niedziela, 18 lutego 2018

Hunter III Curse Rozdział XIX Wymiana międzyszkolna

Wszedłem do sypialni; Callisto właśnie zapinała moją torbę podróżną.
-Aż tak chcesz się mnie pozbyć?- Zapytałem. Obejmując pocałowałem ją lekko w kark.
-Przecież wiesz, że to nie tak..- westchnęła ciężko.
-Wiem..- było mi smutno i ciężko, że muszę ją tu zostawić. Nie chciałem tego.
-Skontaktuj się ze mną zaraz po przylocie..- poprosiła cicho.
-Już za tobą tęsknię; Moje Kochanie..- szepnąłem przytulając ją; chciałem zapamiętać zapach kwiatowego szamponu i jej perfum.- Nie chcę jechać...- zwierzyłem się po chwili.
-Nie masz wyjścia- odparła, gdy wziąłem torbę.
Zeszliśmy po schodach. Na widok Collins omal nie zjechałem ze schodów na tyłku.
Callisto pomogła mi utrzymać równowagę.
-Będzie mi brakować tej twojej niezdarności- odezwała się turkusowooka, przyciągając mnie. Dostałem ostatniego buziaka przed wyjazdem.
-Dbaj o siebie; Żarłoczku- rzuciłem na pożegnanie, a Collins z trudem odwróciła zaciekawiony wzrok od Callisto.
-Trzymaj się, Pyszczulku. Zadzwoń, gdy dolecisz.- Przypomniała.
-Nie zapomnę- rzuciłem.
-Płomień!.- Rzucił wychylający się zza balustrady Porter, rzucając czymś we mnie. Złapałem.
-Dzięki; Jazzy.- Otwierając dłoń uśmiechnąłem się do siebie, patrząc na wisiorek z kulą, w której zanurzona była gałązka werbeny. Kiedyś go zgubiłem.
-Jesteś gotowy; Tyler?- Spytała Modliszka.
Spojrzałem na ojca. Pożegnaliśmy się objęciem.
-Masz wszystko, James?- Spytał.
-Taa. Będę spadał; tato- rzuciłem.
-Powodzenia w Hiszpanii- rzucili ojciec i Cally.
-Przyda się- odparłem idąc.

-Na pewno wszystko w porządku; Tyler?- Zaczęła Modliszka, obserwując mnie kątem oka.
-Tak, pani profesor..- odparłem myśląc zupełnie o czymś innym. Założyłem wisiorek na szyję. W lusterku dostrzegłem Callisto. Narysowała w powietrzu serce.
-Raven bardzo się zmieniła- zauważyła z namysłem Collins.
-Tak pani twierdzi?- Spytałem zaskoczony.
-Owszem. Widać, że odzyskała radość życia- odezwała się po chwili.- Z wyglądu też trochę...- przerwała, jakby zrozumiała, że nie powinna poruszać tematu.
Rozmowa urwała się, więc pogrążyłem się w obserwowaniu widoków za oknem i rozmyślaniach.
|•••|
-Dasz sobie radę, Tyler?- Zapytała poważnie Collins.
-Oczywiście, pani profesor- odparłem zabierając rzeczy.
Pójdzie z bańki- przemknęło mi przez myśl.

W Barcelonie zjawiłem się o dziesiątej rano tamtejszego czasu.
Zauważyłem pogrążonych w rozmowie śniadych Hiszpanów. Do rozmowy dołączyła kobieta.
Nagle mijająca mnie dziewczyna rzuciła:
-Chwała Aniołowi.
Zaskoczony przystanąłem i odwracając się odparłem:
-A Jego Dzieciom oręż- ze zdziwieniem odwzajemniłem powitanie.
-Miłego pobytu w Hiszpanii- rzuciła spoglądając na mnie z zaciekawieniem.
-Dzięki..- zaczynałem mieć lekkiego cykora.
Z lotniska odebrał mnie niezwykle gadatliwy chłopak o imieniu Diego. Miałem zatrzymać się u państwa Garcia.
-Buènos Diáz- rzuciłem czerwieniąc się jak piwonia na widok przepięknej Hiszpanki ubranej w krótką jasnozieloną sukienkę.
-Buènos Diáz..- w tym momencie usłyszeliśmy huk.
-Żesz, kurwa zajebana mać!.- Rzucił zdenerwowany, choć skądś mi znany głos.
Kobieta rzuciła kilka słów z oburzeniem.
-Dobra, dobra- mężczyzna machnął ręką z lekceważeniem; gdy nagle stanął, jak wryty.
-Michael, co ty tu robisz amigo?- Zdziwił się.
-Szkolna wymiana. Żeśmy na siebie trafili, brachu- sam się nie spodziewałem, że trafię na znajomego z Francji. Przywitaliśmy się po bratersku. Kobieta zaczęła  wypytywać go o coś. Na spółkę wyjaśniliśmy to i owo.
-Mojego syna, Diego, już znasz. To moja żona; Rosario- przedstawił dumnie kobietę.
-Miło mi, panią poznać- rzuciłem po katalońsku.
-Mnie też, oprowadzę cię..

-To twoja sypialnia. Pewnie jesteś zmęczony podróżą, więc odpocznij sobie- miała miły głos.
-Dziękuję- uśmiechnąłem się.
-Gdybyś czegoś potrzebował, będę obok- rzuciła.
Skinąłem głową w podziękowaniu.
Natychmiast wyciągnąłem z kieszeni telefon i wybrałem jej numer.
Callisto Raven, postrach ogólniaka.
Na dźwięk komórki omal nie zleciałam z łóżka. Sięgnęłam po Samsunga i widząc zdjęcie Michaela odebrałam.
-Cześć... Pewnie cię obudziłem...- kiedy usłyszałam jego głos, opanował mnie spokój.
-Nie spałam jeszcze- odparłam ucieszona.- Jak tam?
-Tęsknię za tobą, mam ci dużo do opowiedzenia i w ogóle tak mi samotno jakoś- odpowiedział z uczuciem.
-No, to nawijaj..- zachęciłam go.
Zaczął swoją opowieść
Michael Tyler- uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów..
-Widzisz? Nie ma co martwić się na zapas- zachichotała wesoło.
Rozmawiając z nią rozpakowywałem bagaż.
-Chciałbym, żebyś tu ze mną była..
-Będziesz miał, co opowiadać małej, jako bajki na dobranoc; Pyszczulku. Zresztą ja też trzymam tu za ciebie kciuki- przerwała mi ciepło.
No właśnie.. Mała..
-Jak twoje samopoczucie?- Zapytałem troskliwie.
-Czuję się.. Z nami dobrze; ale chciałabym, żebyś już wrócił- odpowiedziała cichutko.
-Najpierw mnie wykopałaś, a teraz tęsknisz; co?- Zaśmiałem się.
-Jeszcze zobaczysz; jak potrafię tęsknić- rzuciła z udawaną groźbą.- Kocham cię..
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Ja ciebie bardziej; Moje Kochanie.. Chciałbym was przytulić- powiedział szeptem.
Rozmawialiśmy bardzo długo i z trudem się pożegnaliśmy.
Byłam o wiele spokojniejsza, wiedząc; że dotarł na miejsce.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Mimo zmęczenia nie mogłem zasnąć. Wpatrując się w gwiazdy za oknem myślałem o Cally. Przed oczami przemykały mi wszystkie nasze wspomnienia. Jej twarz i postać.
-Jestem tak cholernie daleko- mruknąłem do siebie tęsknie.
Termin porodu Cally, Marco ustalił na ósmego czerwca. Miałem nadzieję wrócić przed tym wydarzeniem...
W tym samym momencie moje powieki zrobiły się bardzo ciężkie- nawet nie wiem, kiedy zasnąłem.

Ostra, rockowa melodia wyrwała mnie ze snu. Sięgnąłem po telefon, by wyłączyć budzik i z hukiem wylądowałem na podłodze.
-O, w mordę..- podniosłem się i rozejrzałem. Na pufie w nogach łóżka czekał na mnie szkolny mundurek w kolorze granatowym, szary krawat i błękitna koszula; mój miecz, oraz liścik.
"Tutaj lepiej zawsze mieć broń ze sobą, gdy gdzieś wychodzisz.. Przysłał ją Armand tydzień przed Twoim przyjazdem. Miłego dnia w szkole
Pietro"
-Taa, dzięki- rzuciłem do swoich myśli.
Śniadanie przebiegło spokojnie; pomogłem pani Rosario z naczyniami, a Diego po drodze podrzucił mnie do nowej szkoły.
-Wcale ładny burdel- skomentowałem z podziwem, oglądając przez chwilę budynek.
Kiedy wszedłem do środka oczy wszystkich skierowały się w moją stronę, gdy zewsząd rozległy się szepty poczułem się bardzo dziwacznie.
Wtedy z sali obok nadleciała piłka do nogi. Pochwyciłem ją nawet nie skupiając wzroku na przedmiocie. Wszyscy się na mnie gapili. Po chwili odrzuciłem piłkę do jednego z chłopaków na sali, który spoglądał na mnie z podziwem.
-Niezły ten Gringo- rzucił ktoś za nim.
Wszyscy dostrzegli idącego mężczyznę. Rodowity Hiszpan w wieku mniej więcej czterdziestu paru lat. Wyższy ode mnie o głowę, opalony i brązowooki. Wszyscy, patrząc nań z respektem widocznie zastanawiali się, kto będzie jego "ofiarą".
-Buènos Diaz- przywitałem się wyjątkowo uprzejmie.
-Buènos, zapewne jesteś tym utalentowanym z Liceum Królowej Victorii- zagadnął.
-Wydaje mi się, że jestem zwykłym przeciętniakiem- zaprzeczyłem grzecznie.
-Skromny jesteś, chłopcze- odparł z uznaniem.- Proszę za mną- rzucił lekko.

-Dyrektor Greene i profesor Collins dość dużo o tobie opowiedzieli- zauważył wskazując mi miejsce. Usiadłem zaskoczony, nie wiedząc czego jeszcze się spodziewać. Z drugiej strony byłem też ciekaw, co takiego nagadali o mnie temu facetowi.
-Zastanawiam się, czy to "dużo" było w dobrym, czy złym znaczeniu- zauważyłem z lekkim niepokojem.
-Oczywiście, że w dobrym. Uczeń udzielający się społecznie to skarb. Podobno uczy się pan szermierki.
-Taka rodzinna tradycja- odpowiedziałem nieco zaskoczony.- Ojciec też posługuje się bronią białą.
Ten, z pozoru niewinny temat obudził we mnie małe podejrzenia. Czy jest inny powód, dla którego się tu znalazłem?
Moje rozmyślania przerwał dzwonek na lekcje.

-No, zaczyna się twój pierwszy dzień w nowej szkole- rzucił dyrektor, gdy szliśmy korytarzem.
Wprowadził mnie do sali, wszyscy uczniowie podnieśli tyłki z krzeseł. Zamienił kilka słów z nauczycielką i zniknął życząc mi połamania nóg.
-Opowiedz coś o sobie klasie, młody człowieku- rzuciła profesor historii.
Chemia.
Przystojny trzydziestoparoletni facet dość ciekawie omawiał temat, gdy z mojego stanowiska rozległ się mały trzask.
-A pana nie kojarzę..- stwierdził profesor Cipriano.
-Jestem tu nowy...
Zaskoczony nauczyciel podszedł i spojrzał na odczynniki, a potem na efekt.
Reszta tylko się gapiła.
-Świetna robota- rzucił z podziwem. Cała grupa zaczęła gadać po cichu.
|***|
Dwa tygodnie później, dziewiętnasty kwietnia.
-Jestem padnięty...- wymamrotałem ziewając.
W moim tymczasowym domu nie było nikogo. Poszedłem na piętro i padłem na łóżko. Nic mi się nie chciało, a czekała mnie jeszcze masa nauki.
Leżałem i patrzyłem bezmyślnie w sufit, w końcu zdecydowałem się zrzucić te szkolne szmaty i założyć normalne ciuchy.
Wertując książki byłem strasznie rozkojarzony. Moje myśli ciągle krążyły wokół Callisto.

W pewnej chwili usłyszałem wołanie na obiad. Z radością porzuciłem książki na biurku i zszedłem na dół.
Pietro przyglądał mi się, ale starałem się to ignorować.
-Wszystko gra?- Zapytał z przyjacielską troską.
Spojrzałem nań z zastanowieniem.
-Taa- przytaknąłem niemrawo.
-Nie wyglądasz, jakby było okej- stwierdził Diego.
Westchnąłem ciężko. Nie było sensu kłamać.
-Chodzi o to, że...- Niezbyt lubiłem się zwierzać, ale z drugiej strony musiałem się wygadać.- Nie zrozum mnie źle, Pietro, ale czuję się; jakby...- nie bardzo wiedziałem, jak to sformułować.
-Jakby ktoś podciął ci skrzydła- Pietro chyba naprawdę coś o tym wiedział.- Jesteś po prostu zagubiony.
-No, nie dziwię się- stwierdził Diego.- Za dużo wydarzeń, jak na jeden tydzień.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Ja ciebie bardziej; Moje Kochanie.. Chciałbym was przytulić- powiedział szeptem.
Rozmawialiśmy bardzo długo i z trudem się pożegnaliśmy.
Byłam o wiele spokojniejsza, wiedząc; że dotarł na miejsce.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Mimo zmęczenia nie mogłem zasnąć. Wpatrując się w gwiazdy za oknem myślałem o Cally. Przed oczami przemykały mi wszystkie nasze wspomnienia. Jej twarz i postać.
-Jestem tak cholernie daleko- mruknąłem do siebie tęsknie.
Termin porodu Cally, Marco ustalił na ósmego czerwca. Miałem nadzieję wrócić przed tym wydarzeniem...
W tym samym momencie moje powieki zrobiły się bardzo ciężkie- nawet nie wiem, kiedy zasnąłem.

Ostra, rockowa melodia wyrwała mnie ze snu. Sięgnąłem po telefon, by wyłączyć budzik i z hukiem wylądowałem na podłodze.
-O, w mordę..- podniosłem się i rozejrzałem. Na pufie w nogach łóżka czekał na mnie szkolny mundurek w kolorze granatowym, szary krawat i błękitna koszula; mój miecz, oraz liścik.
"Tutaj lepiej zawsze mieć broń ze sobą, gdy gdzieś wychodzisz.. Przysłał ją Armand tydzień przed Twoim przyjazdem. Miłego dnia w szkole
Pietro"
-Taa, dzięki- rzuciłem do swoich myśli.
Śniadanie przebiegło spokojnie; pomogłem pani Rosario z naczyniami, a Diego po drodze podrzucił mnie do nowej szkoły.
-Wcale ładny burdel- skomentowałem z podziwem, oglądając przez chwilę budynek.
Kiedy wszedłem do środka oczy wszystkich skierowały się w moją stronę, gdy zewsząd rozległy się szepty poczułem się bardzo dziwacznie.
Wtedy z sali obok nadleciała piłka do nogi. Pochwyciłem ją nawet nie skupiając wzroku na przedmiocie. Wszyscy się na mnie gapili. Po chwili odrzuciłem piłkę do jednego z chłopaków na sali, który spoglądał na mnie z podziwem.
-Niezły ten Gringo- rzucił ktoś za nim.
Wszyscy dostrzegli idącego mężczyznę. Rodowity Hiszpan w wieku mniej więcej czterdziestu paru lat. Wyższy ode mnie o głowę, opalony i brązowooki. Wszyscy, patrząc nań z respektem widocznie zastanawiali się, kto będzie jego "ofiarą".
-Buènos Diaz- przywitałem się wyjątkowo uprzejmie.
-Buènos, zapewne jesteś tym utalentowanym z Liceum Królowej Victorii- zagadnął.
-Wydaje mi się, że jestem zwykłym przeciętniakiem- zaprzeczyłem grzecznie.
-Skromny jesteś, chłopcze- odparł z uznaniem.- Proszę za mną- rzucił lekko.

-Dyrektor Greene i profesor Collins dość dużo o tobie opowiedzieli- zauważył wskazując mi miejsce. Usiadłem zaskoczony, nie wiedząc czego jeszcze się spodziewać. Z drugiej strony byłem też ciekaw, co takiego nagadali o mnie temu facetowi.
-Zastanawiam się, czy to "dużo" było w dobrym, czy złym znaczeniu- zauważyłem z lekkim niepokojem.
-Oczywiście, że w dobrym. Uczeń udzielający się społecznie to skarb. Podobno uczy się pan szermierki.
-Taka rodzinna tradycja- odpowiedziałem nieco zaskoczony.- Ojciec też posługuje się bronią białą.
Ten, z pozoru niewinny temat obudził we mnie małe podejrzenia. Czy jest inny powód, dla którego się tu znalazłem?
Moje rozmyślania przerwał dzwonek na lekcje.

-No, zaczyna się twój pierwszy dzień w nowej szkole- rzucił dyrektor, gdy szliśmy korytarzem.
Wprowadził mnie do sali, wszyscy uczniowie podnieśli tyłki z krzeseł. Zamienił kilka słów z nauczycielką i zniknął życząc mi połamania nóg.
-Opowiedz coś o sobie klasie, młody człowieku- rzuciła profesor historii.
Chemia.
Przystojny trzydziestoparoletni facet dość ciekawie omawiał temat, gdy z mojego stanowiska rozległ się mały trzask.
-A pana nie kojarzę..- stwierdził profesor Cipriano.
-Jestem tu nowy...
Zaskoczony nauczyciel podszedł i spojrzał na odczynniki, a potem na efekt.
Reszta tylko się gapiła.
-Świetna robota- rzucił z podziwem. Cała grupa zaczęła gadać po cichu.
|***|
Dwa tygodnie później, dziewiętnasty kwietnia.
-Jestem padnięty...- wymamrotałem ziewając.
W moim tymczasowym domu nie było nikogo. Poszedłem na piętro i padłem na łóżko. Nic mi się nie chciało, a czekała mnie jeszcze masa nauki.
Leżałem i patrzyłem bezmyślnie w sufit, w końcu zdecydowałem się zrzucić te szkolne szmaty i założyć normalne ciuchy.
Wertując książki byłem strasznie rozkojarzony. Moje myśli ciągle krążyły wokół Callisto.

W pewnej chwili usłyszałem wołanie na obiad. Z radością porzuciłem książki na biurku i zszedłem na dół.
Pietro przyglądał mi się, ale starałem się to ignorować.
-Wszystko gra?- Zapytał z przyjacielską troską.
Spojrzałem nań z zastanowieniem.
-Taa- przytaknąłem niemrawo.
-Nie wyglądasz, jakby było okej- stwierdził Diego.
Westchnąłem ciężko. Nie było sensu kłamać.
-Chodzi o to, że...- Niezbyt lubiłem się zwierzać, ale z drugiej strony musiałem się wygadać.- Nie zrozum mnie źle, Pietro, ale czuję się; jakby...- nie bardzo wiedziałem, jak to sformułować.
-Jakby ktoś podciął ci skrzydła- Pietro chyba naprawdę coś o tym wiedział.- Jesteś po prostu zagubiony.
-No, nie dziwię się- stwierdził Diego.- Za dużo wydarzeń, jak na jeden tydzień.
Rozmawiając graliśmy w karty. Zrobiło mi się trochę lżej, że komuś o tym powiedziałem.
Po obiedzie poszedłem na zwiedzanie miasta.
Zatrzymałem się na chwilę w małej knajpce w centrum Barcelony, usiadłem przy barze zamawiając coś do picia, a moje myśli mimowolnie skierowały się na Callisto.
Wokół mnie panował gwar rozmów i śmiechy, jednak gdy rozbrzmiała muzyka wszystko ucichło. Wszyscy obecni zainteresowali się piękną kobietą w czarno- czerwonej falbaniastej sukni. Z boku fryzury tuż przy uchu miała wpiętą czerwoną różę. Wszyscy zaczęli klaskać i pokrzykiwać, gdy zaczęła tańczyć.
-Kopara opada, co gringo?- Rzucił barman, widząc jak gapię się na ten...
-Jest taka... Seksowna- spostrzegłem, że trochę za dużo chlapnąłem.- No, wiesz.. W tym tańcu.- Poprawiłem potknięcie.
-To flamenco- rzucił wymownie.
Kobieta tanecznym krokiem podeszła do baru, a spojrzenia mężczyzn ślizgały się za nią.
Zakręciła się wzbijając suknię i niby przypadkiem mnie objęła. Zrobiłem się czerwony, jak burak.
-Jestem zaręczony, señorita- bąknąłem zawstydzony.
-Szkoda, przystojniaku- rzuciła, mrugając zalotnie wróciła na scenę i biorąc w dłonie hiszpańską gitarę zaczęła grać...

Następnego dnia, szkoła.
Przedzierałem się przez tłum na zajęcia, gdy ktoś wpadł na mnie z impetem. Zakląłem i zacząłem zbierać książki z podłogi.
-Przepraszam...- Dziewczyna, która na mnie wpadła rzuciła się do pomocy. Po chwili całkiem przypadkowo nasze dłonie zetknęły się, sięgając po mój piórnik. Ciemnooka cofnęła lekko rękę, nieco się rumieniąc.
-Gracias- odparłem odruchowo, poprawiając pomoce naukowe w ręku.
-Chłopaki patrzcie!- Rzucił drwiąco jakiś koleś wśród grupki nastolatków stojących z boku. Przewróciłem książki w palcach. Cholera.. Tylko nie to..
-Co to za potwór?- rzucił drugi.
-Nawet twoja matka tak nie wygląda- skomentował inny.
-Potrzymaj, proszę..- poprosiłem wciskając jej w ręce moje książki idąc w ich stronę.- Oddaj to- zwróciłem się do chłopaka trzymającego Jej zdjęcie.
-Bo co, Gringo?- Spytał kpiąco przypakowany dryblas.
-Bo na razie cię o to proszę- odparłem próbując zachować spokój. Wyciągnąłem dłoń po fotografię.
-To twoja dziewczyna?
-To nie twoja sprawa. Oddaj.
Chłopak zmierzył mnie spojrzeniem.
-Masz kiepski gust. Jest strasznie gruba- zakpił.
Przyciągnąłem go za szmaty, a moja pięść natychmiast zderzyła się z jego pyskiem.
-Odszczekaj to, natychmiast!- Warknąłem ostro.
Spróbował oddać; podłożyłem mu nogę, a kiedy wylądował na glebie zacząłem go okładać.
-Jeszcze słowo na temat mojej narzeczonej, a będziesz zbierać ząbki z podłogi, więc uważaj; co szczekasz; psie!.- odebrałem mu zdjęcie i na odchodne poczęstowałem go jeszcze jednym kopniakiem.
-Gracias- rzuciłem spokojnie do nieznajomej odbierając od niej podręczniki.
Wtedy z radiowęzła rozległ się komunikat:
-Panowie Tyler i Vega proszeni są o zgłoszenie się do gabinetu dyrektora.
-Cholera, nie jestem u siebie- mruknąłem, czując ogromne kłopoty.

-Buènos Diáz..- przywitałem się z lekkim niepokojem.
-Buènos Diaz.- Dyrektor nazwiskiem Martinez wydawał się odrobinę poirytowany.- Czego dotyczyła wasza bójka?
Vega otworzył usta, ale zanim zdążył coś powiedzieć..
-Lepiej się nie odzywaj; Vega. Dość już sobie nagrabiłeś- oznajmił chłodno szef tego cyrku.
-Poprosiłem, by oddał mi zdjęcie mojej narzeczonej. Nie dość, że tego nie zrobił to... To zaczął ją obrażać.. A mnie po prostu puściły nerwy i...- westchnąłem ciężko.- Ja naprawdę przepraszam za swoje zachowanie; ale chyba nie przystoi ciężarnej kobiety nazywać...- urwałem, bo nie mogło mi to przejść przez gardło.- ...tak chamsko- skończyłem wreszcie.
-To już naprawdę przechodzi ludzkie pojęcie; Vega..- westchnął załamany Martinez.- Zgłosisz się do szkolnej pielęgniarki.. Lepiej idź teraz, bo nie można na ciebie patrzeć.. Ocena z zachowania będzie obniżona- odesłał go ruchem dłoni.- Mam nadzieję, że to jednorazowy wybryk; señor Tyler- zwrócił się do mnie.
-Oczywiście, to się już nie powtórzy- odparłem spokojnie.
-Porządnie go pan sprał- uśmiechnął się Martinez.- Śmigaj na zajęcia.
-Do widzenia...- rzuciłem wychodząc.
Matematyka..
-Tyler podaj wzór na..- czas kocenia nowych nadszedł.
Wstałem i wyrecytowałem odpowiedni wzór obliczeniowy.
-Świetnie. Widać, że ma pan dobrą pamięć- zauważyła nauczycielka.
-Przydaje się w różnych dziedzinach- przyznałem wolno.
-Na przykład?- Pociągnęła mnie za język.
-Yyy Mmm... W szermierce. Jeśli chce się wypróbować przeciwnika, to trzeba przez jakiś czas tylko się bronić..
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Nuuudzę sięęę!- Zamknęłam ze złością laptopa, przeklinając cicho.
Ten nagły ból i rozchodzące się w ciele spiralne Kręgi Mocy..
-O, kurwa mać..- wydyszałam oddychając ciężko.
-Brakuje mi Daaa- kolejny raz ten dziewczęcy głosik.
Daaa.
-Michael.. Gdybyś tu teraz był..- Cholernie za nim tęskniłam. Myślałam, że to wszystko będzie.. Będzie proste, ale tak nie jest.
Ciężko mi bez niego.
Zamieram z dłonią wyciągniętą po telefon. Co miałabym mu powiedzieć?
Że go kocham? Przecież o tym wie. Że tęsknię? To też wie.. Brakuje mi go? Bardzo!. Jak to ująć..?
-Cholerne dwa miesiące.. Kurwa!- Rzuciłam czymś w drzwi.
-Maa. Nje denerfuj się.. Daa nas kocha.!
-Taa, masz rację; ale.. Tak kurewsko za nim tęsknię...- mruknęłam smutno.
-A co to jest kurefśko?- Spytał ten głosik.
-To znaczy: tak mocno, że.. Jak nie ma Daa to Maa się rozpada..- szepnęłam cicho.
Samsung zaczął parzyć.. Ogarnęły mnie strach i niepewność- czy naprawdę powinnam do niego dzwonić? Czy nie uzna tego za głupotę lub histerię?
Mimo to...
Zaryzykuję.!
Bip. Biip. Biip.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Co tam; Moje Kochanie?- Szepnąłem pieszczotliwie.
-Chciałam... Chciałyśmy usłyszeć twój głos..- poprawiła się cicho.
-Jak z małą?- Jakaś grupka dziewczyn minęła mnie, gapiąc się dziwnie.
-Jej chyba też ciebie bardzo brakuje... Dzwonię, żeby powiedzieć...
-Wiem- przerwałem- ja za tobą... za wami.. też okropnie tęsknię.. Chciałbym już wrócić do domu...
Wszyscy zaczęli się na mnie gapić. Leżałem na ławce przed budynkiem szkoły i z plecakiem pod głową patrzyłem w błękitne niebo.
-Mam za dużo miejsca w łóżku i.. Trochę dziwnie mi się śpi- zauważyłem ze śmiechem. Nie wiedziałem, czy zrozumie mój żart, ale..
-Spoko, mam to samo. Łóżko jest...
-Za duże- dokończyliśmy, równocześnie wybuchając śmiechem. Tym razem cała szkoła głupio się na mnie patrzyła.- Niech tylko do ciebie wrócę- udałem groźny ton.
-Ha! Nie mogę się doczekać- rzuciła wyzywająco.
-Kocham cię, zadzwonię wieczorem..- szepnąłem z uczuciem wpatrując się w jej zdjęcie.
-Do usłyszenia, Pyszczulku..
-Chcę do domu..- jęknąłem z irytacją, rzucając pustym plastikiem do pobliskiego kosza.
W tym momencie..
Jak mocny cios w żebra.
-Pieprzone pijawy..- burknąłem podnosząc się z ławki.

-Ta robota nigdy się nie skończy..- mruknąłem szukając intruza.
"Zaproszenie obowiązuje wampira tylko wtedy, gdy w danym miejscu mieszkają, jedzą i śpią ludzie. Jeśli jest to inny budynek mogą wejść, jak wszyscy."
-Jebane pijawy. Rządowe skurwysyny- zakląłem z irytacją.
Niedaleko sali chemicznej wampir trzymał nauczycielkę historii. Grupa ludzi nie wiedząc, co zrobić tylko się gapiła.
-Puść ją, pijawo- rzuciłem z opanowaniem. Idąc wpatrywałem się w niskiego gringo.
-Bo co? Spopielisz mnie?- Wampir zaśmiał się złośliwie.
Świadkowie spojrzeli na mnie, wyraźnie czekając; co odpowiem.
-Najpierw odpowiednio cię przesłucham; Rządowa Ściero- prychnąłem z lekkim uśmiechem.- Z tego, co wiem Stowarzyszenie ugania się za tobą od pięciu lat; Rządowa Szmato.
-Blachy, Kapsle, Szczury; Burki..- zanucił znany mi skądś ton.
-Meldują się do rozpórki- dokończyłem spokojnie.- Kity i Dynamity?
-Nasz meldunek: bądźmy wyżej od wiewiórek!- Chłopakowi zawtórowały dwa głosy.
-Chwała Aniołowi- rzuciłem spokojnie pod ostrzałem spojrzeń.
-A Jego Dzieciom oręż- odpowiedziały równo trzy głosy.- Siemka, Kapsel- Vega skinął mi głową.
-Miło mi poznać Kicię chowającą się w Madrycie- rzuciłem wyciągając z rękawa marynarki miecz.
Oczy wampira, z zaskoczenia, przybrały wielkość talerzy obiadowych.
-"Płomienna Furia"..- Zaczął z trwogą wpatrując się w błyszczące w moich palcach ostrze.
-Skąd..- Nauczycielka była blada, jak kostucha.
-Puść ją; ścierwo- nakazałem spokojnie, obracając w palcach miecz.
Chyba zrozumiał, że nie ma ze mną żartów. Jednak nie wiedziałem, z jakiego powodu miecz budził u wampira takie przerażenie.
Odepchnął kobietę we mnie.
-Vega, łap ją!- W miejscu odbiłem się od ziemi i przeskoczyłem nauczycielkę, po czym rzuciłem się w pościg za wampirem.
|•••|
-Próbujesz mnie zgubić w tłumie,  hmm?- Mruknąłem z ironią, przepychając się; by go dopaść.
Rozejrzałem się szybko.
-Przecież nie mógł tak sobie zniknąć- warknąłem kopiąc ze złością w kosz. Poprawiłem w dłoni miecz.
-Przyszedłem tu odsłużyć, nie zasłużyć- mruknąłem.- Jebać biedę, i tak cię dorwę, Śmieciu...
***
-Kim oni, u diabła, są; Martinez?!- Wyparowała blada, jak trup historyczka.
Wsunąłem z trzaskiem miecz w pochwę pod rękawem granatowej marynarki.
-Niech się pani uspokoi; już nic pani nie grozi- oznajmiłem spokojnie.
-Nawet Sur...
W tym momencie cała nasza czwórka tupnęła trzy razy recytując:
-Niech nas Anioł ciągle chroni,
kiedy dobywamy broni.
Dba o wszystkie Łowców Rody
i pilnuje wszelkiej zgody.
Daje Łowcom wszelkie siły
by po dzis dzień Mu służyły- splunęliśmy przez lewe ramię na urok.- Amen.
-Natychmiast chcę się dowiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi!- Wybuchnęła nauczycielka z przerażeniem.
-Jest w niezłym szoku- rzucił niższy z chłopaków do Vegi.
-Niech się pani uspokoi- starałem się jakoś opanować sytuację.
-Jak ja mam być spokojna, skoro nie wiem co się tu dzieje..?- Zaczynał się napad histerii.
-Może się pani łaskawie przymknąć na chwilę??- Jak ja nie cierpię histeryczek. Dyrektorowi opadła szczęka, blada, jak prześcieradło nauczycielka zamilkła.
-Bardzo dziękuję- westchnąłem ciężko. Już miałem mówić dalej, gdy do gabinetu, jak wicher, wpadła jedna z dziewcząt.
-Chyba nie mamy na karku drugiego, co..?- Jęknął Vega.
Szybko zatrzymałem dziewczynę i siłą usadziłem ją na krześle.
-Jesteś ranna. Co się stało?- Zapytałem oglądając poszarpane rozcięcie. Widząc, że dziewczynie robi się słabo, szybko opatrzyłem krwawiącą ranę.
Przysunąłem jej pod nos flakonik. Otworzyła oczy i spojrzała na mnie całkiem trzeźwo.
-Co się stało?- Powtórzyłem spokojnie, choć nagląco.
Wybuchnęła szlochem gapiąc się na mnie. Chwyciłem ją za ramiona i potrząsnąłem nią mocno.
-Przestań płakać i powiedz, co jest grane!- Powiedziałem z naciskiem.
-Hej, Gringo.. Spójrz na to..- Zaczął trzeci z chłopaków patrząc przez okno.
Poszedłem do okna i wyjrzałem przez szybę.
-Vega, ilu Zrzeszonych się tu uczy?- Spytałem powoli.
-Włącznie z tobą jest nas ośmiu- odparł krótko.
-Idziemy- prychnąłem wychodząc.
-Tyler...
-Później porozmawiamy, dyrektorze- oznajmiłem i wyszliśmy.
Na korytarzach słychać było krzyki. Zdezorientowani nauczyciele starali się jakoś opanować sytuację.
-Co zamierzasz zrobić?- Zapytał pośród hałasu Vega.
-Trzeba pozbyć się pijawek- kopniakiem odrzuciłem atakującą mnie dziewczynę. Podniosła się i znowu się na mnie rzuciła.- Zbieraj resztę łowców; Vega!.- Z trudem odepchnąłem poziom D i wyszarpnąłem miecz.
Wszyscy gapili się na mnie, gdy ich mijałem. Szybko zlikwidowałem stoczoną pijawę. Wszyscy uciekali w panice. Jakiś starszy ode mnie chłopak poszedł ślizgiem pod ręką, w której trzymałem miecz. Wampir dostał rękojeścią i chwilę potem zmienił się w popiół.
-Ktoś musi wami kierować; nędzne wraki- stwierdziłem zamyślony. Atakującego mnie z tyłu przebiłem mieczem. Chłopak odpełzł tyłem i przylgnął do ściany przerażony, obserwując mnie w akcji.
Pozbyłem się kolejnego. Pod wpływem niespodziewanego ciosu przefroterowałem korytarz. Vega rzucił mi się na pomoc. Wampir uderzył go tak mocno, że brunet przywalił w boczną ścianę i osunął się po niej na płytki.
Podniosłem się, ale wampir przycisnął mnie do podłogi, dostałem serię kopniaków.
-Ale masz pysk...- skomentowałem zniesmaczony. Próbowałem dosięgnąć broń. Serce waliło mi tak mocno, że wydawało mi się, jakby tańczyło salsę.
Cudem uchyliłem się przed ciosem i łapiąc go za kostkę, wywróciłem na glebę. Docisnąłem wampira i przywaliłem mu kilka razy z łokcia. Wyrwał się z chwytu i w mgnieniu oka wykręcając mi rękę przycisnął mnie do ściany.
-Płomień gaśnie, łowczy psie- Warknął wrogo.
-Ej, przystojniak..- Zarechotała dziewczyna. Wampir odwrócił się zdziwiony.- Ile widzisz palców?- W tym momencie kątem oka zauważyłem, że pokazała mu środkowy. Wkurzył się i dając mi spokój zaczął  ją atakować.
Przywaliłem mu pierwszym, co wpadło mi w palce, a mianowicie doniczką.
Gdy upadł zamroczony podbiłem miecz butem i łapiąc rękojeść poczęstowałem go kopniakiem w twarz.
-Kto was nasłał?- Zacząłem przesłuchanie.
-Nic ci nie powiem- warknął.
Kopnąłem go drugi raz i odciąłem dłoń z lazurytem.
Zaciągnąłem go w plamę światła padającego z okna i przytrzymałem wyrywającego się. Chłopak wtulający się w ścianę gapił się na tę scenę nie potrafiąc wydusić słowa.
-Smażony wampir, raz!- Rzuciłem z ironią, patrząc na tlącą się twarz.
-Zamawiam!.- Rzuciła inna dziewczyna. Była to ta sama, która pomogła mi pozbierać książki. Idąc odcięła wampirzycy łeb, który poturlał się w stronę przerażonego dryblasa pod ścianą. Chłopak cofał się w panice od toczącej się w jego stronę głowy, z której wystrzelił błękitny ogień.
-Masz, ostatnią szansę- zwróciłem się spokojnie do wampira.- Kto was nasłał? Z jakiego powodu? Kiedy się tym stałeś? Gadaj, bo cię usmażę- zagroziłem.
-Pierdol się!- Odskoczyłem przed strzelającymi z niego płomieniami. Wampir spłonął, nie zdążył nawet wrzasnąć.
-Żaden z nich nic nie powie. Trzeba posprzątać ten burdel- rzuciłem obracając w palcach ostrze. Przeszedłem obok chłopaka i przyklęknąłem obok Vegi.
-Wstawaj, koleś- rzuciłem trzaskając go po pysku.
Ocknął się i odruchowo spróbował oddać.- Na pewno chcesz mnie walnąć?- Spytałem przyjaźnie, pomagając mu wstać.

Pół godziny później było już po strachu.
-Kilku nam nawiało- skomentował Vega.
-Ważne, że nikomu nic się nie stało- odparłem chowając miecz w pochwie pod rękawem marynarki.- Ale bajzel...- skomentowałem rozglądając się po korytarzu. Powywracane ławki, rozbity automat z napojami i przekąskami. Oszołomieni uczniowie i pracownicy szkoły rozglądający się z obawą. Jedna z ławek w drzazgach.
-Burdel na kółkach; Płomień- przytaknął niższy z kumpli Vegi.
-Ciekawe, czy ktoś w to uwierzy...- stwierdziła Gloria, dziewczyna; która odciągnęła ode mnie pijawę.
-Dziwna sprawa, nie?- Spytałem idąc korytarzem.

Dziesięć minut potem; gabinet dyrektora.
-Tyler; Vega: co macie mi do powiedzenia?- Zapytał Martinez rozglądając się po całej ekipie.
Wymieniliśmy spojrzenia. Vega szturchnął mnie dyskretnie.
Nauczycielka historii drżącą dłonią wzięła jakieś proszki.
-Chodzi o to, że.. Należymy do pewnej organizacji zajmującej się likwidacją wampirów- oznajmiłem spokojnie.
-Wampiry nie istnieją- Martinez starał się być realistą.
-Więc, jak pan wyjaśni to całe zajście?- Zapytałem.- Rozsypujące się, albo płonące zwłoki. Ich nadludzka szybkość. Jak pan to racjonalnie wyjaśni?- Zapytałem z opanowaniem, ocierając wierzchem dłoni krew z rozciętej wargi.
Martinez milczał. Wyraźnie próbował zebrać myśli.
-Nie potrafię- dyrektor szybko się poddał.
-Otóż to- westchnąłem.- To, co niedawno zlikwidowaliśmy to bestie.
-Ktoś ich tu przysłał, żeby narobić zamieszania- zauważył Vega z namysłem.
-Najwłaściwsze pytanie: co takiego ta osoba chce osiągnąć- stwierdziłem. Dźwięk mojej komórki przerwał rozmowę. Spojrzałem na wyświetlacz.
Angello.
-Przepraszam, muszę odebrać- odszedłem trochę na bok.- Słucham, Angello- rzuciłem krótko.
-Callisto i paru łowców lecą do Barcelony- oznajmił rzeczowo.
-Jak to? Po co?- Zacząłem zaskoczony.
-Mamy zamieszanie z Klasztornymi. Madryt poprosił kilka kwater o pomoc.
Spojrzałem na lazurytowy sygnet w swojej dłoni.
-W szkole też był atak. Wiadomo coś więcej?- Spytałem.
-Tylko tyle, że ktoś ze Związku ma coś z tym wspólnego. Poza tym wampiry robią dużo zamieszania- odparł.
-Zdążyłem zauważyć, dzięki za informacje; Angello- rzuciłem spokojnie.
-Drobiazg- rzucił kończąc rozmowę.
W tym momencie podskoczyłem.
-Przepraszam, to mój- rzucił Vega. Zaczął czytać sms-a i omal nie upuścił telefonu.- Wszystko leci na łeb. To niejedyny atak dzisiaj- zauważył.
-Jak to??- Zaczęła nauczycielka.
-W kilku innych miastach też były podobne ataki- oznajmiłem.
-Skąd wiesz..?- Zaczął zaskoczony Vega.
-Mówi ci coś słowo: mobilizacja?- Spytałem unosząc brew.
-To znaczy, że KGS ma kłopoty- odezwała się grobowo Gloria.

Dyrektor na apelu ogłosił odwołanie dzisiejszych zajęć, wyszedłem ze szkoły, gdy coś wpadło na mnie z impetem, rzucając mi się na szyję. Podniosłem ją lekko w górę i obracając się wokół własnej osi przytuliłem ją mocno.
-Moje Kochanie- rzuciłem ucieszony.
-Pyszczulku!- Rzuciła z radością.
Całej grupie poopadały szczęki. Dziewczyny zaczęły coś szeptać do siebie, spoglądając na Cally.
-Patrzą, jakby chciały mnie zeżreć- rzuciła z lekkim niepokojem.
-Nie przejmuj się tym. Twój rycerz jest obok- zażartowałem.
-Który miecz wyciągniesz pierwszy?- Rzuciła chichocząc.
-To pytanie, czy wyzwanie?- Uśmiechnąłem się, dając jej całusa.
-Tylko nie odfruńcie za daleko; gołąbki- rzucił ze śmiechem Porter.
-Kruka to nie dotyczy- rzucił Jacob.
-Caro, zrobisz coś dla mnie?
-Co takiego?- Rzuciła uprzejmie.
-Zgaś mu światło- odparłem po hiszpańsku, a reszta zrobiła zaskoczone miny.
Caro strąciła chłopakowi dżokejkę na oczy, a my zarechotaliśmy zgodnie.
-Zjazd. Niżej lataj- prychnął udając irytację. Poprawił czapkę
-Niżej..?- Spytała z tajemniczym błyskiem w oku.
-Tam nie masz czego szukać- wypalił nieprzemyślanie, a wszyscy buchnęli rechotem.
Zasłonił dłonią oczy, jakby mówił: "co ja pierdolę za głupoty..?"
Kierowaliśmy się do Madrytu.
***
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
-Callisto..?- Zamruczał mi do ucha, ogarniając mnie ramionami.
-Hmmm?- Poczułam, że odpina guziki mojej bluzki.
Przesunął ustami po pieczęci na mojej szyi, zahaczając ustami o moje ucho.
-Mam na ciebie ochotę..- szepnął obsypując mnie całusami.
-Chyba ześwirowałeś..- zaczęłam zawstydzona, nie próbując się odsunąć.
-Od zawsze mam świra na twoim punkcie- odwrócił mnie ku sobie. Jego oczy błyszczały w ciemności, gdy patrzył na mnie w ten sposób..
-Ale jeśli, ktoś by nas teraz zobaczył... Tak, no wiesz..- zaczęłam niepewnie.
-Nie chcesz mnie..?- Odparł smutny, chcąc się odsunąć.
-Ależ oczywiście, że chcę- zaprzeczyłam szybko, przytulając się doń.
-Jak bardzo?- Zapytał jakby bez przekonania.
Pchnęłam go lekko i oparłam o drzwi.
-Jak diabli...- odparłam patrząc w te zielone oczy za szkłami okularów. Moje ręce, jakby wbrew mnie wślizgnęły się pod jego błękitną koszulkę i przesuwały się po jego ciele.
W tej samej chwili otworzyłam oczy słysząc drący się materiał..
-Przepraszam..- zaczęłam zakłopotana, patrząc na rozdarty na jego ciele T-shirt, zza którego wyłaniały się wyrzeźbione mięśnie i tors.
Bez słowa rozerwał materiał i zrzucił zniszczony ciuch. Zaczęło kręcić mi się w głowie.. Pachniał tak nieziemsko pysznie.. Przysunął mnie jeszcze bliżej stojąc w samych czarnych dżinsach i na bosaka. Pocałował delikatnie w usta, nie wypuszczając mnie z rąk. Był taki ciepły..
Ani się obejrzałam, a wylądowaliśmy w łóżku, a nasze ciuchy walały się po podłodze. Z jedenastej wieczorem w mig zrobiła się druga w nocy.

-Brakowało mi tego...- szepnął zdyszany, kładąc dłoń na moim brzuchu.
-Ja... Przepraszam za tę koszulkę- zamruczałam z głową przy jego piersi.
-Mniejsza o ciuchy..- Odszepnął, gdy wsłuchiwałam się w uderzenia jego serca.- Jesteś tak strasznie... Ogromnie... Zajebiście sexy, że nie potrafię się powstrzymać- oznajmił z diabelskim uśmieszkiem.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Jestem gruba- zaprzeczyłam z niedowierzaniem.
-Wcale nie jesteś- szepnął z uczuciem głaszcząc mnie po włosach.- Jesteś moją narzeczoną, a moja narzeczona jest Najpiękniejsza- powiedział z dumą.
-Twoja narzeczona się roztyła i jest baleronowym potworem. Łaaaa!.- Podniosłam ręce i udałam szalonego potwora.
-Głuptas- prychnął dusząc się ze śmiechu.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Poranek...
-Baleronowy potwór...- Rzuciła turkusowooka wesoło. Pochyliła się i dając mi buziaka na przywitanie, objęła mnie mocno.
-Jesteś głodna?- Spytałem przyciągając ją do siebie.
-Głodna... Głodna mojego Pyszczulka- zamruczała z lekkim chichotem.
-Lubię widzieć cię w tym stanie- rzuciłem ciepło.
Ubraliśmy się i zeszliśmy na śniadanie.
-Idzie Głodzilla- rzucił niższy z kumpli Vegi; imieniem Dámen; spoglądając z zaciekawieniem na Callisto.- Nie denerwuj się; Gringo- uśmiechnął się przyjaźnie.
Vega gapił się na Callisto z wyraźnym zainteresowaniem. Gloria i Anne mierzyły Callisto z zazdrością tak samo; jak inne dziewczyny.
-Na co masz ochotę, mój Baleroniku?- Szepnąłem pieszczotliwie.
-Zjadłabym... Sama nie wiem..- zaczęła niezdecydowana.
Wziąłem słodką bułkę i przysunąłem dłoń z jedzeniem w jej stronę. Ugryzła kęs i zaczęła żuć z przymkniętymi oczami.
-Pycha..- wymruczała z pełnymi ustami. Po niecałej minucie cała buła zniknęła w jej ustach. Większość hiszpańskich łowców patrzyła z ciekawością; jak Callisto wcina.
Gloria szepnęła coś do Anne; która przyciszonym głosem rzuciła kilka słów po hiszpańsku.
-O czym rozmawiają?- Zapytała lekko zaniepokojona.
-Pewnie o nas- rzuciłem ścierając z jej ust nadmiar czekolady.
-Taaa. Już widzę komentarze. Baleron. Gruba beczka. Różne takie- burknęła ponuro.
-Tylko ja mogę nazywać cię Baleronikiem; a reszta niech spada na drzewo.
-Kruk, wiesz jak wczoraj brzmiało jego "dobranoc"?- Zapytał Jasper.
-Jak?- Zapytała z zaciekawieniem.
-Muszę rozpakować moje mięsko- zacytował; a Horse zakrztusił się kawą. Vega zdzielił chłopaka w plecy.
-Grazzie- rzucił łamanym włoskim Jacob ocierając łzy z oczu.
-Widzisz, Jazzy. Przynajmniej ma co schrupać- odparła uprzejmie Callisto.
-Było słychać; jak się nawzajem chrupaliście- odparł Jasper, a kilka osób przy stole zawyło z podziwem.
Zrobiłem się czerwony, jak piwonia; a Caroline dołączyła do rozmowy rzucając:
-Chrupnął byś swoją raz, a porządnie; Jazzy- zasugerowała tonem miłej konwersacji. Jacob w tym momencie, jakby przeczuwając; że Caro walnie coś z grubego kalibru odstawił kubek z kawą.
-Co ty możesz wiedzieć o chrupaniu; Raven?- Zapytał tajemniczo Porter.
-No, nie wiesz?- Rzuciła spoglądając nań z ukosa.- Masz blisko siebie najbardziej słodko-chrupiącą parę naszej Kwatery Głównej. O, przepraszam.. Płomień się zapalił- rzuciła z lekkim uśmiechem.
-Dzięki, że mnie zauważyłaś- rzuciłem próbując ukryć zakłopotanie.
•••
-Señorita, może się spróbujemy?- Zaproponował Vega Callisto.
-Czemu nie?- Cała Cally. Nigdy nie odpuszcza żadnego pojedynku.
-Kochanie Moje..- mruknąłem z lekkim niezadowoleniem.
-Pyszczulku...- Zrobiła słodką minkę proszącego szczeniaczka. Pozostałem niewzruszony.- Proszę...
-Ech, z tymi kobietami- westchnąłem ciężko; całując ją.- No, dobrze..
Callisto podskoczyła z radością.
-Zero litości; Señor- rzuciła mijając go.
-Jakieś zasady?- Spytał uprzejmie.
-Jedna: żadnych zasad- odparła wesoło idąc do sypialni.
-Twoja dziewczyna jest naprawdę odważna- skomentował Vega z podziwem.
-Lepiej uważaj na siebie- odparłem szturchając go mocno.

-Co się tam dzieje; na Świętego Anioła?- Zapytała zaskoczona kobieta.
Wszyscy oblegli frontowe okna, a niektórzy wyszli na podwórze. Nawet idący ulicą zatrzymali się, obserwując.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Mhm. Mamy widownię- rzucił odbijając mój atak.
-No- rzuciłam z ironią. Musiałam się cofnąć. Przez kilka minut tylko unikałam ciosów; broniąc się przed przeciwnikiem. Obserwujący pojedynek wsłuchiwali się w szczęk stali i patrzyli na wymianę ciosów.
-Pokaż na co cię stać; łowczyni herbu Kruk- rzucił wyzywająco.
-Michael chyba mówił, żebyś uważał- odparłam przewracając oczami.
-Jesteś zbyt pewna siebie- natarł na mnie z impetem.
Odskoczyłam w bok i obracając się pacnęłam go w tyłek płazą miecza. Vega zatrzymał się o krok od bramy i odwrócił się ku mnie zdziwiony.
-To jest twoje "żadnych zasad"? Aż tak podoba ci się mój piękny tyłeczek?- Spytał ze śmiechem.
-Mój narzeczony ma najpiękniejszy tyłeczek w całym wszechświecie. Twój jest.. Conajmniej niesymetryczny- odparłam po francusku, a Caroline oparła się o Jaspera i oboje pokładali się ze śmiechu.
-Na mój kuperek ogląda się masa hiszpańskich dziewczyn- odparł dumnie.
-Czyżbyśmy zaczęli konkurs na "Najpiękniejszy tyłek Barcelony"?- Odchyliłam się przed sztychem jego szpady i odbiłam broń przeciwnika.
-Chętnie bym w to wszedł- uśmiechnął się lekko.
-Nie miałbyś z Michaelem żadnych szans- zarechotałam zwierając z nim klingę, wolną dłonią pstryknęłam go w nos, chichocząc, a z ust widzów wyszedł jęk zdumienia. Szybko odsunęłam się z zasięgu ciosów, gdy nasze ostrza znów się zwarły.
-Pax?- Rzuciłam po łacinie.
-Parabellum- odparł. Odepchnęłam go i zaatakowałam.
Wytrącił mi miecz, przeskoczyłam ławkę i widząc upadającą broń podbiłam ją butem. Przecinając ręką powietrze, pochwyciłam rękojeść, odbijając kolejny jego atak.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Dziewczyna daje czadu- zauważył jakiś facet z grupy gapiów przed bramą.
-Stawiam pięćdziesiąt euro, że go rozwali- rzucił inny mężczyzna.
-Sto, że chłopak wygra- rzuciła młoda kobieta, chyba studentka.
-No, to lepiej szykuj stówę- odparł ten pierwszy śledząc pojedynek.
-Zobaczymy- rzuciła krótko.
Wytrąciła mu szpadę, zrobił szybki unik przed jej ostrzem i obracając się na kolanach złapał szpadę tuż nad ziemią.
Umknął Callisto.
-Ostra jesteś- szepnął tuż przy jej uchu, a we mnie aż się zagotowało.
-Lepiej się poddaj- odparła z  uśmiechem.
-Nigdy- odpowiedział, gdy zrobili trzy kroki i zwrócili się ku sobie.
Atak Callisto był natychmiastowy- Vega z wyraźną trudnością sparował cios i zaparł się na ziemi, gdy czarnowłosa zwarła z nim półtorak.
Wszyscy z zapartym tchem obserwowali, co się za chwilę stanie.
Callisto zmrużyła oczy i w pewnej chwili odsunęła dłoń z mieczem. Vega wylądował w piachu, a Callisto oparła miecz na prawym ramieniu chłopaka, lekkim kopniakiem wytrącając mu broń z palców.
Damén sędziujący pojedynek podszedł.
-Rozstrzygnięty Raven zwyciężyła- rzucił z podziwem.
-No, to pozbyła się pani stówki- rzucił facet, z którym nieznajoma się założyła.
-Cóż.. To w końcu loteria- odparła dając mu banknot.
Callisto odsunęła ostrze i pomogła Mu wstać..

-Klepnęłaś go w tyłek- zauważyłem, gdy spacerowaliśmy po mieście.
-Ciebie też klepnę- zamruczała z uśmiechem.
-Och, wiesz; że nie o to chodzi- odparłem obrażony.
-No to o co?- Zapytała zbita z tropu, przyglądając mi się.
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
-Klepnęłaś Go w tyłek- powtórzył akcentując drugie słowo.
-Jesteś o mnie zazdrosny?- Zapytałam unikając jego wzroku.
-Po prostu nie chcę, żebyś klepała innego faceta w tyłek- burknął trochę zły.
-Nadal nie odpowiedziałeś na moje pytanie- zauważyłam.
-Ty też migasz się od odpowiedzi- stwierdził wolno, świdrując mnie zielonymi oczami.
-Chciałam go tylko zdekoncentrować, a ty robisz z tego wielkie halo- prychnęłam pijąc lemoniadę z puszki.
-Chyba też byłabyś wściekła, gdybym to ja klepnął w tyłek inną- zirytował się, padając na ławkę.
-O co ci chodzi; Michael?- Zapytałam wprost, siadając obok.
-Dobra. Okej- burknął poirytowany.- Jestem o ciebie ZA-ZDRO-SNY. Zadowolona?
Westchnęłam ciężko.
-Przepraszam. Nie bądź na mnie zły..- poprosiłam z żalem.
-Już rozumiem to twoje "żadnych zasad"- powiedział przez zaciśnięte zęby.- Pewnie zaraz się dowiem, że jest ktoś trzeci- na serio się wściekł.
-A zastanawiałeś się, kto by w ogóle chciał taką Grubą Świnię?- Odparłam ze złością.
-Zabiłbym każdego, kto by na ciebie tak powiedział- odparł chłodno.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Callisto nagle odstawiła puszkę i wskoczyła na ławkę, wołając coś po francusku. Wszyscy gapili się na nią zaskoczeni; a niektórzy zaczęli coś szeptać. Po chwili zeskoczyła z ławki.
-No, widzisz. Nikt nie chce Grubego Balerona- skwitowała wzruszając ramionami; gdy nagle jakiś facet rzucił po hiszpańsku:
-Chyba pani spadła z nieba; bo wygląda pani niczym anioł!- skomplementował, a Callisto zwróciła na mnie pytające spojrzenie.
Podniosłem wzrok i spojrzałem na delikwenta, rzucając:
-Spóźnił się pan, ten Anioł jest mój!- Odparłem.
-Skoro tak, to przepraszam!- zaśmiał się młodzieniec; a wszyscy na rynku wrócili do swoich spraw w o wiele lepszych humorach.
-Co ten facet powiedział, że masz taką minę?- Zdziwiła się.
-Stwierdził, że niedawno spadłaś z nieba i chciał się z tobą umówić- oczywiście trochę to przekoloryzowałem.
-Taa. Akurat- prychnęła bez przekonania.- Deszcz Aniołów wyglądem przypominających baleron lub szynkę.
-Coś apetycznego, jak dla mnie- skomentowałem rozglądając się. Zauważyłem szczupłą dziewczynę z długimi lokami.- Widzisz tamtą.? Albo tą?- Tuż obok nas przechodziła blondi.
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
-Też się oglądasz za innymi- burknęłam zła.
-Nie oglądam się. Z takich, jak one to mógłbym sobie wykałaczki zrobić i pogrzebać sobie nimi w zębach. Takie chudziutkie to pierwszy-lepszy wiatr porwie- zauważył z ironią.
-Znowu mówisz, że jestem gruba- burknęłam obrażona.
-Ja po prostu chciałem zauważyć, że twardo stąpasz po ziemi.
-Teraz nazywasz mnie Słoniem, super- udałam złą.
-Wcale nie. Chcę powiedzieć, że podobasz mi się, nieważne; czy chudsza, czy puszysta- chyba usłyszał, że syczę oczami.- A tak, swoją drogą: jak już przytyłaś, to mam się przynajmniej do czego poprzytulać...- Starał się jakoś mnie udobruchać.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Czubek!- Zarechotała oparta o ławkę.
-No, co; Moja Świrusko?- Uniosłem brwi udając zdziwienie.
-Padłam, nie wstaję- rzuciła wesoło.- Co się tak na mnie gapisz.?
-Założyłaś sukienkę- bąknąłem zjadając wzrokiem jej smukłe, choć lekko opuchnięte, nogi.- Nigdy nie widziałem cię w sukience..
-Widziałeś mnie w spódniczce- stwierdziła.
-Szkolny mundurek się nie liczy- zastopowałem nie potrafiąc oderwać oczu od jej postaci.
-To ciążówka. Wyglądam jakbym chodziła w worku od ziemniaków- skrytykowała czerwono-czarno-białą sukienkę w fantazyjny, wesoły wzór.
-Mnie się podoba ten "worek po ziemniakach"- odparłem całując ją lekko.
-Nigdy nie mówiłeś, że ci się podobam- zauważyła zaskoczona.
-Myślałem, że o tym wiesz- obruszyłem się.- Podobasz mi się.. Podobasz mi się.- Powtórzyłem kilka razy, doprowadzając ją tym do śmiechu.
-Głupek- wymamrotała całując mnie.
-Nie jesteś głodna?- Spytałem troskliwie obejmując ją.
-Troszeczkę, a do obiadku daleko- stwierdziła unikając mojego wzroku.
-No, to podnóś ten puszysty tyłeczek; idziemy coś wszamać- uśmiechnąłem się pomagając jej wstać, pocałowałem ją mocno.
-Ale... Ja się nie znam na tym hiszpańskim żarciu..- powiedziała niepewnie.
-Od tego masz mnie- rzuciłem pocieszająco biorąc ją za rękę.
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
-Buènos Diáz- rzucił spokojnie wchodząc do knajpki. Kilku facetów odwróciło się i spoglądając na mnie z zaciekawieniem, zaczęło szybko rozmawiać. Nie przypominało mi to hiszpańskiego.
-Bella ragazza- rzucił z zaciekawieniem jeden z nich.
-Mià ragazza; Signore- odparł z dumą Michael.
Podeszliśmy do wolnego stolika. Michael odsunął mi krzesło; w ogóle jego zachowanie sporo odbiegło od normy.
-Señor Tyler- Kobieta w średnim wieku przywitała go uśmiechem, mówiąc coś jeszcze.
-Si; Señora... Gracias- odparł uprzejmie siadając.
Skakałam oczami, próbując zrozumieć coś z ich rozmowy. Kobieta zniknęła na zapleczu knajpki.
-O co tu chodzi?- Zapytałam go odrobinę podejrzliwie.
-Cierpliwości, Moje Kochanie- zachichotał lekko.
Jedna z kelnerek przyniosła nam karty dań.
Postanowiłam nie pytać. Może jednak lepiej nie wiedzieć, co Michael kombinuje?- Zastanowiłam się przez chwilę.
Wybrałam kilka najlepiej brzmiących nazw i zauważyłam, że kelnerka posłała mu niepokojąco porozumiewawcze spojrzenie. Oparłam się pokusie przywalenia jej stojącym na stoliku gustownym (i na pewno bardzo twardym!) świecznikiem. Kobietka zniknęła gdzieś na tyłach knajpki.
-Zauważyłem, że szukasz broni- ten seksowny półuśmiech mnie uspokoił.
-Nie lubię, jak inna za długo się na ciebie gapi- powiedziałam nadąsana.- Jesteś moim Pyszczulkiem, a reszta niech spada.
-Zazdrosna?- Rzucił ciepło, kładąc dłoń na mojej.
-Wcale- odparłam lekceważąco.
-Kłamczucha- wytknął mi z humorem. Przejrzał mnie od razu..
Wtedy dostrzegłam, że świecznik to dwa łabędzie, których szyje tworzą serce, a świeczki pachną moim ulubionym wrzosem. Obrus był w kolorze turkusowym.

Nigdy bym nie pomyślała, że facet może być takim romantykiem...
Nad czym się tu zastanawiać? Randka idealna; Cally..- ech ten złośliwy głos...
Spadaj, Pijawka; tylko tak sobie luźno rozmyślałam..

-Co; Moje Kochanie?- Rzucił karmiąc mnie, dostrzegłam kilkanaście ukradkowych spojrzeń w naszą stronę, gdy naraz moją uwagę zwróciły melodyjne dźwięki gitar i budzące ciarki kastaniety.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-To wszystko dla mnie..?- Zapytała drżącym szeptem.
-No pewnie, że dla ciebie- Odszepnąłem patrząc na Callisto. Właściwie mogłem gapić się bez końca na moją Gwiazdeczkę...
-Co się stało; Moje Kochanie..?- Szepnąłem pieszczotliwie.
-Przepraszam..- szybko otarła łzy.- Jesteś tak strasznie kochany, że brak mi słów..- powiedziała cichutko.
-No, już... Już, spokojnie; mój ty "Baleronowy Potworze"- uśmiechnąłem się do niej trzymając ją za rękę. 


piątek, 16 lutego 2018

Hunter III Curse Rozdział XVIII Czwarte synów pokolenie, a wśród nich Serafa Tchnienie

-James, nie biegaj; bo się wywrócisz..- ostrzegł mnie troskliwie ojciec. 
-Skaranie boskie, za kim on taki nerwusiaty(?)- rzuciła ciocia Mary. 
Poślizgnąłem się i przydzwoniłem w szafkę na buty. Hałas..
-Znów beczy..- westchnęła mama.- To dziecko chyba po Armandzie jest takie szajbnięte..- kroki. 
-Ma. Maa.- Gapiłem się na nią wyciągając ręce
-No, chodź tu; mała bekso- rzuciła pieszczotliwie, biorąc mnie w ramiona Wzięła mnie do pokoju i zaczęła opatrywać rozcięty policzek. 
Bill zatrząsł jakąś kulką, żeby mnie rozweselić. Spojrzałem nań bez entuzjazmu.
-Ić gupku.. Ty gupku..- burknąłem obrażony.
Ojciec siadając nie trafił w krzesło i z hukiem wylądował na podłodze. Śmiał się, jakbym powiedział coś zabawnego. Ciotka też trzęsła się ze śmiechu, a matka opatrując mnie przewróciła oczami. Ja zdziwiony, Bill gapił się na mnie z otwartą buzią. 
-Widzisz; ty gupku?- Matka spojrzała z miłością na mojego starszego brata.- Już to widzę, jak dorośnie- dostałem całusa w zaplastrowany policzek.- Dobra.. Beksa-lalo, uśmiechnij się do tej raszpli, twojej mamy- pogłaskała mnie, a ja wyszczerzyłem się w szerokim uśmiechu.. 

-Nie chciałem cię wkurzyć..- zaczął przepraszająco.
-Nie.. To ja przepraszam, poniosło mnie- odparłem cicho.- Ledwie ją pamiętam... No, wiesz.. Moją matkę..
Jane odsunęła się sprzed drzwi salonu z dziwnym wyrazem twarzy. Undertaker wrócił do domu i odetchnął głęboko.
-Wszystko gra?- Zapytałem.
-Taa..- oparł się ramieniem o framugę drzwi.- Serce mi wariuje przez tę cholerną pogodę..- wyjaśnił prostując się.
-Mierzyłeś ciśnienie?- Zapytał ostrożnie Mikaelis.
-Nie mam na to czasu- żachnął się szafirowooki. Jane doprowadziła go do fotela i sięgnęła po ciśnieniomierz. Założyła rękaw i zaczęła pompować patrząc na zegar. Jej płomienne oczy zrobiły się wielkie jak piłki.
-Otwieraj usta i to już- nakazała wyciągając coś z kieszeni. Odpakowała tabletkę i wsunęła mu pod język.
-Zbijaj, może ci się uda-wyburczał niewyraźnie Undertaker.- Właściwie, skąd to masz..?
-Strażnik musi być przygotowany na wszystko- odparła Jane wzruszając ramionami.
**********
Kwatera Główna Stowarzyszenia, następnego dnia rano.
-Niech tylko wróci, to go zatłukę...- warczał Armand Tyler.
-Daj spokój.. Traktujesz go, jak dziecko- odparł Cristopher Raven.
-To ta twoja Callisto bierze go na manowce- burknął mój ojciec.- Od kiedy się z nią zadaje stale zmyśla.. Jakoś nie wierzę w ten cały ich biwak..
-Jest prawie dorosły, a ty nadal próbujesz wcisnąć go pod klosz- odezwał się kpiąco Angello.
Trzymałem Callisto na rękach, gdy cała trójka wynurzyła się z jadalni.
-Pierdolę rodzicielski armageddon..- mruknąłem, przekazując Lucianowi Callisto pocałowałem ją lekko.- Czas iść w paszczę lwa i spróbować to przeżyć..
Mój ojciec widząc mnie przystanął. Kiedy już ochłonął z chwilowego szoku podszedł i przyciągnął mnie mocno. Zatonąłem w jego objęciu.
-Jesteś cały...- powiedział cicho przytulając mnie.
-Tato...- ledwo mogłem złapać dech.- Udusisz.. mnie..- wydyszałem.
-Callisto- Cristopher minął nas i poszedł ku córce. Zaczął mówić coś do Luciana, zdenerwowany. Obaj szli na piętro.
Chciałem iść za nimi, ale ojciec mnie powstrzymał.

Obaj usiedliśmy w jego sypialni. Jane przyniosła kawę i jakieś ciastka.
-Sądzę, że nie byliście na żadnym biwaku- zauważył ojciec.
-To prawda, nie byliśmy.. Właściwie, jakbym miał ci to wszystko wyjaśnić... Nie wiedziałbym, od czego mam zacząć..- Przyznałem z westchnieniem.
-Może zostawmy to na razie- pierwszy raz od lat zobaczyłem ten uśmiech na twarzy ojca.
Jane stanęła za jego fotelem i złożyła dłonie na oparciu.
-Myślałem, że dostanę mega burę- odezwałem się przerywając tę niezręczną ciszę.
Identyczne, jak moje zielone oczy wpatrzyły się w okno.
-Może Mika i Cristoph mają rację...- powiedział do swoich myśli.- Jesteś już prawie dorosły, a ja nadal traktuję cię, jak małe dziecko...- westchnął smutno.- Przepraszam...
-Och, tato.. Daj spokój- powiedziałem spokojnie.
Kolejny raz był między nami jakiś mur. Chyba obaj baliśmy się wspomnień związanych z mamą..
-Jaka ona była?- Pytanie samo wymknęło się na wolność.
Ojciec odwrócił wzrok od okna i spojrzał na mnie. Jego oczy zapłonęły z trudem ukrywaną rozpaczą.
-Przepraszam.. Nie chciałem cię...- zacząłem cicho.
-To nic takiego...- ukradkiem otarł łzę.- Powinienem częściej mówić o Lily..- Przy jej imieniu głos mu zadrżał.- W końcu ledwie ją pamiętasz.. Może, gdybym drugi raz się ożenił..
-Co ty, kurwa, chrzanisz??- Mój wybuch złości nawet mnie samego trochę zaskoczył.
-Przecież wiem, że nie mogłem zastąpić ci matki, choćbym bardzo się starał, James..- odpowiedział z niespotykaną dotąd powagą.
Zamyśliłem się na chwilę. W pewnym sensie miał rację: może gdyby miał drugą żonę, nie cierpiałby tak bardzo po stracie mamy.
Znowu zapadła nieznośna cisza.
-Czemu nie ożeniłeś się po mamie?- Zapytałem cicho.
Chciałem wiedzieć; czy to było przeze mnie; czy miał jakiś inny powód, dla którego...
Upijając kolejny łyk kawy dostrzegłem, że Jane szepnęła coś do ojca.
 Spojrzał na mnie ponuro.
-Na początku nie chciałem, bez Lily to nie było już to samo. Miałem was.. Był też drugi powód; bałem się; jak wy to odbierzecie, a potem...- pochylił głowę i oddetchnął głębiej, żeby się uspokoić.
A potem stracił kolejną osobę, którą kochał. Obaj go straciliśmy..
-A ty, James? Ożeniłbyś się powtórnie po Callisto?- Zapytał bardzo ostrożnie; jakby bał się mojej reakcji. Wpatrywał się we wzorzystą narzutę na łóżku.
Chciał, żebym zastanowił się jeszcze raz; czy naprawdę ją kocham, ale ja nie potrzebowałem się zastanawiać.
-Nie wiem, ale raczej nie...- odparłem cicho w zamyśleniu.- Chyba nikogo nie pokochałbym tak, jak jej..
Nie wiedziałem jeszcze, że wydarzy się tyle rzeczy... Że jeszcze nie raz będę przechodził przez wyboistą drogę do mojej Cally z duszą na ramieniu.
***
Trzy dni później, dwudziesty ósmy marca...
Poczułem jej delikatny pocałunek. Nie otwierając oczu chwyciłem jej palce, które po chwili wymknęły się z mojej dłoni. Natychmiast otworzyłem oczy i wygramoliłem się z pościeli, czując ogromny, tłamszący niepokój, pod którego wpływem ruszyłem w stronę "sali szpitalnej".
Kiedy otworzyłem drzwi Callisto wyłaziła przez okno. Dopadłem do niej i obejmując ją ramionami wciągnąłem ją spowrotem do środka.
-Moje Kochanie..- szepnąłem przytulając ją mocno.- Dokąd idziesz..?
Callisto w milczeniu oparła się o mnie i przymykając oczy, położyła moją dłoń na swoim brzuchu.
-Chciałabym móc nie bać się, że zrobię ci krzywdę...- przerwała ciszę.- Chciałabym.. Być człowiekiem!.- Wybuchnęła płaczem.
W milczeniu obróciłem ją twarzą do siebie i przygarnąłem ramieniem.
-Jesteś. Przecież jesteś Moja- odpowiedziałem tuląc ją mocno.
-Ty nie rozumiesz..- szepnęła z żalem. Jęknęła cicho i przyłożyła dłoń do opatrunku.
-Nie jesteś ze mną szczęśliwa..?- To bardzo zabolało.
-To nie tak...- westchnęła ciężko.
-A jak?- Zapytałem z naciskiem.
-Właśnie dlatego chciałabym być człowiekiem.. Dla ciebie..- powiedziała stłumionym głosem, zaciskając palce na mojej bluzie.
-To ja wolałbym stać się wampirem- powiedziałem to nieprzemyślanie. Callisto popchnęła mnie lekko i oparła o ścianę.
-Ani się waż tak mówić!.- Warknęła ze złością.- Nawet, gdybym mogła, nie zrobiłabym ci tego.. Nigdy- szepnęła z bólem.
-Jeśli miałbym cię przez to zrozumieć... Nie zawahałbym się- odparłem smutno.
-To przekleństwo..- twardo obstawała przy swoim.
-Czyli to, że...- W porę ugryzłem się w język. Nie chciałem kolejnej kłótni między nami. Otarłem kolejną łzę z jej twarzy.
Zapanowała cisza. Ciągle czułem, jakby odsuwała się ode mnie. Zamykała w sobie.
Wziąłem turkusowooką na ręce i zaniosłem do łóżka, na którym ją ułożyłem.
-Jesteś Moja- powtórzyłem z uczuciem, całując lekko jej usta.- Obie jesteście moje..
Callisto gwałtownie drgnęła i zaczęła głębiej oddychać.
-Co się dzieje..?- Zacząłem zmartwiony.
-To nic t-takiego...- szepnęła z jękiem, kładąc moją dłoń na swoim brzuchu.- Jestem trochę obolała, a mała..- urwała, jakby nie chciała powiedzieć zbyt wiele.
-Coś z małą?- Mój niepokój jeszcze mocniej zgniatał mi płuca. Jakby czyjaś ręka zaciskała się, chcąc pozbawić mnie tchu.
-Nie uwierzysz w to..
-Uwierzę- przerwałem jej pewnie.
Callisto gryzła cukierek w zastanowieniu.
-Czasami mała... Pokazuje mi różne obrazy... Bywają ruchome lub nie- zwierzyła się- słyszę też głos dziewczynki... Taki, jak wtedy..
-Zaczynasz mnie przerażać, Callisto Raven- zauważyłem zmartwiony.
-Marco też sądzi, że mam mega haluuuuny- zniecierpliwiła się.- Przecież wiem, co widzę i słyszę; do jasnej cholery.! Jestem walnięta; ale nie do tego stopnia, by pieprzyć głupoty..
-Maa, nie wolno brzydko mówić. Jesteś be.!- Słysząc to zastygłem w bezruchu.
-Co..??- Wydukałem zdumiony.
-Taa, jestem be. Ale jazda.. Po bandzie, kurwa mać..- mruknęła ironicznie.
-Maa. Klnie. Bardzio klnie- znów ten głosik.
-Cally... Walnij coś z grubej rury..- poprosiłem zdziwiony.
-Też słyszysz te moje mega zjebane jazdo-zwidy? To chyba te cukierki; może są w nich jakieś pierdolone psychotropy..- zasugerowała niechętnie. Zgięła się wpół pod wpływem kopniaka.- O żesz w dupę zapierdolona mać...- westchnęła z sykiem.
-Ty, Daaa. Weś coś powiec tej.. tej Be- burknął głosik obrażonym tonem.
-To już niezłe przegięcie...- zaczęła słabo czarnowłosa. Nagle podniosła głowę i wbiła szeroko otwarte oczy gdzieś jakby w dal.
-Callisto.. Callisto?- Zacząłem zaskoczony jej nagłą zawiechą.- Cally..?- Gdy długo nie reagowała, pomachałem jej dłonią przed nosem.
-To się znowu dzieje; Michael..- zaczęła odległym półgłosem. Wyciągnęła palce i położyła delikatnie na dłoni coś, co było tylko w jej umyśle. Bałem się.- Jakie mięciusie...- rzuciła z rozmarzeniem.
-Callisto, nie strasz mnie w ten sposób..- zacząłem już na serio scykany.
-Zła wiadomość.. Mięciusie zdechło.. Któreś z nas musi..- Nagle ocknęła się z tego stanu i spojrzała na mnie całkiem przytomnie.- Co??- Zapytała widząc mój wyraz twarzy.
-To ja się pytam, co..- odparłem porządnie zaniepokojony.
Cally popatrzyła na mnie z namysłem.
-Znowu odpłynęłam..?- Spytała półprzytomnie.
-Delikatnie mówiąc- przytaknąłem z troską.
Zamyśliła się na jakiś czas. Patrzyłem na nią czekając aż wyjaśni mi to dziwne zajście.
-Te jej projekcje.. One są takie- szukała odpowiednich słów, by opisać swoje przeżycie- Tak zajebiście realne, że nawet nie umiem tego opisać..- wyznała patrząc na swoje splecione dłonie.
-Wyglądałaś, jakbyś coś przyjarała..- Zauważyłem wolno.
-Zastanawiam się, czemu tylko ja to widzę- stwierdziła w końcu.
-Może istnieje coś między wami..- zasugerowałem.
-To znaczy..?- Zaczęła takim tonem; jakby nie chciała wiedzieć.
-Skoro jest naszym dzieckiem to jest pół na pół, nie?-Spytałem.
Otaksowała mnie ostrym spojrzeniem.
-Co chcesz przez to..(?)- zastanowiła się przez moment.- No, tak.. Jeśli wierzyć słowom Féu; to jest półwampirem. Zresztą Marco w pewnym sensie to potwierdził, ale jaki to ma związek?- Zdziwiła się.
W sumie nie za bardzo wiedziałem; jak jej to uzmysłowić, ale postanowiłem zaryzykować.
-Nie myślałaś o czymś takim..? Tak teoretycznie. Skoro to półwampir, a ty- jako matka- jesteś wampirem...
-Pijawą- wpadła mi w słowo.
-Och, jak zwał; tak zwał- prychnąłem z lekkim uśmiechem.- To chyba jest jakieś prawdopodobieństwo, że macie jakąś więź i.. Dlatego widzisz te... Hm, obrazki..- Wywnioskowałem.
-Zaczynasz gadać identycznie, jak Marco..- Żachnęła się, obierając mandarynkę. Wsunęła cząstkę w usta- on nawijał dokładnie to samo..- Nagle zamarła gapiąc się na mnie tymi dużymi turkusowymi oczami.- Zaraz. Czekaj.. Marco potrzebował aż trzech tygodni, żeby to wymyślić, a ty zczaiłeś od razu. Coś tu jest nie w porządku...
Westchnąłem ciężko. Zaczynał się tryb "Łowcze Biuro Śledcze".
-To było pierwsze, co przyszło mi na myśl- przyznałem patrząc jej w oczy.- Mam jeszcze drugi pomysł.
-Jaki?- Zaciekawiona cofnęła dłoń z jedzeniem i zlustrowała mnie wzrokiem.
-Jest możliwość, że to; co mała teraz robi, to jej własna umiejętność- wyłożyłem po prostu.
-Są takie przypadki u pijawek- odpowiedziała po dłuższym zastanowieniu- ale... Jak dotąd stowarzyszenie ma za mało informacji o półwampirach, więc- ta jej dramatyczna pauza, po której serce waliło mi, jak młot- obie teorie mogą być prawdziwe- oznajmiła po chwili.
-Eee.. A ile jest tych "przypadków"?- Spytałem z wahaniem.
-Ponad pięćset- odparła.
***
Po dłuższej chwili spojrzała na mnie inaczej.
-Cally?- Zdziwiłem się.
Jej dłonie zacisnęły się na połach mojej bluzy. Usiadła  twarzą do mnie na moich kolanach i zaczęła się do mnie dobierać.
-Callisto..- Zacząłem z troską, czując jej pocałunki.
Wplotłem palce między jej, a ona popatrzyła na mnie zbita z tropu.
-Ty po prostu... Ty już mnie nie chcesz...- Zaczęła smutno odsuwając się.
Przyciągnąłem ją lekko.
-Co ty wygadujesz, głuptasie?.- Zapytałem biorąc jej twarz w palce, tak by patrzyła tylko na mnie, drugim ramieniem przyciskając ją do siebie.
Poczuła się odtrącona. Nadal uważała, że jest brzydsza od kiedy jest w ciąży.
-To nieprawda, że cię nie chcę...- szepnąłem cierpliwie. Pocałowałem ją delikatnie w usta.- Jesteś poważnie ranna i.. Boję się, że niechcący zrobiłbym ci krzywdę..- Przerwałem na moment i zacząłem ją całować.
-Nie chcesz mnie. Jestem gruba, jak baleron...- burknęła obrażona na cały świat, nie patrząc w moją stronę.
Nie wiem, co mnie w tym wszystkim rozśmieszyło; ale buchnąłem śmiechem.
-Taaa. Jeszcze się śmiej. Doprawdy zabawne- warknęła poirytowana.
-Mój ty Baleroniku kochany...- wymruczałem jej żartobliwie do ucha; obsypując ją całusami.- No, uśmiechnij się do swojego Pyszczulka..- poprosiłem dając jej całusa w usta.
Chwilę po tym, jak na mnie spojrzała na jej twarzy pojawił się nieśmiały uśmiech.
-Mam najpiękniejszy Baleron pod słońcem- stwierdziłem z dumą, całując jej palce.- I do tego cały mój.. Do schrupania..- dodałem karmiąc ją ciągnącym się cukierkiem.
-Mmmm, mordokleja.. Chcesz, żebym przestała tyle gadać?- Zapytała lekko.
-Nie, gaduło. Lubię patrzeć, jak coś jesz. Słodko wtedy wyglądasz- odparłem z pokrętnym uśmieszkiem.
-Jeśli ktoś lubi słonie...- zauważyła, a ja znowu zacząłem się brechtać.
-W końcu mówią, że słonie przynoszą szczęście- rzuciłem półżartem.
Callisto wykrzywiła rolkę od papierowego ręcznika i przyłożyła na nos.
-Nawet mam trąbę- zabrzmiało to nie tyle głupio, co strasznie śmiesznie.

Wreszcie zasnęła. Wyglądała tak słodko i spokojnie, kiedy spała. Ta szopa czarnych, jak skrzydła kruka włosów odcinających się na tle białej poduszki, rozchylone malinowe usta i w ogóle to, jak leżała w tym łóżku samo w sobie było cudne. Szczególnie lubiłem patrzeć, jak śpi- wyciszało mnie to.

Poranek.
-Płomień!- Uchyliłem się przed frunącym za mną sztyletem, który wbił się w drzwi kołysząc się złowieszczo.
-Angello chyba wspominał coś o nie rzucaniu bronią; Weiss- odparłem obojętnie.
-Skoro jesteś taki najlepszy, to czemu się ze mną nie spróbujesz?- Zapytał złośliwie.
-Nie mam czasu na pierdoły- rzuciłem niechętnie, widząc; że próbuje mnie sprowokować.
-Boisz się, że jestem od ciebie lepszy?- Zapytał wyzywająco.
-Może i lepszy, ale o wiele głupszy- odciąłem się spokojnie.
Weiss zaatakował. W mgnieniu oka odbiłem jego ostrze i kopniakiem posłałem go w otwierające się drzwi jadalni.
-Cholerne Blachary...- mruknąłem z ironią, chowając miecz w pochwie pod rękawem bluzy.- Dzień dobry wszystkim i smacznego- rzuciłem idąc do stołu.
-Siema; Kapsel- odparł Horse.
-Waruj- przywitałem się z uśmiechem.
Romanow omal nie zakrztusił się mocną kawą. Odstawił kubek.
-Ej, chcę jeszcze trochę pożyć- rzucił z wyrzutem Rosjanin.
-Złego diabli nie biorą, Władia- odparła Elizabeth poszturchując go wesoło.
-Taa. No to mnie już nie dziwi; czemu z tobą wszystko w porząsiu- zarechotał Vładimir.
-O co ci biega?- Spytała z udawanym zaciekawieniem.
-O nic.. Pewnie na taki widok wszystkie pijawy uciekają w popłochu- odpowiedział, a ja i Horse prawie wjechaliśmy pod stół ze śmiechu.
-Wyczuwam tu sarkazm- odpowiedziała wyniośle.
-Władia chciał powiedzieć, że się o ciebie troszczy; Lizzy- odparłem ugodowo.
-Jeszcze raz powiedz do mnie Lizzy, to wlecisz pod ten blat- zagroziła.
-Nie złość się, Elizabeth- rzucił poważniej Jacob.- To tak słodko brzmi. Lizzy, Lizzy dzisiaj na obiad są pyyyyzyy.!
-Jaki debil...- rzucił z ironią Jack.
-Mało powiedziane- przytaknęła Elizabeth.- Otaczają mnie totalni kretyni...
-W twoich ustach brzmi to, jak tytuł królewski- zauważył Horse.
-Owszem, to właśnie ty jesteś "Królem Kretynów"- Dopiekła Jake'owi.- Jeszcze herbaty; Wasza Kretyńskość?- Spytała lekko.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem, a Jacob spojrzał na nią urażony.
-Nie, dziękuję mój wierny Błaźnie- odburknął wstając. Ruszył w stronę podwójnych drzwi i wpadł na kogoś.
-Przepraszam- rzucił lekko speszony widokiem Callisto, a ja prawie oblałbym się kawą.
Callisto, jakby nigdy nic dołączyła do nas. Zaczęła nakładać sobie górę jedzenia- dziś w jej zestawie obiadowym górowało różnego typu mięso, lecz były też smażone ziemniaki i surówka. Jako napój wybrała koktajl mleczny, a na deser wzięła dwa średnie rogale francuskie z czekoladą.
-Nie mów, że to wtrynisz; Raven- zauważył Jack.
-Głodna jestem- obruszyła się Callisto.
-Jedz, na zdrowie- rzucił Matt uprzejmie.
-Dzięki- turkusowooka zabrała się za jedzenie. Obserwowałem, jak pakuje w siebie żarcie.
-Od razu wrócił mi apetyt- odezwała się Caroline, biorąc sobie drożdżówkę.
W ustach Cally zdążyło już zniknąć pół porcji jedzenia. W niemal rekordowym tempie wciągnęła resztę obiadu. Pociągnęła trochę koktajlu i wzięła do ust pierwszy kęs rogalika...
-Jeszcze witaminka- stwierdziła obierając kiwi.
-Płomień... Zbankrutujesz, jak tak dalej będzie wsuwać- szepnął Romanow.
-Niech cię o to głowa nie boli- odszepnąłem nadal patrząc na moją narzeczoną.- Głodna nie jest sobą- rzuciłem konspiracyjnie.
-Myślałam, że podoba ci się; jak jem- odezwała się naburmuszona.
-Oczywiście, że mi się podoba- odpowiedziałem przyciągając ją, pocałowałem delikatnie jej usta.- Jestem z ciebie dumny; mój ty Żarłoczku..- dodałem pieszczotliwie, dając jej kolejne kilka całusów.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Może coś na wynos?- Spytał z moim ulubionym półuśmiechem.
-Na wynos chciałabym ciebie- wymruczałam mu do ucha.
-Szkoda, że edukacja wzywa- odszepnął cichutko.- Schrupałbym cię; jako mój deserek- kłapnął szczęką, udając; że chcę mnie zjeść; a ja zachichotałam, przytulając się. Wstając wziął mnie na ręce.
-Nie mów, że wniesiesz ją na górę- zaczął powątpiewająco Jack.
-A, czemu miałbym nie wnieść?- Odparł zaskoczony zielonooki, gdy oplotłam ramionami jego szyję.
-No, nie wiem..- Jack rzucił wymowne spojrzenie na moją figurę.
-Jesteś trochę za młody, żeby to zrozumieć- zauważył Porter, szturchając go mocno puścił mi oczko.
W tym momencie na horyzoncie zamajaczył Marco Holy.
-Callisto Anabelle Raven, herbu Kruk. Powinnaś leżeć- zauważył tonem reprymendy.
-Byłam głodna- burknęłam patrząc spode łba na kuzyna.
Marco westchnął głęboko.
-Dobra, dobra.. Niech ci już będzie- prychnął.

Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Dwa dni później, budynek liceum.
Postanowiłem uważnie obserwować Bergmanna. Choć tylko ja wiedziałem, jak naprawdę się nazywa, zastanawiałem się; z jakiego powodu ciągle ochraniał Callisto. Nie bardzo wierzyłem słowom Mikaelisa, bo wydawało mi się, że "Bergmanna" nie obchodzą rodowe interesy.
-Tylko, jeśli nie rodowe interesy; to co?- Zastanowiłem się na głos.
-Tyler...- w tym momencie Black podała jakiś wzór fizyczny.
-Eee co?- Otrząsnąłem się z rozmyślań pod ostrzałem spojrzeń całej grupy.- Może pani powtórzyć pytanie?- Zacząłem nieprzytomnie.
-Zacznij skupiać się na lekcji. Na prywatne rozmyślania będziesz miał czas na przerwie- oznajmiła chłodno Czarownica.
-Przepraszam- rzuciłem potulnie, choć wiedziałem, że i tak mam już wpisanego w dziennik 'buta'.
Matma...
Deere rozdał arkusze testowe.
-Pewnie wszyscy nauczyciele wam to mówią, ale przy mnie naprawdę lepiej nie ściągać- ostrzegł bursztynowooki.- Brandt, opróżnij kieszenie- rzucił niespodziewanie.
Chłopak posłusznie wyciągnął wszystko, włącznie ze ściągami.
-Jakim cudem..?- Zaczął Fox za plecami matematyka.
-Mam wyjątkową podzielność uwagi- oznajmił spokojnie Deere.- Brandt, jesteś w stanie podejść do sprawdzianu?- Spytał zabierając rzeczy ze stolika.
-Eee spróbuję... Najwyżej obleję- westchnął chłopak cicho.
-No, to jedziecie- rzucił z zapałem Deere.
Wszyscy zabrali się za test. Bursztynowooki spoglądał zamyślony w okno, jakby zastanawiał się nad czymś zupełnie innym.
-Silver, na suficie nie znajdziesz odpowiedzi- rzucił.
Dominic okręcił długopis na dłoni, wzdychając ciężko.

Vincent wyprostował się i wpatrując się w tablicę rozmyślał. Nagle podniósł rękę.
-Rodriguez, jakiś problem z pracą?- Rzucił uprzejmie nauczyciel, podchodząc.
-Coś mi się tu nie zgadza; profesorze- stwierdził śniadolicy.
-To znaczy?- Rzucił Deere.
Vincent zaczął coś tłumaczyć profesorowi.
-Na to właśnie czekałem..- Deere uśmiechnął się tajemniczo.
-Nosz, kurwa..- mruknęła jedna z dziewczyn gapiąc się w swoją kartkę.
-Odpadam..- jęknęła Cora.
Zerknąłem, na którym punkcie jest Vincent. Dwudziesty czwarty. Zacząłem czytać zadanie..
-Ha! Chyba załapałem..- mruknąłem tryumfalnie.
Dziesięć minut później oddałem skończoną pracę.
-No, no; Tyler- rzucił z uznaniem Deere.
***
-Co zrobiłeś; że Deere miał taką minę?- Spytał zaciekawiony Paul.
-Dwudziestka czwórka to była podpucha- odparłem spokojnie, puknąłem otwartą dłonią w automat i pochwyciłem trzy kolorowe puszki.
-Podpucha??- Obaj gapili się na mnie zdumieni.
-Wiecie, czemu nic z tego nie wychodziło?- Zapytałem retorycznie.- Równanie sprzeczne. Ta-dam!
-Kurwa... Kułem to przez pół nocy..- jęknął Paul z porażką.
-Ja też i ni cholery z tego nie zajarzyłem- Vincent wzruszył ramionami, otwierając zielonożółtą puszkę.- Po dzwonku sobie pośpimy..
-Taa; Modliszka i jej cudowna kołysanka- Paul ziewnął ostentacyjnie.

Tymczasem po przerwie, czyli lekcja pod tytułem "Nuda Stulecia".
Wychowawczyni rozglądała się po nas bez entuzjazmu opowiadając o jakiejś wymianie międzyszkolnej.
-Tanner- rzuciła, a Paul aż podskoczył na krześle.- Może ty?- Zapytała.
-No, ten... Yyy- Paul złapał zawiechę.- A daleko?- Zapytał przymilnie.
-Do Barcelony- odparła Collins, a Vincent nagle kichnął.- Na zdrowie, Rodriguez.
-Dziękuję, pani profesor- odparł uprzejmie.
-A gdzie to leży?- Cały Paul, z geografią na bakier.!
Vincent znów niezamierzenie kichnął.
-Na zdrowie- rzuciła Modliszka.- Barcelona to takie miasto w Hiszpanii- zwróciła się do Paula.
-Zastanowię się..
-Może ty, Tyler?- Rzuciła z zaciekawieniem.
-No, cóż.. Musiałbym zapytać ojca o uchylenie mojego szlabanu, Señora- odpowiedziałem uprzejmie.
-Szlabanu?- Zdziwiła się, a grupa gapiła się na mnie.
-Wyjaśnię pani na osobności- rzuciłem zdawkowo.
Taa. Za ostatnie dwa dni nieobecności w domu dostałem zakaz opuszczania koszar i taką burę, że normalnie masakra. Zresztą nie bardzo myślałem teraz o tego typu wyjeździe, bo nie chciałem zostawić Callisto samej. Poza tym nie miałem ochoty reprezentować tej budy.
Jak mawiał Bastién na temat wojska: "przyszedłem tu odsłużyć, a nie zasłużyć".
-No, trudno- westchnęła Modliszka.- Co do innych spraw klasowych..- znowu zaczęła przynudzać.

-Wyspałem się za wszystkie czaaasy- rzucił za nami Dominic Silver ziewając.
-Chociaż trochę odespałem...- dodał Vincent obok.
-Tak w sumie, gdzie jest ta cała Ba... no, jak-jej-tam...- Zaczął Paul.
-Hiszpania, dokładniej mówiąc stolica Katalonii. Leży na północnym-wschodzie półwyspu Iberyjskiego nad Morzem Śródziemnym- wyjaśnił Vincent.
Wybałuszyliśmy nań oczy zaskoczeni.
-No, co? Jestem przecież Hiszpanem- obruszył się śniadolicy.
-Myślałem, że raczej niezbyt chcesz mówić o swoim kraju- zauważył Paul.
-Właściwie skąd dokładnie jesteś..?- Zapytałem ostrożnie.
-Z Valencji, też nad morzem. Miasto portowe- odparł Vincent przeciągając się.- Może powinieneś się zgodzić na tą wymianę?- Szturchnął mnie lekko.
-Nie mam co nawet marzyć, ojciec się wściekł; gdy nie było mnie dwa dni; a co dopiero jakby to były dwa miechy. Zresztą nie chcę zostawić Callisto..- westchnąłem ciężko.
Miałem się dopiero przekonać o podłym planie Modliszki.
***
-Ale zwała..- ziewnąłem pchnąwszy ciężkie frontowe drzwi kwatery stowarzyszenia. Widząc, że ojciec rozmawiając z kimś przez telefon i woła mnie gestem ręki, spodziewałem się najgorszego.
-Oczywiście, do zobaczenia- zakończył rozmowę, a ja zastanawiałem się, co takiego znów przeskrobałem.
-Dzwoniła twoja wychowawczyni; James..- zauważył przyglądając mi się.
-Co takiego??.- Wychrypiałem przerażony.
-Stwierdziła, że jako najlepszy z hiszpańskiego, mógłbyś wyjechać na międzyszkolną wymianę..

 Przeklęta Modliszka, niech ją..!

-Ale.. Mam przecież szlaban do końca świata. I kto się zajmie Callisto?? Chyba powinienem mieć tu coś do powiedzenia, nie..?- Na poczekaniu rzuciłem kilka argumentów.
-Poradzę sobie..- odezwała się turkusowooka idąc po schodach.- Nie po to zarywałeś noce, żeby teraz zrezygnować.
Ojciec spojrzał na nią zaskoczony, a ja z błagalnym wzrokiem kręciłem głową; żeby nie popierała tego pomysłu.
-Chyba zostałeś właśnie przegłosowany; James- zauważył tato.
-Przecież ja się cholernie boję latać...- wymyśliłem kolejny powód przeciwko.
-Buja. Jedyne, czego się boi, to zostawić mnie samą- zauważyła Callisto.

Zanim wyszedłem ze szkoły powinienem Collins udusić i pozbyć się jej zwłok...

Westchnąłem z irytacją.
-Po prostu knujecie, jakby tu się mnie pozbyć- burknąłem zły.
-My..?- Zapytali oboje spoglądając po sobie ze zdziwieniem.
-Przecież chcemy dla ciebie jak najlepiej; Pyszczulku- Callisto od razu przejęła pałeczkę.- Sam mówiłeś, że chciałbyś wyjechać na tą wymianę.
-Wtedy byliśmy jeszcze przyjaciółmi. Teraz dużo się zmieniło- Zaczęło brakować mi argumentów.
-Marco tak łatwo mnie nie wypuści, więc nie masz się czym martwić- zauważyła niecierpliwie.- Poza tym, chyba będziemy w kontakcie, hm?- Dodała trochę spokojniej.
-Obowiązkowo- odparłem, jakby to było oczywiste.
|•••|
-Paniczu?- Jane stanęła za mną.
Patrzyłem przez okno na las rozmyślając.
-Opiekuj się Callisto pod moją nieobecność- odparłem cicho.
-Wyjeżdżasz dokądś?- Zapytała zaskoczona.
-Do Hiszpanii, ze szkolnej wymiany- wyjaśniłem obojętnie.- Nie chcę, żeby coś im się stało.
-Jasne, paniczu- oznajmiła usłużnie.
Zamyśliłem się nadal wpatrując się w majaczące w oddali korony drzew.
-Jane.. Dlaczego ojciec nie ożenił się po śmierci mamy?- Zapytałem w końcu.
-Dlaczego o to pytasz?
-Bo odpowiedział tak jakoś.. Wymijająco- odparłem cicho.
-Po prostu nie znalazł nikogo takiego, jak Pani..- powiedziała smutno.
-Rozumiem..- teraz pojąłem, z jakiego powodu zapytał; czy ożeniłbym się po Cally. Chciał wiedzieć, czy naprawdę dobrze to sobie przemyślałem.

Nazajutrz, czwarty kwietnia.
Collins zwinęła mnie na pogadankę do swej kanciapy, nawet nie przypuszczałem, że Santiago dołożył swoje trzy grosze do całego "planu Modliszki".
-Czyli postanowione Tyler- zauważyła wychowawczyni, gdy usiadłem. Przejrzała notes ocen Santiago.-  No, świetnie.. Przewaga piątek z przedmiotu... I tylko jedna czwórka?- Zdziwiła się, patrząc pytająco na Santiago.
-Mówiłem, że jest najlepszy z mojego przedmiotu- oznajmił spokojnie Santiago.
Collins poprawiła okulary i zaczęła czytać oceny z pierwszego semestru.
-Matma podszlifowana, chemia.. Z chemii o dwie oceny wyżej(?); Grey chyba się pomylił- mruknęła zdziwiona.- Fizyka; w porządku; włoski: na poziomie. Geografia, ujdzie. Biologia: okej. Sztuka; spoko. Historia: Bergmann zdecydowanie wymagający. W-F: Hooch i jego tygrysiątka.. Oceny w porządku, zachowanie okej...
-Brak zarzutów..- wymsknęło mi się niespodziewanie. Przeprosiłem szybko.
-Tu masz dokumenty do wypełnienia...- zaczęła tłumaczyć mi wszystko po kolei.

-Tyler, modnie spóźniony o dziesięć minut- Lee, jak zawsze była wredna.
-Pogadanka z profesor Collins odrobinę się przedłużyła- odpowiedziałem spokojnie.
-Skoro tak, siadaj- rzuciła, a ja zawinąłem tyłek na koniec klasy, wciskając się między Paula i Vincenta.
Lee rozpoczęła przynudzanie...

Geografia.
-„Trzej Królowie” przybyli- rzucił  Zimmer, patrząc na nas z dezaprobatą.
-Przepraszamy za spóźnienie- odparł Vincent uprzejmie.
-Powód waszego spóźnienia?- Zapytał nauczyciel przyglądając nam się.
-Profesor Hooch chwilę nas przytrzymał u siebie- wyjaśnił Paul.
-Następnym razem nie spóźnijcie się na moje zajęcia- rzucił odsyłając nas ruchem dłoni.
-Oczywiście, panie psorze..- zapewnił Vincent. 


Hunter III Curse Rozdział XVIII Czwarte synów pokolenie, a wśród nich Serafa Tchnienie

Skąd znam ten cichy głos?- Zadawałem sobie pytanie. Serce zaczęło mi bić, jak oszalałe, a oddech odrobinę przyspieszył.
-Kim jesteś?- Zapytał nieufnie Undertaker, próbując dostrzec twarz postaci ukrytej za kolumną.
-Czemu nie możemy?- Zapytałem lekko drżącym głosem.
-Och, Michael... Michael..- westchnął z lekkim zawodem.- Za szybko zszedłeś ze sceny- powiedział mężczyzna wychodząc zza kolumny, wraz z odgłosem kroków zapłonął olej w umieszczonych pod ścianą korytach oswietlając postać...
Cristophera Johna Raven. Jego granatowe tęczówki błysnęły odbijając ogień.
-Nie rozumiem- zacząłem z niepokojem.
Ojciec Callisto powoli opuścił dłoń, w której dostrzegłem laurys. Na jednym ostrzu wytłoczona była Księżycowa Róża, a na naprzeciwległym herb Ravenów- lecący z kluczem w szponach Kruk.
-Callisto...- Zachwiałem się. Sebastian mnie podtrzymał. Zacisnąłem dłoń na wisiorku; a spomiędzy palców popłynęła krew, ostra krawędź zawieszki rozcięła mi dłoń, ale byłem w takim szoku; że nawet nie poczułem bólu.
Usłyszałem stłumione bicie dzwonów.
Północ wybiła.

Jane... Mikaelis... Chrońcie Callisto. 

Sięgnąłem do lewego rękawa i zacisnąłem palce na rękojeści miecza.
Jeśli będę musiał wybierać między jego...
Nie było czasu na rozmyślania. Zapierając się nogami z trudem zablokowałem ostrze topora, lecz po sekundzie odepchnięty przez przeciwnika uderzyłem z impetem w płonące koryto, o które omal się nie potknąłem.
Uniknąłem następnego ciosu i przez kilka minut tylko się broniłem.
-Co ty robisz?- Zapytał Undertaker przerażony nie na żarty.- Czemu walczycie? Raven..!- Dodał ostro.
Starałem się go pokonać. Z łatwością odbił serię moich ataków, a gdy nie zdążyłem się osłonić mocnym kopniakiem posłał mnie pod postać gryfa. Szorując po podłodze wylądowałem między potężnymi łapami posągowego zwierzęcia i jęknąłem słabo.
-Jeszcze nie zszedł ze sceny; Cristian...- odezwał się szorstki głos. Z trudem uniosłem lekko głowę.
-Nie pozwól mu wstać- pouczył Undertaker'a.
Te czarne, jak otchłań oczy i poszarpana blizna na twarzy.
Victor Bergmann.
-Co pan...?- Zacząłem słabo.
-Miałem cię na oku, Raven- oznajmił z niechęcią; a w jego palcach błysnęły dwa miecze.
-Jeśli jeszcze raz tak mnie nazwiesz; utnę ci ten szczekliwy język- warknął z nienawiścią granatowooki.
-Raven- rzucił Bergmann patrząc mu prosto w oczy z szerokim uśmiechem.
Tamten rzucił się na Bergmanna atakując zawzięcie z żądzą mordu w granatowych oczach. Nauczyciel historii odbił cofając się i ponownie skrzyżował broń z przeciwnikiem.
-Nie wyłamałeś się z rodziny- rzucił tonem aprobaty Bergmann.- Walczysz tak samo dobrze, jak twoje rodzeństwo; Raven..
-Ty...!- Warknął lodowato...
Zerwałem się, ale Sebastian położył mnie spowrotem na podłodze.
Wszystko zrozumiałem..
-Swan...- szepnąłem słabo.
-Uderzyłeś się w głowę.. Leż spokojnie- zacząłem wyrywać się Sebastianowi.
-Po cholerę się wtrącasz!?- Zamknąłem oczy, słyszałem tylko słowa przeplatane szczękiem stali.
-Niedobrze mi...- wybełkotałem słabo. Ostatnimi siłami przy pomocy Undertaker'a podniosłem się na chwilę i zwymiotowałem. Ból i zawroty głowy były coraz silniejsze.
Undertaker położył moją głowę na płasko.
-Dość mocno oberwałeś..- skomentował.
-Zamierzasz nadal mi się wyzłośliwiać, Undertaker?- Mimo kiepskiej sytuacji zdobyłem się na delikatny uśmiech.
-To w końcu przez ciebie siedzimy w tym szambie po uszy- Sebastian odwzajemnił uśmiech nieco opornie.
-Masz rację, mogłem cię posłuchać, a nie być taki uparty..
-Jak stąd wyjdziemy to naprawdę cię zapierdolę- zapewnił przyglądając mi się.

Sebastian J. Roberts; Undertaker.
-Po jaką cholerę się wtrącasz; Damonie.?
-Popełniasz błąd, Cristian!- nie zrozumiałem, dlaczego nazwał Bergmanna innym imieniem.
Zwariował? Kim jest, jeśli nie ojcem Callisto? Z jakiego powodu tak się wściekł słysząc nazwisko Raven..? I kim naprawdę jest Bergmann??
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
Biegiem minęłam polanę słysząc bicie dzwonów aż w końcu dotarłam do niszczejącego mostu na jeziorze.
-Zwyciężyłem- szepnął Zetsubō w pobliżu.
W tym momencie gałąź najbliższego jesionu wystrzeliła w moją stronę, przebijając mi płuco. Inne gałęzie oplotły się wokół moich nadgarstków i kostek przyciągając mnie do pnia.
-Nie bądź tego taki pewien- oznajmił kobiecy głos. Zobaczyłam karmazynową suknię i sterczące z ramion skrzydła zasłaniające jej twarz. W ręku trzymała miecz.
-Tak mówisz..?- Zapytał drwiąco kitsune.
-Mówimy- poprawił znajomy głos, lecz nie rozpoznałam idącej postaci.
Rozwiane falowane włosy w kolorze czerni. Błyszczące gniewem czarne oczy w  rzymskiej twarzy o ostrych rysach. Młodzieniec odziany był w ciemne spodnie i koszulę, oraz wysokie buty. Nosił na sobie półzbroję i posiadał większe, i o wiele piękniejsze skrzydła, niż kobieta.
-Puść moją Panią- oznajmił rozwścieczony Anioł.
-Lucian...?- Szepnęłam samymi wargami próbując się uwolnić.
-Ale zabawa- zachichotała dziewczyna zeskakując z drzewa.
-Angel- rzucił ten miękki głos; który tak kochałam.
Jednak szczerze wątpiłam, by osoba; która teraz mnie chroniła była Nim, moim najdroższym- Aniołem Rodu- Lucianem Mikaelisem.
Karmazynowa suknia przemknęła obok i pochwyciła dziewczynkę z rudymi końcówkami długich za ramiona włosów, przykładając sztych do gardła Azjatki.
-Ostatni raz proszę, byś Ją puścił- Warknął lodowato Anioł.
-A jeśli nie posłucham?- Zapytał pogodnie fioletowooki dzieciak.
Dziewczynka zmieniła się w lisa z pięcioma ogonami i wyrwała się, Angel brutalnie złapała lisicę za ogon z białym pędzlem i przyciskając wyrywającą się do ziemi podniosła miecz i skierowała go w stronę ogonów warczącej i popiskującej lisicy.
-Angel- czarnooki skinął głową, udzielając niemego pozwolenia. Anielica opuściła miecz, a kitsune; którą trzymała zaczęła kląć i grozić.
Odcięty ogon zniknął zmieniając się w smużkę dymu. Zetsubō cofnął się przezornie.
-Odetnij drugi- rzucił zimno Anioł.
-Nie!- Zetsubō zaatakował młodzieńca, który bez trudu odrzucił go od siebie kopniakiem, raniąc lisa ostrzem broni.
Zetsubō pisnął odskakując i wrócił do ludzkiej postaci.
-Zettai yurusenai! Nie wybaczę ci tego!- Warknął z dłonią przy policzku.
-Odetnij drugi; Angel- powtórzył młodzieniec spokojnie.
Lisica zaczęła wierzgać, próbując się uwolnić, wydając z siebie szczeknięcia i piski.
-Możemy się dogadać, Archaniele- oznajmił z diabelskim uśmiechem kitsune.
-Nie układam się z demonami- odparł młodzieniec, ruchem dłoni dał znak towarzyszce.
-Twoja pani może stać się człowiekiem. Chciałbyś tego, prawda?
Anioł drugi raz wykonał dłonią ten sam ruch; lisica zawyła. Zetsubō cofnął się jeszcze o krok- uświadomił sobie, że nie ma żartów ze swoimi przeciwnikami.
Wymruczał coś po swojemu. Drzewo puściło, a ja wylądowałam na ziemi z jękiem bólu.
-Jeszcze tu wrócimy!- Warknął Zetsubō cofając się ze strachem. Oba kitsune uciekły w las.
Wtedy straciłam przytomność...
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Damon...
Damon Raven!
Zerwałem się i odepchnąłem zaskoczonego Sebastiana, podniosłem swój miecz wstając. Zachwiałem się.
-Kim wy obaj jesteście?- Warknąłem atakując.
Bergmann cofając się zaczął odbijać moje ataki. Bronił się tylko.
-Dlaczego chroniłeś Callisto? Czemu ją śledziłeś?? Po co?- Pytałem atakując zawzięcie.
Bergmann zamknął mój miecz między swoimi i wytrącił mi go z rąk.
-Z tego samego powodu, dla którego ty odesłałeś swoją Strażniczkę- odparł i obracając miecz szybkim rzutem posłał go w Christiana, przygważdżając go do jednych z dwojga  drzwi po drugiej stronie komnaty.- Wiem też, że prowadziliście śledztwo po tym incydencie pod biblioteką miasta.
Otworzyłem usta zaskoczony; Undertaker dobiegł i podtrzymał mnie w pionie.
-Chyba znasz moją prawdziwą tożsamość; łowco herbu Płomień- oznajmił Bergmann patrząc mi w twarz. Podszedł do bliźniaczego brata ojca Callisto i odebrał mu laurys.
-Jeśli miałem rację, co do tego; jak się nazywasz... To jakim cudem żyjesz?- Zapytałem po chwili.
Z chwilą, gdy czarnooki zacisnął dłoń na trzonku laurysa jego oczy przybrały granatową barwę, a on sam zaczął mówić coś po łacinie.
Lucian Mikaelis; Anioł Rodu Kruka.
-[...] ognia tchnienie,
grzmotu brzmienie 
wiatru wycie.
W tym zaszczycie, 
zaprzysięgam Cię, Aniele 
byś był domu przyjacielem.. 
Byś nam służył, strzegł nas,
chronił, kiedy dobywamy broni: co ty na to mi odpowiesz?- usłyszałem wezwanie.
-Zabierz ją w bezpieczne miejsce..- Zacząłem znikać.
Znalazłem się w oświetlonym miejscu. W korytach płonęła oliwa. Po prawej stał posąg gryfa a do jednych z dwojga drzwi na końcu był przybity brat Cristophera.
Lecz znałem głos tego, który mnie wzywał...
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Lucian powoli ukląkł z dłonią przy sercu, mówiąc:
-Mój Paniczu, na wezwanie; co rozkażesz; niech się stanie- oznajmił czarnowłosy.- Witaj, Damonie Williamie Raven.

W tym momencie moja szczęka chyba dotknęła podłogi..

-Mnie też miło cię widzieć; Lucianie Mikaelis- oznajmił Bergmann, a właściwie Damon Raven.
-Co z Callisto??!- Dopadłem do Mikaelisa i potrząsnąłem nim mocno.
-Jane się nią zajmie- oznajmił nie zaszczycając mnie spojrzeniem.- Po co mnie wezwałeś, paniczu?- Zapytał z czcią.
-Pieczęć nad Cieniami- oznajmił spokojnie Damon Raven przechodząc między nami. Zamach ręki trzymającej topór, jakiś błysk i paszcza skrzydlatego lwa rozwarła się.
-Kości zostały rzucone; Lucian- oznajmił powoli odwracając się ku nam.
-Rozumiem; Panie- odparł młodzieniec z tym lekkim uśmiechem, który widziałem tylko wtedy, kiedy patrzył na śpiącą Callisto.
-Płomień, Undertaker- rzucił, kiwając ręką, żebyśmy szli za nim.

Przeszliśmy próg i ujrzałem salon letniej posiadłości rodu Kruka.
-Callisto!.- zaraz upadłem przy niej na kolana.
Jane zajmowała się jej obrażeniami. Wziąłem lewą dłoń i ucałowałem ją.
-Czemu jej nie chroniliście?!- Mimo gniewu złożyłem dłoń na jej nieruchomym ciele i wstając zwróciłem się w stronę obojga Strażników.
Oboje wbili oczy w podłogę. Lucian zacisnął zęby z wściekłą miną.
-Myślisz, że mnie to nie drażni?- Warknął z poczuciem winy.
-Teraz chcę tylko wiedzieć, kim on jest..- starałem się uspokoić, więc oddychałem głęboko.
-Damon i Sebastian byli braćmi przyrodnimi. Z jednego ojca. Damon był młodszy oraz był synem Upadłej i człowieka. Jest nieśmiertelnym, ale nie wampirem. To dlatego czasem zostawiał ślady w rodowej kronice.
-Czyli on...
-Jest spokrewniony z Callisto, ale to nie wszystko. Jest także Strażnikiem miasta i tylko on może zapieczętować Ich spowrotem.
-Ich, czyli kogo?- Wychrypieliśmy ja i Undertaker. Moim zdaniem to wszystko robiło się coraz bardziej porąbane.
-Cienie Dusz- odparł Mikaelis.
-Dziewięć ogonów, dziewięć monet i...
-Dziewieć dusz. W miejscu, gdzie stoi katedra przecina się dziewięć Linii Mocy- wyjaśnił czarnooki.- Będzie coraz gorzej i pewnie jeszcze nie raz się o tym przekonamy.
-Przeklęte kitsune..- Zakląłem z irytacją.- Po co im Callisto??- Zadałem najważniejsze dla siebie pytanie.
-Nawet ja nie znam wszystkich odpowiedzi..- Przyznał Lucian Mikaelis.
•••
Odezwała się moja komórka, gdy odebrałem nadszedł rodzicielski armageddon.
-Na Litość Anioła, gdzie jesteś?? Dlaczego od dwóch dni nie ma cię w domu?!- Zapytał po drugiej stronie głos mojego ojca.
No, kurwa. Zaczyna się..
-To nic takiego, wypadliśmy na tydzień na mały biwak i...- miałem szczerą nadzieję, że Paul i reszta nie wydają tego małego kłamstewka.
-I nic mi o tym nie powiedziałeś??- W naszej rodzinie każdy syn ma szczególny talent do wkurzania ojca.
-Nie złożyło się..- udałem zakłopotanie.- Uspokój się, tato..
-Ty coś kręcisz; James- Od kiedy pamiętam zwracał się do mnie moim drugim imieniem.
-Nie martw się o mnie. Nic mi nie jest- oznajmiłem i szybko się rozłączyłem.
-Twój ojciec?- Zapytał Mikaelis.
Kiwnąłem głową. Callisto ocknęła się kaszląc. Przechyliła się na kanapie, a z jej ust wypłynął potok krwi.
Dostrzegłem wśród krwi kilkanaście dużych drzazg.
-Cally..- cały czas trzymałem jej dłoń w swoich.
-Pić..- szepnęła samymi wargami. Undertaker wyszedł, po chwili trzasnęły drzwi wejściowe.
Jane zabrała Luciana ze sobą. Jeszcze przez kilka sekund stawiał opór, ale poszedł za nią.
Zdjąłem kurtkę i rzuciłem ją na podłogę. Sięgnąłem do zamka bluzy..
-Nie...- szepnęła ledwie słyszalnie.
-Będę cię karmić, przecież wiesz..- odparłem odsuwając jej grzywkę na bok. Turkusowe oczy były tak czarne, że nie mogłem odróżnić tęczówek od źrenic.
Rozpiąłem bluzę i pochyliłem się przy niej.
Odwróciła głowę w odmownym geście. Westchnąłem ciężko, biorąc delikatnie jej twarz.
-Nadal tego chcę- zapewniłem całując ją w zakrwawione usta.
-Jestem... Przebił mnie jesion..- oddychała ciężko.
Zbladłem. Wtedy zobaczyłem nieco z boku pod piersiami dziurę z której płynęła krew.
-Nie pozwolę ci... Nie odejdziesz ode mnie!.- Warknąłem z bezsilną złością.- Moje kochanie...
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
Zapach zaczynał mnie dusić. Moja krew cuchnąca jesionowym drewnem i słodka woń jego krwi nie były dobrym połączeniem. Nie odpowiedziałam nic, tylko patrzyłam na te zielone oczy.. Wtedy poczułam serię mocnych uderzeń, a z moich ust wyszedł jedynie wrzask bólu.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Callisto!- Lucian w sekundzie znalazł się przy niej.
-To nic.. Mały potworek się niecierpliwi- słaby uśmiech zagościł na jej twarzy.
-Och, nie nazywaj jej tak..- Szepnąłem nieco zły, musnęła ustami moją szyję i poczułem dwie maleńkie igiełki.
Piła, dopóki nie wyczuła, że opadam z sił.
-Michael..?- Wyszeptała.
Otworzyłem oczy jeszcze na chwilę.
-To nic..- uspokoiłem głaszcząc jej porcelanową twarz. Próbowałem wstać, ale straciłem równowagę. Mikaelis złapał mnie i oparł o kanapę.
-Dość mocno oberwałeś..- stwierdził oglądając ranę na skroni.
-Drobiazg, mam twardy łeb- spróbowałem zażartować, ale widząc wyraz twarzy Callisto zamknąłem dziób. Po chwili spojrzała na Mikaelisa, który skłonił lekko głowę i poszedł do kuchni. Chwilę potem wrócił z apteczką.
-Jak ja tego nienawidzę..- syknąłem widząc wodę utlenioną.- Sss! Auu..- syczałem, gdy przemywał rozcięcie.- Kurwa.. Delikatniej nie możesz.?- Burknąłem doń.
-Jestem Aniołem, nie twoją matką- odparł niechętnie.
Nawet nie wiem, kiedy mu przywaliłem.
-Odezwij się jeszcze słowem na temat mojej matki..- warknąłem z groźbą.
Wtedy to mgliste wspomnienie...


środa, 14 lutego 2018

Hunter III Curse Rozdział XVII: Zagadka, Katedra i inne miejskie historie

Godzinę później, letnia posiadłość Rodu Kruka...
Pchnęłam drzwi i poprowadziłam chłopaków za sobą, gdy na kogoś wpadłam. Młodzieniec w czerni przygarnął mnie ramieniem i objął lekko, patrząc na Michaela, który skinął głową.
Obaj po chwili wyszli z domu, a ja poprowadziłam Sebastiana do salonu.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Rozumiem, że Układ jest nadal aktualny- zagadnął Mikaelis.
-Bardziej niż kiedykolwiek- potwierdziłem.- Jane też będzie ją chronić..
-A kto będzie ochraniać ciebie?- Zapytał rozsądnie, patrząc w dal na las.
-Teraz nikt nie potrzebuje ochrony bardziej, niż ona- odparłem spokojnie.- Nie chcę, by coś im się stało..
Czarnooki spojrzał na mnie z boku uważnie.
-Nasza umowa jest rzeczą drugorzędną, bo panienka nakazała mi chronić ciebie- odezwał się z niezadowoleniem.
-Coooo?- Warknąłem ostro
-Mam swoje obowiązki- odparł chłodno, patrząc mi prosto w oczy
-Chyba nie pozwolisz jej teraz na jakiekolwiek ryzyko??- warknąłem, łapiąc go za czarną koszulkę. Potrząsnąłem nim mocno.
-Nie mogę sprzeciwić się woli Mojej Panienki, bo złamałbym tym nasz Pakt- odwarknął ostro.- Lepiej zastanówmy się obaj, jak to wszystko pogodzić- zauważył, a ja opuściłem ręce.
-Masz jakiś pomysł?- Zapytałem po długiej chwili.
Czarnooki spojrzał na mnie z namysłem.
-Jest pewien sposób, ale...- zaczął z wahaniem.
-Jaki?- Zapytałem z naciskiem.
-To zakazane. Ryzykuję tym Skrzydła- odparł ostro.
-Czyli wolisz "Skrzydła"; niż swoją Panią...- zauważyłem lodowato.
-Jeśli je stracę, nie będę mógł jej chronić, Płomień!.- Odparował zimno, a jego oczy błysnęły gniewem.- Mamy wspólny interes, o którym Ona nie wie.. Obaj musimy szybko coś wymyślić, bo nie mogę zrobić nic, przez co grozi mi utrata Skrzydeł.
-Masz rację, obaj byśmy na tym stracili..
-Nie podoba mi się ten twój uśmieszek- stwierdził patrząc na mnie podejrzliwie.
-Wszystko jest na wyciągnięcie ręki, Mikaelis..- powiedziałem w zamyśleniu.
-Możesz mówić jaśniej?- Zapytał ostro.
-Ale ty jesteś ciemny; jeju..- jęknąłem z irytacją.- Możemy wykorzystać twój Pakt.
-Niby w jaki sposób?- Obruszył się.
-Każdy ułożony pies zjawia się na gwizd swego pana- odparłem tajemniczo.- To, że właściciel zagwiżdże, stanie się prędzej, czy później.
-O jakim psie mówisz; Michael?- Usłyszałem głos tuż za sobą.
Mikaelis nie dał po sobie nic poznać.
-Po prostu wydaje mi się, że Zetsubō jest tu tylko pionkiem- skłamałem z namysłem.- Nie jestem pewien, ale chyba jest jeszcze ktoś wyżej...- dodałem.
Wyraz twarzy Callisto złagodniał. Wiedziałem, że zapomniała już o tamtej sytuacji, gdy omal się nie wygadałem na temat układu z Mikaelisem. Poza tym musiała się zjawić ledwie chwilę temu.
-Coś w tym musi być- powiedział Lucian, gdy szliśmy w stronę domu.- Kitsune są potężne, ale wampiry są potężniejsze; więc musieliby użyć jakiejś dobrej pułapki.
-Nikt normalny nie dałby się złapać w prostą klatkę- zauważyła Callisto.
-Gdzieś w tym jest miejsce na te rybo-ślimaki..- zauważyłem wolno.

Było. I to pod samym czubkiem naszego nosa.

-No, więc tak...- Callisto otworzyła mały czarny notatnik- To moje dane ze spawy "Syndromu Anioła"- podała go Sebastianowi, który zaczął czytać w skupieniu.
-Kim jest "Yuri Hanayakana"?- Zapytał unosząc na chwilę wzrok znad kartek.
-To ta "moja azjatycka przyjaciółka"- wyjaśniłem z sarkazmem.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Pewnie też ma jakieś informacje na temat kitsune..- stwierdził zamyślony.
-Policja przez jakiś czas ją obserwowała; ale nic to nie dało, choć może masz rację- odparłam wolno.- A ty, Lucian? Odkryłeś coś?
-Te stworzenia w lesie to pasożyty- odparł czarnooki podrzucając jabłko.- Ugryzienie nic nie znaczy. To coś wnika w ciało zainfekowanego i przejmuje kontrolę nad układem nerwowym i zachowaniem danej osoby. Oczywiste jest też to, że ktoś tymi robalami kieruje, lecz nadal nie wiem, kto to robi.
-Zetsubō?- Zapytaliśmy wolno, z Michaelem.
-Raczej nie sądzę- odezwał się Undertaker.- Kitsune mogą sterować tylko roślinami. Wliczam w to też "spacerujące drzewa"; ale nie mają kontroli nad ludźmi, chyba; że...
-Chyba, że; co?- Zapytała Callisto.
-Chyba, że to zależy od ilości ogonów.
Callisto gapiła się nań z uniesionymi brwiami.
Undertaker wyciągnął z wewnętrznej kieszeni kieszonkową książkę i przesunął ją po blacie ku niej.
Turkusowooka otworzyła tomik i opadła jej szczęka.
-Mogą mieć nawet dziewięć i nikt tego nie widzi??- Zdumiała się.
-Nikt poza Istotami Cienia, lub osobami z nimi związanymi- uściślił Roberts.
Przerwał nam dzwonek mojej komórki.
-Paul..- odebrałam szybko.
-Włącz telewizor, mamy problem.. Kanał czwarty- oznajmił cicho.
Sięgnęłam po pilot i włączyłam tv.
-Tu kanał czwarty: nadajemy wiadomości- rzucił prezenter wyuczoną formułkę.- Dziś przysłano nam taśmę i list nakazujący odtworzyć ją dokładnie o czwartej czterdzieści cztery. Mamy czwartą czterdzieści trzy, proszę o nagranie.
Na ekranie ukazał się azjatycki napis i odezwał się głos przepuszczony przez syntezator mowy.
-Obserwuję was... To pierwsze ostrzeżenie. "Księżycowa" jeśli oglądasz to nagranie wyjrzyj przez północne okno posiadłości i patrz na las- w tym momencie słychać było śmiech.
Zerwałam się na równe nogi i pobiegłam do sypialni wujostwa. Dopadłam do okna, wyjrzałam przez szybę i zaklęłam.
Tori z nieobecnym wyrazem twarzy właśnie zarzucała sznur na konar jesionu.
-Lucian! Las! Migiem..- Nie potrafiłam wydać bardziej sensownego rozkazu.
Lucian jednak zrozumiał, co chcę przekazać i chwilę później już go nie było.
-Dziewczyna którą widzisz powiesi się za trzy minuty- oznajmił głos z nagrania.- Przyjdź o północy na most za polaną. Masz być sama. Twój narzeczony trzyma...
-Tyler!- Undertaker. Odgłosy szamotaniny.
-Puszczaj, fałszywcu..- głos zielonookiego przypominał syk żmiji.
Wbiegłam spowrotem do salonu i zobaczyłam szamotających się. Sebastian próbował wyrwać zielonookiemu duże nożyczki.
-Czas ucieka, Księżycowa..- głos zaczął nucić coś wesoło.
Odepchnęłam Sebastiana.
-Przepraszam..- i uderzyłam Michaela mocno w twarz.
Zielonooki nagle oprzytomniał i rozluźnił palce spomiędzy których wypadły nożyce. Z trzaskiem wylądowały na podłodze; a Michael zamrugał, jakby dopiero się obudził.
-Co... Co ja...?- Zaczął.
Szybko uchylił się przed ciosem Undertakera.- Co ci, kurwa, odjebało??!- Warknął ostro.
-To przez to cholerne nagranie..- Sebastian spojrzał z pogardą na telewizor.
Poczułam coś dziwnego. Odsłaniając kły zaczęłam cofać się z sykiem od czarnego plecaka.
-Raven.. Co jest grane..?- Zapytał Undertaker podchodząc.
-Co jest w plecaku?- Zasyczałam wrogo.
Michael wyciągnął powoli gruby brulion i małą saszetkę z czymś okrągłym. Na widok tego ostatniego mój syk przeistoczył się w warkot.
Lucian wrócił niosąc nieprzytomną Tori.
-Panienko..?- Zapytał zaniepokojony moim zachowaniem. Szybko ułożył niską szatynkę na kanapie.
-Co...- Wtedy zauważył monetę, a w jego dłoni natychmiast pojawił się świecący błękitnym ogniem miecz.
-Skąd to masz??- Zapytał ostro. .
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Od dziadka Undertakera- odparłem nic z tego nie rozumiejąc.
-Wiesz, co to jest?- Zapytał z ogromną wściekłością. Czarne, jak węgiel oczy ciskały gromy.
-Nie, ale...- zacząłem.
-Callisto, gdzie Luca trzyma Święconą?- Zapytał nagle ostro.
-Pierwsza szafka od okna, na górze...- zasyczała tym samym tonem turkusowooka.
Czarnooki pobiegł do kuchni, a po chwili wrócił ze słoikiem, do którego wrzucił monetę. Dodatkowo otoczył słoik kręgiem solnym i mieczem naznaczył znak krzyża, mamrocząc coś śpiewnie po łacinie.
-O co tu chodzi, Mikaelis?- Zdumieliśmy się z Sebastianem.
Callisto się uspokoiła, miecz na powrót zmienił się w czarny klucz, a Lucian odetchnął z ulgą.
-Idioci...- burknął z irytacją, spoglądając na nas rozzłoszczony.- To Diabelska moneta- splunął z pogardą.
-Możesz najpierw wyjaśnić; a potem nas opierdalać?- Zapytałem ostrożnie, Undertaker nadal gapił się na Luciana. Zgłupiał jeszcze bardziej gdy spojrzał na słoik, w którym tuż nad powierzchnią...
-Jak...?- Szepnął niemal.
...wody unosiła się wirująca w saszetce moneta!
-To niemożliwe, przecież widziałem; jak wpadła do wody..- zawtórowałem Undertaker'owi.
-Nie wpadła- odparł spokojniej czarnooki. Callisto szepnęła mu coś do ucha.
-Nie, niemożliwe by panicz posiadał drugą monetę- odparł całując lekko jej palce.
-To jest ich więcej?- Zapytał Sebastian lekko wystraszony.
-Włącznie z tą tutaj, dziewięć- wytłumaczył Mikaelis patrząc nieufnie na słój.
-Dziewięć monet, dziewięć ogonów i... Wydaje mi się, że czegoś jeszcze musi być dziewięć...- powiedział z zastanowieniem Roberts.
-I słusznie ci się wydaje- odparł wolno czarnooki.
-Czuję się, jak w powieści Dan'a Browna. Zagadka goni zagadkę...- zauważyłem nieco przestraszony.
-Nie podoba mi się to wszystko- szepnął Sebastian nieufnie.
Tori ocknęła się mamrocząc coś pod nosem. Zerwała się i usiadła na kanapie.
-Cally... Co ja tu robię..?- Zapytała zaskoczona.
-Pamiętasz, jak się tu znalazłaś?- Zapytała z niepokojem Callisto.
-Nie bardzo...- Tori skrzywiła się z dłonią przy czole. Pokręciła powoli głową.
-Lucian...- Zaczęła Callisto z wahaniem.
-Oczywiście, panienko...- rzucił usłużnie.
|***|
Undertaker wjechał w drogę do parku za farą.
-Lucian musiał to zauważyć..- oznajmił otwierając dłoń, w której spoczywała saszetka z monetą.
-Jak...?- Zacząłem zaskoczony.
-Gdy wychodziliśmy z domu Raven pojawiła się w moich palcach. Lucian wrzucił ją spowrotem, ale.. Znów znalazła się u mnie- wzruszył ramionami.
Moneta nagle wzbiła się w powietrze i zaczęła obracać się w lewo.
-Ona nas dokądś prowadzi, czy co...?- Zdziwiłem się.
-Przejrzyj zapiski dziadka- Sebastian zatrzymał karawan.
Wyciągnąłem notes.
-12. VI A. D. 1990
W pobliżu kościoła Michała Archanioła moneta robi coś nieprawdopodobnego. Unosząc się w powietrzu, kręci się w lewo.- Odczytałem.
-Może to jakaś wskazówka...- Zasugerował szafirowooki ruszając samochód z miejsca. Skręcił, jak nakazywała moneta, a ta zamarła w locie.
***
W milczeniu jechaliśmy parkową ścieżką, gdy jakiś czas później sestercja znów wykonała obrót, lecz tym razem w prawo.
-Sądzisz, że możemy temu ufać?- Zapytałem wolno, gdy Sebastian wykonał manewr.
-Nie wiem, ale powinniśmy być ostrożni- oznajmił.- Co mamy dalej w notesie?
-Gdy wjechałem w tę trasę zamarła, a pół kilometra dalej w okolicy 'Krzyża Założycieli' zaczęła kręcić się wskazując prawą drogę- odczytałem zapisek.
-Wiem, gdzie to jest- Undertaker jechał dalej prosto.

-'Krzyż Założycieli'- rzucił ruchem głowy wskazując coś pomiędzy dwoma jesionami.
Przystanął obok i dostrzegłem cokół z krzyżem i płytą, na której wyryto napis:
"Wdzięczni Bogu za schronienie w czasach wojny: 
Założyciele miasta Fallen
A. D. 1334"
Moneta najpierw zaczęła się kręcić jak szalona, a po chwili wskazała drogę w prawo. Wjechaliśmy.
***
-Gdzie my jesteśmy, na Kulawe Aniołki?- Zapytałem zdziwiony.
-Jedziemy do Katedry, od drugiej strony- oznajmił Sebastian z namysłem.
Wyjechaliśmy zza drzew, a gdy na horyzoncie ukazały się zarysy murów, moneta zastygła w powietrzu i spadła na wyciągniętą dłoń Sebastiana. Chłopak przystanął za murami i zgasił silnik.
-Jest coś więcej?- Zapytał.
Podałem mu notes. Wertował go przez chwilę. Znów zaczął coś nucić. Sięgnął do schowka po małą latarkę. Zapalił ją i poświecił na kartkę.
-No, tak..- Mruknął.- Długopis z ultrafioletem- wywnioskował cicho.- W północne okno katedry, wejdzie Krukowi wierny.
Pogromca drugiego szczebla, gdy Anioły zagrają na werblach...- Sebastian przerwał na chwilę.- Myślałem, że Anioły trąbią- zauważył powoli.
-Czytaj dalej, może to ma jakiś sens- odmruknąłem zamyślony.
-Płomień oświetli dwie drogi: do prawdy i kłamstwa odnogi. Anioł go poprowadzi, a drugi przyjaciel mu nie zawadzi- doczytał.
-Dziwne..- odezwałem się, ciągnąc za klamkę.
-Na serio chcesz tam iść?- Zapytał nieco wystraszony Sebastian.
-Twój dziadek poprosił mnie, żebym doprowadził to do końca- przyznałem patrząc mu prosto w oczy.
-Rozumiem- nie wydawał się zaskoczony. Wyskoczył z wozu i spojrzał na posępne mury otoczone ogrodzeniem.
-Nie mów, że masz pietra- zachichotałem nerwowo.
-Chyba obaj mamy- Undertaker uśmiechnął się blado, wyciągając zza pazuchy setkę i dwa kieliszki.- Na odwagę nie zaszkodzi, co?- Zapytał niepewnie.
-Z reguły nie piję, ale.. Brr!- Otrząsnąłem się i zarzuciłem plecak na ramię.- Sam mam stracha, psia mać...
Undertaker polał.
-Na szczęście- stuknęliśmy się i strzeliliśmy. Sebastian wrzucił butelkę i kieliszki do auta i zamykając je odetchnął głęboko.- Chodźmy...- powiedział jakby śmielszym tonem.
Ruszyliśmy w stronę Katedry.
***
Przeskoczyliśmy ogrodzenie i ruszyliśmy w stronę murów.
-Twój wisiorek...- zaczął Undertaker zaskoczony.
Zawieszka z płomieniem zaczęła świecić. Z każdym krokiem ku katedrze płonęła coraz jaśniej.
W pewnej chwili musiałem zdjąć łańcuszek, bo nie widziałem dokąd idę.

Undertaker nagle przystanął.
-Na pewno wiesz, dokąd iść?- Przerwał milczenie.
-Co mówi moneta?- Odparłem pytaniem.
Sebastian otworzył dłoń, lecz sestercja nawet nie drgnęła.
-Czyli musimy zdać się na wisiorek..- westchnąłem ciężko.- Odpowiadając na twoje pytanie: nie mam pojęcia- wzruszyłem ramionami.
-Ale pociecha, nie ma co...- mruknął ponuro.
-Nie pękaj, koleś- zdzieliłem go mocno w plecy uśmiechając się z otuchą.- Damy radę- prychnąłem wskakując przez wnękę okienną. Blask z wisiorka oświetlił wąski korytarz ze schodami w dół.
Moneta wzbiła się w powietrze i wskazała drogę w prawo.
-Co robimy?- Zapytał Undertaker.
-Dawaj jeszcze raz ten wierszyk- rzuciłem.
-...Płomień oświetli dwie drogi: 
do prawdy i kłamstwa odnogi. 
Anioł go poprowadzi, 
a drugi przyjaciel mu nie zawadzi- odczytał znów. Przemyślał chwilę.- Idziemy za twoim wisiorkiem..- oznajmił krótko. Przeciął powietrze łapiąc sestercję i ruszył za mną.
-Naprawdę jesteś pewien?- Zapytałem z wahaniem.
-Poza bliźniaczym bratem nie mam nikogo. Nikogo, komu mogę ufać- oznajmił spokojnie.
-A dziadek i ten ksiądz?- Zacząłem.
-Obaj uznali mnie za zdrajcę. To, co robię.. Robię to tylko po to, żeby móc iść dokądkolwiek.. Jeśli naprawdę jest coś Po- roześmiał się smutno nucąc "Lacrimosę".- Już kiedyś wspominałem, czemu nie ufam ludziom- zakończył temat z niechęcią.- Dla innych mogę być zdrajcą, ale..- zaczął znów coś nucić.
Jakby pod wpływem jego słów zawieszka wisiorka zaczęła się obracać wokół własnej osi.
-Boję się ci zaufać; Undertaker...- Zacząłem przerażonym szeptem.
-Rób, co chcesz. Mogę stąd iść, jeśli chcesz, ale gdyby (nie daj Boże, bo- wierz mi- nie życzę ci źle) coś ci się stało; powiem wszystkim całą prawdę.. Jak było, do tego momentu...- Sebastian ruszył w stronę spiralnych schodów w górze..
Chwyciłem go za rękaw. Przystanął.
Szczerze mówiąc, nie chciałem zostać tam sam.
-Undertaker.. Sebastian, zaczekaj. To nie miało tak zabrzmieć..- Puściłem i oparłem się słabo o ścianę.
Przyskoczył, a gdy osuwałem się w dół, ściągnął mnie delikatnie na podłoże; gdzie mnie usadził.
-Masz siły iść dalej?- Zapytał tym charakterystycznym szepczącym półgłosem, a te ciemnoniebieskie tęczówki wwierciły się w moje.

Sebastian J. Roberts, Undertaker.
-Masz siły iść dalej?- Zapytałem potrząsając nim.
Od początku nie podobał mi się pomysł z Katedrą, ale złożyłem "Pakt Milczenia", więc nie mogłem odmówić pomocy żadnemu łowcy..
-Tyler.. Co ci jest??- Poczułem niczym nieuzasadniony niepokój.
-Słabo mi.. Źle się czuję..- szepnął z trudem zielonooki oddychając ciężko.
Moneta wzbiła się w powietrze i zaczęła się kręcić jak szalona wskazując bliżej nieokreślony kierunek.
-Głowa między kolana i oddychaj głęboko..- nakazałem cicho.
Przymknął na chwilę oczy, ale wykonał polecenie.
Rozejrzałem się po omszałych, wilgotnych murach.
-Powinniśmy zawrócić..- zauważyłem z niepokojem.
Tyler powoli podniósł głowę i spojrzał mi w oczy z prośbą.
-Nie..- powiedział ochrypłym półgłosem.- Za daleko.. zaszliśmy, żeby.. się teraz cofnąć- Bardzo ostrożnie wstał. Zachwiał się niebezpiecznie, przyskoczyłem i podtrzymałem go w pionie.
-Odpuść, wracajmy..- Starałem się go przekonać, ale zaczął kręcić odmownie głową.- Daj spokój, Michael..- Zdążyłem go złapać za ramię i zatrzymać. Odwróciłem go do siebie i potrząsnąłem nim mocno.- Przed zaledwie chwilą wyglądałeś, jak trup.. Teraz chcesz iść dalej...- Nic z tego nie rozumiałem, prócz tego, że muszę go jakoś powstrzymać.
-Musimy tam pójść- odpowiedział z naciskiem.
-Tam, czyli gdzie?- Zbaraniałem jeszcze bardziej. Jego cholerny upór zaczynał działać mi na nerwy. Wzruszył ramionami, jakby nie do końca wiedział, jak opisać to "Tam".
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Roberts zdawał się rozdrażniony i zaskoczony równocześnie. Z jednej strony zdawałem sobie sprawę, że bredzę dziwne rzeczy, ale...
-Daa..- ten dziecinny głosik w mojej głowie.
-Do północy trzy godziny- zauważył Undertaker.
-To się, cholera, pospieszmy- rzuciłem ostro ruszając z miejsca.
Szafirowooki znów mnie powstrzymał i nim się obejrzałem dostałem od niego w mordę.
-Czemu wy wszyscy jesteście tak kurewsko uparci??!- Warknął wściekły. Powoli się cofnął i zablokował notesem mój cios, którym chciałem mu oddać.- Nie dość, że uparci; to po prostu głupi!- Starał się mnie sprowokować do bójki.- Kurwa mać..- zaklął z irytacją.
Zawieszka wisiorka znów błysnęła wirując delikatnie.
-Jak już stąd wyjdziemy, to po prostu cię zapierdolę- obiecał Undertaker.
-Spoko- uśmiechnąłem się rozbrajająco, wiedząc; że tego nie zrobi.
***
Po kilkudziesięciu metrach przystanąłem. W zasadzie sam nie wiedziałem, czy pniemy się w górę, czy jednak schodzimy w dół.
-No; prowadź, panie mądralo- zakpił Sebastian.
-Daj mi chwilę- odburknąłem, rozglądając się w przygasającym świetle wisiorka.
Blask powoli zamierał.
-Super, nie mamy prądu- wyzłośliwiał się Undertaker.
-Och, przymknij paszczę- prychnąłem z irytacją, wciskając mu w dłoń wyciągniętą wcześniej z plecaka latarkę.
Sebastian przesunął włącznik i jasne światło musnęło ściany zdobne w płaskorzeźby i jakieś stare znaki.
Nie docierało tu żadne światło z zewnątrz. Szafirowooki przeszukiwał notes, szukając jakichś informacji. Trzęsącymi się dłońmi dotarł do ostatniej zapisanej strony...
Zdążyłem złapać latarkę, zanim stracilibyśmy jedyne źródło światła w tych cholernych ciemnościach.
-Co...?- Zacząłem patrząc z boku na Sebastiana.
Był blady, jak kostucha; a ciemnobłekitne oczy wpatrywały się tępo w notes.
Potrząsnąłem nim. Bez słowa podał mi zeszyt.
Doszedłem do ściany i sunąc po niej dłonią obszedłem dookoła komnatę.
-Katedra nie jest na planie koła- zauważyłem z wahaniem.
Wtedy blask padł na ornament wielkości dłoni.
-Ignis, sanguis et angelorum psallentium chori- odczytałem zdanie w Róży.
-Nie możecie iść dalej- oznajmił chłodny ton głosu stojącego w cieniu kolumny mężczyzny.