sobota, 14 lipca 2018

Hunter III Curse Rozdział XXIX: Rozstanie i Przyjaźń. Cindy łowcą. Zakochana para i inne niespodzianki...

-Co dokładnie chcesz przez to powiedzieć; Cindy?- Zapytałem zaskoczony.
-No, sam wiesz..- zaczęła ostrożnie, jakby szła po bardzo kruchym lodzie. Nerwowo bawiła się paskiem rybaczek.- Stale jest jakaś kłótnia między nami, a ja.. Ja nie chcę, żeby- wpatrywała się w swoje sandałki długą chwilę.- Nie chcę, żeby on był.. Nieszczęśliwy- szepnęła wybuchając szlochem.
-Ty chcesz go od tak sobie rzucić?- Wychrypiałem oszołomiony.
-Wiedziałam, że... Że mnie nie zrozumiesz!- Wybuchnęła, zerwała się z miejsca obok mnie i ocierając łzy chciała odejść.
-Czekaj- złapałem ją za rękę i osadziłem na miejscu.- Czemu myślisz, że Jack jest nieszczęśliwy?- Zapytałem, biorąc dziecko na ręce. Mała wyciągnęła rączki do Cin.
-Bo widzę, jaką ma minę. Ciągle jest jakiś taki.. Poważny, jakby był przybity i...- westchnęła, z trudem powstrzymując łzy.
Pukanie.
-Michael, możemy...- Jack zauważył Cindy i zrobiło się cholernie niezręcznie.- Sorry, chyba nie w porę przyszedłem- stwierdził cofając się do odejścia.
-Jack, to nie tak..- zaczęła Cindy, chcąc wszystko wyjaśnić.
-Ja to załatwię, zajmiesz się małą przez chwilę?- Wreszcie podałem jej dziecko. Dziewczynka położyła paluszki na jej twarzy, a Cin zawiesiła niewidzący wzrok na mnie. Lily coś jej pokazała.
-Michael...- wyrwał się z jej ust zdumiony szept.
-Co widziałaś? Co Lily ci pokazała?- Zapytałem, patrząc, czy w pobliżu nie ma Callisto; która jeszcze nie wiedziała o zdolnościach naszej córeczki.
-Ona... Jest genialna...- szepnęła zdumiona.- Jesteś genialna, malutka- oddała mi Lily i wypadła w podskokach z pokoju.
-Co pokazałaś cioci, skarbie?- Zapytałem Lily, której rączka oparła się na moim policzku.
Obraz..
Market. Nasze spotkanie z Jack'iem i te słowa:
-Staram się, skaczę w koło niej, jak jakiś golden retriever, a i tak wychodzi do dupy. Może to ja jestem do bani?- I to zastanowienie w głosie.
Całe wspomnienie tak, jak sam je zapamiętałem.
-Mój skarbek najdroższy- wymruczałem z miłością.- No, daj tacie buzi.. Łooo, mua.!- Rzuciłem ciepło.
Callisto Raven; postrach ogólniaka. 
Jack minął mnie. Szedł ze wzrokiem wbitym w ornamenty na podłodze, z dłońmi za szlufkami krótkich spodni z lekkiego materiału. Wyglądał na zamyślonego.
-Jack, zaczekaj!- Łup. Wpadła na mnie z impetem.- Przepraszam.. DONNOVAN, TY PUSTA PAŁO ZACZEKAJ; KIEDY DO CIEBIE, KURWA, MÓWIĘ!!- Zawołała zniecierpliwiona, goniąc go.
Zaciekawiona przystanęłam na schodach i patrzyłam na biegnącą za Jack'iem brunetkę.
-Mówię ci, poczekaj... Jack..- Wysapała wtulając się w jego plecy.- Chcę z tobą porozmawiać.. To najważniejsza rzecz pod słońcem..
-Nie ma o czym rozmawiać, Cin. Rozumiem, gdzie mnie nie chcą- odparł chłodno wyślizgując się z jej objęcia.
Dogoniła go i znów obróciła do siebie.
-Posłuchaj mnie, bo wiedz, że nie odpuszczę- odparła ostro.
-Daj spokój, nie masz z czego się tłumaczyć- odparł znów chcąc odejść.
Zwróciła go twarzą ku sobie i dała mu mocnego liścia.
-Na Świętego Anioła, posłuchaj wreszcie, co mam ci do powiedzenia; Donnovan!- Wykrzyczała niecierpliwie.
-Przecież widziałem, jak się na niego gapisz..- odparł beznamiętnie.
-Czterooki nie ma z tym nic wspólnego, a ty widzisz coś, czego nie ma- odwarknęła odruchowo. Kolejny raz musiała go powstrzymać od pójścia przed siebie.- Jack... Zrozum.. Chciałam, żeby to wszystko się zmieniło.. No, wiesz: między nami..
-To ty powiedziałaś, że do ciebie nie pasuję. Więc niby kto "pasuje"? Michael?. Czy kto?.- Zapytał wściekły.
-Nie plątaj w to Michaela, przecież wiesz, że zawsze tylko się przyjaźniliśmy.. Proszę cię: on jest żonaty i kocha tylko ją, a tu chodzi o nas. O NAS- podkreśliła cicho.
-Wiem, co widziałem. Trzymał cię za rękę- odwarknął z irytacją, a mnie opadła szczęka i poczułam uścisk w piersi.
-Bo się uniosłam, jak idiotka i chciałam wyjść w połowie rozmowy! Wiesz, o kim rozmawialiśmy? O tobie- burknęła.- O tym, że nie chcę, żebyś był przeze mnie smutny i nieszczęśliwy!- Prychnęła mu prosto w oczy.
Blondyn długą chwilę mierzył ją uważnym spojrzeniem. Nagle wybuchnął wesołym śmiechem.
-Kto z kim teraz zrywa, Cin?- Zapytał próbując stłumić go w sobie.- Najpierw to ty byłaś wściekła, gdy zaproponowałem; żeby od siebie odpocząć; a teraz bezceremonialnie dajesz mi kopa w tyłek? To cios poniżej pasa, Cin..
-Nie o to chodzi, Jack..- odetchnęła głębiej.- Po prostu widzę po tobie, że coś jest nie w porządku i... Miałam wrażenie, że może to o nas chodzi... Myślałam nad tym całą noc i doszłam do wniosku, że nie powinnam ci się narzucać...
-Narzucać, czyli?- Podjął blondyn z naciskiem.
Brunetka przysiadła na murku i spojrzała na niego uważnie.
-Jack.. Powiedz tak szczerze: czujesz coś do mnie?- Zapytała w zamyśleniu.
-A ty?- Odbił szybko pytanie.
-Pytam poważnie- odpowiedziała cicho.
-Chcesz szczerze... Tak, jak jest?- Upewniał się.
-Wal, wezmę to na klatę- odparła krótko.
Jack przez dłuższy moment gryzł czekoladowy batonik zastanawiając się, jak ubrać w słowa to, co czuł.
-Ale na serio się nie obrazisz, albo co?- Zapytał w końcu niepewnie.
-Słowo najbardziej wyszczekanej laski w liceum Thomasa Jeffersona- odparła z ręką na sercu.
-No, bo jest tak, że... Ja bardzo cię lubię i tylko lubię.. Nic poza tym- powiedział zamyślony wbijając wzrok w swoje buty.
Zdzieliła go mocno w plecy aż się zgiął, rzucając:
-Też cię lubię; Brachu!- Objęła go ramieniem i poczochrała mu włosy.- To, jak? Przyjaciele?- Spytała wyciągając rękę.
-Przyjaciele- odparł przybijając piątkę.
Pchnęłam drzwi i weszłam do budynku.
***
Michael leżąc na łóżku bawił się z małą.
-Samolocik! Łaaaa! Bach- wymruczał z miłością, patrząc na Lily.- Oczka ci się kleją, widzę- podniósł się na nogi.- Zobacz, kto przyszedł..
-A kuku, skarbie!- Rzuciłam biorąc moją malutką.
No, nie była już taka malutka, bo miała prawie cztery miesiące.
-No, chyba cię pogięło, Cin!- Buchnął w głębokim zaskoczeniu Jack.
-Przemyślałam to sobie dokładnie, Przewodniczący- oznajmiła zdecydowanym tonem- i stwierdziłam, że, jeśli to możliwe zostanę łowcą wampirów.
-Nie ma mowy! Twój brat nie da mi żyć, jeśli coś ci się stanie. Pomyślałaś, że to nie przelewki?- Zapytał z niepokojem.
-Wiem. Widziałam, jak walczycie- przyznała spokojnie.- Nie chcę się ich bać, jeśli trafi na mnie. Na pewno wiedzą, że coś nas łączy. Pomyślałeś.. O, sorry: masz za dużo spraw na głowie, żeby myśleć bardziej, co by było; gdyby...!
-Zostawić was samych na chwilę i znowu się żrecie, jak psy... Prawdziwa przyjaźń, nie ma co- skomentował uszczypliwie Michael.
-Nie słyszałeś jeszcze, co ta wariatka chce zrobić..- zaczął rozdrażniony blondyn.
-Wypraszam sobie, pusta pało- odburknęła ostro.
-Słyszałem, Jack i szczerze mówiąc: Cin ma rację- odparł spokojnie zielonooki okularnik.
Jack'owi opadła kopara. Gapił się na Michaela zdziwiony.
-I ty, Brutusie, przeciwko mnie??- Wychrypiał mrugając powiekami.
-Dobrze wiesz, że nie- odparł z naciskiem Michael.- Stowarzyszenie jest w trudnej sytuacji; Jack. Jesteś Przewodniczącym Związku, a Cin już raz musiała uciekać przed Rządowymi. Co, jeśli za drugim razem nie zdąży? Jak będziesz się czuł, wiedząc; że nie pozwoliłeś jej na coś, co mogło ją uratować?- Zapytał patrząc prosto w oczy przyjaciela.
Położyłam córkę w łóżeczku i odwróciłam się w samą porę, by zobaczyć, jak Jack zaciska zęby ze złości wytrzymując stalowy wzrok Michaela.
-Nie kłóćcie się- zaczęła słabo brunetka.
-Chcesz być łowcą, Cin? To się nie wtrącaj.- Odparł krótko zielonooki okularnik.- Słyszałeś, co mówili na Radzie; więc chyba zdajesz sobie sprawę z tego, że teraz nigdzie może nie być bezpiecznie.
-Oni o niej nie wi.. Cholera! Wiedzą- Jack oparł się o przeciwległą ścianę, zjechał po niej i usiadł na podłodze ukrywając twarz w dłoniach. Westchnął głęboko, żeby się uspokoić.- Jej rodzina może oberwać.. I to przeze mnie... Kurwa mać- zaklął zły na siebie.- Dobra.. Dajcie mi chwilę się zastanowić- zaczął powoli, przymykając oczy. Zmarszczył czoło i rozmyślał jakiś czas.- Zaraz wracam- rzucił otwierając oczy i szybkim krokiem poszedł, prawdopodobnie, do swojego gabinetu.
-Co on, tym razem, wykombinuje?- Mruknął Michael do siebie w zastanowieniu.
-Serio może być aż tak strasznie?- Zapytała z wahaniem brunetka.
-Z tymi bestiami nigdy nic nie wiadomo- odparłam ponuro.
×××
Jack wrócił prawie po godzinie z grubą teczką w ręku.
-To ma być: zaraz..? Coś ty przytachał?- Zdumiała się.
-Twoje przyszłe akta; Wariatko- odparł z ironicznym grymasem.- Zresztą musiałem też obskoczyć parę osób, "przyszła łowczyni"- prychnął uszczypliwie.
-Jeju, dużo tego- stwierdziła zaskoczona.
-Pomożemy ci, bez obaw- odparłam dołączając do trójcy. W tym momencie idący skądś Jacob Horse widząc Cin nie trafił w zakręt i wpadł na ozdobną zbroję, która zachwiała się na cokole i zaczęła spadać prosto na niego.
-Szlag by to..- Zaklął bliznowaty próbując nie dopuścić do katastrofy i postawić zbroję całą i zdrową na miejscu.
-Czekaj, pomogę ci- Rzuciłam znajdując się tuż obok.
-Jest szybka..- zaczęła Cindy z podziwem.
-Jak na pijawę- rzuciłam z ironią.
***
-Już mnie ręka boli od tego pisania- westchnęła brunetka, odkładając na chwilę pióro.
-Maruda- rzucili złośliwie Michael i Jack.
-Kogo masz na jej Mistrza?- Spytałam wesoło.
-Pomyślałem, że Morgenstern mógłby się nią zająć. Facet chyba zna pojęcie: niereformowalna- odparł z lekkim chichotem.
-Spadaj- prychnęła szturchając go, znów zabrała się za pisanie.
-Zresztą nawet się zgodził- zarechotał Jack turlając się po łóżku.
-No, to życzymy miłego przejścia przez piekło- Michael spojrzał na mnie i oboje dostaliśmy ataku mega śmiechawy.
-Piekło? Jest aż taki straszny?- Jęknęła załamana Cindy.
-Gdzie tam. Jest tylko bardzo wymagający- Wyjaśniłam spokojnie.
-Czyli...- zaczęła niepewnie.
-Uczę się Zawodu, od kiedy skończyłam sześć lat- odparłam.
-No, wspominałaś coś..- wpadła mi w zdanie.
-Do tego czasu opanowałam: miecze, sztylety, piki, halabardy, włócznie, łuk i kuszę. Poza tym pod jego okiem uczyłam się także strzelać z broni długiej i krótkiej. Obecnie jestem na piątym stopniu szkolenia.
-A ile jest tych stopni?- Spytała z wahaniem.
-Dziewięć. Przeważnie całe szkolenie przechodzą łowcy, którzy potem uczą zawodu- odpowiedziałam wolno.
-W ile lat ogarnęłaś tyle broni?- Zaczynało się "przesłuchanie".
-Hm.. Pierwszy stopień zdałam mając dziewięć lat. Pięć lat później przeszłam egzamin na Kapsla, w tym samym roku dostałam Szczurzy ogon. Mając lat szesnaście byłam już na czwartym szczeblu, a w zeszłym roku zdobyłam piąty stopień. U nas każdy po egzaminie przez pół roku ma określone przezwisko.
-Za mną lata teraz brzdęk, albo "otwórz piwo"; a za Cally...
-Daj głos, waruj, burek, kundel, terier; hau, hau. Jest wesoło- rzuciłam ironicznie.- Istnieje też elita bardziej utalentowanych łowców; których nazywamy Niebieskimi.
-Czemu są jacyś lepsi?- Zdziwił się Jack.
-Potrafią wyczuć pijawę o wiele szybciej, niż reszta. Poza tym, jak my, są szkoleni do walki i mają o wiele większą odporność na ból i zdolności pijawek. W mojej rodzinie jest tylko dwoje Niebieskich: młodszy brat ojca; wujek Alec i moja kuzynka Clarissa Jane, zwana przez większość chłopaków "Petardą"- rzuciłam mrugając porozumiewawczo do Jack'a.
-Ale zwykli łowcy też są odporni..- zaczęła zdziwiona Cin.
-To prawda, ale.. Łowca wyczuje wampira z odległości plus minus trzech, czterech metrów; natomiast Niebieski poda bezbłędnie pozycję pijawy, która znajduje się około dwa kilometry stąd. Długi Jęzor; mamy w pobliżu jakąś pijawkę?- Rzuciłam do przechodzącej korytarzem Clarissy.
Długowłosa szatynka oparła się o framugę drzwi i przymknęła na chwilę oczy oddychając głęboko.
-Grupa trzynastu wampirów związanych z Senatem szwenda się w pobliżu Big Bena- oznajmiła machinalnie.- Poza tym trzech nomadów kręci się kilometr na północny zachód stąd- dodała otwierając oczy.
-Jak ona to robi??- Zdumiał się Jack gapiąc się na dziewczynę.
-Cally pewnie wam nie wspomniała, ale nas: Niebieskich nazywa się też wykrywaczami wampirów- wyjaśniła Clarissa przeciągając się lekko.
-Widać, że jesteś jakaś wykończona- stwierdziła Cindy.
-Sword mnie trochę przemaglowaaaał- ziewnęła lekko.- Poza tym czwarty z czwartego pokolenia Rodu, zwany dalej moim tatą, znów się czepia o ostatnie świadectwo... O, Święty Aniele, masakra- westchnęła niecierpliwie.- Spadam się zdrzemnąć, bo zaraz padnę...- stwierdziła znikając w korytarzu.
-Jest naprawdę niezła- skomentowała brunetka z uznaniem.- Chciałabym tak umieć..- rozmarzyła się.
-Może umiesz, ale jeszcze o tym nie wiesz? To się zdarza, bo nawet łowcy pochodzenia nieszlacheckiego posiadają tę zdolność- wytłumaczyłam swobodnie.
-Chyba mogę sobie tylko pomarzyć- zauważyła trochę smutno.
-Wcześniej nie chciałam o to pytać, ale co czułaś, kiedy zobaczyłaś pijawy w domu Jack'a?
-Czemu o to pytasz?- Zdziwiła się.
Dostrzegłam, że nauczyciel Niebieskich: Jim Sword podsłuchuje naszą rozmowę. Zauważyłam też, że cały czas uważnie obserwuje Cindy.
-Tak po prostu- skłamałam bez zająknięcia, a Michael pytał mnie wzrokiem, co kombinuję.
-To strasznie głupie...- Zawstydziła się obracając na nadgarstku bransoletkę.- Już zanim weszłam do środka, wiedziałam, że coś nie gra... Zignorowałam to i weszłam. Któryś z nich mnie zobaczył, a ja... Ja... Zrobiłam się taka... Sztywna, było mi zimno, słabo i przebiegając koło lustra zobaczyłam, że jestem blada, jak kostucha.. Potem jakoś tak nagle zaczęła napierdalać mnie bania...
Wpatrywałam się w fiołkowooką brunetkę poruszając wargami, jak ryba wyciągnięta z wody, oniemiała z zaskoczenia.
-Cz-Czemu nie powiedziałaś tego od razu??- Jim Sword wyszedł z ukrycia. Był równie zaskoczony, jak ja.
-Nie miałam pojęcia, że to takie ważne- obruszyła się Cindy zdziwiona.- Myślałam, że to tylko ze strachu, czy coś...
-Wiedziałem, że coś jest na rzeczy- mruknął czarnowłosy z fryzem na jeża w zastanowieniu, wtedy zauważył piętrzący się stos dokumentów.- Mamy nowego na Zaprzysiężenie?- Zagadnął zaintrygowany.
-Raczej nową- stwierdził Michael ruchem głowy wskazując Cin.
-A niech mnie Anioł w dupę kopnie- wydyszał zaskoczony.
-A masz- zarechotał Deere dając mu lekkiego kopa w zad.
-Koło Anioła to ty nawet nie leżałeś, spadaj na Rykowisko- rzucił uszczypliwie Jim.
-Już mi jedziesz po herbie? Swoim Nożykiem to ty se możesz: jabłka obierać- Deere odciął się z humorem.
-Nabijcie Mięcho na Rożen, łazęgi- zaśmiał się Mistrz.
-I niech Jutrzenka wam świeci- rzucili obaj z ironią.
-Płotka gotowa na wycisk?- Rzucił jednooki w stronę Cin.
-Chyba mnie nie doceniasz, Mistrzu- odparła uprzejmie Cindy, zakładając adidasy.
-Takie coś to ja rozumiem- zarechotał Morgenstern, a sygnet z gwiazdą na jego prawej dłoni błysnął odbijając światło.
***
Kwadrans później; plac ćwiczebny za budynkiem.
-Callisto Anabelle- Mistrz rzucił do mnie półtorak. Sam trzymał w dłoni swą ukochaną szpadę. Zasalutowaliśmy i rozpoczęliśmy.
Widziałam, że brunetka z wyraźnym zainteresowaniem obserwuje naszą wymianę ciosów. Po chwili jednak zwróciła uwagę na nasze kroki i pracę rąk.
-Ha!- Prychnął wesoło Mistrz bez trudu odbijając mój atak. Po chwili pojedynek nabrał tempa, a wymiana ciosów stała się szybsza i agresywniejsza.
-Kra!- Rzuciłam w odpowiedzi ruszając do ataku. Miecze się zwarły, a Mistrz odepchnął mnie mocno i nim zdążyłam ponownie zaatakować wykonał salut. Odwzajemniłam gest i opuściłam miecz, a on gestem ręki przywołał Cindy.
-Na początek broń lekka: szabla- podał dziewczynie ostrze.- Postawa szermiercza. Wyżej broń- poruszył jej nadgarstkiem.- W porządku. Podnieś lekko gardę- pouczył obchodząc ją do okoła.- Świetnie. Zaatakuj, gdy będziesz gotowa.- rzucił stając ze szpadą w palcach w postawie obronnej.
Cindy patrzyła niepewnie na szpadę w dłoni Morgensterna, jakby bała się, że ta w zetknięciu z mieczem złamie się. Odetchnęła i... Rzuciła się do szybkiego ataku.
Mistrz z wyrazem zaskoczenia odbił- niewiarygodnie szybką- serię ciosów i zasłonił się przed kolejnym.
-Trenowałaś kiedyś fechtunek?- Zdumiał się odbijając następne cięcie.
-Nigdy nawet nie miałam miecza w dłoni- zaprzeczyła ku zaskoczeniu wszystkich Cindy.
-Zatem, jakim cudem TAK zaatakowałaś?- Zapytał, gdy przystanęli.
Wtedy powiedziała coś, co kompletnie nas zamurowało:
-To trochę przypomina mi taniec- zauważyła z namysłem.- O co chodzi?- Zapytała opuszczając szablę do boku, widząc, że wszyscy milczymy, jak zaklęci.
Mistrz w oszołomieniu przemówił w swoim rodowitym języku: niemieckim.
-Co go tak nagle wzięło?- Zdumieli się chłopcy.
-Powiedział, że jeszcze nie słyszał takiego uznania dla szermierki, tym bardziej z ust zupełnie zielonej uczennicy.
-Jedyne, co umiem po niemiecku to: Nicht ferstehen- rzuciła przepraszająco.
-Hm? Powiedziałem to po...?- Mistrz roześmiał się lekko, jakby z własnego roztargnienia.- Jeszcze nikt kompletnie zielony nie porównał szermierki do tańca..- powiedział śmiejąc się lekko.
-To źle?- Cindy zmartwiła się.
-Wręcz przeciwnie: zaimponowałaś mi- odparł z podziwem.- Koniec lekcji- rzucił krótko.

Cindy szła zamyślona ze wzrokiem utkwionym w trawie i gryzła wafelka.
-Właściwie nie rozumiem, czym mu zaimponowałam- stwierdziła w końcu, odkręcając butelkę gazowanej wody mineralnej. Upiła spory łyk.
-Oświecić ją?- Szepnął mi Michael do ucha.
-Poczekajmy na rozwój wydarzeń- odszepnęłam poszturchując go wesoło.
-Wydaje mi się, że cię polubił- zauważył Jack ze śmiechem.
-Akurat- prychnęła, ale zachichotała lekko.

Kolacja. Wchodząc rzuciłam ukradkowe spojrzenie na Mistrza i zauważyłam, że, gdy ujrzał Cindy przez jego twarz przemknęło coś na kształt uśmiechu.
-Smacznego, żarłoki- rzuciła brunetka do Jacoba i reszty ekipy przy stole.
-Dzięki, wzajemnie- odparł z pełnymi ustami Horse.
-To ty wleciałeś dzisiaj na zbroję- powiedziała, a chłopak zakrztusił się sokiem. Porter poklepał go po plecach.
-Dzięki, Jazzy..- odparł czerwony jak burak.- Po prostu trochę się zagapiłem- wytłumaczył się niemrawo.
-Ciekawe, na kogo- szepnął wymownie Jack do Michaela, który dostał nagłego napadu nieposkromionego chichotu i niepostrzeżenie strzelił oczami na Cindy, a blondyn pokiwał głową, jakby mówiąc: strzał w dziesiątkę.
-Co tak szepczecie?- Obruszył się Horse.
-Nic, nic. Takie tam- odparł Jack przewracając oczami.
-Chcę wiedzieć, o co chodzi; panie przewodniczący- powiedział z naciskiem Jacob.
-Och, o nic. Zastanawiałem się tylko, kto wytrzyma ze mną dłużej, niż tydzień- skłamał Jack wzruszając ramionami.
-Mogę liczyć na puchar? Wytrzymałam z tobą dwa lata w jednej ławce- zarechotała Cindy, odciągając Jake'a od dalszych pytań.
-Zestrzelony- mruknęłam konspiracyjnie do Michaela.
-Wcale nie. Niech tylko Amor tego spróbuję to wsadzę mu ten łuk tam gdzie słońce nie dochodzi- burknął Horse.
-Znowu masz tryb: związki są do chrzanu?- Spytał uszczypliwie Romanow.
-Mów za siebie- zakpił Jacob rzucając w niego mandarynką.
-Nie czepiaj się- prychnął Vładimir.
-Sam zacząłeś- wypomniał mu usłużnie Horse.
-Dobra, masz mnie. Podajmy sobie ręce, trzymajmy się razem- zanucił drwiąco Romanow.
-A Putin niech zakręci nasze kurki z gazem- donucił Jake i zarechotali zgodnie.
-Czubki- skomentował Jasper z ironią.
-Odezwał się ten mądry. Dać dziecku zabawkę, to wysadzi hordę pijawek- odciął się Vładimir.
-Uratowałem ci dupę, więc powinieneś mi podziękować- odszczeknął się Jasper.
-A idź, bo jak ci pizgnę, to ci Pochodnia zgaśnie- Romanow szturchnął go przyjaźnie.
-Pożyczę trochę Płomienia od Michaela- odpowiedział wesoło Jazzy.
-Taa, a Kruk w herbie Ravenów zgubi swój klucz- zażartowała Clarissa, poprawiając wisiorek ze znakiem rodzinnym, a ja parsknęłam śmiechem.
-Ale wam dogięła. Punkt dla Kruka- zarechotał Jack.
-Uważaj, żeby ten Długi Jęzor nie zawiązał ci się przypadkiem w supeł- rzucił jeden z chłopców w wieku Clarissy.
-Tylko nie zaryj szczęką o asfalt z taką siłą, jak dziś na treningu przyjebałeś w jesion- odcięła się szatynka, a grupa dzieciaków z plecionymi niebieskimi bransoletkami na nadgarstkach zawyła z uciechą.
-Teraz to dopiero go zjechała- zauważyła Cindy przyglądając się czternastolatce, a Jack patrzył na dziewczynę z podziwem.
-To było mega- poparł brunetkę dusząc się ze śmiechu.

-Hej, Pyszczulku...- zagadnęłam, wsuwając ręce pod jego koszulkę przytuliłam się i oparłam policzek o jego plecy.
-Aha; Moje Kochanie?- Spytał, przytrzymując moje dłonie przy swojej piersi.
-Nie sądzisz, że Jack może być zestrzelony?- Spytałam zaciekawiona.
Usłyszałam jego cudny śmiech.
-Jack L. Donnovan? Zestrzelony?- Zapytał z niedowierzaniem.- Wątpię w to- dodał spokojnie.
Wtedy z korytarza usłyszeliśmy chóralne wycie i ogólny szum; a do sypialni jak wicher wpadł Jason, mój kuzyn, a młodszy brat Clarissy.
-Uciekajcie... To koniec świata..- wydyszał spanikowany z rozognionymi oczami.
-Co się stało?- Zaskoczeni odkleiliśmy się od siebie na chwilę i wbiliśmy wzrok w Jasona.
-Clarissę właśnie pocałował chłopak i... Napewno mi nie uwierzycie..- dokończył niepewnie, mnąc w palcach jakiś papierek.
-Kto pocałował Clarissę??- Potrząsnęłam mocno  kuzynem.- No, gadaj!.
-Chłopak..
-Tyle już wiemy: jaki chłopak?- Zaczęłam.
-Nie byle jaki...- Jason chciał się wykręcić, czując, że mu nie uwierzymy.
-Mów; kto to był- wyciągałam z niego.
-Przewodniczący Donnovan- szepnął nieco przestraszony.
-ŻE COOOOO?!- Wybuchnął Michael oszołomiony, siadając na czymś szybko.
-Nie przywidziało ci się coś?- Dodałam powoli.
-Widziałem to na własne oczy.. Wszyscy to widzieli...- wymamrotał mój kuzyn.
-To się w pale nie mieści...- tym razem do sypialni wpadła Cindy z oczami wielkimi, jak ping-pongi.- To się w pale po prostu nie mieści- powtórzyła jakby nie mogła ogarnąć tego, co się stało.
-Cindy, można wiedzieć; co jest grane?- Zaczęłam skołowana.
-Jack dosłownie przed sekundą pocałował Clarissę Raven...- wypaliła.
-Muszę... Muszę usiąść...- Zaczęłam zszokowana padając na puf.- To niemożliwe.. To KONIEC ŚWIATA: ratuj się, kto może- wyszeptałam kręcąc głową, jakby mnie piorun strzelił.
-Co z tym "końcem świata"?- Zdziwiona Cindy skakała po nas oczami.
-Właśnie- podjął cichy męski głos o przyjemnej barwie.
Na horyzoncie pojawił się wujek Luca. Zobaczyłam tylko strach w oczach Jasona.- A, ty jeszcze nie śpisz?- Piwne oczy zawiesiły się na swojej młodszej latorośli.
-Już szedłem się kłaść, ojcze...- zaczął chłopiec zacinając się, minął szybko piwnookiego szatyna.
-W tył, na lewo- zawrócił go wujek Luca, widząc, że coś tu nie jest, jak być powinno.- Wszyscy macie takie miny, jakby was ktoś kołkiem przechrzcił- zauważył spoglądając uważnie po naszych twarzach.
-Nic takiego się nie stało- zaczęłam próbując ratować sytuację.
-Czyżby; Callisto Anabelle Tyler, herbu Kruk?- Zapytał świdrując mnie spojrzeniem.
Cholera... Nawet po ślubie nie przestaję czuć respektu wobec wykrywacza kłamstw w oczach ojca chrzestnego.
-Diabli mi cię nadali- mruknęłam cicho, by nie dosłyszał.
-Co tam mamroczesz?- Jednak usłyszał i dał ostatnią szansę na zmianę wypowiedzi.
-Po prostu nie spodziewałam się, że będziesz chciał jeszcze ze mną rozmawiać po tym, kiedy sam zacząłeś mnie unikać- zaczęłam próbując...
-Nieudolnie zmieniasz temat, Callisto Anabelle- odparł przeciągając sylaby.
Właśnie. Przejrzał mnie od razu.
-Przechodząc usłyszałem dwa znajome słowa- kontynuował Luca Raven, a srebrny sygnet na środkowym palcu prawej dłoni i obrączka odbiły światło żarówek.- Co Clarissa przeskrobała tym razem? Które z was mi powie?- Powoli zwrócił wzrok na najmłodsze z dwójki swych dzieci.
Jason wpatrzony w podłogę zmełł w ustach przekleństwo.
-Callisto- to świdrujące spojrzenie piwnych oczu, które znałam aż za dobrze. Potrafiło sprawić, że największy kłamca, zaczynał gadać prawdę. Poczułam ramiona Michaela oplatające moje żebra i lekki całus w kark.
-Mogę o coś zapytać wujku?- Zaczęłam nieśmiało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz