-Przewodniczący- rzuciła Clarissa wchodząc do gabinetu z tacą pełną jedzenia.
-Dzięki, Clari- przyciągnął szatynkę do siebie i dał jej lekkiego całusa.
-Smacznego. Łoł!- z jej ust wydobył się zduszony okrzyk, gdy pociągnął ją mocno ku sobie sadzając na swoich kolanach.
Wraz z Michaelem z trudem powstrzymaliśmy się od śmiechu, gdy upaćkała mu usta odrobiną czekoladowego sosu.
-Jejku.. Przepraszam- wymruczała zawstydzona ocierając plamę chusteczką.
-Och, nie jestem dzidzią, Clari- zarechotał wesoło i zabrał się za posiłek.
Tuż po śniadaniu, Jack zwołał zebranie Rady. Wszyscy łowcy czekający w jadalni rozmawiali. Przeplatały się wszystkie języki i wyraźnie wyczuwało się atmosferę tajemnicy i nerwowego wyczekiwania. Wszyscy byli ciekawi, jakie wieści ma przewodniczący.
Blondyn w towarzystwie Deere'a wszedł do środka niosąc kilka grubych tek. Kładąc je na blacie stołu rzucił krótko:
-Chwała Aniołowi, otwieram zebranie Rady- oznajmił spokojnie zajmując miejsce.
Tematy omawiane na posiedzeniu zaciekawiły wszystkich.
-Co zamierzasz; Przewodniczący?- Zapytał wodzu warszawskiej kwatery, nazwiskiem Kamiński.
Jack podniósł głowę znad dokumentów,
-Najważniejsze, co chcę zrobić to znaleźć morderców mojej rodziny- oznajmił cicho.- Poza tym trzeba uspokoić pijawy. Jeśli nie po dobroci, przejdziemy do gróźb..
-A jeżeli i to nie pomoże?- Zapytał z akcentem przewodniczący kwatery z Tokio.
Jack odetchnął głęboko.
-Jeśli to nie odniesie skutku, trzeba będzie użyć radykalnych środków Yoshiki sama. Siły- odparł z determinacją Jack.- Jak wszyscy wiecie Senat łamie kolejne punkty rozejmu.
-Zdaniem większości: nie istniejącego już Rozejmu; Przewodniczący- zauważyła Light.
-Można i tak to ująć- przytaknął uprzejmie blondyn.- Brud trzeba sprzątać- rzucił z przekorą, a łowcy wbili w niego pełen podziwu wzrok.- Powiedzcie, jak wy to wszystko widzicie- zasugerował.
Łowcy wypowiadali się, a Jack z głową podpartą na ręku słuchał z uwagą.
-To nasze największe zmartwienie- zauważył gryząc w zastanowieniu czekoladowe ciastko obracał na blacie pustą szklankę. Zamyślił się na moment.- Zaraz... Mamy jednego z nich.. Hmmm, to może się udać- mruknął do swoich myśli. Szybkim ruchem obracając szklankę zamknął w niej świerszcza, którego wszyscy od dwóch dni próbowali wykurzyć.
-Masz jakiś plan?- Zapytał Deere nieco zdziwiony.
-Bardzo prosty- skwitował z przebiegłym uśmieszkiem blondyn- pijawka będzie naszą wtyką.
Rozległy się zaskoczone jęki i okrzyki:
-Jak zamierzasz to zrobić?
-To niewykonalne!.
-Jesteś szalony, przewodniczący!
Jack wziął z talerzyka kolejne ciastko i chrupiąc je poczekał aż zapadnie cisza.
-Wampirek wyśpiewał już kilka interesujących rzeczy- odezwał się, gdy wszyscy ucichli. Siedząc z nogą założoną na nogę wziął kartę z zeznaniem i zaczął czytać.
-„Poza tym o Klasztornych nie decydują już Rządy, a sam Senat. Są traktowani, jak psy. Tresowani, dręczeni, głodni. Jak rotweiler wystawiany do nielegalnych walk. Czasem wybijają się nawzajem”- skończył czytać.- Dojdzie do tego, że się zbuntują. Szturchniemy niedźwiedzia i wszystkiego się dowiemy- powiedział z namysłem.- Poza tym Wampirek nie ma wyboru: jeśli skrewi zginie.
-Klasztorni sami go załatwią- zauważył Kamiński.
-I tu się mylisz- odparł tryumfalnie Jack.- Nasz przystojniaczek wyśpiewał także, że Klasztorni nie tylko mordują się wzajemnie; niektórzy giną podczas próby ucieczki- oznajmił.- Dozbrajanie nic im nie daje, a nawet bardziej szkodzi, dlatego nie zabiją kogoś, kto uciekł łowcom.
-A jeśli on wyniesie nasze informacje?- Zaniepokoiła się Light.
-Pomyślałem i o tym- przytaknął Jack.- Będzie szczekał tylko to, co chcemy my.
-Jak to?- Zdziwił się Morgenstern.
-Niby, jakim sposobem go zmusisz?- Zawtórowała mu Hunter.
-Nie mam powodu by go zmuszać- zaprzeczył spokojnie, a zgromadzeni zaczęli szeptać spoglądając po sobie z zaciekawieniem.- On sam wie, że ma nóż na gardle. Zarówno z jednej, jak i z drugiej strony- przemówił pośród ciszy, która zapadła.- Z tego, co wiemy jestem ich głównym celem..
-Chyba nie zamierzasz tego zrobić!- Zaczął wzburzony Deere.
-Bez ryzyka nie ma zabawy, zastępco- uśmiechnął się brązowooki.
-Nie ma mowy!- Wydyszeli Deere i Clarissa.
-Naprawdę?- Zapytał wyzywająco Jack świdrując Jelenia oczami. Deere odwrócił wzrok i zamilkł zaciskając zęby.
-Wiesz, że to cholernie niebezpieczne- zauważył powoli Sword.
-Zdaję sobie z tego sprawę- przyznał blondyn, odrywając na chwilę oczy od kolejnych dokumentów.
-A jeśli coś pójdzie nie według planu?- Zapytała ostrożnie Hunter.
-Istnieje taki scenariusz- potwierdził, a Clarissa pobladła jeszcze bardziej.- Pomogą nam zdobycze techniki- rzucił spokojnie pokazując wszystkim mały przedmiot.- To nadajnik GPS, dzięki któremu będziecie mnie widzieć.
-A jeśli to znajdą?- Zaniepokoił się Tyrone Angello.
-Nie znajdą. Nawet o tym nie pomyślą; bo...- tu zrobił dramatyczną pauzę.
W tym momencie wampir, zupełnie przez nas niezauważony, chwycił chłopaka i przyciągnął do siebie.
-Jeśli nie pozwolicie mi odejść, zabiję go- syknął z groźbą.
Wszyscy zerwali się i rzucili w jego stronę. Wampir umknął sprzed broni Mistrza, obronił się przed szablą Deere'a i wybijając okno uciekł z Jack'iem.
-Cholera...- zaklął Deere takim tonem, jakby mówił: ten dzieciak wszystko sobie zaplanował.
***
Pokój Jack'a. Na łóżku leżał włączony laptop. Ukazywał mapę, na której w piorunującym tempie przesuwał się czerwony punkcik. Były naniesione na nią punkty, a czerwona kropka skręciła i kierowała się w stronę jednego z nich.
Cindy wzięła urządzenie z podłączonymi słuchawkami.
-Możemy ich usłyszeć. Co to za kartka?- Obróciła ją w palcach.- Callisto Tyler. To chyba do ciebie- podała mi świstek.
Callisto,
Jeśli to czytasz, plan jest w drodze do powodzenia. Potrzebuję całej waszej ekipy, zwłaszcza Ciebie i Clari. Mam nadzieję, że wszystko działa, jak należy, czyli widzicie mnie i słyszycie... Jeśli dotrę do jakiegoś punktu, kliknijcie: pokaże się plan budynku, w którym jestem. Będziecie informowani na bieżąco przez podsłuch.
Trzymajcie za mnie kciuki
Jack.
-Musiał myśleć nad tym kilka nocy- zauważył Michael patrząc mi przez ramię.
-Kto i o czym?- Zapytała ponuro Clarissa.
***
Wyjaśniliśmy szatynce cały plan Jack'a.
-Czyli, gdyby coś, mam użyć Radaru- zauważyła powoli.
-Mhm. Nie przejmuj się: będzie dobrze- pocieszyłam, obejmując ją.
-Zostaw mnie, pijawko- prychnęła żartobliwie, szturchając mnie.
-Oj, tam. Zaraz pijawko- burknęłam udając obrażoną.
-Bierzmy się do roboty- zauważyła Cindy, kliknęła szybko.- Jest w budynku Rządu, w Fallen- oznajmiła.
-Woroszyłow chce się podlizać Senatowi- powiedziała Clarissa, siadając wzięła jakiś przedmiot należący do Jack'a i zamknęła oczy oddychając głęboko.
Zapadła cisza, w której Cindy obserwowała GPS, a Clarissa starała się skupić.
Jack L. Donnovan; łowca herbu Kielich.
Kwadrans wcześniej...
-Jeśli spróbujesz wykręcić mi jakiś numer; zginiesz- syknąłem, gdy doszło do porwania.
-Sam powiedziałeś, żebym grał swoją rolę- zauważył cicho, wyjątkowo usłużnie.- Jeśli się dowiedzą, że współpracujemy, zabiją nas obu; a ja chcę jeszcze trochę pożyć.
-Nie mówiłem, że przeżyjesz, wampirze- odburknąłem z niezadowoleniem.
-Nie mam ochoty nadal siedzieć w tym syfie- odwarknął ostro, skręcił przeskakując głęboki leśny rów.- Jeśli to przeżyję, zamierzam zniknąć. Z dala od nich i od was. Nie jestem ich psem- dodał pogardliwie.
-Ja cię tylko ostrzegam- zasyczałem lodowato, gdy wybił z buta szybę jakiegoś samochodu i otwierając drzwi wrzucił mnie do środka, po czym zaczął majstrować coś przy kablach.
Silnik starego grata zawarczał i zaczął pracować miarowo. Wampir wrzucił bieg i ruszyliśmy z piskiem opon.
Przez szybę zobaczyłem przeklinającego soczyście i biegnącego za nami faceta.
Porywacz wyrzucił wszystko ze schowka i wyciągnął pistolet.
-Przyda się. Będzie wiarygodniej- ocenił z namysłem.- Jak jedziesz, sukinsynu?!- Warknął, skręcając gwałtownie w lewo ominął wóz i za jakimś kościołem skierował się w lewo i drugi raz w lewo. Po przejechaniu około pół kilometra skasował samochód na najbliższym słupie kutej bramy, a ja wpadłem pomiędzy siedzenia.
Obrócił się i wypchnął butem drzwi po swojej stronie, po czym biorąc broń wysiadł i wyciągnąwszy mnie z kupy pogiętego żelastwa poprowadził w stronę białej willi, mierząc do mnie z broni.
Dwóch ubranych w czarne peleryny podeszło nieufnie. Wymienili kilka słów, z których wyszła taka oto rozmowa:
-Wypuścili cię?- Warknął wampir podejrzliwie.
-Gdyby mnie wypuścili, nie zwinąłbym szczeniaka- odwarknął Vincent.- Zwinąłem go i zwiałem.
-Łżesz. Podobno pilnują Kielicha, jak oka w głowie- warknął tamten.
-Patrz!- Syknąłem z bólu, gdy Vincent szarpnął mnie za rękę ukazując sygnet z wytłoczonym kielichem oplecionym dzikim winem, na którego czaszy widniał krzyż Templariuszy.
-Ten dzieciak to przewodniczący Związku? Głupiś!- Rządowy zaczął się śmiać.
-Jestem ich przewodniczącym, głupia pijawko- odszczeknąłem się.
Dostałem po mordzie.
-Zamknij pysk, bo ci pomogę!- Zagroził Rządowy, wyciągając coś zza pazuchy. Spojrzał na papierowy prostokąt w swoich palcach, potem na mnie.- Idziemy, nie mnie będziesz się tłumaczyć- zakomenderował obojętnie.
Przeszliśmy próg i zobaczyłem o wiele przystojniejszego, niż oni mężczyznę mierzącego jakieś metr siedemdziesiąt parę o wyraźnie wschodnich rysach twarzy. Wyglądał, jakby pochodził z terenów Rosji, albo z Ukrainy. Miał intensywnie szkarłatne oczy, które na mój widok zwęziły się w szparki.
Vincent pchnął mnie na kolana, choć próbowałem się szarpać.
-Jak uciekłeś?- Zwrócił się do Vincenta.
-Rozerwałem łańcuchy i wziąłem go za zakładnika- ruchem głowy wskazał mnie.
-Przeszukać obu- Wampir wydał krótki rozkaz.
Ci, którzy nas wprowadzili zaczęli nas obszukiwać.
-Obaj czyści, Panie- oznajmili równocześnie, cofając się w ukłonie.
"Pan" zszedł ze schodów i podchodził w moją stronę. Odruchowo się cofnąłem i plecami napotkałem pierś Vincenta, którego okaleczona dłoń złapała mnie za kark.
-Jesteś podobny do Cristiana- szybki policzek na moment mnie zamroczył.- Słyszałeś, zapewne, co planują- zauważył powoli wpatrzony w wampira.
-Chcą uderzyć najpierw na Senat. Zamierzają zlikwidować Klasztor Rady i każdego Czystej Krwi, którego dopadną. Twierdzą, że zemszczą się za Kryształową Noc- wyszczekał dokładnie to, co chciałem.
-Powiedziałeś im coś? O co cię pytali?- Tamten miał podejrzliwy wyraz twarzy.
-Pytali o to, czego nie wiem i kto mnie zmienił- skłamał Vincent.- Nie mogłem wygadać czegoś, o czym nie mam pojęcia; więc wcisnąłem im kilka bajeczek- oznajmił obojętnie.
-Widziałeś dziewczynę z Księżycową Różą na szyi?- Zadał kolejne pytanie.
-Tak, widziałem.
-To ona pozbawiła cię palców?
-Nie, to sprawka tego małego śmiecia- potrząsnął mną brutalnie.
-Czemu nie porwałeś mniej znaczącego ścierwa, tylko akurat jego?- Tego pytania się nie spodziewałem.
Vincent, gdy znów spróbowałem się wyrwać, przyciągnął mnie siłą.
-Zdawało mi się, że chciałeś Tego dzieciaka- odparł bardzo ostrożnie, czym na chwilę przytkał Wampira, który po dłuższej chwili wybuchnął śmiechem.
-Nie jesteś tak głupi, za jakiego dotąd cię uważałem- stwierdził z uznaniem.
-Naprawdę?- Zaczął z nadzieją Vincent.- Może mógłbym sam się nim zająć?- Zapytał trochę za szybko. Widząc zaskoczone spojrzenie tamtego zaciął się.- Wybacz.. Nie powinienem być tak bezczelny- powiedział po sekundzie przepraszająco- zrobisz, co zechcesz- dodał usłużnie, celowo unikając wzroku Wampira.
Ten pojawił się tuż przy Vincencie i ojcowskim gestem podniósł jego podbródek i obejrzał twarz wampira.
-Oczy są czarne jak smoła. Jesteś też blady. Nie jedzący wampir, to martwy wampir- zauważył powoli.- Widzę, że niezbyt dobrze cię tam traktowali..- W tym momencie spojrzał na wgłębienie na szyi Vincenta.- A to, co..?- Zapytał zaskoczony, a mnie zrobiło się zimno.
-To?- Vincent przesunął palcami po przypalonym śladzie na szyi.- To też sprawka tego bachora.
-Jak na szczeniaka, jest bardzo okrutny- nim się obejrzałem silny cios powalił mnie na podłogę. Poczułem na twarzy cieknącą z nosa krew.- Nieodrodne ścierwo Kielicha!- Warknął z wyjątkową nienawiścią, dostałem jeszcze kilka kopniaków.
W tym momencie zostałem podniesiony i przygnieciony przez jakąś wampirzycę. Na oko studentkę. Przyparła mnie do kolumny zaciskając coraz mocniej dłoń na moim gardle, szczerzyła z głodem w oczach wystające kły.
-Pachniesz- powiedziała zniekształconym, trzeszczącym głosem, a mnie powoli zaczynało brakować tchu.
-Puść go, Meredith- rozkazał lodowato Wampir.
-Jestem głodna!- Odwarknęła zirytowana.
-Du...szę się...- wydyszałem. Przed oczami zaczęły tańczyć mi czarne plamki.
-Powiedziałem: puść go!- Warknął władca tego całego chlewu. Zanim zdążyłem ogarnąć, co się dzieje; leżałem na podłodze kaszląc i próbując złapać oddech, a tuż obok mnie wylądowała martwa napastniczka, w zetknięciu z podłogą zmieniając się w popiół.
Więc tak wygląda wampirzy trup- przemknęło mi przez myśl.
-Nienasycone bydło- skomentował z pogardą, zabierając z prochów medalion i pierścionek z ciemnobłękitnym oczkiem.- Przeklęty Senat. Powinienem zabić tę sukę, gdy miałem okazję..- zasyczał przez zęby, a oczy zapłonęły płomienną czerwienią.
-Mówisz o mnie; Caius?- Zapytał przyjemny kobiecy głos.
Wampir nazwany Caiusem wstał i zwrócił się w jej stronę.
-Senator Tower- rzucił z przymilnym uśmieszkiem.- To chyba oczywiste, że nie śmiałbym grozić Arystokracji- odrzekł kłaniając się usłużnie.
-Jak zwykle łżesz, jak pies- skomentowała patrząc mu prosto w oczy.- Kto pozwolił ci go tknąć, Woroszyłow?- Ruchem głowy wskazała mnie leżacego na podłodze.
-Poniosło mnie. Zaczął pyskować... Poza tym, to on porwał dzieciaka- ruchem głowy wskazał Vincenta.
-Nie było w planach, żeby od razu go zabić, Woroszyłow- odparła zimno mu się przyglądając.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Racz wybaczyć, ale nie powiedziałaś ni słowa, co ma się z nim stać- usłyszałam w słuchawce głos Caiusa.
-Zajmij się swoimi sprawami i zejdź mi z oczu- Warknęła Tower.
-Co tam robi Tower? Jakim cudem ją wypuszczono?- Zaczęłam podejrzliwie.
-Może to ona stoi za śmiercią Thundera i resztą tego bajzlu- podsunęła nieco odległym głosem Clarissa, nadal z zamkniętymi oczami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz