Tori Miles; Królowa Ogólniaka.
-Jak mogłeś mu w ogóle uwierzyć? Jak mogłeś być takim idiotą; Vincent?!- Warknęłam na niego; a on przytulił mnie mocno.
-Już nigdy…- powiedział ze łzami w ciemnych oczach opierając czoło o moje ramię. Nie chciał; żebym widziała, jak płacze. Typowe głupie myślenie faceta: „płaczący facet to nie jest widok dla niej. Ona tego nie zrozumie. Straci szacunek”
-Wasz głupi tok myślenia..- westchnęłam cicho.- Nikomu nie powiedziałabym, że mój narzeczony płacze w moje ramię… Nawet przyjaciółce..
-Z Raven jest coraz gorzej; prawda?- Zapytał ocierając łzy z oczu.
Wtedy usłyszeliśmy wrzask bólu i pragnienia. Oraz głośną rozmowę.
-Cofnij się chłopcze. Felix; zabierz go stąd..- ściany dobrze niosły głosy z dołu. Musiało być gdzieś tutaj tajemne przejście do podziemi. To nie jest nowy budynek- prawdopodobnie ma już swoje lata i odpowiednią historię, wymyśloną po to by inni trzymali się z daleka..
Być może…
-To chyba był..- Zaczął Vincent.
-Krzyk Callisto, tak- potwierdziłam zmartwiona.- Idziemy.- Pobiegłam.
Vincent pociągnął mnie w przeciwną stronę.
-Znam tę budę, jak własną kieszeń- powiedział prowadząc mnie za sobą.
***
Zbiegliśmy po schodach na sam dół. Po obu stronach waskiego korytarza zobaczyłam metalowe drzwi zamykane na klucz. Przed jednymi z nich stał z pochyloną głową Paul.
Krzyk Callisto przybrał na sile- był okropny. Jakiś zezwierzęcony. Przepełniony bólem.
-Paul..- Odezwałam się cicho; kładąc mu dłoń na ramieniu. Drgnął szybko; ale nawet nie zmienił pozy; ani wyrazu twarzy.
-Co oni tam robią?- Zapytałam potrząsając nim.
-Skracają łańcuchy- odparł cicho, wpatrując się tępo w drzwi.
-Jakie łańcuchy; do diabła..?- Warknęłam ostro.
Paul powoli cofnął się od drzwi i spojrzał na mnie ponuro.
-Musieli ją skuć.. Ona próbuje rzucić się na każdego, kto tam wejdzie..- powiedział smutno.
-Więc to już koniec… Jest zwykłym wrakiem; wampirem poziomu D..- Vincent uderzył pięścią w ścianę z wściekłą miną.- Niech to…- Zaklął.
Zza drzwi, przy których stoimy wydobywa się szept:
-Zabijcie mnie…- Ochrypły głos Callisto.- I tak długo już nie pociągnę.. To koniec; Mistrzu.. Proszę..
-Zamknij się; Raven- warknął nieznany mi męski głos.- Wyjdziesz z tego. Za dużo przeszłaś, żeby się teraz poddawać- Naraz zaklął, rozległo się szuranie i dzwonienie łańcuchów.- Dobra; lewy gotowy.. Trudno cię utrzymać; Raven- powiedział z ciepłym śmiechem.- Masz wiele znaczących osób przy sobie; nie spieprz tego- Spoważniał nagle; zbliżając się do drzwi, rzucił.- Pomyśl o nim; gdy będzie ci gorzej..
W porę odsunęłam Paula od drzwi; które mężczyzna otworzył.
-Co wy tu robicie?- Zdziwił się; przyglądając mi się z zaciekawieniem.- Vincent; kopę czasu; chłopie- przepchnął go przyjaźnie.
-Dzień dobry; panie Moon- rzucił mój narzeczony uprzejmie.
-Nie bądź taki oficjalny- uśmiechnął się facet. Przeciągnął się z lubością aż stawy zatrzeszczały. Miał koło czterdziestki; był nawet przystojny. Jasny blondyn z ciemnobłękitnymi oczami; wysoki.
-W porządku; Felix- rzucił Vincent.
Nad naszymi głowami rozległ się tupot wielu par nóg; połączony z rozmowami.
-Chłopaki chyba przegonili Radę..- Zauważył. Vincent nagle zerwał się z miejsca i pobiegł na górę.- Co mu się stało?- Zapytał nagle zaskoczony.
-Jak mogłeś mu w ogóle uwierzyć? Jak mogłeś być takim idiotą; Vincent?!- Warknęłam na niego; a on przytulił mnie mocno.
-Już nigdy…- powiedział ze łzami w ciemnych oczach opierając czoło o moje ramię. Nie chciał; żebym widziała, jak płacze. Typowe głupie myślenie faceta: „płaczący facet to nie jest widok dla niej. Ona tego nie zrozumie. Straci szacunek”
-Wasz głupi tok myślenia..- westchnęłam cicho.- Nikomu nie powiedziałabym, że mój narzeczony płacze w moje ramię… Nawet przyjaciółce..
-Z Raven jest coraz gorzej; prawda?- Zapytał ocierając łzy z oczu.
Wtedy usłyszeliśmy wrzask bólu i pragnienia. Oraz głośną rozmowę.
-Cofnij się chłopcze. Felix; zabierz go stąd..- ściany dobrze niosły głosy z dołu. Musiało być gdzieś tutaj tajemne przejście do podziemi. To nie jest nowy budynek- prawdopodobnie ma już swoje lata i odpowiednią historię, wymyśloną po to by inni trzymali się z daleka..
Być może…
-To chyba był..- Zaczął Vincent.
-Krzyk Callisto, tak- potwierdziłam zmartwiona.- Idziemy.- Pobiegłam.
Vincent pociągnął mnie w przeciwną stronę.
-Znam tę budę, jak własną kieszeń- powiedział prowadząc mnie za sobą.
***
Zbiegliśmy po schodach na sam dół. Po obu stronach waskiego korytarza zobaczyłam metalowe drzwi zamykane na klucz. Przed jednymi z nich stał z pochyloną głową Paul.
Krzyk Callisto przybrał na sile- był okropny. Jakiś zezwierzęcony. Przepełniony bólem.
-Paul..- Odezwałam się cicho; kładąc mu dłoń na ramieniu. Drgnął szybko; ale nawet nie zmienił pozy; ani wyrazu twarzy.
-Co oni tam robią?- Zapytałam potrząsając nim.
-Skracają łańcuchy- odparł cicho, wpatrując się tępo w drzwi.
-Jakie łańcuchy; do diabła..?- Warknęłam ostro.
Paul powoli cofnął się od drzwi i spojrzał na mnie ponuro.
-Musieli ją skuć.. Ona próbuje rzucić się na każdego, kto tam wejdzie..- powiedział smutno.
-Więc to już koniec… Jest zwykłym wrakiem; wampirem poziomu D..- Vincent uderzył pięścią w ścianę z wściekłą miną.- Niech to…- Zaklął.
Zza drzwi, przy których stoimy wydobywa się szept:
-Zabijcie mnie…- Ochrypły głos Callisto.- I tak długo już nie pociągnę.. To koniec; Mistrzu.. Proszę..
-Zamknij się; Raven- warknął nieznany mi męski głos.- Wyjdziesz z tego. Za dużo przeszłaś, żeby się teraz poddawać- Naraz zaklął, rozległo się szuranie i dzwonienie łańcuchów.- Dobra; lewy gotowy.. Trudno cię utrzymać; Raven- powiedział z ciepłym śmiechem.- Masz wiele znaczących osób przy sobie; nie spieprz tego- Spoważniał nagle; zbliżając się do drzwi, rzucił.- Pomyśl o nim; gdy będzie ci gorzej..
W porę odsunęłam Paula od drzwi; które mężczyzna otworzył.
-Co wy tu robicie?- Zdziwił się; przyglądając mi się z zaciekawieniem.- Vincent; kopę czasu; chłopie- przepchnął go przyjaźnie.
-Dzień dobry; panie Moon- rzucił mój narzeczony uprzejmie.
-Nie bądź taki oficjalny- uśmiechnął się facet. Przeciągnął się z lubością aż stawy zatrzeszczały. Miał koło czterdziestki; był nawet przystojny. Jasny blondyn z ciemnobłękitnymi oczami; wysoki.
-W porządku; Felix- rzucił Vincent.
Nad naszymi głowami rozległ się tupot wielu par nóg; połączony z rozmowami.
-Chłopaki chyba przegonili Radę..- Zauważył. Vincent nagle zerwał się z miejsca i pobiegł na górę.- Co mu się stało?- Zapytał nagle zaskoczony.
Michael Tyler; uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów…
W drodze do podziemi Stowarzyszenia minąłem się z Rodriguezem; który pędził na górę, jakby się za nim paliło.
Chwilę patrzyłem za nim; a potem pokonałem resztę stopni i wszedłem w korytarz.
-Dzień dobry; panie Moon- rzuciłem do blondyna.- Cześć: Paul; Tori.
-Cześć- rzuciła. Paul przywitał mnie skinieniem głowy.
-Jak z nią?- Zapytałem.
-Trochę się uspokoiła; ale nadal kiepsko..- odparł Moon zmartwiony.- Musieliśmy skrócić trochę kajdanki; bo zaczęła wariować. A jak na górze?- Spytał.
-Wyszli prawie bez szwanku; chociaż paru położyliśmy. Kilku chłopaków jest rannych, ale to lekkie obrażenia; więc…- zdałem relację.- Wie pan… Bardzo lubię Czystokrwistych; a już w szczególności, gdy są martwi. Szkoda, że nie udało mi się załatwić Corvina..- Westchnąłem ciężko.
Moon zamrugał zdziwiony.
-Ty chyba nie walczyłeś z… Walczyłeś z Vincenzo Corvinem..??
-Tak; z tym samym; Przewodniczącym Rady Wampirów. Odciąłem mu nawet palec- wzruszyłem ramionami wsuwając miecz w pochwę pod marynarką mundurka.- Było trochę niebezpiecznie; ale jakoś dałem radę- uśmiechnąłem się.
-Jesteś kompletnym szaleńcem; jak twój ojciec.. Jak wszyscy z Rodu Płomienia..- Pokręcił głową z niedowierzaniem; przyglądając mi się.
-Dziękuję za komplement- Rzuciłem uprzejmie; widząc że Tori chce się odezwać.
-Cóż… Spadam dowiedzieć się wszystkiego z detalami. Na razie; młodzi- rzucił odchodząc.
Callisto nadal jest w złym stanie.. Nadal walczy, czy już się poddała..? Co będzie dalej…? Pchnąłem drzwi i wszedłem do środka.
Callisto bardzo powoli uniosła głowę i spojrzała na mnie zamglonym wzrokiem.
Rzuciła się w moją stronę; warcząc i szczerząc wystające kły. Łańcuchy napięły się i pociągnęły ją w tył tak mocno; że uderzyła z głuchym odgłosem o ścianę; do której była przykuta. Zaczęła ciężko oddychać.
-Nawet nafaszerowana prochami wariuje…- Powiedział smutno Mistrz.
Powoli podszedłem do Callisto. Objąłem ją mocno; szepcząc:
-Jestem przy tobie.. Przejdziemy przez to..- powiedziałem pocieszająco. Sam chciałem w to wierzyć.
-Nie ma żadnych „nas”; Michael..- wyszeptała z trudem.- Ja już… Powinnam być martwa… Jestem tylko bestią..- Potrząsnąłem nią; jak szmacianą lalką, prosząc by na mnie spojrzała. Siedziała z pochyloną głową; wbijając wzrok w podłogę.
Powolutku uniosła lewą dłoń- tę z sygnetem- i oparła ją na mojej piersi.- Nie wytrzymam już długo… Przepraszam..- szepnęła z wyraźnym trudem znosząc zapach mojej krwi. Pchnęła mnie lekko.- Odsuń się.. Nie chcę znowu… Odsuń się; proszę cię…- powiedziała z żalem.
-Nigdzie nie pójdę. Nie zostawię cię i przestań chrzanić!- Warknąłem z bezsilną złością.- Skoro chcesz teraz tak skończyć… Zabierz mnie ze sobą- dokończyłem cicho; rozpaczliwie.
Zamarła w bezruchu na długą chwilę i powoli spojrzała na mnie zaskoczona.
-Ty masz jeszcze ojca…- odezwała się słabym głosem.- A ja… Ja…- wyraźnie nie wiedziała; co powiedzieć; jak wzbudzić we mnie jakieś poczucie winy, czy wyrzuty sumienia.
-Jeśli masz gadać głupoty, to lepiej nic już nie mów..- odpowiedziałem cicho; smutno.
-Odejdź… Zostaw mnie… Nie chcę..- Zaczęła mnie popychać. Wyglądała jak małe dziecko, chcące przepchnąć ciężką skrzynię w inne miejsce. Była bardzo słaba, wykończona; ale nadal uparta.
Nie odsunąłem się ani o milimetr. Jeśli moja krew może choć trochę jej pomóc; oddam jej tyle, ile potrzebuje. Jeśli tylko tyle mogę dla niej zrobić…
Jeśli mogę tylko być przy niej, zanim kompletnie straci nad sobą kontrolę… Zanim zatraci swoje człowieczeństwo; o które tak ciężko walczyła od ponad roku…
Czułem; jakbym umierał razem z nią…
Powoli rozluźniłem węzeł krawata i zacząłem rozpinać górne guziki koszuli, a gdy zaczęła protestować, pocałowałem ją delikatnie w usta, mówiąc:
-Przymknij się..- szepnąłem z miłością.
-Nie chcę… To boli..- szeptała patrząc rozszerzonymi z przerażenia i rozchylonymi z pragnienia ustami.- Czemu to robisz…? Czemu??
Znów zamknąłem jej usta pocałunkiem, zrzucając marynarkę. Zębami odpiąłem prawy guzik przy mankiecie koszuli (lewy zawsze zostawał odpięty przez pochwę z mieczem); jednocześnie opuszczając lekko ubranie i odsłaniając ramiona.
Rzuciłem spojrzenie na Morgensterna- przysnął oparty o ścianę po lewej stronie; lub udawał; że śpi.
-Weź choć trochę..- zacząłem.
-Przestań..- Jęknęła z bólu.
-Nie wyjdę stąd, póki nie napijesz się mojej krwi- odparłem z naciskiem.
-Nie chcę…- próbowała się cofnąć, ale przycisnąłem ją do tej ściany i spojrzałem jej w oczy z determinacją.- Puść… Puszczaj mnie…
-Nie pozwolę ci odejść. Nie tak… Nie w ten sposób..- odparłem chłodno.- Nie beze mnie..
Dostałem od niej w twarz. Mimo bólu; potrafiła jeszcze na tyle nad sobą panować; by dać mi w pysk.
-Wynoś się… Proszę; idź stąd.. Odejdź i zapomnij- Wyszeptała z żalem, opuszczając rękę.
-On cię nie zdradzi; tak jak ja kiedyś…- odezwał się głos, zwróciłem oczy w tamtą stronę.
Lucian siedział pod prawą ścianą w wyluzowanej pozie; trzymając w ustach zapalonego papierosa.- Nie możesz odejść, nie zwalniając mnie ze służby.. Po pierwsze nie wiesz: jak to zrobić, a po drugie: ja sam nie pozwolę ci tak szybko umrzeć; Panienko…- uśmiechnął się drapieżnie.
W drodze do podziemi Stowarzyszenia minąłem się z Rodriguezem; który pędził na górę, jakby się za nim paliło.
Chwilę patrzyłem za nim; a potem pokonałem resztę stopni i wszedłem w korytarz.
-Dzień dobry; panie Moon- rzuciłem do blondyna.- Cześć: Paul; Tori.
-Cześć- rzuciła. Paul przywitał mnie skinieniem głowy.
-Jak z nią?- Zapytałem.
-Trochę się uspokoiła; ale nadal kiepsko..- odparł Moon zmartwiony.- Musieliśmy skrócić trochę kajdanki; bo zaczęła wariować. A jak na górze?- Spytał.
-Wyszli prawie bez szwanku; chociaż paru położyliśmy. Kilku chłopaków jest rannych, ale to lekkie obrażenia; więc…- zdałem relację.- Wie pan… Bardzo lubię Czystokrwistych; a już w szczególności, gdy są martwi. Szkoda, że nie udało mi się załatwić Corvina..- Westchnąłem ciężko.
Moon zamrugał zdziwiony.
-Ty chyba nie walczyłeś z… Walczyłeś z Vincenzo Corvinem..??
-Tak; z tym samym; Przewodniczącym Rady Wampirów. Odciąłem mu nawet palec- wzruszyłem ramionami wsuwając miecz w pochwę pod marynarką mundurka.- Było trochę niebezpiecznie; ale jakoś dałem radę- uśmiechnąłem się.
-Jesteś kompletnym szaleńcem; jak twój ojciec.. Jak wszyscy z Rodu Płomienia..- Pokręcił głową z niedowierzaniem; przyglądając mi się.
-Dziękuję za komplement- Rzuciłem uprzejmie; widząc że Tori chce się odezwać.
-Cóż… Spadam dowiedzieć się wszystkiego z detalami. Na razie; młodzi- rzucił odchodząc.
Callisto nadal jest w złym stanie.. Nadal walczy, czy już się poddała..? Co będzie dalej…? Pchnąłem drzwi i wszedłem do środka.
Callisto bardzo powoli uniosła głowę i spojrzała na mnie zamglonym wzrokiem.
Rzuciła się w moją stronę; warcząc i szczerząc wystające kły. Łańcuchy napięły się i pociągnęły ją w tył tak mocno; że uderzyła z głuchym odgłosem o ścianę; do której była przykuta. Zaczęła ciężko oddychać.
-Nawet nafaszerowana prochami wariuje…- Powiedział smutno Mistrz.
Powoli podszedłem do Callisto. Objąłem ją mocno; szepcząc:
-Jestem przy tobie.. Przejdziemy przez to..- powiedziałem pocieszająco. Sam chciałem w to wierzyć.
-Nie ma żadnych „nas”; Michael..- wyszeptała z trudem.- Ja już… Powinnam być martwa… Jestem tylko bestią..- Potrząsnąłem nią; jak szmacianą lalką, prosząc by na mnie spojrzała. Siedziała z pochyloną głową; wbijając wzrok w podłogę.
Powolutku uniosła lewą dłoń- tę z sygnetem- i oparła ją na mojej piersi.- Nie wytrzymam już długo… Przepraszam..- szepnęła z wyraźnym trudem znosząc zapach mojej krwi. Pchnęła mnie lekko.- Odsuń się.. Nie chcę znowu… Odsuń się; proszę cię…- powiedziała z żalem.
-Nigdzie nie pójdę. Nie zostawię cię i przestań chrzanić!- Warknąłem z bezsilną złością.- Skoro chcesz teraz tak skończyć… Zabierz mnie ze sobą- dokończyłem cicho; rozpaczliwie.
Zamarła w bezruchu na długą chwilę i powoli spojrzała na mnie zaskoczona.
-Ty masz jeszcze ojca…- odezwała się słabym głosem.- A ja… Ja…- wyraźnie nie wiedziała; co powiedzieć; jak wzbudzić we mnie jakieś poczucie winy, czy wyrzuty sumienia.
-Jeśli masz gadać głupoty, to lepiej nic już nie mów..- odpowiedziałem cicho; smutno.
-Odejdź… Zostaw mnie… Nie chcę..- Zaczęła mnie popychać. Wyglądała jak małe dziecko, chcące przepchnąć ciężką skrzynię w inne miejsce. Była bardzo słaba, wykończona; ale nadal uparta.
Nie odsunąłem się ani o milimetr. Jeśli moja krew może choć trochę jej pomóc; oddam jej tyle, ile potrzebuje. Jeśli tylko tyle mogę dla niej zrobić…
Jeśli mogę tylko być przy niej, zanim kompletnie straci nad sobą kontrolę… Zanim zatraci swoje człowieczeństwo; o które tak ciężko walczyła od ponad roku…
Czułem; jakbym umierał razem z nią…
Powoli rozluźniłem węzeł krawata i zacząłem rozpinać górne guziki koszuli, a gdy zaczęła protestować, pocałowałem ją delikatnie w usta, mówiąc:
-Przymknij się..- szepnąłem z miłością.
-Nie chcę… To boli..- szeptała patrząc rozszerzonymi z przerażenia i rozchylonymi z pragnienia ustami.- Czemu to robisz…? Czemu??
Znów zamknąłem jej usta pocałunkiem, zrzucając marynarkę. Zębami odpiąłem prawy guzik przy mankiecie koszuli (lewy zawsze zostawał odpięty przez pochwę z mieczem); jednocześnie opuszczając lekko ubranie i odsłaniając ramiona.
Rzuciłem spojrzenie na Morgensterna- przysnął oparty o ścianę po lewej stronie; lub udawał; że śpi.
-Weź choć trochę..- zacząłem.
-Przestań..- Jęknęła z bólu.
-Nie wyjdę stąd, póki nie napijesz się mojej krwi- odparłem z naciskiem.
-Nie chcę…- próbowała się cofnąć, ale przycisnąłem ją do tej ściany i spojrzałem jej w oczy z determinacją.- Puść… Puszczaj mnie…
-Nie pozwolę ci odejść. Nie tak… Nie w ten sposób..- odparłem chłodno.- Nie beze mnie..
Dostałem od niej w twarz. Mimo bólu; potrafiła jeszcze na tyle nad sobą panować; by dać mi w pysk.
-Wynoś się… Proszę; idź stąd.. Odejdź i zapomnij- Wyszeptała z żalem, opuszczając rękę.
-On cię nie zdradzi; tak jak ja kiedyś…- odezwał się głos, zwróciłem oczy w tamtą stronę.
Lucian siedział pod prawą ścianą w wyluzowanej pozie; trzymając w ustach zapalonego papierosa.- Nie możesz odejść, nie zwalniając mnie ze służby.. Po pierwsze nie wiesz: jak to zrobić, a po drugie: ja sam nie pozwolę ci tak szybko umrzeć; Panienko…- uśmiechnął się drapieżnie.
***
Tori Miles; Królowa Ogólniaka.
-Królowa na szachownicy nie może odejść w połowie rozgrywki- mówię w zamyśleniu; obserwując grę Vincenta i ojca Michaela.
-Co…?- Pyta Paul ze zdziwieniem; przyglądajac mi się uważnie.
-Nic… Myślę tylko, co jest w tym mieście nie teges…- zauważyłam.
-Słupy wyrastające na środku drogi i w ogóle te… Dziwne zaginięcia i.. Po prostu to wszystko jest ogólnie „nie teges”..- westchnął z irytacją.- Zwłaszcza nie podoba mi się ten Gabriel i… Ona…- powiedział ściszając nagle głos.
-Czemu ci się nie podobam? Czyż nie jestem ładna..?- Zapytał tuż za nim głos płomiennowłosej kobiety; nazywanej przez Michaela, Jane.
Kilku łowców zarechotało zgodnie; inni z trudem utrzymywali spokojny wyraz twarzy.
-Nie do końca chodziło mi o twój wygląd- odciął się Paul uprzejmie.- Po prostu nic o tobie nie wiem- Zwrócił się do niej ze wzruszeniem ramion.
-Ważne, że mój panicz mi ufa- odparła wyniośle.
Paul spojrzał na mnie wymownie wzrokiem typu: Już jej nie lubię..
-Jesteś tym samym dla Michaela; czym Gabriel dla Callisto?- Spytałam uprzejmie przeczesując dłonią włosy.- On też nazywa ją „panienką”.
-Oczywiście, blisko się znamy z Gabrielem Mikaelis- odparła z uśmiechem.
-Jak blisko?- Spytałam z ironią.
-Jesteśmy tylko dobrymi przyjaciółmi.. Czy każdy z was myśli tylko o jednym?- Zapytała nieco zdegustowana.
-Tori nie to miała na myśli; „aniele” Rodu Płomień- oznajmił Vincent znad szachownicy.- Po prostu jest bardzo ciekawska..- uśmiechnął się w moją stronę złośliwie; a ja rzuciłam w niego papierową kulką. Zręcznie złapał pocisk i odrzucił go w stronę Paula; który pochwycił papierek o milimetry przed swoją twarzą, nawet nie skupiając wzroku na przedmiocie.
-Nieźle- rzucił z podziwem niewysoki czarnowłosy trzydziestokilkulatek z fryzurą na jeża; obserwując Paula znad otwartego w jednej trzeciej grubego tomu. „Podstawowa broń w walce z wampirami: metody ataku. Tom II”- głosił tytuł na grzbiecie książki. Powoli przerzucił wzrok na stojący na jednej z półek zegar.
-Dzięki- rzuca Paul pogrążając się w lekturze scenariusza przedstawienia na Dzień Założycieli miasta.
Michael Tyler; uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów…
-Nie mogę..- wyszeptała znów próbując mnie odepchnąć.
-Nie chcesz- oznajmiłem krótko.- Nie walcz z tym. Potrzebujesz mojej krwi..
-Nie. Potrzebuję…- Callisto przerwała nagle; jakby coś zbiło ją z tropu. Odetchnęła głęboko.- Potrzebuję tylko ciebie; Michael..- wyznała w końcu smutno.
-Więc czemu znowu to robisz? Czemu mi odmawiasz?- Zapytałem smutno; wpatrując się w nią.
-Bo to grzech… To cię niszczy; a ja… Ja tego nie chcę.. Nie chcę już nikogo stracić.!- Wściekła się bijąc mnie pięściami.- Nie chcę; rozumiesz?!.
Przytuliłem ją mocno, nie pozwalając jej się ode mnie odsunąć.
-Nie stracisz mnie, bo teraz…- zawahałem się. Bałem się, że ją zranię.
-Bo teraz; co? Wyduś to z siebie.. Powiedz; jaka jestem żałosną i bezdennie głupią idiotką, która rani wszystkich wokół! No dalej..- Przez te kilka dni zdążyłem się przyzwyczaić do jej napadów agresji. Dwa dni temu wyzwała mnie od najgorszych i cisnęła we mnie jakimś kamykiem, ale miałem do niej cierpliwość.
„Miłość cierpliwa jest…
Łaskawa jest..”- Kto by tego nie znał…
-Teraz to ja tracę ciebie; Callisto. Tracę cię chyba od samego początku, bo ciągle się ode mnie odsuwasz…- nie chciałem jej tego mówić, ale słowa popłynęły same.
Callisto zamilkła. Oparła się ciężko o ścianę i spojrzała na mnie ponuro.
-Jestem beznadziejna, co?- Spytała uśmiechając się krzywo.- Nawet to, że jestem tą bestią nie robi na tobie żadnego wrażenia.. Nawet to; że gryzłam cię tylko po to, żeby się napić było dla ciebie przyjemne..
-Było przyjemne, bo cię kocham- odparłem, z trudem panując nad gniewem.- Było najprzyjemniejszą rzeczą na tym całym popieprzonym świecie; bo gryzła mnie taka jedna: Callisto Raven!- Wstałem i ruszyłem do drzwi ubierając się, ale nagle odwróciłem się patrząc jej prosto w oczy.- I wiesz, co? Jestem z tego dumny; a ty możesz zostać tutaj i zdychać z pragnienia, skoro nie jestem dla ciebie wystarczająco dobrą partią!- Powiedziałem wściekły; raniąc ją, choć wiedziałem, że kiedy stąd wyjdę będę załował własnych słów.
A potem po prostu wyszedłem.
Tori Miles; Królowa Ogólniaka.
-Królowa na szachownicy nie może odejść w połowie rozgrywki- mówię w zamyśleniu; obserwując grę Vincenta i ojca Michaela.
-Co…?- Pyta Paul ze zdziwieniem; przyglądajac mi się uważnie.
-Nic… Myślę tylko, co jest w tym mieście nie teges…- zauważyłam.
-Słupy wyrastające na środku drogi i w ogóle te… Dziwne zaginięcia i.. Po prostu to wszystko jest ogólnie „nie teges”..- westchnął z irytacją.- Zwłaszcza nie podoba mi się ten Gabriel i… Ona…- powiedział ściszając nagle głos.
-Czemu ci się nie podobam? Czyż nie jestem ładna..?- Zapytał tuż za nim głos płomiennowłosej kobiety; nazywanej przez Michaela, Jane.
Kilku łowców zarechotało zgodnie; inni z trudem utrzymywali spokojny wyraz twarzy.
-Nie do końca chodziło mi o twój wygląd- odciął się Paul uprzejmie.- Po prostu nic o tobie nie wiem- Zwrócił się do niej ze wzruszeniem ramion.
-Ważne, że mój panicz mi ufa- odparła wyniośle.
Paul spojrzał na mnie wymownie wzrokiem typu: Już jej nie lubię..
-Jesteś tym samym dla Michaela; czym Gabriel dla Callisto?- Spytałam uprzejmie przeczesując dłonią włosy.- On też nazywa ją „panienką”.
-Oczywiście, blisko się znamy z Gabrielem Mikaelis- odparła z uśmiechem.
-Jak blisko?- Spytałam z ironią.
-Jesteśmy tylko dobrymi przyjaciółmi.. Czy każdy z was myśli tylko o jednym?- Zapytała nieco zdegustowana.
-Tori nie to miała na myśli; „aniele” Rodu Płomień- oznajmił Vincent znad szachownicy.- Po prostu jest bardzo ciekawska..- uśmiechnął się w moją stronę złośliwie; a ja rzuciłam w niego papierową kulką. Zręcznie złapał pocisk i odrzucił go w stronę Paula; który pochwycił papierek o milimetry przed swoją twarzą, nawet nie skupiając wzroku na przedmiocie.
-Nieźle- rzucił z podziwem niewysoki czarnowłosy trzydziestokilkulatek z fryzurą na jeża; obserwując Paula znad otwartego w jednej trzeciej grubego tomu. „Podstawowa broń w walce z wampirami: metody ataku. Tom II”- głosił tytuł na grzbiecie książki. Powoli przerzucił wzrok na stojący na jednej z półek zegar.
-Dzięki- rzuca Paul pogrążając się w lekturze scenariusza przedstawienia na Dzień Założycieli miasta.
Michael Tyler; uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów…
-Nie mogę..- wyszeptała znów próbując mnie odepchnąć.
-Nie chcesz- oznajmiłem krótko.- Nie walcz z tym. Potrzebujesz mojej krwi..
-Nie. Potrzebuję…- Callisto przerwała nagle; jakby coś zbiło ją z tropu. Odetchnęła głęboko.- Potrzebuję tylko ciebie; Michael..- wyznała w końcu smutno.
-Więc czemu znowu to robisz? Czemu mi odmawiasz?- Zapytałem smutno; wpatrując się w nią.
-Bo to grzech… To cię niszczy; a ja… Ja tego nie chcę.. Nie chcę już nikogo stracić.!- Wściekła się bijąc mnie pięściami.- Nie chcę; rozumiesz?!.
Przytuliłem ją mocno, nie pozwalając jej się ode mnie odsunąć.
-Nie stracisz mnie, bo teraz…- zawahałem się. Bałem się, że ją zranię.
-Bo teraz; co? Wyduś to z siebie.. Powiedz; jaka jestem żałosną i bezdennie głupią idiotką, która rani wszystkich wokół! No dalej..- Przez te kilka dni zdążyłem się przyzwyczaić do jej napadów agresji. Dwa dni temu wyzwała mnie od najgorszych i cisnęła we mnie jakimś kamykiem, ale miałem do niej cierpliwość.
„Miłość cierpliwa jest…
Łaskawa jest..”- Kto by tego nie znał…
-Teraz to ja tracę ciebie; Callisto. Tracę cię chyba od samego początku, bo ciągle się ode mnie odsuwasz…- nie chciałem jej tego mówić, ale słowa popłynęły same.
Callisto zamilkła. Oparła się ciężko o ścianę i spojrzała na mnie ponuro.
-Jestem beznadziejna, co?- Spytała uśmiechając się krzywo.- Nawet to, że jestem tą bestią nie robi na tobie żadnego wrażenia.. Nawet to; że gryzłam cię tylko po to, żeby się napić było dla ciebie przyjemne..
-Było przyjemne, bo cię kocham- odparłem, z trudem panując nad gniewem.- Było najprzyjemniejszą rzeczą na tym całym popieprzonym świecie; bo gryzła mnie taka jedna: Callisto Raven!- Wstałem i ruszyłem do drzwi ubierając się, ale nagle odwróciłem się patrząc jej prosto w oczy.- I wiesz, co? Jestem z tego dumny; a ty możesz zostać tutaj i zdychać z pragnienia, skoro nie jestem dla ciebie wystarczająco dobrą partią!- Powiedziałem wściekły; raniąc ją, choć wiedziałem, że kiedy stąd wyjdę będę załował własnych słów.
A potem po prostu wyszedłem.
„Nie unosi się gniewem…”
-Kurwa mać!- Warknąłem z rozdrażnieniem zapodając mocnego kopa w jakąś blachę. Musiałem odreagować to wszystko siłowo. Ruszyłem na górę i wyszedłem na zewnątrz.
Potrzebowałem obić mordę pierwszemu, lepszemu wampirowi…
***
Godzinę później..
-Angello jest u siebie?- Rzuciłem do przechodzącego obok Jasona Moon.
-Raczej tak, czemu pytasz? Co ci jest; Tyler?- Zapytał nagle z niepokojem.
-Taka jedna Raven porządnie mnie podeptała: to mi jest!- Odparowałem ostro, mijając go.- Muszę się na czymś wyżyć, a raczej wątpię, żebyś w ramach „czynu chwały” chciał zostać moim workiem treningowym- prychnąłem idąc dalej.
-Rany… Co cię ugryzło, człowieku…?- Mruknął zdziwiony znikając za załomem korytarza.
-Właśnie nic mnie nie ugryzło i z tego powodu jestem taki wnerwiony…- mruknąłem do siebie ponuro.
Potrzebowałem obić mordę pierwszemu, lepszemu wampirowi…
***
Godzinę później..
-Angello jest u siebie?- Rzuciłem do przechodzącego obok Jasona Moon.
-Raczej tak, czemu pytasz? Co ci jest; Tyler?- Zapytał nagle z niepokojem.
-Taka jedna Raven porządnie mnie podeptała: to mi jest!- Odparowałem ostro, mijając go.- Muszę się na czymś wyżyć, a raczej wątpię, żebyś w ramach „czynu chwały” chciał zostać moim workiem treningowym- prychnąłem idąc dalej.
-Rany… Co cię ugryzło, człowieku…?- Mruknął zdziwiony znikając za załomem korytarza.
-Właśnie nic mnie nie ugryzło i z tego powodu jestem taki wnerwiony…- mruknąłem do siebie ponuro.
-Boże, czego znowu; Moon?- Jęknął Angello z irytacją. Wszedłem do środka uznając to za zaproszenie.- Chryste Panie; czy wy, młodzi nie macie dosyć innych rzeczy do roboty..?- Zaczął narzekać widząc mnie.
-Nie ma pan jakiegoś ciekawego zajęcia na odstresowanie się?- Spytałem uprzejmie; lecz rzeczowo.
Przewodniczący uniósł oczy znad jakichś dokumentów i prześwidrował mnie wzrokiem.
-Co konkretnie masz na myśli?- Zaczął podejrzliwym tonem.
-Hm. Interesowałoby mnie sprzątanie wampirów; najlepiej od zaraz- rzuciłem z ironią.
Naszą rozmowę przerwało kolejne pukanie.
-Wejdźcie kolejne diablątka, śmiało.! Dobijcie starego przewodniczącego.!- zaprosił burkliwie Angello.
-Ależ, z miłą chęcią- Rzucił z ironią cichy głos wysokiego młodzieńca.- Witaj, mój zrzędliwy starszy braciszku- rzucił ze śmiechem, na widok zaskoczonej miny Angello.
-Co ty tu robisz; Tyrone?- Zdumiał się.
Mężczyzna położył kartonowe pudło na biurku.
-Wielka Inkwizycja przysłała kolejny stos zleceń i pomyliła adresy- Rzucił; gdy objęli się po bratersku.- Widzę, że tu też się trochę pozmieniało- spojrzał na mnie z zaciekawieniem.- Młodszy syn Armanda; jak sądzę- zwrócił się do mnie.
-Skąd pan zna mojego ojca?- Spytałem zdziwiony.
-Chodziliśmy razem do szkoły chłopcze- wyjaśnił.- Zresztą wygladasz tak samo, jak on za dawnych czasów.
-Czyli urządzaliście razem bójki; zawody w strzelaniu z procy do psów; popalaliście wspólnie papierosy i eksperymentowaliście z alkoholem, to tak z grubsza..- Zauważył złośliwie przewodniczący.
-Byliśmy tylko dzieciakami; a ty stale mi to wypominasz, ej- jęknął Tyrone Angello.
-I nic się od tego czasu nie zmieniłeś; smarkaczu- rzucił pieszczotliwym tonem i z uśmiechem przewodniczący.
-Widzisz; młody. Chciałeś, to masz- zwrócił się do mnie.- No to loteria: wybieraj kopertę- wyciągnął ku mnie wachlarz kopert. Z wahaniem wyciągnąłem jedną i otworzyłem ją. Powoli wyciągnąłem zlecenie.
-O w mordę…- rzuciłem ze zdziwieniem, ale i uciechą.
Zdjęcie na arkuszu zlecenia przedstawiało…
Vincenzo Corvina.
-Nie mogę przyjąć tego zlecenia…- mój zapał nagle przygasł.- Nie przeszedłem jeszcze egzaminu i..
-Łowca bez egzaminu odciął Czystokrwistemu palec? Niemożliwe.- Powiedział w oszołomieniu Tyrone.
-Ale prawdziwe, połowa łowców mi o tym doniosła. Plotkarze..- odpowiedział przewodniczący spokojnie.- W tym Sword, który wszystko widział na własne oczy. Wylosowałeś, to bierz, Michael.. Zwrotów nie przyjmujemy- Rzucił wymownie.
-Dziękuję; panie Angello- rzuciłem wychodząc.- Do widzenia…- pożegnałem się zamyślony.
-Nie ma pan jakiegoś ciekawego zajęcia na odstresowanie się?- Spytałem uprzejmie; lecz rzeczowo.
Przewodniczący uniósł oczy znad jakichś dokumentów i prześwidrował mnie wzrokiem.
-Co konkretnie masz na myśli?- Zaczął podejrzliwym tonem.
-Hm. Interesowałoby mnie sprzątanie wampirów; najlepiej od zaraz- rzuciłem z ironią.
Naszą rozmowę przerwało kolejne pukanie.
-Wejdźcie kolejne diablątka, śmiało.! Dobijcie starego przewodniczącego.!- zaprosił burkliwie Angello.
-Ależ, z miłą chęcią- Rzucił z ironią cichy głos wysokiego młodzieńca.- Witaj, mój zrzędliwy starszy braciszku- rzucił ze śmiechem, na widok zaskoczonej miny Angello.
-Co ty tu robisz; Tyrone?- Zdumiał się.
Mężczyzna położył kartonowe pudło na biurku.
-Wielka Inkwizycja przysłała kolejny stos zleceń i pomyliła adresy- Rzucił; gdy objęli się po bratersku.- Widzę, że tu też się trochę pozmieniało- spojrzał na mnie z zaciekawieniem.- Młodszy syn Armanda; jak sądzę- zwrócił się do mnie.
-Skąd pan zna mojego ojca?- Spytałem zdziwiony.
-Chodziliśmy razem do szkoły chłopcze- wyjaśnił.- Zresztą wygladasz tak samo, jak on za dawnych czasów.
-Czyli urządzaliście razem bójki; zawody w strzelaniu z procy do psów; popalaliście wspólnie papierosy i eksperymentowaliście z alkoholem, to tak z grubsza..- Zauważył złośliwie przewodniczący.
-Byliśmy tylko dzieciakami; a ty stale mi to wypominasz, ej- jęknął Tyrone Angello.
-I nic się od tego czasu nie zmieniłeś; smarkaczu- rzucił pieszczotliwym tonem i z uśmiechem przewodniczący.
-Widzisz; młody. Chciałeś, to masz- zwrócił się do mnie.- No to loteria: wybieraj kopertę- wyciągnął ku mnie wachlarz kopert. Z wahaniem wyciągnąłem jedną i otworzyłem ją. Powoli wyciągnąłem zlecenie.
-O w mordę…- rzuciłem ze zdziwieniem, ale i uciechą.
Zdjęcie na arkuszu zlecenia przedstawiało…
Vincenzo Corvina.
-Nie mogę przyjąć tego zlecenia…- mój zapał nagle przygasł.- Nie przeszedłem jeszcze egzaminu i..
-Łowca bez egzaminu odciął Czystokrwistemu palec? Niemożliwe.- Powiedział w oszołomieniu Tyrone.
-Ale prawdziwe, połowa łowców mi o tym doniosła. Plotkarze..- odpowiedział przewodniczący spokojnie.- W tym Sword, który wszystko widział na własne oczy. Wylosowałeś, to bierz, Michael.. Zwrotów nie przyjmujemy- Rzucił wymownie.
-Dziękuję; panie Angello- rzuciłem wychodząc.- Do widzenia…- pożegnałem się zamyślony.
Muszę więcej trenować- obiecałem sobie.- Muszę się wziąć poważnie do roboty.
Zacisnąłem dłoń na wisiorku idąc do salonu, w którym siedzieli Tori, Paul i Vincent.
Nie rozmawiałem z nim od ostatniego przypadkowego spotkania; kiedy to omal nie doszło między nami do bójki. Powinniśmy wyjaśnić sobie pare spraw i w ogóle szczerze pogadać. Źle go odsądzałem i w ogóle nie wiedziałem- nikt z nas nie wiedział- że ma siostrę. A teraz został z tym wszystkim sam. Juanita została zmieniona w wampira i zostając Sługą Rady również: prędzej, czy później ktoś dostanie zlecenie by ją zabić. Jeśli zabiję Corvina; spotka ją ten sam los; co Callisto..
Zacisnąłem dłoń na wisiorku idąc do salonu, w którym siedzieli Tori, Paul i Vincent.
Nie rozmawiałem z nim od ostatniego przypadkowego spotkania; kiedy to omal nie doszło między nami do bójki. Powinniśmy wyjaśnić sobie pare spraw i w ogóle szczerze pogadać. Źle go odsądzałem i w ogóle nie wiedziałem- nikt z nas nie wiedział- że ma siostrę. A teraz został z tym wszystkim sam. Juanita została zmieniona w wampira i zostając Sługą Rady również: prędzej, czy później ktoś dostanie zlecenie by ją zabić. Jeśli zabiję Corvina; spotka ją ten sam los; co Callisto..
-Chyba, że z tym popierdolonym światem jest coś nie teges…- mruknąłem w zamyśleniu.
-Świat ma ogólnie to do siebie; że wali się człowiekowi na głowę; paniczu- usłyszałem głos Jane za sobą.
-Ech; co ty możesz o tym wiedzieć…?- westchnąłem ciężko.- Nie wiesz; jak to jest, gdy wszystko sypie ci się na łeb.. Gdy nie chcesz kogoś ranić; bo go kochasz, a i tak wychodzi do bani. Chrzanić takie życie..- Zniecierpliwiłem się.
-Aż tak bardzo ją kochasz?- Zapytała ostrożnie.
-Kocham; ale czasami czuję jakbym w tym uczuciu tulił nastroszonego jeżozwierza..- zwierzyłem się jej smutno i niechętnie.- Czasami Callisto potrafi być super dziewczyną; a niekiedy z kolei; doprowadza mnie do szału i mówię coś, czego potem cholernie żałuję. Boże; czemu te baby takie są?- Jęknąłem załamany.- Coś Ty stworzył nam za demony, bo inaczej nie mogę powiedzieć o tych… Tych kobietach.!- dwa ostatnie słowa wypowiedziałem takim tonem; jakby były one przekleństwem.
-Święta prawda; koleś: babska to zło wcielone…- rzucił jakiś facet; chyba przed czymś uciekał. Zaraz okazało się, przed kim, właściwie, tak szybko spieprzał. Minęła mnie ścigająca go uzbrojona w ciężką artylerię w postaci kryształowego wazonu.
-Ja ci dam! Już ja ci pokażę zło wcielone; ty baranie!- Warknęła biegnąc za nim kobieta.- Zaraz zobaczysz „zło wcielone”; jak ci przywalę; barani łbie!
-To się nazywa „burzliwy związek pełen namiętności”?- Skomentowała z nutą pytania chowając w kieszeni jakieś romansidło.
-Tak mniej, więcej- odparłem parskając śmiechem.- W tym przypadku owa namiętność nazywa się: „zaraz mu tak przywalę tym wazonem przez łeb, że przez najbliższy tydzień będzie kupował mi kwiaty; żebym nie wzięła drugiego”- dorzuciłem z ironią; trzęsąc się ze śmiechu.
-Jezu… Trzeciego męża wykończy… Matko święta: takiej nerwuski to ze świecą szukać…- Jęknął jakiś facet zbolałym głosem.- Kochanie; przynieść ci kawy?- Zapytał, zapewne, przytulając swoją żonę.
-Ludzie są naprawdę dziwni; paniczu…- zauważyła z namysłem.
-A jakie są Anioły?- Spytałem z ironią.
Zbladła nagle i zakryła w przestrachu usta dłonią. Poklepałem ją po ramieniu przyjaźnie.
-Wiem, że nie możesz mi tego powiedzieć- odparłem z przepraszającym uśmiechem; odchodząc.
-Świat ma ogólnie to do siebie; że wali się człowiekowi na głowę; paniczu- usłyszałem głos Jane za sobą.
-Ech; co ty możesz o tym wiedzieć…?- westchnąłem ciężko.- Nie wiesz; jak to jest, gdy wszystko sypie ci się na łeb.. Gdy nie chcesz kogoś ranić; bo go kochasz, a i tak wychodzi do bani. Chrzanić takie życie..- Zniecierpliwiłem się.
-Aż tak bardzo ją kochasz?- Zapytała ostrożnie.
-Kocham; ale czasami czuję jakbym w tym uczuciu tulił nastroszonego jeżozwierza..- zwierzyłem się jej smutno i niechętnie.- Czasami Callisto potrafi być super dziewczyną; a niekiedy z kolei; doprowadza mnie do szału i mówię coś, czego potem cholernie żałuję. Boże; czemu te baby takie są?- Jęknąłem załamany.- Coś Ty stworzył nam za demony, bo inaczej nie mogę powiedzieć o tych… Tych kobietach.!- dwa ostatnie słowa wypowiedziałem takim tonem; jakby były one przekleństwem.
-Święta prawda; koleś: babska to zło wcielone…- rzucił jakiś facet; chyba przed czymś uciekał. Zaraz okazało się, przed kim, właściwie, tak szybko spieprzał. Minęła mnie ścigająca go uzbrojona w ciężką artylerię w postaci kryształowego wazonu.
-Ja ci dam! Już ja ci pokażę zło wcielone; ty baranie!- Warknęła biegnąc za nim kobieta.- Zaraz zobaczysz „zło wcielone”; jak ci przywalę; barani łbie!
-To się nazywa „burzliwy związek pełen namiętności”?- Skomentowała z nutą pytania chowając w kieszeni jakieś romansidło.
-Tak mniej, więcej- odparłem parskając śmiechem.- W tym przypadku owa namiętność nazywa się: „zaraz mu tak przywalę tym wazonem przez łeb, że przez najbliższy tydzień będzie kupował mi kwiaty; żebym nie wzięła drugiego”- dorzuciłem z ironią; trzęsąc się ze śmiechu.
-Jezu… Trzeciego męża wykończy… Matko święta: takiej nerwuski to ze świecą szukać…- Jęknął jakiś facet zbolałym głosem.- Kochanie; przynieść ci kawy?- Zapytał, zapewne, przytulając swoją żonę.
-Ludzie są naprawdę dziwni; paniczu…- zauważyła z namysłem.
-A jakie są Anioły?- Spytałem z ironią.
Zbladła nagle i zakryła w przestrachu usta dłonią. Poklepałem ją po ramieniu przyjaźnie.
-Wiem, że nie możesz mi tego powiedzieć- odparłem z przepraszającym uśmiechem; odchodząc.
Na Vincenta natknąłem się na schodach, tuż przed szerokim przedsionkiem. Siedział bokiem na jednym ze stopni, oparty plecami o ścianę, wpatrując się w wisiorek ze złotym krzyżykiem w swojej dłoni.
-Możemy pogadać; Tyler?- Zapytał cicho zauważając mnie.
-Nie możemy. Musimy- odparłem siadając obok.
Vincent spojrzał na mnie ponuro.
-Naprawdę kiepsko to wszystko wyszło…- powiedział powoli.- Szkoda, że nie przywaliłeś mi w mordę; może bym się wcześniej ogarnął i…
-Wcale nie chciałem ci przywalić- odparłem powoli.
Chciałem; ale to już nieistotne. Zresztą kogo by to teraz obchodziło?.
-W ogóle powinienem was wszystkich przeprosić; a zwłaszcza Tori.. Wiesz; ja naprawdę ją kocham chcę się z nią ożenić i w ogóle…- Vincent westchnął ciężko.
-Trochę zawaliłeś sprawę; koleś- przyznałem- ale sam nie wiem; jakbym się zachował na twoim miejscu..
-Będziecie musieli zabić Juanitę, prawda?- Zapytał zrozpaczony.
Wpatrywałem się w podwójne drzwi.
-To zależy od decyzji Rady- odpowiedziałem po dłuższej chwili.
-Przecież Rada bez Callisto nie może się zebrać- stwierdził z namysłem.
-Callisto wyznaczyła Lukę na swoje zastępstwo- odparłem spokojnie.- Zresztą dostałem zlecenie na Corvina.. Nie wiem; co się stanie, ale bądź przygotowany na wszystko.. Zresztą ty też nie powiedziałeś, że jesteś jednym z naszych Szczurów.
-Nie mogłem powiedzieć o tym nikomu- odparł powoli.- Sekcja czarna jest czymś w rodzaju szpiegów. Jakkolwiek głupio by to brzmiało zajmujemy się łażeniem za wampirami i zbieraniem informacji. Nudne; ale opłacalne zajęcie.. Wiesz.. Chciałem uzbierać trochę na nasz ślub i w ogóle nie robię tego dla siebie.- Zwierzył się.
-Naprawdę poważnie o tym wszystkim myslisz?- Spytałem.
-Bardzo poważnie; gdyby tak nie było to nie oświadczyłbym się Tori- uśmiech przemknął przez jego twarz.- A ty i Callisto?
-Pokłóciliśmy się… Nie wiem; co teraz… W ogóle nic nie wiem…- powiedziałem niechętnie.
-Martwisz się o nią.. Ale Callisto z tego wyjdzie; zobaczysz.
-Chciałbym w to wierzyć..- mruknąłem ponuro.
-Możemy pogadać; Tyler?- Zapytał cicho zauważając mnie.
-Nie możemy. Musimy- odparłem siadając obok.
Vincent spojrzał na mnie ponuro.
-Naprawdę kiepsko to wszystko wyszło…- powiedział powoli.- Szkoda, że nie przywaliłeś mi w mordę; może bym się wcześniej ogarnął i…
-Wcale nie chciałem ci przywalić- odparłem powoli.
Chciałem; ale to już nieistotne. Zresztą kogo by to teraz obchodziło?.
-W ogóle powinienem was wszystkich przeprosić; a zwłaszcza Tori.. Wiesz; ja naprawdę ją kocham chcę się z nią ożenić i w ogóle…- Vincent westchnął ciężko.
-Trochę zawaliłeś sprawę; koleś- przyznałem- ale sam nie wiem; jakbym się zachował na twoim miejscu..
-Będziecie musieli zabić Juanitę, prawda?- Zapytał zrozpaczony.
Wpatrywałem się w podwójne drzwi.
-To zależy od decyzji Rady- odpowiedziałem po dłuższej chwili.
-Przecież Rada bez Callisto nie może się zebrać- stwierdził z namysłem.
-Callisto wyznaczyła Lukę na swoje zastępstwo- odparłem spokojnie.- Zresztą dostałem zlecenie na Corvina.. Nie wiem; co się stanie, ale bądź przygotowany na wszystko.. Zresztą ty też nie powiedziałeś, że jesteś jednym z naszych Szczurów.
-Nie mogłem powiedzieć o tym nikomu- odparł powoli.- Sekcja czarna jest czymś w rodzaju szpiegów. Jakkolwiek głupio by to brzmiało zajmujemy się łażeniem za wampirami i zbieraniem informacji. Nudne; ale opłacalne zajęcie.. Wiesz.. Chciałem uzbierać trochę na nasz ślub i w ogóle nie robię tego dla siebie.- Zwierzył się.
-Naprawdę poważnie o tym wszystkim myslisz?- Spytałem.
-Bardzo poważnie; gdyby tak nie było to nie oświadczyłbym się Tori- uśmiech przemknął przez jego twarz.- A ty i Callisto?
-Pokłóciliśmy się… Nie wiem; co teraz… W ogóle nic nie wiem…- powiedziałem niechętnie.
-Martwisz się o nią.. Ale Callisto z tego wyjdzie; zobaczysz.
-Chciałbym w to wierzyć..- mruknąłem ponuro.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Jesteś pewna; że chcesz więcej prochów?- Zapytał powoli i z niepokojem młody Kostenlos.
-Nie pieprz; tylko dawaj mi te cholerne leki; Andreas- odwarknęłam niechętnie.- Kiedy Angello planuje zwołać Radę?- Zapytałam rzeczowo.
-Jutro, wieczorem. Większość łowców dostała już zlecenia- odezwał się Mistrz.- Angello przygotowuje sprzęt; żebyś mogła zobaczyć zebranie Rady.
-A Michael?- Zapytałam ostrożnie; gdy młodzieniec wbijał igłę w moje przedramię.
Obaj wymienili szybkie spojrzenie. Mistrz powoli skinął głową.
-Krąży plotka, że dostał zlecenie likwidacji Corvina- odparł Andreas powoli.
Wyprostowałam się szybko opierając się o ścianę.
-Ile w tym prawdy?- Zapytałam ostro.
Nie mogłam…-Jesteś pewna; że chcesz więcej prochów?- Zapytał powoli i z niepokojem młody Kostenlos.
-Nie pieprz; tylko dawaj mi te cholerne leki; Andreas- odwarknęłam niechętnie.- Kiedy Angello planuje zwołać Radę?- Zapytałam rzeczowo.
-Jutro, wieczorem. Większość łowców dostała już zlecenia- odezwał się Mistrz.- Angello przygotowuje sprzęt; żebyś mogła zobaczyć zebranie Rady.
-A Michael?- Zapytałam ostrożnie; gdy młodzieniec wbijał igłę w moje przedramię.
Obaj wymienili szybkie spojrzenie. Mistrz powoli skinął głową.
-Krąży plotka, że dostał zlecenie likwidacji Corvina- odparł Andreas powoli.
Wyprostowałam się szybko opierając się o ścianę.
-Ile w tym prawdy?- Zapytałam ostro.
Nie mogłam znowu pozwolić żeby coś stało się kolejnej osobie, która była dla mnie kimś ważnym.
Michael…
Nie rób tego..
Nie mogę cię stracić.
Nie chcę cię stracić; rozumiesz??!!
-Cała; Callisto- odezwał się jego głos od drzwi.- Te plotki są prawdziwe; dostałem kopertę ze zleceniem sprzątnięcia przewodniczącego Rady Wampirów.
Michael Tyler; uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów…
Zerwała się na równe nogi, wpatrując się we mnie z rozchylonymi ze zdumienia ustami. W ostatniej chwili oburącz chwyciła się łańcuchów i zapierając się nogami na podłodze zaczęła:
-To szaleństwo; Michael! Powiedz, że nie przyjąłeś tego zlecenia! Powiedz; że to nieprawda!- Powiedziała, chwiejąc się na nogach wbijała we mnie pełne przerażenia spojrzenie.
Patrzyłem na nią spokojnie z dłońmi w kieszeniach spodni.
-Skłamałbym mówiąc to- odparłem spokojnie.
Młody Kostenlos i Mistrz również wpatrywali się we mnie ze zdziwieniem. Obaj powoli ruszyli do drzwi; zostawiając nas samych.
-Zwariowałeś…- wyszeptała z trudem panując nad złością. Oparła się szybko o ścianę, jakby znowu zrobiło jej się słabo.- On cię zabije… Wycofaj się z tego! Proszę..
-Nie zamierzam; Callisto- odparłem z powagą.
-To nie jest ani trochę zabawne, więc przestań; Michael…- zaczęła prosząco z pochyloną głową.- To wcale nie jest śmieszne…
-Wiem o tym. Traktuję to bardzo poważnie- odpowiedziałem nadal ze spokojem.
-Marius też traktował to poważnie, a teraz od kilku lat wącha kwiatki od spodu!- Krzyknęła z rozdrażnieniem i goryczą.- Też chcesz wylądować w trumnie?! Chcesz; żeby twój ojciec został sam?!- Przemyślała coś przez moment.- No; tak: przecież ty się nim nie przejmujesz!- Jej ton się zmienił: stał się bardziej szyderczy.- Nie przejmujesz się niczym, więc po co ja w ogóle to mówię! Ty i tak masz to gdzieś!
-Jedyne; co mam gdzieś to twoje cholerne użalanie się nad sobą!- Odwarknąłem wściekły. Znowu puściły mi nerwy.- Ani myślę się przejmować zamroczoną krwią kretynką; która zachowuje się; jak żałosny wampirzy wrak; który…- dotknąwszy blizn na szyi kontynuowałem ostrym tonem- …który wcale nie przypomina mi tamtej zajebistej dziewczyny; którą pokochałem…!- Gdy spojrzałem na Callisto znowu zacząłem żałować własnych słów.
Zamarła w bezruchu wpatrując się we mnie oszołomiona. Długo panowała między nami cisza.
-Przepraszam…- powiedziała w końcu cicho.
-Nie; to ja przepraszam..- odparłem.- Zbyt mocno to przeżywam… Naciskam na ciebie; Callisto.. To wszystko…- podszedłem i objąłem ją mocno.
-Michael…- powiedziała z trudem.
Nadal się przed tym broniła.
Przed pragnieniem…
Cały czas uważała; że picie ludzkiej krwi to grzech.
Miała nadzieję; że przestanę ją karmić.
Choć tego potrzebowała, od zawsze uparcie się powstrzymywała przed tym, żeby mnie ugryźć…
-Nie… Proszę…- z jej ust wyszedł tylko ochrypły jęk.
Rozpinam lekko koszulę.
-Potrzebujesz jej- mówię szeptem.
-Cofnij się… Odejdź…- Pochyliła się opierając dłonie na mojej piersi. Oddychała spazmatycznie; na jej bladej twarzy malowało się cierpienie.
-Jesteś spragniona…- szepnąłem nadal uspokajająco.
-Przestań… Nie chcę…- broniła się ostatnimi siłami.
-Nie ruszę się stąd; póki się nie napijesz…
-To boli… Michael; ja… Boli…- Powiedziała oddychając ciężko. Puściła łańcuchy i tracąc równowagę wpadła na mnie- złapałem ją i oboje upadliśmy na podłogę.
-Nie walcz z tym. Proszę…- szepnąłem przytulając ją mocno.- Nie walcz ze sobą…
Uniosła wzrok. Popatrzyła na mnie z niepewnością i niedowierzaniem. Powoli się rozluźniła; ręce odwzajemniły uścisk; a jej usta dotknęły mojej szyi. Poczułem tylko lekki pocałunek; ale nie pozwoliłem jej się cofnąć.
Chciałem; żeby mnie ugryzła..Zerwała się na równe nogi, wpatrując się we mnie z rozchylonymi ze zdumienia ustami. W ostatniej chwili oburącz chwyciła się łańcuchów i zapierając się nogami na podłodze zaczęła:
-To szaleństwo; Michael! Powiedz, że nie przyjąłeś tego zlecenia! Powiedz; że to nieprawda!- Powiedziała, chwiejąc się na nogach wbijała we mnie pełne przerażenia spojrzenie.
Patrzyłem na nią spokojnie z dłońmi w kieszeniach spodni.
-Skłamałbym mówiąc to- odparłem spokojnie.
Młody Kostenlos i Mistrz również wpatrywali się we mnie ze zdziwieniem. Obaj powoli ruszyli do drzwi; zostawiając nas samych.
-Zwariowałeś…- wyszeptała z trudem panując nad złością. Oparła się szybko o ścianę, jakby znowu zrobiło jej się słabo.- On cię zabije… Wycofaj się z tego! Proszę..
-Nie zamierzam; Callisto- odparłem z powagą.
-To nie jest ani trochę zabawne, więc przestań; Michael…- zaczęła prosząco z pochyloną głową.- To wcale nie jest śmieszne…
-Wiem o tym. Traktuję to bardzo poważnie- odpowiedziałem nadal ze spokojem.
-Marius też traktował to poważnie, a teraz od kilku lat wącha kwiatki od spodu!- Krzyknęła z rozdrażnieniem i goryczą.- Też chcesz wylądować w trumnie?! Chcesz; żeby twój ojciec został sam?!- Przemyślała coś przez moment.- No; tak: przecież ty się nim nie przejmujesz!- Jej ton się zmienił: stał się bardziej szyderczy.- Nie przejmujesz się niczym, więc po co ja w ogóle to mówię! Ty i tak masz to gdzieś!
-Jedyne; co mam gdzieś to twoje cholerne użalanie się nad sobą!- Odwarknąłem wściekły. Znowu puściły mi nerwy.- Ani myślę się przejmować zamroczoną krwią kretynką; która zachowuje się; jak żałosny wampirzy wrak; który…- dotknąwszy blizn na szyi kontynuowałem ostrym tonem- …który wcale nie przypomina mi tamtej zajebistej dziewczyny; którą pokochałem…!- Gdy spojrzałem na Callisto znowu zacząłem żałować własnych słów.
Zamarła w bezruchu wpatrując się we mnie oszołomiona. Długo panowała między nami cisza.
-Przepraszam…- powiedziała w końcu cicho.
-Nie; to ja przepraszam..- odparłem.- Zbyt mocno to przeżywam… Naciskam na ciebie; Callisto.. To wszystko…- podszedłem i objąłem ją mocno.
-Michael…- powiedziała z trudem.
Nadal się przed tym broniła.
Przed pragnieniem…
Cały czas uważała; że picie ludzkiej krwi to grzech.
Miała nadzieję; że przestanę ją karmić.
Choć tego potrzebowała, od zawsze uparcie się powstrzymywała przed tym, żeby mnie ugryźć…
-Nie… Proszę…- z jej ust wyszedł tylko ochrypły jęk.
Rozpinam lekko koszulę.
-Potrzebujesz jej- mówię szeptem.
-Cofnij się… Odejdź…- Pochyliła się opierając dłonie na mojej piersi. Oddychała spazmatycznie; na jej bladej twarzy malowało się cierpienie.
-Jesteś spragniona…- szepnąłem nadal uspokajająco.
-Przestań… Nie chcę…- broniła się ostatnimi siłami.
-Nie ruszę się stąd; póki się nie napijesz…
-To boli… Michael; ja… Boli…- Powiedziała oddychając ciężko. Puściła łańcuchy i tracąc równowagę wpadła na mnie- złapałem ją i oboje upadliśmy na podłogę.
-Nie walcz z tym. Proszę…- szepnąłem przytulając ją mocno.- Nie walcz ze sobą…
Uniosła wzrok. Popatrzyła na mnie z niepewnością i niedowierzaniem. Powoli się rozluźniła; ręce odwzajemniły uścisk; a jej usta dotknęły mojej szyi. Poczułem tylko lekki pocałunek; ale nie pozwoliłem jej się cofnąć.
Jakaś część mnie tego pragnęła..
Wciągnęła z rozmarzeniem zapach mojej krwi; lecz nadal się wahała.
Nadal pozostał w niej ten strach. Bała się o mnie.
-Zrób to…- szepnąłem z prośbą; całując ją delikatnie po szyi.
Objęła mnie mocniej; znowu wciągając mój zapach.
-Pysznie pachniesz; ale nie mogę…- odezwała się z poczuciem winy, oddychając ciężko.
Nagle poczułem jej kły zatapiające się w mojej szyi.
Nadal pozostał w niej ten strach. Bała się o mnie.
-Zrób to…- szepnąłem z prośbą; całując ją delikatnie po szyi.
Objęła mnie mocniej; znowu wciągając mój zapach.
-Pysznie pachniesz; ale nie mogę…- odezwała się z poczuciem winy, oddychając ciężko.
Nagle poczułem jej kły zatapiające się w mojej szyi.
Powoli i delikatnie..
To było tak cudownie przyjemne uczucie, że nawet nie potrafię opisać go żadnymi słowami.
To było tak cudownie przyjemne uczucie, że nawet nie potrafię opisać go żadnymi słowami.
-Callisto…- szepnąłem drżącym głosem.
Nadal piła. Przestała się wreszcie powstrzymywać. Przez te kilka dni naprawdę musiała być bardzo spragniona..
Nadal piła. Przestała się wreszcie powstrzymywać. Przez te kilka dni naprawdę musiała być bardzo spragniona..
-Jak smakuje?- Spytałem. Lekko kręciło mi się w głowie, przez chwilę pociemniało mi przed oczami. Zamrugałem.
Z trudem odzyskała nad sobą kontrolę i przestała pić. Prześwidrowała mnie szkarłatnymi od krwi oczami z zaskoczeniem. Powoli otarła usta wierzchem dłoni.
-Co…?- Zapytała półprzytomnie opierając się ze zmęczeniem o ścianę.- Jest bardzo… Jest…- miała wyraźny problem z koncentracją. Oblizując palce spojrzała na mnie w zastanowieniu.
-No; powiedz..- poprosiłem cicho.
-Wstydzę się tego…- zaczęła cicho, unikając mojego wzroku.
-Zachowam to dla siebie- odparłem z uśmiechem; biorąc jej rękę. Wykręciła lekko dłoń i splotła nasze palce.
-Naprawdę cię to tak ciekawi?- Zapytała z ironią.
-Strasznie- potwierdziłem z uciechą.
-Jest jak… Jak paliwo rakietowe- zamyśliła się na moment.- To porównanie jest do bani… Może… Hmmm..- mruknęła zamyślona.
Czekałem długie chwile w niepewności; przyglądając się jej; gdy tak rozmyślała.
-Co tak rozdziawiasz ten dziób?- Spytała nagle; patrząc na mnie całkiem przytomnie.
Powoli zamknąłem usta.
-Eee no… No, więc… Wymyśliłaś już jakieś porównanie?- Spytałem wracając do tematu.
-No; cóż… Bardzo mocno kopie- zauważyła powoli.
-Kopie?- Chyba nam obojgu ta rozmowa zdawała się coraz dziwniejsza.
-To porównanie też jest do kitu…- westchnęła z irytacją.- Po prostu nie wiem, jak to określić…- wyznała wreszcie.
-Może jednym słowem- zasugerowałem z zaciekawieniem.
-Bomba atomowa- wypaliła nieprzemyślanie.
-To dwa słowa- stwierdziłem ironicznie; przyglądając jej się z ukosa.
Szturchnęła mnie mocno udając urażoną.
-Wiesz; że to tylko chwilowe rozwiązanie…- zauważyła nagle smutno, ściskając mocniej moje palce.
-Nie pozwolę ci się poddać..- odparłem dobitnie.
-W końcu będziesz musiał. Nie wytrzymasz tego.. Oboje nie wytrzymamy; Michael..- powiedziała z rozpaczą.- Dla mnie nie ma ratunku; i tak upadnę na samo dno. W końcu z litości sam mnie zabijesz.. Taka jest prawda.- powiedziała cicho; cierpliwie, przesuwając opuszkami po mojej dłoni.- Naprawdę nie chcę; żebyś musiał na to patrzeć…- powiedziała smutno.
Przez te kilka chwil wróciła moja Callisto. Chciałem; żeby to trwało jak najdłużej.
-Nie chcę się teraz tym martwić…- powiedziałem cicho, przytulając ją do siebie.- Nie chcę martwić się niczym…- Zacząłem ją kołysać.
Z trudem odzyskała nad sobą kontrolę i przestała pić. Prześwidrowała mnie szkarłatnymi od krwi oczami z zaskoczeniem. Powoli otarła usta wierzchem dłoni.
-Co…?- Zapytała półprzytomnie opierając się ze zmęczeniem o ścianę.- Jest bardzo… Jest…- miała wyraźny problem z koncentracją. Oblizując palce spojrzała na mnie w zastanowieniu.
-No; powiedz..- poprosiłem cicho.
-Wstydzę się tego…- zaczęła cicho, unikając mojego wzroku.
-Zachowam to dla siebie- odparłem z uśmiechem; biorąc jej rękę. Wykręciła lekko dłoń i splotła nasze palce.
-Naprawdę cię to tak ciekawi?- Zapytała z ironią.
-Strasznie- potwierdziłem z uciechą.
-Jest jak… Jak paliwo rakietowe- zamyśliła się na moment.- To porównanie jest do bani… Może… Hmmm..- mruknęła zamyślona.
Czekałem długie chwile w niepewności; przyglądając się jej; gdy tak rozmyślała.
-Co tak rozdziawiasz ten dziób?- Spytała nagle; patrząc na mnie całkiem przytomnie.
Powoli zamknąłem usta.
-Eee no… No, więc… Wymyśliłaś już jakieś porównanie?- Spytałem wracając do tematu.
-No; cóż… Bardzo mocno kopie- zauważyła powoli.
-Kopie?- Chyba nam obojgu ta rozmowa zdawała się coraz dziwniejsza.
-To porównanie też jest do kitu…- westchnęła z irytacją.- Po prostu nie wiem, jak to określić…- wyznała wreszcie.
-Może jednym słowem- zasugerowałem z zaciekawieniem.
-Bomba atomowa- wypaliła nieprzemyślanie.
-To dwa słowa- stwierdziłem ironicznie; przyglądając jej się z ukosa.
Szturchnęła mnie mocno udając urażoną.
-Wiesz; że to tylko chwilowe rozwiązanie…- zauważyła nagle smutno, ściskając mocniej moje palce.
-Nie pozwolę ci się poddać..- odparłem dobitnie.
-W końcu będziesz musiał. Nie wytrzymasz tego.. Oboje nie wytrzymamy; Michael..- powiedziała z rozpaczą.- Dla mnie nie ma ratunku; i tak upadnę na samo dno. W końcu z litości sam mnie zabijesz.. Taka jest prawda.- powiedziała cicho; cierpliwie, przesuwając opuszkami po mojej dłoni.- Naprawdę nie chcę; żebyś musiał na to patrzeć…- powiedziała smutno.
Przez te kilka chwil wróciła moja Callisto. Chciałem; żeby to trwało jak najdłużej.
-Nie chcę się teraz tym martwić…- powiedziałem cicho, przytulając ją do siebie.- Nie chcę martwić się niczym…- Zacząłem ją kołysać.
Tori Miles; Królowa Ogólniaka.
-Jest zaskakująco cicho- zauważył Luca Raven unosząc wzrok znad jakiś papierów.
-Callisto zasnęła- Powiedział Michael od drzwi.
-Jesteś blady- odezwał się powoli Jason Moon.
-Nic mi nie jest- odpowiedział krótko Michael. Ziewnał przeciągle.- To tylko zmęczenie- dodał nie rozwijając tematu; padł na kanapę obok mnie.
-Obudźcie mnie za parę godzin…- mruknął sennie a potem zaczął chrapać.
-Słodkich snów; paniczu- Drgnęłam słysząc za sobą szept Jane. Powoli wyciągnęła rękę i zdjęła mu okulary; odkładając je na stolik obok; drugą dłonią odgarnęła mu włosy z czoła pieszczotliwym ruchem.
Przysiadła na boku kanapy i patrzyła; jak on śpi.
-Nigdy nie widziałem; jak kima- zauważył Paul; przyglądając się przez chwilę śpiącemu Michaelowi.
-Może ty, tak naprawdę, jesteś gejem?- Zapytał Vincent z udawanym zaciekawieniem.
-Żaden facet mnie nie kręci, możesz być o to spokojny- burknął Paul obrażony.
-Rety; brachu..- Vincent objął Paula przyjacielsko ramieniem.- Ja tylko żartowałem.
-A gdybym nawet był gejem; to co?- Zapytał z ironią Paul.
Vincent cofnął się lekko i spojrzał nań nieco przestraszony.
-Żaden z nas teoretycznie nie będzie twoim domniemanym chłopakiem, bo obaj jesteśmy zajęci…- Mruknął w półśnie Michael.
Nie wytrzymałam i zaczęłam rechotać na widok głupich min chłopaków.
-Jest zaskakująco cicho- zauważył Luca Raven unosząc wzrok znad jakiś papierów.
-Callisto zasnęła- Powiedział Michael od drzwi.
-Jesteś blady- odezwał się powoli Jason Moon.
-Nic mi nie jest- odpowiedział krótko Michael. Ziewnał przeciągle.- To tylko zmęczenie- dodał nie rozwijając tematu; padł na kanapę obok mnie.
-Obudźcie mnie za parę godzin…- mruknął sennie a potem zaczął chrapać.
-Słodkich snów; paniczu- Drgnęłam słysząc za sobą szept Jane. Powoli wyciągnęła rękę i zdjęła mu okulary; odkładając je na stolik obok; drugą dłonią odgarnęła mu włosy z czoła pieszczotliwym ruchem.
Przysiadła na boku kanapy i patrzyła; jak on śpi.
-Nigdy nie widziałem; jak kima- zauważył Paul; przyglądając się przez chwilę śpiącemu Michaelowi.
-Może ty, tak naprawdę, jesteś gejem?- Zapytał Vincent z udawanym zaciekawieniem.
-Żaden facet mnie nie kręci, możesz być o to spokojny- burknął Paul obrażony.
-Rety; brachu..- Vincent objął Paula przyjacielsko ramieniem.- Ja tylko żartowałem.
-A gdybym nawet był gejem; to co?- Zapytał z ironią Paul.
Vincent cofnął się lekko i spojrzał nań nieco przestraszony.
-Żaden z nas teoretycznie nie będzie twoim domniemanym chłopakiem, bo obaj jesteśmy zajęci…- Mruknął w półśnie Michael.
Nie wytrzymałam i zaczęłam rechotać na widok głupich min chłopaków.
-Paniczu; pora wstawać…- rzuciła krótko Jane.
Michael zachrapał głośno i mruknął coś przez sen z niezadowoleniem.
-Paniczu…- Podjęła drugą próbę.
Weszłam do pokoju i biorąc kurtkę, szepnęłam mu do ucha:
-Dziś w stołówce podają spaghetti; Tyler- rzuciłam zachęcająco.
-Zamawiam dwie porcje!- Rzucił zrywając się ze snu.
Jane gapiła się na niego ze zdumieniem; a ja buchnęłam śmiechem.
-Uduszę cię; Miles- zasyczał z udawaną groźbą.
-Stary trik; a nadal działa- zarechotałam z uciechą poszturchując go.
Przetarł oczy ziewając głośno.
-Zjadłbym coś w sumie- przyznał zakładając okulary na nos.
-Proszę- rzuciła Jane oferując zielonookiemu talerzyk pełen rogalików. Obok na stoliku stał kubek kawy.
-Smacznego- rzuciłam ze śmiechem.
-Ty; draniu..!- wydyszał męski głos; przeplatany szczękiem broni.
-Nie wyszedłem z wprawy; co?- Rzucił w odpowiedzi drugi mężczyzna. Dopadliśmy do okna i wyjrzeliśmy przez szybę.
Ojciec Michaela i czarnowłosy z fryzurą na jeża pojedynkowali się na miecze. Ten ostatni zaparł się plecami o filar i z mieczem w zębach zniknął na jego szczycie. Miecz Armanda Tylera zazgrzytał o kamień sypiąc iskry, mężczyzna wyprostował się i spojrzał w górę- w porę zablokował atak przeciwnika; po czym znów go odepchnął.
-A, niech cię…- sapnął czarnowłosy atakując zawzięcie.
Ojciec Michaela nagle podciął mu nogi. Młodszy od niego mężczyzna wylądował na ziemi i obaj zaczęli się śmiać.
-Nadal jesteś dobry; Jim- rzucił Armand Tyler wyciągając doń rękę; mężczyzna chwycił ją i został pociągnięty w górę.
-Jeśli twój syn będzie miał taki talent do miecza; to ja chyba zrezygnuję z uczenia „Niebieskich”- Stwierdził powoli.- Nawet Tyler twierdził, że twój syn jest dobry, jeśli nie najlepszy…
-Zobaczymy, jak się z nim zmierzysz- rzucił ojciec Michaela zachęcająco.
-Już się nie mogę doczekać- rzucił Jim zacierając ręce z uciechą.
-Najpierw chcą się pozabijać, a teraz zwyczajnie sobie żartują?- Spytałam powoli.
-To tylko ćwiczenia; a w walce z wampirem trzeba być gotowym na wszystko- odparł Michael, powoli pijąc kawę. Odstawił kubek i sięgnął do plecaka. Zrzucając marynarkę, wyciągnął stamtąd ciuchy i zaczął bez skrępowania się przebierać. Jane patrzyła zaintrygowana na jego wysportowane ciało.
W reklamówce pod stolikiem leżały trampki. Powoli odłożył zieloną pochwę z mieczem.
-Zaczynasz traktować to poważnie- zauważyłam; gdy narzucił na siebie koszulkę.
-Callisto ostrzegała mnie; że to nie zabawa. Poza tym nie będzie tak łatwo z następnym zleceniem- dodał wiążąc trampki. Wstając narzucił na ramiona bluzę, biorąc miecz dopił kawę.- Trzymaj kciuki- rzucił ze śmiechem, wychodząc.
Michael zachrapał głośno i mruknął coś przez sen z niezadowoleniem.
-Paniczu…- Podjęła drugą próbę.
Weszłam do pokoju i biorąc kurtkę, szepnęłam mu do ucha:
-Dziś w stołówce podają spaghetti; Tyler- rzuciłam zachęcająco.
-Zamawiam dwie porcje!- Rzucił zrywając się ze snu.
Jane gapiła się na niego ze zdumieniem; a ja buchnęłam śmiechem.
-Uduszę cię; Miles- zasyczał z udawaną groźbą.
-Stary trik; a nadal działa- zarechotałam z uciechą poszturchując go.
Przetarł oczy ziewając głośno.
-Zjadłbym coś w sumie- przyznał zakładając okulary na nos.
-Proszę- rzuciła Jane oferując zielonookiemu talerzyk pełen rogalików. Obok na stoliku stał kubek kawy.
-Smacznego- rzuciłam ze śmiechem.
-Ty; draniu..!- wydyszał męski głos; przeplatany szczękiem broni.
-Nie wyszedłem z wprawy; co?- Rzucił w odpowiedzi drugi mężczyzna. Dopadliśmy do okna i wyjrzeliśmy przez szybę.
Ojciec Michaela i czarnowłosy z fryzurą na jeża pojedynkowali się na miecze. Ten ostatni zaparł się plecami o filar i z mieczem w zębach zniknął na jego szczycie. Miecz Armanda Tylera zazgrzytał o kamień sypiąc iskry, mężczyzna wyprostował się i spojrzał w górę- w porę zablokował atak przeciwnika; po czym znów go odepchnął.
-A, niech cię…- sapnął czarnowłosy atakując zawzięcie.
Ojciec Michaela nagle podciął mu nogi. Młodszy od niego mężczyzna wylądował na ziemi i obaj zaczęli się śmiać.
-Nadal jesteś dobry; Jim- rzucił Armand Tyler wyciągając doń rękę; mężczyzna chwycił ją i został pociągnięty w górę.
-Jeśli twój syn będzie miał taki talent do miecza; to ja chyba zrezygnuję z uczenia „Niebieskich”- Stwierdził powoli.- Nawet Tyler twierdził, że twój syn jest dobry, jeśli nie najlepszy…
-Zobaczymy, jak się z nim zmierzysz- rzucił ojciec Michaela zachęcająco.
-Już się nie mogę doczekać- rzucił Jim zacierając ręce z uciechą.
-Najpierw chcą się pozabijać, a teraz zwyczajnie sobie żartują?- Spytałam powoli.
-To tylko ćwiczenia; a w walce z wampirem trzeba być gotowym na wszystko- odparł Michael, powoli pijąc kawę. Odstawił kubek i sięgnął do plecaka. Zrzucając marynarkę, wyciągnął stamtąd ciuchy i zaczął bez skrępowania się przebierać. Jane patrzyła zaintrygowana na jego wysportowane ciało.
W reklamówce pod stolikiem leżały trampki. Powoli odłożył zieloną pochwę z mieczem.
-Zaczynasz traktować to poważnie- zauważyłam; gdy narzucił na siebie koszulkę.
-Callisto ostrzegała mnie; że to nie zabawa. Poza tym nie będzie tak łatwo z następnym zleceniem- dodał wiążąc trampki. Wstając narzucił na ramiona bluzę, biorąc miecz dopił kawę.- Trzymaj kciuki- rzucił ze śmiechem, wychodząc.
Michael Tyler; uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów…
Przeciąłem korytarze i ruszyłem na schody; poprawiając chwyt dłoni na pochwie z mieczem.
Denerwowałem się tym zleceniem. Zabić zwykły poziom D to niezłe wyzwanie; a co dopiero walczyć z wampirem wyższego statusu…
-Muszę się bardziej postarać…- mruknąłem zamyślony.
W ostatniej chwili odskoczyłem przed ostrzem miecza i wyciągnąłem swój z pochwy.
-Niezły refleks, czyżbyś się tego spodziewał?- rzucił Sword; zgrabnie odbijając moje ataki.
-Nie bardzo- przyznałem powoli, znów zwierając z nim broń.- Właśnie myślałem; z jak dobrym szermierzem przyjdzie mi się mierzyć- rzuciłem unikając jego cięć.
-I; co o mnie sądzisz?- Zapytał z zaciekawieniem; odbijając kolejny atak. Umknął mi i zaatakował od tyłu wykręcając mi rękę. Nadepnąłem mu na stopę i przerzuciłem szybko miecz do lewej ręki; zaatakowałem wytrącając mu miecz z dłoni.
-Masz talent..- zauważył z uznaniem; podnosząc z podłogi swoją broń.
-Pan też niczego sobie- odparłem z uśmiechem, przerzuciłem spowrotem broń do prawej dłoni. Przyciąłem; spychając Sworda na schody; zacisnął zęby i szybko przeskoczył połowę stopni lądując z gracją na półpiętrze.
-A niech to…- rzucił z sykiem.- Jesteś lepszy; niż myślałem…- zauważył.
-Nie robię tego celowo; to po prostu odruch- rzuciłem oddychając ciężko. Odbiłem kolejny cios, w tej samej chwili zauważając tłum innych łowców obserwujących nasz pojedynek. Tori wisiała na poręczy wpatrując się w nas z niepokojem. Kilku starszych mężczyzn niedaleko dyskutowało o czymś szybko.
Zbiegłem ze schodów przed kolejnym ciosem.
-Nie lubię być ignorowany- zauważył Sword z ironią.
-Okej; sam pan tego chciał rzuciłem z wymownym uśmiechem wyciągając rękę z mieczem w jego stronę; gdy przyciął umknąłem ostrzem lekko w bok i uderzyłem go po dłoni płazą miecza.
-Ty, mały gadzie…- sapnął wykrzywiając usta w szerokim uśmiechu. Doskoczył i zaczął atakować; z ust obserwujących nasz pojedynek wydobył się jęk zdumienia.
Ostrza znów się zwarły. Każdy z nas chciał przewrócić przeciwnika i wygrać. Ręka drżała mi z wysiłku; trampki pisnęły na płytkach. Odskoczyłem przed kolejnym atakiem i zakręciłem lekko dłonią; miecz Sworda pofrunął w powietrze i po chwili upadł z brzękiem na podłogę.
Rozległy się oklaski i okrzyki zdumienia. Zasalutowałem mieczem przed Swordem z poważną miną.
-Uczyć się od takiego mistrza to przyjemność- rzuciłem wyciągając rękę z mieczem w jego stronę. Zacisnął dłoń na mojej; mówiąc:
-Tak pojętny uczeń to skarb- odparł i odbierając swój miecz odwzajemnił salut, po czym wsunął broń w pochwę. Ojciec rzucił moją; złapałem i wsunąłem w nią miecz.
-Jeju… To było super…-Zapiszczała Tori.
-Jeśli będziesz walczył tak; jak teraz to Corvina mamy z głowy- Zauważył Porter z podziwem.
-Pokonać Jima to nie lada wyczyn; Młody- rzucił Mistrz.
-Dzięki; ale i tak trochę się przy tym pojedynku nauczyłem- odparłem patrząc na Sworda, otoczonego tłumem swoich rozwrzeszczanych uczniów.
-Nauczyłeś się? Czego?- Spytał Paul z zaskoczeniem.
-Nie lekceważyć przeciwnika i obracać jego słabości przeciwko niemu- odparłem z szacunkiem, opierając się łokciami o poręcz ze zmęczeniem odetchnąłem głęboko.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Gotowe- rzucił Porter; do telefonu.- Jak u was?
-My też kończymy, nie widać?- Jason pomachał do jednej z kamer.- Słychać nas dobrze?- usłyszałam w głośnikach.
-Spoko- skwitował Porter do słuchawki- Trzymka- rzucił kończąc rozmowę.
-To bez sensu; Jasper- zauważyłam obojętnie.- W tym stanie; nie potrafię zbyt trzeźwo myśleć; a co dopiero pomóc Radzie- dodałam rzucając niechętne spojrzenie na laptopa i podpięty pod niego mikrofon.
-Znając ciebie dasz radę wymyślić coś na bieżąco- odparł Jasper z namysłem.
-Nie; Jasper. Nie słuchasz mnie- zauważyłam z ironią; gdy Andreas walił we mnie kolejną dawkę środków uspokajających.
-Ależ słucham- zaprzeczył powoli.- Może i nie czujesz się na siłach, żeby teraz myśleć; ale cię znam i wiem, że na pewno będziesz chciała coś powiedzieć.
Ech… Stary, dobry Jasper. Zawsze odwróci kota ogonem i przekręci wszystko na swoją modłę..
Czyżby Rada miała jakieś newsy? Może zgarnęli jakąś pijawkę i odpowiednio się nią zajęli?
Właściwie torturowanie wampirów było niezgodne z ostatnim „paktem pokoju” między Rządem Wampirów i Radą Łowczą; ale skoro oni pierwsi zaczęli łamać postanowienia rozejmu…
-Zresztą, kogo to obchodzi?- Mruknęłam ironicznie do swoich myśli; czytając kopię dokumentów od Angello.
-Co takiego?- Spytał z zainteresowaniem Jasper.
-Nic; głośno myślę- rzuciłam krótko; nadal pogrążona w papierach.
-Jasper! Psiakrew..!- Rozległo się jeszcze kilka przekleństw i szamotanina.- Dokąd, śmieciu Rady? Jasper.. Kurwa mać!- Warknął ostro.- Porter, sam go nie utrzymam!
-Idę! Co; pali się gdzieś?.- Jęknął Jasper.- Coś ty tu przytachał, Law?- Zdumiał się.
-Jak widzisz: ścierwo Rady- burknął Law zapodając kopniaka wampirowi.- Można powiedzieć, że będziemy mieli problem. Otwieraj najbliższą pustą celę- sapnął wykręcając wampirowi rękę i wyrzucając z jego ubrań broń i wszelkie niebezpieczne przedmioty. Zdjął wampirowi także przypinkę ze znakiem „Rządu Wampirów” i lazuryt.- Trzeba go lepiej przeszukać. Może coś z niego wyciągniemy; psia mać..- Victor Law wspólnie z Jasperem zawlekli opierającego się wampira korytarzem.
-Jakbym zgadła; że ktoś z nich będzie się tu kręcić… Wymruczałam z namysłem.
Przeciąłem korytarze i ruszyłem na schody; poprawiając chwyt dłoni na pochwie z mieczem.
Denerwowałem się tym zleceniem. Zabić zwykły poziom D to niezłe wyzwanie; a co dopiero walczyć z wampirem wyższego statusu…
-Muszę się bardziej postarać…- mruknąłem zamyślony.
W ostatniej chwili odskoczyłem przed ostrzem miecza i wyciągnąłem swój z pochwy.
-Niezły refleks, czyżbyś się tego spodziewał?- rzucił Sword; zgrabnie odbijając moje ataki.
-Nie bardzo- przyznałem powoli, znów zwierając z nim broń.- Właśnie myślałem; z jak dobrym szermierzem przyjdzie mi się mierzyć- rzuciłem unikając jego cięć.
-I; co o mnie sądzisz?- Zapytał z zaciekawieniem; odbijając kolejny atak. Umknął mi i zaatakował od tyłu wykręcając mi rękę. Nadepnąłem mu na stopę i przerzuciłem szybko miecz do lewej ręki; zaatakowałem wytrącając mu miecz z dłoni.
-Masz talent..- zauważył z uznaniem; podnosząc z podłogi swoją broń.
-Pan też niczego sobie- odparłem z uśmiechem, przerzuciłem spowrotem broń do prawej dłoni. Przyciąłem; spychając Sworda na schody; zacisnął zęby i szybko przeskoczył połowę stopni lądując z gracją na półpiętrze.
-A niech to…- rzucił z sykiem.- Jesteś lepszy; niż myślałem…- zauważył.
-Nie robię tego celowo; to po prostu odruch- rzuciłem oddychając ciężko. Odbiłem kolejny cios, w tej samej chwili zauważając tłum innych łowców obserwujących nasz pojedynek. Tori wisiała na poręczy wpatrując się w nas z niepokojem. Kilku starszych mężczyzn niedaleko dyskutowało o czymś szybko.
Zbiegłem ze schodów przed kolejnym ciosem.
-Nie lubię być ignorowany- zauważył Sword z ironią.
-Okej; sam pan tego chciał rzuciłem z wymownym uśmiechem wyciągając rękę z mieczem w jego stronę; gdy przyciął umknąłem ostrzem lekko w bok i uderzyłem go po dłoni płazą miecza.
-Ty, mały gadzie…- sapnął wykrzywiając usta w szerokim uśmiechu. Doskoczył i zaczął atakować; z ust obserwujących nasz pojedynek wydobył się jęk zdumienia.
Ostrza znów się zwarły. Każdy z nas chciał przewrócić przeciwnika i wygrać. Ręka drżała mi z wysiłku; trampki pisnęły na płytkach. Odskoczyłem przed kolejnym atakiem i zakręciłem lekko dłonią; miecz Sworda pofrunął w powietrze i po chwili upadł z brzękiem na podłogę.
Rozległy się oklaski i okrzyki zdumienia. Zasalutowałem mieczem przed Swordem z poważną miną.
-Uczyć się od takiego mistrza to przyjemność- rzuciłem wyciągając rękę z mieczem w jego stronę. Zacisnął dłoń na mojej; mówiąc:
-Tak pojętny uczeń to skarb- odparł i odbierając swój miecz odwzajemnił salut, po czym wsunął broń w pochwę. Ojciec rzucił moją; złapałem i wsunąłem w nią miecz.
-Jeju… To było super…-Zapiszczała Tori.
-Jeśli będziesz walczył tak; jak teraz to Corvina mamy z głowy- Zauważył Porter z podziwem.
-Pokonać Jima to nie lada wyczyn; Młody- rzucił Mistrz.
-Dzięki; ale i tak trochę się przy tym pojedynku nauczyłem- odparłem patrząc na Sworda, otoczonego tłumem swoich rozwrzeszczanych uczniów.
-Nauczyłeś się? Czego?- Spytał Paul z zaskoczeniem.
-Nie lekceważyć przeciwnika i obracać jego słabości przeciwko niemu- odparłem z szacunkiem, opierając się łokciami o poręcz ze zmęczeniem odetchnąłem głęboko.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Gotowe- rzucił Porter; do telefonu.- Jak u was?
-My też kończymy, nie widać?- Jason pomachał do jednej z kamer.- Słychać nas dobrze?- usłyszałam w głośnikach.
-Spoko- skwitował Porter do słuchawki- Trzymka- rzucił kończąc rozmowę.
-To bez sensu; Jasper- zauważyłam obojętnie.- W tym stanie; nie potrafię zbyt trzeźwo myśleć; a co dopiero pomóc Radzie- dodałam rzucając niechętne spojrzenie na laptopa i podpięty pod niego mikrofon.
-Znając ciebie dasz radę wymyślić coś na bieżąco- odparł Jasper z namysłem.
-Nie; Jasper. Nie słuchasz mnie- zauważyłam z ironią; gdy Andreas walił we mnie kolejną dawkę środków uspokajających.
-Ależ słucham- zaprzeczył powoli.- Może i nie czujesz się na siłach, żeby teraz myśleć; ale cię znam i wiem, że na pewno będziesz chciała coś powiedzieć.
Ech… Stary, dobry Jasper. Zawsze odwróci kota ogonem i przekręci wszystko na swoją modłę..
Czyżby Rada miała jakieś newsy? Może zgarnęli jakąś pijawkę i odpowiednio się nią zajęli?
Właściwie torturowanie wampirów było niezgodne z ostatnim „paktem pokoju” między Rządem Wampirów i Radą Łowczą; ale skoro oni pierwsi zaczęli łamać postanowienia rozejmu…
-Zresztą, kogo to obchodzi?- Mruknęłam ironicznie do swoich myśli; czytając kopię dokumentów od Angello.
-Co takiego?- Spytał z zainteresowaniem Jasper.
-Nic; głośno myślę- rzuciłam krótko; nadal pogrążona w papierach.
-Jasper! Psiakrew..!- Rozległo się jeszcze kilka przekleństw i szamotanina.- Dokąd, śmieciu Rady? Jasper.. Kurwa mać!- Warknął ostro.- Porter, sam go nie utrzymam!
-Idę! Co; pali się gdzieś?.- Jęknął Jasper.- Coś ty tu przytachał, Law?- Zdumiał się.
-Jak widzisz: ścierwo Rady- burknął Law zapodając kopniaka wampirowi.- Można powiedzieć, że będziemy mieli problem. Otwieraj najbliższą pustą celę- sapnął wykręcając wampirowi rękę i wyrzucając z jego ubrań broń i wszelkie niebezpieczne przedmioty. Zdjął wampirowi także przypinkę ze znakiem „Rządu Wampirów” i lazuryt.- Trzeba go lepiej przeszukać. Może coś z niego wyciągniemy; psia mać..- Victor Law wspólnie z Jasperem zawlekli opierającego się wampira korytarzem.
-Jakbym zgadła; że ktoś z nich będzie się tu kręcić… Wymruczałam z namysłem.
***
-Raven; to od Angello. Rada zbiera się za dziesięć minut- Jasper podał mi kartkę.
Rzuciłam na nią okiem:
„Raport zlecenia
nr. 2469/18
Kod nr. 74-03
Dotyczące: Wampir: Poziom C
Schwytany niedaleko budynku kwatery głównej Stowarzyszenia. Stawiał wyraźny opór; podejmując próbę walki; dwóch łowców lekko rannych.
Wampir ranny od kołka i sztyletu, ale żywy.
Rzucał w nas obelgami, przeklinał
oraz groził. Przy próbie wydobycia z niego informacji podjąłem już odpowiednie
środki perswazji.
Z miernym skutkiem.
Osadzony w celi nadal milczy, nie chcąc nawet udzielić podstawowych informacji.
P.S. Uprzejmie proszę o zezwolenie na użycie perswazji siłowej.
Victor D. Law
Alec M. Raven
Jim Cross”
-Gdyby to zależało ode mnie, bardzo chętnie dałabym takie zezwolenie…- mruknęłam do siebie z ironicznym uśmiechem. Zawiesiłam wzrok na monitorze; by zobaczyć wchodzących do pokoju członków Rady.
Angello położył na stole teczki pełne dokumentów.
-Dobry wieczór; Rado- Rzucił krótko.
Kilka osób skinęło głowami. Angello skinął w stronę kamery.
-Zanim zaczniemy chciałbym oznajmić; że Callisto obserwuje przebieg dzisiejszego zebrania- odezwał się głos Angello w głośnikach laptopa.
Obserwowałam spokojne twarze członków Rady. Wujek Luca milczał wpatrując się w teczki. Tylko Silvia Edge wydawała się tym faktem wyjątkowo niezadowolona.
-Przejdźmy zatem do omówienia najważniejszych wydarzeń ostatnich dni; oraz spraw ogólnych. Na początek sprawa działań wampirów w związku z Callisto Anabelle Raven; herbu Kruk. Proszę o zabieranie głosu- Angello powoli usiadł.
-Żałosna szopka- odezwał się Kostenlos krótko.- Żądanie wydania Raven Radzie Wampirów jest nie tyle bezsensowne z powodu braku dowodów; co zwyczajnie niedopuszczalne.
-Stanowczo popieram- oznajmił Armand Tyler powoli i z namysłem.- Przekazaliśmy im już raport w tej sprawie. Zastanawia mnie jednak coś jeszcze..
-Mianowicie?- Spytał nieufnie Marco Holy.
-Co Rada Wampirów chce osiągnąć przez takie postępowanie? Z jakiego powodu chcą; żeby w jakiś sposób zniknęła? Uważają ją za zagrożenie?- Ojciec Michaela oparł się o krzesło.
-Coś w tym jest..- przyznał mój kuzyn ostrożnie.
-Dobre pytania; Armand- odezwał się z namysłem Felix Moon; czytając dokumenty w skupieniu.- Bez dowodów nie mogą nic; wiec próbują znaleźć inny pretekst, żeby osiągnąć cel. Callisto istotnie w jakiś sposób zagraża ich Radzie.
-Tylko w jaki?- Zapytał w zastanowieniu Mistrz.- Czemu pojawili się tu osobiście? Czy to jedyne ich działania?
-Mamy więcej pytań, niż odpowiedzi…- Zauważył Angello.- Co o tym sądzicie? Co powinniśmy zrobić?
-Na pewno powinniśmy zagłębić się bardziej w tę sprawę- oznajmił Armand Tyler.
Rada zaczęła potakiwać.
-Słyszałem; że złapano w pobliżu wampira Rady… Może on coś wie- Zauważył Moon; uciszając wszystko.
-Nawet; jeśli to nadal milczy- odparł Angello.
-Może to odpowiedni czas na użycie środków bezpośrednich?- Zapytał obojętnie Marco Holy.
-Skoro nie chce gadać po dobroci…- zauważył Moon
-Zresztą oni pierwsi naruszyli Traktat- Dodali równocześnie Tyler i Kostenlos.
-Zatem to podpada pod głosowanie. Callisto: jesteś za; czy przeciwko? Może chcesz się jeszcze wypowiedzieć?- Zapytał Angello wpatrując się w kamerę.
Wcisnęłam przycisk przy mikrofonie.
-Dobry wieczór; Rado- rzuciłam uprzejmie.- Zanim zagłosujemy chciałabym odnieść się jeszcze do słów pozostałych członków- rzuciłam do mikrofonu.- Mianowicie, panowie Kostenlos i Tyler mają całkowitą rację: To Rada Wampirów jako pierwsza naruszyła Traktat. Ponadto: nie wspomniałeś, że wampiry porwały siostrę jednego z naszych Szczurów; nie ważne kogo; i postawiły mu ultimatum.
Zapanowało poruszenie.
-O czym ona mówi; Angello?- Zapytał powoli Kostenlos.
-Mów dalej; Callisto- zwrócił się do mnie Angello.
-Otóż; Rada Wampirów planowała posłużyć się jednym z naszych; aby wyeliminować przewodniczącego Angello. Oczywiście dziewczyna została przemieniona w wampira; więc mamy złamanie kolejnych punktów rozejmu- Oznajmiłam powoli.- Co do głosowania: jestem za odpłaceniem się pijawom w każdy możliwy sposób. Dziękuję; to na razie wszystko- zdjęłam palec z przycisku mikrofonu i zagłębiłam się w kolejnych dokumentach.
-Jednogłośnie Rada uznała podjęcie przymusu bezpośredniego wobec osadzonego wampira- rzucił Angello.- Kolejna sprawa: Wyższa władza Stowarzyszenia postawiła za priorytet likwidację Rady Wampirów. Co o tym sądzicie?
W pokoju Rady zawrzało. Mężczyźni zaczęli mówić jeden przez drugiego.
-Chcą powtórki z Kryształowej Nocy?- Warknął Moon wściekły.
-Rozumiem likwidację Corvina; ale żeby załatwić resztę…- zaczął Holy.
-To szaleństwo. Oni chyba zwariowali!- Zasyczał Mistrz.
Armand Tyler siedział cicho; jakby z boku przysłuchując się tej kłótni. W drżącej lekko dłoni trzymał jeden z raportów „Wielkiej Inkwizycji” i czytając go w skupieniu, rozważał coś, milcząc.
Sama miałam mieszane uczucia co do decyzji wyższej władzy Stowarzyszenia. Z jednej strony likwidacja Rady Wampirów była konieczna, by utrzymać pewien porządek w naszym mieście. Natomiast z drugiej istniała groźba, że jeśli ich nie zlikwidujemy; zorganizują na łowcach kolejną rzeź.
-Armand…?- Zapytał cicho Angello; kładąc dłoń na ramieniu mężczyzny.
Ojciec Michaela milczał wpatrując się w dokumenty. Miał ponury wyraz twarzy.
-To; czy ich zabijemy, czy nie niczego nie zmieni… Callisto pewnie myśli tak samo.. Jak większość łowców straciłem syna i… Callisto; jesteś tam? Wypowiedz się; proszę- powiedział pośród ciszy, która nagle zapadła.
Oderwałam wzrok od kart raportu „Wielkiej Inkwizycji” i wcisnęłam klawisz; włączając mikrofon.
-Pan Tyler ma słuszność..- powiedziałam w zastanowieniu.- Cokolwiek zrobimy istnieje prawdopodobieństwo; że wampiry szykują się… Mogę śmiało powiedzieć, że do wojny. Nasze wzajemne stosunki od paru miesięcy są napięte. Sądzę; że powinniśmy być przygotowani do kolejnej „Kryształowej Nocy”.- Rada znów zaczęła się kłócić; Angello próbował bezskutecznie uspokoić nastrój.- Pozwólcie mi skończyć..- Odczekałam długą chwilę aż kłótnia ucichnie i kontynuowałam.- Wszystko trzeba wykonać po cichu. Udawać; że nic nie wiemy i przygotować się w taki sposób, by ich zaskoczyć.
-Mówisz; że powinniśmy wrócić do starych metod?- Zapytał powoli Moon.
-Mój plan jest taki. Udawać; że chcemy się dogadać i jednocześnie po cichu wykonywać polecenia z Góry; a w szczególności nie dopuścić do powrotu sytuacji sprzed trzech lat; czyli przygotować się do walki.
Tori Miles; Królowa Ogólniaka.
Stałam pod drzwiami i podsłuchiwałam zebranie Rady. Callisto choć była w podziemiach Stowarzyszenia; nadal brała czynny udział w zebraniu.
-Królowa na właściwym polu…- mruknęłam do siebie.- Dobrze przesuwasz figury Cally… Tak; trzymaj..
Callisto być może uważała się tylko za niewiele znaczący pionek w całej tej grze między łowcami i wampirami; jednak było zupełnie na odwrót: to ona była tutaj graczem, a figurą hetmana opatrzyła kogoś innego. Kogoś, komu ufała ponad wszystko.
Tylko kogo… Kim jest ów „hetman” na tej szachownicy?
Po słowach Callisto zapanowała długa cisza. Każdy z członków Rady rozważał jej słowa na swój sposób.
-Kto jest za; a kto przeciw?- Zapytał Angello.- Czy ktoś wstrzymuje się od głosu?- Odczekał chwilę.- Kolejna jednogłośna decyzja.. Rada jest dzisiaj wyjątkowo zgodna- zauważył uprzejmie. Zamilkł na dłuższy moment, po czym podjął.- Czy ktoś jeszcze chce zabrać głos?- Zapytał uprzejmie. Rozległy się ciche zaprzeczenia.- Skoro tak; zamykam Radę; dziękuję wszystkim. Dobranoc Rado, dobranoc Callisto.
-Dobranoc; Rado; Angello- odparł głos Callisto.
Ruszyłam szybko w drogę powrotną; nadal zastanawiając się usilnie; kim jest szachowy hetman Callisto..
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Zamknęłam laptopa i oparłam się o ścianę, podzwaniając lekko łańcuchami przetarłam zmęczone oczy.
Gra nabierała coraz ostrzejszego tempa.
-Hetman nadal jest niepewny..- mruknęłam w zastanowieniu.- Na pewno masz jakiś plan Tori… Na pewno wiesz; co robić..- powiedziałam cicho wpatrując się w metalowe drzwi; rozmyślałam nad powodzeniem mojego planu. Musiałam jakoś wyeliminować jego słabe strony- istniała możliwość; że nawet najdrobniejsza luka może Stowarzyszenie dużo kosztować.
-Pospiesz się Tori- uśmiechnęłam się drapieżnie.
***
Tori Miles; Królowa Ogólniaka.
-Długo cię nie było- zauważył Michael; gdy weszłam do naszego wspólnego pokoju w budynku Stowarzyszenia.
-Zatrzasnęłam się w kiblu- Skłamałam bez zająknięcia. Paul leżał w poprzek łóżka rękami pod głową i wpatrywał się w milczeniu w sufit; w ustach trzymał rurkę z kremem i gryzł ją w zamyśleniu. Vincent odrabiał pracę domową; a Michael czytał grubą książkę, jedząc kanapkę.
-Ciekawe; co kombinuje Rada- zauważył Vincent w pewnej chwili zawieszając długopis nad kartką zeszytu do historii.
Michael powoli odłożył tom na biurko i spojrzał na zegarek.
-Sam chciałbym wiedzieć. Może dowiem się czegoś na treningu- rzucił wstając.
-Raven; to od Angello. Rada zbiera się za dziesięć minut- Jasper podał mi kartkę.
Rzuciłam na nią okiem:
„Raport zlecenia
nr. 2469/18
Kod nr. 74-03
Dotyczące: Wampir: Poziom C
Schwytany niedaleko budynku kwatery głównej Stowarzyszenia. Stawiał wyraźny opór; podejmując próbę walki; dwóch łowców lekko rannych.
Wampir ranny od kołka i sztyletu, ale żywy.
Rzucał w nas obelgami, przeklinał
oraz groził. Przy próbie wydobycia z niego informacji podjąłem już odpowiednie
środki perswazji.
Z miernym skutkiem.
Osadzony w celi nadal milczy, nie chcąc nawet udzielić podstawowych informacji.
P.S. Uprzejmie proszę o zezwolenie na użycie perswazji siłowej.
Victor D. Law
Alec M. Raven
Jim Cross”
-Gdyby to zależało ode mnie, bardzo chętnie dałabym takie zezwolenie…- mruknęłam do siebie z ironicznym uśmiechem. Zawiesiłam wzrok na monitorze; by zobaczyć wchodzących do pokoju członków Rady.
Angello położył na stole teczki pełne dokumentów.
-Dobry wieczór; Rado- Rzucił krótko.
Kilka osób skinęło głowami. Angello skinął w stronę kamery.
-Zanim zaczniemy chciałbym oznajmić; że Callisto obserwuje przebieg dzisiejszego zebrania- odezwał się głos Angello w głośnikach laptopa.
Obserwowałam spokojne twarze członków Rady. Wujek Luca milczał wpatrując się w teczki. Tylko Silvia Edge wydawała się tym faktem wyjątkowo niezadowolona.
-Przejdźmy zatem do omówienia najważniejszych wydarzeń ostatnich dni; oraz spraw ogólnych. Na początek sprawa działań wampirów w związku z Callisto Anabelle Raven; herbu Kruk. Proszę o zabieranie głosu- Angello powoli usiadł.
-Żałosna szopka- odezwał się Kostenlos krótko.- Żądanie wydania Raven Radzie Wampirów jest nie tyle bezsensowne z powodu braku dowodów; co zwyczajnie niedopuszczalne.
-Stanowczo popieram- oznajmił Armand Tyler powoli i z namysłem.- Przekazaliśmy im już raport w tej sprawie. Zastanawia mnie jednak coś jeszcze..
-Mianowicie?- Spytał nieufnie Marco Holy.
-Co Rada Wampirów chce osiągnąć przez takie postępowanie? Z jakiego powodu chcą; żeby w jakiś sposób zniknęła? Uważają ją za zagrożenie?- Ojciec Michaela oparł się o krzesło.
-Coś w tym jest..- przyznał mój kuzyn ostrożnie.
-Dobre pytania; Armand- odezwał się z namysłem Felix Moon; czytając dokumenty w skupieniu.- Bez dowodów nie mogą nic; wiec próbują znaleźć inny pretekst, żeby osiągnąć cel. Callisto istotnie w jakiś sposób zagraża ich Radzie.
-Tylko w jaki?- Zapytał w zastanowieniu Mistrz.- Czemu pojawili się tu osobiście? Czy to jedyne ich działania?
-Mamy więcej pytań, niż odpowiedzi…- Zauważył Angello.- Co o tym sądzicie? Co powinniśmy zrobić?
-Na pewno powinniśmy zagłębić się bardziej w tę sprawę- oznajmił Armand Tyler.
Rada zaczęła potakiwać.
-Słyszałem; że złapano w pobliżu wampira Rady… Może on coś wie- Zauważył Moon; uciszając wszystko.
-Nawet; jeśli to nadal milczy- odparł Angello.
-Może to odpowiedni czas na użycie środków bezpośrednich?- Zapytał obojętnie Marco Holy.
-Skoro nie chce gadać po dobroci…- zauważył Moon
-Zresztą oni pierwsi naruszyli Traktat- Dodali równocześnie Tyler i Kostenlos.
-Zatem to podpada pod głosowanie. Callisto: jesteś za; czy przeciwko? Może chcesz się jeszcze wypowiedzieć?- Zapytał Angello wpatrując się w kamerę.
Wcisnęłam przycisk przy mikrofonie.
-Dobry wieczór; Rado- rzuciłam uprzejmie.- Zanim zagłosujemy chciałabym odnieść się jeszcze do słów pozostałych członków- rzuciłam do mikrofonu.- Mianowicie, panowie Kostenlos i Tyler mają całkowitą rację: To Rada Wampirów jako pierwsza naruszyła Traktat. Ponadto: nie wspomniałeś, że wampiry porwały siostrę jednego z naszych Szczurów; nie ważne kogo; i postawiły mu ultimatum.
Zapanowało poruszenie.
-O czym ona mówi; Angello?- Zapytał powoli Kostenlos.
-Mów dalej; Callisto- zwrócił się do mnie Angello.
-Otóż; Rada Wampirów planowała posłużyć się jednym z naszych; aby wyeliminować przewodniczącego Angello. Oczywiście dziewczyna została przemieniona w wampira; więc mamy złamanie kolejnych punktów rozejmu- Oznajmiłam powoli.- Co do głosowania: jestem za odpłaceniem się pijawom w każdy możliwy sposób. Dziękuję; to na razie wszystko- zdjęłam palec z przycisku mikrofonu i zagłębiłam się w kolejnych dokumentach.
-Jednogłośnie Rada uznała podjęcie przymusu bezpośredniego wobec osadzonego wampira- rzucił Angello.- Kolejna sprawa: Wyższa władza Stowarzyszenia postawiła za priorytet likwidację Rady Wampirów. Co o tym sądzicie?
W pokoju Rady zawrzało. Mężczyźni zaczęli mówić jeden przez drugiego.
-Chcą powtórki z Kryształowej Nocy?- Warknął Moon wściekły.
-Rozumiem likwidację Corvina; ale żeby załatwić resztę…- zaczął Holy.
-To szaleństwo. Oni chyba zwariowali!- Zasyczał Mistrz.
Armand Tyler siedział cicho; jakby z boku przysłuchując się tej kłótni. W drżącej lekko dłoni trzymał jeden z raportów „Wielkiej Inkwizycji” i czytając go w skupieniu, rozważał coś, milcząc.
Sama miałam mieszane uczucia co do decyzji wyższej władzy Stowarzyszenia. Z jednej strony likwidacja Rady Wampirów była konieczna, by utrzymać pewien porządek w naszym mieście. Natomiast z drugiej istniała groźba, że jeśli ich nie zlikwidujemy; zorganizują na łowcach kolejną rzeź.
-Armand…?- Zapytał cicho Angello; kładąc dłoń na ramieniu mężczyzny.
Ojciec Michaela milczał wpatrując się w dokumenty. Miał ponury wyraz twarzy.
-To; czy ich zabijemy, czy nie niczego nie zmieni… Callisto pewnie myśli tak samo.. Jak większość łowców straciłem syna i… Callisto; jesteś tam? Wypowiedz się; proszę- powiedział pośród ciszy, która nagle zapadła.
Oderwałam wzrok od kart raportu „Wielkiej Inkwizycji” i wcisnęłam klawisz; włączając mikrofon.
-Pan Tyler ma słuszność..- powiedziałam w zastanowieniu.- Cokolwiek zrobimy istnieje prawdopodobieństwo; że wampiry szykują się… Mogę śmiało powiedzieć, że do wojny. Nasze wzajemne stosunki od paru miesięcy są napięte. Sądzę; że powinniśmy być przygotowani do kolejnej „Kryształowej Nocy”.- Rada znów zaczęła się kłócić; Angello próbował bezskutecznie uspokoić nastrój.- Pozwólcie mi skończyć..- Odczekałam długą chwilę aż kłótnia ucichnie i kontynuowałam.- Wszystko trzeba wykonać po cichu. Udawać; że nic nie wiemy i przygotować się w taki sposób, by ich zaskoczyć.
-Mówisz; że powinniśmy wrócić do starych metod?- Zapytał powoli Moon.
-Mój plan jest taki. Udawać; że chcemy się dogadać i jednocześnie po cichu wykonywać polecenia z Góry; a w szczególności nie dopuścić do powrotu sytuacji sprzed trzech lat; czyli przygotować się do walki.
Tori Miles; Królowa Ogólniaka.
Stałam pod drzwiami i podsłuchiwałam zebranie Rady. Callisto choć była w podziemiach Stowarzyszenia; nadal brała czynny udział w zebraniu.
-Królowa na właściwym polu…- mruknęłam do siebie.- Dobrze przesuwasz figury Cally… Tak; trzymaj..
Callisto być może uważała się tylko za niewiele znaczący pionek w całej tej grze między łowcami i wampirami; jednak było zupełnie na odwrót: to ona była tutaj graczem, a figurą hetmana opatrzyła kogoś innego. Kogoś, komu ufała ponad wszystko.
Tylko kogo… Kim jest ów „hetman” na tej szachownicy?
Po słowach Callisto zapanowała długa cisza. Każdy z członków Rady rozważał jej słowa na swój sposób.
-Kto jest za; a kto przeciw?- Zapytał Angello.- Czy ktoś wstrzymuje się od głosu?- Odczekał chwilę.- Kolejna jednogłośna decyzja.. Rada jest dzisiaj wyjątkowo zgodna- zauważył uprzejmie. Zamilkł na dłuższy moment, po czym podjął.- Czy ktoś jeszcze chce zabrać głos?- Zapytał uprzejmie. Rozległy się ciche zaprzeczenia.- Skoro tak; zamykam Radę; dziękuję wszystkim. Dobranoc Rado, dobranoc Callisto.
-Dobranoc; Rado; Angello- odparł głos Callisto.
Ruszyłam szybko w drogę powrotną; nadal zastanawiając się usilnie; kim jest szachowy hetman Callisto..
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Zamknęłam laptopa i oparłam się o ścianę, podzwaniając lekko łańcuchami przetarłam zmęczone oczy.
Gra nabierała coraz ostrzejszego tempa.
-Hetman nadal jest niepewny..- mruknęłam w zastanowieniu.- Na pewno masz jakiś plan Tori… Na pewno wiesz; co robić..- powiedziałam cicho wpatrując się w metalowe drzwi; rozmyślałam nad powodzeniem mojego planu. Musiałam jakoś wyeliminować jego słabe strony- istniała możliwość; że nawet najdrobniejsza luka może Stowarzyszenie dużo kosztować.
-Pospiesz się Tori- uśmiechnęłam się drapieżnie.
***
Tori Miles; Królowa Ogólniaka.
-Długo cię nie było- zauważył Michael; gdy weszłam do naszego wspólnego pokoju w budynku Stowarzyszenia.
-Zatrzasnęłam się w kiblu- Skłamałam bez zająknięcia. Paul leżał w poprzek łóżka rękami pod głową i wpatrywał się w milczeniu w sufit; w ustach trzymał rurkę z kremem i gryzł ją w zamyśleniu. Vincent odrabiał pracę domową; a Michael czytał grubą książkę, jedząc kanapkę.
-Ciekawe; co kombinuje Rada- zauważył Vincent w pewnej chwili zawieszając długopis nad kartką zeszytu do historii.
Michael powoli odłożył tom na biurko i spojrzał na zegarek.
-Sam chciałbym wiedzieć. Może dowiem się czegoś na treningu- rzucił wstając.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz