-Przypominam ci, że jesteś w domu Mojego Klanu- odparł uprzejmie, choć nieco chłodniej.
-Weź się wreszcie do roboty; ścierwo poziomu B- zelżyła go obojętnie.- Tylko plączesz mi się pod nogami, jak nieposłuszny kundel.
-Jak śmiesz obrażać mnie w moim własnym domu?!- Warknął oburzony Caius.
-Pyskujesz swojej Pani; nędzny psie?- zasyczała pogardliwym tonem, wwiercając się w niego karmazynowymi oczami.
Z trudem przewróciłem się na brzuch i obserwowałem jak Caius opiera się kobiecie w śnieżnobiałym mundurze, z peleryną czarną od spodu.
-Nie próbuj mi pyskować, parszywy śmieciu- Caius przegrał tę walkę i ukląkł przed nią. Chwilę potem na moich oczach dostał siarczysty policzek.
-Jesteś taki sam, jak ten żałosny Ochroniarz, twój ojciec. Żyjesz tylko dzięki mnie. Ich traktujesz, jak bydło, a trzy wieki temu byłeś dokładnie taki sam- jawnie sobie z niego drwiła.
-Ty...- zasyczał przez zęby wrogo.
-Szczeknij jeszcze słowo; a...- warknęła groźnie, a zza obrysowanych karminową szminką ust błysnęły wydłużone kły. Nagle jej spojrzenie drasnęło Vincenta, który wyraźnie nie chcąc jej drażnić, ukłonił jej się.
Delikatnie się cofnął, gdy znalazła się tuż przy nim. Jej dłoń musnęła subtelnie jego twarz.
-Jesteś przystojny, chłopczyku- skomplementowała go!
-Naprawdę, Pani?- Zapytał bardzo ostrożnie.
-I jaki skromny..- Czy ona go właśnie podrywa??!
-Czego ode mnie chcesz, Pani?- Zapytał wprost.
Szepnęła mu coś uwodzicielsko do ucha. Czułem, że ani on, ani żaden inny na jego miejscu nie mógłby Jej odmówić.
-Najpierw robota, potem przyjemności- oznajmił spokojnie, chcąc ją wyminąć. Zadbana przyozdobiona kamienną obrączką dłoń z pięknym manikiurem spoczęła na jego piersi. Zwrócił na nią czarne oczy.
-Muszę się zająć tym bachorem- powiedział mijając ją.
Podniósł mnie do pionu i poprowadził korytarzem.
Milczeliśmy całą drogę. Dostrzegłem w jego oczach wyraźny niepokój, a z jego ust wymsknęło się ciche przekleństwo.
Rozejrzał się i wybrał prawą drogę zamiast lewej, która według znanego przeze mnie planu wiodła do cel.
Oparł mnie o wilgotną ścianę.
-Słuchaj, musimy zmienić plan- powiedział samymi wargami.
-Nie możemy tego zrobić- odparłem bezgłośnie ocierając krew z rozwalonego nosa, splunąłem krwią z rozciętej wargi.- Nie teraz.
-Tower zamierza cię zabić, idioto!- jego twarz wyrażała irytację.- Lepiej rusz głową, bo wykończy nas obu. Może mnie zabije od ręki, ale ciebie na pewno zamęczy..
-Daj mi pięć minut..- zacząłem.
-Nie mamy tyle!- Przerwał mi.
-Dobra, chwila...- wbiłem wzrok w okienko wysoko w górze i zamyśliłem się.- Mam. Skoro możesz się do niej zbliżyć: zrób to. Powiedz jej, że to ja cię tak urządziłem i skoro tu jestem chciałbyś mi się odpłacić. Jeśli łyknie haczyk...
-A plan ucieczki stąd?- Zapytał nadal ruchem warg.
-Zostawmy to na później- widząc nadchodzącego wampira wyprowadziłem szybki cios.
Vincent chwycił mój nadgarstek i przycisnął mnie mocno do ściany.
-Zapomniałeś drogi do cel, Cloud?- Zapytał podejrzliwie ubrany w czerń wampir.
-Zajmij się swoimi sprawami; Benett.
Tamten zdjął kaptur peleryny i...
Okazał się bladą dziewczyną o długich czarnych lokach i czekoladowych oczach.
-Oczywiście, że się zajmę- zachichotała lekko, mijając nas.- Aha, Cloud. Cele są w lewym korytarzu, jakby co- rzuciła przez ramię.
-No, co ty nie powiesz..?- Warknął za nią, wyłuskał z mojej dłoni drugi podsłuch i włączając go wcisnął do ukrytej kieszeni spodni.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Zdzira, Benett. Pieprzona dziwka, niech ją szlag- przeklinał wampir z rozdrażnieniem. Odetchnął głęboko.- Chrzanić ją...- mruknął znów do siebie.
Ciche pukanie do drzwi.
-Wejdź, chłopczyku- usłyszeliśmy w słuchawkach głos Tower.
-Chciałaś, żebym przyszedł, gdy uwinę się z tym bachorem od Kielicha- zauważył uprzejmie.
-Co on, u diabła, odwala?- Zdziwił się zielonooki.
-Słuchajmy dalej; mogli zmienić coś w planie- stwierdziła Cindy.
-Więc jednak.. Myślałam, że jesteś inny niż wszyscy mężczyźni- zauważyła udając urażoną.
-To Ty nazwałaś mnie przystojnym- stwierdził wolno.
Trzask i cichy kokieteryjny chichot Tower.
-Powiedziałam prawdę, chłopczyku- rzuciła pieszczotliwie.
-Masz rację, mówiąc; że jestem inny, niż wszyscy- zauważył tonem miłej pogawędki.- W przeciwieństwie do nich nie jestem tobą przerażony, lecz.. Zafascynowany. To chyba odpowiednie określenie..
-On się jej podlizuje- jęknęłam z obrzydzeniem.
-Doprawdy?- Zamruczała seksownie.
-Nie mów, że będą się... Grzać- zauważyła Cindy zakłopotana.
-Wszystko na to wskazuje- zauważył Michael z trudem powstrzymując się od rechotu.
-Ohyda- jęknęłyśmy zgodnie. Clarissa pogrążona w swoim transie nie zwracała już na nic uwagi.
-Drżysz, chłopczyku- usłyszeliśmy odgłos rozdzieranego ubrania.
-To nic takiego- odparł cicho.
-Jesteś głodny- zauważyła.
Szum. Cmoknięcia. Jakiś szelest.
-Jestem, ale...- wampir chyba wiedział, że nie ma sensu kłamać.
Skrzypienie łóżka. Znów ten szeleszczący dźwięk.
-Ale...?- Podjęła miękko.
-Szczerze mówiąc?- Zapytał tajemniczym szeptem.
-Lubię szczerość, rrrr!.- Zamruczała, jak kotka.
-Nie sypiam z kobietą na pierwszej randce- stwierdził z honorem.
-To niemożliwe- szepnęłam zdumiona.
-Co..?- Zapytali szybko Cindy i mój mąż.
-Oparł się urokowi Arystokratki..- zaczęłam oszołomiona.
-To jednak nie będzie Grzania?- Zapytała z nadzieją brunetka.
-Zaczekaj- powiedziała poważniej Tower. Lekki trzask.- Taki honorowy i męski... Rzeczywiście jesteś unikatem- stwierdziła powoli.
-Jeśli kobieta prawi komplementy, znaczy; że czegoś chce- powiedział trochę nieufnie.
-I jaki inteligentny- wymruczała jakby do swoich myśli.- W porządku, przejrzałeś mnie, chłopczyku- lekkie cmoknięcie.- Owszem, chcę czegoś.
-Mów, Pani- odparł krótko.
-Zabijesz Sekretarza stanu- szepnęła uwodzicielsko.
-Wiesz, że trudno do niej dotrzeć. Zresztą bardziej interesuje mnie ten szczeniak- szepnął mściwie.
-A to niby dlaczego?- Zapytała ostrożnie, nawet trochę podejrzliwie.
Na krótką chwilę zapadła cisza.
-To właśnie przez Niego tak wyglądam... Skoro role się odwróciły, to...- urwał na chwilę.
-To?- Podjęła Tower z ciekawością.
Szum, trzask i cichy okrzyk Tower.
-Chcę mu się odpłacić. Z nawiązką- jego ton stwardniał.
Chichot Tower i sypialniane odgłosy.
-Nie podejrzewałam cię o taką mściwość, chłopczyku- zauważyła z uznaniem. Słyszałam szelest i uginający się materac łóżka.
-To nie mściwość- wydyszał oddychając szybko.- Po prostu nie chcę zmarnować dobrej okazji...
***
Uginające się łóżko i szelest, oraz trzask odpinanej peleryny.
-Nie wiem, czy mogę ci zaufać; chłopczyku- zauważyła powoli, z lekkim niezdecydowaniem.
-Zaufać? Słyszałem, że nie ufasz nikomu- powiedział z czcią, a mnie zrobiło się niedobrze.- Zresztą po co miałabyś ufać swojemu pionkowi, skoro równie dobrze możesz go zmusić, a potem się go pozbyć, jeśli coś nie pójdzie po twojej myśli? W intrygach ani trochę nie różnisz się od ludzi; Pani Katherine- szepnął cicho.
Huk i jego jęk bólu.
-Jestem sto razy gorsza niż wy; ludzka padlino- warknęła z irytacją i pogardą.
-Na pewno- przytaknął usłużnie, szum tuż przy podsłuchu i lekkie skrzypnięcie.- Wiesz, Pani..? Możemy zawrzeć pewien układ- zamruczał uwodzicielsko.
-Układ? Z kimś takim, jak ty? Nie żartuj sobie- zasyczała zimno.
Stuk butów i ciche kroki.
-Zatem powiem wszystko Pani Sekretarz- odparł z groźbą.
-Nie. Zaczekaj- zaczęła przestraszona Tower, wiedząc; że jeśli zrobiłby to, co mówi; ona nie wyjdzie już z celi.- Czego chcesz? Jak ma wyglądać ten układ?- Zapytała powstrzymując go od wyjścia z pokoju.
-Zabiję Sekretarz, ale pod jednym warunkiem- szepnął spokojnie.
-Jaki to warunek?- Zapytała ostrożnie.
-Chodzi o to, że do dzieciaka będę miał dostęp tylko i wyłącznie ja. Nikt inny- syknął chłodno.
-Nie mogę...- zaczęła chcąc odmówić. Kolejny krok.- Nie, czekaj..- cichy trzask osoby opieranej o drzwi.- Zgoda.. Dzieciak jest twój- zapewniła szybko.
-Wiedziałem, że się zgodzisz; Pani- szepnął delikatnie.
-Jeśli spróbujesz mnie wystawić...- zaczęła groźnie.
-Masz mnie za idiotę? Gdyby tak się stało, Ty wszystkiego byś się wyparła; a ze mną byłoby krucho- przerwał jej ostro.- Nie jestem aż tak głupi- Trzask pękającej skóry.
Czy on ją...?- przemknęło mi przez głowę.
-Nic z tego nie rozumiem..- zaczęła z niepokojem Cin- Jack powiedział, że nic mu nie grozi..
-To musi być jakaś część planu- powiedział z naciskiem Michael.
-Ten wampir właśnie wyjebał nas w rogi- rozzłościła się Cindy.
-Wchodzisz między wrony, to kracz; jak i one- rzucił z przebiegłym uśmieszkiem zielonooki.
-O co mu lata?- Zdziwiła się brunetka.
-Wtopił się w tłum. Zaczynają mu ufać, a teraz myśli, co dalej. Wiesz, czemu dał jej akurat taki, a nie inny warunek?- Zapytał Michael lekko.
-Nie mam pojęcia- wycedziła przez zęby.
-To śledź teraz uważnie każde słowo- odpowiedział zagadkowo.
Jack L. Donnovan; łowca herbu Kielich.
-Więc to tak jest wisieć w łańcuchach- mruknąłem cicho do siebie.
Usłyszałem głosy. Vincent i ta kobieta... Rozmawiali o czymś.
-To nie będzie proste, chłopczyku- rzuciła pieszczotliwie, a mnie zebrało się na wymioty.
-Połaszę się, podliżę i dostaniesz, czego chcesz; ale to wymaga czasu- zauważył z chłodną rozwagą. Trzasnęła zapalniczka, dostrzegłem; że Tower zaciągnęła się cygaretką. Na woń czekolady żołądek wywrócił mi się z głodu.
-Niech to szlag- zakląłem szeptem.
Właściwie nie do końca wiedziałem, czy mogę wierzyć temu wampirowi.
-Dziwne, że chcesz tylko dzieciaka, a nawet nie wspominasz słowem o krwi- zauważył jej głos.
-Myślałem, że rozliczymy się po robocie; Pani- odparł wolno.
-A więc jednak- zaśmiała się wesoło- zasmakowała ci- przez kraty dostrzegłem jak się obściskują.
-Ścierwo Kielicha jeszcze się przyda- przyznała zamyślonym tonem.- Będzie żył, póki będzie milczał..
-To ja zdecyduję, czy zdechnie, czy nie!- Warknął zimno, a jego oczy błysnęły krwawym płomieniem.
-Zważaj, jak się do mnie odnosisz; ludzka padlino- warknęła chłodno, gdy dostał liścia. Powoli opuściła rękę z obrączką do boku.
-Sama stwierdziłaś, że dzieciak jest mój- odwarknął- czyżbyś nie chciała wywiązać się z umowy?
-Zmobilizował te łowcze ścierwa i zaczął podjudzać do walki! Kombinuje tak samo, jak jego ojciec- wycedziła przez zęby.
-Skąd możesz wiedzieć, że nie tańczy, jak Stowarzyszenie mu zagra?- Zapytał powoli.
-Wątpię by taki dzieciak, jak on pozwolił sobą kierować- zauważyła- Myślałam, że te Klasztorne padliny prędzej się go pozbędą.. Jeszcze musiałam po nich posprzątać.. Kazał pan, musiał sam- dodała z irytacją.- Oni naprawdę są do niczego...
Vincent przyglądał jej się. Powoli wyciągnął dłoń w stronę jej twarzy.
-Drasnęłaś się- przysunął usta do jej policzka.
-Nie możesz się powstrzymać; co?- Zapytała lekko, a ja odwróciłem oczy z obrzydzeniem.
Jeśli go przerobi, będę martwy- uświadomiłem sobie ponuro.
-Cóż to za schadzki; Katherine?- Rzucił nieznany mi kobiecy głos.
-Szliśmy właśnie do więźnia, pani sekretarz- oznajmiła Tower.
-Czemu zawsze, kiedy cię widzę mam wrażenie, że coś kombinujesz, Katherine?- zapytała nieufnie Sekretarz.
-Ja? Gdzież bym śmiała- zaprzeczyła przymilnie Tower.
-Lepiej zajmij się własnymi sprawami- zauważyła Sekretarz.- Ty, pójdziesz ze mną- zwróciła się do Vincenta.
-Jak sobie życzysz; Pani Sekretarz- odparł usłużnie.
-Do zobaczenia na górze, Carmen- rzuciła Tower odchodząc.
-Na razie... Cię nie zabije, podła suko- syknęła kobieta zimno.- Lepiej trzymaj się z dala od niej- zauważyła powoli.
-Właściwie jest coś, o co chcę zapytać- powiedział cicho. Chyba udzieliła mu niemego pozwolenia.- Wybacz moją ignorancję, ale w zasadzie nie wiem, do czego potrzebujecie tego dzieciaka...- zaczął.
-By pozbyć się łowców raz, a porządnie- odparła. Drzwi celi otwarły się z jękliwym skrzypieniem. Kroki skierowały się w moją stronę.
-Nazwisko- zaczynało się przesłuchanie.
-Donnovan- odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
Oberwałem pięścią w twarz.
-Nie kłam, psie! Nazwisko!- Warknęła.
-Donnovan- powtórzyłem słabo- Noszę nazwisko matki...
-Nie łżyj, Kielich- dostałem jeszcze kopa.
-Noszę nazwisko matki- splunąłem krwią- Nazywam się Jack L. Donnovan.. Nie wiedziałem, że Cristian Salvator był..- znów poczułem w ustach metaliczny posmak i splunąłem.- Moim prawdziwym ojcem..
-Jak znalazłeś się w Stowarzyszeniu?
Dostrzegłem, że Vincent pokręcił odmownie głową.
-Idź do diabła; Czystokrwista dziwko- odwarknąłem.
-Jesteś hardy. Nie przejmuj się, złamię cię- odpowiedziała odsłaniając w uśmiechu wydłużone kły.
***
-Możesz mnie zabić.. Nic ci nie powiem!- Krzyknąłem z wściekłością.
-Powiesz; skarbie- szepnęła mi do ucha.- Mam coś, co może być dla ciebie bardzo cenne..
-Co takiego..?- Szarpnąłem się w więzach wychylając się ku niej.
-Nie tak szybko, przewodniczący Donnovan- zaśmiała się cicho.- Jak znalazłeś się w Stowarzyszeniu?- Powtórzyła poprzednie pytanie.
-Nie wiem, o czym mówisz- zacząłem.
-Jesteś podobny do Cristiana. Twoja odwaga i poświęcenie graniczą z głupotą- odezwała się obojętnie.- Jednak... Ja też o czymś wiem- szepnęła matczynym tonem.
-O czym?- Zapytałem próbując opanować drżenie głosu.
Zapłonęło światło, które na długą chwilę mnie oślepiło. Kiedy odzyskałem zdolność widzenia zobaczyłem jak złotowłosa szesnastolatka tanecznym krokiem zbliża się do Vincenta i obejmując go lekko chichocze.
-Obaj działacie razem- szepnęła ledwie słyszalnie.
-Co?? Nawet nie wiem, kim on jest!- Wypierałem się.
Pojawiła się tuż przede mną, a jej karmazynowe tęczówki zamigotały. Poczułem jej palce na swoich ustach.
-Proszę cię...- jęknęła niecierpliwie.- Niby skąd Zrzeszenie tyle o nas wie?- Spytała gładząc mnie po policzku.
-Nie mam pojęcia- szepnąłem słabo.
Cholernie bolały mnie nadgarstki i żebra.
Wredna dziwka- przemknęło mi przez głowę i zanim się spostrzegłem zarobiłem kolejny cios. Z moich ust wyrwał się stłumiony wrzask bólu, ale nie zamierzałem się poddać.
Nawet jeśli nie było już dla kogo żyć...
Zaraz...
-Clari...- szepnąłem oddychając z trudem.- Clari..- powtórzyłem ledwie słysząc własny słaby szept.
-On nic nie powie- powiedział Vincent niechętnie.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Clarissa!.- Zerwałam się na równe nogi i doskoczyłam do kuzynki.
Szatynka uniosła powieki, a jej oczy wbiły się w moje.
-Cally... Oni go zabiją...- powiedziała ze łzami w oczach.
-Nie dopuszczę do tego, Clarissa- wypadłam z pokoju.
Weszłam do sypialni. W przelocie ucałowałam moją córeczkę i grzebiąc w szafie wyciągnęłam przebranie z zeszłego balu Haloween.
-Do czego to doszło... Żebym ja, łowczyni Rodu Kruka musiała kłaniać się PIJAWOM- prychnęłam ironicznie.- Ale czego się nie robi dla kumpli?- Rzuciłam dziarsko przebierając się.
-Cholera... Rządowy- syknął Vładimir obnażając broń.
-Skołuj mi inny lazuryt. Ten za bardzo rzuca się w oczy- rzuciłam, gdy schował kindżał w pochwie. Przypięłam do ubrania Rządową broszkę.
Rzucił mi gruby pierścionek, który złapałam. Zaraz wsunęłam go na środkowy palec, by zakryć ślad po sygnecie, który ukryłam w kieszeni.
-Rządowy..- zaczął w osłupieniu zielonooki sięgając do miecza.
-Wchodzisz między wrony, to kracz, jak i one; Pyszczulku- rzuciłam pieszczotliwie, cytując jego słowa.- Jak wyglądam?- rzuciłam wesoło, prezentując się.
-Piorunująco; Rządowa Ściero- oznajmiła Clarissa przez łzy.
-Ty chyba nie zamierzasz tam iść?- Zdumiała się Cindy.
-Oczywiste, że zamierzam. Ach ta moja zabita dechami dziura- rozmarzyłam się. Wyskakując przez okno rzuciłam:
-Rządowi: nadchodzę!- Zarechotałam tryumfalnie.
Michael Tyler, uczeń trzeciej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Cindy wychyliła się przez okno.
-Ona chyba do reszty ześwirowała- skomentowała oszołomiona.
-Cally wie, co robi- oznajmiłem.
-Jesteś jej facetem. Nie martwisz się o nią??- Jak zwykle zwarczała mnie za Bóg zapłać.
-Martwię, ale nie mógłbym jej zabronić dobrej zabawy- uśmiechnąłem się z przekorą.
-Dobrej zabawy?? Czy ty się w ogóle słyszysz??- Wybuchnęła wystraszona nie na żarty, jakby stwierdziła, że i ja mam nierówno pod sufitem.
-Ufam jej- przerwałem spokojnie patrząc za oddalającą się czarną peleryną.
-To nie zaufanie, a kompletne wariactwo; Czterooki- żachnęła się.
-Nazywaj to, jak chcesz; Cin- ustąpiłem.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Szerokości; Moje Kochanie- usłyszałam Jego szept.
-Wrócę, Pyszczulku- zapewniłam spoglądając na sierp księżyca.
Jack L. Donnovan, łowca herbu Kielich.
-Jak widać, nie jesteś przyzwyczajony do tortur, skarbie- zagadnęła, a jej palce przesunęły się po mojej zakrwawionej twarzy. Bardzo powoli podniosła tę dłoń do swojej pięknej twarzyczki i wciągnęła zapach.
-Mmmm..- Zamruczała chciwie, a jej karmazynowe tęczówki stały się prawie czarne. Oblizała palce, jakby nagle zgłodniała i przymknęła oczy, a na jej licu zagościł wyraz rozmarzenia.
-Znudziło ci się dręczenie mnie?- Zapytałem oddychając ciężko.
Przyglądała mi się zaciekawiona, jak mała dziewczynka oblizując palce.
-Wszyscy twierdzą, że jesteś taki podobny do starego Kielicha- zauważyła nadąsana, głaszcząc mnie po ciele. Jej dotyk był lodowato zimny, ale uśmierzył choć na chwilę ból..
Może wreszcie przestanie..
Cios w żebra, po którym myślałem, że oszaleję.. Ból tak mnie zamroczył, że przez kilka minut nie wiedziałem, gdzie jestem.
-W ogóle nie jesteś podobny do Cristiana- szepnęła. Zbliżyła usta do mojej poobijanej i zakrwawionej twarzy. Z rozcięcia na policzku nadal płynęła krew. Zaczęła pić..
-Zwykle potrafię się powstrzymać, skarbie- zwierzyła mi się dziwnie spokojnie- ale ty jesteś taki... Taki pyszniutki- szepnęła takim tonem, jakby moja krew była napojem z najwyższej półki.
-Czego ty ode mnie chcesz..?- Zacząłem szeptem.
Wtedy zobaczyłem, że Vincent wyraźnie nie potrafi stłumić swojego głodu, jakby woń mojej krwii była dla nich wszystkich czymś w rodzaju narkotyku.
-Pani Sekretarz- zaczął ochrypłym głosem- pozwól mi stąd.. Wyjść..- chwytał się ostatniej deski ratunku. Wiedział, że jeśli obróci się przeciwko mnie, zginie.
-Tak, jak sądziłam- mruknęła z satysfakcją, pojawiając się tuż przy wampirze, którego podniosła i oparła o wilgotną ścianę.- Dlatego włóczysz się za Katherine- spojrzała mu głęboko w oczy, a gdy błagalnym gestem wyciągnął rękę w jej stronę.
Szczęk. I pełne irytacji szarpnięcia.
Ten głąb pozwolił jej się skuć!.
-Uważaj, co myślisz w mojej obecności. Pogrążasz się, Pogromco herbu Kielicha- ostrzegła lekko.
Brunet wywracając coś z hukiem, wylądował na podłodze.
-Za zdradę nie dostaje się nagród; słodziaczku- pouczyła go lekko.
-Rozkuj go.. On nie ma z tym nic wspólnego- uniosłem opadające powieki i podnosząc głowę wbiłem w nią wzrok.
-Kłamiesz, jak z nut; Kielich- powiedziała pieszczotliwie.
-Powiedz jej prawdę!- Krzyknął, zwijając się z bólu. Brzęknęły łańcuchy.
Zdrajca. Pieprzony zdrajca.
-Prawdę?- Szepnęła zaciekawiona.
Zastanowiłem się. Byłem już praktycznie pogrzebany przez tego tępego wampira...
Westchnąłem ciężko.
Wtedy ktoś wszedł do celi. Zobaczyłem zakapturzoną postać w czarnym stroju Rządowych.
-Czego?- Warknęła poirytowana zwracając wzrok na przybysza.
-Przysłano mnie do ciebie; Pani..- skądś znałem ten głos.
-Kto i w jakim celu?- Sekretarz była wyraźnie wściekła.
-Caius Woroszyłow. Poprosiłam o dołączenie do Klasztornych- odparła zakapturzona postać.
-Pokaż mi się; dziewczę- wydała rozkaz.
Dziewczyna sięgnęła do kruczej kapucy i bardzo powoli ją zdjęła.
Widząc jej twarz krzyknąłem zaskoczony.
Osobą tą była Callisto Raven.
Zszokowany i oszołomiony gapiłem się na ten rozgrywający się tuż przed moimi oczami koszmar.
-Zdradziłaś swoich; córko Demonicznej Szlachty?- Zapytała podejrzliwie.
-Angello powiedział kilka słów za dużo- odparła zimno, nawet na mnie nie patrząc
-Widziałam, jak trzymasz się skrzydeł Cheruba, nędzny Poziomie D- zasyczała władczo.
-Mam własne skrzydła- zauważyła czarnowłosa.