niedziela, 12 sierpnia 2018

Hunter III Curse Rozdział XXX Przewrotne serce. -Jack L. Donnovan-

Osiemnasty dzień lipca.
Kolejne zebranie Rady przerwały otwierające się drzwi, które z hukiem uderzyły o ścianę.
Wszyscy spojrzeli w tamtą stronę. W wejściu stała...
Silvia Edge. Blada, jak śmierć z ogniem w oczach, z rozbryzgiem krwi na latynoskiej twarzy i zakrwawionym mieczem. Jeden z chłopaków naszej kwatery z okrzykiem „zdrajca” przeskoczył stół i rzucił się na nią z ostrzem. Rapier w dłoni kobiety sprawnie odbił atak a stopa kopniakiem posłała łowcę rodu Pochodnia w stronę stołu.
Pośród dzwoniącej w uszach ciszy kobieta odezwała się:
-Mordują łowców, którzy porzucili zawód- odbiła kolejny atak Jaspera i odepchnęła go na bok.
-Przyszłaś węszyć?- Angello powstrzymał się od rzucenia wiadomego określenia.
-Zwiałam stamtąd. Law nie żyje, a ja mogę być następna- odbiła trzeci atak i wytrąciła Porterowi broń.- Poza tym... Wampiry dozbrają Klasztornych- powoli opuściła broń.- Kilkunastu jest szczególnie niebezpiecznych.
Zadzwonił telefon. Jack odebrał.
-Spoko; dzięki Jace- rzucił kończąc trwającą ledwie kilka sekund rozmowę.- Pod jakim względem uważasz tych Nowych za szczególnie niebezpiecznych?- Zwrócił się do Silvii.
-Kim jesteś, żeby o to pytać?- Zaczęła nieufnie.
Blondyn zniknął. W ułamku sekundy stał tuż przy niej z nożem przy jej gardle.
-Słabo się orientujesz; Zdrajco- zauważył chłodno, a sygnet z kielichem odbił światło.
-To ty jesteś nieślubnym synem, herbu Kielich...- zaczęła z namysłem.
-Ponawiam pytanie; Edge; herbu Rapier- zwrócił się do Silvii, a wszyscy łowcy ucichli, zastanawiając się, skąd chłopak ją zna.
-Tej grupie Klasztornych przewodzi Luke Castor i Irina Lockwood- oznajmiła cicho.
-Kłamiesz!. Luke wolałby zginąć, niż się tym stać- zasyczał blondyn.
-Możesz mi nie wierzyć, Przewodniczący. Nie dbam o to; jednak wiem tylko tyle, że Castor prowadzał się z jedną z Nich.
Widząc zaskoczonego listonosza; Jack złożył nóż w dłoni i podszedł w jego stronę.
-Pan Donnovan? Listy do pana- listonosz rozejrzał się po nas dziwnie.
Poczułam, że coś tu nie gra. Jack w mig otworzył spowrotem nóż i odbił niespodziewany atak. Edge rzuciła mu swoją broń. Pochwycił ją pewnym ruchem i kopnął pijawę w twarz, po czym wykręcając przeciwnikowi rękę w tył przycisnął go kolanem do podłogi.
-Pijawka w cywilu szpieguje, hm?- Spytał ku zaskoczeniu nas wszystkich.
-Co mnie zdradziło?- Prychnął tamten.
-To- Jack zerwał z jego szyi medalion i pomachał mu kameą przed nosem.- Nawijaj, kto i po co cię przysłał.
-Idź do diabła, ścierwo Kielicha!- Warknął nienawistnie krwiopijca.
Jack podniósł go i doprowadziwszy do drzwi przywalił w nie twarzą wampira.
-Ciekawi mnie pewna bardzo ważna sprawa- zauważył i znów przypierdolił twarzą bruneta o drzwi- jeśli ktoś wybije ci kły, to one odrastają, czy zdychasz z głodu?- Spytał swobodnie, a Deere rozdziawił usta z zaskoczenia.
-Nic ci nie powiem!- Zasyczał przesłuchiwany nienawistnie. Kolejny raz jego pysk zderzył się z dębowymi drzwiami.
-To jak z tymi kłami- następne kilka mocnych uderzeń- odrastają czy nie?- Puścił zamroczoną pijawę i dodatkowo poczęstował kilkoma silnymi kopniakami.- Zacznij nawijać, Klasztorna Ściero- zignorował szepty łowców i odrzucił rapier do właścicielki, a zza paska wydobył sztylet.
-Co on zamierza?- Szepnął zdziwiony Angello.
-Wierz mi: sam nie mam pojęcia- odszepnął Deere.
Morgenstern, Hunter i kilku innych mistrzów w milczeniu obserwowało poczynania młodego przewodniczącego, który podniósł wampira za szmaty i jednym błyskawicznym ruchem ostrza pozbawił go palca.
-Ja mogę tak w nieskończoność- rzucił blondyn z drwiącym uśmieszkiem.- Prędzej, albo wyśpiewasz wszystko z detalami, albo cię potnę. Na kawałeczki- zauważył lekko.- No, to jak będzie?
Wampir wyrwał się i spróbował zaatakować; Jack odbił i wyprowadził prawy prosty. Przesłuchiwany wpadł na drzwi i osunął się po nich na podłogę, a Jack znów podniósł go do pionu.
-Gadaj, co cię tu przywlokło- syknął lodowato. Wyglądał, jakby dostał nagłego ataku furii, a pastwił się nad pijawą, jak urodzony łowca- jakby od urodzin wychowywał się w Podziemiu. Wychwycił spojrzenie Deere'a i widząc pytający wzrok skinął głową.
-Rada zostaje odroczona. Nakaz główny: wróćcie do opierdolki- zażartował viceprzewodniczący.
Wszyscy wstali i zaczęli się rozchodzić.
***
-Co ten nasz główny wodzu tam z tą pijawką wyczynia? Na Kulawe Aniołki- wymruczał z rozmarzeniem Podkowa.
-Diabli wiedzą, ale na pewno nie chciałbym być na miejscu tego wampira- odparł Vładimir.- Ciekawe, czy z tymi kłami to tak na poważnie, czy tylko sobie jaja robił- zauważył.
-Szczerze mówiąc sam jestem ciekaw, czy odrastają- przyznał Horse.
-Jaja sobie robisz?- Zdumiał się Rosjanin.
-Nie, serio. Jeszcze nie widziałem pijawy z wybitymi kłami i bardzo mnie to intryguje- odparł zamyślony Jacob.
-Z ciebie to naprawdę jest niezły kretyn... Łu hu hu!- Gwizdnął nagle gapiąc się na przechodzącą Cindy.
-Piętnaście na dziesięć- szepnął z podziwem.
Łup!
Zgrzyt lecącej tony blachy i wesoły rechot Władii.
-I z czego się, kurwa, cieszysz?- Warknął wściekły Jake.- Wyciągnij mnie spod tej cholernej- tu posypała się jeszcze wiązanka oryginalnych przekleństw.
-Łowczy rodu Podkowa po raz drugi zaliczył... Zbroję- zarechotał Vładimir.
-Przestań rżeć, jak kretyn i mnie wyciągnij!- Odburknął wściekły Horse.- Poza tym, jak już, ona jest dwadzieścia na dziesięć- poprawił go ciszej.
-Ej, nigdy żadnej laski tak nie określiłeś- zauważyłam, szybkim ruchem podnosząc zbroję.
-Cicho, Kruk!.- Syknął, jakby bał się, że jego obiekt usłyszy.
-Ze-strze-lo-ny. Ze-strze-lo-ny- zanuciłam złośliwie, łapiąc hełm którym we mnie rzucił, założyłam go na stojak.
-Naprawdę jest na co popatrzeć- zauważył tuż za nami Porter, śledząc wzrokiem Cindy, ubraną w zwiewną, kraciastą sukienkę do połowy ud na cieńkich ramiączkach.- Ma to.. I tamto..- gwizdnął za nią na palcach, a ta uśmiechając się pokazała mu przez ramię, żeby puknął się w baniak. Horse miał taki wyraz twarzy, jakby chciał zabić go na miejscu.
-Jazzy nie psuj mu dzieciństwa- rzucił ironicznie Władia.- Callisto..
-Cśśś... Chcę utrwalić sobie w pamięci tę, wręcz epicką, żądzę mordu w oczach Podkowy- szepnęłam z rozmarzeniem.- Dobra. Mam czym dręczyć go przez najbliższy tydzień... Dawaj.
-Założyłaś hełm odwrotnie- stwierdził ruchem głowy wskazując zbroję.
-Ech... Czy wszyscy z Rodu Romanow mają to symetryczne zboczenie?- Jęknęłam.
-Poza tym, który wiecznie chodzi z zamkniętymi oczami, czyli moim młodszym bratem: wszyscy- w tym momencie usłyszeliśmy cudownie brzmiące i niemniej słynne, iście polskie KURWA MAĆ(!) oraz potężny łomot.
Pobiegliśmy w stronę schodów na dół, a tam...
Jeden z chłopaków z warszawskiej kwatery w porę został powstrzymany przez Marco przed podniesieniem się z pozycji leżącej. Tuż nad łukiem brwiowym widoczne było lekkie rozcięcie.
-Nic mi nie jest- żachnął się sunąc wzrokiem za przyczyną swego upadku.
Marco z pomocą kumpli chłopaka, zaczął go opatrywać, a Jacob mruknął coś pod nosem.
-Patrz czasem, jak chodzisz; kotku- rzuciła Cin ironicznie do poszkodowanego, przechodząc.
-Powiedzcie mi, że ona tego nie powiedziała...- zaczął dziwnie przerażony Jacob.
-Czego?- Wymieniliśmy spojrzenia.
-Ona powiedziała do niego kotku... KOTKU, rozumiecie to??- Jacob miał taką minę, jakby go jasny piorun strzelił.
-No i?- Vładimir uniósł brwi zaskoczony.
-Ty serio jesteś głupi, jak trep- stwierdził z wyrzutem Jacob Horse, zakładając ręce na piersi zmierzył przyjaciela pogardliwym spojrzeniem.
-Wiesz, o co mu lata?- Spytał mnie półgębkiem Władia.
-Ni w ząb. A ty, Jazzy?- Oddałam pytanie.
-Otacza mnie banda przymułów- jęknął bliznowaty z nagłą irytacją, po czym obrócił się na pięcie i ruszył do siebie.
-Co mu odbiło?- Zdziwił się Rosjanin.
Wzruszyłam ramionami, a Jasper pokręcił głową, że nie wie.
***
Podczas obiadu Jacob nie odzywał się zbytnio, pogrążony we własnych rozmyślaniach.
-Wasza Kretyńska Mość? Jeszcze soczku?
-Poproszę, mój wierny Błaźnie- rzucił głosem bez wyrazu grzebiąc widelcem w talerzu przed sobą.
-Wszystko okej, Jacob?- Zapytała ostrożnie Clarissa.
-Mhm, nic mi nie jest- odparł tym samym tonem czarnowłosy.
-Nie wydaje mi się. Jacob Thomas Horse, herbu Podkowa nie przewraca widelcem w jedzeniu bez powodu. Zwłaszcza w tak pysznym jedzeniu- podkreśliła powoli, wpychając w siebie kolejny kawałek devolai'a.
-Nie jestem za bardzo głodny- stwierdził obojętnie nadal wpatrzony znudzonym wzrokiem w swój talerz.
-A to jakaś nowość- zauważył Michael przyglądając mu się.
-To naprawdę nic takiego- Jake odbił piłeczkę.- Ponabijajcie się z Władii dla odmiany- uśmiechnął się blado i zaczął znów jeść.
Poszły porozumiewawcze spojrzenia i kopniaki. Z chłopakiem ewidentnie było coś nie halo, bo zwykle nie zachowywał się w ten sposób. Zupełnie jakby pogorszył mu się humor, albo był czymś przybity.
Wypił duszkiem szklankę soku i westchnął ciężko.
Cindy obserwowała go ukradkiem jedząc.
-Jutro kolej naszej kwatery, Cally- zamruczał mi do ucha Michael przyciągając mnie do boku, objął mocno.
-Znów wcześnie wstać.. Deere złożył już ekipę?- Odszepnęłam.

Z tabliczki przy drzwiach kuchni:
Jutro 20. lipca: A. Middford, C. A. Tyler, C. G. A. Raven, C. J. Raven, D. C. V. Raven, C. Jacobs, M. J. Tyler, J. T. Horse, V. M. Romanow, J. L. Donnovan. 
-Przewodniczący też?- Zdumiałam się.- Zara, kim jest ta Jacobs?- Zdziwiłam się.
-Cindy- skwitował.
-Co mnie obgadujecie?- Spytała z humorem wspomniana. Wbiła wzrok w tabliczkę.- O, jutro gotujemy- rzuciła zacierając ręce z uciechą.- Wreszcie zobaczę cię w akcji - dodała szturchając lekko Michaela.- Ciekawe, czy potrafisz tak gotować, jak się zawsze przechwalałeś.- Zachichotała.
-Dwadzieścia na dziesięć- rzuciłam niewinnie, a Jacob zwiał ze swego stanowiska obserwacji.
-Mam wrażenie, że to nie było o zdolnościach Czterookiego- zauważyła powoli.
-Ekhm..- Michael szturchnął mnie wymownie, a gdy spojrzałam nań pytająco skinął.
-Co to za tajemnice?- Zdziwiła się brunetka, nerwowo poprawiając sukienkę.
-Żadne- Michael wzruszył ramionami.- Wezmę małą na spacerek- zamruczał dając mi całusa.

Kiedy zielonooki zniknął w drzwiach pokoju, Cindy rozglądając się zauważyła:
-Wiesz, Callisto... Jacob jakoś dziwnie się zachowuje- zagadnęła powoli, wpadła na kogoś.- Och, Jacob.!- Z okrzykiem zaskoczenia odsunęła się szybko i omal się nie wywróciła.
Horse w ułamku sekundy pochwycił jej dłoń i osadził brunetkę w pionie. Posłał mi długie spojrzenie w stylu: zabiję cię, jeśli coś chlapniesz.
Cindy złapała zawiechę i zagapiła się na Jake'a, który już trochę za długo trzymał jej palce.
-Przepraszam- rzucił krótko mijając nas.
-Co chcesz powiedzieć przez "dziwnie"?- Podjęłam przerwaną rozmowę.
-Sama zauważyłaś, że ledwo tknął obiad, zamiast wciągnąć standardową porcyjkę, dokładkę i popchnąć deserkiem- powiedziała powoli.- Może coś mu jest?
-Nie musisz przejmować się Jacobem: to twardy koleś- rzuciłam klepiąc ją po ramieniu.
-Bardzo go lubię i się trochę martwię- zwierzyła się szeptem, jakby nie chciała, żeby ktokolwiek o tym wiedział.
-Tylko lubisz?- Popatrzyłam na nią zaciekawiona.- Czy może trochę więcej, niż zwykłe, niewinne lubisz?- Zatrzepotałam rzęsami ze śmiechem.
-Tobie coś powiedzieć; Kruk- prychnęła urażona.
-Naprawdę jestem ciekawa i to było na poważnie- szybko ściszyłam głos i rozejrzałam się, czy nikt nie podsłuchuje.
-Dziewczyńskie szepty, hm?- Rzucił tuż za nami Romanow.
-Władia, jak ktoś szepcze, to znaczy; że ma jakiś sekret; nie?- Burknęłam z wyrzutem.
-Ja tam nic nie słyszałem- rzucił wesoło.
-To ty zwykle mielisz tym ozorem na lewo i prawo- urażona szturchnęłam go mocno.
Vładimir uniósł dłoń do ust i wykonał gest zamknięcia ich na kłódkę, a po chwili wyrzucił niewidzialny klucz za siebie.
-Serio nic mu nie powiem- zapewnił Vładimir.
-Komu?- Zapytałyśmy zaskoczone, a Cin zrobiła się czerwona jak burak.
-Nie róbcie sobie ze mnie jaj. Przecież wiem, o kogo tu biega- zniecierpliwił się Władia.
-Więc, o kogo biega?- Spytałam, a on przewrócił oczami.
-A o takiego jednego- rzucił z pokrętnym uśmieszkiem.
Od schodów w dół przybiegł Jacob.
-Władia, wszędzie cię szukam- wysapał, przystając oparł dłonie na kolanach oddychając ciężko.
-Co jest grane, Jake?- Zdziwił się Rosjanin.
-Musimy pogadać- pociągnął go za ramię.- W cztery oczy, Romanow- oznajmił z naciskiem. Dostrzegłam, że rzuca ukradkowe łypnięcia na brunetkę.
-Co takiego się stało, że robisz tyle szumu?- Vładimir gapił się nań z zastanowieniem.
-Pięćdziesiąt na dziesięć; idziemy- ruchem głowy wskazał drzwi ich wspólnego pokoju.
-Przepraszam, piękne panie- rzucił z przesadną uprzejmością Vładimir kłaniając się tradycyjnie z dłonią przy sercu. Wychwyciłam, że Jacob miał żądzę mordu w oczach.
-Nie żartuj sobie, Romanow- zarechotała Cindy.- Jestem taka piękna, jak grzyb atomowy- zakpiła z siebie.
-Na mnie nie patrz: jestem szczęśliwą mężatką- zarechotałam.
Obaj odeszli w stronę pokoju.
-O co lata z tym pięćdziesiąt na dziesięć?- Zapytała wolno Cindy, gdy nagle minęła nas grupa nastolatków płci przeciwnej z warszawskiej KGS, rozmawiając szybko między sobą.
-No, mówię ci; gościu: osiemdziesiąt na dziesięć- rzucił chłopak z podziwem.
-Mówisz o tej, przez którą zjebałeś się ze schodów?- Spytał drugi.
-Sam byś jebnął, jakbyś..- wtedy dostrzegł Cindy i urwał nagle, robiąc się blady; jak kreda. Po chwili szepnął coś szybko do swoich kumpli.
-Co jest z nimi nie tak?- Zdziwiła się Cin.
-No, nie mów, że nie wiesz!- Żachnęłam się.
ŁUP! Chłopak o słowiańskiej urodzie, oglądając przez ramię na Cin zderzył się z jednym z posągów
-Kurwa- zaklął z irytacją, obchodząc statuę szerokim łukiem popatrzył na nią niechętnie.
-Czuję, że niedługo się przekonasz...- zauważyłam zamyślona.
Nazajutrz, poranek.
-Kto ukradł mi wyjście z pokoju??- Przeraziła się Cindy.
-Co się tam odwala?- Zdziwił się zielonooki zabawiając Lily wyszedł na korytarz i wybuchnął nieposkromionym śmiechem.
-Co jest..?- Widząc wejście do pokoju Cindy zamurowane czekoladkami i ułożony tuż obok drzwi stos z bukietów różnokolorowych róż opadła mi kopara.
-Wypuśćcie mnie stąd... Hę?- jedno prostokątne pudełko wysunęło się i spadło na podłogę.
-Lepiej jej pomóżmy- rzuciłam ze śmiechem.

Kwadrans później Cin była odmurowana.
-Walentynki dopiero w lutym- zauważyła gapiąc się wielkimi oczami na kwiaty i słodkości, z których największa paczka była opakowana o wiele staranniej, niż wszystkie inne. Cindy akurat trzymała ją w palcach i nagle zrobiła się czerwona jak piwonia z zakłopotania.
-„Może nie będą tak piękne, jak sklepowe; ale- proszę- Zechciej je przyjąć"- przeczytała samymi wargami.- Wnieśmy to...- wymruczała oszołomiona.
Staranne pudełko na szafce nocnej, a resztę z naszą pomocą ułożyła na biurku.
-Ufff... Pomylili miesiące, czy co?- Mruknęła w zastanowieniu.
-W kalendarzu łowczych Walentynki nie istnieją- zauważyłam.
-Nie macie walentynek??- Zdumiała się patrząc na mnie z przejęciem.- To.. Jak pary mogą tak istnieć?- Opadła jej szczęka.
-Pary łowców codziennie mają namiastkę Walentynek- Michael objął mnie w żebrach opierając brodę o moje ramię.
-Łowcy są tacy mega romantyczni?- Spytała zaciekawiona.
-Przyznaj, że zżera cię ciekawość od kogo są te jedyne w swoim rodzaju czekoladki- w sumie sama nie wiedziałam, co właściwie jest w tym pakunku.
-Szczerze mówiąc: pewnie, że jestem ciekawa- odparła wesoło.

Kuchnia.
-Cześć, brygada- rzuciliśmy.
-Siemka- przywitali się wszyscy. Jacob odwzajemnił powitanie z lekkim opóźnieniem.

Podczas pracy w kuchni rozmawialiśmy i żartowaliśmy ze wszystkiego.
-Podkowa, nie myśl tyle, bo myśliwym zostaniesz- rzuciła Caro szturchając go.
-Uspokój się, „Tańcząca z wilkami”- odparł rzucając w nią marchewką, a wszyscy, włącznie z Cindy buchnęli śmiechem.
-Odezwał się bijący się z Amorkiem. Przemoc wobec dzieci jest zakazana, wiesz?- Zażartowała Caro.
-A jeśli mam kogoś na oku?- Zapytał wyzywająco, siekając kapustę.
-Ile ma ona w twojej skali?- Spytała przesadnie zaciekawiona.
-Na pewno więcej, niż ty- odciął się lekko Jacob.
Przerwał nam pisk sprzed piekarnika.
-Tu... Tu jest.. M-Mysz!- Zapiszczała Cindy cofając się od sprzętu.
-Spokojnie. To tylko moja Vicky. Nic ci nie zrobi- zastopował ją Devon. Mysz popiskując wdrapała mu się po spodniach, koszulce i wskoczyła do kieszonki na piersi.- Widzisz? Ona bardziej się boi ciebie, niż ty jej- zachichotał, głaszcząc palcem zwierzątko.
-Zabierz stąd tę bestię- jęknęła błagalnie Amber.
-Dobra, dobra już- rzucił orzechowooki wychodząc.
-Jak ja nienawidzę myszy.. Uuuch, brrry!- Otrząsnęła się Amber.- Jake. Zaraz się utniesz.
-Co..?- Czarnowłosy zdążył cofnąć ostre narzędzie od palców.- Co do skali, Caro.. Dziewięćdziesiąt na dziesięć- rzucił z przekonaniem.
-Łooo, koński łbie.. Czyżby cię zestrzeliło?- Szepnął doń Michael.
-Mężowie powinni siedzieć cicho- zażartował Horse poszturchując wesoło mojego męża.

-Jake- rzuciłam za nim.
-Aha?- Spytał przystając w drzwiach kuchni.
-Serio się zakochałeś?- Zapytałam wypatrując za drzwi, czy nikt nie podsłuchuje.
-Czemu pytasz..?- Zaczął trochę nieufnie.
-Tak po prostu- wzruszyłam ramionami spokojnie.
-Nic ci nie powiem- prychnął chcąc wyjść z pomieszczenia.
-Czekaj, Jacob- złapałam go za ramię i osadziłam w miejscu.
-Co ty ode mnie chcesz?- Zapytał z niechęcią unikając mojego wzroku.
-Ta "dziewięćdziesiąt na dziesięć" o tym wie?- Wypytywałam dalej.
Milczał przyglądając mi się podejrzliwie.
-Do czego prowadzi ta rozmowa, Tyler; herbu Kruk?- Zapytał ostrożnie.
Bardzo długą chwilę zastanawiałam się, jak mu  powiedzieć, że Cin się o niego martwi i zrobić to tak, by nie domyślił się, że to właśnie o nią chodzi.
-Od kilku dni zachowujesz się, jakbyś nie był sobą i trochę nas to martwi, więc.. No, chcieliśmy cię rozweselić- zauważyłam.
-Nic mi nie jest, serio- uśmiechnął się blado.
-Cindy zastanawia się od kogo jest to złote pudełko z czerwonym sercem ze wstążki. Chyba tylko to jedno jej się spodobało, poza tymi, które dostała- cholera, wygadałam się...
-Dostała jeszcze inne prezenty??- Zapytał spanikowany.
Ha, mam cię..!- Pomyślałam z satysfakcją.
-Yyy... Znaczy się... Świetnie, że ma branie- poprawił się szybko, jakby załapał, że odrobinę przesadził ze swoją reakcją. Wpatrzony w srebrny blat stołu zacisnął na chwilę usta.- Na pewno nikomu nie powiesz...?- Zapytał z ogromną prośbą.
-Nikomu- rzuciłam podnosząc dłoń w geście przysięgi.
Jacob przysiadł na stołku i westchnął głęboko.
-Chyba naprawdę mnie zestrzeliła- powiedział prawie szeptem.- No, wiesz... Ona jest mega... Dziewięćdziesiąt na dziesięć bite. Jak w mordę strzelił- zwierzył się cicho.- Jak ją widzę, to aż mnie... No, wiesz... Skręca mi się żołądek i w ogóle... No i... Do żadnej czegoś takiego nie czułem i...- westchnął tęsknie.- Jest taka.. Taka MEGA, że: o ja pierdolę..- wymamrotał.- Sam nie wiem: czy właśnie to jest to całe zakochanie?- Zapytał w końcu jakby z nadzieją.
-Zagadaj do niej, to sam się przekonasz- rzuciłam poklepując go po ramieniu z otuchą.
-Ale ja... Nie wiem czemu, ale; jak chcę się do niej odezwać; to... Zapominam języka w paszczy..- zauważył nieco wystraszony.
-Za bardzo się denerwujesz; Podkowa. Zluzuj, koleś- rzuciłam obejmując go przyjacielsko ramieniem.- Chodź na śniadanie i niczym się nie stresuj.
-Łatwo ci mówić. Boję się, że ona mnie wyśmieje..- mruknął ponuro.
Podniosłam go na nogi i dałam mu kopa w dupę.
-To na szczęście- rzuciłam wesoło, w odpowiedzi uśmiechnął się nieśmiało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz