poniedziałek, 22 stycznia 2018

Hunter II Bloodlust ~Sin Rozdział XII: Bestia w klatce ~Walka| Wspomnienia krwi ~Przeszłość

Powrót do domów odbywał się w milczeniu. Tori gryząc ulubione żelki rozmyślała nad czymś głęboko. Vincent ogółem był dziś milczący; natomiast zwykle rozgadany Paul sprawiał wrażenie przygaszonego- być może był zmęczony; lub (podobnie, jak Tori) zastanawiał się nad moim zachowaniem wobec tego dzieciaka. 
W zasadzie; sama nie wiem; dlaczego zamiast go zastrzelić wdałam się z nim w rozmowę. Może jego celem było tylko namieszanie mi w głowie i ocalenie swojego wampirzego dupska?.. Michael objął mnie lekko ramieniem i wziął moją lewą dłoń, nic nie mówiąc. Przesunął palcami po lazurytowym sygnecie na środkowym palcu patrząc na mnie z troską. 
Patrzyłam na kamienny sygnet smutno- na jednej z ostrych krawędzi był już jeden ślad krwi Michaela i nie chciałam, by znów się drasnął. Chwyciłam go lekko za nadgarstek i podniosłam jego dłoń patrząc mu w oczy z prośbą.
Wtedy on przysunął dłoń do moich ust; jakby chciał, żebym nie mówiła nic. Oczy wychwyciły kroplę krwi; ale nie potrafiłam już mu odmawiać. Otworzyłam lekko usta i zlizałam delikatnie tę odrobinę; uważając, żeby nie zranić go jednym z kłów.
-To wygląda trochę zboczenie; nie uważacie?- Zapytał nagle Vincent, patrząc na nas przez ramię. 
-Chciałeś powiedzieć, że siejemy zgorszenie?- Spytał z ironią Michael. 
Przerwał nam na chwilę odgłos otwieranej paczki kolejnych żelków. 
-Chciał powiedzieć; że chętnie popatrzy jak iskrzy- Tori wsunęła żelka w usta. 
-Tylko nie spalcie tylnej kanapy- odezwał się Paul niby ostrzegawczo; a Tori omal nie udławiła się żelkiem.
-Dobre..!- Pochwaliła go ze śmiechem, ocierając załzawione oczy.
-Ej; o co wam chodzi..?- Zapytałam powoli. 
Tori spojrzała na nas- mnie i Michaela- z ukosa uśmiechnięta szeroko.
-Nie mów, że nie wiesz- zakpiła.
-Ostro; Miles- rzucił Paul, jego odbicie w lusterku wstecznym przewróciło oczami. 
-Sexy- odparła z rozmarzeniem; kopnęłam ją mocno w kostkę.
-Sexy romantycznie- skomentował poważnie Vincent. 
Michael zrobił się czerwony, jak piwonia; a ja spojrzałam spode łba na Tori; która wyciągnęła rękę do Michaela i poklepała go po ramieniu mówiąc przyjaźnie:
-Chyba dobrze wam ze sobą- zauważyła z uśmiechem. 
Pewnie zrobiłam dziwną minę; bo Michael przytulił się do mnie lekko.
Znowu na dłuższą chwilę zapadła cisza. Każde z nas zamyśliło się nad własnymi sprawami. 
***
-To, do jutra- rzuciliśmy wysiadając z auta.
-Na razie- odparli.
Mazda odjechała. Westchnęliśmy ciężko, czekając z niecierpliwością na jutrzejszy dzień; który miał być jednym z najcięższych z naszych wspólnych dni..
 Taa. Najcięższych dosłownie i w przenośni... 

Poranek zacząłby się całkiem zwyczajnie; gdyby nie mdłości. 
Michael stanął w drzwiach; pytając z niepokojem:
-Wszystko w porządku..??
Splunęłam i przepłukałam usta. 
-To nic...- odpowiedziałam słabo wpatrzona w swoje lustrzane odbicie. Oczy błysnęły czerwienią.
-Nic..? Żadne nic; Callisto- powiedział rozluźniając krawat. Szybko rozpiął guziki koszuli.
-Michael..
-Nie spławiaj mnie- odpowiedział z niezadowoleniem obejmując mnie ramionami. 
-Zrozum, że nie mogę.. 
-Nie chcesz- przerwał opierając brodę na moim ramieniu. 
-Nie chcę stracić nad sobą kontroli..- odpowiedziałam łamiącym się głosem. Byłam zła, że nie próbuje mnie zrozumieć.- Ja upadam; Michael. Nie zmienisz tego; choćbyś nie wiem jak bardzo tego chciał.. W końcu..- urwałam nagle, czując jak obejmuje mnie mocniej, ale musiałam go uświadomić. Nawet jeśli to oznaczałoby zranienie go, powinien wiedzieć.- W końcu i tak będziesz zmuszony mnie zabić.. 
Michael powoli się cofnął. Opuścił ręce wzdłuż boków i zgarbił ramiona. Pochylił głowę zaciskając zęby. 
-Więc się poddajesz..- powiedział cicho z rezygnacją.
Patrzyłam na swoje żałosne; sponiewierane odbicie ponuro. Milczałam. Nie miałam pojęcia; że tak bardzo go to zaboli; że będzie w stanie zrobić wszystko; by mi pomóc. 
-Kiedyś trzeba sobie odpuścić..- mówię z wahaniem.
-ODPUŚCIĆ??!!- Pyta głośno wstrząśnięty. Trząsł się z wściekłości zaciskając dłonie w pięści. W pewnej chwili usłyszałam huk i zobaczyłam, jak blat szafki pęka na pół i wpada do środka.- W ŻYCIU.! Nie pozwolę ci się poddać.. Nie mogę ci pozwolić..
Wzięłam jego dłoń i obejrzałam. 
Krew...
Na poranionych kostkach dłoni..
Kilka drzazg.
-Trzeba je powyciągać..- Z trudem ignorując ból podniosłam jego rękę i zębami zaczęłam wyjmować drzazgi. 
Usłyszałam kroki i powoli odwróciłam się w stronę drzwi w zębach trzymałam zakrwawione drzazgi.
-Trzeba to opatrzyć..- Ciotka Sussan weszła do mojej jaskini!. Nie skomentowała mojego wyglądu; tylko wzięła apteczkę i podeszła do Michaela. Wzięła go na dół.
Splunęłam kawałeczkami drewna do kosza. Oblizałam wargi.
Smak krwi sprawił, że zatoczyłam się, jak pijana. Z trudem utrzymałam równowagę opierając dłoń na zlewie. Kolejny raz oczy błysnęły znienawidzonym szkarłatnym płomieniem. Oddychałam ciężko sycząc z bólu; który był nie do zniesienia. 
Nawet jego krew sprawia, że wariuję jakbym już się stoczyła.
-Cholerny poziom D...- warknęłam wściekła na siebie, próbując jakoś opanować drżenie.- Cholerna popieprzona pijawa...- trzasnęłam otwartą dłonią w umywalkę. 
-Na pewno jesteś na siłach, by wyjść z domu; Callisto Anabelle?- W drzwiach łazienki stała ciotka Sussan.
Oparłam się o ścianę i zjechałam po niej. Usiadłam na podłodze.
-Nie wiem..- odpowiedziałam oddychając ciężko.- Boję się wyjść z tej cholernej jaskini, bo jeśli... Jeśli kogoś..- ukryłam twarz w ramionach.
Podeszła i przykucnęła przy mnie. Wzięła mnie w ramiona i zatonęłam w jej objęciu. 
-Nawet ja nie mam pojęcia, jak ciężko walczysz..- powiedziała cicho. Zesztywniałam w jej ramionach.- Ale powiem ci jedno: walcz; póki możesz... 
Ciotka Sussan nigdy nie mówiła do mnie w ten sposób; a co dopiero pomyśleć, żeby przytuliła kogoś innego, niż własne dziecko. 
-Zachowujesz się dość dziwnie; jak na ciebie; ciociu..- zauważyłam powoli, podejrzliwie. 
Wypuściła mnie z objęcia i uśmiechnęła się niepewnie.
-Może byłam wobec ciebie okropna; ale.. Kochałam twojego ojca. Kocham Lukę i..- urwała nagle marszcząc czoło w zamyśleniu. Widocznie nie miała pojęcia; jak ubrać w słowa to; co czuła.
-Taa, była z cioci wredna żmija; ale zawsze moje życie było przez to choć trochę ciekawsze- powiedziałam szczerze, nie patrząc jej w oczy. Westchnęłam głęboko.- Nie powinnam była tego mówić..- powiedziałam nagle niechętnie.
-Powinnaś. Jesteś zawsze szczera; zupełnie jak twój ojciec..- odparła klepiąc mnie po ramieniu.- Wstawaj i walcz. Walczysz też o niego; prawda?- Zapytała wyciągając do mnie rękę. Chwyciłam ją, a Sussan pomogła mi wstać.
Miała słuszność. Walczyłam nie tylko o siebie, ale i o Michaela.. Siedząc w samochodzie Paula rozmyślałam nad słowami ciotki Sussan. 
-Nienawidziłeś mojego ojca, bo... Kochałeś moją matkę; a nie tę.. wywłokę Sussan..!
Moje własne słowa, przez które Luca znów obwiniał się o śmierć brata i jego żony, która była miłością ich obu. 
-Cholera...- mruknęłam ledwie słyszalnym szeptem. 
Do teraz nie wiem; dlaczego to powiedziałam i czemu te słowa tak bardzo zabolały mojego ojca chrzestnego. Czy naprawdę kochał moją matkę i darzył nienawiścią swojego starszego brata; a mojego ojca? 
[...] ale to był wybór Valerie..
Ten smutek i rezygnacja w jego głosie
Dlaczego nie chciał walczyć o kogoś, kogo kochał- nawet jeśli wiązałoby się to z wyborem miedzy nią; a najstarszym bratem, który był jego idolem? Czemu zrezygnował i postanowił inaczej ułożyć sobie życie..? 
I ciotka Sussan.. Ona też była zakochana, co dziwniejsze w moim ojcu. Dlaczego ona też postanowiła zaprzestać walki o osobę; którą uważała za najważniejszą w swoim życiu? Dlaczego zawsze udawała taką podłą i straszną wiedźmę; a dziś zachęcała mnie do własnej walki. Czy jednak czegoś w swoim życiu żałowała? A może uważała; że postąpiła słusznie? Może nadal, czasami się nad tym wszystkim zastanawia? 

Chyba nie tylko moje życie jest tak strasznie pokręcone..- pomyślałam z westchnieniem, przechodząc próg szkolnych murów. Spojrzałam kątem oka na Michaela; zauważyłam, że jest bardzo zamyślony. 
-Ty chyba nie mówisz poważnie; Tanner- zauważyła głośno Tori; patrząc z zaskoczeniem na Paula. 
Ten przeciągając się odparł:
-Mówię bardzo poważnie; Miles- odpowiedział spokojnie, w jego kieszeni odezwał się telefon. Wyciągnął go i spojrzał na wyświetlacz. Odebrał marszcząc brwi.- Słucham..- rzucił nie zatrzymując się, poprawił torbę na ramieniu.- Nic mi o tym nie wiadomo; a co..?- Przerwał swojemu rozmówcy z zastanowieniem.- Okej... Cooo??- Zapytał przeciągle.- Nie ma takiej możliwości; Will..- zamilkł na chwilę słuchając w skupieniu rozmówcy.- To kompletnie nie ma sensu.. Spotkamy się zaraz, jak skończę zajęcia. Nie będę sam, cześć- zakończył rozmowę i wyciszył telefon. Wsunął go do kieszeni.
-Co jest grane; Tanner?- Zapytał Michael poważnie.
-Muszę wam powiedzieć wszystko od początku- powiedział Paul, puścił w ruch pokrętło szyfru szafki i po chwili pociągnął za dźwignię. Otworzył ją.- Od kiedy ktoś załatwił Collinsa, w mieście jest coraz gorzej. Wzrosły zaginięcia i ataki; poza tym jeszcze te podpalenia.. Policja sobie nie radzi, więc.. 
-Jaki to ma związek z nami?- Spytałam obojętnie.
Paul wyciągając zeszyty z szafki odparł przyciszonym głosem:
-Ostatnio policja stale miała nas wszystkich na oku- powiedział powoli.- Chodzili nie tylko za mną. Za wami też. Wiedzą, gdzie i z kim byliśmy; czy rozmawialiśmy przez ostatnie dwa tygodnie.. Przedwczoraj się połapałem; że ktoś za mną łazi. 
-Łazi za tobą..?- Zdziwiła się Tori, przerywając grzebanie w kieszeniach żakietu.
-Faktycznie. Za mną też wczoraj ktoś chodził- odezwał się Michael z zastanowieniem.
-Nie mówiłeś mi o tym- wtrąciłam. 
-Myślałem, że to któryś z naszych- odparł- ale chyba widocznie nie...- nagle zwrócił się do Paula.- Kim jest ten cały "Will"?
-To mój kuzyn, prowadzi teraz sprawę 'Kundli Archanioła'- odparł Paul.
-Znaleźli coś więcej na ten temat?- Spytałam powoli.
-William sądzi, że "podpalacz" i "KA" są ze sobą w jakiś sposób powiązane, ale to na razie przypuszczenia- Paul ruszył z miejsca.- Lepiej chodźmy. Shark nienawidzi spóźnialskich.. Pogadamy o tym po szkole.- zapewnił..
***



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz