-Ciekawe, czy na serio jesteś tak dobry, jak mówisz- uśmiechnęła się ironicznie.
-Potrafię to i owo- wykręcił się niebieskooki.
Cindy zmierzyła go wzrokiem od stóp do głów.
-Sprawdzimy- skomentowała wolno.- Słyszałam, że łowcy są bardzo romantyczni..
-Są- przyznał ostrożnie jej rozmówca.
-No, to powiedz coś romantycznego. Zwal mnie z nóg- rzuciła wesoło.
-Ale tak... Tak teraz przy wszystkich?- Przeraził się.
-No, czekam- rzuciła podpuszczając go.
Jej rozmówca zrobił się czerwony jak burak ze wstydu i zapomniał języka.
Jacob ruszył z miejsca w ich stronę.
-Twoje oczy są fiołkowe, twoja jest ta ziemia.
Zostań Panią mego serca: więcej mi nie trzeba- rzucił drżącym ze zdenerwowania głosem.
Wieniec nastolatków odwrócił się w jego stronę i ucichł. Cindy rozchyliła usta mrugając oczami w osłupieniu.
-Jacob... Ja tylko żartowałam- zaczęła jąkając się lekko.
Rozmowy ucichły. Wszyscy obserwowali z zaciekawieniem łowcę herbu Podkowa.
-Ale ja nie- wziął jej rękę i przyciągnąwszy delikatnie do siebie, na oczach całego Stowarzyszenia pocałował dziewczynę.
Wszyscy wstali sprzed stołów, gdy oderwał usta od jej. Ucałował ją delikatnie w rękę, a jego dłoń ozdobiona sygnetem powędrowała do piersi. Tradycyjnie skłonił się, po czym odwrócił się i spokojnie opuścił jadalnię. Wszyscy usiedli, a Cin nadal oszołomiona ruszyła do nas i siadając drżącymi rękami nalała sobie soku. Wypiła duszkiem całą szklankę. Jej wyraz twarzy wyraźnie wskazywał na to, że przez jej umysł pędziło tornado myśli.
***
Do jadalni wbiegł zdyszany Weiss.
-Powstrzymajcie ich ktoś!- Wysapał przestraszony.
-Co się dzieje?- Zapytał jeden z mężczyzn.
-Pojedynkują się!
-Kto?- Zapytał Angello.
Weiss upił kilka łyków wody.
-Grigorij Fiodorow rzucił rękawicę młodemu Podkowie... Oni chcą się pozabijać!- odparł zaaferowany czternastolatek.
Wszyscy porzucili jedzenie i pobiegli za chłopcem.
-Nie daruję ci tego, swołocz!- Warknął niski, umięśniony Rosjanin atakując zawzięcie Jacoba.- Ośmieszyłeś mnie przed wszystkimi; ty...!
-To ty rzuciłeś mi wyzwanie- odparował Jacob. Odbił cios i kopniakiem posłał przeciwnika w barierkę schodów, po czym sam ruszył nań z impetem.
-Dobrze wiem, co zrobiłem! To ty zadzierasz nosa, synu zdrajcy!- Warknął niski odbijając ataki. Jacob uchylił się przed pięścią i sam okręciwszy się jak bączek przywalił mu z łokcia w twarz.
-Pax; w Imię Anioła!- Zakrzyknął Michael Angello.
Był to nakaz do przerwania pojedynku. Jacob nie usłuchał, nadal broniąc się przed szybkimi ciosami Grigorija.
Angello i przewodniczący moskiewskiej KGS wpadli równocześnie między walczących. Angello odepchnął półtorak w palcach Horse'a i wytrącając miecz pochwycił go za rękojeść- to samo uczynił moskiewski przewodniczący. Obaj krzyżując broń chłopaków dotknęli nią wyrzeźbionej w podłodze postaci Anioła; lecz Horse i Fiodorow nie poprzestali na tym. Pozbawieni ostrzy rzucili się ku sobie z pięściami.
-Nazywasz mnie zdrajcą; ty podły..?- Horse zaczął prać Fiodorowa pięścią po pysku.- Odszczekaj to!
-To ty odszczekaj to, że ją kochasz!- Tym razem to Jacob wylądował na podłodze i był zmuszony bronić się przed pięścią.
-Nigdy!- Jake zepchnął go z siebie i podnosząc się chwiejnie na nogi zaczął kopać Grigorija, który chwycił go za kostkę i wywrócił na podłogę.
-Dosyć tego!- Prychnął Angello bezskutecznie próbując rozdzielić walczących.
W końcu bójka się zakończyła. Lockwood i Falcon trzymali Jacoba za ramiona, a Vładimir Romanow i jakiś inny łowca przytrzymywali Fiodorowa.
-Puszczajcie, blat'!- Zaklął chłopak wyrywając się.- Ubiyu go; kak sobaku!- Warknął usiłując uwolnić się z chwytu.
-Puszczaj; Dorian! Zabiję drania! Puśćcie mnie obaj! Zajebię tego kundla..!
-Dosyć już, Jacob- oznajmił Lucas swoim chłodnym głosem.- Ochłoń, chłopie.. Nie warto..
-Dla niej warto!- Horse wyrwał się, umknął przed próbującym go dorwać Dorianem, staranował przeciwnika i znów wybuchła rozróba.
-Na Nieskończoną Cierpliwość Świętego Anioła- jęknął z irytacją Angello i wraz z Dorianem i Lucasem rzucili się, by znów odciągnąć Jacoba. Wykręcili mu ręce w tył i rzucili go na kolana. Fiodorow osunął się po ścianie na podłogę. Stracił przytomność.
|•••|
-Masz kategoryczny zakaz wstawania z łóżka- oznajmił Marco Holy, owijając głowę Jake'a jakimś bandażem.- Teraz nastawię ci ramię, a potem opatrzę resztę- rzucił krótko zamykając nam drzwi przed nosem.
-Pobili się przeze mnie- zachlipała brunetka.
-Już.. Nie płacz- szepnęłam obejmując ją lekko ramieniem.
-Ale... To.. To takie głupie i... I odważne- szepnęła łkając.- Jacob jest taki... Taki odważny...- z trudem otarła łzy rękawem cieńkiej bluzy.
Wymieniłam spojrzenie z zielonookim, ale nim zdążyłam się odezwać usłyszeliśmy wrzask Horse'a.
-W porządku, już po wszystkim- powiedział cicho Holy.- Co cię podkusiło, żeby z nim walczyć?- Westchnął ciężko.
-Rzucił we mnie herbową rękawicą. Miałem się poddać i mu odpuścić..?- Prychnął w odpowiedzi Horse.
-Czasem lepiej dać spokój, Jacob- zauważył Marco.
-Taaa i wysłuchiwać potem wyzwisk. Dzięki, ale nie- odburknął niechętnie Jacob.
-Jesteś cholernie porywczy, Jake. Zdrowiej. Muszę zajrzeć do tego drugiego kretyna- rzucił idąc w stronę drzwi.
-Jak z nim?- Zapytała Cindy szybko.
-Nic mu nie będzie- uspokoił Marco odchodząc.
-Co, tam; powojenny?- Rzucił Michael na przywitanie.
-Żyję- Jacob wyszczerzył się w uśmiechu. Brakowało mu dwóch zębów.
-Wyglądasz strasznie- załamała się brunetka.
-Nie takie rzeczy przeszedłem, nie martw się- pocieszył ją.
-O co właściwie się pobiliście?- Zapytałam ostrożnie.
-Kazał mi powąchać swój cuchnący herb. Powiedział, że ośmieszyłem go przed całym Zrzeszeniem i przed Cindy. Zwłaszcza przed Cindy- dodał z naciskiem.- Kazał mi, śmieć, jeszcze odszczekać to, co powiedziałem w jadalni. Odparłem, że prędzej piekło zamarznie i podniosłem tę jego rodową szmatę, mówiąc że przyjmuję- opowiedział w skrócie.- Gdyby nie ten szczaw Weiss... Niech to...- syknął z bólu, opierając dłoń na usztywnionym ramieniu.
-Przyniosę ci coś do jedzenia- rzuciła Cin.
-Pomogę ci- dorzuciłam widząc, że wyciąga mnie wzrokiem.
-Callisto.. Naprawdę nic mu nie będzie?- Zapytała Cindy zmartwiona.
-Spokojnie, Podkowa to twardziel- poklepałam ją po ramieniu.
-Właściwie, czemu podniósł tę głupią rękawicę? Ja wcale nie chcę, żeby się o coś bił.. Zwłaszcza o mnie- powiedziała cicho ocierając łezkę.
-Wiesz... Wszyscy łowcy są bardzo dumni.. Wydaje mi się, że Jake uznał, że ta walka to kwestia honoru i...
-Nie chcę, żeby był honorowy; tylko; żeby był sobą- prychnęła zła, układając na tacy jedzenie.
-Mówisz teraz jedno i to samo- zauważyłam ostrożnie.
-Wcale nie. Jacob nie jest idiotą- burknęła.
-Istotnie. Honor i głupota to dwie odmienne rzeczy, Cindy; z tym, że.. To pierwsze jest jakby częścią Horse'a.
-Istotnie, Kruk- Jacob oparł się słabo ramieniem o drzwi kuchni.
-Miałeś leżeć- Cindy podskoczyła jak oparzona.
-Marco trochę przesadza, a mnie nic nie jest- odparł ze słabym uśmiechem. Zachwiał się i zacisnął mocniej dłoń na framudze.
-Marsz do łóżka, Jacob- syknęła ostro brunetka.
-Cin...- przymykając oczy zachwiał się niebezpiecznie.
Michael stojący tuż za nim złapał go i zarzucił sobie zdrową rękę chłopaka na ramię.
-Co on tu robi?- Zapytał znajomy głos, a pode mną ugięły się nogi.
-Musiałbyś go związać.. Wiesz, że on zawsze stawia na swoim- zauważył Michael, podtrzymując bladego, jak prześcieradło czarnowłosego.
-Zabiorę go do pokoju- Marco podciął chłopaka i wziął na ręce.- Czasem mnie dziwi, że tyle wsuwa, a nadal jest lekki, jak piórko- stwierdził wolno idąc w kierunku schodów.
-Nie zdążyłem jej zapytać o coś... Coś ważnego- upierał się Jacob.
-Leż spokojnie- turkusowooki podał mu jakiś zastrzyk, Jacob spojrzał nań półprzytomnie.
-Soś waszneho, Marho..- wybełkotał słabo.- Soś ty mi dauu? So mi... Słonik??- Zdziwił się.
-Co jest grane?- Zaczęła Cin z niepokojem.
-To chwilowe i zaraz mu przejdzie. Jest oporny na leki, dlatego dostał nieco większą dawkę- wyjaśnił turkusowooki.
-Ty na serio jesteś lekarzem?- Zapytała ostrożnie.
-Na ostatnim roku studiów- przytaknął bez wahania Marco.- Twierdzą, że najlepszym na roku...- przyznał dość niechętnie.
Jacob po chwili otworzył oczy.
-Lepiej, chłopie?- Spytał Marco, badając chłopaka.
-Spierdalaj mi z tą latareczką.. Ślepisz mnie- prychnął Horse.- A Władia gdzie?- Przypomniał sobie o najlepszym przyjacielu.
-Poszedł zapalić- skwitował Marco.
-Jak ja go zaraz zapalę..- Warknął groźnie zrywając się z łóżka.
-Leż spokojnie.- Marco siłą położył pacjenta spowrotem.
-Puszczaj. Nakopię mu do dupy..- burknął wściekle Jacob.
-Jeśli się nie położysz, to ja ci nakopię do dupy- zwarczała go Cindy stawiając z trzaskiem tacę, aż zadzwoniły
sztućce.
-Naprawdę..? Aż tak się o mnie martwisz..?- Zapytał słabo.
Brunetka wyciągnęła widelec w jego stronę.
-Jedz. Musisz mieć siły- rzuciła krótko ignorując naszą zdumioną wymianę spojrzeń.
-Przypilnujesz, żeby nie wstawał?- Zapytał Marco.
-Jasne- rzuciła machinalnie, karmiąc chłopaka.
-Zostawimy was samych- rzucił Michael.
***
Dwudziesty pierwszy lipca był słoneczny i parny. Idąc na śniadanie usłyszeliśmy z podziemi wrzaski bólu i obelgi zatrzymanego kilka dni temu wampira.
-Zacznij śpiewać, a przestanę cię gnębić- rzucił obojętnie Jack.- Po co tu przylazłeś, śmieciu?
-Pieprz się, ścierwo Kielicha!- Odwarknął wrogo.
Odgłos serii ciosów i brzęk łańcuchów.
-Wrócę do ciebie po śniadaniu, obrzydliwy wampirze- rzucił pogardliwie Jack. Michael zdążył odskoczyć od drzwi wiodących do podziemi.
-Cześć- rzucił zaskoczony blondyn. Wyglądał na zmęczonego: miał bladą, poszarzałą twarz i sine kręgi pod oczami, jakby nie spał kilka nocy.
-Cześć, wszystko gra? Marnie wyglądasz- zauważył z troską zielonooki.
-W porządku- odparł Jack przeczesując jasnoblond czuprynę.- Siemka, skarbie- przyciągnął Clarissę i pocałował ją na przywitanie.
W ciszy poszliśmy na śniadanie.
-Cześć brygada- rzucił lekko Jack siadając przy stole. Sięgnął po dzbanek mocnej kawy i nalał sobie filiżankę, biorąc nadziewany orzechowym kremem rogalik.
-Jak tam Jacob?- Spytał po chwili.
-Już się wyrywa, żeby wstać z łóżka- zauważył Vładimir.- Nie chce słyszeć, że ma leżeć.
-Powinien o siebie dbać. Porządnie oberwał- rzucił Jack z przyjacielską troską.
Rozmowa na chwilę się urwała, a Jack pogrążył się w myślach.
Michael i Cindy obserwowali go z niepokojem.
-Powinieneś się trochę przespać; serio słabo wyglądasz- zauważyła Cin.
-To nic takiego- powiedział cicho pijąc kawę, przegryzł kęs rogalika.
-Jesteś przybity Jack- stwierdziła Cin przyglądając mu się uważnie.
Blondyn podniósł głowę.
-Nie jestem, po prostu ostatnio nie mogę spać i tyle- wzruszył ramionami.
Znów zapadło milczenie, a Jack sięgnął po drugi rogalik i zaczął jeść.
-Muszę wrócić po rzeczy do domu- powiedział cicho do swoich myśli idąc do podziemi.
-Nie sądzisz, że to może cię załamać?- Zapytałam ostrożnie, a Michael pytał mnie wzrokiem, co kombinuję.
-Już nic nie jest w stanie mnie załamać- oznajmił z determinacją.- Wiesz, że co cię nie zabije, to cię wzmocni, Callisto?- Spytał idąc po schodach na dół.
-Nie boisz się tego, co możesz tam zastać?- swoim stwierdzeniem trochę mnie zaskoczył.
-Boję się, jak diabli. Kto wie, co jeszcze mnie tam czeka- zauważył powoli.- Pewnie będę musiał gadać z policją i w ogóle...- westchnął ciężko, pchnąwszy ciężkie metalowe drzwi.- Wróciłem, przystojniaczku- rzucił pieszczotliwie.
Wampir bardzo powoli podniósł głowę, a jego oczy na sekundę błysnęły czerwienią.
-Młody Kielich.. Synek szlachcica i dziwki- odparł z pogardliwym uśmieszkiem.
-Zacznij śpiewać, bo stracisz kolejny paluszek- odparł beznamiętnie Jack.- Kto i po co cię przysłał?
Więzień milczał z tym paskudnym uśmieszkiem przyklejonym do pyska.
-W porządku, zrobimy inaczej- w tonie blondyna pojawiła się groźba. Podszedł do stolika przy bocznej ścianie.- Mam kilka całkiem fajnych zabawek. To mi się nie przyda- wyrzucił przez ramię przyrząd do łamania palców i ponownie zaczął szperać w kartonowym pudle.- No, mam. Na pewno to polubisz, wampirze- w dłoni chłopaka zobaczyłam paralizator.
-Łamiesz rozejm!- Warknął skuty. Jack przywalił mu z pięści.
-Rozejm? Niby jaki rozejm?- Spytał śmiejąc się drwiąco. Przedmiot w jego palcach trzaskając zaiskrzył.- Zacznij gadać, albo będzie bardzo nieprzyjemnie.
-Sadysta..- wampir oblizał krew z rozciętej wargi.
-Schlebiasz mi, śmieciu- Jack znów pstryknął paralizatorem. Paniczny wrzask krwiopijcy odbił się echem od ścian celi.
Jack podchodził powoli do wampira, który wrzeszcząc po francusku zaczął szarpać się w łańcuchach próbując je rozerwać.
-Co mówisz, przystojniaczku? Nie znam języka- stwierdził obojętnie Jack.
Więzień ciągnął za łańcuchy z panicznym strachem.
-Zabierzcie go! Zabierzcie go stąd..! Z dala ode mnie, błagam!- Zaczął wrzeszczeć z przerażeniem szarpiąc się w kajdanach.
-No, bez jaj!- Skomentował niecierpliwie Jack przeciągając się, a nam opadły szczęki.- Wampirek nie chce się już ze mną bawić!- Wybuchnął obrażonym tonem, opuszczając rękę z paralizatorem.
-Co się tu...?- Deere'a zamurowało. Wpatrzony we wrzeszczącego, skutego i nieźle sponiewieranego wampira poruszał ustami, jak ryba wyciągnięta z wody.
Jack z niewinną minką schował ręce za plecami.
-Kruk coś ty mu zrobiła..?- Zdumiał się Deere, gdy ochłonął z szoku.
-To nie ja- obruszyłam się.
-Więc kto?- Zamrugał szybko.
-Zapytaj przewodniczącego- rzucił Michael ruchem głowy wskazując blondyna.
-Zabierzcie go... Zabierzcie go ode mnie..- powtarzał struchlały krwiopijca.
-Dobra, oskarżony stawił się na salę rozpraw. Przyznaję się- oznajmił poważnie Jack, gdy tylko się poruszył wampir zaczął błagać o litość.
-Przewodniczący... Jesteś genialny- wyrzucił z siebie jednym tchem łowca herbu Jeleń, po czym zniknął za drzwiami.
-Co ja takiego zrobiłem?- Zdziwił się Jack, odkładając paralizator do pudła.- Kuci kuci, wampirku!- Rzucił wrednie, machając mu dłonią przed oczami, a wampir skulił się mamrocząc coś z błagalnym jękiem.- Pa, przystojniaczku.. Może jeszcze cię odwiedzę- rzucił na pożegnanie Jack, a krwiopijca zaczął drżeć jeszcze bardziej.
***
Popołudnie...
-Zacznij szczekać. Nazwisko- rzucił krótko Angello.
Cisza.
-Nazwisko, pijawo- rzucił bez emocji Angello.
Znów napotkał ze strony osadzonego milczenie.
-W porządku. Jeśli nie zaczniesz szczekać, zawołam tego miłego blondyna...
-Nie! Tylko nie on! Wszyscy, ale nie ON!- Zawył wampir w panice.
-Szczekaj- rozkazał Angello chłodno.
-Nic ci nie powiem..- zaczął wampir.
-Przewodniczący pozwoli na momencik!- Rzucił wesoło łowca rodu Cheruba.
Jack otworzył ciężkie drzwi i przystanął w nich.
-Mówiłem, że cię odwiedzę, ale nie myślałem, że tak szybko- zauważył lekko.
Na twarzy więźnia zagościł wyraz trwogi. Zaczął się trząść.
-Powiedz ładnie panu, jak się nazywasz- rzucił łagodnie Jack.- Jeśli usłyszę ciszę, to się pobawimy- zagroził z promiennym uśmiechem.
Wampir zwrócił czerwone tęczówki na Angello.
-Na.. Nazy...wam się Vincent Cloud...- odparł w końcu.
-Zaginiony w zeszłym roku w Fallen?- Ciągnął pytająco Angello.
-Nie pamiętam... Jedyne, co sobie przypominam to jakiś bar...
-Na obrzeżach miasta tuż przy głównej drodze?- Zapytałam wolno.
-Nie wiem... Nie pamiętam wiele z tamtego wieczora..- wymamrotał słabo.
-Nie kłam, bo..- Angello spojrzał wymownie na Jack'a.
-Ja naprawdę niczego nie pamiętam! Przysięgam!- Krzyknął przesłuchiwany.
-Może sobie przypomnisz z drobną pomocą- zasugerował Jack.
-To nic ci nie da... Klnę się na Boga, że nie pamiętam..- wydyszał słabym szeptem tamten.
Angello przekazał mi pałeczkę.
-Kto cię zmienił?- Zadałam następne pytanie.- To na bank musisz pamiętać- zauważyłam.
Wampir zamilkł na dłuższą chwilę. Jack zrobił krok w jego stronę.
-Kobieta... Nie znam jej- powiedział wreszcie.
-Jak wyglądała?- Wzięłam bloczek i ołówek.
Więzień tak, jak umiał zaczął opisywać jej wygląd, a ja wedle określeń narysowałam "portret pamięciowy".
-Wyglądała mniej więcej tak?- Zapytałam pokazując mu rysunek.
-Właśnie tak.. To była ona..- szepnął twierdząco.
-Trzeba poszukać w bazie- rzuciłam podając jednemu z chłopaków obraz.
-Jak trafiłeś do Rządowych?- Zapytałam, pytając wzrokiem Angello czy nadąża pisać. Skinął, że tak.
-Nie mam za bardzo pojęcia. Ostatnie, co pamiętam to, że wylądowałem na schodach pod stancją. Potem obudziłem się zupełnie gdzie indziej.. Jakaś bogata chata... Ogólnie all inclusive..
-Co było potem?- Wypytywałam dalej.
-Pić...- szepnął słabo.- Boli... Boli...- Wyraźnie stracił kontakt z rzeczywistością.- Pić...- ciągle powtarzał tylko to jedno słowo.
×××
-Nic więcej z niego nie wyciągniemy, jeśli nie dostanie krwi- zauważyłam, gdy usiedliśmy w gabinecie.
-Nie wiem, czemu; ale wydaje mi się, że może być jeszcze nam potrzebny- Jack okręcił się na biurowym krześle.
-Myślisz, że warto zaryzykować?- Zapytał ostrożnie Angello.
-Jeśli może się okazać kopalnią wiedzy...- potwierdził z wahaniem Jack. Zamyślił się na dłuższy czas zapatrzony w stos dokumentów na biurku.
Pukanie do drzwi.
-Proszę- rzucił ze zmęczeniem Jack.
Wszedł Tyrone z plikiem dokumentów.
-Mamy coś?- Zaciekawił się Jack.
Tyrone położył stos spiętych kart na biurku.
-Poszukiwana listem gończym pod zarzutem wielokrotnego mordu- odparł młodszy z braci Angello.- Do dziś nie wiemy gdzie się znajduje.
Wzrok Jack'a przesunął się na zdjęcie, a oczy rozszerzyły się w bezgranicznym zdumieniu.
-Ale ja chyba wiem- zauważył grobowo.
-Jesteś pewien?- Odezwał się schrypłym głosem Michael.
-Pamiętasz tę pindę od hiszpańskiego w naszym gimnazjum?- Spytał po chwili Jack niby mimochodem.
-No pamiętam, ale co to ma do rzeczy?- Zdziwił się zielonooki.
-To jedna i ta sama osoba- rzucił krótko podając mu papiery.
Michael pogrążył się na chwilę w lekturze.
-Faktycznie się zgadza..- zauważył zaskoczony.- Wampir grupy B... Cholera, jakoś nigdy jej nie lubiłem- skomentował.
Jack przymknął na chwilę oczy i zamyślił się.
-Ktoś musi się nią zająć..- stwierdził w zamyśleniu.- Ja i Cin jesteśmy najbliżej obiektu..
-Co zamierzasz zrobić, przewodniczący?- Zapytał rzeczowo Tyrone.
-Jedyne, co przychodzi mi do bani to ją sprzątnąć. Nie wiadomo, co jej odbije w szkole- powiedział cicho z namysłem.
Bracia Angello wymienili zaskoczone spojrzenia.
-To niebezpieczne, przewodniczący- zauważył rozsądnie Michael Angello.
Jack uniósł powieki, a jego brązowe tęczówki wbiły się w mężczyznę.
-Może i tak, ale to jedyne wyjście- przyznał spokojnie, patrząc w oczy rozmówcy. Jego oczy pociemniały.- Wiem, że jestem łowcą ledwie od kilku dni, ale kto by podejrzewał przeciętnego licealistę.? Do dziś nikt w szkole nie zna prawdy o "sekcie Jace'a".
-Senat na pewno zdobył już informacje o tobie- odrzekł niebieskooki Angello.
-Pewnie tak- przez twarz blondyna przemknął delikatny uśmiech.- To można łatwo obrócić na naszą stronę..
-Co ty, u diabła, planujesz??- Zdumieli się bracia z rodu Cheruba.
Jack uśmiechnął się tryumfalnie.
-Rozpuścimy pewną bardzo ciekawą plotkę...- oznajmił tajemniczo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz