poniedziałek, 22 stycznia 2018

Hunter Shadow of Life Rozdział XXIV: Jak rozbite szkło -od miłości do nienawiści jest tylko jeden krok- ~Grace Ann

 

Trzy tygodnie później..
Nadal nic nie wiadomo w sprawie zniknięcia Tori Miles. Zastanawiałam się nad planem Michaela- właściwie nie myślałam o niczym innym.
-Znów nie jesteś głodna?- Wujek Luca spojrzał z troską na mój talerz przez stół.
-Nie o to chodzi- odparłam grzebiąc widelcem w talerzu z niechętnym wyrazem twarzy.- W ogóle nie chodzi o obiad- odparłam wymijająco ignorując ciotkę Sussan i moich młodszych kuzynów.- Po prostu… Pomyślałam sobie; że Tori Miles nie zniknęłaby od tak, bez powodu i to wszystko może… Może się w jakiś sposób wiąże z…- mówiłam to bez jakiegokolwiek przekonania w głosie, nadal przewracając widelcem w surówce.- No i ten nagły wyjazd Ginevry… tak, jakby przed kimś uciekała..
Luca i Sussan rzucili sobie szybko zaniepokojone spojrzenie. Właśnie: prawdę mówiąc; nie wiem, co mogłoby niepokoić ciotkę skoro od kiedy tu wylądowałam traktowała mnie, jak kundla. Co dziwniejsze zapadła długa, nieznośna cisza.
-Martwi cię zniknięcie osoby; której nawet nie lubisz?- Wtrąciła nieśmiało Clarissa.
Westchnęłam ciężko. Ten mały Długi Jęzor potrafił czasami powiedzieć coś sensownego.
-Może i nie przepadam za Tori; ale bez jej głupich docinek moje szkolne życie jest zwyczajnie nudne- uśmiechnęłam się blado wzruszając ramionami. Pogrążyłam się na chwilę w jedzeniu ziemniaków z sosem i surówki.- Ten nowy sos jest nawet..hm, niezły…- skomentowałam.
W tym momencie Jason szukający pod stołem widelca przywalił głową w stół.
-Przecież robię ten sos od zawsze- obruszyła się ciotka Sussan, wujek Luca nagle drgnął, jakby dopiero się obudził.
Chwilowo osłupiałam, ale zamaskowałam to szybkim ruchem dłoni z widelcem; rzucając:
-A mnie się wydaje, że smakuje inaczej, niż zwykle- odparłam jakby zamyślona.
Rozmowa z ciotką zawsze przypominała spacer po polu minowym. Zawsze musiałam uważać; żeby nie powiedzieć czegoś nieodpowiednim lub jadowitym tonem. Nie chciałam, żeby chrzestny musiał uczestniczyć w naszych kłótniach.
-Jesteś dzisiaj jakaś wyjątkowo dziwna; Callisto Anabelle- ta stara wiedźma powiedziała na głos to, o czym wszyscy domownicy myśleli.
-Po prostu mam kilka ważnych rzeczy na głowie- odparłam wolno. Znów zabrałam się za jedzenie.
-Wydaje mi się, że nie mówisz o nauce..- zauważyła ciotka z dziwnym wyrazem twarzy: czymś na kształt wymuszonej troski, jakby chciała mnie udusić zanim to ja udusiłabym ją.
-No…. Hm, musiałabym poprawić trygonometrię i niemiecki; ale…- Wzruszyłam ramionami.- Myślałam o małej rekreacji w sumie…
***
Kilka godzin później. Słysząc rozmowę na dole podniosłam głowę znad niezwykłych zawiłości języka niemieckiego i wbiłam wzrok w ścianę nasłuchując. Usłyszałam głos Michaela i jakichś dwóch chłopaków; którzy kłócili się o coś z ciotką Sussan.
-W porządku- ustąpiła wreszcie niepewnym tonem. Kilka chwil potem usłyszałam jej kroki na schodach; lałam w siebie właśnie trzecią paczkę transfuzyjnej, czytając któryś raz z rzędu wyjątki w niemieckim.
Ciche pukanie. Wstałam sprzed biurka i otworzywszy drzwi oparłam się o nie rzucając:
-Co jest grane?
-Twoi koledzy ze szkoły przyszli-oznajmiła równie krótko.
-Okej; dzięki…- wyszłam z pokoju i skierowałam się na schody.
Przeskoczyłam ostatnie cztery stopnie i ruszyłam do stojących w przedpokoju chłopaków. Z Michaelem przywitałam się buziakiem.
-Cześć; Raven- rzucił krótko Vincent Rodriguez, z kolei Paul Tanner skinął głową na powitanie.
-Cześć… Co jest..?- Zapytałam ostrożnie, przyglądając się Michaelowi który wywrócił oczami wskazując nimi na Vincenta.
-Możemy pogadać?- Spytał śniady chłopak powoli.
-Wchodźcie- zaprosiłam obojętnie, ale Vincent przerwał mi wpół słowa:
-Może lepiej gdzieś chodźmy…- zasugerował z namysłem sprawdzając, czy nikt nas nie podsłuchuje.
Chyba było to dla niego jakieś bardzo ważne, bo Vincent nigdy nie był taki tajemniczy.
-Okej. Uprzedzę tylko ciotkę i zaraz wracam- rzuciłam idąc na schody.
Spakowałam do torebki butelkę transfuzyjnej, wciągnęłam na stopy buty i wzięłam kurtkę.
-Wychodzisz?- Wujek Luca oparł się o drzwi popijając piwo.
-Taa; wróce za jakieś dwie, trzy godziny- odparłam mijając go.
-Uważaj na siebie; Cally. W mieście jest coraz bardziej niebezpiecznie- rzucił z troską.
Skinęłam głową, mówiąc:
-Wiem; wujku- uśmiechnęłam się z trudem i zbiegłam po schodach.
-Dokąd idziemy?- Spytałam Michaela szeptem.
-Do „Margarity” i nie idziemy; a jedziemy- wtrącił Paul.
Vincent szedł obok niego z dłońmi w kieszeniach kurtki. Był dziwnie milczący i patrzył przed siebie przygryzając dolną wargę w zamyśleniu.
Wsiedliśmy do szarej Mazdy Paula. Chłopak odpalił silnik i spojrzał we wsteczne lusterko.
-Czyj jest ten ciemny mercedes w krzakach; Raven?- Zapytał nagle. Widząc, że chcę się odwrócić rzucił- Nie odwracaj się.
-Jaki to dokładnie kolor?- Spytałam.
Paul zastanowił się przez chwilę.
-Granato… Nie, czarny metalic- odparł z namysłem. Chyba dostrzegł szybką wymianę spojrzeń między nami, bo powiedział.- Wy wiecie czyj to wóz…
-Morgenstern jest pewnie u Kostenlosa.- Wzruszyłam ramionami.
-Kto to jest Morgenstern?- Zdziwił się Vincent.
-Wy nazywacie go Celownik- wyjaśnił Michael.
-On przedtem jeździł srebrną Audicą..- zauważył powoli Paul wyjeżdżając z bramy.
-Audica miesiąc temu wypluła silnik i poszła na żyletki- odparłam obojętnie.
Dwadzieścia minut później, knajpa Margarita.
-Więc, o czym chcieliście pogadać?- Zapytałam ostrożnie, pociągnęłam łyk z butelki wchodząc do kawiarni.
-Znalazłem telefon Tori dwa kilometry od domu. Jest w nim coś niepokojącego. Bardzo niepokojącego- zauważył Vincent podchodząc do wolnego stolika.
-Czy to się w jakiś sposób wiąże z Isobel?- Spytałam nagle w zamyśleniu.
-Skąd wiesz??- Zapytali obaj szybko.
-Strzelałam- odparłam.- Czyli co takiego znalazłeś?
-SMSy; zresztą wiesz, że Tori i Isobel się przyjaźnią- skinęłam głową; gdy mówił.- Ostatnio na imprezie się pokłóciły i nie odzywały się do siebie wcale; ale Tori pod domem powiedziała mi coś… dziwnego.
Paul tymczasem dołączył do nas i usiadł obok Vincenta.
-Co chcesz powiedzieć przez ‚coś dziwnego’?- Spytałam zaskoczona.
Vincent zastanawiał się dłuższą chwilę, ale zamiast niego odezwał się Paul:
-Na tej imprezie coś do niej burknęłaś… Miała wtedy jakiś dziwny strach w oczach. Poza tym obie omal się raz nie pozabijałyście.- zauważył powoli.
Kelner przyniósł kawę i ciastka. Na chwilę zapadła między nami cisza.
-Wiecie; że miałam siostrę, która zaginęła- odezwałam się patrząc za odchodzącym kelnerem.- Mogę zobaczyć te SMS-y?- Spytałam nagle.
-Taa- Vincent wyciągnął z wewnętrznej kieszeni kurtki czerwoną Nokię i przesunął telefon po blacie ku mnie. Wzięłam go w ręce i przeszłam do czytania wiadomości od Isobel. Czytałam popijając herbatę z prądem, którą zamówił mi Paul. Dzięki alkoholowi nie będę przez jakiś czas przytępiona zapachem ludzkiej krwii.
-Kto to jest Anabelle?- Spytałam nagle.
-Pies Isobel. Ugryzł mnie ostatnio mały skurczybyk- odparł Paul.
Skinęłam czytając dalej.
-Styl pisania mi się dziwnie zgadza…- mruknęłam z namysłem.- Mówisz, że nazwała psa Anabelle..
-Co w tym takiego dziwnego?- Spytali zdziwieni.
-Jej poprzedni pies miał zapewne na imię Valerie i był owczarkiem niemieckim- zakpiłam z ironią.
-Skąd wiesz??- Obaj nagle osłupieli.
-Co jest Callisto?- Michael widząc, że oparłam się o krzesło zaniepokoił się.
Przymknęłam oczy i wybuchnęłam śmiechem, odkładając telefon.
-Z czego ona się cieszy; Tyler?- Zapytał ze złością i strachem Paul.
Michael potrząsnął mną pytając, co mi jest.
-Nic nie rozumiecie…- odparłam dusząc się ze śmiechu.- Mam ją… Teraz już napewno ją mam..
-Tyler, wiesz o co jej biega?- Zapytał zdezorientowany Vincent.
-Wyjaśnimy to najlepiej, jak się da..- odezwał się zielonooki.
-Nic z tego nie rozumiem; do jasnej cholery- oznajmił krótko Vincent, gdy skończyłam mówić.
-Nie denerwuj się. Zacznę od początku; jak chcesz o coś zapytać to przerywaj i wal prosto z mostu- odparłam i przeszłam do ponownego opowiedzenia mojej teorii.
-Czekaj chwilę… twoja matka miała na imię…
-Valerie Clair Holy- Raven, tak brzmiało pełne nazwisko mojej matki-potwierdziłam.
-Nazwała psa imieniem twojej matki??- Zdumiał się Paul.
-Właściwie tak jakby naszej; Grace Ann.. to znaczy Isobel, została adoptowana przez moich rodziców; którzy zapłacili za to najwyższą cenę, ja swoją drogą też dostałam coś od niej..- odparłam ponuro.
Obaj wymienili zaniepokojone spojrzenia. Vincent zdecydował się zapytać:
-Co chcesz przez to powiedzieć, Callisto Raven?- Zaczął ostrożnie.
-Obiecaj, że będziesz spokojny i nawet nie warkniesz- Zaczął Michael powoli i uspokajająco.- Nie zgodziłem się na tę rozmowę; żeby ktoś tu obrażał moją dziewczynę,Rodriguez; Tanner- oznajmił obserwując ich uważnie.
Rodriguez skinął głową. Paul zrobił to samo; lecz dopiero po chwili i z wyraźnym wahaniem obserwując jak Michael przesuwa palcem po sygnecie na mojej lewej dłoni. Upiłam kolejny łyk herbaty z wódką i zamyśliłam się.
-Myślisz, że to dobry pomysł?- Zapytałam z wahaniem.
-Przecież rozmawialiśmy o tym już kilka razy; Callisto..- odparł cierpliwie, pocałował mnie delikatnie za uchem.
-Nie przewidywałam, że będę musiała powiedzieć o tym komuś, kto powie o tym komuś, kto rozdmucha to na pół miasta i wpędzi mnie w większe kłopoty, niż już mam- odparłam niechętnie i smutno.
-Jakoś mnie to nigdy nie przeszkadzało.- Obruszył się.
-Och, nie o to mi chodzi.!- Prychnęłam ze złością.
Sięgnął do mojej torebki i wyciągnął z niej butelkę. Obejrzał jej zawartość pod światło padające z małej lampki nad stolikiem.
-Znów Vampire on the beach?- Jęknął niecierpliwie. Spojrzałam nań niechętnie, gdy zdjął arafatkę i obrócił twarz w moją stronę ukazując dwie maleńkie ranki na szyi. Od razu odwróciłam wzrok z poczuciem winy.
-Co to, u diabła, jest?- Z gardła Paula wyszedł ledwie słyszalny szept.
-Od kiedy tym jesteś? Czym ty właściwie jesteś; Raven??- Vincent zapytał o to drżącym głosem.
-Od śmierci moich rodziców. Grace Ann …Isobel zdradziła nas tamtej nocy. Wpuściła go.. Rodzice próbowali z nim walczyć, zabić go… Najpierw zabił moją matkę; potem ojca…- zaczęłam z goryczą.- A mnie… Zmienił mnie w tego potwora i bardzo żałuję: naprawdę bardzo żałuję tego, że przeżyłam… I tego- musnęłam delikatnie ślady na szyi Michaela.
Vincent zamyślił się nagle. Paul wstał, mówiąc:
-Rób; co chcesz; ja wychodzę. Zostawiam ci kluczyki i dokumenty- położył oba przedmioty na stoliku.- Przepraszam; Raven.. to ponad moje siły.. Naprawdę.. Cześć- i ruszył do wyjścia z knajpki.
Vincent patrzył za nim chwilę rozmyślając.
-To dlatego byłaś taka… taka wybuchowa i stale kłóciłaś się z Tori..- odezwał się cicho.
-Między innymi. Tori smacznie pachnie.. nawet jak na jędzę..-Odparłam.
-Jesteś lesbijką?- Zapytał wprost.
-Nie; ale to nie ma żadnego znaczenia- odpowiedziałam wolno.- Wygłodniała pijawa nie zwraca uwagi na płeć. Dla niej lub niego jesteś czymś w rodzaju chodzącego banku krwii.
-Więc z wami jest tak samo?- Zapytał zdziwiony.
Wtedy usłyszeliśmy krzyk Paula. Zerwaliśmy się na nogi i wybiegliśmy z knajpy wprost w ciemny, zimny wieczór.
•••
Biegnąc wlałam w siebie całą butelkę krwii. Odrzuciłam pusty plastik niedbałym ruchem i pokazałam Michaelowi, żeby biegł przodem. Wyciągnął identyczny pistolet jak mój. W biegu odbezpieczył go i wprowadził nabój w komorę przeciągając zamek. Miał przy tym taką minę, jakby naprawdę nie chciał mnie zostawiać.
-Skąd on ma klamkę?- Zaczął Vincent. Usłyszał szczęk i zwrócił na mnie spojrzenie. Ty też..?
-Jest coś jeszcze, o czym nie zdążyliśmy ci powiedzieć…-odparłam biegnąc.
Vincent odwrócił głowę w moją stronę.
-To znaczy, czego jeszcze nie wiem??- Zapytał.
Zahamowałam gwałtownie i pociągnęłam go mocno w tył, zanim wpadłby pod samochód.
-Na razie o tym nie myśl. Nie ma na to czasu!- Odparłam ostro.- To, co dorwało Paula może nadal gdzieś tu być.
-Callisto tutaj- usłyszałam głos Michaela zza kontenera na śmieci.
-Chcę wiedzieć; Raven- odparł równie ostro Vincent.
-Poźniej się dowiesz- ucięłam rozglądając się, nagle odepchnęłam go z zasięgu ciosu i rzuciłam do Michaela:
-Rany są głębokie?
-Nadal krwawi- odparł zielonooki obwiązując dłoń chłopaka jakimś bandażem.
Vincent obserwował wszystko rozszerzonymi z przerażenia oczami. Chyba pytał o coś.
Odbiłam cios wampira i posłałam go w ścianę jednego z budynków, między którymi się znajdowaliśmy. Zanim zdążył mi uciec złapałam go za gardło i przydusiłam ramieniem do muru; mówiąc ostro:
-I co pijawo? Nie udało się zwiać- uśmiechnęłam się drwiąco, przyciskając mocniej szczerzącą kły bestię kopnęłam go mocno w żebra. W mojej kieszeni odezwał się telefon.-Michael wyjmij mi z kieszeni…
Zielonooki doskoczył, wyciągnął z kieszeni kurtki mojego Samsunga i odebrawszy przysunął mi do ucha.
-Czego; Angello nie mam czasu- rzuciłam chłodno waląc z pięści wampira.
-Mamy kłopot z wampirami koło knajpy Margerita
-Zgadłeś; jeden właśnie kogoś zaatakował- przerwałam mu szybko.- Ktoś wie, co się właściwie tu wyprawia?
-Policja od jutra zarządza godzinę policyjną- odparł głos Angello w słuchawce.- Musimy działać bez świadków i cicho. Każdego wampira, który się napatoczy…
-Rozumiem. Kiedy zwołujesz Radę?- Zapytałam krótko.
-Odpowiada ci dziesiąta wieczór?
-Bez różnicy- odpowiedziałam madal waląc wampira po gębie.
-Do zobaczenia- rzuciliśmy równocześnie, kończąc rozmowę.
Michael odsunął telefon i zakończył połączenie. Przywaliłam wampirowi kolbą broni, gdy wylądował na betonie zielonooki przycisnął go butem.
Wymierzyłam broń i oparłam palec na spuście:
-W imieniu Stowarzyszenia zostałeś skazany na śmierć; wampirze- mówiąc to pociągnęłam za cyngiel.
Ciszę rozdarł huk strzału. Zwłoki wampira zmieniły się w popiół.
-Zabieramy się stąd- rozkazałam ostro; podnosząc zdrętwiałego z przerażenia Vincenta; pchnęłam go w stronę, z której przyszliśmy.
***
-On musi jechać do szpitala- powiedział napiętym głosem śniadolicy.
Siedział za kierownicą Mazdy i przebierał nerwowo palcami na kierownicy.
-Musi to opatrzyć fachowiec; Vincent- Zgodził się Michael; rzucając mi spojrzenie.- Znam jednego; podrzucisz nas? Callisto cię pokieruje.
Vincent spojrzał we wsteczne lusterko na śpiącego przyjaciela z zastanowieniem.
-Jak znam Raven, to ona wie; co robi- powiedział z namysłem.- To dokąd jedziemy?
Pół godziny później…
-Ale zadupie…- skomentował Vincent, przełączając bieg.- Dużo jeszcze tego lasu?
-Za chwilę się skończy- odparłam powoli. Rozejrzałam się.- W lewo i prosto.
Vincent skinął i wykonał manewr. Wyjechaliśmy z lasu i ruszył prosto ku bramie; za którą stał majestatyczny, ceglany budynek kwatery głównej Stowarzyszenia.
-Ponuro tu…- stwierdził śniadolicy gasząc silnik.-Miałaś mi coś jeszcze powiedzieć.
-Callisto..- zaczął Michael.
Zobaczyłam kołyszącą się w ciemności lampę naftową.
-To Angello- odparłam wysiadając z auta, ruszyłam w jego stronę.
Rozmawialiśmy chwilę. Jedno drugiemu przerywało; oboje byliśmy wzburzeni.
-Dobra. Przyprowadź tego rannego chłopaka. Wszyscy członkowie Rady już są na miejscu, więc może zaczniemy wcześniej.
-Zgoda. Vincent i Michael przyprowadzą Paula. Raport złożę jutro; zwinęłam tej pijawie dokumenty- wyjaśniłam obojętnie.
-W porządku, Rada rozpocznie się za godzinę- odparł Angell podając mi lampę.
Skinęłam głową i pokazałam Michaelowi nasz umówion znak, wysiedli i podeszli prowadząc bladego, jak trup Paula. Ruszyliśmy w stronę budynku Stowarzyszenia.
Poprowadziłam ich wąskimi korytarzami do sali szpitalnej. Właśnie wychodził stamtąd mój kuzyn.
-Callisto Anabelle- rzucił z uśmiechem podchodząc by mnie objąć.
-Cześć, mój ulubiony kuzynie- przytuliłam się doń mocno.- Mam do ciebie sprawę- odezwałam się cicho.
-No, to nawijaj…- rzucił krótko.
Opowiedziałam mu z grubsza, co się wydarzyło. Słuchał w skupieniu; rozmyślając nad czymś równocześnie.
-Załatwione, przyprowadź gościa- odparł wolno.
-Dzięki; Holy- odparłam z wdzięcznością.- Chłopaki już idą..
Godzinę później byłam już w szerokim pokoju na zebraniu Rady Łowczych.
-Córeczka Cristophera, jak zawsze na czas- rzucił głos zza blatu stołu zawalonego dokumentami.
-Modnie spóźniona o pięć minut- zawtórowała kobieta przy drugim krańcu stołu.
-Dobry wieczór; panie Kostenlos; panno Law. Dobry wieczór; Rado- rzuciłam obojętnie zajmując miejsce po prawej, pomiędzy Angello i Morgensternem.
-Dobry wieczór; Raven- odparło krótko kilka osób odwzajemniając powitanie.
Od jakiegoś czasu unikałam Mistrza. Złość na niego z powodu jego opiekuńczości wobec mnie już mi trochę przeszła; ale nadal miałam do niego żal, że nie mówił mi całej prawdy.
Chociaż ja też nie byłam wobec niego szczera…- uświadomiłam sobie to po kilku zarwanych nocach; kiedy to rozmyślałam o wszystkich wydarzeniach od powrotu Grace Ann.
-I zawsze będziemy siostrami, Cally? Takimi najlepszymi?- Grace siedziała na moim łóżku i bazgrała coś w zeszycie.
Bardzo lubiła siedzieć w moim łóżku, od kiedy ojciec wyrzucił wielkie stare łoże; które miałam w pokoju wcześniej i zamiast niego wstawił dwa mniejsze łóżka.
-Zawsze- odparłam cicho i spokojnie, nie odrywając wzroku od książki. Uśmiechnęłam się do Grace Ann unosząc na chwilę oczy.
Objęła mnie ramionami, przytulając mocno. Spojrzałam na nią z lekkim zdziwieniem przekręcając głowę, słysząc jej drżący szept:
-Obiecujesz?- Zapytała z niepokojem, a jej ciemne oczy wwiercały się we mnie.
Wzięłam jej palce w swoje na chwilę. Książka upadła na pościel.
-Obiecuję; Grace- zapewniłam spokojnie.
Tamtej zimowej nocy znów spałyśmy w moim łóżku.
Zanim zasnęłam na dobre; przez szparki w uchylonych powiekach zobaczyłam w drzwiach postać ojca i usłyszałam jego głos:
-Nadal wolisz łóżko Callisto, co Grace?- mruknął uśmiechając się lekko; patrzył na nas.- Śpijcie słodko..
Chwilę później cicho zamknęły się drzwi.
Gdybym wtedy wiedziała; że to jedna z ostatnich nocy; gdy widzę moich rodziców żywych..
Gdybym wiedziała; co planujesz, Grace Ann..
Gdybym domyśliła się w porę; że właśnie wbijasz mi nóż w plecy..
-Raven, wszystko w porządku?- Zapytał Angello, machając mi czymś przed nosem.
-Taa… N-nic mi nie jest- drgnęłam nagle, budząc się z odrętwienia.- Co to jest?- Zapytałam z wahaniem; skupiając wzrok na kopercie, którą chwilę temu przewodniczący Stowarzyszenia machał mi przed nosem.
Powoli wzięłam kopertę i rozdarłam jej brzeg.
Wyciągnęłam list.
Witaj; Cally.
Jak Ci się podoba mój nowy wygląd; siostrzyczko?
Jak bardzo cierpisz? Tęsknisz za nimi?
Czy bardzo zmieniłam Twoje życie w piekło?
Zapytasz pewnie; gdzie zniknęła Tori.
Wszystko w swoim czasie, czekaj na telefon
Z pozdrowieniami:
Grace
List był krótki; zresztą czego mogłam się spodziewać po Grace Ann? Że nagle powróci tamta kasztanowowłosa, powie „przepraszam” i wyjaśni; że to, co widziałam nie było nią; tylko lalką kontrolowaną przez tego obrzydliwego wampira? Na co ja; idiotka; liczyłam.??!!
Wtedy Vincent wbiegł do pokoju, przerywając zebranie Rady.
W wyciągniętej ręce ostrożnie; jakby to była bomba trzymał błyszczącą czerwoną Nokię.
Grace Ann.
Jak powiedziała, tak zrobiła

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz