-Aniołowie; pozwólcie nam wrócić w jednym kawałku- mruknąłem spoglądając na posągi przedstawiające trójcę archaniołów: Mikaela; Suriela i Razjela, w którego dłoni lśnił dymiący; brązowy kielich.
-Ogień zgasł. Jeszcze raz i marnie skończę, hm?- Mruknąłem znowu do swoich myśli.- Nie jestem wierzący, a tym bardziej nie przesądny- szybkim krokiem minąłem kamienne anioły i ruszyłem schodami.
-Więc, gdzie trzymają Trixie?- Zapytał niepewnie, gdy jechaliśmy zatłoczoną ulicą.
-Mówi ci coś East End?
-To biedniejsza dzielnica miasta. Masz jakieś namiary? Cokolwiek??- Był poirytowany.
Odczytałem adres.
-Przecież to jadłodajnia- żachnął się.
-Najciemniej jest pod latarnią; Forest- odparłem tajemniczo.
-Nic z tego nie rozumiem, a naprawdę bardzo chcę łapac cokolwiek z tego wszystkiego. Właściwie nie wiem, czemu jadę gdzieś, gdzie może jej nie być..
-Człowieku.. Choć raz nie myśl jak pies i zdaj się na kogoś mądrzejszego w sprawie, na której kompletnie odpadasz- jakby wbrew sobie uśmiechnąłem się z wyższością.
-Ryzykujesz, że znów zechcę wpakować cię do Ośrodka- zauważył patrząc na mnie podejrzliwie kątem oka.
-Na trzy lata? Opłacałoby ci się?- Zapytałem z powątpiewaniem.- A może bardziej profilaktycznie wyślesz mnie do czubków?- Zarechotałem, bo mnie samemu ta rzucona mimochodem propozycja wydała się mega zabawna.
-Nie sądzę, że nie można ci ufać- odparł po długiej ciszy z oczami utkwionymi w drodze.
-W sumie co ma piernik do wiatraka?- Zapytałem zaskoczony dziwacznością naszej rozmowy.
-Po prostu zdaje mi się, że jak na świra, wiesz co robisz..
-Czasami kompletnie nie potrafię cię rozgryźć, człowieku. Odparłem z irytacją.
-Przedtem nie nosiłeś tego sygnetu- zauważył malachitowooki zmieniając szybko temat.
-To po ojcu, którego nawet nie znałem- odparłem spoglądając na tarczę z kielichem oplecionym dzikim winem, na którego czaszy widniał krzyż Templariuszy.
-Serio myślisz, że Trixie tu jest?- Spytał cicho.
-Mam taką nadzieję- Forest skręcił i zaparkował wóz.
Jadłodajnia pękała w szwach. Gdzie okiem sięgnąć widziałem zmęczenie w twarzach dorosłych i smutek dzieci. Powoli wszedłem do środka z bronią zawiniętą w bluzę i mijając jedną z kobiet dostrzegłem to: małe, ledwie widoczne ślady kłów pijawy i poczułem jakbym dostał w twarz.
Skierowałem się w stronę najbliższych drzwi.
-Panowie! Tam nie wolno wchodzić- jeden z facetów prowadzących ten bajzel złapał mnie za ramię.
Ruchem dłoni uciszyłem Forest'a i rzuciłem spokojnie:
-Przepraszam najmocniej, ale byłem tu umówiony z Katherine Tower- rzuciłem uprzejmie marząc o tym jak zrobić jej krzywdę.
-Z Panią Katherine?- Zapytał z czcią niski brunet.
-Owszem, trochę mi się spieszy; więc..- zasugerowałem, a Forest wpatrzony we mnie pytał wzrokiem co kombinuję.
Brunet grzebał tymczasem w pęku kluczy. Trzask. Otworzył drzwi i poprowadził nas spiralnymi schodami w górę.
-Przyszedł..- usłyszałem jej znienawidzony głos.
-Prosto i pierwsze drzwi po lewej- rzucił brunet i zniknął, jakby nie chciał spotkać się ze swoją Panią.
-Mam cię, Tower- założyłem bluzę i kopniakiem otworzyłem drzwi.
Katherine wcale nie zdziwiona, patrzyła na mnie siedząc w wyluzowanej pozie na kanapie. Otoczona swoimi sługusami piłowała paznokcie.
-Jaśnie Wielmożny Salvator, herbu Kielich łaskawie zaszczycił nas swą obecnością- z szyderczym uśmiechem zdmuchnęła niewidzialny pył z paznokcia; a jej słowom zawtórował drwiący śmiech jej przybocznych.
-Nazywam się Donovann, nie przyjąłem nazwiska ojca- odpowiedziałem obojętnie- chyba wiesz po kogo przyszliśmy- stwierdziłem ruchem dłoni z laurysem pozbywając się atakującego wampira, którego truchło w zetknięciu z panelami zmieniło się w popiół.
sobota, 12 stycznia 2019
czwartek, 10 stycznia 2019
Ogłoszenie parafialne 😎
Konnichiwa minna!
Kolejna część rozdziału pojawi się w sobotę lub niedzielę
Domo arigatō gozaimas za wizyty na moim blogu i zachęcam was do komentowania ;)
Sayo!
Kolejna część rozdziału pojawi się w sobotę lub niedzielę
Domo arigatō gozaimas za wizyty na moim blogu i zachęcam was do komentowania ;)
Sayo!
piątek, 4 stycznia 2019
Hunter III Curse Rozdział XXXIII: "Najwyższa Więź" i inne życiowe przeboje
Dwudziesty czwarty dzień lipca spędziłem przy biurku studiując papiery; gdy nagle ktoś zapukał.
-Proszę- rzuciłem nadal zaczytany w dokumencie raportu z wczorajszej obławy na Rządowych.
-Dzień dobry; szukam Przewodniczącego Związku- wtedy ton postaci się zmienił.- Co ty tu robisz, Donnovan?- Zdumiał się.
-Mógłbym cię zapytać o to samo, Schwarz- stwierdziłem podnosząc wzrok.
Zapadła chwila niezręcznej ciszy.
-Spodziewałem się kogoś poważniejszego- oznajmił wolno.
-I vice versa.
-Maksym nie żyje. Pretoria chce, bym objął Urząd. Ktoś musi ogarnąć bajzel, którego narobił- odparł siadając.
-Kyle i reszta o tym wiedzą?- Zapytałem z grzeczności, bo w sumie niewiele mnie to obchodziło.
-Jeszcze nie. Właściwie to chciałem pogadać- powiedział z namysłem.
-No, to wal; a nie się czaisz, jakbyś miał coś złapać; Tępaku- nie mogłem się powstrzymać od rzucenia kąśliwego przezwiska.
-No.. bo chodzi o to, że.. Większość Rządu Pretorii chce spowrotem "Paktu"...
-Mówisz o pakcie; który zerwał Maksym?
-Taa, ale on zrobił to wbrew woli Rady. Zresztą nigdy nikogo nie słuchał- stwierdził Jace.
-To zależy od decyzji łowców ze wszystkich kwater, a nie tylko ode mnie; Jace. A przeciwieństwie do was nie jesteśmy watahą, a ja nie jestem Alfą, by decydować za kogokolwiek- byłem trochę nieostrożny, bo mógł to uznać za celowy przytyk i traktowanie go z góry, ale chciałem uświadomić mu pewba roznice między naszymi organizacjami.
-Traktujesz mnie, jak tresowanego szczeniaka; Donnovan??- Warknął oburzony.
-Och, daj spokój.. Jace- jęknąłem niecierpliwie.- Chcę po prostu powiedzieć, że w przeciwieństwie do nas: łowców; ty możesz narzucić komuś swoje zdanie- po jego minie poznałem, że nie powinienem przeginać .
-Mogę, ale nie chcę- odwarknął z naciskiem.
-Nadziany, rozpuszczony bachor wydoroślał, co?- Zażartowałem, próbując rozładować napięcie.
-Wcale nie rozpuszczony, Donnovan- Jace westchnął ciężko.- Wiesz, z jakiego powodu wszyscy nabijają się z tego, że ciągle noszę długi rękaw?- Spytał, jakby z innej beczki.
-Nie mam zielonego pojęcia- wzruszyłem ramionami.
Schwarz bez słowa podwinął rekawy i pokazał wewnętrzne strony przedramion.
Oba były pokryte poszarpanymi bliznami.
-Co ci się stało, do cholery??- Wypaliłem ze zdumieniem.
-Po pierwszej pełni próbowałem się zabić - odparł cicho, z niechęcią.
-Jace.. Mogę cię o coś spytać?- Wolno skinął głową.- Czy wy.. Czy jestescie nieśmiertelni..?
Jace zmierzył mnie uwaznym spojrzeniem zielonozłotych oczu o wilczym wyrazie . Po chwili jego kanciastą twarz rozjaśnił lekki uśmiech.
-Żyjemy dość długo, ale nie. Nie jesteśmy nieśmiertelni- odparł spokojnie.- Czy to wywiad ze słynnym Wilkiem?- Uniósł brew.
-Nie wiedziałam, że zostałeś celebrytą- Zażartowała nieco uszczypliwie Cindy dźwigając pokaźny stos papierów.
-Nie widać?- Jace popatrzył na nią dziwnie uwodzicielsko.
-Sorry, nadal cuchniesz Zmokłym Psem, więc nie umówię się z tobą- odparła przewracając oczami.
-Nie wiesz, co tracisz- rzucił to niby żartobliwie, ale bardziej brzmiało to, jakby mówił: kurczę szkoda..
Jakby na serio mu zależało...
***
Kiedy Jace zniknął za drzwiami, Cin oparła się dłońmi o parapet okna.
-Czego on od ciebie chciał?- Zapytała cicho.
-Został Centurionem Pretorii. Pytał, czy można znów zawrzeć Pakt- odparłem, odkładając pióro spojrzałem na zegarek na lewym nadgarstku. Wskazywał czwartą po południu.
-A ty?
-Myślę, że powinny to przegłosować wszystkie KGS- odparłem przeciągając się.
-Nabrałeś pewności siebie, Jack- stwierdziła nie odwracając wzroku od okna.
-Serio?- Nie wiem, czemu; ale podszedłem bliżej i objąłem ją, jak wtedy, gdy byliśmy jeszcze parą.
-Taa, zmądrzałeś- czasem nawet lubiłem tę jej uszczypliwość.- Jak tam Clari?
Moje ręce automatycznie się cofnęły, a ja oparłem się o ścianę wsuwając ręce do kieszeni krótkich do kolan dzinsów.
-Dobrze tylko.. Martwię się, bo wygląda na przemęczoną- żadne z nas nie miało odwagi skomentować tej niezręcznej sytuacji sprzed zaledwie chwili.
Właściwie sam nie wiedziałem, czy było to tylko zwyczajne przyjacielskie przytulenie, czy jednak coś więcej. Nadal nie wiem, co tak naprawdę do niej czuję i..
-Bidula. Sword nie daje jej żyć, bo jest najlepsza- rzuciła ciepło.- Jack..
-Hm?- Podniosłem wzrok ze swoich butów.
-Wszystko gra?- Spytała z troską.
Skinąłem głową, słysząc pukanie. Kłamałem, ale..
Grało, póki nieoczekiwany gość nie wszedł do środka. Był to policjant, który kiedyś chciał władować mnie do poprawczaka, a nazywał się Max Forest.
-Przewodniczący jest zajęty- tuż za nim wszedł Deere usiłując zatrzymać policjanta.
-W porządku, Jeleń- westchnąłem ciężko.
-Powiem, że się trochę spóźnisz- Cin klepnęła mnie w ramię wychodząc.
-Dzięki- rzuciłem.- O co chodzi?- Zwróciłem się do Forest'a, gdy zamknęły się drzwi. Siadając wskazałem mu fotel i przełożyłem na parapet dokumenty.
Facet zmierzył mnie uważnym spojrzeniem i w milczeniu przesunął po blacie biurka małą kartkę.
Rozłożyłem ją i wbiłem oczy w treść liściku.
J. W. Przewodniczący Związku,
nadal nie słuchasz moich rad, aby Zrzeszenie nie wtrącało się w nieswoje rzeczy, poza tym nadal próbujesz się mścić nie tylko na mnie, ale i na Senacie.
Mam kogoś na kim bardzo zależy Twojemu znajomemu.
Wiesz kto.
-Przeklęta Tower- warknąłem przez zaciśnięte zęby odjeżdżając na krześle w stronę regału w kącie gabinetu. Ściągnąłem z dolnej półki czarny segregator ze znakiem Senatu i wróciłem do biurka.
-Znasz ją?- Zaczął zaskoczony.
-Kogo porwała?
-Moją córkę- odparł grobowo.
Powoli otworzyłem segregator i zagłębiłem się w lekturze.
***
-Są dwie opcje- oznajmiłem zamykając z trzaskiem segregator.- Przepraszam na chwilę- dodałem wychodząc.
Akurat szczęśliwie się złożyło, bo tuzza drzwiami wpadłem na Deere'a.
-James, jest sprawa.
-No, nawijaj; Przewodniczący- rzucił krótko.
Wyjaśniłem mu; o co lata. Bursztynowooki zamyślił się na chwilę.
-Nie liczyłbym na to, że będzie w budzie Senatu, obstawiłbym raczej Dom Klanu na East End.
-Masz namiary?- Z kieszeni wydobyłem długopis i na wnętrzu dłoni zanotował em adres.
|•••|
-Donnowan!- Forest wyciągnął rękę; zeby mnie zatrzymać, ale szedłem daled- Donnowann, gdzie ty mnie znowu wleczesz?.
-Do zbrojowni- burknąłem nie zatrzymując się.
-Po co? Mam...
-Broń, którą można ich tylko wkurzyć- raptem przystanąłem i odwróciłem się w jego stronę.
-Przewodniczący, kto nie jest jednym z nas nie może- do rozmowy wtrącił się kobiecy głos.
-Spokojnie, pani Sekretarz. Ze mną nic mu nie grozi- uspokoiłem.
-W Imię Anioła..- zaczęła z irytacją. Pewnie uznawała mnie jeszcze za nierozgarniętego szczawia.
-Właśnie: w Imie Anioła nie pozwolę tym brudasom zrobić krzywdy małemu dziecku- rzuciłem lodowato, mijając ją szybkim krokiem. Pchnąłem ciężkie metalowe drzwi z wytłoczonymi w nich dwoma skrzyżowanymi sztyletami nad- znakiem Zrzeszenia- Księżycow Różą.
Nasze kroki odbijały się echem w ogromnym pustym pomieszczeniu pełnym różnorodnej broni w sciennychgaleriach i szeregach stojaków po obu naszych stronach. Forest rozglądał się z niemałym zaciekawieniem.
-"Kto chwali Anioła, udźwignąć Ją zdoła"- zacytowałem z tęsknym westchnieniem.- Gdyby tylko nie było to pancerne szkło- mruknąłem sięgając po sztylety. Jemu rzuciłem dwa pistolety, kilka magazynków i kindżał, a sobie wziąłem piękny laurys.
-Co to ma być, do...- Zaczął oburzony.
-Przesłuchania zostaw sobie na potem- przerwałem mu nieco złośliwie.- Pieprzeni Arystokraci, kurwa ich mać.- Co jest grane?- Zaskoczony obejrzałem się na stojącego przy 'ścianie zasłużonych' policjanta.
-To niemożliwe- wyszeptał niemal, gapiąc się na jedno ze zdjęć.
-Grace Janett Sobiesky, herbu Janina; łowca stopnia ósmego. Zginęła podczas 'Ósmej nocy".
-Była moją matką..
-Dziwi cię szlacheckie pochodzenie?- Uniosłem brwi .
-Ojciec twierdził, że ona nadal żyje. Nie powiedział, że była.. Że w ogóle o was wie..
-Pakt Milczenia. Osoby niezwiązane z naszym zawodem składają specjalną przysięgę- wyjaśniłem idąc dalej.
-Ile jeszcze o tobie nie wiem, Donovann?- Zniecierpliwił się.
-Wiesz tyle, na ile jesteś gotów, Forest. Kiedyś to ogarniesz- odparłem widząc, że wściekły próbuje mi przerwać. Powoli zamknął usta i bez słowa poszedł za mną.
-Proszę- rzuciłem nadal zaczytany w dokumencie raportu z wczorajszej obławy na Rządowych.
-Dzień dobry; szukam Przewodniczącego Związku- wtedy ton postaci się zmienił.- Co ty tu robisz, Donnovan?- Zdumiał się.
-Mógłbym cię zapytać o to samo, Schwarz- stwierdziłem podnosząc wzrok.
Zapadła chwila niezręcznej ciszy.
-Spodziewałem się kogoś poważniejszego- oznajmił wolno.
-I vice versa.
-Maksym nie żyje. Pretoria chce, bym objął Urząd. Ktoś musi ogarnąć bajzel, którego narobił- odparł siadając.
-Kyle i reszta o tym wiedzą?- Zapytałem z grzeczności, bo w sumie niewiele mnie to obchodziło.
-Jeszcze nie. Właściwie to chciałem pogadać- powiedział z namysłem.
-No, to wal; a nie się czaisz, jakbyś miał coś złapać; Tępaku- nie mogłem się powstrzymać od rzucenia kąśliwego przezwiska.
-No.. bo chodzi o to, że.. Większość Rządu Pretorii chce spowrotem "Paktu"...
-Mówisz o pakcie; który zerwał Maksym?
-Taa, ale on zrobił to wbrew woli Rady. Zresztą nigdy nikogo nie słuchał- stwierdził Jace.
-To zależy od decyzji łowców ze wszystkich kwater, a nie tylko ode mnie; Jace. A przeciwieństwie do was nie jesteśmy watahą, a ja nie jestem Alfą, by decydować za kogokolwiek- byłem trochę nieostrożny, bo mógł to uznać za celowy przytyk i traktowanie go z góry, ale chciałem uświadomić mu pewba roznice między naszymi organizacjami.
-Traktujesz mnie, jak tresowanego szczeniaka; Donnovan??- Warknął oburzony.
-Och, daj spokój.. Jace- jęknąłem niecierpliwie.- Chcę po prostu powiedzieć, że w przeciwieństwie do nas: łowców; ty możesz narzucić komuś swoje zdanie- po jego minie poznałem, że nie powinienem przeginać .
-Mogę, ale nie chcę- odwarknął z naciskiem.
-Nadziany, rozpuszczony bachor wydoroślał, co?- Zażartowałem, próbując rozładować napięcie.
-Wcale nie rozpuszczony, Donnovan- Jace westchnął ciężko.- Wiesz, z jakiego powodu wszyscy nabijają się z tego, że ciągle noszę długi rękaw?- Spytał, jakby z innej beczki.
-Nie mam zielonego pojęcia- wzruszyłem ramionami.
Schwarz bez słowa podwinął rekawy i pokazał wewnętrzne strony przedramion.
Oba były pokryte poszarpanymi bliznami.
-Co ci się stało, do cholery??- Wypaliłem ze zdumieniem.
-Po pierwszej pełni próbowałem się zabić - odparł cicho, z niechęcią.
-Jace.. Mogę cię o coś spytać?- Wolno skinął głową.- Czy wy.. Czy jestescie nieśmiertelni..?
Jace zmierzył mnie uwaznym spojrzeniem zielonozłotych oczu o wilczym wyrazie . Po chwili jego kanciastą twarz rozjaśnił lekki uśmiech.
-Żyjemy dość długo, ale nie. Nie jesteśmy nieśmiertelni- odparł spokojnie.- Czy to wywiad ze słynnym Wilkiem?- Uniósł brew.
-Nie wiedziałam, że zostałeś celebrytą- Zażartowała nieco uszczypliwie Cindy dźwigając pokaźny stos papierów.
-Nie widać?- Jace popatrzył na nią dziwnie uwodzicielsko.
-Sorry, nadal cuchniesz Zmokłym Psem, więc nie umówię się z tobą- odparła przewracając oczami.
-Nie wiesz, co tracisz- rzucił to niby żartobliwie, ale bardziej brzmiało to, jakby mówił: kurczę szkoda..
Jakby na serio mu zależało...
***
Kiedy Jace zniknął za drzwiami, Cin oparła się dłońmi o parapet okna.
-Czego on od ciebie chciał?- Zapytała cicho.
-Został Centurionem Pretorii. Pytał, czy można znów zawrzeć Pakt- odparłem, odkładając pióro spojrzałem na zegarek na lewym nadgarstku. Wskazywał czwartą po południu.
-A ty?
-Myślę, że powinny to przegłosować wszystkie KGS- odparłem przeciągając się.
-Nabrałeś pewności siebie, Jack- stwierdziła nie odwracając wzroku od okna.
-Serio?- Nie wiem, czemu; ale podszedłem bliżej i objąłem ją, jak wtedy, gdy byliśmy jeszcze parą.
-Taa, zmądrzałeś- czasem nawet lubiłem tę jej uszczypliwość.- Jak tam Clari?
Moje ręce automatycznie się cofnęły, a ja oparłem się o ścianę wsuwając ręce do kieszeni krótkich do kolan dzinsów.
-Dobrze tylko.. Martwię się, bo wygląda na przemęczoną- żadne z nas nie miało odwagi skomentować tej niezręcznej sytuacji sprzed zaledwie chwili.
Właściwie sam nie wiedziałem, czy było to tylko zwyczajne przyjacielskie przytulenie, czy jednak coś więcej. Nadal nie wiem, co tak naprawdę do niej czuję i..
-Bidula. Sword nie daje jej żyć, bo jest najlepsza- rzuciła ciepło.- Jack..
-Hm?- Podniosłem wzrok ze swoich butów.
-Wszystko gra?- Spytała z troską.
Skinąłem głową, słysząc pukanie. Kłamałem, ale..
Grało, póki nieoczekiwany gość nie wszedł do środka. Był to policjant, który kiedyś chciał władować mnie do poprawczaka, a nazywał się Max Forest.
-Przewodniczący jest zajęty- tuż za nim wszedł Deere usiłując zatrzymać policjanta.
-W porządku, Jeleń- westchnąłem ciężko.
-Powiem, że się trochę spóźnisz- Cin klepnęła mnie w ramię wychodząc.
-Dzięki- rzuciłem.- O co chodzi?- Zwróciłem się do Forest'a, gdy zamknęły się drzwi. Siadając wskazałem mu fotel i przełożyłem na parapet dokumenty.
Facet zmierzył mnie uważnym spojrzeniem i w milczeniu przesunął po blacie biurka małą kartkę.
Rozłożyłem ją i wbiłem oczy w treść liściku.
J. W. Przewodniczący Związku,
nadal nie słuchasz moich rad, aby Zrzeszenie nie wtrącało się w nieswoje rzeczy, poza tym nadal próbujesz się mścić nie tylko na mnie, ale i na Senacie.
Mam kogoś na kim bardzo zależy Twojemu znajomemu.
Wiesz kto.
-Przeklęta Tower- warknąłem przez zaciśnięte zęby odjeżdżając na krześle w stronę regału w kącie gabinetu. Ściągnąłem z dolnej półki czarny segregator ze znakiem Senatu i wróciłem do biurka.
-Znasz ją?- Zaczął zaskoczony.
-Kogo porwała?
-Moją córkę- odparł grobowo.
Powoli otworzyłem segregator i zagłębiłem się w lekturze.
***
-Są dwie opcje- oznajmiłem zamykając z trzaskiem segregator.- Przepraszam na chwilę- dodałem wychodząc.
Akurat szczęśliwie się złożyło, bo tuzza drzwiami wpadłem na Deere'a.
-James, jest sprawa.
-No, nawijaj; Przewodniczący- rzucił krótko.
Wyjaśniłem mu; o co lata. Bursztynowooki zamyślił się na chwilę.
-Nie liczyłbym na to, że będzie w budzie Senatu, obstawiłbym raczej Dom Klanu na East End.
-Masz namiary?- Z kieszeni wydobyłem długopis i na wnętrzu dłoni zanotował em adres.
|•••|
-Donnowan!- Forest wyciągnął rękę; zeby mnie zatrzymać, ale szedłem daled- Donnowann, gdzie ty mnie znowu wleczesz?.
-Do zbrojowni- burknąłem nie zatrzymując się.
-Po co? Mam...
-Broń, którą można ich tylko wkurzyć- raptem przystanąłem i odwróciłem się w jego stronę.
-Przewodniczący, kto nie jest jednym z nas nie może- do rozmowy wtrącił się kobiecy głos.
-Spokojnie, pani Sekretarz. Ze mną nic mu nie grozi- uspokoiłem.
-W Imię Anioła..- zaczęła z irytacją. Pewnie uznawała mnie jeszcze za nierozgarniętego szczawia.
-Właśnie: w Imie Anioła nie pozwolę tym brudasom zrobić krzywdy małemu dziecku- rzuciłem lodowato, mijając ją szybkim krokiem. Pchnąłem ciężkie metalowe drzwi z wytłoczonymi w nich dwoma skrzyżowanymi sztyletami nad- znakiem Zrzeszenia- Księżycow Różą.
Nasze kroki odbijały się echem w ogromnym pustym pomieszczeniu pełnym różnorodnej broni w sciennychgaleriach i szeregach stojaków po obu naszych stronach. Forest rozglądał się z niemałym zaciekawieniem.
-"Kto chwali Anioła, udźwignąć Ją zdoła"- zacytowałem z tęsknym westchnieniem.- Gdyby tylko nie było to pancerne szkło- mruknąłem sięgając po sztylety. Jemu rzuciłem dwa pistolety, kilka magazynków i kindżał, a sobie wziąłem piękny laurys.
-Co to ma być, do...- Zaczął oburzony.
-Przesłuchania zostaw sobie na potem- przerwałem mu nieco złośliwie.- Pieprzeni Arystokraci, kurwa ich mać.- Co jest grane?- Zaskoczony obejrzałem się na stojącego przy 'ścianie zasłużonych' policjanta.
-To niemożliwe- wyszeptał niemal, gapiąc się na jedno ze zdjęć.
-Grace Janett Sobiesky, herbu Janina; łowca stopnia ósmego. Zginęła podczas 'Ósmej nocy".
-Była moją matką..
-Dziwi cię szlacheckie pochodzenie?- Uniosłem brwi .
-Ojciec twierdził, że ona nadal żyje. Nie powiedział, że była.. Że w ogóle o was wie..
-Pakt Milczenia. Osoby niezwiązane z naszym zawodem składają specjalną przysięgę- wyjaśniłem idąc dalej.
-Ile jeszcze o tobie nie wiem, Donovann?- Zniecierpliwił się.
-Wiesz tyle, na ile jesteś gotów, Forest. Kiedyś to ogarniesz- odparłem widząc, że wściekły próbuje mi przerwać. Powoli zamknął usta i bez słowa poszedł za mną.
Subskrybuj:
Posty (Atom)