziewczyna rzuciła:
-Chwała Aniołowi.
Zaskoczony przystanąłem i odwracając się odparłem:
-A Jego Dzieciom oręż- ze zdziwieniem odwzajemniłem powitanie.
-Miłego pobytu w Hiszpanii- rzuciła spoglądając na mnie z zaciekawieniem.
-Dzięki..- zaczynałem mieć lekkiego cykora.
Z lotniska odebrał mnie niezwykle gadatliwy chłopak o imieniu Diego. Miałem zatrzymać się u państwa Garcia.
-Buènos Diáz- rzuciłem czerwieniąc się jak piwonia na widok przepięknej Hiszpanki ubranej w krótką jasnozieloną sukienkę.
-Buènos Diáz..- w tym momencie usłyszeliśmy huk.
-Żesz, kurwa zajebana mać!.- Rzucił zdenerwowany, choć skądś mi znany głos.
Kobieta rzuciła kilka słów z oburzeniem.
-Dobra, dobra- mężczyzna machnął ręką z lekceważeniem; gdy nagle stanął, jak wryty.
-Michael, co ty tu robisz amigo?- Zdziwił się.
-Szkolna wymiana. Żeśmy na siebie trafili, brachu- sam się nie spodziewałem, że trafię na znajomego z Francji. Przywitaliśmy się po bratersku. Kobieta zaczęła  wypytywać go o coś. Na spółkę wyjaśniliśmy to i owo.
-Mojego syna, Diego, już znasz. To moja żona; Rosario- przedstawił dumnie kobietę.
-Miło mi, panią poznać- rzuciłem po katalońsku.
-Mnie też, oprowadzę cię..

-To twoja sypialnia. Pewnie jesteś zmęczony podróżą, więc odpocznij sobie- miała miły głos.
-Dziękuję- uśmiechnąłem się.
-Gdybyś czegoś potrzebował, będę obok- rzuciła.
Skinąłem głową w podziękowaniu.
Natychmiast wyciągnąłem z kieszeni telefon i wybrałem jej numer.
Callisto Raven, postrach ogólniaka.
Na dźwięk komórki omal nie zleciałam z łóżka. Sięgnęłam po Samsunga i widząc zdjęcie Michaela odebrałam.
-Cześć... Pewnie cię obudziłem...- kiedy usłyszałam jego głos, opanował mnie spokój.
-Nie spałam jeszcze- odparłam ucieszona.- Jak tam?
-Tęsknię za tobą, mam ci dużo do opowiedzenia i w ogóle tak mi samotno jakoś- odpowiedział z uczuciem.
-No, to nawijaj..- zachęciłam go.
Zaczął swoją opowieść
Michael Tyler- uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów..
-Widzisz? Nie ma co martwić się na zapas- zachichotała wesoło.
Rozmawiając z nią rozpakowywałem bagaż.
-Chciałbym, żebyś tu ze mną była..
-Będziesz miał, co opowiadać małej, jako bajki na dobranoc; Pyszczulku. Zresztą ja też trzymam tu za ciebie kciuki- przerwała mi ciepło.
No właśnie.. Mała..
-Jak twoje samopoczucie?- Zapytałem troskliwie.
-Czuję się.. Z nami dobrze; ale chciałabym, żebyś już wrócił- odpowiedziała cichutko.
-Najpierw mnie wykopałaś, a teraz tęsknisz; co?- Zaśmiałem się.
-Jeszcze zobaczysz; jak potrafię tęsknić- rzuciła z udawaną groźbą.- Kocham cię..
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Ja ciebie bardziej; Moje Kochanie.. Chciałbym was przytulić- powiedział szeptem.
Rozmawialiśmy bardzo długo i z trudem się pożegnaliśmy.
Byłam o wiele spokojniejsza, wiedząc; że dotarł na miejsce.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Mimo zmęczenia nie mogłem zasnąć. Wpatrując się w gwiazdy za oknem myślałem o Cally. Przed oczami przemykały mi wszystkie nasze wspomnienia. Jej twarz i postać.
-Jestem tak cholernie daleko- mruknąłem do siebie tęsknie.
Termin porodu Cally, Marco ustalił na ósmego czerwca. Miałem nadzieję wrócić przed tym wydarzeniem...
W tym samym momencie moje powieki zrobiły się bardzo ciężkie- nawet nie wiem, kiedy zasnąłem.

Ostra, rockowa melodia wyrwała mnie ze snu. Sięgnąłem po telefon, by wyłączyć budzik i z hukiem wylądowałem na podłodze.
-O, w mordę..- podniosłem się i rozejrzałem. Na pufie w nogach łóżka czekał na mnie szkolny mundurek w kolorze granatowym, szary krawat i błękitna koszula; mój miecz, oraz liścik.
"Tutaj lepiej zawsze mieć broń ze sobą, gdy gdzieś wychodzisz.. Przysłał ją Armand tydzień przed Twoim przyjazdem. Miłego dnia w szkole
Pietro"
-Taa, dzięki- rzuciłem do swoich myśli.
Śniadanie przebiegło spokojnie; pomogłem pani Rosario z naczyniami, a Diego po drodze podrzucił mnie do nowej szkoły.
-Wcale ładny burdel- skomentowałem z podziwem, oglądając przez chwilę budynek.
Kiedy wszedłem do środka oczy wszystkich skierowały się w moją stronę, gdy zewsząd rozległy się szepty poczułem się bardzo dziwacznie.
Wtedy z sali obok nadleciała piłka do nogi. Pochwyciłem ją nawet nie skupiając wzroku na przedmiocie. Wszyscy się na mnie gapili. Po chwili odrzuciłem piłkę do jednego z chłopaków na sali, który spoglądał na mnie z podziwem.
-Niezły ten Gringo- rzucił ktoś za nim.
Wszyscy dostrzegli idącego mężczyznę. Rodowity Hiszpan w wieku mniej więcej czterdziestu paru lat. Wyższy ode mnie o głowę, opalony i brązowooki. Wszyscy, patrząc nań z respektem widocznie zastanawiali się, kto będzie jego "ofiarą".
-Buènos Diaz- przywitałem się wyjątkowo uprzejmie.
-Buènos, zapewne jesteś tym utalentowanym z Liceum Królowej Victorii- zagadnął.
-Wydaje mi się, że jestem zwykłym przeciętniakiem- zaprzeczyłem grzecznie.
-Skromny jesteś, chłopcze- odparł z uznaniem.- Proszę za mną- rzucił lekko.

-Dyrektor Greene i profesor Collins dość dużo o tobie opowiedzieli- zauważył wskazując mi miejsce. Usiadłem zaskoczony, nie wiedząc czego jeszcze się spodziewać. Z drugiej strony byłem też ciekaw, co takiego nagadali o mnie temu facetowi.
-Zastanawiam się, czy to "dużo" było w dobrym, czy złym znaczeniu- zauważyłem z lekkim niepokojem.
-Oczywiście, że w dobrym. Uczeń udzielający się społecznie to skarb. Podobno uczy się pan szermierki.
-Taka rodzinna tradycja- odpowiedziałem nieco zaskoczony.- Ojciec też posługuje się bronią białą.
Ten, z pozoru niewinny temat obudził we mnie małe podejrzenia. Czy jest inny powód, dla którego się tu znalazłem?
Moje rozmyślania przerwał dzwonek na lekcje.

-No, zaczyna się twój pierwszy dzień w nowej szkole- rzucił dyrektor, gdy szliśmy korytarzem.
Wprowadził mnie do sali, wszyscy uczniowie podnieśli tyłki z krzeseł. Zamienił kilka słów z nauczycielką i zniknął życząc mi połamania nóg.
-Opowiedz coś o sobie klasie, młody człowieku- rzuciła profesor historii.
Chemia.
Przystojny trzydziestoparoletni facet dość ciekawie omawiał temat, gdy z mojego stanowiska rozległ się mały trzask.
-A pana nie kojarzę..- stwierdził profesor Cipriano.
-Jestem tu nowy...
Zaskoczony nauczyciel podszedł i spojrzał na odczynniki, a potem na efekt.
Reszta tylko się gapiła.
-Świetna robota- rzucił z podziwem. Cała grupa zaczęła gadać po cichu.
|***|
Dwa tygodnie później, dziewiętnasty kwietnia.
-Jestem padnięty...- wymamrotałem ziewając.
W moim tymczasowym domu nie było nikogo. Poszedłem na piętro i padłem na łóżko. Nic mi się nie chciało, a czekała mnie jeszcze masa nauki.
Leżałem i patrzyłem bezmyślnie w sufit, w końcu zdecydowałem się zrzucić te szkolne szmaty i założyć normalne ciuchy.
Wertując książki byłem strasznie rozkojarzony. Moje myśli ciągle krążyły wokół Callisto.

W pewnej chwili usłyszałem wołanie na obiad. Z radością porzuciłem książki na biurku i zszedłem na dół.
Pietro przyglądał mi się, ale starałem się to ignorować.
-Wszystko gra?- Zapytał z przyjacielską troską.
Spojrzałem nań z zastanowieniem.
-Taa- przytaknąłem niemrawo.
-Nie wyglądasz, jakby było okej- stwierdził Diego.
Westchnąłem ciężko. Nie było sensu kłamać.
-Chodzi o to, że...- Niezbyt lubiłem się zwierzać, ale z drugiej strony musiałem się wygadać.- Nie zrozum mnie źle, Pietro, ale czuję się; jakby...- nie bardzo wiedziałem, jak to sformułować.
-Jakby ktoś podciął ci skrzydła- Pietro chyba naprawdę coś o tym wiedział.- Jesteś po prostu zagubiony.
-No, nie dziwię się- stwierdził Diego.- Za dużo wydarzeń, jak na jeden tydzień.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Ja ciebie bardziej; Moje Kochanie.. Chciałbym was przytulić- powiedział szeptem.
Rozmawialiśmy bardzo długo i z trudem się pożegnaliśmy.
Byłam o wiele spokojniejsza, wiedząc; że dotarł na miejsce.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Mimo zmęczenia nie mogłem zasnąć. Wpatrując się w gwiazdy za oknem myślałem o Cally. Przed oczami przemykały mi wszystkie nasze wspomnienia. Jej twarz i postać.
-Jestem tak cholernie daleko- mruknąłem do siebie tęsknie.
Termin porodu Cally, Marco ustalił na ósmego czerwca. Miałem nadzieję wrócić przed tym wydarzeniem...
W tym samym momencie moje powieki zrobiły się bardzo ciężkie- nawet nie wiem, kiedy zasnąłem.

Ostra, rockowa melodia wyrwała mnie ze snu. Sięgnąłem po telefon, by wyłączyć budzik i z hukiem wylądowałem na podłodze.
-O, w mordę..- podniosłem się i rozejrzałem. Na pufie w nogach łóżka czekał na mnie szkolny mundurek w kolorze granatowym, szary krawat i błękitna koszula; mój miecz, oraz liścik.
"Tutaj lepiej zawsze mieć broń ze sobą, gdy gdzieś wychodzisz.. Przysłał ją Armand tydzień przed Twoim przyjazdem. Miłego dnia w szkole
Pietro"
-Taa, dzięki- rzuciłem do swoich myśli.
Śniadanie przebiegło spokojnie; pomogłem pani Rosario z naczyniami, a Diego po drodze podrzucił mnie do nowej szkoły.
-Wcale ładny burdel- skomentowałem z podziwem, oglądając przez chwilę budynek.
Kiedy wszedłem do środka oczy wszystkich skierowały się w moją stronę, gdy zewsząd rozległy się szepty poczułem się bardzo dziwacznie.
Wtedy z sali obok nadleciała piłka do nogi. Pochwyciłem ją nawet nie skupiając wzroku na przedmiocie. Wszyscy się na mnie gapili. Po chwili odrzuciłem piłkę do jednego z chłopaków na sali, który spoglądał na mnie z podziwem.
-Niezły ten Gringo- rzucił ktoś za nim.
Wszyscy dostrzegli idącego mężczyznę. Rodowity Hiszpan w wieku mniej więcej czterdziestu paru lat. Wyższy ode mnie o głowę, opalony i brązowooki. Wszyscy, patrząc nań z respektem widocznie zastanawiali się, kto będzie jego "ofiarą".
-Buènos Diaz- przywitałem się wyjątkowo uprzejmie.
-Buènos, zapewne jesteś tym utalentowanym z Liceum Królowej Victorii- zagadnął.
-Wydaje mi się, że jestem zwykłym przeciętniakiem- zaprzeczyłem grzecznie.
-Skromny jesteś, chłopcze- odparł z uznaniem.- Proszę za mną- rzucił lekko.

-Dyrektor Greene i profesor Collins dość dużo o tobie opowiedzieli- zauważył wskazując mi miejsce. Usiadłem zaskoczony, nie wiedząc czego jeszcze się spodziewać. Z drugiej strony byłem też ciekaw, co takiego nagadali o mnie temu facetowi.
-Zastanawiam się, czy to "dużo" było w dobrym, czy złym znaczeniu- zauważyłem z lekkim niepokojem.
-Oczywiście, że w dobrym. Uczeń udzielający się społecznie to skarb. Podobno uczy się pan szermierki.
-Taka rodzinna tradycja- odpowiedziałem nieco zaskoczony.- Ojciec też posługuje się bronią białą.
Ten, z pozoru niewinny temat obudził we mnie małe podejrzenia. Czy jest inny powód, dla którego się tu znalazłem?
Moje rozmyślania przerwał dzwonek na lekcje.

-No, zaczyna się twój pierwszy dzień w nowej szkole- rzucił dyrektor, gdy szliśmy korytarzem.
Wprowadził mnie do sali, wszyscy uczniowie podnieśli tyłki z krzeseł. Zamienił kilka słów z nauczycielką i zniknął życząc mi połamania nóg.
-Opowiedz coś o sobie klasie, młody człowieku- rzuciła profesor historii.
Chemia.
Przystojny trzydziestoparoletni facet dość ciekawie omawiał temat, gdy z mojego stanowiska rozległ się mały trzask.
-A pana nie kojarzę..- stwierdził profesor Cipriano.
-Jestem tu nowy...
Zaskoczony nauczyciel podszedł i spojrzał na odczynniki, a potem na efekt.
Reszta tylko się gapiła.
-Świetna robota- rzucił z podziwem. Cała grupa zaczęła gadać po cichu.
|***|
Dwa tygodnie później, dziewiętnasty kwietnia.
-Jestem padnięty...- wymamrotałem ziewając.
W moim tymczasowym domu nie było nikogo. Poszedłem na piętro i padłem na łóżko. Nic mi się nie chciało, a czekała mnie jeszcze masa nauki.
Leżałem i patrzyłem bezmyślnie w sufit, w końcu zdecydowałem się zrzucić te szkolne szmaty i założyć normalne ciuchy.
Wertując książki byłem strasznie rozkojarzony. Moje myśli ciągle krążyły wokół Callisto.

W pewnej chwili usłyszałem wołanie na obiad. Z radością porzuciłem książki na biurku i zszedłem na dół.
Pietro przyglądał mi się, ale starałem się to ignorować.
-Wszystko gra?- Zapytał z przyjacielską troską.
Spojrzałem nań z zastanowieniem.
-Taa- przytaknąłem niemrawo.
-Nie wyglądasz, jakby było okej- stwierdził Diego.
Westchnąłem ciężko. Nie było sensu kłamać.
-Chodzi o to, że...- Niezbyt lubiłem się zwierzać, ale z drugiej strony musiałem się wygadać.- Nie zrozum mnie źle, Pietro, ale czuję się; jakby...- nie bardzo wiedziałem, jak to sformułować.
-Jakby ktoś podciął ci skrzydła- Pietro chyba naprawdę coś o tym wiedział.- Jesteś po prostu zagubiony.
-No, nie dziwię się- stwierdził Diego.- Za dużo wydarzeń, jak na jeden tydzień.
Rozmawiając graliśmy w karty. Zrobiło mi się trochę lżej, że komuś o tym powiedziałem.
Po obiedzie poszedłem na zwiedzanie miasta.
Zatrzymałem się na chwilę w małej knajpce w centrum Barcelony, usiadłem przy barze zamawiając coś do picia, a moje myśli mimowolnie skierowały się na Callisto.
Wokół mnie panował gwar rozmów i śmiechy, jednak gdy rozbrzmiała muzyka wszystko ucichło. Wszyscy obecni zainteresowali się piękną kobietą w czarno- czerwonej falbaniastej sukni. Z boku fryzury tuż przy uchu miała wpiętą czerwoną różę. Wszyscy zaczęli klaskać i pokrzykiwać, gdy zaczęła tańczyć.
-Kopara opada, co gringo?- Rzucił barman, widząc jak gapię się na ten...
-Jest taka... Seksowna- spostrzegłem, że trochę za dużo chlapnąłem.- No, wiesz.. W tym tańcu.- Poprawiłem potknięcie.
-To flamenco- rzucił wymownie.
Kobieta tanecznym krokiem podeszła do baru, a spojrzenia mężczyzn ślizgały się za nią.
Zakręciła się wzbijając suknię i niby przypadkiem mnie objęła. Zrobiłem się czerwony, jak burak.
-Jestem zaręczony, señorita- bąknąłem zawstydzony.
-Szkoda, przystojniaku- rzuciła, mrugając zalotnie wróciła na scenę i biorąc w dłonie hiszpańską gitarę zaczęła grać...

Następnego dnia, szkoła.
Przedzierałem się przez tłum na zajęcia, gdy ktoś wpadł na mnie z impetem. Zakląłem i zacząłem zbierać książki z podłogi.
-Przepraszam...- Dziewczyna, która na mnie wpadła rzuciła się do pomocy. Po chwili całkiem przypadkowo nasze dłonie zetknęły się, sięgając po mój piórnik. Ciemnooka cofnęła lekko rękę, nieco się rumieniąc.
-Gracias- odparłem odruchowo, poprawiając pomoce naukowe w ręku.
-Chłopaki patrzcie!- Rzucił drwiąco jakiś koleś wśród grupki nastolatków stojących z boku. Przewróciłem książki w palcach. Cholera.. Tylko nie to..
-Co to za potwór?- rzucił drugi.
-Nawet twoja matka tak nie wygląda- skomentował inny.
-Potrzymaj, proszę..- poprosiłem wciskając jej w ręce moje książki idąc w ich stronę.- Oddaj to- zwróciłem się do chłopaka trzymającego Jej zdjęcie.
-Bo co, Gringo?- Spytał kpiąco przypakowany dryblas.
-Bo na razie cię o to proszę- odparłem próbując zachować spokój. Wyciągnąłem dłoń po fotografię.
-To twoja dziewczyna?
-To nie twoja sprawa. Oddaj.
Chłopak zmierzył mnie spojrzeniem.
-Masz kiepski gust. Jest strasznie gruba- zakpił.
Przyciągnąłem go za szmaty, a moja pięść natychmiast zderzyła się z jego pyskiem.
-Odszczekaj to, natychmiast!- Warknąłem ostro.
Spróbował oddać; podłożyłem mu nogę, a kiedy wylądował na glebie zacząłem go okładać.
-Jeszcze słowo na temat mojej narzeczonej, a będziesz zbierać ząbki z podłogi, więc uważaj; co szczekasz; psie!.- odebrałem mu zdjęcie i na odchodne poczęstowałem go jeszcze jednym kopniakiem.
-Gracias- rzuciłem spokojnie do nieznajomej odbierając od niej podręczniki.
Wtedy z radiowęzła rozległ się komunikat:
-Panowie Tyler i Vega proszeni są o zgłoszenie się do gabinetu dyrektora.
-Cholera, nie jestem u siebie- mruknąłem, czując ogromne kłopoty.

-Buènos Diáz..- przywitałem się z lekkim niepokojem.
-Buènos Diaz.- Dyrektor nazwiskiem Martinez wydawał się odrobinę poirytowany.- Czego dotyczyła wasza bójka?
Vega otworzył usta, ale zanim zdążył coś powiedzieć..
-Lepiej się nie odzywaj; Vega. Dość już sobie nagrabiłeś- oznajmił chłodno szef tego cyrku.
-Poprosiłem, by oddał mi zdjęcie mojej narzeczonej. Nie dość, że tego nie zrobił to... To zaczął ją obrażać.. A mnie po prostu puściły nerwy i...- westchnąłem ciężko.- Ja naprawdę przepraszam za swoje zachowanie; ale chyba nie przystoi ciężarnej kobiety nazywać...- urwałem, bo nie mogło mi to przejść przez gardło.- ...tak chamsko- skończyłem wreszcie.
-To już naprawdę przechodzi ludzkie pojęcie; Vega..- westchnął załamany Martinez.- Zgłosisz się do szkolnej pielęgniarki.. Lepiej idź teraz, bo nie można na ciebie patrzeć.. Ocena z zachowania będzie obniżona- odesłał go ruchem dłoni.- Mam nadzieję, że to jednorazowy wybryk; señor Tyler- zwrócił się do mnie.
-Oczywiście, to się już nie powtórzy- odparłem spokojnie.
-Porządnie go pan sprał- uśmiechnął się Martinez.- Śmigaj na zajęcia.
-Do widzenia...- rzuciłem wychodząc.
Matematyka..
-Tyler podaj wzór na..- czas kocenia nowych nadszedł.
Wstałem i wyrecytowałem odpowiedni wzór obliczeniowy.
-Świetnie. Widać, że ma pan dobrą pamięć- zauważyła nauczycielka.
-Przydaje się w różnych dziedzinach- przyznałem wolno.
-Na przykład?- Pociągnęła mnie za język.
-Yyy Mmm... W szermierce. Jeśli chce się wypróbować przeciwnika, to trzeba przez jakiś czas tylko się bronić..
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Nuuudzę sięęę!- Zamknęłam ze złością laptopa, przeklinając cicho.
Ten nagły ból i rozchodzące się w ciele spiralne Kręgi Mocy..
-O, kurwa mać..- wydyszałam oddychając ciężko.
-Brakuje mi Daaa- kolejny raz ten dziewczęcy głosik.
Daaa.
-Michael.. Gdybyś tu teraz był..- Cholernie za nim tęskniłam. Myślałam, że to wszystko będzie.. Będzie proste, ale tak nie jest.
Ciężko mi bez niego.
Zamieram z dłonią wyciągniętą po telefon. Co miałabym mu powiedzieć?
Że go kocham? Przecież o tym wie. Że tęsknię? To też wie.. Brakuje mi go? Bardzo!. Jak to ująć..?
-Cholerne dwa miesiące.. Kurwa!- Rzuciłam czymś w drzwi.
-Maa. Nje denerfuj się.. Daa nas kocha.!
-Taa, masz rację; ale.. Tak kurewsko za nim tęsknię...- mruknęłam smutno.
-A co to jest kurefśko?- Spytał ten głosik.
-To znaczy: tak mocno, że.. Jak nie ma Daa to Maa się rozpada..- szepnęłam cicho.
Samsung zaczął parzyć.. Ogarnęły mnie strach i niepewność- czy naprawdę powinnam do niego dzwonić? Czy nie uzna tego za głupotę lub histerię?
Mimo to...
Zaryzykuję.!
Bip. Biip. Biip.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Co tam; Moje Kochanie?- Szepnąłem pieszczotliwie.
-Chciałam... Chciałyśmy usłyszeć twój głos..- poprawiła się cicho.
-Jak z małą?- Jakaś grupka dziewczyn minęła mnie, gapiąc się dziwnie.
-Jej chyba też ciebie bardzo brakuje... Dzwonię, żeby powiedzieć...
-Wiem- przerwałem- ja za tobą... za wami.. też okropnie tęsknię.. Chciałbym już wrócić do domu...
Wszyscy zaczęli się na mnie gapić. Leżałem na ławce przed budynkiem szkoły i z plecakiem pod głową patrzyłem w błękitne niebo.
-Mam za dużo miejsca w łóżku i.. Trochę dziwnie mi się śpi- zauważyłem ze śmiechem. Nie wiedziałem, czy zrozumie mój żart, ale..
-Spoko, mam to samo. Łóżko jest...
-Za duże- dokończyliśmy, równocześnie wybuchając śmiechem. Tym razem cała szkoła głupio się na mnie patrzyła.- Niech tylko do ciebie wrócę- udałem groźny ton.
-Ha! Nie mogę się doczekać- rzuciła wyzywająco.
-Kocham cię, zadzwonię wieczorem..- szepnąłem z uczuciem wpatrując się w jej zdjęcie.
-Do usłyszenia, Pyszczulku..
-Chcę do domu..- jęknąłem z irytacją, rzucając pustym plastikiem do pobliskiego kosza.
W tym momencie..
Jak mocny cios w żebra.
-Pieprzone pijawy..- burknąłem podnosząc się z ławki.

-Ta robota nigdy się nie skończy..- mruknąłem szukając intruza.
"Zaproszenie obowiązuje wampira tylko wtedy, gdy w danym miejscu mieszkają, jedzą i śpią ludzie. Jeśli jest to inny budynek mogą wejść, jak wszyscy."
-Jebane pijawy. Rządowe skurwysyny- zakląłem z irytacją.
Niedaleko sali chemicznej wampir trzymał nauczycielkę historii. Grupa ludzi nie wiedząc, co zrobić tylko się gapiła.
-Puść ją, pijawo- rzuciłem z opanowaniem. Idąc wpatrywałem się w niskiego gringo.
-Bo co? Spopielisz mnie?- Wampir zaśmiał się złośliwie.
Świadkowie spojrzeli na mnie, wyraźnie czekając; co odpowiem.
-Najpierw odpowiednio cię przesłucham; Rządowa Ściero- prychnąłem z lekkim uśmiechem.- Z tego, co wiem Stowarzyszenie ugania się za tobą od pięciu lat; Rządowa Szmato.
-Blachy, Kapsle, Szczury; Burki..- zanucił znany mi skądś ton.
-Meldują się do rozpórki- dokończyłem spokojnie.- Kity i Dynamity?
-Nasz meldunek: bądźmy wyżej od wiewiórek!- Chłopakowi zawtórowały dwa głosy.
-Chwała Aniołowi- rzuciłem spokojnie pod ostrzałem spojrzeń.
-A Jego Dzieciom oręż- odpowiedziały równo trzy głosy.- Siemka, Kapsel- Vega skinął mi głową.
-Miło mi poznać Kicię chowającą się w Madrycie- rzuciłem wyciągając z rękawa marynarki miecz.
Oczy wampira, z zaskoczenia, przybrały wielkość talerzy obiadowych.
-"Płomienna Furia"..- Zaczął z trwogą wpatrując się w błyszczące w moich palcach ostrze.
-Skąd..- Nauczycielka była blada, jak kostucha.
-Puść ją; ścierwo- nakazałem spokojnie, obracając w palcach miecz.
Chyba zrozumiał, że nie ma ze mną żartów. Jednak nie wiedziałem, z jakiego powodu miecz budził u wampira takie przerażenie.
Odepchnął kobietę we mnie.
-Vega, łap ją!- W miejscu odbiłem się od ziemi i przeskoczyłem nauczycielkę, po czym rzuciłem się w pościg za wampirem.
|•••|
-Próbujesz mnie zgubić w tłumie,  hmm?- Mruknąłem z ironią, przepychając się; by go dopaść.
Rozejrzałem się szybko.
-Przecież nie mógł tak sobie zniknąć- warknąłem kopiąc ze złością w kosz. Poprawiłem w dłoni miecz.
-Przyszedłem tu odsłużyć, nie zasłużyć- mruknąłem.- Jebać biedę, i tak cię dorwę, Śmieciu...
***
-Kim oni, u diabła, są; Martinez?!- Wyparowała blada, jak trup historyczka.
Wsunąłem z trzaskiem miecz w pochwę pod rękawem granatowej marynarki.
-Niech się pani uspokoi; już nic pani nie grozi- oznajmiłem spokojnie.
-Nawet Sur...
W tym momencie cała nasza czwórka tupnęła trzy razy recytując:
-Niech nas Anioł ciągle chroni,
kiedy dobywamy broni.
Dba o wszystkie Łowców Rody
i pilnuje wszelkiej zgody.
Daje Łowcom wszelkie siły
by po dzis dzień Mu służyły- splunęliśmy przez lewe ramię na urok.- Amen.
-Natychmiast chcę się dowiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi!- Wybuchnęła nauczycielka z przerażeniem.
-Jest w niezłym szoku- rzucił niższy z chłopaków do Vegi.
-Niech się pani uspokoi- starałem się jakoś opanować sytuację.
-Jak ja mam być spokojna, skoro nie wiem co się tu dzieje..?- Zaczynał się napad histerii.
-Może się pani łaskawie przymknąć na chwilę??- Jak ja nie cierpię histeryczek. Dyrektorowi opadła szczęka, blada, jak prześcieradło nauczycielka zamilkła.
-Bardzo dziękuję- westchnąłem ciężko. Już miałem mówić dalej, gdy do gabinetu, jak wicher, wpadła jedna z dziewcząt.
-Chyba nie mamy na karku drugiego, co..?- Jęknął Vega.
Szybko zatrzymałem dziewczynę i siłą usadziłem ją na krześle.
-Jesteś ranna. Co się stało?- Zapytałem oglądając poszarpane rozcięcie. Widząc, że dziewczynie robi się słabo, szybko opatrzyłem krwawiącą ranę.
Przysunąłem jej pod nos flakonik. Otworzyła oczy i spojrzała na mnie całkiem trzeźwo.
-Co się stało?- Powtórzyłem spokojnie, choć nagląco.
Wybuchnęła szlochem gapiąc się na mnie. Chwyciłem ją za ramiona i potrząsnąłem nią mocno.
-Przestań płakać i powiedz, co jest grane!- Powiedziałem z naciskiem.
-Hej, Gringo.. Spójrz na to..- Zaczął trzeci z chłopaków patrząc przez okno.
Poszedłem do okna i wyjrzałem przez szybę.
-Vega, ilu Zrzeszonych się tu uczy?- Spytałem powoli.
-Włącznie z tobą jest nas ośmiu- odparł krótko.
-Idziemy- prychnąłem wychodząc.
-Tyler...
-Później porozmawiamy, dyrektorze- oznajmiłem i wyszliśmy.
Na korytarzach słychać było krzyki. Zdezorientowani nauczyciele starali się jakoś opanować sytuację.
-Co zamierzasz zrobić?- Zapytał pośród hałasu Vega.
-Trzeba pozbyć się pijawek- kopniakiem odrzuciłem atakującą mnie dziewczynę. Podniosła się i znowu się na mnie rzuciła.- Zbieraj resztę łowców; Vega!.- Z trudem odepchnąłem poziom D i wyszarpnąłem miecz.
Wszyscy gapili się na mnie, gdy ich mijałem. Szybko zlikwidowałem stoczoną pijawę. Wszyscy uciekali w panice. Jakiś starszy ode mnie chłopak poszedł ślizgiem pod ręką, w której trzymałem miecz. Wampir dostał rękojeścią i chwilę potem zmienił się w popiół.
-Ktoś musi wami kierować; nędzne wraki- stwierdziłem zamyślony. Atakującego mnie z tyłu przebiłem mieczem. Chłopak odpełzł tyłem i przylgnął do ściany przerażony, obserwując mnie w akcji.
Pozbyłem się kolejnego. Pod wpływem niespodziewanego ciosu przefroterowałem korytarz. Vega rzucił mi się na pomoc. Wampir uderzył go tak mocno, że brunet przywalił w boczną ścianę i osunął się po niej na płytki.
Podniosłem się, ale wampir przycisnął mnie do podłogi, dostałem serię kopniaków.
-Ale masz pysk...- skomentowałem zniesmaczony. Próbowałem dosięgnąć broń. Serce waliło mi tak mocno, że wydawało mi się, jakby tańczyło salsę.
Cudem uchyliłem się przed ciosem i łapiąc go za kostkę, wywróciłem na glebę. Docisnąłem wampira i przywaliłem mu kilka razy z łokcia. Wyrwał się z chwytu i w mgnieniu oka wykręcając mi rękę przycisnął mnie do ściany.
-Płomień gaśnie, łowczy psie- Warknął wrogo.
-Ej, przystojniak..- Zarechotała dziewczyna. Wampir odwrócił się zdziwiony.- Ile widzisz palców?- W tym momencie kątem oka zauważyłem, że pokazała mu środkowy. Wkurzył się i dając mi spokój zaczął  ją atakować.
Przywaliłem mu pierwszym, co wpadło mi w palce, a mianowicie doniczką.
Gdy upadł zamroczony podbiłem miecz butem i łapiąc rękojeść poczęstowałem go kopniakiem w twarz.
-Kto was nasłał?- Zacząłem przesłuchanie.
-Nic ci nie powiem- warknął.
Kopnąłem go drugi raz i odciąłem dłoń z lazurytem.
Zaciągnąłem go w plamę światła padającego z okna i przytrzymałem wyrywającego się. Chłopak wtulający się w ścianę gapił się na tę scenę nie potrafiąc wydusić słowa.
-Smażony wampir, raz!- Rzuciłem z ironią, patrząc na tlącą się twarz.
-Zamawiam!.- Rzuciła inna dziewczyna. Była to ta sama, która pomogła mi pozbierać książki. Idąc odcięła wampirzycy łeb, który poturlał się w stronę przerażonego dryblasa pod ścianą. Chłopak cofał się w panice od toczącej się w jego stronę głowy, z której wystrzelił błękitny ogień.
-Masz, ostatnią szansę- zwróciłem się spokojnie do wampira.- Kto was nasłał? Z jakiego powodu? Kiedy się tym stałeś? Gadaj, bo cię usmażę- zagroziłem.
-Pierdol się!- Odskoczyłem przed strzelającymi z niego płomieniami. Wampir spłonął, nie zdążył nawet wrzasnąć.
-Żaden z nich nic nie powie. Trzeba posprzątać ten burdel- rzuciłem obracając w palcach ostrze. Przeszedłem obok chłopaka i przyklęknąłem obok Vegi.
-Wstawaj, koleś- rzuciłem trzaskając go po pysku.
Ocknął się i odruchowo spróbował oddać.- Na pewno chcesz mnie walnąć?- Spytałem przyjaźnie, pomagając mu wstać.

Pół godziny później było już po strachu.
-Kilku nam nawiało- skomentował Vega.
-Ważne, że nikomu nic się nie stało- odparłem chowając miecz w pochwie pod rękawem marynarki.- Ale bajzel...- skomentowałem rozglądając się po korytarzu. Powywracane ławki, rozbity automat z napojami i przekąskami. Oszołomieni uczniowie i pracownicy szkoły rozglądający się z obawą. Jedna z ławek w drzazgach.
-Burdel na kółkach; Płomień- przytaknął niższy z kumpli Vegi.
-Ciekawe, czy ktoś w to uwierzy...- stwierdziła Gloria, dziewczyna; która odciągnęła ode mnie pijawę.
-Dziwna sprawa, nie?- Spytałem idąc korytarzem.

Dziesięć minut potem; gabinet dyrektora.
-Tyler; Vega: co macie mi do powiedzenia?- Zapytał Martinez rozglądając się po całej ekipie.
Wymieniliśmy spojrzenia. Vega szturchnął mnie dyskretnie.
Nauczycielka historii drżącą dłonią wzięła jakieś proszki.
-Chodzi o to, że.. Należymy do pewnej organizacji zajmującej się likwidacją wampirów- oznajmiłem spokojnie.
-Wampiry nie istnieją- Martinez starał się być realistą.
-Więc, jak pan wyjaśni to całe zajście?- Zapytałem.- Rozsypujące się, albo płonące zwłoki. Ich nadludzka szybkość. Jak pan to racjonalnie wyjaśni?- Zapytałem z opanowaniem, ocierając wierzchem dłoni krew z rozciętej wargi.
Martinez milczał. Wyraźnie próbował zebrać myśli.
-Nie potrafię- dyrektor szybko się poddał.
-Otóż to- westchnąłem.- To, co niedawno zlikwidowaliśmy to bestie.
-Ktoś ich tu przysłał, żeby narobić zamieszania- zauważył Vega z namysłem.
-Najwłaściwsze pytanie: co takiego ta osoba chce osiągnąć- stwierdziłem. Dźwięk mojej komórki przerwał rozmowę. Spojrzałem na wyświetlacz.
Angello.
-Przepraszam, muszę odebrać- odszedłem trochę na bok.- Słucham, Angello- rzuciłem krótko.
-Callisto i paru łowców lecą do Barcelony- oznajmił rzeczowo.
-Jak to? Po co?- Zacząłem zaskoczony.
-Mamy zamieszanie z Klasztornymi. Madryt poprosił kilka kwater o pomoc.
Spojrzałem na lazurytowy sygnet w swojej dłoni.
-W szkole też był atak. Wiadomo coś więcej?- Spytałem.
-Tylko tyle, że ktoś ze Związku ma coś z tym wspólnego. Poza tym wampiry robią dużo zamieszania- odparł.
-Zdążyłem zauważyć, dzięki za informacje; Angello- rzuciłem spokojnie.
-Drobiazg- rzucił kończąc rozmowę.
W tym momencie podskoczyłem.
-Przepraszam, to mój- rzucił Vega. Zaczął czytać sms-a i omal nie upuścił telefonu.- Wszystko leci na łeb. To niejedyny atak dzisiaj- zauważył.
-Jak to??- Zaczęła nauczycielka.
-W kilku innych miastach też były podobne ataki- oznajmiłem.
-Skąd wiesz..?- Zaczął zaskoczony Vega.
-Mówi ci coś słowo: mobilizacja?- Spytałem unosząc brew.
-To znaczy, że KGS ma kłopoty- odezwała się grobowo Gloria.

Dyrektor na apelu ogłosił odwołanie dzisiejszych zajęć, wyszedłem ze szkoły, gdy coś wpadło na mnie z impetem, rzucając mi się na szyję. Podniosłem ją lekko w górę i obracając się wokół własnej osi przytuliłem ją mocno.
-Moje Kochanie- rzuciłem ucieszony.
-Pyszczulku!- Rzuciła z radością.
Całej grupie poopadały szczęki. Dziewczyny zaczęły coś szeptać do siebie, spoglądając na Cally.
-Patrzą, jakby chciały mnie zeżreć- rzuciła z lekkim niepokojem.
-Nie przejmuj się tym. Twój rycerz jest obok- zażartowałem.
-Który miecz wyciągniesz pierwszy?- Rzuciła chichocząc.
-To pytanie, czy wyzwanie?- Uśmiechnąłem się, dając jej całusa.
-Tylko nie odfruńcie za daleko; gołąbki- rzucił ze śmiechem Porter.
-Kruka to nie dotyczy- rzucił Jacob.
-Caro, zrobisz coś dla mnie?
-Co takiego?- Rzuciła uprzejmie.
-Zgaś mu światło- odparłem po hiszpańsku, a reszta zrobiła zaskoczone miny.
Caro strąciła chłopakowi dżokejkę na oczy, a my zarechotaliśmy zgodnie.
-Zjazd. Niżej lataj- prychnął udając irytację. Poprawił czapkę
-Niżej..?- Spytała z tajemniczym błyskiem w oku.
-Tam nie masz czego szukać- wypalił nieprzemyślanie, a wszyscy buchnęli rechotem.
Zasłonił dłonią oczy, jakby mówił: "co ja pierdolę za głupoty..?"
Kierowaliśmy się do Madrytu.
***
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
-Callisto..?- Zamruczał mi do ucha, ogarniając mnie ramionami.
-Hmmm?- Poczułam, że odpina guziki mojej bluzki.
Przesunął ustami po pieczęci na mojej szyi, zahaczając ustami o moje ucho.
-Mam na ciebie ochotę..- szepnął obsypując mnie całusami.
-Chyba ześwirowałeś..- zaczęłam zawstydzona, nie próbując się odsunąć.
-Od zawsze mam świra na twoim punkcie- odwrócił mnie ku sobie. Jego oczy błyszczały w ciemności, gdy patrzył na mnie w ten sposób..
-Ale jeśli, ktoś by nas teraz zobaczył... Tak, no wiesz..- zaczęłam niepewnie.
-Nie chcesz mnie..?- Odparł smutny, chcąc się odsunąć.
-Ależ oczywiście, że chcę- zaprzeczyłam szybko, przytulając się doń.
-Jak bardzo?- Zapytał jakby bez przekonania.
Pchnęłam go lekko i oparłam o drzwi.
-Jak diabli...- odparłam patrząc w te zielone oczy za szkłami okularów. Moje ręce, jakby wbrew mnie wślizgnęły się pod jego błękitną koszulkę i przesuwały się po jego ciele.
W tej samej chwili otworzyłam oczy słysząc drący się materiał..
-Przepraszam..- zaczęłam zakłopotana, patrząc na rozdarty na jego ciele T-shirt, zza którego wyłaniały się wyrzeźbione mięśnie i tors.
Bez słowa rozerwał materiał i zrzucił zniszczony ciuch. Zaczęło kręcić mi się w głowie.. Pachniał tak nieziemsko pysznie.. Przysunął mnie jeszcze bliżej stojąc w samych czarnych dżinsach i na bosaka. Pocałował delikatnie w usta, nie wypuszczając mnie z rąk. Był taki ciepły..
Ani się obejrzałam, a wylądowaliśmy w łóżku, a nasze ciuchy walały się po podłodze. Z jedenastej wieczorem w mig zrobiła się druga w nocy.

-Brakowało mi tego...- szepnął zdyszany, kładąc dłoń na moim brzuchu.
-Ja... Przepraszam za tę koszulkę- zamruczałam z głową przy jego piersi.
-Mniejsza o ciuchy..- Odszepnął, gdy wsłuchiwałam się w uderzenia jego serca.- Jesteś tak strasznie... Ogromnie... Zajebiście sexy, że nie potrafię się powstrzymać- oznajmił z diabelskim uśmieszkiem.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Jestem gruba- zaprzeczyłam z niedowierzaniem.
-Wcale nie jesteś- szepnął z uczuciem głaszcząc mnie po włosach.- Jesteś moją narzeczoną, a moja narzeczona jest Najpiękniejsza- powiedział z dumą.
-Twoja narzeczona się roztyła i jest baleronowym potworem. Łaaaa!.- Podniosłam ręce i udałam szalonego potwora.
-Głuptas- prychnął dusząc się ze śmiechu.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Poranek...
-Baleronowy potwór...- Rzuciła turkusowooka wesoło. Pochyliła się i dając mi buziaka na przywitanie, objęła mnie mocno.
-Jesteś głodna?- Spytałem przyciągając ją do siebie.
-Głodna... Głodna mojego Pyszczulka- zamruczała z lekkim chichotem.
-Lubię widzieć cię w tym stanie- rzuciłem ciepło.
Ubraliśmy się i zeszliśmy na śniadanie.
-Idzie Głodzilla- rzucił niższy z kumpli Vegi; imieniem Dámen; spoglądając z zaciekawieniem na Callisto.- Nie denerwuj się; Gringo- uśmiechnął się przyjaźnie.
Vega gapił się na Callisto z wyraźnym zainteresowaniem. Gloria i Anne mierzyły Callisto z zazdrością tak samo; jak inne dziewczyny.
-Na co masz ochotę, mój Baleroniku?- Szepnąłem pieszczotliwie.
-Zjadłabym... Sama nie wiem..- zaczęła niezdecydowana.
Wziąłem słodką bułkę i przysunąłem dłoń z jedzeniem w jej stronę. Ugryzła kęs i zaczęła żuć z przymkniętymi oczami.
-Pycha..- wymruczała z pełnymi ustami. Po niecałej minucie cała buła zniknęła w jej ustach. Większość hiszpańskich łowców patrzyła z ciekawością; jak Callisto wcina.
Gloria szepnęła coś do Anne; która przyciszonym głosem rzuciła kilka słów po hiszpańsku.
-O czym rozmawiają?- Zapytała lekko zaniepokojona.
-Pewnie o nas- rzuciłem ścierając z jej ust nadmiar czekolady.
-Taaa. Już widzę komentarze. Baleron. Gruba beczka. Różne takie- burknęła ponuro.
-Tylko ja mogę nazywać cię Baleronikiem; a reszta niech spada na drzewo.
-Kruk, wiesz jak wczoraj brzmiało jego "dobranoc"?- Zapytał Jasper.
-Jak?- Zapytała z zaciekawieniem.
-Muszę rozpakować moje mięsko- zacytował; a Horse zakrztusił się kawą. Vega zdzielił chłopaka w plecy.
-Grazzie- rzucił łamanym włoskim Jacob ocierając łzy z oczu.
-Widzisz, Jazzy. Przynajmniej ma co schrupać- odparła uprzejmie Callisto.
-Było słychać; jak się nawzajem chrupaliście- odparł Jasper, a kilka osób przy stole zawyło z podziwem.
Zrobiłem się czerwony, jak piwonia; a Caroline dołączyła do rozmowy rzucając:
-Chrupnął byś swoją raz, a porządnie; Jazzy- zasugerowała tonem miłej konwersacji. Jacob w tym momencie, jakby przeczuwając; że Caro walnie coś z grubego kalibru odstawił kubek z kawą.
-Co ty możesz wiedzieć o chrupaniu; Raven?- Zapytał tajemniczo Porter.
-No, nie wiesz?- Rzuciła spoglądając nań z ukosa.- Masz blisko siebie najbardziej słodko-chrupiącą parę naszej Kwatery Głównej. O, przepraszam.. Płomień się zapalił- rzuciła z lekkim uśmiechem.
-Dzięki, że mnie zauważyłaś- rzuciłem próbując ukryć zakłopotanie.
•••
-Señorita, może się spróbujemy?- Zaproponował Vega Callisto.
-Czemu nie?- Cała Cally. Nigdy nie odpuszcza żadnego pojedynku.
-Kochanie Moje..- mruknąłem z lekkim niezadowoleniem.
-Pyszczulku...- Zrobiła słodką minkę proszącego szczeniaczka. Pozostałem niewzruszony.- Proszę...
-Ech, z tymi kobietami- westchnąłem ciężko; całując ją.- No, dobrze..
Callisto podskoczyła z radością.
-Zero litości; Señor- rzuciła mijając go.
-Jakieś zasady?- Spytał uprzejmie.
-Jedna: żadnych zasad- odparła wesoło idąc do sypialni.
-Twoja dziewczyna jest naprawdę odważna- skomentował Vega z podziwem.
-Lepiej uważaj na siebie- odparłem szturchając go mocno.

-Co się tam dzieje; na Świętego Anioła?- Zapytała zaskoczona kobieta.
Wszyscy oblegli frontowe okna, a niektórzy wyszli na podwórze. Nawet idący ulicą zatrzymali się, obserwując.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Mhm. Mamy widownię- rzucił odbijając mój atak.
-No- rzuciłam z ironią. Musiałam się cofnąć. Przez kilka minut tylko unikałam ciosów; broniąc się przed przeciwnikiem. Obserwujący pojedynek wsłuchiwali się w szczęk stali i patrzyli na wymianę ciosów.
-Pokaż na co cię stać; łowczyni herbu Kruk- rzucił wyzywająco.
-Michael chyba mówił, żebyś uważał- odparłam przewracając oczami.
-Jesteś zbyt pewna siebie- natarł na mnie z impetem.
Odskoczyłam w bok i obracając się pacnęłam go w tyłek płazą miecza. Vega zatrzymał się o krok od bramy i odwrócił się ku mnie zdziwiony.
-To jest twoje "żadnych zasad"? Aż tak podoba ci się mój piękny tyłeczek?- Spytał ze śmiechem.
-Mój narzeczony ma najpiękniejszy tyłeczek w całym wszechświecie. Twój jest.. Conajmniej niesymetryczny- odparłam po francusku, a Caroline oparła się o Jaspera i oboje pokładali się ze śmiechu.
-Na mój kuperek ogląda się masa hiszpańskich dziewczyn- odparł dumnie.
-Czyżbyśmy zaczęli konkurs na "Najpiękniejszy tyłek Barcelony"?- Odchyliłam się przed sztychem jego szpady i odbiłam broń przeciwnika.
-Chętnie bym w to wszedł- uśmiechnął się lekko.
-Nie miałbyś z Michaelem żadnych szans- zarechotałam zwierając z nim klingę, wolną dłonią pstryknęłam go w nos, chichocząc, a z ust widzów wyszedł jęk zdumienia. Szybko odsunęłam się z zasięgu ciosów, gdy nasze ostrza znów się zwarły.
-Pax?- Rzuciłam po łacinie.
-Parabellum- odparł. Odepchnęłam go i zaatakowałam.
Wytrącił mi miecz, przeskoczyłam ławkę i widząc upadającą broń podbiłam ją butem. Przecinając ręką powietrze, pochwyciłam rękojeść, odbijając kolejny jego atak.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Dziewczyna daje czadu- zauważył jakiś facet z grupy gapiów przed bramą.
-Stawiam pięćdziesiąt euro, że go rozwali- rzucił inny mężczyzna.
-Sto, że chłopak wygra- rzuciła młoda kobieta, chyba studentka.
-No, to lepiej szykuj stówę- odparł ten pierwszy śledząc pojedynek.
-Zobaczymy- rzuciła krótko.
Wytrąciła mu szpadę, zrobił szybki unik przed jej ostrzem i obracając się na kolanach złapał szpadę tuż nad ziemią.
Umknął Callisto.
-Ostra jesteś- szepnął tuż przy jej uchu, a we mnie aż się zagotowało.
-Lepiej się poddaj- odparła z  uśmiechem.
-Nigdy- odpowiedział, gdy zrobili trzy kroki i zwrócili się ku sobie.
Atak Callisto był natychmiastowy- Vega z wyraźną trudnością sparował cios i zaparł się na ziemi, gdy czarnowłosa zwarła z nim półtorak.
Wszyscy z zapartym tchem obserwowali, co się za chwilę stanie.
Callisto zmrużyła oczy i w pewnej chwili odsunęła dłoń z mieczem. Vega wylądował w piachu, a Callisto oparła miecz na prawym ramieniu chłopaka, lekkim kopniakiem wytrącając mu broń z palców.
Damén sędziujący pojedynek podszedł.
-Rozstrzygnięty Raven zwyciężyła- rzucił z podziwem.
-No, to pozbyła się pani stówki- rzucił facet, z którym nieznajoma się założyła.
-Cóż.. To w końcu loteria- odparła dając mu banknot.
Callisto odsunęła ostrze i pomogła Mu wstać..

-Klepnęłaś go w tyłek- zauważyłem, gdy spacerowaliśmy po mieście.
-Ciebie też klepnę- zamruczała z uśmiechem.
-Och, wiesz; że nie o to chodzi- odparłem obrażony.
-No to o co?- Zapytała zbita z tropu, przyglądając mi się.
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
-Klepnęłaś Go w tyłek- powtórzył akcentując drugie słowo.
-Jesteś o mnie zazdrosny?- Zapytałam unikając jego wzroku.
-Po prostu nie chcę, żebyś klepała innego faceta w tyłek- burknął trochę zły.
-Nadal nie odpowiedziałeś na moje pytanie- zauważyłam.
-Ty też migasz się od odpowiedzi- stwierdził wolno, świdrując mnie zielonymi oczami.
-Chciałam go tylko zdekoncentrować, a ty robisz z tego wielkie halo- prychnęłam pijąc lemoniadę z puszki.
-Chyba też byłabyś wściekła, gdybym to ja klepnął w tyłek inną- zirytował się, padając na ławkę.
-O co ci chodzi; Michael?- Zapytałam wprost, siadając obok.
-Dobra. Okej- burknął poirytowany.- Jestem o ciebie ZA-ZDRO-SNY. Zadowolona?
Westchnęłam ciężko.
-Przepraszam. Nie bądź na mnie zły..- poprosiłam z żalem.
-Już rozumiem to twoje "żadnych zasad"- powiedział przez zaciśnięte zęby.- Pewnie zaraz się dowiem, że jest ktoś trzeci- na serio się wściekł.
-A zastanawiałeś się, kto by w ogóle chciał taką Grubą Świnię?- Odparłam ze złością.
-Zabiłbym każdego, kto by na ciebie tak powiedział- odparł chłodno.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Callisto nagle odstawiła puszkę i wskoczyła na ławkę, wołając coś po francusku. Wszyscy gapili się na nią zaskoczeni; a niektórzy zaczęli coś szeptać. Po chwili zeskoczyła z ławki.
-No, widzisz. Nikt nie chce Grubego Balerona- skwitowała wzruszając ramionami; gdy nagle jakiś facet rzucił po hiszpańsku:
-Chyba pani spadła z nieba; bo wygląda pani niczym anioł!- skomplementował, a Callisto zwróciła na mnie pytające spojrzenie.
Podniosłem wzrok i spojrzałem na delikwenta, rzucając:
-Spóźnił się pan, ten Anioł jest mój!- Odparłem.
-Skoro tak, to przepraszam!- zaśmiał się młodzieniec; a wszyscy na rynku wrócili do swoich spraw w o wiele lepszych humorach.
-Co ten facet powiedział, że masz taką minę?- Zdziwiła się.
-Stwierdził, że niedawno spadłaś z nieba i chciał się z tobą umówić- oczywiście trochę to przekoloryzowałem.
-Taa. Akurat- prychnęła bez przekonania.- Deszcz Aniołów wyglądem przypominających baleron lub szynkę.
-Coś apetycznego, jak dla mnie- skomentowałem rozglądając się. Zauważyłem szczupłą dziewczynę z długimi lokami.- Widzisz tamtą.? Albo tą?- Tuż obok nas przechodziła blondi.
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
-Też się oglądasz za innymi- burknęłam zła.
-Nie oglądam się. Z takich, jak one to mógłbym sobie wykałaczki zrobić i pogrzebać sobie nimi w zębach. Takie chudziutkie to pierwszy-lepszy wiatr porwie- zauważył z ironią.
-Znowu mówisz, że jestem gruba- burknęłam obrażona.
-Ja po prostu chciałem zauważyć, że twardo stąpasz po ziemi.
-Teraz nazywasz mnie Słoniem, super- udałam złą.
-Wcale nie. Chcę powiedzieć, że podobasz mi się, nieważne; czy chudsza, czy puszysta- chyba usłyszał, że syczę oczami.- A tak, swoją drogą: jak już przytyłaś, to mam się przynajmniej do czego poprzytulać...- Starał się jakoś mnie udobruchać.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Czubek!- Zarechotała oparta o ławkę.
-No, co; Moja Świrusko?- Uniosłem brwi udając zdziwienie.
-Padłam, nie wstaję- rzuciła wesoło.- Co się tak na mnie gapisz.?
-Założyłaś sukienkę- bąknąłem zjadając wzrokiem jej smukłe, choć lekko opuchnięte, nogi.- Nigdy nie widziałem cię w sukience..
-Widziałeś mnie w spódniczce- stwierdziła.
-Szkolny mundurek się nie liczy- zastopowałem nie potrafiąc oderwać oczu od jej postaci.
-To ciążówka. Wyglądam jakbym chodziła w worku od ziemniaków- skrytykowała czerwono-czarno-białą sukienkę w fantazyjny, wesoły wzór.
-Mnie się podoba ten "worek po ziemniakach"- odparłem całując ją lekko.
-Nigdy nie mówiłeś, że ci się podobam- zauważyła zaskoczona.
-Myślałem, że o tym wiesz- obruszyłem się.- Podobasz mi się.. Podobasz mi się.- Powtórzyłem kilka razy, doprowadzając ją tym do śmiechu.
-Głupek- wymamrotała całując mnie.
-Nie jesteś głodna?- Spytałem troskliwie obejmując ją.
-Troszeczkę, a do obiadku daleko- stwierdziła unikając mojego wzroku.
-No, to podnóś ten puszysty tyłeczek; idziemy coś wszamać- uśmiechnąłem się pomagając jej wstać, pocałowałem ją mocno.
-Ale... Ja się nie znam na tym hiszpańskim żarciu..- powiedziała niepewnie.
-Od tego masz mnie- rzuciłem pocieszająco biorąc ją za rękę.
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
-Buènos Diáz- rzucił spokojnie wchodząc do knajpki. Kilku facetów odwróciło się i spoglądając na mnie z zaciekawieniem, zaczęło szybko rozmawiać. Nie przypominało mi to hiszpańskiego.
-Bella ragazza- rzucił z zaciekawieniem jeden z nich.
-Mià ragazza; Signore- odparł z dumą Michael.
Podeszliśmy do wolnego stolika. Michael odsunął mi krzesło; w ogóle jego zachowanie sporo odbiegło od normy.
-Señor Tyler- Kobieta w średnim wieku przywitała go uśmiechem, mówiąc coś jeszcze.
-Si; Señora... Gracias- odparł uprzejmie siadając.
Skakałam oczami, próbując zrozumieć coś z ich rozmowy. Kobieta zniknęła na zapleczu knajpki.
-O co tu chodzi?- Zapytałam go odrobinę podejrzliwie.
-Cierpliwości, Moje Kochanie- zachichotał lekko.
Jedna z kelnerek przyniosła nam karty dań.
Postanowiłam nie pytać. Może jednak lepiej nie wiedzieć, co Michael kombinuje?- Zastanowiłam się przez chwilę.
Wybrałam kilka najlepiej brzmiących nazw i zauważyłam, że kelnerka posłała mu niepokojąco porozumiewawcze spojrzenie. Oparłam się pokusie przywalenia jej stojącym na stoliku gustownym (i na pewno bardzo twardym!) świecznikiem. Kobietka zniknęła gdzieś na tyłach knajpki.
-Zauważyłem, że szukasz broni- ten seksowny półuśmiech mnie uspokoił.
-Nie lubię, jak inna za długo się na ciebie gapi- powiedziałam nadąsana.- Jesteś moim Pyszczulkiem, a reszta niech spada.
-Zazdrosna?- Rzucił ciepło, kładąc dłoń na mojej.
-Wcale- odparłam lekceważąco.
-Kłamczucha- wytknął mi z humorem. Przejrzał mnie od razu..
Wtedy dostrzegłam, że świecznik to dwa łabędzie, których szyje tworzą serce, a świeczki pachną moim ulubionym wrzosem. Obrus był w kolorze turkusowym.

Nigdy bym nie pomyślała, że facet może być takim romantykiem...
Nad czym się tu zastanawiać? Randka idealna; Cally..- ech ten złośliwy głos...
Spadaj, Pijawka; tylko tak sobie luźno rozmyślałam..

-Co; Moje Kochanie?- Rzucił karmiąc mnie, dostrzegłam kilkanaście ukradkowych spojrzeń w naszą stronę, gdy naraz moją uwagę zwróciły melodyjne dźwięki gitar i budzące ciarki kastaniety.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-To wszystko dla mnie..?- Zapytała drżącym szeptem.
-No pewnie, że dla ciebie- Odszepnąłem patrząc na Callisto. Właściwie mogłem gapić się bez końca na moją Gwiazdeczkę...
-Co się stało; Moje Kochanie..?- Szepnąłem pieszczotliwie.
-Przepraszam..- szybko otarła łzy.- Jesteś tak strasznie kochany, że brak mi słów..- powiedziała cichutko.
-No, już... Już, spokojnie; mój ty "Baleronowy Potworze"- uśmiechnąłem się do niej trzymając ją za rękę. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz