środa, 24 stycznia 2018

Hunter II: Bloodlust ~Sin Rozdział XXXVII: Noc Łowców.. Anioł Stróż -Victor Bergmann-

Tydzień po rozpoczęciu kolejnego roku szkolnego; ósmy dzień września..
Sytuacja w Stowarzyszeniu była średnia; niewiele spraw szło po naszej myśli. Poza tym pijawy zaczynały wodzić nas za nos; co irytowało nie tylko samego przewodniczącego; ale i zaprawionych w boju łowczych- starsi powoli zaczynali tracić cierpliwość; młodszych wprost rozpierała energia i chęć na dobre polowanie; bo w ostatnich dniach bardzo brakowało nam wszystkim szczęścia.
-Raven, jesteś w szkole, a nie w hotelu- burknął Shark.
-C-Co?- Podskoczyłam na krześle, jak oparzona.- Przepraszam, profesorze- dodałam budząc się z odrętwienia.
Shark przypominał dziś wyjątkowo rozwścieczonego rotweillera i gnębił nawet namiętniej, niż zwykle. Wskazał mi tablicę, a ja zaklęłam w duszy.
-Boże, jak ja nie cierpię matmy..- Mruknęłam niechętnie.
Z korytarza dało się słyszeć szepczący półgłos śpiewający francuską pieśń żałobną.
Głos zbliżał się. W pewnej chwili zamiast dalszej części pieśni usłyszeliśmy chichot. Cała grupa wbiła zaciekawiony wzrok w drzwi, do których ktoś zapukał.
-Proszę...- rzucił z wahaniem Shark, zapraszając przybysza.
-Dzień dobry i przepraszam- powiedział lekkim tonem Undertaker, wwierając się zaciekawionym spojrzeniem w Sharka.- Mógłbym porwać na chwilę pannę Raven?
-W p-porządku- zająknął się Shark; unikając szafirowych oczu młodzieńca.- Raven, byle szybko.
-Nie wygląda pan najlepiej; na pewno wszystko z panem dobrze?- Zapytał uprzejmie Undertaker przyglądając się dziwnie nauczycielowi.
-Znakomicie; dziękuję, młody człowieku.- odparł Shark z mieszaniną niepokoju i przerażenia.
Wyszłam za chłopakiem ostrzelana zaciekawionymi  spojrzeniami reszty grupy.
-Masz coś ciekawego; Undertaker?- Spytałam przechodząc do rzeczy.
Podał mi mały notes.
-Prosiłaś o moich ostatnich gości... Jest kilka ciekawych przypadków byłych łowców..
-Pozbywają się ludzi; którzy porzucili zawód..? Zastanawiające..- zauważyłam powoli.
-Bardzo. Nikt nic nie widział; ani nie słyszał..- dodał Sebastian powoli.
-Czemu zapytałeś Sharka; czy wszystko z nim okej?- Zaczęłam powoli.
-Może po prostu z uprzejmości?- Odpowiedział pytaniem spoglądając na mnie z ukosa z tym swoim dziwnym uśmiechem.
-Uważaj, bo ci uwierzę- rzuciłam z kpiną.- Uchyl rąbka tajemnicy; Sebastian..
-On umiera, ale chyba jeszcze o tym nie wie- powiedział szafirowooki; nagle odwróciła go jakaś trzecioklasistka i (aż przetarłam oczy ze zdumienia) pocałowała go namiętnie w usta i uśmiechając się uwodzicielsko wsunęła mu jakiś świstek do kieszeni i odeszła, rzucając:
-Zadzwoń, przystojniaczku..- na widok zdumionej miny Undertaker'a omal nie buchnęłam rechotem.
-Dobrze, że nie umawiam się z małolatami- mruknął patrząc za nią tak; jakby w ogóle jej nie widział.- Do zobaczenia; Raven- rzucił odchodząc.
-Na razie; Sebastian- odparłam; wracając do klasy wsunęłam notes w wewnętrzną kieszeń marynarki mundurka.
Historia...
-Zapraszam, uczniowie; zapraszam- rzucił Bergmann odrywając na chwilę wzrok od swojego tomiszcza; powoli zdjął nogi z biurka.
Nagły dźwięk telefonu Michaela wybudził wszystkich z letargu.
-Przepraszam- rzucił krótko zielonooki sięgając do kieszeni; powoli wyciszył urządzenie.- Od Angello; chyba coś się wreszcie ruszyło- rzucił szeptem.
-Oby; bo zaczynam się nudzić- uśmiechnęłam się doń lekko.
-Szczerze mówiąc; ja też- rzucił całując mnie lekko. Bergmann prowadząc lekcję udał, że nic nie widział.
-Mówisz; że ta laska pocałowała Undertaker'a?- Zaczęła zaskoczona Tori.
-W usta- potwierdziłam ze śmiechem.
-Jakby nie było Roberts jest dość przystojny- rzuciła za nami Cora; a nam poopadały szczęki.
-Takie ciacho...- rozmarzyła się jakaś trzecioklasistka, plotkując z dziewczynami.
-Szarpałabym; jak Reksio szynkę- stwierdziła Cordellia rozglądając się.
Paul nadal się nie odzywał; jakby był nad czymś zamyślony.
-On chyba niezbyt chce uganiać się za dziewczynami- zauważył powoli.
-Co masz na myśli?- Zdziwiła się Cordellia.
Paul przeciągnął się ziewając.
-Undertaker ostatnio zachowuje się jakby nie do końca był sobą..- Zauważył z namysłem.- Jest zbyt cichy; jak na niego..
-Tanner; wszystko gra?- Zapytał powoli Vincent; wraz z nami obserwując chłopaka.
-Nic mi nie jest, czemu o to pytasz?- Odparł Paul uśmiechając się sztucznie.
-Przecież widać; że coś jest nie teges.- Zauważył Michael przyglądając się chłopakowi.
-Po prostu... Mam dziwne przeczucia- zwierzył się Paul z niechęcią.
Wymieniliśmy między sobą szybkie spojrzenia. Michael miał słuszność- z Paulem rzeczywiście było coś nie tak. Zmienił się o sto osiemdziesiąt stopni. Z wiecznie humorzastego i rozgadanego  stał się poważnym i milczącym chłopakiem.
-To znaczy, jakie przeczucia..?- Zapytał Vincent ostrożnie.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Paul przez całą drogę do domu Vincenta niewiele się odzywał. Postanowiliśmy pogadać na w miarę neutralnym gruncie, żeby uniknąć innych spraw.
Paul zmierzył nas długim, uważnym spojrzeniem; mówiąc:
-Obiecajcie, że nie będziecie się z tego śmiać- poprosił cicho.
Złożyliśmy prawe dłonie na jego; rzucając z lekkim zdziwieniem:
-Obiecujemy.
Paul westchnął ciężko; obracając w palcach puszkę napoju.
-To się zaczęło po tym ataku wampów w lesie...- zaczął cicho z zastanowieniem.- Najpierw były dziwaczne sny... Koszmary... I w ogóle masakra.. A, co najgorsze, niektóre sny zaczęły się sprawdzać..
-Sprawdzać?- Zaczęła zaniepokojona Tori.
-Niestety.. W końcu zacząłem spisywać te sny- Paul sięgnął do plecaka; skąd wyciągnął fioletowy notes formatu A5. Chyba chciał go podać szatynce; ale niespodziewanie jego ręka, jakby bez udziału jego woli przesunęła się ku Michaelowi. Paul spojrzał na zielonookiego.
-Wypadło na szczęśliwca- dodał ponuro.- Rzut za trzy punkty; Tyler.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Powoli otworzyłem fioletowy notatnik i popatrzyłem niepewnie na Paula.
-Czytaj- rzucił krótko chłopak odwzajemniając mój wzrok.
Wbiłem wzrok w kartkę i zacząłem czytać na głos:
Dziewiętnasty czerwca; trzecia trzynaście w nocy.
Kolejny z serii dziwnych snów, zaczął się normalnie. Wszystko jest takie; jak zwykle, jednak coś mnie niepokoi... Szykuję się na jakieś wyjście, co jest dziwne? Nikogo nie ma w domu, a dałbym głowę, że zaledwie chwilę temu słyszałem głos ojca w przydomowym warsztacie- standardowo klął szukając jakiegoś klucza; czy czegoś. Ostrożnie idę na dół nasłuchując.. Cisza. Nawet Amy nie wrzeszczy, jak syrena strażacka. Potrzasam głową starając się jakoś uspokoić; ogarnąć całą sytuację..
Przecież nie wessała ich czarna dziura- przechodzi mi przez myśl. Zatem, czemu ściskam w palcach  zakrwawiony nóż kuchenny?
-O; kurwa...- Odezwała się Tori po dłuższej chwili.
-To jeszcze pikuś...- stwierdził Paul powoli.- Dziewiąty lipca był gorszy..
Odszukałem szybko datę i znowu zacząłem czytać:
Dziewiąty lipca; czwarta czterdzieści cztery..
Cała nasza piątka... Uff, może chociaż to nie będzie jakiś pieprzony koszmar...?
Zaraz... Czemu Raven jest tak dziwnie ubrana??!!...
Przerwałem na chwilę pytając:
-Możesz to uściślić?- Spytałem próbując nie pokazywać po sobie zazdrości, że innemu facetowi śni się moja narzeczona.
-Czytaj dalej... To naprawdę było nieźle pokręcone...- odparł z zażenowaniem Paul.
Wróciłem do wpisu:
Skąd ona wytrzasnęła suknię na Dzień Założycieli???
Zaraz: to nie jest Raven... Ta kobieta jest dużo starsza.. Koło trzydziestki, ale jakby podobna do Cally. Noc; środek parku za kościołem farnym.
Jest dużo ludzi; chyba zebrało się całe miasteczko; słychać ujadanie psów. Większość ma broń..
-Ta bestia gdzieś tu jest.!- Warczy człowiek złudnie podobny do Michaela. Odciągnął kurek i podsypał proch; po czym  wepchnął w lufę kulę; którą ubił stemplem. Okręcił się i strzelił między drzewa; gdzie coś dostrzegł.
-Nie wal w swoich; do wszystkich diabłów!- Zaklął szepczący półgłos.- O żesz ty w mordę- właściciel głosu znów zaklął, chwilę później rozległ się huk zapadającego się gruntu.
-Sebastian odpadł!- Zarechotała niska szatynka w widocznej ciąży.
Za nią dostrzegłem jakiś cień. Odepchnąłem ją w kierunku jednego z mieszkańców. Wszyscy walczyli z dziwnymi czerwonookimi cieniami...
-To mi coś przypomina..- odzywa się Callisto. Siedzi na pufie z przymkniętymi oczami.- Muszę chwilę pomyśleć... Paul; masz jakąś kartkę i ołówek?- Spytała nie unosząc powiek. Chłopak wręczył jej wyciągnięte z plecaka szkicownik i ołówek.
Callisto stukała przez chwilę w złożony na kolanach bloczek; jakby była nad czymś zamyślona. Nadal z zamkniętymi oczami, powoli zaczęła coś rysować.
-Jak ona to robi?- Zapytał ochrypłym i nieco przestraszonym głosem Rodriguez. Czarnowłosa zamarła i nagle odwróciła ołówek mażąc kilka kresek- zaraz potem narysowała coś zupełnie innego.
Z każdym ruchem jej dłoni, obraz zaczynał nabierać wyraźnych kształtów Wszyscy w milczeniu obserwowaliśmy, jak pracuje nad rysunkiem. Dziesięć minut później spod jej ręki wyszedł na równi piękny; jak i przerażający obraz.
-Dokładnie tak, jak w moim śnie...- wyszeptał Paul, gdy Callisto otworzyła oczy, które pod wpływem światła błysnęły na sekundę czerwienią.
Jej rysunek przedstawiał ostatnie chwile z opisu w fioletowym notesie. W samym centrum kartki zza postaci Tori wyglądają okropne czarne cienie o wielkich oczach...
Sekundę później Callisto z okrzykiem poderwała się na równe nogi zrzucając z siebie kartkę, która nagle stanęła w płomieniach...
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Kwatera główna Stowarzyszenia Łowców; trzy godziny później.
Angello wezwał nas do swojego gabinetu. Idąc zastanawiałam się; o co może chodzić. Z rozmowy Michaela z przewodniczącym niewiele dało się domyślić, więc rozmyślałam, czy coś mamy; czy jednak jest inny powód; dla którego nas wezwano.
-Dzień dobry; Angello- rzuciliśmy krótko.
-Dobry: Kruk, Płomień; siadajcie- ostatnimi czasy przewodniczący rzucał do nas, rodowych, herbami.
-Mamy coś, czy znów będzie nudno?- Spytałam z ironią.
-Ósmy września; Kruk. Mówi ci to coś?- Angello spoglądał na mnie spod oka.
-Yyy... Nie bardzo pamiętam kalendarz łowczych.. Może drobna podpowiedź?- Zapytałam półprzytomnie.
-Sabat Anioła. Nie śnij na jawie; Kruk- Rzucił przewodniczący z ironicznym uśmiechem.
Przez chwilę wpatrywałam się w niebieskookiego zamyślonym wzrokiem; trawiąc informację o przypadającym dziś jednym z ważniejszych świąt naszej społeczności.
-No, tak... "Wigilia Suriela"...- nie zdążyłam się zamknąć.
-Ssszzz!.- syknął przesądny Angello, a Michael przyglądał się nam z mieszanką zdziwienia i zaciekawienia.
W tradycji łowców nie wolno wymawiać imienia łowczego Patrona- według legend przynosi to nie tyle nieszczęście, co nagłą śmierć w rodzinie osoby, która się na to odważyła.
Zerwałam się, splunęłam przez lewe ramię i tupnęłam trzykrotnie, rzucając:
-Niech nas Anioł ciągle chroni; kiedy dobywamy broni. Dba o wszystkie łowców rody i pilnuje wszelkiej zgody. Daje łowcom wszelkie siły; by po dziś dzień Mu służyły. Amen.- rzuciłam jakby na urok.
Angello patrzył na mnie równie zaskoczony, co Michael.
-Skąd to znasz?- Zdziwił się.
-Podłapałam od ojca- wzruszyłam ramionami.
-Strach się bać; czego jeszcze Christopher cię nauczył..- zauważył z namysłem.
-Zbyt wiele tego nie było; Mika- rzucił od drzwi Cristopher Raven.- Coś czuję, że pijawy popsują nam święto- rzucił podając przewodniczącemu wściekle żółtą kopertę.
Angello zdecydował się ją otworzyć. Rozwinął kartę listu i zaczął czytać.
-Nic nowego- stwierdził powoli; odkładając pismo na zawalony dokumentami blat.
-Jeszcze jeden! Jeszcze jeden!- Dało się słyszeć z okna skandowanie młodych łowców.
-A tam, co się dzieje?- Spytał Angello zaskoczony; wyjrzał na zewnątrz i opadła mu szczęka.- Co, u wszystkich diabłów...?
Michael stanął obok przewodniczącego i w zdumieniu jęknął:
-To jest jakiś kosmos normalnie...
Rzuciliśmy sobie z ojcem szybkie spojrzenie.
-Co takiego się stało..?- Odważył się zapytać granatowooki.
Nagły dźwięk telefonu sprawił, że Angello podskoczył. Powoli wyciągnął z kieszeni komórkę i odebrał; rzucając krótko:
-Słucham...- rozmówca rzucił kilka słów.- O-Oczywiście; już jadę- zająknął się. Rozmowa się urwała; przewodniczący w pośpiechu zabrał kluczyki od auta i kilka rzeczy. Chwilę później wyszliśmy, a Angello popędził na dół. Kilka minut potem Honda zniknęła w lesie.
-Ej, co z tym "kosmosem"?- Spytałam szturchając Michaela.
-Lepiej, żebyś sama to zobaczyła- odparł ciągnąc mnie za sobą.
Michael wyciągnął mnie na dwór; gdzie tłum młodych łowców otaczał całujących się... Hunter i Morgensterna!.
-To są jakieś jaja...- wydyszałam. Stojąc, jak wryta obserwowałam jak mistrz przyklęknął przed Hunter z otwartym  pudełeczkiem w dłoni.
-Dabrio Judith Hunter; herbu Topór; czy wyjdziesz za mnie?- Zapytał uroczyście jednooki.
-Który raz Tyler się jej oświadcza?- Rzucił szeptem Felix Moon do Jima Sworda.
-Ósmy? Sam nie wiem, straciłem rachubę- odszepnął z humorem czarnowłosy z fryzurą na jeża.
-Zakład; że znowu mu odmówi?- Wtrącił szeptem mój ojciec.
-Nie zakładam się z dzieckiem diabła i pająka- Zarechotał Moon szturchając przyjaciela.
-Osz, ty burku nieużyty.!- Cristopher oddał szturchańca. Chwilę potem obaj zamilkli.
-Oświadczasz mi się ósmy raz; Tylerze Hansie Morgenstern; masz tupet- rzuciła Hunter próbując powstrzymać cisnący się na usta uśmiech.
-Mówiłem; że jestem cierpliwy- odparł lekko mistrz.- Zatem, jaka jest twoja odpowiedź; Dabrio?- spytał ciepło.
Gołębiowłosa przyglądała się mężczyźnie przez długą chwilę w milczeniu; ale widać było; że bardzo imponuje jej wytrwałość Morgensterna, na którego patrzyła z ukosa, z mieszanką zaskoczenia i szczęścia w oczach.
-Jesli ci odmówię...- zaczęła z zastanowieniem.
-Będę próbował do skutku- dokończył za nią jednooki; patrząc na kobietę uśmiechnął się lekko.
Hunter rozejrzała się po otaczających ją łowcach. Wyglądała na niezdecydowaną; jakby wahała się między tym, co czuje; a tym, co sobie zaplanowała. Chyba obawiała się tego, że jej poukładane życie nagle wywróci się do góry nogami.
Gołębiowłosa założyła ręce za plecami i odetchnęła głęboko.
-Muszę to wszystko sobie przemyśleć; Tyler- odezwała się przyklęknąwszy przy Mistrzu. Powoli zamknęła maleńkie pudełeczko i położyła mu ręce na ramionach.- Dam ci odpowiedź; gdy będę gotowa..- oboje wstali.
-W porządku..- Mistrz uściskał kobietę; jednak ten "przyjacielski" uścisk bardziej przypominał obejmowanie się zakochanych.
-Możecie się już rozejść; chłopaki- Oznajmiła Hunter uprzejmie.
***
Hunter na całe popołudnie zaszyła się w budynku służącym łowcom za salę ćwiczeń. Chłopcy podejrzeli, że intensywnie ćwiczyła.
Mistrz wyszedł z budynku. Podbiegł do swojego mercedesa. Wsiadłszy do auta, zapalił silnik i szybko odjechał.
-Nie wydaje ci się, że oni zachowują się trochę, jak dzieci?- Spytał Michael
patrząc na będący coraz dalej samochód.
-Rzeczywiście, to niepodobne do mistrza- zgodziłam się powoli, przytulając się do niego.
Trzasnęły wrota prowizorycznej "sali ćwiczeń". Hunter wyszła stamtąd, ocierając twarz zarzuconym na ramiona ręcznikiem, kierowała się w stronę budynku mieszkalnego Stowarzyszenia; jednak przystanęła na moment. Jej zwykle idealnie ułożone w kok włosy obecnie pogrążone były w totalnym nieładzie. Przeczesała palcami nastroszoną grzywkę i odetchnęła głęboko wpatrując się w las.
-Pożyjemy, zobaczymy- mruknęła do swych myśli. Pewnym ruchem pchnęła drzwi i weszła do środka.
-Jest bardzo zamyślona, nie?-
Spytał Michael spoglądając na mnie z ukosa.
-Zaczyna się robić coraz ciekawiej..- odparłam z namysłem.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
W tym roku "Sabat Suriela" świętowaliśmy nieco inaczej niż w poprzednich latach. Angello zorganizował wyżerkę i potańcówkę; a jadalnia zamieniła się w salę balową.
-Dabria jeszcze nie zeszła? - Spytał Angello ojca Michaela.
-Nie widziałem; chyba zamknęła się w tej swojej jaskini- stwierdził Armand Tyler przewracając oczami.- A to, co takiego?- Zdumiał się, patrząc na postać idącą korytarzem piętra w stronę parteru.
Ku schodom szła ubrana w  koszulę w modną czerwono- czarną kratę, wąskie ciemnoniebieskie jeansy- rurki i czarne trampki na stopach, średniego wzrostu kobieta. Długie, błyszczące gołębie włosy opadały kaskadą na jej ramiona. Jej stalowe oczy o chłodnym wyrazie osadzone w twarzy o surowej urodzie omiotły patrzących na nią z rozdziawionymi ustami mężczyzn.
-Ale z niej łania.!- Rzucił szeptem Tyler do Angello.
-Anioł, nie kobieta- odpowiedział z podziwem przewodniczący.
Całkowicie odmieniona Dabria Hunter zapatrzyła się na drzwi; a na jej twarzy wymalowało się głębokie zaskoczenie, jakby nie wierzyła własnym oczom. Wszyscy podążyliśmy za wzrokiem gołębiowłosej...
Cichy trzask drzwi jadalni ani na moment nie odwrócił naszej uwagi od wielkiego bukietu burgundowych róż.
-Dzień dobry. Przesyłka dla pani Dabrii Hunter- odezwał się zza bukietu głos znajomego listonosza.
-D-do m-mnie?- Zdziwiła się Hunter schodząc szybko.
Listonosz wyciągnął notes i otwierajac podsunął go kobiecie.
-Proszę tu podpisać..- rzucił podając długopis. Podał jej kwiaty.- Dziękuję. Miłego dnia życzę.- Dodał znikając za drzwiami.
Hunter zaczęła szukać nadawcy. Po chwili znalazła liścik przyczepiony do bukietu. -"Gdybym miał wybierać pomiędzy kochaniem Ciebie; a oddychaniem, chciałbym wziąć ostatni oddech by powiedzieć, że Cię kocham.."- odczytała cicho; jednocześnie wzrokiem licząc kwiaty, jakby to miało naprowadzić ją na jakiś trop. Chyba i ta koncepcja wzięła w łeb, bo stalowooka wreszcie odpuściła sobie wszelkie rozmyślania na temat nadawcy tej przesyłki. Kiedy wchodziła na górę by wynieść kwiaty zauważyłam jakby ocierała oczy ze wzruszenia.
-Jak myślisz: od kogo są te róże?- Spytałam Michaela.
-Zastanawiam się, czy mogę postawić na Celownika- stwierdził z porozumiewawczym uśmiechem.
-Sama nie jestem pewna; ale to cholernie intrygujące- odparłam zaciekawiona.
***
-Mistrz długo nie wraca- zauważyła jedna z dziewczyn powoli.
Nadal tańczyłam z Michaelem; w tańcu minął nas wujek Luca, rzucając coś do ciotki. Po drugiej stronie toczyły się rozmowy. Mój ojciec patrzył za okno z zamyślonym wyrazem twarzy. Alec położył rękę na ramieniu starszego brata i rzucił coś doń szeptem.
-To jeden z likantropów; hm?- Zapytał nagle wujek Jonathan.
-Tak mi się wydaje..- Ledwo granatowooki odpowiedział ciszę przerwał odległy huk wystrzału.
Igła zsunęła się z płyty gramofonowej. Wszyscy bez żadnych pytań i wątpliwości ruszyli po broń do zbrojowni.
Przygotowani wyszliśmy z podziemi w samą porę by usłyszeć rozmowę wilkołaka z przewodniczącym.
-To nie nasz łowca; Damonie- oznajmił spokojnie Angello.
-W moich wali; cholerny kutas. Pierdolona śrutówa..- z ust Damona wyszedł syk bólu. Kawowooki krwawił z ramienia.- Srebrne naboje, niech go szlag..
-Myślisz o tym samym, co ja?- Spytał Michael; spoglądając na mnie z ukosa.
-Bergmann- rzuciłam krótko.
-Lepiej to opatrzyć; Damon- poradziła Hunter.
-To tylko draśnięcie- odparł likantrop.- Samo się zaleczy; zresztą teraz nie ma czasu...
***
Park za kościołem farnym.
-W swoich nie wal..!- Krzyknął w przestrzeń Middford. Uchylił się zanim rykoszet rozwaliłby mu łeb i zaklął siarczyście.
Przekleństwa sypały się równie gęsto; jak wampiry obracały się w pył.
-Michael!- Zawołałam.
-Jestem tuż za tobą! Pieprzone pijawy- warknął. Zamachnął się mieczem, pozbywając się następnych dwóch.
-Uważaj!- Rzuciłam przeskakując wampira poziomu B, szybko padłam na ziemię słysząc i widząc lot kuli, która przebiła wampira na wylot i wbiła się w pień topoli.
-Kto w nas wali, psia mać?!- Zaklął Michael. W ostatnim momencie odbił cios kolejnego Ochroniarza i kopniakiem zrzucił go z górki.- CALLISTO!- Zasyczał alarmująco.
Odwróciłam się w samą porę by zobaczyć; jak atakujący mnie wampir poziomu C; upada postrzelony w łeb. Ścierwo w zetknięciu z ziemią rozsypało się w piasek.
Bergmann patrząc mi prosto w oczy położył palec na ustach i zniknął za drzewami.
-Który klan ma tu teren; Angello?- Spytał powoli Jim Sword okładając jakiegoś wampira.
-Jesteśmy przed, czy za ruinami katedry?- Angello swobodnie przebijając wampira nożem.
-Przed- dołączył do rozmowy Armand Tyler; odpowiadając na pytanie niebieskookiego.
Zza nich rozległo się wilcze wycie. Shawn będący obok nas podniósł łeb znad rozerwanej na strzępy wampirzycy i szczeknął krótko; ruszając z miejsca.
-To teren Torres'a, przeklęte pijawki.- odpowiedział w końcu przewodniczący.- Ktoś wie, kto do nas strzelał?- Spytał powoli.
-Nie widziałem- oznajmił głos nojego ojca.- Morgenstern??!- Zdumiał się, widząc siedzącego pod drzewem.
-Cześć chłopaki... - rzucił słaby głos mistrza.
Likwidując wampiry pobiegliśmy w tamtą stronę...
|***|
-Mistrzu.. W porządku..?- Zapytałam przyklęknąwszy przy nim.
-Nic mi nie będzie; Młoda- odparł z trudem. Koszula po prawej stronie przesiąkała krwią.
-Tyler..!- Hunter przystanęła blada jak ściana.
-Weź...- Mistrz wyciągnął w jej stronę zakrwawioną dłoń z kluczykami.- Stoi.. Dwieście metrów dalej... Cholera..
-Znajdę. Nie mów nic więcej- odpowiedziała napiętym głosem gołębiowłosa.
Dwie i pół godziny później; budynek Stowarzyszenia.
-Jezu; to tylko mały drobiazg..- jęknął jednooki.
-To nie jest drobiazg; panie Morgenstern- odparł Shawn niosący jedną stronę noszy.
-Porządnie pan oberwał- zawtórował mu James zwracając się przez ramię do Mistrza.
Hunter szła przed nimi szybkim krokiem. Pchnęła drzwi pokoju szpitalnego.
-Holy.!- Rzuciła w przestrzeń.
-Co jest? O, kurwa mać!- Zaklął z sykiem mój kuzyn.- Połóżcie go tutaj; ostrożnie..- założył rękawiczki i zaczął przygotowania.
Wszyscy wyszli. Hunter opuściła pokój nieco opornie.
-Dabrio..?- Spytał Angello.
-Zostanę- Oznajmiła krótko nie patrząc na nas.
Marco wbiegł do jadalni. I podszedł do Angello.
-Potrzebuję trzeciego lekarza, sami nie dajemy rady- rzucił do przewodniczącego podenerwowany.
-Michelle jest lekarzem- odezwał się Damon.
-Apsik! Kto mnie obgaduje?- Spytała z humorem wysoka szmaragdowooka dziewczyna z krótką fryzurą; przyglądając się Marco; jej oczy nieco przygasły; gdy dostrzegła na jego palcu obrączkę. Słuchała wyjaśnień.
-Mam do ciebie mały interes..- zaczął.
Dziewczyna kiwała głową słuchając.
-No, nie ma problemu- Oznajmiła uprzejmie; skinęła głową w stronę Damona i poszła z moim kuzynem.
-Nie wiedziałem, że masz dziewczynę w stadzie- zauważył Michael powoli.
Kawowooki przeciągając się odparł:
-Stara znajomość; jeszcze z Pretorii- odparł.- Glory czasem potrafi porządnie  zaleźć za skórę..- rzucił ze śmiechem.
-Widać; że ją lubisz- Stwierdził Michael ciepło.
-Da się z nią wytrzymać- odparł uśmiechając się wykrętnie Damon.
***
-To wszystko mi się nie podoba- zauważył Michael siadając na łóżku.
-To znaczy?- Spytałam powoli.
-Bergmann. On zachowywał się tak; jakby cię chronił- powiedział dobitnie.
-Jesteś zazdrosny?- Spytałam z ironią.
-Och, przestań.. Proszę cię..- jęknął niecierpliwie.- Po prostu wydaje mi się, że z Bergmannem naprawdę jest coś nie teges...
-Jak ze wszystkimi nauczycielami naszego "renomowanego liceum"- mówiąc to pokazałam w powietrzu cudzysłów.
-Olewasz to- stwierdził z niechęcią.
-Na razie nie krzyżuje to planów Stowarzyszenia, więc nie ma czym się przejmować- zauważyłam spokojnie; wręcz obojętnie.- Z kolei bardziej martwi mnie dziwne zachowanie Paula.
-To rzeczywiście poważna sprawa...- Zauważył. Nagle na biurku rozdzwonił się telefon. Chłopak wygrzebał się z łóżka i podszedłszy do mebla spojrzał na wyświetlacz..
-Vincent?- Zdziwił się. Powoli odebrał; rzucając- Co jest?
Michael Tyler; uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Rodriguez zaczął wyrzucać z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego.
-Rodriguez; spokojnie i powoli, bo nic z tego nie kapuję- powiedziałem z naciskiem.
-Chodzi o Paula... On... Sam posłuchaj...- Chwilowy szum w słuchawce; szybko przełączyłem na głośnik; z którego usłyszałem dziwny język z ust Paula. Callisto podniosła wzrok znad gazety i uważnie wsłuchiwała się w głos chłopaka.
-Gdzie jesteście?- Zapytała.
-U Paula. To mnie cholernie przeraża; Raven- Usłyszałem szept Tori.
-Za kwadrans jesteśmy- Rzuciła Callisto ubierając płaszcz.
Rozmowa się urwała; a ja spytałem:
-Niby jakim cudem mamy tam  dotrzeć w kwadrans??- Zdumiałem się.
-Chyba zapomniałeś; że jestem PI-JA-WĄ- zauważyła z sarkazmem.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz