sobota, 14 lipca 2018

Hunter III Curse Rozdział XXIX: Rozstanie i Przyjaźń. Cindy łowcą. Zakochana para i inne niespodzianki...

Szatyn skinął wolno głową, zastanawiając się pewnie, w co gram.
-Czy Clarissa Jane...? Czy jest komuś Przyrzeczona?- Zapytałam nieco niepewna jego reakcji.
Cindy spoglądała po nas pytająco nie wiedząc, o co chodzi.
Po raz pierwszy w życiu Luca Raven zmienił wyraz twarzy z surowego na zaskoczony.
-Przecież wiesz, że coraz rzadziej praktykuje się ten zwyczaj- zauważył z niemałym zaskoczeniem.
-Ale się go praktykuje- oznajmiłam krótko.
-Nie łap mnie za słówka; Callisto Anabelle- odparł niezadowolony.
-Coś ukrywasz, wujku- zauważyłam przyglądając mu się natarczywie.
-Jesteś gorsza, niż mój brat- stwierdził niechętnie.
-Och, nie mieszaj w to mego ojca, tylko odpowiedz wreszcie- żachnęłam się.
Luca westchnął ciężko. Czekałam z zapartym tchem jego odpowiedzi.
-Clarissa nie jest i nigdy nie będzie nikomu Przyrzeczona- oznajmił patrząc mi spokojnie w oczy.- Od zawsze byłem przeciwny tej tradycji.
-Rozumiem- w tym momencie zawiesiłam wzrok na drzwiach, gdzie pojawiła się Clarissa. Czerwona, jak piwonia, widząc swego ojca, nagle zbladła i cofnęła się o krok, lecz zdradził ją stuk butów.
-Mogę wreszcie dowiedzieć się, co tu zaszło?- Zapytał po dłuższej chwili wujek Luca.
Jak najdyskretniej starałam się pokazać kuzynce, żeby znikała. Jednak piwnooki wychwycił moje nieudane próby pozbycia się dziewczyny z horyzontu.
-Clarisso Jane Raven, herbu Kruk: w łaskawości swojej wytłumacz się; proszę- nakazał z powagą wujek.
-Yyyy... No, więc... Eee- Clarissa zakłopotana nie miała pojęcia, co powiedzieć.
-Ja to załatwię; Clari- Jack położył jej dłoń na ramieniu.
-Z jakiego powodu przewodniczący wtrąca się w sprawy rodzinne?- Zdziwił się Luca Raven.
Jack wypuścił powietrze z płuc ze świstem i odezwał się tymi słowy:
-Wtrącam się, ponieważ Clari... Clarissa- poprawił się szybko- zgodziła się zostać moją dziewczyną.
Luca Raven otworzył usta i mrugając oczami zamarł w bezruchu wpatrując się z przejęciem w blondyna.
-C-Co t-takiego? K-Kiedy?- Wydukał w oszołomieniu mój chrzestny, gdy wreszcie odzyskał głos.
-Kwadrans temu, proszę pana- odpowiedział uprzejmie Jack.- Wszystko w porządku?- Zapytał z niepokojem.
-Wujku, co z tobą?- Zaczęłam podtrzymując go w pionie.
-Ojcze- zmartwili się Clarissa i Jason.
-To tylko... Ciśnienie- powiedział słabo mój chrzestny, gdy doprowadziłam go do pufa.
-Idę po Marco- rzucił Michael.
-Nie ma potrzeby.. Zaraz.. Przejdzie- zaczął piwnooki.
Jednak zielonooki nie posłuchał i wybiegł z pokoju.
***
Marco zdjął rękaw ciśnieniomierza z ramienia mężczyzny.
-Otwórz usta- nakazał i wsunął mu jakąś tabletkę pod język.- Mówiłem, że tak to się skończy; jeśli nie będziesz o siebie dbać- zauważył zrzędliwie.
-To nic takiego- odparł wujek z uporem.
-To "nic takiego" może cię wpędzić do grobu- prychnął Holy.- Wiesz, co ci grozi; jeśli nie ograniczysz kawy?- Zapytał ostro.
-To moja jedyna przyjemność- burknął urażony szatyn.
-Sam wiesz, że pięć kaw dziennie to stanowczo za dużo- odparł cierpliwie Marco.
-Wiem, wiem- mruknął na odczepne Luca.
-Ogranicz chociaż do trzech, nie mówię ci, żebyś od razu odstawił kawę- Marco westchnął ciężko.

-No... W granicach normy- Marco odetchnął z ulgą.
Clarissa rzuciła się ojcu na szyję, Jason dołączył się.
-To nic.. Nie musicie się o mnie martwić- odezwał się cicho obejmując dzieciaki.
-To przeze mnie..- zaczęła Clarissa z poczuciem winy.
-Wcale nie- przerwał przytulając ją do serca- taki wiek, Jane- pocałował ją w czoło.- Śmigajcie spać, jutro macie trening- przypomniał troskliwie.
-Ale nic ci się nie stanie, prawda?- Zapytał Jason ze łzami w oczach.
-Nie martw się. Jestem nie do zdarcia- uspokoił Luca ocierając łezki z oczu syna. Klepnął go w ramię.- Jesteś facetem, Jason- rzucił z otuchą.- Kolorowych snów.
-Dobranoc, ojcze- odparli cicho.
Luca wstał z siedziska i podszedłszy do Jack'a oparł mu dłoń na ramieniu.
-Jeśli skrzywdzisz Clarissę, zabiję cię- oznajmił z powagą.
-Będę jej pilnował, jak największego skarbu; panie Raven- odparł Jack patrząc mu w oczy.
Luca wyszedł i ruszył korytarzem w stronę swojej sypialni. Kiedy kroki ucichły Cindy wypaliła:
-O co chodzi z tym Przyrzeczeniem?
-To jedna ze starych tradycji łowców. Kiedyś rodzice przyrzekali na przykład córkę jakiemuś chłopakowi. Częściej zdarzało się to w rodzinach szlacheckich takich, jak moja. Są to tak zwane...
-Aranżowane małżeństwa- dokończył Jack za mnie.
-Otóż to- przytaknęłam niechętnie.
-To okropne- prychnęła Cindy.
-Nie aż tak. Małżonkami bywają często przyjaciele lub znajomi- wyjaśniłam.
-To tak, jakbyś miała teraz wyjść za Jack'a, a nie za Michaela- stwierdziła wolno.
-Też byłam kiedyś Przyrzeczona- wzruszyłam ramionami.
-Ty byłaś...? Komu..?- Zdumiała się.
-Był moim partnerem łowczym i przyjacielem. Marius pochodził z rodu Wadery, a nasi ojcowie byli znajomymi. Zanim przyszedł tamten dzień- dokończyłam ponuro.
-Dzień?- Podjęła brunetka.
-Likwidowaliśmy Rządowych. Marius oddał za mnie życie..- odparłam cicho. Nie chciałam nikomu mówić całej prawdy.- W ogóle oboje byliśmy przeciwieństwami- uśmiechnęłam się z ironią.
-Podobno przeciwieństwa się przyciągają- zauważył Jack.
-Nie w naszym przypadku. Marius był szalonym ryzykantem, a ja starałam się nie wychylać, bardziej, niż to było konieczne. Kłóciliśmy się, ale w walce ochranialiśmy się nawzajem. Zresztą on też wiele przeszedł, ale... Było, minęło.. Tak w sumie, gratulacje wyrwania mojej kuzynki.
-Dzięki- odparł odruchowo.
-Jeśli coś jej zrobisz, zabiję cię- dodałam udając powagę.
-Mam wrażenie, że pół Zrzeszenia chciałoby mnie zabić- stwierdził- bo większość chłopaków dziwnie się na mnie patrzyło. Co..?- Zaczął, gdy parsknęliśmy śmiechem.
-Ta większość to ci, którzy palili podeszwy do Clarissy- zarechotałam.- W końcu nie bez powodu Clarissa ma ksywę Petarda.
-Zdążyłem zauważyć- uśmiechnął się nieśmiało.

Następnego dnia czternasty lipca, śniadanie.
Po korytarzach latały rozmaite plotki i komentarze na temat wczorajszego zajścia. Wujek Luca chyba wziął sobie do serca słowa Marco- siedział przy stole pogryzając pączka, pogrążony w rozmyślaniach.
W tym momencie nagle zapadła cisza, a oczy wszystkich zwróciły się na wejście do jadalni. Jack przepuścił Clarissę przodem i zaoferował jej ramię, a ta roześmiała się machając dłonią z lekceważeniem rzuciła doń coś wesoło.
-Ciekawe, co ona w nim widzi- mruknął z zazdrością jeden z chłopaków.
-Przewodniczący. Warto się w koło niego zakręcić, nie?- Zakpił Weiss.
-Boli cię, że nazwała cię głąbem do potęgi Nieskończonej Cierpliwości Anioła, którym zresztą jesteś?- Zapytał Dimitrij Romanow nie otwierając oczu. Uśmiechnął się z wyższością.
-Po prostu poleciała na niego, bo...
-Bo co?- Zapytał tuż przed nim z udawanym zaciekawieniem Jack.
-Bo wiecie.. Chodzi o rodowe interesy, a on, Przewodniczący i w ogóle- Weiss wstając zignorował Jack'a.
Cios. Weiss potknął się o własne nogi i oparł się o ścianę. Obecni łowcy wstali, by w razie czego szybko zainterweniować.
-W końcu nie od dzisiaj wiadomo, że Raven to zdzira- Weiss sobie grabił.
Luca Raven zwrócił wściekłe spojrzenie na nasz stół.
-Odszczekaj to, póki możesz- warknął Jack wściekły idąc, by obejść stół.
-Ani mi się śni; golden retriverze.
-Odszczekaj, mówię!- Jack podnosząc rękę doszedł do Weissa i wyprowadził cios.
-Raven to...- nie zdążył skończyć, bo Jack tak mu przyjebał, że dzieciak wypluł kilka zębów.
Jack odwrócił się do odejścia, a Weiss ruszył na niego.
Szykowało się widowisko.
Blondyn zrobił unik i chwyciwszy przeciwnika za szmaty przywalił jego twarzą o drzwi. Zaczęła się regularna bójka.
Weiss trzasnął Jack'a z pięści trafiając w twarz, jednak Donnovan zdążył złapać cofającą się rękę przeciwnika. Wykręcił ją mocno w tył i przycisnął chłopaka do blatu tuż obok  Cole'a Middforda.
-Masz trzy sekundy, by to odszczekać, cieciu!-  warknął z groźbą Jack i mocniej wykręcił Weiss'owi rękę.
-W życiu!- Odwarknął tamten próbując się bronić.
Jack w ataku furii rzucił go na stół i przeciągnął chłopakiem po pustym blacie, po czym znów przywalił mu pięścią w twarz. Podnosząc go zawlókł w stronę szatynki i wykręcając mu jeszcze mocniej rękę syknął:
-Przeproś ją, szmato!- Rozkazał pogardliwie.
-Nie ma mowy, ał!- Jęknął z bólu Weiss.
-Przeproś; już!- Jack wykręcił przeciwnikowi rękę tak mocno, że jeszcze jeden drobny ruch i mógłby ją złamać, Weiss był przygięty prawie do gleby.- Przeproś, bo tak cię urządzę, że twój ojczulek cię nie pozna- zagroził z gniewem, a wszyscy zgromadzeni w sali gapili się na tę scenę.
-Przepraszam!- Pisnął z bólem dzieciak.
-Nie słyszałem- oznajmił mściwie Jack.
-Przepraszam...!- Wydyszał błagalnie Weiss.
-Zjeżdżaj stąd!- Jack odepchnął przeciwnika i objął mocno stojącą ze łzami w oczach Clarissę pocieszając ją cicho.
Wszyscy usiedli, a w sali rozległy się szepty.
-W końcu ktoś nauczył szacunku tego rozpuszczonego bachora- skomentował Jacob Horse gryząc kęs naleśnika.
-Należało mu się- dodała Elizabeth z przekonaniem.
Zwróciłam ukradkowe spojrzenie na ojca chrzestnego. Piwne oczy przyglądały się blondynowi z dumą, jakby uznał, że to naprawdę odpowiedni chłopak dla Clarissy.
Na horyzoncie zamajaczył ojciec Weissa.
-Kto tym razem uderzył mojego syna?- Warknął ostro.
-Już wtyczka doszła do gniazdka?- Mruknął ironicznie Vładimir.
Ku naszemu zdziwieniu Jack odparł:
-Ja mu nakopałem do dupy. Jeśli pan i pańska żona nie potraficie nauczyć szczawia szacunku do kobiet, to ja bardzo chętnie to zrobię. Ręcznie- powiedział lodowato blondyn patrząc Austryjakowi prosto w oczy.
Mężczyznę zatkało. Gapił się na chłopaka w milczeniu z rozdziawioną gębą.
-Co chcesz przez to powiedzieć; przewodniczący?- Zapytał ostro.
-To, że żaden mężczyzna nie powinien pomyśleć, a co dopiero ośmielić się nazwać dziewczyny w tak chamski sposób, jak pański rozpuszczony bachor. Chodźmy, Clari- rzucił ciepło do szatynki.
-Jeszcze nie skończyliśmy, młody człowieku- zastopował Jack'a.
-Ja z panem: tak- odparł obojętnie blondyn mijając mężczyznę.- Dzień dobry wszystkim i smacznego- rzucił rozglądając się po stołach z uśmiechem.
Wszyscy odwzajemnili uprzejmość chłopaka i w o wiele lepszych nastrojach wrócili do jedzenia.
-Ale mu dałeś popalić- zagadnął Potrer, pijąc kawę.
-Skoro Niagara nie pomogła- Jack kopnął pod stołem Władię, a Jacob i Michael zarechotali ciesząc się z czegoś, co tylko oni wiedzieli.
-Cudowne wspomnienie... Łeb tego szczeniaka w klopie..- Rozmarzył się Jacob.
-Podkowa! Ktoś tu je, gdybyś nie zauważył- rzuciła z wyrzutem Caroline.
-Och, nie bądź taka "och, ach"; Raven. Może pączusia?- Rzucił podając jej talerzyk domowych wypieków.
-Dzięki, jestem na diecie- odmówiła.
-Taa, chyba rotacyjnej; bo gdzie się nie obrócisz, tam coś wtrynisz, siostra- zauważył Devon.
-Cii, bo się wyda!- Prychnęła żartobliwie Caro biorąc pączka od Jake'a.
-O, dojechałeś wreszcie- rzucił Michael z ironią rzucając w Devona winogronem.- Czemu nie było cię na Konklawe?
-Stary Carlos poprosił o przysługę- odparł orzechowooki.- Czemu Weiss ma ryj w klapkach?
-Bo przewodniczący mu wjebał- odpowiedziałam wskazując Jack'a.
-Coś młody ten przewodniczący. Żartuję, Devon jestem- przedstawił się.
-Jack, miło mi- rzucił w odpowiedzi blondyn.
-Widzę, że nasza kuzyneczka cała w skowronkach- zagadnął Clarissę, która poczerwieniała lekko i rzuciła w niego mandarynką.- Zestrzelona jesteś, czy co?- Spytał, a my wszyscy z trudem powstrzymaliśmy się od śmiechu.
Długowłosa szatynka przytuliła się delikatnie do Jack'a.
-Oświecimy go?- Spytał ją szeptem.
-Czy ja o czymś nie wiem?- Rzucił podejrzliwie Devon.
Salwa śmiechu, kopniaki pod stołem, wymowne spojrzenia i poszturchiwania.
Clarissa zabrała się za jedzenie, czerwona jak piwonia.
-Powiecie w końcu, z czego macie takie kocie mordy?- Wypalił zniecierpliwiony orzechowooki.
-Dobra, dobra. Zluzuj- uspokoił Jack obejmując Clarissę. Zapadła dramatyczna cisza.- Jesteśmy parą- powiedział dumnie dając szatynce całusa.
-COOOOOO, PRZEPRASZAM??!!- Wyparował Devon niesamowicie zdumiony, odstawiając z hukiem kubek. Gapił się na blondyna, jak zaczarowany.- Kłamiesz! Żaden nigdy nie zdobył mojej małej kuzyneczki!- Wydusił z siebie, mówiąc pieszczotliwie dwa ostatnie słowa.
-Jemu się to udało- Clarissa wreszcie się odezwała.
-Ej, nie wkręcajcie mnie!- Jęknął z wyrzutem Devon.
-To żaden wkręt, D- odparła Caro.- Wszyscy jesteśmy jeszcze trochę zaskoczeni- dodała z szerokim uśmiechem.
-Z-Za-Zaskoczeni??- Devon wypluł kawę spowrotem do kubka.- Tylko??! Dla mnie to normalnie szok...- wgryzł się w kanapkę- Szok...- Powtórzył z pełnymi ustami. Przełknął w końcu.- Jack.
-Aha?- Spytał blondyn lekko.
-Jeśli ośmielisz się ją skrzywdzić- zaczął Devon.
-Tak, wiem: zabijesz mnie- dokończył Jack za niego.
-Skąd wiesz?- Zdziwił się Devon.
-Jesteś trzecią osobą, która mnie ostrzega- wyszczerzył się w uśmiechu blondyn.- A to już poważna sprawa- dorzucił poważnie. Przegryzł donuta.- Możesz być spokojny: Clari nic się nie stanie.
-Clari..?- Devon rozdziawił dziób w zdumieniu.
-Och, Devon. Zejdź z niego wreszcie- zniecierpliwiła się szatynka, wpychając w siebie kolejną porcję jajecznicy.
-Jeszcze na niego nie wlazłem..
-Ohyda!- Wtrącili Jacob i reszta z obrzydzeniem.
-Bo jedyną osobą, która to zrobi będę ja- zarechotała tryumfalnie Clarissa, a Jack mruknął coś pod nosem z zakłopotaniem.
-Szykują się pikantniejsze szczegóły?- Zapytał z żartobliwym zaciekawieniem Horse.
-Ja nie pytam o to, co robisz w pokoju z Vładimirem- zasugerowała z nutą tajemniczości Clarissa. Wszyscy znów się roześmiali, a Vładimir prychnął:
-Nie wiem, jak on; ale ja jestem stuprocentowym hetero- odparł z ironią.
-A wczorajsze, cytuje: ej, nie tak mocno(!); czego dotyczyło?- Spytała przymilnie.
Wszyscy zawyliśmy z podziwu, a Romanow rzucił:
-No, dobra; powiem to: Jacob miał na mnie chęci.
Znów rechot.
-Nie jesteś w moim typie- burknął Horse urażony.
-A kto jest „w twoim typie”?- Zapytała w tym momencie całkiem niewinnie Cindy, a Jacob spalił raka.
-Zbroja?- Podsunęłam.
-Ale się zrobiłeś czerwony- rzuciła Elizabeth.
-Strasznie się tu gorąco zrobiło.. Pewnie przez te ostre tematy- odparł wykrętnie Jacob, pijąc wodę z cytryną.- Zwróćcie się do Tylerów: oni są podobno najlepsi w te klocki.
-No, wiesz; Podkowa. Takiej seksownej kobiety trudno raz po raz nie szturchnąć- zarechotał Michael, przytulając mnie.
-Oj, tak- potwierdziłam ochoczo.- Szturchnąć to mało powiedziane.. Co tam się wczoraj działo...! Łuuu hu hu...- zagwizdałam lekko.
-Pikujący Kruk?- Rzuciła Caro, gdy nagle tuż obok rozległ się  huk.
-Jasper??- Zdziwił się Devon.
-Padłem, nie wstaję...- wydyszał zanosząc się śmiechem Porter, klepiąc ręką w ławkę.- Ja, pierdolę... No, nie mogę...- Dodał dusząc się z wesołości, wlazł na siedzisko, z którego zleciał.- No, normalnie majstersztyk... Hahahaha hihihih.
***
-Łooo, jak mi się nie chce- jęknęła Clarissa leżąc na ławce po śniadaniu.
-Nawet nie mów...- skomentowała Cindy.
-Popieram- Jack ziewnął.
-Też trening, Cin?- Spytałam lekko.
-Ten facet nie daje żyć... Normalnie Kongo w biały dzień..- jęknęła.
-Uczy się pod okiem Mistrza, Cally?- Spytała Clarissa.
-Mhm.
-Wy jeszcze Kongo nie widzieliście- stwierdziła z przekonaniem Clarissa, patrząc w sufit jadalni.
-Też cię uczył?- Zapytał zaciekawiony Jack.
-Aha- przytaknęła szatynka.- Zanim rodzice odkryli, że jestem "wykrywaczem pijaw" musiałam stać na jednej nodze z dwoma dzbankami wody w rękach i mieczem w zębach na równoważni, a to wszystko trzy metry nad ziemią.
Cindy wybałuszyła na nią oczy.
-Powaga?- Zdumiała się.
-Mhm. Cally miała to samo.
-Z tym wyjątkiem, że miałam trzeci dzbanek na głowie, świetnie to pamiętam- rzuciłam uśmiechając się do wspomnień.- Clarissa, a kojarzysz „Strzał w dziesiątkę”?
-O, Aniele... Nie przypominaj, masakra..
-Co to właściwie takiego?- Spytał Jack.
-Podciągałeś się na drążku i obrywałeś kijem. Mistrz połamał na mnie trzy, więc dostawałam rurą- rzuciłam wesoło.
-Rurą??- Przerazili się oboje.
-Ta rura też się potem zgięła. Na mnie- rzucił Jason, siadając obok.
-Wkręcacie nas- stwierdziła z powątpiewaniem Cindy.
-Najlepsza była "Trójeczka" rozmarzył się mój kuzyn.
-Nienawidziłam tego; brrr!- Rzuciłyśmy równocześnie z Clarissą.- Rzucanie trzema sztyletami do tarczy z przywiązanym tresowanym skunksem.. Okropność..
-Mnie to akurat śmieszyło- zarechotał Jason.
-Bo nigdy nie dostałeś od sukinsyna- prychnęłam.
-Co to, kurna, jakieś kary za brak postępów w nauce?- Jęknęła brunetka.
-Uuuu, gdybyś usłyszała o karach, nie podjęłabyś się Zawodu- zauważył Michael.
-Co, dostałeś jakąś?- Spytałam.
-Wiesz, na co wołają "Bomba"?- Spytał mimochodem, a my parsknęliśmy śmiechem.
-Nie mów, że ci to zrobił!- Wydyszałam zaskoczona.
-Wierz mi, zrobił.. Bomba: stoisz pod wiadrem lodowatej wody, które masz przywiązane do nadgarstka dłoni z mieczem, jeśli źle poruszysz ręką... Brrry...
-Zaczynam się tego bać...- zauważył Jack powoli.- No, nic.. Komu w drogę, temu trampki- rzucił, wstając dopił sok.
-Miejmy nadzieję, że to przeżyjemy- dodała Cindy.
-Marzę o tym, by Sword mi znów nie dokopał do tyłka- westchnęła ciężko wysoka szatynka.- Święty Aniele, pomóż mi przeżyć dzisiejszy trening...

-Wstałaś dzisiaj lewą nogą, skarbuś?- Szepnęłam do płaczącej Lily, próbując ją uspokoić potrząsałam grzechotką.
Bez rezultatu. Płakała, jak jasna cholera. Wraz z Michaelem stawaliśmy na głowie, żeby nasza Kruszyna się rozchmurzyła.
-No, cio ci się dzieje? Skarbie..- Szepnęłam tuląc i kołysząc małą.
-Może coś ją boli... Nigdy tak mocno nie płakała- zmartwił się zielonooki.- Pójdę po Marco..
-Masz rację.. Cśśś.. Liluś moja..- przysiadłam na łóżku kołysząc małą.
Potrząsałam grzechotką, bawiłam się pacynką, pluszakiem.. Dosłownie wychodziłam z siebie, żeby rozweselić dziecko.
-Co się dzieje?- rzucił mój kuzyn, wchodząc do pokoju.- Czemu płaczesz , maleńka?- Spytał, biorąc małą na ręce, a ja już spodziewałam się, zę będziemy mieli serię nieprzespanych nocy...







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz