poniedziałek, 22 stycznia 2018

Hunter: Shadows of Life ~Diary Rozdział I: Ocalona

-Życie jest takie kruche…- odezwał się cicho mój ojciec chrzestny.
Już jakieś pół roku siedziałam mu na głowie; szukając mieszkania- nie chciałam wracać do budynku Zrzeszenia; gdzie większość; albo fałszywie mi współczuła; albo szczerze mną pogardzała.
-Cóż; bywa…- Odparła niechętnie ciotka Sussan.- To przykre; ale życie toczy się dalej.
-Sussan…- burknął mój ojciec chrzestny tonem reprymendy.
-Ty zrzędliwa, stara wiedźmo…- mruknęłam niechętnie w tej samej chwili; by dać upust swojej złości i niechęci; jaką żywiłam wobec tej kobiety.
-Wybacz Luca; takie są fakty- Sussan była naprawdę bezduszną suką.
-Wiem, że nie lubiłaś mojego brata; ale to nie powód; by Cally musiała tego słuchać. Zresztą ja też chcę w spokoju przeżyć żałobę..- powiedział nie odrywając wzroku od książki.
Luca był wysokim, piwnookim brunetem, w wieku trzydziestu czterech lat; najmłodszym z czwórki dzieci czwartego pokolenia rodu łowców; piszącego się nazwiskiem Raven; a w herbie mającego lecącego kruka z kluczem w szponach.
Z charakteru był człowiekiem nieugiętym; chłodnym i rozważnym…
(Taa, rozważny czyn: ożenić się z taką jedzą, nie ma co)… a także z natury spokojnym i nieco sentymentalnym.
Jego żona była kompletnym przeciwieństwem. Nie dość, że podła z niej suka; to jeszcze wrednie szczera. Nie, żeby szczerość mi przeszkadzała; ale na każdym kroku chciała mi udowodnić, że jestem tutaj niczym innym, niż kulą u nogi. Niepotrzebną jak śmieć kolejną mordą do wykarmienia.
Sussan wycofała się spowrotem w stronę kuchni.
-Już wolałabym ten odrapany pokój, niż mieszkanie z tą jedzą…- westchnęłam ciężko do swoich myśli.- Jak ty to możesz znieść..?- ruchem ręki wskazałam korytarz, w którym zniknęła Sussan.
-Kwestia przyzwyczajenia, Cally- oznajmił krótko.
Oszczędny w słowach…
-Nie lubię; kiedy mnie tak nazywasz; wujku…- odparłam niechętnie.
-Przepraszam; Callisto..- uśmiechnął się ledwo zauważalnie; odkładając książkę na stolik.- Mam do ciebie małą prośbę…
-Jaką..?- Spytałam ostrożnie, zawieszając pióro nad zeszytem od matmy.
-Zaopiekujesz się Clarissą i Jasonem…?- Zapytał ciepło.
Jeśli już muszę użerać się z tymi bachorami…
Jeśli w grę wchodzi twister…
Jeśli nie zaczną rzucać we mnie czym popadnie…
Jeśli następnego dnia Sussan nie wyrzuci mnie z domu…
-Chyba wiesz, jak to skończyło ostatnim razem…- zaczęłam pełna niepewności.
Wujek Luca zamyślił się. Długą chwilę panowało między nami milczenie.
-Tak… Już dawno powinni się przyzwyczaić do tego, że…
-Że jestem tym czymś..? Dzięki, naprawdę..- rzuciłam z kwaśnym uśmiechem.
-Callisto!- prychnął, próbując się nie roześmiać. Nagle spoważniał, wpatrując się we mnie- Porozmawiam z nimi i wybiję im z głów te głupie pomysły..
-Nie chcę wyjść na ofiarę losu, wujku- jęknęłam.
-Udowodniłaś już dostatecznie swoją siłę tym, że mimo wszystko się trzymasz… żyjesz- oznajmił z powagą.

No ten, jak już coś powie to; jak gajowy jajami o sosnę!- pomyślałam z ironią.

-Żałuję, że to przeżyłam…- zaczęłam smutno.
-Ani się waż mówić w ten sposób; Callisto- odpowiedział lodowato i groźnie.- Jesteś za młoda, żeby mówić; a co dopiero myśleć o czymś takim.. 
Lubię, kiedy mnie opieprzasz… Wręcz uwielbiam, gdy mówisz na temat; na który nie masz bladego pojęcia..!- stłumiłam w sobie gniew. Nie chciałam ranić jedynej osoby; która mnie kochała i rozumiała…
-Nie chciałam, żeby tak to zabrzmiało; przepraszam…- udałam skruchę.
Nauczyłam się udawać wiele rzeczy przez te pół roku… Sama się zdziwiłam; że uczucia też mogą być wymuszone, bo w moim sercu płonęły tylko: smutek; gniew; ból i pragnienie zemsty na łajdaku, który zgotował mi ten paskudny los.
-Skoro tak mówisz…- podjęłam po chwili rozmowę.
-Jesteś tak bardzo podobna do mojego brata…- powiedział z czułością.
Czułość…?
Czy to nie to samo, co
Litość…?
Czuje się nieźle okopana przez zycie; a jeszcze czeka mnie pilnowanie dwójki nieznośnych bachorów- gwoli ścisłości, moich kuzynów- którzy będą się starali jeszcze bardziej mi dokopać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz