-Skaranie boskie, za kim on taki nerwusiaty(?)- rzuciła ciocia Mary.
Poślizgnąłem się i przydzwoniłem w szafkę na buty. Hałas..
-Znów beczy..- westchnęła mama.- To dziecko chyba po Armandzie jest takie szajbnięte..- kroki.
-Ma. Maa.- Gapiłem się na nią wyciągając ręce
-No, chodź tu; mała bekso- rzuciła pieszczotliwie, biorąc mnie w ramiona Wzięła mnie do pokoju i zaczęła opatrywać rozcięty policzek.
Bill zatrząsł jakąś kulką, żeby mnie rozweselić. Spojrzałem nań bez entuzjazmu.
-Ić gupku.. Ty gupku..- burknąłem obrażony.
Ojciec siadając nie trafił w krzesło i z hukiem wylądował na podłodze. Śmiał się, jakbym powiedział coś zabawnego. Ciotka też trzęsła się ze śmiechu, a matka opatrując mnie przewróciła oczami. Ja zdziwiony, Bill gapił się na mnie z otwartą buzią.
-Widzisz; ty gupku?- Matka spojrzała z miłością na mojego starszego brata.- Już to widzę, jak dorośnie- dostałem całusa w zaplastrowany policzek.- Dobra.. Beksa-lalo, uśmiechnij się do tej raszpli, twojej mamy- pogłaskała mnie, a ja wyszczerzyłem się w szerokim uśmiechu..
-Nie chciałem cię wkurzyć..- zaczął przepraszająco.
-Nie.. To ja przepraszam, poniosło mnie- odparłem cicho.- Ledwie ją pamiętam... No, wiesz.. Moją matkę..
Jane odsunęła się sprzed drzwi salonu z dziwnym wyrazem twarzy. Undertaker wrócił do domu i odetchnął głęboko.
-Wszystko gra?- Zapytałem.
-Taa..- oparł się ramieniem o framugę drzwi.- Serce mi wariuje przez tę cholerną pogodę..- wyjaśnił prostując się.
-Mierzyłeś ciśnienie?- Zapytał ostrożnie Mikaelis.
-Nie mam na to czasu- żachnął się szafirowooki. Jane doprowadziła go do fotela i sięgnęła po ciśnieniomierz. Założyła rękaw i zaczęła pompować patrząc na zegar. Jej płomienne oczy zrobiły się wielkie jak piłki.
-Otwieraj usta i to już- nakazała wyciągając coś z kieszeni. Odpakowała tabletkę i wsunęła mu pod język.
-Zbijaj, może ci się uda-wyburczał niewyraźnie Undertaker.- Właściwie, skąd to masz..?
-Strażnik musi być przygotowany na wszystko- odparła Jane wzruszając ramionami.
**********
Kwatera Główna Stowarzyszenia, następnego dnia rano.
-Niech tylko wróci, to go zatłukę...- warczał Armand Tyler.
-Daj spokój.. Traktujesz go, jak dziecko- odparł Cristopher Raven.
-To ta twoja Callisto bierze go na manowce- burknął mój ojciec.- Od kiedy się z nią zadaje stale zmyśla.. Jakoś nie wierzę w ten cały ich biwak..
-Jest prawie dorosły, a ty nadal próbujesz wcisnąć go pod klosz- odezwał się kpiąco Angello.
Trzymałem Callisto na rękach, gdy cała trójka wynurzyła się z jadalni.
-Pierdolę rodzicielski armageddon..- mruknąłem, przekazując Lucianowi Callisto pocałowałem ją lekko.- Czas iść w paszczę lwa i spróbować to przeżyć..
Mój ojciec widząc mnie przystanął. Kiedy już ochłonął z chwilowego szoku podszedł i przyciągnął mnie mocno. Zatonąłem w jego objęciu.
-Jesteś cały...- powiedział cicho przytulając mnie.
-Tato...- ledwo mogłem złapać dech.- Udusisz.. mnie..- wydyszałem.
-Callisto- Cristopher minął nas i poszedł ku córce. Zaczął mówić coś do Luciana, zdenerwowany. Obaj szli na piętro.
Chciałem iść za nimi, ale ojciec mnie powstrzymał.
Obaj usiedliśmy w jego sypialni. Jane przyniosła kawę i jakieś ciastka.
-Sądzę, że nie byliście na żadnym biwaku- zauważył ojciec.
-To prawda, nie byliśmy.. Właściwie, jakbym miał ci to wszystko wyjaśnić... Nie wiedziałbym, od czego mam zacząć..- Przyznałem z westchnieniem.
-Może zostawmy to na razie- pierwszy raz od lat zobaczyłem ten uśmiech na twarzy ojca.
Jane stanęła za jego fotelem i złożyła dłonie na oparciu.
-Myślałem, że dostanę mega burę- odezwałem się przerywając tę niezręczną ciszę.
Identyczne, jak moje zielone oczy wpatrzyły się w okno.
-Może Mika i Cristoph mają rację...- powiedział do swoich myśli.- Jesteś już prawie dorosły, a ja nadal traktuję cię, jak małe dziecko...- westchnął smutno.- Przepraszam...
-Och, tato.. Daj spokój- powiedziałem spokojnie.
Kolejny raz był między nami jakiś mur. Chyba obaj baliśmy się wspomnień związanych z mamą..
-Jaka ona była?- Pytanie samo wymknęło się na wolność.
Ojciec odwrócił wzrok od okna i spojrzał na mnie. Jego oczy zapłonęły z trudem ukrywaną rozpaczą.
-Przepraszam.. Nie chciałem cię...- zacząłem cicho.
-To nic takiego...- ukradkiem otarł łzę.- Powinienem częściej mówić o Lily..- Przy jej imieniu głos mu zadrżał.- W końcu ledwie ją pamiętasz.. Może, gdybym drugi raz się ożenił..
-Co ty, kurwa, chrzanisz??- Mój wybuch złości nawet mnie samego trochę zaskoczył.
-Przecież wiem, że nie mogłem zastąpić ci matki, choćbym bardzo się starał, James..- odpowiedział z niespotykaną dotąd powagą.
Zamyśliłem się na chwilę. W pewnym sensie miał rację: może gdyby miał drugą żonę, nie cierpiałby tak bardzo po stracie mamy.
Znowu zapadła nieznośna cisza.
-Czemu nie ożeniłeś się po mamie?- Zapytałem cicho.
Chciałem wiedzieć; czy to było przeze mnie; czy miał jakiś inny powód, dla którego...
Upijając kolejny łyk kawy dostrzegłem, że Jane szepnęła coś do ojca.
Spojrzał na mnie ponuro.
-Na początku nie chciałem, bez Lily to nie było już to samo. Miałem was.. Był też drugi powód; bałem się; jak wy to odbierzecie, a potem...- pochylił głowę i oddetchnął głębiej, żeby się uspokoić.
A potem stracił kolejną osobę, którą kochał. Obaj go straciliśmy..
-A ty, James? Ożeniłbyś się powtórnie po Callisto?- Zapytał bardzo ostrożnie; jakby bał się mojej reakcji. Wpatrywał się we wzorzystą narzutę na łóżku.
Chciał, żebym zastanowił się jeszcze raz; czy naprawdę ją kocham, ale ja nie potrzebowałem się zastanawiać.
-Nie wiem, ale raczej nie...- odparłem cicho w zamyśleniu.- Chyba nikogo nie pokochałbym tak, jak jej..
Nie wiedziałem jeszcze, że wydarzy się tyle rzeczy... Że jeszcze nie raz będę przechodził przez wyboistą drogę do mojej Cally z duszą na ramieniu.
***
Trzy dni później, dwudziesty ósmy marca...
Poczułem jej delikatny pocałunek. Nie otwierając oczu chwyciłem jej palce, które po chwili wymknęły się z mojej dłoni. Natychmiast otworzyłem oczy i wygramoliłem się z pościeli, czując ogromny, tłamszący niepokój, pod którego wpływem ruszyłem w stronę "sali szpitalnej".
Kiedy otworzyłem drzwi Callisto wyłaziła przez okno. Dopadłem do niej i obejmując ją ramionami wciągnąłem ją spowrotem do środka.
-Moje Kochanie..- szepnąłem przytulając ją mocno.- Dokąd idziesz..?
Callisto w milczeniu oparła się o mnie i przymykając oczy, położyła moją dłoń na swoim brzuchu.
-Chciałabym móc nie bać się, że zrobię ci krzywdę...- przerwała ciszę.- Chciałabym.. Być człowiekiem!.- Wybuchnęła płaczem.
W milczeniu obróciłem ją twarzą do siebie i przygarnąłem ramieniem.
-Jesteś. Przecież jesteś Moja- odpowiedziałem tuląc ją mocno.
-Ty nie rozumiesz..- szepnęła z żalem. Jęknęła cicho i przyłożyła dłoń do opatrunku.
-Nie jesteś ze mną szczęśliwa..?- To bardzo zabolało.
-To nie tak...- westchnęła ciężko.
-A jak?- Zapytałem z naciskiem.
-Właśnie dlatego chciałabym być człowiekiem.. Dla ciebie..- powiedziała stłumionym głosem, zaciskając palce na mojej bluzie.
-To ja wolałbym stać się wampirem- powiedziałem to nieprzemyślanie. Callisto popchnęła mnie lekko i oparła o ścianę.
-Ani się waż tak mówić!.- Warknęła ze złością.- Nawet, gdybym mogła, nie zrobiłabym ci tego.. Nigdy- szepnęła z bólem.
-Jeśli miałbym cię przez to zrozumieć... Nie zawahałbym się- odparłem smutno.
-To przekleństwo..- twardo obstawała przy swoim.
-Czyli to, że...- W porę ugryzłem się w język. Nie chciałem kolejnej kłótni między nami. Otarłem kolejną łzę z jej twarzy.
Zapanowała cisza. Ciągle czułem, jakby odsuwała się ode mnie. Zamykała w sobie.
Wziąłem turkusowooką na ręce i zaniosłem do łóżka, na którym ją ułożyłem.
-Jesteś Moja- powtórzyłem z uczuciem, całując lekko jej usta.- Obie jesteście moje..
Callisto gwałtownie drgnęła i zaczęła głębiej oddychać.
-Co się dzieje..?- Zacząłem zmartwiony.
-To nic t-takiego...- szepnęła z jękiem, kładąc moją dłoń na swoim brzuchu.- Jestem trochę obolała, a mała..- urwała, jakby nie chciała powiedzieć zbyt wiele.
-Coś z małą?- Mój niepokój jeszcze mocniej zgniatał mi płuca. Jakby czyjaś ręka zaciskała się, chcąc pozbawić mnie tchu.
-Nie uwierzysz w to..
-Uwierzę- przerwałem jej pewnie.
Callisto gryzła cukierek w zastanowieniu.
-Czasami mała... Pokazuje mi różne obrazy... Bywają ruchome lub nie- zwierzyła się- słyszę też głos dziewczynki... Taki, jak wtedy..
-Zaczynasz mnie przerażać, Callisto Raven- zauważyłem zmartwiony.
-Marco też sądzi, że mam mega haluuuuny- zniecierpliwiła się.- Przecież wiem, co widzę i słyszę; do jasnej cholery.! Jestem walnięta; ale nie do tego stopnia, by pieprzyć głupoty..
-Maa, nie wolno brzydko mówić. Jesteś be.!- Słysząc to zastygłem w bezruchu.
-Co..??- Wydukałem zdumiony.
-Taa, jestem be. Ale jazda.. Po bandzie, kurwa mać..- mruknęła ironicznie.
-Maa. Klnie. Bardzio klnie- znów ten głosik.
-Cally... Walnij coś z grubej rury..- poprosiłem zdziwiony.
-Też słyszysz te moje mega zjebane jazdo-zwidy? To chyba te cukierki; może są w nich jakieś pierdolone psychotropy..- zasugerowała niechętnie. Zgięła się wpół pod wpływem kopniaka.- O żesz w dupę zapierdolona mać...- westchnęła z sykiem.
-Ty, Daaa. Weś coś powiec tej.. tej Be- burknął głosik obrażonym tonem.
-To już niezłe przegięcie...- zaczęła słabo czarnowłosa. Nagle podniosła głowę i wbiła szeroko otwarte oczy gdzieś jakby w dal.
-Callisto.. Callisto?- Zacząłem zaskoczony jej nagłą zawiechą.- Cally..?- Gdy długo nie reagowała, pomachałem jej dłonią przed nosem.
-To się znowu dzieje; Michael..- zaczęła odległym półgłosem. Wyciągnęła palce i położyła delikatnie na dłoni coś, co było tylko w jej umyśle. Bałem się.- Jakie mięciusie...- rzuciła z rozmarzeniem.
-Callisto, nie strasz mnie w ten sposób..- zacząłem już na serio scykany.
-Zła wiadomość.. Mięciusie zdechło.. Któreś z nas musi..- Nagle ocknęła się z tego stanu i spojrzała na mnie całkiem przytomnie.- Co??- Zapytała widząc mój wyraz twarzy.
-To ja się pytam, co..- odparłem porządnie zaniepokojony.
Cally popatrzyła na mnie z namysłem.
-Znowu odpłynęłam..?- Spytała półprzytomnie.
-Delikatnie mówiąc- przytaknąłem z troską.
Zamyśliła się na jakiś czas. Patrzyłem na nią czekając aż wyjaśni mi to dziwne zajście.
-Te jej projekcje.. One są takie- szukała odpowiednich słów, by opisać swoje przeżycie- Tak zajebiście realne, że nawet nie umiem tego opisać..- wyznała patrząc na swoje splecione dłonie.
-Wyglądałaś, jakbyś coś przyjarała..- Zauważyłem wolno.
-Zastanawiam się, czemu tylko ja to widzę- stwierdziła w końcu.
-Może istnieje coś między wami..- zasugerowałem.
-To znaczy..?- Zaczęła takim tonem; jakby nie chciała wiedzieć.
-Skoro jest naszym dzieckiem to jest pół na pół, nie?-Spytałem.
Otaksowała mnie ostrym spojrzeniem.
-Co chcesz przez to..(?)- zastanowiła się przez moment.- No, tak.. Jeśli wierzyć słowom Féu; to jest półwampirem. Zresztą Marco w pewnym sensie to potwierdził, ale jaki to ma związek?- Zdziwiła się.
W sumie nie za bardzo wiedziałem; jak jej to uzmysłowić, ale postanowiłem zaryzykować.
-Nie myślałaś o czymś takim..? Tak teoretycznie. Skoro to półwampir, a ty- jako matka- jesteś wampirem...
-Pijawą- wpadła mi w słowo.
-Och, jak zwał; tak zwał- prychnąłem z lekkim uśmiechem.- To chyba jest jakieś prawdopodobieństwo, że macie jakąś więź i.. Dlatego widzisz te... Hm, obrazki..- Wywnioskowałem.
-Zaczynasz gadać identycznie, jak Marco..- Żachnęła się, obierając mandarynkę. Wsunęła cząstkę w usta- on nawijał dokładnie to samo..- Nagle zamarła gapiąc się na mnie tymi dużymi turkusowymi oczami.- Zaraz. Czekaj.. Marco potrzebował aż trzech tygodni, żeby to wymyślić, a ty zczaiłeś od razu. Coś tu jest nie w porządku...
Westchnąłem ciężko. Zaczynał się tryb "Łowcze Biuro Śledcze".
-To było pierwsze, co przyszło mi na myśl- przyznałem patrząc jej w oczy.- Mam jeszcze drugi pomysł.
-Jaki?- Zaciekawiona cofnęła dłoń z jedzeniem i zlustrowała mnie wzrokiem.
-Jest możliwość, że to; co mała teraz robi, to jej własna umiejętność- wyłożyłem po prostu.
-Są takie przypadki u pijawek- odpowiedziała po dłuższym zastanowieniu- ale... Jak dotąd stowarzyszenie ma za mało informacji o półwampirach, więc- ta jej dramatyczna pauza, po której serce waliło mi, jak młot- obie teorie mogą być prawdziwe- oznajmiła po chwili.
-Eee.. A ile jest tych "przypadków"?- Spytałem z wahaniem.
-Ponad pięćset- odparła.
***
Po dłuższej chwili spojrzała na mnie inaczej.
-Cally?- Zdziwiłem się.
Jej dłonie zacisnęły się na połach mojej bluzy. Usiadła twarzą do mnie na moich kolanach i zaczęła się do mnie dobierać.
-Callisto..- Zacząłem z troską, czując jej pocałunki.
Wplotłem palce między jej, a ona popatrzyła na mnie zbita z tropu.
-Ty po prostu... Ty już mnie nie chcesz...- Zaczęła smutno odsuwając się.
Przyciągnąłem ją lekko.
-Co ty wygadujesz, głuptasie?.- Zapytałem biorąc jej twarz w palce, tak by patrzyła tylko na mnie, drugim ramieniem przyciskając ją do siebie.
Poczuła się odtrącona. Nadal uważała, że jest brzydsza od kiedy jest w ciąży.
-To nieprawda, że cię nie chcę...- szepnąłem cierpliwie. Pocałowałem ją delikatnie w usta.- Jesteś poważnie ranna i.. Boję się, że niechcący zrobiłbym ci krzywdę..- Przerwałem na moment i zacząłem ją całować.
-Nie chcesz mnie. Jestem gruba, jak baleron...- burknęła obrażona na cały świat, nie patrząc w moją stronę.
Nie wiem, co mnie w tym wszystkim rozśmieszyło; ale buchnąłem śmiechem.
-Taaa. Jeszcze się śmiej. Doprawdy zabawne- warknęła poirytowana.
-Mój ty Baleroniku kochany...- wymruczałem jej żartobliwie do ucha; obsypując ją całusami.- No, uśmiechnij się do swojego Pyszczulka..- poprosiłem dając jej całusa w usta.
Chwilę po tym, jak na mnie spojrzała na jej twarzy pojawił się nieśmiały uśmiech.
-Mam najpiękniejszy Baleron pod słońcem- stwierdziłem z dumą, całując jej palce.- I do tego cały mój.. Do schrupania..- dodałem karmiąc ją ciągnącym się cukierkiem.
-Mmmm, mordokleja.. Chcesz, żebym przestała tyle gadać?- Zapytała lekko.
-Nie, gaduło. Lubię patrzeć, jak coś jesz. Słodko wtedy wyglądasz- odparłem z pokrętnym uśmieszkiem.
-Jeśli ktoś lubi słonie...- zauważyła, a ja znowu zacząłem się brechtać.
-W końcu mówią, że słonie przynoszą szczęście- rzuciłem półżartem.
Callisto wykrzywiła rolkę od papierowego ręcznika i przyłożyła na nos.
-Nawet mam trąbę- zabrzmiało to nie tyle głupio, co strasznie śmiesznie.
Wreszcie zasnęła. Wyglądała tak słodko i spokojnie, kiedy spała. Ta szopa czarnych, jak skrzydła kruka włosów odcinających się na tle białej poduszki, rozchylone malinowe usta i w ogóle to, jak leżała w tym łóżku samo w sobie było cudne. Szczególnie lubiłem patrzeć, jak śpi- wyciszało mnie to.
Poranek.
-Płomień!- Uchyliłem się przed frunącym za mną sztyletem, który wbił się w drzwi kołysząc się złowieszczo.
-Angello chyba wspominał coś o nie rzucaniu bronią; Weiss- odparłem obojętnie.
-Skoro jesteś taki najlepszy, to czemu się ze mną nie spróbujesz?- Zapytał złośliwie.
-Nie mam czasu na pierdoły- rzuciłem niechętnie, widząc; że próbuje mnie sprowokować.
-Boisz się, że jestem od ciebie lepszy?- Zapytał wyzywająco.
-Może i lepszy, ale o wiele głupszy- odciąłem się spokojnie.
Weiss zaatakował. W mgnieniu oka odbiłem jego ostrze i kopniakiem posłałem go w otwierające się drzwi jadalni.
-Cholerne Blachary...- mruknąłem z ironią, chowając miecz w pochwie pod rękawem bluzy.- Dzień dobry wszystkim i smacznego- rzuciłem idąc do stołu.
-Siema; Kapsel- odparł Horse.
-Waruj- przywitałem się z uśmiechem.
Romanow omal nie zakrztusił się mocną kawą. Odstawił kubek.
-Ej, chcę jeszcze trochę pożyć- rzucił z wyrzutem Rosjanin.
-Złego diabli nie biorą, Władia- odparła Elizabeth poszturchując go wesoło.
-Taa. No to mnie już nie dziwi; czemu z tobą wszystko w porząsiu- zarechotał Vładimir.
-O co ci biega?- Spytała z udawanym zaciekawieniem.
-O nic.. Pewnie na taki widok wszystkie pijawy uciekają w popłochu- odpowiedział, a ja i Horse prawie wjechaliśmy pod stół ze śmiechu.
-Wyczuwam tu sarkazm- odpowiedziała wyniośle.
-Władia chciał powiedzieć, że się o ciebie troszczy; Lizzy- odparłem ugodowo.
-Jeszcze raz powiedz do mnie Lizzy, to wlecisz pod ten blat- zagroziła.
-Nie złość się, Elizabeth- rzucił poważniej Jacob.- To tak słodko brzmi. Lizzy, Lizzy dzisiaj na obiad są pyyyyzyy.!
-Jaki debil...- rzucił z ironią Jack.
-Mało powiedziane- przytaknęła Elizabeth.- Otaczają mnie totalni kretyni...
-W twoich ustach brzmi to, jak tytuł królewski- zauważył Horse.
-Owszem, to właśnie ty jesteś "Królem Kretynów"- Dopiekła Jake'owi.- Jeszcze herbaty; Wasza Kretyńskość?- Spytała lekko.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem, a Jacob spojrzał na nią urażony.
-Nie, dziękuję mój wierny Błaźnie- odburknął wstając. Ruszył w stronę podwójnych drzwi i wpadł na kogoś.
-Przepraszam- rzucił lekko speszony widokiem Callisto, a ja prawie oblałbym się kawą.
Callisto, jakby nigdy nic dołączyła do nas. Zaczęła nakładać sobie górę jedzenia- dziś w jej zestawie obiadowym górowało różnego typu mięso, lecz były też smażone ziemniaki i surówka. Jako napój wybrała koktajl mleczny, a na deser wzięła dwa średnie rogale francuskie z czekoladą.
-Nie mów, że to wtrynisz; Raven- zauważył Jack.
-Głodna jestem- obruszyła się Callisto.
-Jedz, na zdrowie- rzucił Matt uprzejmie.
-Dzięki- turkusowooka zabrała się za jedzenie. Obserwowałem, jak pakuje w siebie żarcie.
-Od razu wrócił mi apetyt- odezwała się Caroline, biorąc sobie drożdżówkę.
W ustach Cally zdążyło już zniknąć pół porcji jedzenia. W niemal rekordowym tempie wciągnęła resztę obiadu. Pociągnęła trochę koktajlu i wzięła do ust pierwszy kęs rogalika...
-Jeszcze witaminka- stwierdziła obierając kiwi.
-Płomień... Zbankrutujesz, jak tak dalej będzie wsuwać- szepnął Romanow.
-Niech cię o to głowa nie boli- odszepnąłem nadal patrząc na moją narzeczoną.- Głodna nie jest sobą- rzuciłem konspiracyjnie.
-Myślałam, że podoba ci się; jak jem- odezwała się naburmuszona.
-Oczywiście, że mi się podoba- odpowiedziałem przyciągając ją, pocałowałem delikatnie jej usta.- Jestem z ciebie dumny; mój ty Żarłoczku..- dodałem pieszczotliwie, dając jej kolejne kilka całusów.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Może coś na wynos?- Spytał z moim ulubionym półuśmiechem.
-Na wynos chciałabym ciebie- wymruczałam mu do ucha.
-Szkoda, że edukacja wzywa- odszepnął cichutko.- Schrupałbym cię; jako mój deserek- kłapnął szczęką, udając; że chcę mnie zjeść; a ja zachichotałam, przytulając się. Wstając wziął mnie na ręce.
-Nie mów, że wniesiesz ją na górę- zaczął powątpiewająco Jack.
-A, czemu miałbym nie wnieść?- Odparł zaskoczony zielonooki, gdy oplotłam ramionami jego szyję.
-No, nie wiem..- Jack rzucił wymowne spojrzenie na moją figurę.
-Jesteś trochę za młody, żeby to zrozumieć- zauważył Porter, szturchając go mocno puścił mi oczko.
W tym momencie na horyzoncie zamajaczył Marco Holy.
-Callisto Anabelle Raven, herbu Kruk. Powinnaś leżeć- zauważył tonem reprymendy.
-Byłam głodna- burknęłam patrząc spode łba na kuzyna.
Marco westchnął głęboko.
-Dobra, dobra.. Niech ci już będzie- prychnął.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Dwa dni później, budynek liceum.
Postanowiłem uważnie obserwować Bergmanna. Choć tylko ja wiedziałem, jak naprawdę się nazywa, zastanawiałem się; z jakiego powodu ciągle ochraniał Callisto. Nie bardzo wierzyłem słowom Mikaelisa, bo wydawało mi się, że "Bergmanna" nie obchodzą rodowe interesy.
-Tylko, jeśli nie rodowe interesy; to co?- Zastanowiłem się na głos.
-Tyler...- w tym momencie Black podała jakiś wzór fizyczny.
-Eee co?- Otrząsnąłem się z rozmyślań pod ostrzałem spojrzeń całej grupy.- Może pani powtórzyć pytanie?- Zacząłem nieprzytomnie.
-Zacznij skupiać się na lekcji. Na prywatne rozmyślania będziesz miał czas na przerwie- oznajmiła chłodno Czarownica.
-Przepraszam- rzuciłem potulnie, choć wiedziałem, że i tak mam już wpisanego w dziennik 'buta'.
Matma...
Deere rozdał arkusze testowe.
-Pewnie wszyscy nauczyciele wam to mówią, ale przy mnie naprawdę lepiej nie ściągać- ostrzegł bursztynowooki.- Brandt, opróżnij kieszenie- rzucił niespodziewanie.
Chłopak posłusznie wyciągnął wszystko, włącznie ze ściągami.
-Jakim cudem..?- Zaczął Fox za plecami matematyka.
-Mam wyjątkową podzielność uwagi- oznajmił spokojnie Deere.- Brandt, jesteś w stanie podejść do sprawdzianu?- Spytał zabierając rzeczy ze stolika.
-Eee spróbuję... Najwyżej obleję- westchnął chłopak cicho.
-No, to jedziecie- rzucił z zapałem Deere.
Wszyscy zabrali się za test. Bursztynowooki spoglądał zamyślony w okno, jakby zastanawiał się nad czymś zupełnie innym.
-Silver, na suficie nie znajdziesz odpowiedzi- rzucił.
Dominic okręcił długopis na dłoni, wzdychając ciężko.
Vincent wyprostował się i wpatrując się w tablicę rozmyślał. Nagle podniósł rękę.
-Rodriguez, jakiś problem z pracą?- Rzucił uprzejmie nauczyciel, podchodząc.
-Coś mi się tu nie zgadza; profesorze- stwierdził śniadolicy.
-To znaczy?- Rzucił Deere.
Vincent zaczął coś tłumaczyć profesorowi.
-Na to właśnie czekałem..- Deere uśmiechnął się tajemniczo.
-Nosz, kurwa..- mruknęła jedna z dziewczyn gapiąc się w swoją kartkę.
-Odpadam..- jęknęła Cora.
Zerknąłem, na którym punkcie jest Vincent. Dwudziesty czwarty. Zacząłem czytać zadanie..
-Ha! Chyba załapałem..- mruknąłem tryumfalnie.
Dziesięć minut później oddałem skończoną pracę.
-No, no; Tyler- rzucił z uznaniem Deere.
***
-Co zrobiłeś; że Deere miał taką minę?- Spytał zaciekawiony Paul.
-Dwudziestka czwórka to była podpucha- odparłem spokojnie, puknąłem otwartą dłonią w automat i pochwyciłem trzy kolorowe puszki.
-Podpucha??- Obaj gapili się na mnie zdumieni.
-Wiecie, czemu nic z tego nie wychodziło?- Zapytałem retorycznie.- Równanie sprzeczne. Ta-dam!
-Kurwa... Kułem to przez pół nocy..- jęknął Paul z porażką.
-Ja też i ni cholery z tego nie zajarzyłem- Vincent wzruszył ramionami, otwierając zielonożółtą puszkę.- Po dzwonku sobie pośpimy..
-Taa; Modliszka i jej cudowna kołysanka- Paul ziewnął ostentacyjnie.
Tymczasem po przerwie, czyli lekcja pod tytułem "Nuda Stulecia".
Wychowawczyni rozglądała się po nas bez entuzjazmu opowiadając o jakiejś wymianie międzyszkolnej.
-Tanner- rzuciła, a Paul aż podskoczył na krześle.- Może ty?- Zapytała.
-No, ten... Yyy- Paul złapał zawiechę.- A daleko?- Zapytał przymilnie.
-Do Barcelony- odparła Collins, a Vincent nagle kichnął.- Na zdrowie, Rodriguez.
-Dziękuję, pani profesor- odparł uprzejmie.
-A gdzie to leży?- Cały Paul, z geografią na bakier.!
Vincent znów niezamierzenie kichnął.
-Na zdrowie- rzuciła Modliszka.- Barcelona to takie miasto w Hiszpanii- zwróciła się do Paula.
-Zastanowię się..
-Może ty, Tyler?- Rzuciła z zaciekawieniem.
-No, cóż.. Musiałbym zapytać ojca o uchylenie mojego szlabanu, Señora- odpowiedziałem uprzejmie.
-Szlabanu?- Zdziwiła się, a grupa gapiła się na mnie.
-Wyjaśnię pani na osobności- rzuciłem zdawkowo.
Taa. Za ostatnie dwa dni nieobecności w domu dostałem zakaz opuszczania koszar i taką burę, że normalnie masakra. Zresztą nie bardzo myślałem teraz o tego typu wyjeździe, bo nie chciałem zostawić Callisto samej. Poza tym nie miałem ochoty reprezentować tej budy.
Jak mawiał Bastién na temat wojska: "przyszedłem tu odsłużyć, a nie zasłużyć".
-No, trudno- westchnęła Modliszka.- Co do innych spraw klasowych..- znowu zaczęła przynudzać.
-Wyspałem się za wszystkie czaaasy- rzucił za nami Dominic Silver ziewając.
-Chociaż trochę odespałem...- dodał Vincent obok.
-Tak w sumie, gdzie jest ta cała Ba... no, jak-jej-tam...- Zaczął Paul.
-Hiszpania, dokładniej mówiąc stolica Katalonii. Leży na północnym-wschodzie półwyspu Iberyjskiego nad Morzem Śródziemnym- wyjaśnił Vincent.
Wybałuszyliśmy nań oczy zaskoczeni.
-No, co? Jestem przecież Hiszpanem- obruszył się śniadolicy.
-Myślałem, że raczej niezbyt chcesz mówić o swoim kraju- zauważył Paul.
-Właściwie skąd dokładnie jesteś..?- Zapytałem ostrożnie.
-Z Valencji, też nad morzem. Miasto portowe- odparł Vincent przeciągając się.- Może powinieneś się zgodzić na tą wymianę?- Szturchnął mnie lekko.
-Nie mam co nawet marzyć, ojciec się wściekł; gdy nie było mnie dwa dni; a co dopiero jakby to były dwa miechy. Zresztą nie chcę zostawić Callisto..- westchnąłem ciężko.
Miałem się dopiero przekonać o podłym planie Modliszki.
***
-Ale zwała..- ziewnąłem pchnąwszy ciężkie frontowe drzwi kwatery stowarzyszenia. Widząc, że ojciec rozmawiając z kimś przez telefon i woła mnie gestem ręki, spodziewałem się najgorszego.
-Oczywiście, do zobaczenia- zakończył rozmowę, a ja zastanawiałem się, co takiego znów przeskrobałem.
-Dzwoniła twoja wychowawczyni; James..- zauważył przyglądając mi się.
-Co takiego??.- Wychrypiałem przerażony.
-Stwierdziła, że jako najlepszy z hiszpańskiego, mógłbyś wyjechać na międzyszkolną wymianę..
Przeklęta Modliszka, niech ją..!
-Ale.. Mam przecież szlaban do końca świata. I kto się zajmie Callisto?? Chyba powinienem mieć tu coś do powiedzenia, nie..?- Na poczekaniu rzuciłem kilka argumentów.
-Poradzę sobie..- odezwała się turkusowooka idąc po schodach.- Nie po to zarywałeś noce, żeby teraz zrezygnować.
Ojciec spojrzał na nią zaskoczony, a ja z błagalnym wzrokiem kręciłem głową; żeby nie popierała tego pomysłu.
-Chyba zostałeś właśnie przegłosowany; James- zauważył tato.
-Przecież ja się cholernie boję latać...- wymyśliłem kolejny powód przeciwko.
-Buja. Jedyne, czego się boi, to zostawić mnie samą- zauważyła Callisto.
Zanim wyszedłem ze szkoły powinienem Collins udusić i pozbyć się jej zwłok...
Westchnąłem z irytacją.
-Po prostu knujecie, jakby tu się mnie pozbyć- burknąłem zły.
-My..?- Zapytali oboje spoglądając po sobie ze zdziwieniem.
-Przecież chcemy dla ciebie jak najlepiej; Pyszczulku- Callisto od razu przejęła pałeczkę.- Sam mówiłeś, że chciałbyś wyjechać na tą wymianę.
-Wtedy byliśmy jeszcze przyjaciółmi. Teraz dużo się zmieniło- Zaczęło brakować mi argumentów.
-Marco tak łatwo mnie nie wypuści, więc nie masz się czym martwić- zauważyła niecierpliwie.- Poza tym, chyba będziemy w kontakcie, hm?- Dodała trochę spokojniej.
-Obowiązkowo- odparłem, jakby to było oczywiste.
|•••|
-Paniczu?- Jane stanęła za mną.
Patrzyłem przez okno na las rozmyślając.
-Opiekuj się Callisto pod moją nieobecność- odparłem cicho.
-Wyjeżdżasz dokądś?- Zapytała zaskoczona.
-Do Hiszpanii, ze szkolnej wymiany- wyjaśniłem obojętnie.- Nie chcę, żeby coś im się stało.
-Jasne, paniczu- oznajmiła usłużnie.
Zamyśliłem się nadal wpatrując się w majaczące w oddali korony drzew.
-Jane.. Dlaczego ojciec nie ożenił się po śmierci mamy?- Zapytałem w końcu.
-Dlaczego o to pytasz?
-Bo odpowiedział tak jakoś.. Wymijająco- odparłem cicho.
-Po prostu nie znalazł nikogo takiego, jak Pani..- powiedziała smutno.
-Rozumiem..- teraz pojąłem, z jakiego powodu zapytał; czy ożeniłbym się po Cally. Chciał wiedzieć, czy naprawdę dobrze to sobie przemyślałem.
Nazajutrz, czwarty kwietnia.
Collins zwinęła mnie na pogadankę do swej kanciapy, nawet nie przypuszczałem, że Santiago dołożył swoje trzy grosze do całego "planu Modliszki".
-Czyli postanowione Tyler- zauważyła wychowawczyni, gdy usiadłem. Przejrzała notes ocen Santiago.- No, świetnie.. Przewaga piątek z przedmiotu... I tylko jedna czwórka?- Zdziwiła się, patrząc pytająco na Santiago.
-Mówiłem, że jest najlepszy z mojego przedmiotu- oznajmił spokojnie Santiago.
Collins poprawiła okulary i zaczęła czytać oceny z pierwszego semestru.
-Matma podszlifowana, chemia.. Z chemii o dwie oceny wyżej(?); Grey chyba się pomylił- mruknęła zdziwiona.- Fizyka; w porządku; włoski: na poziomie. Geografia, ujdzie. Biologia: okej. Sztuka; spoko. Historia: Bergmann zdecydowanie wymagający. W-F: Hooch i jego tygrysiątka.. Oceny w porządku, zachowanie okej...
-Brak zarzutów..- wymsknęło mi się niespodziewanie. Przeprosiłem szybko.
-Tu masz dokumenty do wypełnienia...- zaczęła tłumaczyć mi wszystko po kolei.
-Tyler, modnie spóźniony o dziesięć minut- Lee, jak zawsze była wredna.
-Pogadanka z profesor Collins odrobinę się przedłużyła- odpowiedziałem spokojnie.
-Skoro tak, siadaj- rzuciła, a ja zawinąłem tyłek na koniec klasy, wciskając się między Paula i Vincenta.
Lee rozpoczęła przynudzanie...
Geografia.
-„Trzej Królowie” przybyli- rzucił Zimmer, patrząc na nas z dezaprobatą.
-Przepraszamy za spóźnienie- odparł Vincent uprzejmie.
-Powód waszego spóźnienia?- Zapytał nauczyciel przyglądając nam się.
-Profesor Hooch chwilę nas przytrzymał u siebie- wyjaśnił Paul.
-Następnym razem nie spóźnijcie się na moje zajęcia- rzucił odsyłając nas ruchem dłoni.
-Oczywiście, panie psorze..- zapewnił Vincent.
-Znowu odpłynęłam..?- Spytała półprzytomnie.
-Delikatnie mówiąc- przytaknąłem z troską.
Zamyśliła się na jakiś czas. Patrzyłem na nią czekając aż wyjaśni mi to dziwne zajście.
-Te jej projekcje.. One są takie- szukała odpowiednich słów, by opisać swoje przeżycie- Tak zajebiście realne, że nawet nie umiem tego opisać..- wyznała patrząc na swoje splecione dłonie.
-Wyglądałaś, jakbyś coś przyjarała..- Zauważyłem wolno.
-Zastanawiam się, czemu tylko ja to widzę- stwierdziła w końcu.
-Może istnieje coś między wami..- zasugerowałem.
-To znaczy..?- Zaczęła takim tonem; jakby nie chciała wiedzieć.
-Skoro jest naszym dzieckiem to jest pół na pół, nie?-Spytałem.
Otaksowała mnie ostrym spojrzeniem.
-Co chcesz przez to..(?)- zastanowiła się przez moment.- No, tak.. Jeśli wierzyć słowom Féu; to jest półwampirem. Zresztą Marco w pewnym sensie to potwierdził, ale jaki to ma związek?- Zdziwiła się.
W sumie nie za bardzo wiedziałem; jak jej to uzmysłowić, ale postanowiłem zaryzykować.
-Nie myślałaś o czymś takim..? Tak teoretycznie. Skoro to półwampir, a ty- jako matka- jesteś wampirem...
-Pijawą- wpadła mi w słowo.
-Och, jak zwał; tak zwał- prychnąłem z lekkim uśmiechem.- To chyba jest jakieś prawdopodobieństwo, że macie jakąś więź i.. Dlatego widzisz te... Hm, obrazki..- Wywnioskowałem.
-Zaczynasz gadać identycznie, jak Marco..- Żachnęła się, obierając mandarynkę. Wsunęła cząstkę w usta- on nawijał dokładnie to samo..- Nagle zamarła gapiąc się na mnie tymi dużymi turkusowymi oczami.- Zaraz. Czekaj.. Marco potrzebował aż trzech tygodni, żeby to wymyślić, a ty zczaiłeś od razu. Coś tu jest nie w porządku...
Westchnąłem ciężko. Zaczynał się tryb "Łowcze Biuro Śledcze".
-To było pierwsze, co przyszło mi na myśl- przyznałem patrząc jej w oczy.- Mam jeszcze drugi pomysł.
-Jaki?- Zaciekawiona cofnęła dłoń z jedzeniem i zlustrowała mnie wzrokiem.
-Jest możliwość, że to; co mała teraz robi, to jej własna umiejętność- wyłożyłem po prostu.
-Są takie przypadki u pijawek- odpowiedziała po dłuższym zastanowieniu- ale... Jak dotąd stowarzyszenie ma za mało informacji o półwampirach, więc- ta jej dramatyczna pauza, po której serce waliło mi, jak młot- obie teorie mogą być prawdziwe- oznajmiła po chwili.
-Eee.. A ile jest tych "przypadków"?- Spytałem z wahaniem.
-Ponad pięćset- odparła.
***
Po dłuższej chwili spojrzała na mnie inaczej.
-Cally?- Zdziwiłem się.
Jej dłonie zacisnęły się na połach mojej bluzy. Usiadła twarzą do mnie na moich kolanach i zaczęła się do mnie dobierać.
-Callisto..- Zacząłem z troską, czując jej pocałunki.
Wplotłem palce między jej, a ona popatrzyła na mnie zbita z tropu.
-Ty po prostu... Ty już mnie nie chcesz...- Zaczęła smutno odsuwając się.
Przyciągnąłem ją lekko.
-Co ty wygadujesz, głuptasie?.- Zapytałem biorąc jej twarz w palce, tak by patrzyła tylko na mnie, drugim ramieniem przyciskając ją do siebie.
Poczuła się odtrącona. Nadal uważała, że jest brzydsza od kiedy jest w ciąży.
-To nieprawda, że cię nie chcę...- szepnąłem cierpliwie. Pocałowałem ją delikatnie w usta.- Jesteś poważnie ranna i.. Boję się, że niechcący zrobiłbym ci krzywdę..- Przerwałem na moment i zacząłem ją całować.
-Nie chcesz mnie. Jestem gruba, jak baleron...- burknęła obrażona na cały świat, nie patrząc w moją stronę.
Nie wiem, co mnie w tym wszystkim rozśmieszyło; ale buchnąłem śmiechem.
-Taaa. Jeszcze się śmiej. Doprawdy zabawne- warknęła poirytowana.
-Mój ty Baleroniku kochany...- wymruczałem jej żartobliwie do ucha; obsypując ją całusami.- No, uśmiechnij się do swojego Pyszczulka..- poprosiłem dając jej całusa w usta.
Chwilę po tym, jak na mnie spojrzała na jej twarzy pojawił się nieśmiały uśmiech.
-Mam najpiękniejszy Baleron pod słońcem- stwierdziłem z dumą, całując jej palce.- I do tego cały mój.. Do schrupania..- dodałem karmiąc ją ciągnącym się cukierkiem.
-Mmmm, mordokleja.. Chcesz, żebym przestała tyle gadać?- Zapytała lekko.
-Nie, gaduło. Lubię patrzeć, jak coś jesz. Słodko wtedy wyglądasz- odparłem z pokrętnym uśmieszkiem.
-Jeśli ktoś lubi słonie...- zauważyła, a ja znowu zacząłem się brechtać.
-W końcu mówią, że słonie przynoszą szczęście- rzuciłem półżartem.
Callisto wykrzywiła rolkę od papierowego ręcznika i przyłożyła na nos.
-Nawet mam trąbę- zabrzmiało to nie tyle głupio, co strasznie śmiesznie.
Wreszcie zasnęła. Wyglądała tak słodko i spokojnie, kiedy spała. Ta szopa czarnych, jak skrzydła kruka włosów odcinających się na tle białej poduszki, rozchylone malinowe usta i w ogóle to, jak leżała w tym łóżku samo w sobie było cudne. Szczególnie lubiłem patrzeć, jak śpi- wyciszało mnie to.
Poranek.
-Płomień!- Uchyliłem się przed frunącym za mną sztyletem, który wbił się w drzwi kołysząc się złowieszczo.
-Angello chyba wspominał coś o nie rzucaniu bronią; Weiss- odparłem obojętnie.
-Skoro jesteś taki najlepszy, to czemu się ze mną nie spróbujesz?- Zapytał złośliwie.
-Nie mam czasu na pierdoły- rzuciłem niechętnie, widząc; że próbuje mnie sprowokować.
-Boisz się, że jestem od ciebie lepszy?- Zapytał wyzywająco.
-Może i lepszy, ale o wiele głupszy- odciąłem się spokojnie.
Weiss zaatakował. W mgnieniu oka odbiłem jego ostrze i kopniakiem posłałem go w otwierające się drzwi jadalni.
-Cholerne Blachary...- mruknąłem z ironią, chowając miecz w pochwie pod rękawem bluzy.- Dzień dobry wszystkim i smacznego- rzuciłem idąc do stołu.
-Siema; Kapsel- odparł Horse.
-Waruj- przywitałem się z uśmiechem.
Romanow omal nie zakrztusił się mocną kawą. Odstawił kubek.
-Ej, chcę jeszcze trochę pożyć- rzucił z wyrzutem Rosjanin.
-Złego diabli nie biorą, Władia- odparła Elizabeth poszturchując go wesoło.
-Taa. No to mnie już nie dziwi; czemu z tobą wszystko w porząsiu- zarechotał Vładimir.
-O co ci biega?- Spytała z udawanym zaciekawieniem.
-O nic.. Pewnie na taki widok wszystkie pijawy uciekają w popłochu- odpowiedział, a ja i Horse prawie wjechaliśmy pod stół ze śmiechu.
-Wyczuwam tu sarkazm- odpowiedziała wyniośle.
-Władia chciał powiedzieć, że się o ciebie troszczy; Lizzy- odparłem ugodowo.
-Jeszcze raz powiedz do mnie Lizzy, to wlecisz pod ten blat- zagroziła.
-Nie złość się, Elizabeth- rzucił poważniej Jacob.- To tak słodko brzmi. Lizzy, Lizzy dzisiaj na obiad są pyyyyzyy.!
-Jaki debil...- rzucił z ironią Jack.
-Mało powiedziane- przytaknęła Elizabeth.- Otaczają mnie totalni kretyni...
-W twoich ustach brzmi to, jak tytuł królewski- zauważył Horse.
-Owszem, to właśnie ty jesteś "Królem Kretynów"- Dopiekła Jake'owi.- Jeszcze herbaty; Wasza Kretyńskość?- Spytała lekko.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem, a Jacob spojrzał na nią urażony.
-Nie, dziękuję mój wierny Błaźnie- odburknął wstając. Ruszył w stronę podwójnych drzwi i wpadł na kogoś.
-Przepraszam- rzucił lekko speszony widokiem Callisto, a ja prawie oblałbym się kawą.
Callisto, jakby nigdy nic dołączyła do nas. Zaczęła nakładać sobie górę jedzenia- dziś w jej zestawie obiadowym górowało różnego typu mięso, lecz były też smażone ziemniaki i surówka. Jako napój wybrała koktajl mleczny, a na deser wzięła dwa średnie rogale francuskie z czekoladą.
-Nie mów, że to wtrynisz; Raven- zauważył Jack.
-Głodna jestem- obruszyła się Callisto.
-Jedz, na zdrowie- rzucił Matt uprzejmie.
-Dzięki- turkusowooka zabrała się za jedzenie. Obserwowałem, jak pakuje w siebie żarcie.
-Od razu wrócił mi apetyt- odezwała się Caroline, biorąc sobie drożdżówkę.
W ustach Cally zdążyło już zniknąć pół porcji jedzenia. W niemal rekordowym tempie wciągnęła resztę obiadu. Pociągnęła trochę koktajlu i wzięła do ust pierwszy kęs rogalika...
-Jeszcze witaminka- stwierdziła obierając kiwi.
-Płomień... Zbankrutujesz, jak tak dalej będzie wsuwać- szepnął Romanow.
-Niech cię o to głowa nie boli- odszepnąłem nadal patrząc na moją narzeczoną.- Głodna nie jest sobą- rzuciłem konspiracyjnie.
-Myślałam, że podoba ci się; jak jem- odezwała się naburmuszona.
-Oczywiście, że mi się podoba- odpowiedziałem przyciągając ją, pocałowałem delikatnie jej usta.- Jestem z ciebie dumny; mój ty Żarłoczku..- dodałem pieszczotliwie, dając jej kolejne kilka całusów.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Może coś na wynos?- Spytał z moim ulubionym półuśmiechem.
-Na wynos chciałabym ciebie- wymruczałam mu do ucha.
-Szkoda, że edukacja wzywa- odszepnął cichutko.- Schrupałbym cię; jako mój deserek- kłapnął szczęką, udając; że chcę mnie zjeść; a ja zachichotałam, przytulając się. Wstając wziął mnie na ręce.
-Nie mów, że wniesiesz ją na górę- zaczął powątpiewająco Jack.
-A, czemu miałbym nie wnieść?- Odparł zaskoczony zielonooki, gdy oplotłam ramionami jego szyję.
-No, nie wiem..- Jack rzucił wymowne spojrzenie na moją figurę.
-Jesteś trochę za młody, żeby to zrozumieć- zauważył Porter, szturchając go mocno puścił mi oczko.
W tym momencie na horyzoncie zamajaczył Marco Holy.
-Callisto Anabelle Raven, herbu Kruk. Powinnaś leżeć- zauważył tonem reprymendy.
-Byłam głodna- burknęłam patrząc spode łba na kuzyna.
Marco westchnął głęboko.
-Dobra, dobra.. Niech ci już będzie- prychnął.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Dwa dni później, budynek liceum.
Postanowiłem uważnie obserwować Bergmanna. Choć tylko ja wiedziałem, jak naprawdę się nazywa, zastanawiałem się; z jakiego powodu ciągle ochraniał Callisto. Nie bardzo wierzyłem słowom Mikaelisa, bo wydawało mi się, że "Bergmanna" nie obchodzą rodowe interesy.
-Tylko, jeśli nie rodowe interesy; to co?- Zastanowiłem się na głos.
-Tyler...- w tym momencie Black podała jakiś wzór fizyczny.
-Eee co?- Otrząsnąłem się z rozmyślań pod ostrzałem spojrzeń całej grupy.- Może pani powtórzyć pytanie?- Zacząłem nieprzytomnie.
-Zacznij skupiać się na lekcji. Na prywatne rozmyślania będziesz miał czas na przerwie- oznajmiła chłodno Czarownica.
-Przepraszam- rzuciłem potulnie, choć wiedziałem, że i tak mam już wpisanego w dziennik 'buta'.
Matma...
Deere rozdał arkusze testowe.
-Pewnie wszyscy nauczyciele wam to mówią, ale przy mnie naprawdę lepiej nie ściągać- ostrzegł bursztynowooki.- Brandt, opróżnij kieszenie- rzucił niespodziewanie.
Chłopak posłusznie wyciągnął wszystko, włącznie ze ściągami.
-Jakim cudem..?- Zaczął Fox za plecami matematyka.
-Mam wyjątkową podzielność uwagi- oznajmił spokojnie Deere.- Brandt, jesteś w stanie podejść do sprawdzianu?- Spytał zabierając rzeczy ze stolika.
-Eee spróbuję... Najwyżej obleję- westchnął chłopak cicho.
-No, to jedziecie- rzucił z zapałem Deere.
Wszyscy zabrali się za test. Bursztynowooki spoglądał zamyślony w okno, jakby zastanawiał się nad czymś zupełnie innym.
-Silver, na suficie nie znajdziesz odpowiedzi- rzucił.
Dominic okręcił długopis na dłoni, wzdychając ciężko.
Vincent wyprostował się i wpatrując się w tablicę rozmyślał. Nagle podniósł rękę.
-Rodriguez, jakiś problem z pracą?- Rzucił uprzejmie nauczyciel, podchodząc.
-Coś mi się tu nie zgadza; profesorze- stwierdził śniadolicy.
-To znaczy?- Rzucił Deere.
Vincent zaczął coś tłumaczyć profesorowi.
-Na to właśnie czekałem..- Deere uśmiechnął się tajemniczo.
-Nosz, kurwa..- mruknęła jedna z dziewczyn gapiąc się w swoją kartkę.
-Odpadam..- jęknęła Cora.
Zerknąłem, na którym punkcie jest Vincent. Dwudziesty czwarty. Zacząłem czytać zadanie..
-Ha! Chyba załapałem..- mruknąłem tryumfalnie.
Dziesięć minut później oddałem skończoną pracę.
-No, no; Tyler- rzucił z uznaniem Deere.
***
-Co zrobiłeś; że Deere miał taką minę?- Spytał zaciekawiony Paul.
-Dwudziestka czwórka to była podpucha- odparłem spokojnie, puknąłem otwartą dłonią w automat i pochwyciłem trzy kolorowe puszki.
-Podpucha??- Obaj gapili się na mnie zdumieni.
-Wiecie, czemu nic z tego nie wychodziło?- Zapytałem retorycznie.- Równanie sprzeczne. Ta-dam!
-Kurwa... Kułem to przez pół nocy..- jęknął Paul z porażką.
-Ja też i ni cholery z tego nie zajarzyłem- Vincent wzruszył ramionami, otwierając zielonożółtą puszkę.- Po dzwonku sobie pośpimy..
-Taa; Modliszka i jej cudowna kołysanka- Paul ziewnął ostentacyjnie.
Tymczasem po przerwie, czyli lekcja pod tytułem "Nuda Stulecia".
Wychowawczyni rozglądała się po nas bez entuzjazmu opowiadając o jakiejś wymianie międzyszkolnej.
-Tanner- rzuciła, a Paul aż podskoczył na krześle.- Może ty?- Zapytała.
-No, ten... Yyy- Paul złapał zawiechę.- A daleko?- Zapytał przymilnie.
-Do Barcelony- odparła Collins, a Vincent nagle kichnął.- Na zdrowie, Rodriguez.
-Dziękuję, pani profesor- odparł uprzejmie.
-A gdzie to leży?- Cały Paul, z geografią na bakier.!
Vincent znów niezamierzenie kichnął.
-Na zdrowie- rzuciła Modliszka.- Barcelona to takie miasto w Hiszpanii- zwróciła się do Paula.
-Zastanowię się..
-Może ty, Tyler?- Rzuciła z zaciekawieniem.
-No, cóż.. Musiałbym zapytać ojca o uchylenie mojego szlabanu, Señora- odpowiedziałem uprzejmie.
-Szlabanu?- Zdziwiła się, a grupa gapiła się na mnie.
-Wyjaśnię pani na osobności- rzuciłem zdawkowo.
Taa. Za ostatnie dwa dni nieobecności w domu dostałem zakaz opuszczania koszar i taką burę, że normalnie masakra. Zresztą nie bardzo myślałem teraz o tego typu wyjeździe, bo nie chciałem zostawić Callisto samej. Poza tym nie miałem ochoty reprezentować tej budy.
Jak mawiał Bastién na temat wojska: "przyszedłem tu odsłużyć, a nie zasłużyć".
-No, trudno- westchnęła Modliszka.- Co do innych spraw klasowych..- znowu zaczęła przynudzać.
-Wyspałem się za wszystkie czaaasy- rzucił za nami Dominic Silver ziewając.
-Chociaż trochę odespałem...- dodał Vincent obok.
-Tak w sumie, gdzie jest ta cała Ba... no, jak-jej-tam...- Zaczął Paul.
-Hiszpania, dokładniej mówiąc stolica Katalonii. Leży na północnym-wschodzie półwyspu Iberyjskiego nad Morzem Śródziemnym- wyjaśnił Vincent.
Wybałuszyliśmy nań oczy zaskoczeni.
-No, co? Jestem przecież Hiszpanem- obruszył się śniadolicy.
-Myślałem, że raczej niezbyt chcesz mówić o swoim kraju- zauważył Paul.
-Właściwie skąd dokładnie jesteś..?- Zapytałem ostrożnie.
-Z Valencji, też nad morzem. Miasto portowe- odparł Vincent przeciągając się.- Może powinieneś się zgodzić na tą wymianę?- Szturchnął mnie lekko.
-Nie mam co nawet marzyć, ojciec się wściekł; gdy nie było mnie dwa dni; a co dopiero jakby to były dwa miechy. Zresztą nie chcę zostawić Callisto..- westchnąłem ciężko.
Miałem się dopiero przekonać o podłym planie Modliszki.
***
-Ale zwała..- ziewnąłem pchnąwszy ciężkie frontowe drzwi kwatery stowarzyszenia. Widząc, że ojciec rozmawiając z kimś przez telefon i woła mnie gestem ręki, spodziewałem się najgorszego.
-Oczywiście, do zobaczenia- zakończył rozmowę, a ja zastanawiałem się, co takiego znów przeskrobałem.
-Dzwoniła twoja wychowawczyni; James..- zauważył przyglądając mi się.
-Co takiego??.- Wychrypiałem przerażony.
-Stwierdziła, że jako najlepszy z hiszpańskiego, mógłbyś wyjechać na międzyszkolną wymianę..
Przeklęta Modliszka, niech ją..!
-Ale.. Mam przecież szlaban do końca świata. I kto się zajmie Callisto?? Chyba powinienem mieć tu coś do powiedzenia, nie..?- Na poczekaniu rzuciłem kilka argumentów.
-Poradzę sobie..- odezwała się turkusowooka idąc po schodach.- Nie po to zarywałeś noce, żeby teraz zrezygnować.
Ojciec spojrzał na nią zaskoczony, a ja z błagalnym wzrokiem kręciłem głową; żeby nie popierała tego pomysłu.
-Chyba zostałeś właśnie przegłosowany; James- zauważył tato.
-Przecież ja się cholernie boję latać...- wymyśliłem kolejny powód przeciwko.
-Buja. Jedyne, czego się boi, to zostawić mnie samą- zauważyła Callisto.
Zanim wyszedłem ze szkoły powinienem Collins udusić i pozbyć się jej zwłok...
Westchnąłem z irytacją.
-Po prostu knujecie, jakby tu się mnie pozbyć- burknąłem zły.
-My..?- Zapytali oboje spoglądając po sobie ze zdziwieniem.
-Przecież chcemy dla ciebie jak najlepiej; Pyszczulku- Callisto od razu przejęła pałeczkę.- Sam mówiłeś, że chciałbyś wyjechać na tą wymianę.
-Wtedy byliśmy jeszcze przyjaciółmi. Teraz dużo się zmieniło- Zaczęło brakować mi argumentów.
-Marco tak łatwo mnie nie wypuści, więc nie masz się czym martwić- zauważyła niecierpliwie.- Poza tym, chyba będziemy w kontakcie, hm?- Dodała trochę spokojniej.
-Obowiązkowo- odparłem, jakby to było oczywiste.
|•••|
-Paniczu?- Jane stanęła za mną.
Patrzyłem przez okno na las rozmyślając.
-Opiekuj się Callisto pod moją nieobecność- odparłem cicho.
-Wyjeżdżasz dokądś?- Zapytała zaskoczona.
-Do Hiszpanii, ze szkolnej wymiany- wyjaśniłem obojętnie.- Nie chcę, żeby coś im się stało.
-Jasne, paniczu- oznajmiła usłużnie.
Zamyśliłem się nadal wpatrując się w majaczące w oddali korony drzew.
-Jane.. Dlaczego ojciec nie ożenił się po śmierci mamy?- Zapytałem w końcu.
-Dlaczego o to pytasz?
-Bo odpowiedział tak jakoś.. Wymijająco- odparłem cicho.
-Po prostu nie znalazł nikogo takiego, jak Pani..- powiedziała smutno.
-Rozumiem..- teraz pojąłem, z jakiego powodu zapytał; czy ożeniłbym się po Cally. Chciał wiedzieć, czy naprawdę dobrze to sobie przemyślałem.
Nazajutrz, czwarty kwietnia.
Collins zwinęła mnie na pogadankę do swej kanciapy, nawet nie przypuszczałem, że Santiago dołożył swoje trzy grosze do całego "planu Modliszki".
-Czyli postanowione Tyler- zauważyła wychowawczyni, gdy usiadłem. Przejrzała notes ocen Santiago.- No, świetnie.. Przewaga piątek z przedmiotu... I tylko jedna czwórka?- Zdziwiła się, patrząc pytająco na Santiago.
-Mówiłem, że jest najlepszy z mojego przedmiotu- oznajmił spokojnie Santiago.
Collins poprawiła okulary i zaczęła czytać oceny z pierwszego semestru.
-Matma podszlifowana, chemia.. Z chemii o dwie oceny wyżej(?); Grey chyba się pomylił- mruknęła zdziwiona.- Fizyka; w porządku; włoski: na poziomie. Geografia, ujdzie. Biologia: okej. Sztuka; spoko. Historia: Bergmann zdecydowanie wymagający. W-F: Hooch i jego tygrysiątka.. Oceny w porządku, zachowanie okej...
-Brak zarzutów..- wymsknęło mi się niespodziewanie. Przeprosiłem szybko.
-Tu masz dokumenty do wypełnienia...- zaczęła tłumaczyć mi wszystko po kolei.
-Tyler, modnie spóźniony o dziesięć minut- Lee, jak zawsze była wredna.
-Pogadanka z profesor Collins odrobinę się przedłużyła- odpowiedziałem spokojnie.
-Skoro tak, siadaj- rzuciła, a ja zawinąłem tyłek na koniec klasy, wciskając się między Paula i Vincenta.
Lee rozpoczęła przynudzanie...
Geografia.
-„Trzej Królowie” przybyli- rzucił Zimmer, patrząc na nas z dezaprobatą.
-Przepraszamy za spóźnienie- odparł Vincent uprzejmie.
-Powód waszego spóźnienia?- Zapytał nauczyciel przyglądając nam się.
-Profesor Hooch chwilę nas przytrzymał u siebie- wyjaśnił Paul.
-Następnym razem nie spóźnijcie się na moje zajęcia- rzucił odsyłając nas ruchem dłoni.
-Oczywiście, panie psorze..- zapewnił Vincent.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz