poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Hunter III Curse Rozdział XXXI: Przewodniczący Donnovan porwany -Plan-

Jack L. Donnovan; łowca herbu Kielich.
-Przypominam ci, że jesteś w domu Mojego Klanu- odparł uprzejmie, choć nieco chłodniej.
-Weź się wreszcie do roboty; ścierwo poziomu B- zelżyła go obojętnie.- Tylko plączesz mi się pod nogami, jak nieposłuszny kundel.
-Jak śmiesz obrażać mnie w moim własnym domu?!- Warknął oburzony Caius.
-Pyskujesz swojej Pani; nędzny psie?- zasyczała pogardliwym tonem, wwiercając się w niego karmazynowymi oczami.
Z trudem przewróciłem się na brzuch i obserwowałem jak Caius opiera się kobiecie w śnieżnobiałym mundurze, z peleryną czarną od spodu.
-Nie próbuj mi pyskować, parszywy śmieciu- Caius przegrał tę walkę i ukląkł przed nią. Chwilę potem na moich oczach dostał siarczysty policzek.
-Jesteś taki sam, jak ten żałosny Ochroniarz, twój ojciec. Żyjesz tylko dzięki mnie. Ich traktujesz, jak bydło, a trzy wieki temu byłeś dokładnie taki sam- jawnie sobie z niego drwiła.
-Ty...- zasyczał przez zęby wrogo.
-Szczeknij jeszcze słowo; a...- warknęła groźnie, a zza obrysowanych karminową szminką ust błysnęły wydłużone kły. Nagle jej spojrzenie drasnęło Vincenta, który wyraźnie nie chcąc jej drażnić, ukłonił jej się.
Delikatnie się cofnął, gdy znalazła się tuż przy nim. Jej dłoń musnęła subtelnie jego twarz.
-Jesteś przystojny, chłopczyku- skomplementowała go!
-Naprawdę, Pani?- Zapytał bardzo ostrożnie.
-I jaki skromny..-  Czy ona go właśnie podrywa??!
-Czego ode mnie chcesz, Pani?- Zapytał wprost.
Szepnęła mu coś uwodzicielsko do ucha. Czułem, że ani on, ani żaden inny na jego miejscu nie mógłby Jej odmówić.
-Najpierw robota, potem przyjemności- oznajmił spokojnie, chcąc ją wyminąć. Zadbana przyozdobiona kamienną obrączką dłoń z pięknym manikiurem spoczęła na jego piersi. Zwrócił na nią czarne oczy.
-Muszę się zająć tym bachorem- powiedział mijając ją.
Podniósł mnie do pionu i poprowadził korytarzem.

Milczeliśmy całą drogę. Dostrzegłem w jego oczach wyraźny niepokój, a z jego ust wymsknęło się ciche przekleństwo.
Rozejrzał się i wybrał prawą drogę zamiast lewej, która według znanego przeze mnie planu wiodła do cel.
Oparł mnie o wilgotną ścianę.
-Słuchaj, musimy zmienić plan- powiedział samymi wargami.
-Nie możemy tego zrobić- odparłem bezgłośnie ocierając krew z rozwalonego nosa, splunąłem krwią z rozciętej wargi.- Nie teraz.
-Tower zamierza cię zabić, idioto!- jego twarz wyrażała irytację.- Lepiej rusz głową, bo wykończy nas obu. Może mnie zabije od ręki, ale ciebie na pewno zamęczy..
-Daj mi pięć minut..- zacząłem.
-Nie mamy tyle!- Przerwał mi.
-Dobra, chwila...- wbiłem wzrok w okienko wysoko w górze i zamyśliłem się.- Mam. Skoro możesz się do niej zbliżyć: zrób to. Powiedz jej, że to ja cię tak urządziłem i skoro tu jestem chciałbyś mi się odpłacić. Jeśli łyknie haczyk...
-A plan ucieczki stąd?- Zapytał nadal ruchem warg.
-Zostawmy to na później- widząc nadchodzącego wampira wyprowadziłem szybki cios.
Vincent chwycił mój nadgarstek i przycisnął mnie mocno do ściany.
-Zapomniałeś drogi do cel, Cloud?- Zapytał podejrzliwie ubrany w czerń wampir.
-Zajmij się swoimi sprawami; Benett.
Tamten zdjął kaptur peleryny i...
Okazał się bladą dziewczyną o długich czarnych lokach i czekoladowych oczach.
-Oczywiście, że się zajmę- zachichotała lekko, mijając nas.- Aha, Cloud. Cele są w lewym korytarzu, jakby co- rzuciła przez ramię.
-No, co ty nie powiesz..?- Warknął za nią, wyłuskał z mojej dłoni drugi podsłuch i włączając go wcisnął do ukrytej kieszeni spodni.
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
-Zdzira, Benett. Pieprzona dziwka, niech ją szlag- przeklinał wampir z rozdrażnieniem. Odetchnął głęboko.- Chrzanić ją...- mruknął znów do siebie.

Ciche pukanie do drzwi.
-Wejdź, chłopczyku- usłyszeliśmy w słuchawkach głos Tower.
-Chciałaś, żebym przyszedł, gdy uwinę się z tym bachorem od Kielicha- zauważył uprzejmie.
-Co on, u diabła, odwala?- Zdziwił się zielonooki.
-Słuchajmy dalej; mogli zmienić coś w planie- stwierdziła Cindy.
-Więc jednak.. Myślałam, że jesteś inny niż wszyscy mężczyźni- zauważyła udając urażoną.
-To Ty nazwałaś mnie przystojnym- stwierdził wolno.
Trzask i cichy kokieteryjny chichot Tower.
-Powiedziałam prawdę, chłopczyku- rzuciła pieszczotliwie.
-Masz rację, mówiąc; że jestem inny, niż wszyscy- zauważył tonem miłej pogawędki.- W przeciwieństwie do nich nie jestem tobą przerażony, lecz.. Zafascynowany. To chyba odpowiednie określenie..
-On się jej podlizuje- jęknęłam z obrzydzeniem.
-Doprawdy?- Zamruczała seksownie.
-Nie mów, że będą się... Grzać- zauważyła Cindy zakłopotana.
-Wszystko na to wskazuje- zauważył Michael z trudem powstrzymując się od rechotu.
-Ohyda- jęknęłyśmy zgodnie. Clarissa pogrążona w swoim transie nie zwracała już na nic uwagi.
-Drżysz, chłopczyku- usłyszeliśmy odgłos rozdzieranego ubrania.
-To nic takiego- odparł cicho.
-Jesteś głodny- zauważyła.
Szum. Cmoknięcia. Jakiś szelest.
-Jestem, ale...- wampir chyba wiedział, że nie ma sensu kłamać.

Skrzypienie łóżka. Znów ten szeleszczący dźwięk.
-Ale...?- Podjęła miękko.
-Szczerze mówiąc?- Zapytał tajemniczym szeptem.
-Lubię szczerość, rrrr!.- Zamruczała, jak kotka.
-Nie sypiam z kobietą na pierwszej randce- stwierdził z honorem.
-To niemożliwe- szepnęłam zdumiona.
-Co..?- Zapytali szybko Cindy i mój mąż.
-Oparł się urokowi Arystokratki..- zaczęłam oszołomiona.
-To jednak nie będzie Grzania?- Zapytała z nadzieją  brunetka.
-Zaczekaj- powiedziała poważniej Tower. Lekki trzask.- Taki honorowy i męski... Rzeczywiście jesteś unikatem- stwierdziła powoli.
-Jeśli kobieta prawi komplementy, znaczy; że czegoś chce- powiedział trochę nieufnie.
-I jaki inteligentny- wymruczała jakby do swoich myśli.- W porządku, przejrzałeś mnie, chłopczyku- lekkie cmoknięcie.- Owszem, chcę czegoś.
-Mów, Pani- odparł krótko.
-Zabijesz Sekretarza stanu- szepnęła uwodzicielsko.
-Wiesz, że trudno do niej dotrzeć. Zresztą bardziej interesuje mnie ten szczeniak- szepnął mściwie.
-A to niby dlaczego?- Zapytała ostrożnie, nawet trochę podejrzliwie.
Na krótką chwilę zapadła cisza.
-To właśnie przez Niego tak wyglądam... Skoro role się odwróciły, to...- urwał na chwilę.
-To?- Podjęła Tower z ciekawością.
Szum, trzask i cichy okrzyk Tower.
-Chcę mu się odpłacić. Z nawiązką- jego ton stwardniał.
Chichot Tower i sypialniane odgłosy.
-Nie podejrzewałam cię o taką mściwość, chłopczyku- zauważyła z uznaniem. Słyszałam szelest i uginający się materac łóżka.
-To nie mściwość- wydyszał oddychając szybko.- Po prostu nie chcę zmarnować dobrej okazji...
***
Uginające się łóżko i szelest, oraz trzask odpinanej peleryny.
-Nie wiem, czy mogę ci zaufać; chłopczyku- zauważyła powoli, z lekkim niezdecydowaniem.
-Zaufać? Słyszałem, że nie ufasz nikomu- powiedział z czcią, a mnie zrobiło się niedobrze.- Zresztą po co miałabyś ufać swojemu pionkowi, skoro równie dobrze możesz go zmusić, a potem się go pozbyć, jeśli coś nie pójdzie po twojej myśli? W intrygach ani trochę nie różnisz się od ludzi; Pani Katherine- szepnął cicho.
Huk i jego jęk bólu.
-Jestem sto razy gorsza niż wy; ludzka padlino- warknęła z irytacją i pogardą.
-Na pewno- przytaknął usłużnie, szum tuż przy podsłuchu i lekkie skrzypnięcie.- Wiesz, Pani..? Możemy zawrzeć pewien układ- zamruczał uwodzicielsko.
-Układ? Z kimś takim, jak ty? Nie żartuj sobie- zasyczała zimno.
Stuk butów i ciche kroki.
-Zatem powiem wszystko Pani Sekretarz- odparł z groźbą.
-Nie. Zaczekaj- zaczęła przestraszona Tower, wiedząc; że jeśli zrobiłby to, co mówi; ona nie wyjdzie już z celi.- Czego chcesz? Jak ma wyglądać ten układ?- Zapytała powstrzymując go od wyjścia z pokoju.
-Zabiję Sekretarz, ale pod jednym warunkiem- szepnął spokojnie.
-Jaki to warunek?- Zapytała ostrożnie.
-Chodzi o to, że do dzieciaka będę miał dostęp tylko i wyłącznie ja. Nikt inny- syknął chłodno.
-Nie mogę...- zaczęła chcąc odmówić. Kolejny krok.- Nie, czekaj..- cichy trzask osoby opieranej o drzwi.- Zgoda.. Dzieciak jest twój- zapewniła szybko.
-Wiedziałem, że się zgodzisz; Pani- szepnął delikatnie.
-Jeśli spróbujesz mnie wystawić...- zaczęła groźnie.
-Masz mnie za idiotę? Gdyby tak się stało, Ty wszystkiego byś się wyparła; a ze mną byłoby krucho- przerwał jej ostro.- Nie jestem aż tak głupi- Trzask pękającej skóry.
Czy on ją...?- przemknęło mi przez głowę.
-Nic z tego nie rozumiem..- zaczęła z niepokojem Cin- Jack powiedział, że nic mu nie grozi..
-To musi być jakaś część planu- powiedział z naciskiem Michael.
-Ten wampir właśnie wyjebał nas w rogi- rozzłościła się Cindy.
-Wchodzisz między wrony, to kracz; jak i one- rzucił z przebiegłym uśmieszkiem zielonooki.
-O co mu lata?- Zdziwiła się brunetka.
-Wtopił się w tłum. Zaczynają mu ufać, a teraz myśli, co dalej. Wiesz, czemu dał jej akurat taki, a nie inny warunek?- Zapytał Michael lekko.
-Nie mam pojęcia- wycedziła przez zęby.
-To śledź teraz uważnie każde słowo- odpowiedział zagadkowo.
Jack L. Donnovan; łowca herbu Kielich. 
-Więc to tak jest wisieć w łańcuchach- mruknąłem cicho do siebie.
Usłyszałem głosy. Vincent i ta kobieta... Rozmawiali o czymś.
-To nie będzie proste, chłopczyku- rzuciła pieszczotliwie, a mnie zebrało się na wymioty.
-Połaszę się, podliżę i dostaniesz, czego chcesz; ale to wymaga czasu- zauważył z chłodną rozwagą. Trzasnęła zapalniczka, dostrzegłem; że Tower zaciągnęła się cygaretką. Na woń czekolady żołądek wywrócił mi się z głodu.
-Niech to szlag- zakląłem szeptem.
Właściwie nie do końca wiedziałem, czy mogę wierzyć temu wampirowi.
-Dziwne, że chcesz tylko dzieciaka, a nawet nie wspominasz słowem o krwi- zauważył jej głos.
-Myślałem, że rozliczymy się po robocie; Pani- odparł wolno.
-A więc jednak- zaśmiała się wesoło- zasmakowała ci- przez kraty dostrzegłem jak się obściskują.
-Ścierwo Kielicha jeszcze się przyda- przyznała zamyślonym tonem.- Będzie żył, póki będzie milczał..
-To ja zdecyduję, czy zdechnie, czy nie!- Warknął zimno, a jego oczy błysnęły krwawym płomieniem.
-Zważaj, jak się do mnie odnosisz; ludzka padlino- warknęła chłodno, gdy dostał liścia. Powoli opuściła rękę z obrączką do boku.
-Sama stwierdziłaś, że dzieciak jest mój- odwarknął- czyżbyś nie chciała wywiązać się z umowy?
-Zmobilizował te łowcze ścierwa i zaczął podjudzać do walki! Kombinuje tak samo, jak jego ojciec- wycedziła przez zęby.
-Skąd możesz wiedzieć, że nie tańczy, jak Stowarzyszenie mu zagra?- Zapytał powoli.
-Wątpię by taki dzieciak, jak on pozwolił sobą kierować- zauważyła- Myślałam, że te Klasztorne padliny prędzej się go pozbędą.. Jeszcze musiałam po nich posprzątać.. Kazał pan, musiał sam- dodała z irytacją.- Oni naprawdę są do niczego...
Vincent przyglądał jej się. Powoli wyciągnął dłoń w stronę jej twarzy.
-Drasnęłaś się- przysunął usta do jej policzka.
-Nie możesz się powstrzymać; co?- Zapytała lekko, a ja odwróciłem oczy z obrzydzeniem.
Jeśli go przerobi, będę martwy- uświadomiłem sobie ponuro.
-Cóż to za schadzki; Katherine?- Rzucił nieznany mi kobiecy głos.
-Szliśmy właśnie do więźnia, pani sekretarz- oznajmiła Tower.
-Czemu zawsze, kiedy cię widzę mam wrażenie, że coś kombinujesz, Katherine?- zapytała nieufnie Sekretarz.
-Ja? Gdzież bym śmiała- zaprzeczyła przymilnie Tower.
-Lepiej zajmij się własnymi sprawami- zauważyła Sekretarz.- Ty, pójdziesz ze mną- zwróciła się do Vincenta.
-Jak sobie życzysz; Pani Sekretarz- odparł usłużnie.
-Do zobaczenia na górze, Carmen- rzuciła Tower odchodząc.
-Na razie... Cię nie zabije, podła suko- syknęła kobieta zimno.- Lepiej trzymaj się z dala od niej- zauważyła powoli.
-Właściwie jest coś, o co chcę zapytać- powiedział cicho. Chyba udzieliła mu niemego pozwolenia.- Wybacz moją ignorancję, ale w zasadzie nie wiem, do czego potrzebujecie tego dzieciaka...- zaczął.
-By pozbyć się łowców raz, a porządnie- odparła. Drzwi celi otwarły się z jękliwym skrzypieniem. Kroki skierowały się w moją stronę.
-Nazwisko- zaczynało się przesłuchanie.
-Donnovan- odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
Oberwałem pięścią w twarz.
-Nie kłam, psie! Nazwisko!- Warknęła.
-Donnovan- powtórzyłem słabo- Noszę nazwisko matki...
-Nie łżyj, Kielich- dostałem jeszcze kopa.
-Noszę nazwisko matki- splunąłem krwią- Nazywam się Jack L. Donnovan.. Nie wiedziałem, że Cristian Salvator był..- znów poczułem w ustach metaliczny posmak i splunąłem.- Moim prawdziwym ojcem..
-Jak znalazłeś się w Stowarzyszeniu?
Dostrzegłem, że Vincent pokręcił odmownie głową.
-Idź do diabła; Czystokrwista dziwko- odwarknąłem.
-Jesteś hardy. Nie przejmuj się, złamię cię- odpowiedziała odsłaniając w uśmiechu wydłużone kły.
***
-Możesz mnie zabić.. Nic ci nie powiem!- Krzyknąłem z wściekłością.
-Powiesz; skarbie- szepnęła mi do ucha.- Mam coś, co może być dla ciebie bardzo cenne..
-Co takiego..?- Szarpnąłem się w więzach wychylając się ku niej.
-Nie tak szybko, przewodniczący Donnovan- zaśmiała się cicho.- Jak znalazłeś się w Stowarzyszeniu?- Powtórzyła poprzednie pytanie.
-Nie wiem, o czym mówisz- zacząłem.
-Jesteś podobny do Cristiana. Twoja odwaga i poświęcenie graniczą z głupotą- odezwała się obojętnie.- Jednak... Ja też o czymś wiem- szepnęła matczynym tonem.
-O czym?- Zapytałem próbując opanować drżenie głosu.
Zapłonęło światło, które na długą chwilę mnie oślepiło. Kiedy odzyskałem zdolność widzenia zobaczyłem jak złotowłosa szesnastolatka tanecznym krokiem zbliża się do Vincenta i obejmując go lekko chichocze.
-Obaj działacie razem- szepnęła ledwie słyszalnie.
-Co?? Nawet nie wiem, kim on jest!- Wypierałem się.
Pojawiła się tuż przede mną, a jej karmazynowe tęczówki zamigotały. Poczułem jej palce na swoich ustach.
-Proszę cię...- jęknęła niecierpliwie.- Niby skąd Zrzeszenie tyle o nas wie?- Spytała gładząc mnie po policzku.
-Nie mam pojęcia- szepnąłem słabo.
Cholernie bolały mnie nadgarstki i żebra.
Wredna dziwka- przemknęło mi przez głowę i zanim się spostrzegłem zarobiłem kolejny cios. Z moich ust wyrwał się stłumiony wrzask bólu, ale nie zamierzałem się poddać.
Nawet jeśli nie było już dla kogo żyć...
Zaraz...
-Clari...- szepnąłem oddychając z trudem.- Clari..- powtórzyłem ledwie słysząc własny słaby szept.
-On nic nie powie- powiedział Vincent niechętnie.
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
-Clarissa!.- Zerwałam się na równe nogi i doskoczyłam do kuzynki.
Szatynka uniosła powieki, a jej oczy wbiły się w moje.
-Cally... Oni go zabiją...- powiedziała ze łzami w oczach.
-Nie dopuszczę do tego, Clarissa- wypadłam z pokoju.

Weszłam do sypialni. W przelocie ucałowałam moją córeczkę i grzebiąc w szafie wyciągnęłam przebranie z zeszłego balu Haloween.
-Do czego to doszło... Żebym ja, łowczyni Rodu Kruka musiała kłaniać się PIJAWOM- prychnęłam ironicznie.- Ale czego się nie robi dla kumpli?- Rzuciłam dziarsko przebierając się.
-Cholera... Rządowy- syknął Vładimir obnażając broń.
-Skołuj mi inny lazuryt. Ten za bardzo rzuca się w oczy- rzuciłam, gdy schował kindżał w pochwie. Przypięłam do ubrania Rządową broszkę.
Rzucił mi gruby pierścionek, który złapałam. Zaraz wsunęłam go na środkowy palec, by zakryć ślad po sygnecie, który ukryłam w kieszeni.

-Rządowy..- zaczął w osłupieniu zielonooki sięgając do miecza.
-Wchodzisz między wrony, to kracz, jak i one; Pyszczulku- rzuciłam pieszczotliwie, cytując jego słowa.- Jak wyglądam?- rzuciłam wesoło, prezentując się.
-Piorunująco; Rządowa Ściero- oznajmiła Clarissa przez łzy.
-Ty chyba nie zamierzasz tam iść?- Zdumiała się Cindy.
-Oczywiste, że zamierzam. Ach ta moja zabita dechami dziura- rozmarzyłam się. Wyskakując przez okno rzuciłam:
-Rządowi: nadchodzę!- Zarechotałam tryumfalnie.
Michael Tyler, uczeń trzeciej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Cindy wychyliła się przez okno.
-Ona chyba do reszty ześwirowała- skomentowała oszołomiona.
-Cally wie, co robi- oznajmiłem.
-Jesteś jej facetem. Nie martwisz się o nią??- Jak zwykle zwarczała mnie za Bóg zapłać.
-Martwię, ale nie mógłbym jej zabronić dobrej zabawy- uśmiechnąłem się z przekorą.
-Dobrej zabawy?? Czy ty się w ogóle słyszysz??- Wybuchnęła wystraszona nie na żarty, jakby stwierdziła, że i ja mam nierówno pod sufitem.
-Ufam jej- przerwałem spokojnie patrząc za oddalającą się czarną peleryną.
-To nie zaufanie, a kompletne wariactwo; Czterooki- żachnęła się.
-Nazywaj to, jak chcesz; Cin- ustąpiłem.
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
-Szerokości; Moje Kochanie- usłyszałam Jego szept.
-Wrócę, Pyszczulku- zapewniłam spoglądając na sierp księżyca.
Jack L. Donnovan, łowca herbu Kielich.
-Jak widać, nie jesteś przyzwyczajony do tortur, skarbie- zagadnęła, a jej palce przesunęły się po mojej zakrwawionej twarzy. Bardzo powoli podniosła tę dłoń do swojej pięknej twarzyczki i wciągnęła zapach.
-Mmmm..- Zamruczała chciwie, a jej karmazynowe tęczówki stały się prawie czarne. Oblizała palce, jakby nagle zgłodniała i przymknęła oczy, a na jej licu zagościł wyraz rozmarzenia.
-Znudziło ci się dręczenie mnie?- Zapytałem oddychając ciężko.
Przyglądała mi się zaciekawiona, jak mała dziewczynka oblizując palce.
-Wszyscy twierdzą, że jesteś taki podobny do starego Kielicha- zauważyła nadąsana, głaszcząc mnie po ciele. Jej dotyk był lodowato zimny, ale uśmierzył choć na chwilę ból..
Może wreszcie przestanie..
Cios w żebra, po którym myślałem, że oszaleję.. Ból tak mnie zamroczył, że przez kilka minut nie wiedziałem, gdzie jestem.
-W ogóle nie jesteś podobny do Cristiana- szepnęła. Zbliżyła usta do mojej poobijanej i zakrwawionej twarzy. Z rozcięcia na policzku nadal płynęła krew. Zaczęła pić..
-Zwykle potrafię się powstrzymać, skarbie- zwierzyła mi się dziwnie spokojnie- ale ty jesteś taki... Taki pyszniutki- szepnęła takim tonem, jakby moja krew była napojem z najwyższej półki.
-Czego ty ode mnie chcesz..?- Zacząłem szeptem.
Wtedy zobaczyłem, że Vincent wyraźnie nie potrafi stłumić swojego głodu, jakby woń mojej krwii była dla nich wszystkich czymś w rodzaju narkotyku.
-Pani Sekretarz- zaczął ochrypłym głosem- pozwól mi stąd.. Wyjść..- chwytał się ostatniej deski ratunku. Wiedział, że jeśli obróci się przeciwko mnie, zginie.
-Tak, jak sądziłam- mruknęła z satysfakcją, pojawiając się tuż przy wampirze, którego podniosła i oparła o wilgotną ścianę.- Dlatego włóczysz się za Katherine- spojrzała mu głęboko w oczy, a gdy błagalnym gestem wyciągnął rękę w jej stronę.
Szczęk. I pełne irytacji szarpnięcia.
Ten głąb pozwolił jej się skuć!.
-Uważaj, co myślisz w mojej obecności. Pogrążasz się,  Pogromco herbu Kielicha- ostrzegła lekko.
Brunet wywracając coś z hukiem, wylądował na podłodze.
-Za zdradę nie dostaje się nagród; słodziaczku- pouczyła go lekko.
-Rozkuj go.. On nie ma z tym nic wspólnego- uniosłem opadające powieki i podnosząc głowę wbiłem w nią wzrok.
-Kłamiesz, jak z nut; Kielich- powiedziała pieszczotliwie.
-Powiedz jej prawdę!- Krzyknął, zwijając się z bólu. Brzęknęły łańcuchy.
Zdrajca. Pieprzony zdrajca.
-Prawdę?- Szepnęła zaciekawiona.
Zastanowiłem się. Byłem już praktycznie pogrzebany przez tego tępego wampira...
Westchnąłem ciężko.
Wtedy ktoś wszedł do celi. Zobaczyłem zakapturzoną postać w czarnym stroju Rządowych.
-Czego?- Warknęła poirytowana zwracając wzrok na przybysza.
-Przysłano mnie do ciebie; Pani..- skądś znałem ten głos.
-Kto i w jakim celu?- Sekretarz była wyraźnie wściekła.
-Caius Woroszyłow. Poprosiłam o dołączenie do Klasztornych- odparła zakapturzona postać.
-Pokaż mi się; dziewczę- wydała rozkaz.
Dziewczyna sięgnęła do kruczej kapucy i bardzo powoli ją zdjęła.
Widząc jej twarz krzyknąłem zaskoczony.
Osobą tą była Callisto Raven.

Zszokowany i oszołomiony gapiłem się na ten rozgrywający się tuż przed moimi oczami koszmar.
-Zdradziłaś swoich; córko Demonicznej Szlachty?- Zapytała podejrzliwie.
-Angello powiedział kilka słów za dużo- odparła zimno, nawet na mnie nie patrząc
-Widziałam, jak trzymasz się skrzydeł Cheruba, nędzny Poziomie D- zasyczała władczo.
-Mam własne skrzydła- zauważyła czarnowłosa.

Hunter III Curse Rozdział XXXI: Przewodniczący Donnovan porwany -Plan-

Dwudziesty szósty lipca.
-Przewodniczący- rzuciła Clarissa wchodząc do gabinetu z tacą pełną jedzenia.
-Dzięki, Clari- przyciągnął szatynkę do siebie i dał jej lekkiego całusa.
-Smacznego. Łoł!- z jej ust wydobył się zduszony okrzyk, gdy pociągnął ją mocno ku sobie sadzając na swoich kolanach.
Wraz z Michaelem z trudem powstrzymaliśmy się od śmiechu, gdy upaćkała mu usta odrobiną czekoladowego sosu.
-Jejku.. Przepraszam- wymruczała zawstydzona ocierając plamę chusteczką.
-Och, nie jestem dzidzią, Clari- zarechotał wesoło i zabrał się za posiłek.

Tuż po śniadaniu, Jack zwołał zebranie Rady. Wszyscy łowcy czekający w jadalni rozmawiali. Przeplatały się wszystkie języki i wyraźnie wyczuwało się atmosferę tajemnicy i nerwowego wyczekiwania. Wszyscy byli ciekawi, jakie wieści ma przewodniczący.
Blondyn w towarzystwie Deere'a wszedł do środka niosąc kilka grubych tek. Kładąc je na blacie stołu rzucił krótko:
-Chwała Aniołowi, otwieram zebranie Rady- oznajmił spokojnie zajmując miejsce.

Tematy omawiane na posiedzeniu zaciekawiły wszystkich.
-Co zamierzasz; Przewodniczący?- Zapytał wodzu warszawskiej kwatery, nazwiskiem Kamiński.
Jack podniósł głowę znad dokumentów,
-Najważniejsze, co chcę zrobić to znaleźć morderców mojej rodziny- oznajmił cicho.- Poza tym trzeba uspokoić pijawy. Jeśli nie po dobroci, przejdziemy do gróźb..
-A jeżeli i to nie pomoże?- Zapytał z akcentem przewodniczący kwatery z Tokio.
Jack odetchnął głęboko.
-Jeśli to nie odniesie skutku, trzeba będzie użyć radykalnych środków Yoshiki sama. Siły- odparł z determinacją Jack.- Jak wszyscy wiecie Senat łamie kolejne punkty rozejmu.
-Zdaniem większości: nie istniejącego już Rozejmu; Przewodniczący- zauważyła Light.
-Można i tak to ująć- przytaknął uprzejmie blondyn.- Brud trzeba sprzątać- rzucił z przekorą, a łowcy wbili w niego pełen podziwu wzrok.- Powiedzcie, jak wy to wszystko widzicie- zasugerował.
Łowcy wypowiadali się, a Jack z głową podpartą na ręku słuchał z uwagą.

-To nasze największe zmartwienie- zauważył gryząc w zastanowieniu czekoladowe ciastko obracał na blacie pustą szklankę. Zamyślił się na moment.- Zaraz... Mamy jednego z nich.. Hmmm, to może się udać- mruknął do swoich myśli. Szybkim ruchem obracając szklankę zamknął w niej świerszcza, którego wszyscy od dwóch dni próbowali wykurzyć.
-Masz jakiś plan?- Zapytał Deere nieco zdziwiony.
-Bardzo prosty- skwitował z przebiegłym uśmieszkiem blondyn- pijawka będzie naszą wtyką.
Rozległy się zaskoczone jęki i okrzyki:
-Jak zamierzasz to zrobić?
-To niewykonalne!.
-Jesteś szalony, przewodniczący!
Jack wziął z talerzyka kolejne ciastko i chrupiąc je poczekał aż zapadnie cisza.
-Wampirek wyśpiewał już kilka interesujących rzeczy- odezwał się, gdy wszyscy ucichli. Siedząc z nogą założoną na nogę wziął kartę z zeznaniem i zaczął czytać.

-„Poza tym o Klasztornych nie decydują już Rządy, a sam Senat. Są traktowani, jak psy. Tresowani, dręczeni, głodni. Jak rotweiler wystawiany do nielegalnych walk. Czasem wybijają się nawzajem”- skończył czytać.- Dojdzie do tego, że się zbuntują. Szturchniemy niedźwiedzia i wszystkiego się dowiemy- powiedział z namysłem.- Poza tym Wampirek nie ma wyboru: jeśli skrewi zginie.
-Klasztorni sami go załatwią- zauważył Kamiński.
-I tu się mylisz- odparł tryumfalnie Jack.- Nasz przystojniaczek wyśpiewał także, że Klasztorni nie tylko mordują się wzajemnie; niektórzy giną podczas próby ucieczki- oznajmił.- Dozbrajanie nic im nie daje, a nawet bardziej szkodzi, dlatego nie zabiją kogoś, kto uciekł łowcom.
-A jeśli on wyniesie nasze informacje?- Zaniepokoiła się Light.
-Pomyślałem i o tym- przytaknął Jack.- Będzie szczekał tylko to, co chcemy my.
-Jak to?- Zdziwił się Morgenstern.
-Niby, jakim sposobem go zmusisz?- Zawtórowała mu Hunter.
-Nie mam powodu by go zmuszać- zaprzeczył spokojnie, a zgromadzeni zaczęli szeptać spoglądając po sobie z zaciekawieniem.- On sam wie, że ma nóż na gardle. Zarówno z jednej, jak i z drugiej strony- przemówił pośród ciszy, która zapadła.- Z tego, co wiemy jestem ich głównym celem..
-Chyba nie zamierzasz tego zrobić!- Zaczął wzburzony Deere.
-Bez ryzyka nie ma zabawy, zastępco- uśmiechnął się brązowooki.
-Nie ma mowy!- Wydyszeli Deere i Clarissa.
-Naprawdę?- Zapytał wyzywająco Jack świdrując Jelenia oczami. Deere odwrócił wzrok i zamilkł zaciskając zęby.
-Wiesz, że to cholernie niebezpieczne- zauważył powoli Sword.
-Zdaję sobie z tego sprawę- przyznał blondyn, odrywając na chwilę oczy od kolejnych dokumentów.
-A jeśli coś pójdzie nie według planu?- Zapytała ostrożnie Hunter.
-Istnieje taki scenariusz- potwierdził, a Clarissa pobladła jeszcze bardziej.- Pomogą nam zdobycze techniki- rzucił spokojnie pokazując wszystkim mały przedmiot.- To nadajnik GPS, dzięki któremu będziecie mnie widzieć.
-A jeśli to znajdą?- Zaniepokoił się Tyrone Angello.
-Nie znajdą. Nawet o tym nie pomyślą; bo...- tu zrobił dramatyczną pauzę.
W tym momencie wampir, zupełnie przez nas niezauważony, chwycił chłopaka i przyciągnął do siebie.
-Jeśli nie pozwolicie mi odejść, zabiję go- syknął z groźbą.
Wszyscy zerwali się i rzucili w jego stronę. Wampir umknął sprzed broni Mistrza, obronił się przed szablą Deere'a i wybijając okno uciekł z Jack'iem.
-Cholera...- zaklął Deere takim tonem, jakby mówił: ten dzieciak wszystko sobie zaplanował.
***
Pokój Jack'a. Na łóżku leżał włączony laptop. Ukazywał mapę, na której w piorunującym tempie przesuwał się czerwony punkcik. Były naniesione na nią punkty, a czerwona kropka skręciła i kierowała się w stronę jednego z nich.
Cindy wzięła urządzenie z podłączonymi słuchawkami.
-Możemy ich usłyszeć. Co to za kartka?- Obróciła ją w palcach.- Callisto Tyler. To chyba do ciebie- podała mi świstek.

Callisto,
Jeśli to czytasz, plan jest w drodze do powodzenia. Potrzebuję całej waszej ekipy, zwłaszcza Ciebie i Clari. Mam nadzieję, że wszystko działa, jak należy, czyli widzicie mnie i słyszycie... Jeśli dotrę do jakiegoś punktu, kliknijcie: pokaże się plan budynku, w którym jestem. Będziecie informowani na bieżąco przez podsłuch.
Trzymajcie za mnie kciuki
Jack.
-Musiał myśleć nad tym kilka nocy- zauważył Michael patrząc mi przez ramię.
-Kto i o czym?- Zapytała ponuro Clarissa.
***
Wyjaśniliśmy szatynce cały plan Jack'a.
-Czyli, gdyby coś, mam użyć Radaru- zauważyła powoli.
-Mhm. Nie przejmuj się: będzie dobrze- pocieszyłam, obejmując ją.
-Zostaw mnie, pijawko- prychnęła żartobliwie, szturchając mnie.
-Oj, tam. Zaraz pijawko- burknęłam udając obrażoną.
-Bierzmy się do roboty- zauważyła Cindy, kliknęła szybko.- Jest w budynku Rządu, w Fallen- oznajmiła.
-Woroszyłow chce się podlizać Senatowi- powiedziała Clarissa, siadając wzięła jakiś przedmiot należący do Jack'a i zamknęła oczy oddychając głęboko.
Zapadła cisza, w której Cindy obserwowała GPS, a Clarissa starała się skupić.

Jack L. Donnovan; łowca herbu Kielich.
Kwadrans wcześniej...
-Jeśli spróbujesz wykręcić mi jakiś numer; zginiesz- syknąłem, gdy doszło do porwania.
-Sam powiedziałeś, żebym grał swoją rolę- zauważył cicho, wyjątkowo usłużnie.- Jeśli się dowiedzą, że współpracujemy, zabiją nas obu; a ja chcę jeszcze trochę pożyć.
-Nie mówiłem, że przeżyjesz, wampirze- odburknąłem z niezadowoleniem.
-Nie mam ochoty nadal siedzieć w tym syfie- odwarknął ostro, skręcił przeskakując głęboki leśny rów.- Jeśli to przeżyję, zamierzam zniknąć. Z dala od nich i od was. Nie jestem ich psem- dodał pogardliwie.
-Ja cię tylko ostrzegam- zasyczałem lodowato, gdy wybił z buta szybę jakiegoś samochodu i otwierając drzwi wrzucił mnie do środka, po czym zaczął majstrować coś przy kablach.
Silnik starego grata zawarczał i zaczął pracować miarowo. Wampir wrzucił bieg i ruszyliśmy z piskiem opon.
Przez szybę zobaczyłem przeklinającego soczyście i biegnącego za nami faceta.
Porywacz wyrzucił wszystko ze schowka i wyciągnął pistolet.
-Przyda się. Będzie wiarygodniej- ocenił z namysłem.- Jak jedziesz, sukinsynu?!- Warknął, skręcając gwałtownie w lewo ominął wóz i za jakimś kościołem skierował się w lewo i drugi raz w lewo. Po przejechaniu około pół kilometra skasował samochód na najbliższym słupie kutej bramy, a ja wpadłem pomiędzy siedzenia.
Obrócił się i wypchnął butem drzwi po swojej stronie, po czym biorąc broń wysiadł i wyciągnąwszy mnie z kupy pogiętego żelastwa poprowadził w stronę białej willi, mierząc do mnie z broni.
Dwóch ubranych w czarne peleryny podeszło nieufnie. Wymienili kilka słów, z których wyszła taka oto rozmowa:
-Wypuścili cię?- Warknął wampir podejrzliwie.
-Gdyby mnie wypuścili, nie zwinąłbym szczeniaka- odwarknął Vincent.- Zwinąłem go i zwiałem.
-Łżesz. Podobno pilnują Kielicha, jak oka w głowie- warknął tamten.
-Patrz!- Syknąłem z bólu, gdy Vincent szarpnął mnie za rękę ukazując sygnet z wytłoczonym kielichem oplecionym dzikim winem, na którego czaszy widniał krzyż Templariuszy.
-Ten dzieciak to przewodniczący Związku? Głupiś!- Rządowy zaczął się śmiać.
-Jestem ich przewodniczącym, głupia pijawko- odszczeknąłem się.
Dostałem po mordzie.
-Zamknij pysk, bo ci pomogę!- Zagroził Rządowy, wyciągając coś zza pazuchy. Spojrzał na papierowy prostokąt w swoich palcach, potem na mnie.- Idziemy, nie mnie będziesz się tłumaczyć- zakomenderował obojętnie.

Przeszliśmy próg i zobaczyłem o wiele przystojniejszego, niż oni mężczyznę mierzącego jakieś metr siedemdziesiąt parę o wyraźnie wschodnich rysach twarzy. Wyglądał, jakby pochodził z terenów Rosji, albo z Ukrainy. Miał intensywnie szkarłatne oczy, które na mój widok zwęziły się w szparki.
Vincent pchnął mnie na kolana, choć próbowałem się szarpać.
-Jak uciekłeś?- Zwrócił się do Vincenta.
-Rozerwałem łańcuchy i wziąłem go za zakładnika- ruchem głowy wskazał mnie.
-Przeszukać obu- Wampir wydał krótki rozkaz.
Ci, którzy nas wprowadzili zaczęli nas obszukiwać.
-Obaj czyści, Panie- oznajmili równocześnie, cofając się w ukłonie.
 "Pan" zszedł ze schodów i podchodził w moją stronę. Odruchowo się cofnąłem i plecami napotkałem pierś Vincenta, którego okaleczona dłoń złapała mnie za kark.
-Jesteś podobny do Cristiana- szybki policzek na moment mnie zamroczył.- Słyszałeś, zapewne, co planują- zauważył powoli wpatrzony w wampira.
-Chcą uderzyć najpierw na Senat. Zamierzają zlikwidować Klasztor Rady i każdego Czystej Krwi, którego dopadną. Twierdzą, że zemszczą się za Kryształową Noc- wyszczekał dokładnie to, co chciałem.
-Powiedziałeś im coś? O co cię pytali?- Tamten miał podejrzliwy wyraz twarzy.
-Pytali o to, czego nie wiem i kto mnie zmienił- skłamał Vincent.- Nie mogłem wygadać czegoś, o czym nie mam pojęcia; więc wcisnąłem im kilka bajeczek- oznajmił obojętnie.
-Widziałeś dziewczynę z Księżycową Różą na szyi?- Zadał kolejne pytanie.
-Tak, widziałem.
-To ona pozbawiła cię palców?
-Nie, to sprawka tego małego śmiecia- potrząsnął mną brutalnie.
-Czemu nie porwałeś mniej znaczącego ścierwa, tylko akurat jego?- Tego pytania się nie spodziewałem.
Vincent, gdy znów spróbowałem się wyrwać, przyciągnął mnie siłą.
-Zdawało mi się, że chciałeś Tego dzieciaka- odparł bardzo ostrożnie, czym na chwilę przytkał Wampira, który po dłuższej chwili wybuchnął śmiechem.
-Nie jesteś tak głupi, za jakiego dotąd cię uważałem- stwierdził z uznaniem.
-Naprawdę?- Zaczął z nadzieją Vincent.- Może mógłbym sam się nim zająć?- Zapytał trochę za szybko. Widząc zaskoczone spojrzenie tamtego zaciął się.- Wybacz.. Nie powinienem być tak bezczelny- powiedział po sekundzie przepraszająco- zrobisz, co zechcesz- dodał usłużnie, celowo unikając wzroku Wampira.
Ten pojawił się tuż przy Vincencie i ojcowskim gestem podniósł jego podbródek i obejrzał twarz wampira.
-Oczy są czarne jak smoła. Jesteś też blady. Nie jedzący wampir, to martwy wampir- zauważył powoli.- Widzę, że niezbyt dobrze cię tam traktowali..- W tym momencie spojrzał na wgłębienie na szyi Vincenta.- A to, co..?- Zapytał zaskoczony, a mnie zrobiło się zimno.
-To?- Vincent przesunął palcami po przypalonym śladzie na szyi.- To też sprawka tego bachora.
-Jak na szczeniaka, jest bardzo okrutny- nim się obejrzałem silny cios powalił mnie na podłogę. Poczułem na twarzy cieknącą z nosa krew.- Nieodrodne ścierwo Kielicha!- Warknął z wyjątkową nienawiścią, dostałem jeszcze kilka kopniaków.
W tym momencie zostałem podniesiony i przygnieciony przez jakąś wampirzycę. Na oko studentkę. Przyparła mnie do kolumny zaciskając coraz mocniej dłoń na moim gardle, szczerzyła z głodem w oczach wystające kły.
-Pachniesz- powiedziała zniekształconym, trzeszczącym głosem, a mnie powoli zaczynało brakować tchu.
-Puść go, Meredith- rozkazał lodowato Wampir.
-Jestem głodna!- Odwarknęła zirytowana.
-Du...szę się...- wydyszałem. Przed oczami zaczęły tańczyć mi czarne plamki.
-Powiedziałem: puść go!- Warknął władca tego całego chlewu. Zanim zdążyłem ogarnąć, co się dzieje; leżałem na podłodze kaszląc i próbując złapać oddech, a tuż obok mnie wylądowała martwa napastniczka, w zetknięciu z podłogą zmieniając się w popiół.
Więc tak wygląda wampirzy trup- przemknęło mi przez myśl.
-Nienasycone bydło- skomentował z pogardą, zabierając z prochów medalion i pierścionek z ciemnobłękitnym oczkiem.- Przeklęty Senat. Powinienem zabić tę sukę, gdy miałem okazję..- zasyczał przez zęby, a oczy zapłonęły płomienną czerwienią.
-Mówisz o mnie; Caius?- Zapytał przyjemny kobiecy głos.
Wampir nazwany Caiusem wstał i zwrócił się w jej stronę.
-Senator Tower- rzucił z przymilnym uśmieszkiem.- To chyba oczywiste, że nie śmiałbym grozić Arystokracji- odrzekł kłaniając się usłużnie.
-Jak zwykle łżesz, jak pies- skomentowała patrząc mu prosto w oczy.- Kto pozwolił ci go tknąć, Woroszyłow?- Ruchem głowy wskazała mnie leżacego na podłodze.
-Poniosło mnie. Zaczął pyskować... Poza tym, to on porwał dzieciaka- ruchem głowy wskazał Vincenta.
-Nie było w planach, żeby od razu go zabić, Woroszyłow- odparła zimno mu się przyglądając.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Racz wybaczyć, ale nie powiedziałaś ni słowa, co ma się z nim stać- usłyszałam w słuchawce głos Caiusa.
-Zajmij się swoimi sprawami i zejdź mi z oczu- Warknęła Tower.
-Co tam robi Tower? Jakim cudem ją wypuszczono?- Zaczęłam podejrzliwie.
-Może to ona stoi za śmiercią Thundera i resztą tego bajzlu- podsunęła nieco odległym głosem Clarissa, nadal z zamkniętymi oczami.



niedziela, 12 sierpnia 2018

Hunter III Curse Rozdział XXX Przewrotne serce. -Jack L. Donovann-

W jadalni Zrzeszenia panował gwar rozmów i śmiechy. Jacob przystanął widząc wianuszek chłopaków wokół Cindy, która zdawała się wyraźnie znudzona, słuchając przechwałek jednego z nich.
-Ciekawe, czy na serio jesteś tak dobry, jak mówisz- uśmiechnęła się ironicznie.
-Potrafię to i owo- wykręcił się niebieskooki.
Cindy zmierzyła go wzrokiem od stóp do głów.
-Sprawdzimy- skomentowała wolno.- Słyszałam, że łowcy są bardzo romantyczni..
-Są- przyznał ostrożnie jej rozmówca.
-No, to powiedz coś romantycznego. Zwal mnie z nóg- rzuciła wesoło.
-Ale tak... Tak teraz przy wszystkich?- Przeraził się.
-No, czekam- rzuciła podpuszczając go.
Jej rozmówca zrobił się czerwony jak burak ze wstydu i zapomniał języka.
Jacob ruszył z miejsca w ich stronę.
-Twoje oczy są fiołkowe, twoja jest ta ziemia.
Zostań Panią mego serca: więcej mi nie trzeba- rzucił drżącym ze zdenerwowania głosem.
Wieniec nastolatków  odwrócił się w jego stronę i ucichł. Cindy rozchyliła usta mrugając oczami w osłupieniu.
-Jacob... Ja tylko żartowałam- zaczęła jąkając się lekko.
Rozmowy ucichły. Wszyscy obserwowali z zaciekawieniem łowcę herbu Podkowa.
-Ale ja nie- wziął jej rękę i przyciągnąwszy delikatnie do siebie, na oczach całego Stowarzyszenia pocałował dziewczynę.
Wszyscy wstali sprzed stołów, gdy oderwał usta od jej. Ucałował ją delikatnie w rękę, a jego dłoń ozdobiona sygnetem powędrowała do piersi. Tradycyjnie skłonił się, po czym odwrócił się i spokojnie opuścił jadalnię. Wszyscy usiedli, a Cin nadal oszołomiona ruszyła do nas i siadając drżącymi rękami nalała sobie soku. Wypiła duszkiem całą szklankę. Jej wyraz twarzy wyraźnie wskazywał na to, że przez jej umysł pędziło tornado myśli.
***
Do jadalni wbiegł zdyszany Weiss.
-Powstrzymajcie ich ktoś!- Wysapał przestraszony.
-Co się dzieje?- Zapytał jeden z mężczyzn.
-Pojedynkują się!
-Kto?- Zapytał Angello.
Weiss upił kilka łyków wody.
-Grigorij Fiodorow rzucił rękawicę młodemu Podkowie... Oni chcą się pozabijać!- odparł zaaferowany czternastolatek.
Wszyscy porzucili jedzenie i pobiegli za chłopcem.

-Nie daruję ci tego, swołocz!- Warknął niski, umięśniony Rosjanin atakując zawzięcie Jacoba.- Ośmieszyłeś mnie przed wszystkimi; ty...!
-To ty rzuciłeś mi wyzwanie- odparował Jacob. Odbił cios i kopniakiem posłał przeciwnika w barierkę schodów, po czym sam ruszył nań z impetem.
-Dobrze wiem, co zrobiłem! To ty zadzierasz nosa, synu zdrajcy!- Warknął niski odbijając ataki. Jacob uchylił się przed pięścią i sam okręciwszy się jak bączek przywalił mu z łokcia w twarz.
-Pax; w Imię Anioła!- Zakrzyknął Michael Angello.
Był to nakaz do przerwania pojedynku. Jacob nie usłuchał, nadal broniąc się przed szybkimi ciosami Grigorija.
Angello i przewodniczący moskiewskiej KGS wpadli równocześnie między walczących. Angello odepchnął półtorak w palcach Horse'a i wytrącając miecz pochwycił go za rękojeść- to samo uczynił moskiewski przewodniczący. Obaj krzyżując broń chłopaków dotknęli nią wyrzeźbionej w podłodze postaci Anioła; lecz Horse i Fiodorow nie poprzestali na tym. Pozbawieni ostrzy rzucili się ku sobie z pięściami.
-Nazywasz mnie zdrajcą; ty podły..?- Horse zaczął prać Fiodorowa pięścią po pysku.- Odszczekaj to!
-To ty odszczekaj to, że ją kochasz!- Tym razem to Jacob wylądował na podłodze i był zmuszony bronić się przed pięścią.
-Nigdy!- Jake zepchnął go z siebie i podnosząc się chwiejnie na nogi zaczął kopać Grigorija, który chwycił go za kostkę i wywrócił na podłogę.
-Dosyć tego!- Prychnął Angello bezskutecznie próbując rozdzielić walczących.

W końcu bójka się zakończyła. Lockwood i Falcon trzymali Jacoba za ramiona, a Vładimir Romanow i jakiś inny łowca przytrzymywali Fiodorowa.
-Puszczajcie, blat'!- Zaklął chłopak wyrywając się.- Ubiyu go; kak sobaku!- Warknął usiłując uwolnić się z chwytu.
-Puszczaj; Dorian! Zabiję drania! Puśćcie mnie obaj! Zajebię tego kundla..!
-Dosyć już, Jacob- oznajmił Lucas swoim chłodnym głosem.- Ochłoń, chłopie.. Nie warto..
-Dla niej warto!- Horse wyrwał się, umknął przed próbującym go dorwać Dorianem, staranował  przeciwnika i znów wybuchła rozróba.
-Na Nieskończoną Cierpliwość Świętego Anioła- jęknął z irytacją Angello i wraz z Dorianem i Lucasem rzucili się, by znów odciągnąć Jacoba. Wykręcili mu ręce w tył i rzucili go na kolana. Fiodorow osunął się po ścianie na podłogę. Stracił przytomność.
|•••|
-Masz kategoryczny zakaz wstawania z łóżka- oznajmił Marco Holy, owijając głowę Jake'a jakimś bandażem.- Teraz nastawię ci ramię, a potem opatrzę resztę- rzucił krótko zamykając nam drzwi przed nosem.
-Pobili się przeze mnie- zachlipała brunetka.
-Już.. Nie płacz- szepnęłam obejmując ją lekko ramieniem.
-Ale... To.. To takie głupie i... I odważne- szepnęła łkając.- Jacob jest taki... Taki odważny...- z trudem otarła łzy rękawem cieńkiej bluzy.
Wymieniłam spojrzenie z zielonookim, ale nim zdążyłam się odezwać usłyszeliśmy wrzask Horse'a.
-W porządku, już po wszystkim- powiedział cicho Holy.- Co cię podkusiło, żeby z nim walczyć?- Westchnął ciężko.
-Rzucił we mnie herbową rękawicą. Miałem się poddać i mu odpuścić..?- Prychnął w odpowiedzi Horse.
-Czasem lepiej dać spokój, Jacob- zauważył Marco.
-Taaa i wysłuchiwać potem wyzwisk. Dzięki, ale nie- odburknął niechętnie Jacob.
-Jesteś cholernie porywczy, Jake. Zdrowiej. Muszę zajrzeć do tego drugiego kretyna- rzucił idąc w stronę drzwi.
-Jak z nim?- Zapytała Cindy szybko.
-Nic mu nie będzie- uspokoił Marco odchodząc.
-Co, tam; powojenny?- Rzucił Michael na przywitanie.
-Żyję- Jacob wyszczerzył się w uśmiechu. Brakowało mu dwóch zębów.
-Wyglądasz strasznie- załamała się brunetka.
-Nie takie rzeczy przeszedłem, nie martw się- pocieszył ją.
-O co właściwie się pobiliście?- Zapytałam ostrożnie.
-Kazał mi powąchać swój cuchnący herb. Powiedział, że ośmieszyłem go przed całym Zrzeszeniem i przed Cindy. Zwłaszcza przed Cindy- dodał z naciskiem.- Kazał mi, śmieć, jeszcze odszczekać to, co powiedziałem w jadalni. Odparłem, że prędzej piekło zamarznie i podniosłem tę jego rodową szmatę, mówiąc że przyjmuję- opowiedział w skrócie.- Gdyby nie ten szczaw Weiss... Niech to...- syknął z bólu, opierając dłoń na usztywnionym ramieniu.
-Przyniosę ci coś do jedzenia- rzuciła Cin.
-Pomogę ci- dorzuciłam widząc, że wyciąga mnie wzrokiem.

-Callisto.. Naprawdę nic mu nie będzie?- Zapytała Cindy zmartwiona.
-Spokojnie, Podkowa to twardziel- poklepałam ją po ramieniu.
-Właściwie, czemu podniósł tę głupią rękawicę? Ja wcale nie chcę, żeby się o coś bił.. Zwłaszcza o mnie- powiedziała cicho ocierając łezkę.
-Wiesz... Wszyscy łowcy są bardzo dumni.. Wydaje mi się, że Jake uznał, że ta walka to kwestia honoru i...
-Nie chcę, żeby był honorowy; tylko; żeby był sobą- prychnęła zła, układając na tacy jedzenie.
-Mówisz teraz jedno i to samo- zauważyłam ostrożnie.
-Wcale nie. Jacob nie jest idiotą- burknęła.
-Istotnie. Honor i głupota to dwie odmienne rzeczy, Cindy; z tym, że.. To pierwsze jest jakby częścią Horse'a.
-Istotnie, Kruk- Jacob oparł się słabo ramieniem o drzwi kuchni.
-Miałeś leżeć- Cindy podskoczyła jak oparzona.
-Marco trochę przesadza, a mnie nic nie jest- odparł ze słabym uśmiechem. Zachwiał się i zacisnął mocniej dłoń na framudze.
-Marsz do łóżka, Jacob- syknęła ostro brunetka.
-Cin...- przymykając oczy zachwiał się niebezpiecznie.
Michael stojący tuż za nim złapał go i zarzucił sobie zdrową rękę chłopaka na ramię.
-Co on tu robi?- Zapytał znajomy głos, a pode mną ugięły się nogi.
-Musiałbyś go związać.. Wiesz, że on zawsze stawia na swoim- zauważył Michael, podtrzymując bladego, jak prześcieradło czarnowłosego.
-Zabiorę go do pokoju- Marco podciął chłopaka i wziął na ręce.- Czasem mnie dziwi, że tyle wsuwa, a nadal jest lekki, jak piórko- stwierdził wolno idąc w kierunku schodów.

-Nie zdążyłem jej zapytać o coś... Coś ważnego- upierał się Jacob.
-Leż spokojnie- turkusowooki podał mu jakiś zastrzyk, Jacob spojrzał nań półprzytomnie.
-Soś waszneho, Marho..- wybełkotał słabo.- Soś ty mi dauu? So mi... Słonik??- Zdziwił się.
-Co jest grane?- Zaczęła Cin z niepokojem.
-To chwilowe i zaraz mu przejdzie. Jest oporny na leki, dlatego dostał nieco większą dawkę- wyjaśnił turkusowooki.
-Ty na serio jesteś lekarzem?- Zapytała ostrożnie.
-Na ostatnim roku studiów- przytaknął bez wahania Marco.- Twierdzą, że najlepszym na roku...- przyznał dość niechętnie.
Jacob po chwili otworzył oczy.
-Lepiej, chłopie?- Spytał Marco, badając chłopaka.
-Spierdalaj mi z tą latareczką.. Ślepisz mnie- prychnął Horse.- A Władia gdzie?- Przypomniał sobie o najlepszym przyjacielu.
-Poszedł zapalić- skwitował Marco.
-Jak ja go zaraz zapalę..- Warknął groźnie zrywając się z łóżka.
-Leż spokojnie.- Marco siłą położył pacjenta spowrotem.
-Puszczaj. Nakopię mu do dupy..- burknął wściekle Jacob.
-Jeśli się nie położysz, to ja ci nakopię do dupy- zwarczała go Cindy stawiając z trzaskiem tacę, aż zadzwoniły
sztućce.
-Naprawdę..? Aż tak się o mnie martwisz..?- Zapytał słabo.
Brunetka wyciągnęła widelec w jego stronę.
-Jedz. Musisz mieć siły- rzuciła krótko ignorując naszą zdumioną wymianę spojrzeń.
-Przypilnujesz, żeby nie wstawał?- Zapytał Marco.
-Jasne- rzuciła machinalnie, karmiąc chłopaka.
-Zostawimy was samych- rzucił Michael.
***
Dwudziesty pierwszy lipca był słoneczny i parny. Idąc na śniadanie usłyszeliśmy z podziemi wrzaski bólu i obelgi zatrzymanego kilka dni temu wampira.
-Zacznij śpiewać, a przestanę cię gnębić- rzucił obojętnie Jack.- Po co tu przylazłeś, śmieciu?
-Pieprz się, ścierwo Kielicha!- Odwarknął wrogo.
Odgłos serii ciosów i brzęk łańcuchów.
-Wrócę do ciebie po śniadaniu, obrzydliwy wampirze- rzucił pogardliwie Jack. Michael zdążył odskoczyć od drzwi wiodących do podziemi.
-Cześć- rzucił zaskoczony blondyn. Wyglądał na zmęczonego: miał bladą, poszarzałą twarz i sine kręgi pod oczami, jakby nie spał kilka nocy.
-Cześć, wszystko gra? Marnie wyglądasz- zauważył z troską zielonooki.
-W porządku- odparł Jack przeczesując jasnoblond czuprynę.- Siemka, skarbie- przyciągnął Clarissę i pocałował ją na przywitanie.
W ciszy poszliśmy na śniadanie.
-Cześć brygada- rzucił lekko Jack siadając przy stole. Sięgnął po dzbanek mocnej kawy i nalał sobie filiżankę, biorąc nadziewany orzechowym kremem rogalik.
-Jak tam Jacob?- Spytał po chwili.
-Już się wyrywa, żeby wstać z łóżka- zauważył Vładimir.- Nie chce słyszeć, że ma leżeć.
-Powinien o siebie dbać. Porządnie oberwał- rzucił Jack z przyjacielską troską.
Rozmowa na chwilę się urwała, a Jack pogrążył się w myślach.
Michael i Cindy obserwowali go z niepokojem.
-Powinieneś się trochę przespać; serio słabo wyglądasz- zauważyła Cin.
-To nic takiego- powiedział cicho pijąc kawę, przegryzł kęs rogalika.
-Jesteś przybity Jack- stwierdziła Cin przyglądając mu się uważnie.
Blondyn podniósł głowę.
-Nie jestem, po prostu ostatnio nie mogę spać i tyle- wzruszył ramionami.
Znów zapadło milczenie, a Jack sięgnął po drugi rogalik i zaczął jeść.

-Muszę wrócić po rzeczy do domu- powiedział cicho do swoich myśli idąc do podziemi.
-Nie sądzisz, że to może cię załamać?- Zapytałam ostrożnie, a Michael pytał mnie wzrokiem, co kombinuję.
-Już nic nie jest w stanie mnie załamać- oznajmił z determinacją.- Wiesz, że co cię nie zabije, to cię wzmocni, Callisto?- Spytał idąc po schodach na dół.
-Nie boisz się tego, co możesz tam zastać?- swoim stwierdzeniem trochę mnie zaskoczył.
-Boję się, jak diabli. Kto wie, co jeszcze mnie tam czeka- zauważył powoli.- Pewnie będę musiał gadać z policją i w ogóle...- westchnął ciężko, pchnąwszy ciężkie metalowe drzwi.- Wróciłem, przystojniaczku- rzucił pieszczotliwie.
Wampir bardzo powoli podniósł głowę, a jego oczy na sekundę błysnęły czerwienią.
-Młody Kielich.. Synek szlachcica i dziwki- odparł z pogardliwym uśmieszkiem.
-Zacznij śpiewać, bo stracisz kolejny paluszek- odparł beznamiętnie Jack.- Kto i po co cię przysłał?
Więzień milczał z tym paskudnym uśmieszkiem przyklejonym do pyska.
-W porządku, zrobimy inaczej- w tonie blondyna pojawiła się groźba. Podszedł do stolika przy bocznej ścianie.- Mam kilka całkiem fajnych zabawek. To mi się nie przyda- wyrzucił przez ramię przyrząd do łamania palców i ponownie zaczął szperać w kartonowym pudle.- No, mam. Na pewno to polubisz, wampirze- w dłoni chłopaka zobaczyłam paralizator.
-Łamiesz rozejm!- Warknął skuty. Jack przywalił mu z pięści.
-Rozejm? Niby jaki rozejm?- Spytał śmiejąc się drwiąco. Przedmiot w jego palcach trzaskając zaiskrzył.- Zacznij gadać, albo będzie bardzo nieprzyjemnie.

-Sadysta..- wampir oblizał krew z rozciętej wargi.
-Schlebiasz mi, śmieciu- Jack znów pstryknął paralizatorem. Paniczny wrzask krwiopijcy odbił się echem od ścian celi.
Jack podchodził powoli do wampira, który wrzeszcząc po francusku zaczął szarpać się w łańcuchach próbując je rozerwać.
-Co mówisz, przystojniaczku? Nie znam języka- stwierdził obojętnie Jack.
Więzień ciągnął za łańcuchy z panicznym strachem.
-Zabierzcie go! Zabierzcie go stąd..! Z dala ode mnie, błagam!- Zaczął wrzeszczeć z przerażeniem szarpiąc się w kajdanach.
-No, bez jaj!- Skomentował niecierpliwie Jack przeciągając się, a nam opadły szczęki.- Wampirek nie chce się już ze mną bawić!- Wybuchnął obrażonym tonem, opuszczając rękę z paralizatorem.
-Co się tu...?- Deere'a zamurowało. Wpatrzony we wrzeszczącego, skutego i nieźle sponiewieranego wampira poruszał ustami, jak ryba wyciągnięta z wody.
Jack z niewinną minką schował ręce za plecami.
-Kruk coś ty mu zrobiła..?- Zdumiał się Deere, gdy ochłonął z szoku.
-To nie ja- obruszyłam się.
-Więc kto?- Zamrugał szybko.
-Zapytaj przewodniczącego- rzucił Michael ruchem głowy wskazując blondyna.
-Zabierzcie go... Zabierzcie go ode mnie..- powtarzał struchlały krwiopijca.
-Dobra, oskarżony stawił się na salę rozpraw. Przyznaję się- oznajmił poważnie Jack, gdy tylko się poruszył wampir zaczął błagać o litość.
-Przewodniczący... Jesteś genialny- wyrzucił z siebie jednym tchem łowca herbu Jeleń, po czym zniknął za drzwiami.
-Co ja takiego zrobiłem?- Zdziwił się Jack, odkładając paralizator do pudła.- Kuci kuci, wampirku!- Rzucił wrednie, machając mu dłonią przed oczami, a wampir skulił się mamrocząc coś z błagalnym jękiem.- Pa, przystojniaczku.. Może jeszcze cię odwiedzę- rzucił na pożegnanie Jack, a krwiopijca zaczął drżeć jeszcze bardziej.
***
Popołudnie...
-Zacznij szczekać. Nazwisko- rzucił krótko Angello.
Cisza.
-Nazwisko, pijawo- rzucił bez emocji Angello.
Znów napotkał ze strony osadzonego milczenie.
-W porządku. Jeśli nie zaczniesz szczekać, zawołam tego miłego blondyna...
-Nie! Tylko nie on! Wszyscy, ale nie ON!- Zawył wampir w panice.
-Szczekaj- rozkazał Angello chłodno.
-Nic ci nie powiem..- zaczął wampir.
-Przewodniczący pozwoli na momencik!- Rzucił wesoło łowca rodu Cheruba.
Jack otworzył ciężkie drzwi i przystanął w nich.
-Mówiłem, że cię odwiedzę, ale nie myślałem, że tak szybko- zauważył lekko.
Na twarzy więźnia zagościł wyraz trwogi. Zaczął się trząść.
-Powiedz ładnie panu, jak się nazywasz- rzucił łagodnie Jack.- Jeśli usłyszę ciszę, to się pobawimy- zagroził z promiennym uśmiechem.
Wampir zwrócił czerwone tęczówki na Angello.
-Na.. Nazy...wam się Vincent Cloud...- odparł w końcu.
-Zaginiony w zeszłym roku w Fallen?- Ciągnął pytająco Angello.
-Nie pamiętam... Jedyne, co sobie przypominam to jakiś bar...
-Na obrzeżach miasta tuż przy głównej drodze?- Zapytałam wolno.
-Nie wiem... Nie pamiętam wiele z tamtego wieczora..- wymamrotał słabo.
-Nie kłam, bo..- Angello spojrzał wymownie na Jack'a.
-Ja naprawdę niczego nie pamiętam! Przysięgam!- Krzyknął przesłuchiwany.
-Może sobie przypomnisz z drobną pomocą- zasugerował Jack.
-To nic ci nie da... Klnę się na Boga, że nie pamiętam..- wydyszał słabym szeptem tamten.
Angello przekazał mi pałeczkę.
-Kto cię zmienił?- Zadałam następne pytanie.- To na bank musisz pamiętać- zauważyłam.
Wampir zamilkł na dłuższą chwilę. Jack zrobił krok w jego stronę.
-Kobieta... Nie znam jej- powiedział wreszcie.
-Jak wyglądała?- Wzięłam bloczek i ołówek.
Więzień tak, jak umiał zaczął opisywać jej wygląd, a ja wedle określeń narysowałam "portret pamięciowy".
-Wyglądała mniej więcej tak?- Zapytałam pokazując mu rysunek.
-Właśnie tak.. To była ona..- szepnął twierdząco.
-Trzeba poszukać w bazie- rzuciłam podając jednemu z chłopaków obraz.
-Jak trafiłeś do Rządowych?- Zapytałam, pytając wzrokiem Angello czy nadąża pisać. Skinął, że tak.
-Nie mam za bardzo pojęcia. Ostatnie, co pamiętam to, że wylądowałem na schodach pod stancją. Potem obudziłem się zupełnie gdzie indziej.. Jakaś bogata chata... Ogólnie all inclusive..
-Co było potem?- Wypytywałam dalej.
-Pić...- szepnął słabo.- Boli... Boli...- Wyraźnie stracił kontakt z rzeczywistością.- Pić...- ciągle powtarzał tylko to jedno słowo.
×××
-Nic więcej z niego nie wyciągniemy, jeśli nie dostanie krwi- zauważyłam, gdy usiedliśmy w gabinecie.
-Nie wiem, czemu; ale wydaje mi się, że może być jeszcze nam potrzebny- Jack okręcił się na biurowym krześle.
-Myślisz, że warto zaryzykować?- Zapytał ostrożnie Angello.
-Jeśli może się okazać kopalnią wiedzy...- potwierdził z wahaniem Jack. Zamyślił się na dłuższy czas zapatrzony w stos dokumentów na biurku.
Pukanie do drzwi.
-Proszę- rzucił ze zmęczeniem Jack.
Wszedł Tyrone z plikiem dokumentów.
-Mamy coś?- Zaciekawił się Jack.
Tyrone położył stos spiętych kart na biurku.
-Poszukiwana listem gończym pod zarzutem wielokrotnego mordu- odparł młodszy z braci Angello.- Do dziś nie wiemy gdzie się znajduje.
Wzrok Jack'a przesunął się na zdjęcie, a oczy rozszerzyły się w bezgranicznym zdumieniu.
-Ale ja chyba wiem- zauważył grobowo.
-Jesteś pewien?- Odezwał się schrypłym głosem Michael.
-Pamiętasz tę pindę od hiszpańskiego w naszym gimnazjum?- Spytał po chwili Jack niby mimochodem.
-No pamiętam, ale co to ma do rzeczy?- Zdziwił się zielonooki.
-To jedna i ta sama osoba- rzucił krótko podając mu papiery.
Michael pogrążył się na chwilę w lekturze.
-Faktycznie się zgadza..- zauważył zaskoczony.- Wampir grupy B... Cholera, jakoś nigdy jej nie lubiłem- skomentował.
Jack przymknął na chwilę oczy i zamyślił się.
-Ktoś musi się nią zająć..- stwierdził w zamyśleniu.- Ja i Cin jesteśmy najbliżej obiektu..
-Co zamierzasz zrobić, przewodniczący?- Zapytał rzeczowo Tyrone.
-Jedyne, co przychodzi mi do bani to ją sprzątnąć. Nie wiadomo, co jej odbije w szkole- powiedział cicho z namysłem.
Bracia Angello wymienili zaskoczone spojrzenia.
-To niebezpieczne, przewodniczący- zauważył rozsądnie Michael Angello.
Jack uniósł powieki, a jego brązowe tęczówki wbiły się w mężczyznę.
-Może i tak, ale to jedyne wyjście- przyznał spokojnie, patrząc w oczy rozmówcy. Jego oczy pociemniały.- Wiem, że jestem łowcą ledwie od kilku dni, ale kto by podejrzewał przeciętnego licealistę.? Do dziś nikt w szkole nie zna prawdy o "sekcie Jace'a".
-Senat na pewno zdobył już informacje o tobie- odrzekł niebieskooki Angello.
-Pewnie tak- przez twarz blondyna przemknął delikatny uśmiech.- To można łatwo obrócić na naszą stronę..
-Co ty, u diabła, planujesz??- Zdumieli się bracia z rodu Cheruba.
Jack uśmiechnął się tryumfalnie.
-Rozpuścimy pewną bardzo ciekawą plotkę...- oznajmił tajemniczo.



Hunter III Curse Rozdział XXX Przewrotne serce. -Jack L. Donnovan-

Osiemnasty dzień lipca.
Kolejne zebranie Rady przerwały otwierające się drzwi, które z hukiem uderzyły o ścianę.
Wszyscy spojrzeli w tamtą stronę. W wejściu stała...
Silvia Edge. Blada, jak śmierć z ogniem w oczach, z rozbryzgiem krwi na latynoskiej twarzy i zakrwawionym mieczem. Jeden z chłopaków naszej kwatery z okrzykiem „zdrajca” przeskoczył stół i rzucił się na nią z ostrzem. Rapier w dłoni kobiety sprawnie odbił atak a stopa kopniakiem posłała łowcę rodu Pochodnia w stronę stołu.
Pośród dzwoniącej w uszach ciszy kobieta odezwała się:
-Mordują łowców, którzy porzucili zawód- odbiła kolejny atak Jaspera i odepchnęła go na bok.
-Przyszłaś węszyć?- Angello powstrzymał się od rzucenia wiadomego określenia.
-Zwiałam stamtąd. Law nie żyje, a ja mogę być następna- odbiła trzeci atak i wytrąciła Porterowi broń.- Poza tym... Wampiry dozbrają Klasztornych- powoli opuściła broń.- Kilkunastu jest szczególnie niebezpiecznych.
Zadzwonił telefon. Jack odebrał.
-Spoko; dzięki Jace- rzucił kończąc trwającą ledwie kilka sekund rozmowę.- Pod jakim względem uważasz tych Nowych za szczególnie niebezpiecznych?- Zwrócił się do Silvii.
-Kim jesteś, żeby o to pytać?- Zaczęła nieufnie.
Blondyn zniknął. W ułamku sekundy stał tuż przy niej z nożem przy jej gardle.
-Słabo się orientujesz; Zdrajco- zauważył chłodno, a sygnet z kielichem odbił światło.
-To ty jesteś nieślubnym synem, herbu Kielich...- zaczęła z namysłem.
-Ponawiam pytanie; Edge; herbu Rapier- zwrócił się do Silvii, a wszyscy łowcy ucichli, zastanawiając się, skąd chłopak ją zna.
-Tej grupie Klasztornych przewodzi Luke Castor i Irina Lockwood- oznajmiła cicho.
-Kłamiesz!. Luke wolałby zginąć, niż się tym stać- zasyczał blondyn.
-Możesz mi nie wierzyć, Przewodniczący. Nie dbam o to; jednak wiem tylko tyle, że Castor prowadzał się z jedną z Nich.
Widząc zaskoczonego listonosza; Jack złożył nóż w dłoni i podszedł w jego stronę.
-Pan Donnovan? Listy do pana- listonosz rozejrzał się po nas dziwnie.
Poczułam, że coś tu nie gra. Jack w mig otworzył spowrotem nóż i odbił niespodziewany atak. Edge rzuciła mu swoją broń. Pochwycił ją pewnym ruchem i kopnął pijawę w twarz, po czym wykręcając przeciwnikowi rękę w tył przycisnął go kolanem do podłogi.
-Pijawka w cywilu szpieguje, hm?- Spytał ku zaskoczeniu nas wszystkich.
-Co mnie zdradziło?- Prychnął tamten.
-To- Jack zerwał z jego szyi medalion i pomachał mu kameą przed nosem.- Nawijaj, kto i po co cię przysłał.
-Idź do diabła, ścierwo Kielicha!- Warknął nienawistnie krwiopijca.
Jack podniósł go i doprowadziwszy do drzwi przywalił w nie twarzą wampira.
-Ciekawi mnie pewna bardzo ważna sprawa- zauważył i znów przypierdolił twarzą bruneta o drzwi- jeśli ktoś wybije ci kły, to one odrastają, czy zdychasz z głodu?- Spytał swobodnie, a Deere rozdziawił usta z zaskoczenia.
-Nic ci nie powiem!- Zasyczał przesłuchiwany nienawistnie. Kolejny raz jego pysk zderzył się z dębowymi drzwiami.
-To jak z tymi kłami- następne kilka mocnych uderzeń- odrastają czy nie?- Puścił zamroczoną pijawę i dodatkowo poczęstował kilkoma silnymi kopniakami.- Zacznij nawijać, Klasztorna Ściero- zignorował szepty łowców i odrzucił rapier do właścicielki, a zza paska wydobył sztylet.
-Co on zamierza?- Szepnął zdziwiony Angello.
-Wierz mi: sam nie mam pojęcia- odszepnął Deere.
Morgenstern, Hunter i kilku innych mistrzów w milczeniu obserwowało poczynania młodego przewodniczącego, który podniósł wampira za szmaty i jednym błyskawicznym ruchem ostrza pozbawił go palca.
-Ja mogę tak w nieskończoność- rzucił blondyn z drwiącym uśmieszkiem.- Prędzej, albo wyśpiewasz wszystko z detalami, albo cię potnę. Na kawałeczki- zauważył lekko.- No, to jak będzie?
Wampir wyrwał się i spróbował zaatakować; Jack odbił i wyprowadził prawy prosty. Przesłuchiwany wpadł na drzwi i osunął się po nich na podłogę, a Jack znów podniósł go do pionu.
-Gadaj, co cię tu przywlokło- syknął lodowato. Wyglądał, jakby dostał nagłego ataku furii, a pastwił się nad pijawą, jak urodzony łowca- jakby od urodzin wychowywał się w Podziemiu. Wychwycił spojrzenie Deere'a i widząc pytający wzrok skinął głową.
-Rada zostaje odroczona. Nakaz główny: wróćcie do opierdolki- zażartował viceprzewodniczący.
Wszyscy wstali i zaczęli się rozchodzić.
***
-Co ten nasz główny wodzu tam z tą pijawką wyczynia? Na Kulawe Aniołki- wymruczał z rozmarzeniem Podkowa.
-Diabli wiedzą, ale na pewno nie chciałbym być na miejscu tego wampira- odparł Vładimir.- Ciekawe, czy z tymi kłami to tak na poważnie, czy tylko sobie jaja robił- zauważył.
-Szczerze mówiąc sam jestem ciekaw, czy odrastają- przyznał Horse.
-Jaja sobie robisz?- Zdumiał się Rosjanin.
-Nie, serio. Jeszcze nie widziałem pijawy z wybitymi kłami i bardzo mnie to intryguje- odparł zamyślony Jacob.
-Z ciebie to naprawdę jest niezły kretyn... Łu hu hu!- Gwizdnął nagle gapiąc się na przechodzącą Cindy.
-Piętnaście na dziesięć- szepnął z podziwem.
Łup!
Zgrzyt lecącej tony blachy i wesoły rechot Władii.
-I z czego się, kurwa, cieszysz?- Warknął wściekły Jake.- Wyciągnij mnie spod tej cholernej- tu posypała się jeszcze wiązanka oryginalnych przekleństw.
-Łowczy rodu Podkowa po raz drugi zaliczył... Zbroję- zarechotał Vładimir.
-Przestań rżeć, jak kretyn i mnie wyciągnij!- Odburknął wściekły Horse.- Poza tym, jak już, ona jest dwadzieścia na dziesięć- poprawił go ciszej.
-Ej, nigdy żadnej laski tak nie określiłeś- zauważyłam, szybkim ruchem podnosząc zbroję.
-Cicho, Kruk!.- Syknął, jakby bał się, że jego obiekt usłyszy.
-Ze-strze-lo-ny. Ze-strze-lo-ny- zanuciłam złośliwie, łapiąc hełm którym we mnie rzucił, założyłam go na stojak.
-Naprawdę jest na co popatrzeć- zauważył tuż za nami Porter, śledząc wzrokiem Cindy, ubraną w zwiewną, kraciastą sukienkę do połowy ud na cieńkich ramiączkach.- Ma to.. I tamto..- gwizdnął za nią na palcach, a ta uśmiechając się pokazała mu przez ramię, żeby puknął się w baniak. Horse miał taki wyraz twarzy, jakby chciał zabić go na miejscu.
-Jazzy nie psuj mu dzieciństwa- rzucił ironicznie Władia.- Callisto..
-Cśśś... Chcę utrwalić sobie w pamięci tę, wręcz epicką, żądzę mordu w oczach Podkowy- szepnęłam z rozmarzeniem.- Dobra. Mam czym dręczyć go przez najbliższy tydzień... Dawaj.
-Założyłaś hełm odwrotnie- stwierdził ruchem głowy wskazując zbroję.
-Ech... Czy wszyscy z Rodu Romanow mają to symetryczne zboczenie?- Jęknęłam.
-Poza tym, który wiecznie chodzi z zamkniętymi oczami, czyli moim młodszym bratem: wszyscy- w tym momencie usłyszeliśmy cudownie brzmiące i niemniej słynne, iście polskie KURWA MAĆ(!) oraz potężny łomot.
Pobiegliśmy w stronę schodów na dół, a tam...
Jeden z chłopaków z warszawskiej kwatery w porę został powstrzymany przez Marco przed podniesieniem się z pozycji leżącej. Tuż nad łukiem brwiowym widoczne było lekkie rozcięcie.
-Nic mi nie jest- żachnął się sunąc wzrokiem za przyczyną swego upadku.
Marco z pomocą kumpli chłopaka, zaczął go opatrywać, a Jacob mruknął coś pod nosem.
-Patrz czasem, jak chodzisz; kotku- rzuciła Cin ironicznie do poszkodowanego, przechodząc.
-Powiedzcie mi, że ona tego nie powiedziała...- zaczął dziwnie przerażony Jacob.
-Czego?- Wymieniliśmy spojrzenia.
-Ona powiedziała do niego kotku... KOTKU, rozumiecie to??- Jacob miał taką minę, jakby go jasny piorun strzelił.
-No i?- Vładimir uniósł brwi zaskoczony.
-Ty serio jesteś głupi, jak trep- stwierdził z wyrzutem Jacob Horse, zakładając ręce na piersi zmierzył przyjaciela pogardliwym spojrzeniem.
-Wiesz, o co mu lata?- Spytał mnie półgębkiem Władia.
-Ni w ząb. A ty, Jazzy?- Oddałam pytanie.
-Otacza mnie banda przymułów- jęknął bliznowaty z nagłą irytacją, po czym obrócił się na pięcie i ruszył do siebie.
-Co mu odbiło?- Zdziwił się Rosjanin.
Wzruszyłam ramionami, a Jasper pokręcił głową, że nie wie.
***
Podczas obiadu Jacob nie odzywał się zbytnio, pogrążony we własnych rozmyślaniach.
-Wasza Kretyńska Mość? Jeszcze soczku?
-Poproszę, mój wierny Błaźnie- rzucił głosem bez wyrazu grzebiąc widelcem w talerzu przed sobą.
-Wszystko okej, Jacob?- Zapytała ostrożnie Clarissa.
-Mhm, nic mi nie jest- odparł tym samym tonem czarnowłosy.
-Nie wydaje mi się. Jacob Thomas Horse, herbu Podkowa nie przewraca widelcem w jedzeniu bez powodu. Zwłaszcza w tak pysznym jedzeniu- podkreśliła powoli, wpychając w siebie kolejny kawałek devolai'a.
-Nie jestem za bardzo głodny- stwierdził obojętnie nadal wpatrzony znudzonym wzrokiem w swój talerz.
-A to jakaś nowość- zauważył Michael przyglądając mu się.
-To naprawdę nic takiego- Jake odbił piłeczkę.- Ponabijajcie się z Władii dla odmiany- uśmiechnął się blado i zaczął znów jeść.
Poszły porozumiewawcze spojrzenia i kopniaki. Z chłopakiem ewidentnie było coś nie halo, bo zwykle nie zachowywał się w ten sposób. Zupełnie jakby pogorszył mu się humor, albo był czymś przybity.
Wypił duszkiem szklankę soku i westchnął ciężko.
Cindy obserwowała go ukradkiem jedząc.
-Jutro kolej naszej kwatery, Cally- zamruczał mi do ucha Michael przyciągając mnie do boku, objął mocno.
-Znów wcześnie wstać.. Deere złożył już ekipę?- Odszepnęłam.

Z tabliczki przy drzwiach kuchni:
Jutro 20. lipca: A. Middford, C. A. Tyler, C. G. A. Raven, C. J. Raven, D. C. V. Raven, C. Jacobs, M. J. Tyler, J. T. Horse, V. M. Romanow, J. L. Donnovan. 
-Przewodniczący też?- Zdumiałam się.- Zara, kim jest ta Jacobs?- Zdziwiłam się.
-Cindy- skwitował.
-Co mnie obgadujecie?- Spytała z humorem wspomniana. Wbiła wzrok w tabliczkę.- O, jutro gotujemy- rzuciła zacierając ręce z uciechą.- Wreszcie zobaczę cię w akcji - dodała szturchając lekko Michaela.- Ciekawe, czy potrafisz tak gotować, jak się zawsze przechwalałeś.- Zachichotała.
-Dwadzieścia na dziesięć- rzuciłam niewinnie, a Jacob zwiał ze swego stanowiska obserwacji.
-Mam wrażenie, że to nie było o zdolnościach Czterookiego- zauważyła powoli.
-Ekhm..- Michael szturchnął mnie wymownie, a gdy spojrzałam nań pytająco skinął.
-Co to za tajemnice?- Zdziwiła się brunetka, nerwowo poprawiając sukienkę.
-Żadne- Michael wzruszył ramionami.- Wezmę małą na spacerek- zamruczał dając mi całusa.

Kiedy zielonooki zniknął w drzwiach pokoju, Cindy rozglądając się zauważyła:
-Wiesz, Callisto... Jacob jakoś dziwnie się zachowuje- zagadnęła powoli, wpadła na kogoś.- Och, Jacob.!- Z okrzykiem zaskoczenia odsunęła się szybko i omal się nie wywróciła.
Horse w ułamku sekundy pochwycił jej dłoń i osadził brunetkę w pionie. Posłał mi długie spojrzenie w stylu: zabiję cię, jeśli coś chlapniesz.
Cindy złapała zawiechę i zagapiła się na Jake'a, który już trochę za długo trzymał jej palce.
-Przepraszam- rzucił krótko mijając nas.
-Co chcesz powiedzieć przez "dziwnie"?- Podjęłam przerwaną rozmowę.
-Sama zauważyłaś, że ledwo tknął obiad, zamiast wciągnąć standardową porcyjkę, dokładkę i popchnąć deserkiem- powiedziała powoli.- Może coś mu jest?
-Nie musisz przejmować się Jacobem: to twardy koleś- rzuciłam klepiąc ją po ramieniu.
-Bardzo go lubię i się trochę martwię- zwierzyła się szeptem, jakby nie chciała, żeby ktokolwiek o tym wiedział.
-Tylko lubisz?- Popatrzyłam na nią zaciekawiona.- Czy może trochę więcej, niż zwykłe, niewinne lubisz?- Zatrzepotałam rzęsami ze śmiechem.
-Tobie coś powiedzieć; Kruk- prychnęła urażona.
-Naprawdę jestem ciekawa i to było na poważnie- szybko ściszyłam głos i rozejrzałam się, czy nikt nie podsłuchuje.
-Dziewczyńskie szepty, hm?- Rzucił tuż za nami Romanow.
-Władia, jak ktoś szepcze, to znaczy; że ma jakiś sekret; nie?- Burknęłam z wyrzutem.
-Ja tam nic nie słyszałem- rzucił wesoło.
-To ty zwykle mielisz tym ozorem na lewo i prawo- urażona szturchnęłam go mocno.
Vładimir uniósł dłoń do ust i wykonał gest zamknięcia ich na kłódkę, a po chwili wyrzucił niewidzialny klucz za siebie.
-Serio nic mu nie powiem- zapewnił Vładimir.
-Komu?- Zapytałyśmy zaskoczone, a Cin zrobiła się czerwona jak burak.
-Nie róbcie sobie ze mnie jaj. Przecież wiem, o kogo tu biega- zniecierpliwił się Władia.
-Więc, o kogo biega?- Spytałam, a on przewrócił oczami.
-A o takiego jednego- rzucił z pokrętnym uśmieszkiem.
Od schodów w dół przybiegł Jacob.
-Władia, wszędzie cię szukam- wysapał, przystając oparł dłonie na kolanach oddychając ciężko.
-Co jest grane, Jake?- Zdziwił się Rosjanin.
-Musimy pogadać- pociągnął go za ramię.- W cztery oczy, Romanow- oznajmił z naciskiem. Dostrzegłam, że rzuca ukradkowe łypnięcia na brunetkę.
-Co takiego się stało, że robisz tyle szumu?- Vładimir gapił się nań z zastanowieniem.
-Pięćdziesiąt na dziesięć; idziemy- ruchem głowy wskazał drzwi ich wspólnego pokoju.
-Przepraszam, piękne panie- rzucił z przesadną uprzejmością Vładimir kłaniając się tradycyjnie z dłonią przy sercu. Wychwyciłam, że Jacob miał żądzę mordu w oczach.
-Nie żartuj sobie, Romanow- zarechotała Cindy.- Jestem taka piękna, jak grzyb atomowy- zakpiła z siebie.
-Na mnie nie patrz: jestem szczęśliwą mężatką- zarechotałam.
Obaj odeszli w stronę pokoju.
-O co lata z tym pięćdziesiąt na dziesięć?- Zapytała wolno Cindy, gdy nagle minęła nas grupa nastolatków płci przeciwnej z warszawskiej KGS, rozmawiając szybko między sobą.
-No, mówię ci; gościu: osiemdziesiąt na dziesięć- rzucił chłopak z podziwem.
-Mówisz o tej, przez którą zjebałeś się ze schodów?- Spytał drugi.
-Sam byś jebnął, jakbyś..- wtedy dostrzegł Cindy i urwał nagle, robiąc się blady; jak kreda. Po chwili szepnął coś szybko do swoich kumpli.
-Co jest z nimi nie tak?- Zdziwiła się Cin.
-No, nie mów, że nie wiesz!- Żachnęłam się.
ŁUP! Chłopak o słowiańskiej urodzie, oglądając przez ramię na Cin zderzył się z jednym z posągów
-Kurwa- zaklął z irytacją, obchodząc statuę szerokim łukiem popatrzył na nią niechętnie.
-Czuję, że niedługo się przekonasz...- zauważyłam zamyślona.
Nazajutrz, poranek.
-Kto ukradł mi wyjście z pokoju??- Przeraziła się Cindy.
-Co się tam odwala?- Zdziwił się zielonooki zabawiając Lily wyszedł na korytarz i wybuchnął nieposkromionym śmiechem.
-Co jest..?- Widząc wejście do pokoju Cindy zamurowane czekoladkami i ułożony tuż obok drzwi stos z bukietów różnokolorowych róż opadła mi kopara.
-Wypuśćcie mnie stąd... Hę?- jedno prostokątne pudełko wysunęło się i spadło na podłogę.
-Lepiej jej pomóżmy- rzuciłam ze śmiechem.

Kwadrans później Cin była odmurowana.
-Walentynki dopiero w lutym- zauważyła gapiąc się wielkimi oczami na kwiaty i słodkości, z których największa paczka była opakowana o wiele staranniej, niż wszystkie inne. Cindy akurat trzymała ją w palcach i nagle zrobiła się czerwona jak piwonia z zakłopotania.
-„Może nie będą tak piękne, jak sklepowe; ale- proszę- Zechciej je przyjąć"- przeczytała samymi wargami.- Wnieśmy to...- wymruczała oszołomiona.
Staranne pudełko na szafce nocnej, a resztę z naszą pomocą ułożyła na biurku.
-Ufff... Pomylili miesiące, czy co?- Mruknęła w zastanowieniu.
-W kalendarzu łowczych Walentynki nie istnieją- zauważyłam.
-Nie macie walentynek??- Zdumiała się patrząc na mnie z przejęciem.- To.. Jak pary mogą tak istnieć?- Opadła jej szczęka.
-Pary łowców codziennie mają namiastkę Walentynek- Michael objął mnie w żebrach opierając brodę o moje ramię.
-Łowcy są tacy mega romantyczni?- Spytała zaciekawiona.
-Przyznaj, że zżera cię ciekawość od kogo są te jedyne w swoim rodzaju czekoladki- w sumie sama nie wiedziałam, co właściwie jest w tym pakunku.
-Szczerze mówiąc: pewnie, że jestem ciekawa- odparła wesoło.

Kuchnia.
-Cześć, brygada- rzuciliśmy.
-Siemka- przywitali się wszyscy. Jacob odwzajemnił powitanie z lekkim opóźnieniem.

Podczas pracy w kuchni rozmawialiśmy i żartowaliśmy ze wszystkiego.
-Podkowa, nie myśl tyle, bo myśliwym zostaniesz- rzuciła Caro szturchając go.
-Uspokój się, „Tańcząca z wilkami”- odparł rzucając w nią marchewką, a wszyscy, włącznie z Cindy buchnęli śmiechem.
-Odezwał się bijący się z Amorkiem. Przemoc wobec dzieci jest zakazana, wiesz?- Zażartowała Caro.
-A jeśli mam kogoś na oku?- Zapytał wyzywająco, siekając kapustę.
-Ile ma ona w twojej skali?- Spytała przesadnie zaciekawiona.
-Na pewno więcej, niż ty- odciął się lekko Jacob.
Przerwał nam pisk sprzed piekarnika.
-Tu... Tu jest.. M-Mysz!- Zapiszczała Cindy cofając się od sprzętu.
-Spokojnie. To tylko moja Vicky. Nic ci nie zrobi- zastopował ją Devon. Mysz popiskując wdrapała mu się po spodniach, koszulce i wskoczyła do kieszonki na piersi.- Widzisz? Ona bardziej się boi ciebie, niż ty jej- zachichotał, głaszcząc palcem zwierzątko.
-Zabierz stąd tę bestię- jęknęła błagalnie Amber.
-Dobra, dobra już- rzucił orzechowooki wychodząc.
-Jak ja nienawidzę myszy.. Uuuch, brrry!- Otrząsnęła się Amber.- Jake. Zaraz się utniesz.
-Co..?- Czarnowłosy zdążył cofnąć ostre narzędzie od palców.- Co do skali, Caro.. Dziewięćdziesiąt na dziesięć- rzucił z przekonaniem.
-Łooo, koński łbie.. Czyżby cię zestrzeliło?- Szepnął doń Michael.
-Mężowie powinni siedzieć cicho- zażartował Horse poszturchując wesoło mojego męża.

-Jake- rzuciłam za nim.
-Aha?- Spytał przystając w drzwiach kuchni.
-Serio się zakochałeś?- Zapytałam wypatrując za drzwi, czy nikt nie podsłuchuje.
-Czemu pytasz..?- Zaczął trochę nieufnie.
-Tak po prostu- wzruszyłam ramionami spokojnie.
-Nic ci nie powiem- prychnął chcąc wyjść z pomieszczenia.
-Czekaj, Jacob- złapałam go za ramię i osadziłam w miejscu.
-Co ty ode mnie chcesz?- Zapytał z niechęcią unikając mojego wzroku.
-Ta "dziewięćdziesiąt na dziesięć" o tym wie?- Wypytywałam dalej.
Milczał przyglądając mi się podejrzliwie.
-Do czego prowadzi ta rozmowa, Tyler; herbu Kruk?- Zapytał ostrożnie.
Bardzo długą chwilę zastanawiałam się, jak mu  powiedzieć, że Cin się o niego martwi i zrobić to tak, by nie domyślił się, że to właśnie o nią chodzi.
-Od kilku dni zachowujesz się, jakbyś nie był sobą i trochę nas to martwi, więc.. No, chcieliśmy cię rozweselić- zauważyłam.
-Nic mi nie jest, serio- uśmiechnął się blado.
-Cindy zastanawia się od kogo jest to złote pudełko z czerwonym sercem ze wstążki. Chyba tylko to jedno jej się spodobało, poza tymi, które dostała- cholera, wygadałam się...
-Dostała jeszcze inne prezenty??- Zapytał spanikowany.
Ha, mam cię..!- Pomyślałam z satysfakcją.
-Yyy... Znaczy się... Świetnie, że ma branie- poprawił się szybko, jakby załapał, że odrobinę przesadził ze swoją reakcją. Wpatrzony w srebrny blat stołu zacisnął na chwilę usta.- Na pewno nikomu nie powiesz...?- Zapytał z ogromną prośbą.
-Nikomu- rzuciłam podnosząc dłoń w geście przysięgi.
Jacob przysiadł na stołku i westchnął głęboko.
-Chyba naprawdę mnie zestrzeliła- powiedział prawie szeptem.- No, wiesz... Ona jest mega... Dziewięćdziesiąt na dziesięć bite. Jak w mordę strzelił- zwierzył się cicho.- Jak ją widzę, to aż mnie... No, wiesz... Skręca mi się żołądek i w ogóle... No i... Do żadnej czegoś takiego nie czułem i...- westchnął tęsknie.- Jest taka.. Taka MEGA, że: o ja pierdolę..- wymamrotał.- Sam nie wiem: czy właśnie to jest to całe zakochanie?- Zapytał w końcu jakby z nadzieją.
-Zagadaj do niej, to sam się przekonasz- rzuciłam poklepując go po ramieniu z otuchą.
-Ale ja... Nie wiem czemu, ale; jak chcę się do niej odezwać; to... Zapominam języka w paszczy..- zauważył nieco wystraszony.
-Za bardzo się denerwujesz; Podkowa. Zluzuj, koleś- rzuciłam obejmując go przyjacielsko ramieniem.- Chodź na śniadanie i niczym się nie stresuj.
-Łatwo ci mówić. Boję się, że ona mnie wyśmieje..- mruknął ponuro.
Podniosłam go na nogi i dałam mu kopa w dupę.
-To na szczęście- rzuciłam wesoło, w odpowiedzi uśmiechnął się nieśmiało.