sobota, 12 stycznia 2019

Hunter III Curse Rozdział XXXIII: "Najwyższa Więź" i inne życiowe przeboje

-Aniołowie; pozwólcie nam wrócić w jednym kawałku- mruknąłem spoglądając na posągi przedstawiające trójcę archaniołów: Mikaela; Suriela i Razjela, w którego dłoni lśnił dymiący; brązowy kielich.
-Ogień zgasł. Jeszcze raz i marnie skończę, hm?- Mruknąłem znowu do swoich myśli.- Nie jestem wierzący, a tym bardziej nie przesądny- szybkim krokiem minąłem kamienne anioły i ruszyłem schodami.

-Więc, gdzie trzymają Trixie?- Zapytał niepewnie, gdy jechaliśmy zatłoczoną ulicą.
-Mówi ci coś East End?
-To biedniejsza dzielnica miasta. Masz jakieś namiary? Cokolwiek??- Był poirytowany.
Odczytałem adres.
-Przecież to jadłodajnia- żachnął się.
-Najciemniej jest pod latarnią; Forest- odparłem tajemniczo.
-Nic z tego nie rozumiem, a naprawdę bardzo chcę łapac cokolwiek z tego wszystkiego. Właściwie nie wiem, czemu jadę gdzieś, gdzie może jej nie być..
-Człowieku.. Choć raz nie myśl jak pies i zdaj się na kogoś mądrzejszego w sprawie, na której kompletnie odpadasz- jakby wbrew sobie uśmiechnąłem się z wyższością.
-Ryzykujesz, że znów zechcę wpakować cię do Ośrodka- zauważył patrząc na mnie podejrzliwie kątem oka.
-Na trzy lata? Opłacałoby ci się?- Zapytałem z powątpiewaniem.- A może bardziej profilaktycznie wyślesz mnie do czubków?- Zarechotałem, bo mnie samemu ta rzucona mimochodem propozycja wydała się mega zabawna.
-Nie sądzę, że nie można ci ufać- odparł po długiej ciszy z oczami utkwionymi w drodze.
-W sumie co ma piernik do wiatraka?- Zapytałem zaskoczony dziwacznością naszej rozmowy.
-Po prostu zdaje mi się, że jak na świra, wiesz co robisz..
-Czasami kompletnie nie potrafię cię rozgryźć, człowieku. Odparłem z irytacją.
-Przedtem nie nosiłeś tego sygnetu- zauważył malachitowooki zmieniając szybko temat.
-To po ojcu, którego nawet nie znałem- odparłem spoglądając na tarczę z kielichem oplecionym dzikim winem, na którego czaszy widniał krzyż Templariuszy.
-Serio myślisz, że Trixie tu jest?- Spytał cicho.
-Mam taką nadzieję- Forest skręcił i zaparkował wóz.

Jadłodajnia pękała w szwach. Gdzie okiem sięgnąć widziałem zmęczenie w twarzach dorosłych i smutek dzieci. Powoli wszedłem do środka z bronią zawiniętą w bluzę i mijając jedną z kobiet dostrzegłem to: małe, ledwie widoczne ślady kłów pijawy i poczułem jakbym dostał w twarz.
Skierowałem się w stronę najbliższych drzwi.
-Panowie! Tam nie wolno wchodzić- jeden z facetów prowadzących ten bajzel złapał mnie za ramię.
Ruchem dłoni uciszyłem Forest'a i rzuciłem spokojnie:
-Przepraszam najmocniej, ale byłem tu umówiony z Katherine Tower- rzuciłem uprzejmie marząc o tym jak zrobić jej krzywdę.
-Z Panią Katherine?- Zapytał z czcią niski brunet.
-Owszem, trochę mi się spieszy; więc..- zasugerowałem, a Forest wpatrzony we mnie pytał wzrokiem co kombinuję.
Brunet grzebał tymczasem w pęku kluczy. Trzask. Otworzył drzwi i poprowadził nas spiralnymi schodami w górę.
-Przyszedł..- usłyszałem jej znienawidzony głos.
-Prosto i pierwsze drzwi po lewej- rzucił brunet i zniknął, jakby nie chciał spotkać się ze swoją Panią.
-Mam cię, Tower- założyłem bluzę i kopniakiem otworzyłem drzwi.

Katherine wcale nie zdziwiona, patrzyła na mnie siedząc w wyluzowanej pozie na kanapie. Otoczona swoimi sługusami piłowała paznokcie.
-Jaśnie Wielmożny Salvator, herbu Kielich łaskawie zaszczycił nas swą obecnością- z szyderczym uśmiechem zdmuchnęła niewidzialny pył z paznokcia; a jej słowom zawtórował drwiący śmiech jej przybocznych.
-Nazywam się Donovann, nie przyjąłem nazwiska ojca- odpowiedziałem obojętnie- chyba wiesz po kogo przyszliśmy- stwierdziłem ruchem dłoni z laurysem pozbywając się atakującego wampira, którego truchło w zetknięciu z panelami zmieniło się w popiół.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz