poniedziałek, 22 stycznia 2018

Hunter II Bloodlust ~Sin Rozdział XVII: Księżycowa Róża -Rodowe Anioły- ~Piętno

***
Knajpa Margherita; dwadzieśzapomnieć
V później…
Michael stał przed wejściem; czekając na nas. Na jego twarzy malowało się zdenerwowanie.
Przeklinał przez zęby rozmawiając z kimś przez telefon.
-Taaa; pewnie.. Może jeszcze mam się nie wychylać bo sobie ręce krwią pobrudzę.- warknął do słuchawki. Było pewne, że rozmawia z ojcem.- Wrócę do domu za parę godzin; wtedy wszystko ci opowiem; do zobaczenia- zakończył rozmowę; ale nie wydawał się ani trochę spokojniejszy.- Dobrze; że już jesteście.. Tori- podszedł i przytulił ją mocno; jak siostrę.
-Co z tobą; Tyler..?- Zdziwiona Tori odsunęła go od siebie.
Za nim, na chodniku ktoś wylądował. Zobaczyłam Luciana; chował do kieszeni jakiś stary klucz. Miał podobny wyraz twarzy; jak Michael.
-O co chodzi; Michael?- Dopytywała się Tori; gdy zajęliśmy wolny stolik.- Gdzie Vincent..?
Lucian prychnął pogardliwie.
-Powiedz jej- rzucił do Michaela.
Zielonooki skinął głową; przechylając kieliszek.
-Tori; to może zaboleć, ale muszę powiedzieć ci prawdę…- zaczął cicho.- To dotyczy nie tylko ciebie; ale też nas: mnie, Callisto i Stowarzyszenia.
Tori zawahała się, patrząc na Luciana; który wlewał w siebie kolejną setkę wódki. Poszła za jego przykładem i przechyliła swój kieliszek. Skrzywiła się; rzucając krótko:
-Mów; jakoś to zniosę.
Michael spojrzał na nią ponuro.
-Rodriguez nas wystawił. Nie tylko współpracuje z Radą Wampirów; ale także… Podjął się zabicia Angello…
-Zaraz… Ty mówisz o tym Angello??- Zaczął zdumiony Paul.
-On chce zabić przewodniczącego? Po co?- Zapytałam.
-Podobno Rada porwała jego młodszą siostrę.. Shian’owi również nie można już ufać..- odezwał się nagle Lucian.- Jeśli pozwolisz; panienko: chciałbym wrócić do służby..- oznajmił poważnie. Pokazałam mu znakiem; że porozmawiamy o tym później.
-Więc Vincent znów się w coś wplątał..- powiedziała cicho Tori wbijając wzrok w stolik.- A ty wiedziałeś o jego ciemnych sprawkach; Michael…- spojrzała mu nagle prosto w oczy.
Zielonooki odwzajemniając jej wzrok odparł:
-Wiedziałem; ale trzymała mnie przysięga.. Nie mogłem jej złamać pierwszy..
-Faceci!. Wszyscy jesteście tacy sami… Wszyscy…- zerwała się na równe nogi, chcac wyjść z knajpy; ale Michael warknął:
-Siadaj; to jeszcze nie jest wszystko- rozkazał ostro.- To nie był jedyny z jego szemranych interesów…- powiedział spokojniejszym tonem; gdy Tori usiadła spowrotem na ławce.- Pewnie wiesz coś o tym; jako jego kumpel: nie, Tanner?- Zwrócił się Michael do Paula.
-Vincent nie zwierzał mi się ze swoich problemów. Nie wiedziałem nawet, że ma siostrę-  powiedział wolno.- Skoro jednak jest w to zamieszana Rada Wampirów; Vincent wpakował się w niezłe szambo- wywnioskował cicho.- Mnie się zdaje, że… Vincent może jest trochę  szurnięty; ale nie do tego stopnia; by kogoś zabić. Nie jest do tego zdolny. Kradzieże samochodów; to jeszcze, ale… Na pewno nie potrafiłby zabić człowieka..
-Stawiam na szantaż- powiedziałam po chwili namysłu.- Jest jeszcze jedna sprawa… Prawdopodobnie Vincent pracował też w międzyczasie dla Stowarzyszenia…- odezwałam się wolno.
Michael zbladł i spojrzał pytająco na Luciana; który w odpowiedzi wzruszył ramionami ze zdziwioną miną.
-Skąd o tym wiesz…- zaczął wolno.
-Vincent był u Angello; gdy szłam zdać raporty. Słyszałam ich rozmowę; Vincent wspomniał o jakimś ostatnim zleceniu…
-Nie wiem; o co może chodzić- westchnęła Tori ze smutną miną patrząc na pierścionek na swoim palcu. Zamyśliła się nagle.
Zapadła między nami cisza. Michael wpatrywał się ponuro w stojącą przed nim filiżankę kawy.
-Najrozsądniejszym wyjściem byłoby dowiedzieć się czegoś od Angello- Powiedział wolno Lucian, pogrążony w myślach.
-To zbyt niebezpieczne; może się czegoś domyślić..- zastopował go Paul.
-Callisto..?- Spytał usłużnie Lucian.
-On nie wie; prawda?- Spytałam nadal zamyślona; rozglądając się po kawiarni.
-Dla niego nadal jestem Gabrielem Mikaelis- Czarnooki rozejrzał się ukradkiem.
-W porządku; więc… Dowiesz się kto, z kim i dlaczego- odparłam z wymownym uśmiechem.
-Oczywiście; panienko- rzucił krótko, przesuwając dłonią po mojej lewej; na której nosiłam rodowy sygnet.
Kropla krwi wsiąknęła w kamień barwiąc herb rodu ciemną czerwienią.
-Przysięga odnowiona i przypieczętowana..- oznajmiliśmy równocześnie.
-Obyś znów tego nie spieprzył..- Mruknął cicho Michael.
Czarne oczy Luciana błysnęły chłodnym blaskiem i spojrzały na Michaela.
-Zamierzam pozostać przy niej do końca; Michael- oznajmił szeptem Lucian odchodząc.
Wyszedł z knajpy szybkim krokiem.
Tori popijała w milczeniu drinka, rozmyślała nad czymś.
Rozmawialiśmy o zupełnie innych sprawach: głównie o szkole i zbliżających się egzaminach. Niska szatynka odzywała się rzadko; jedząc sernik zauważyła:
-Nie powiedziałaś mu całej prawdy; Cally.
-Nie.. Nadal nie wie; że mój ojciec… Nie wiem; jak mu to wyjaśnić, skoro sama nie potrafię się jeszcze z tym oswoić..- Westchnęłam ciężko.
-Musisz mu to w końcu  powiedzieć..- oznajmił cicho Paul.
-Wiem; ale…  Jeszcze nie jestem na to gotowa..- upiłam łyk herbaty z alkoholem, wzdychając ciężko.
-Boisz się jego reakcji..- powiedział Michael biorąc mnie za rękę; na której połyskiwał czerwienią lazurytowy sygnet zabarwiony krwią Anioła i opiekuna Rodu.
-Jak on, tak naprawdę, ma na imię..?- Zapytała cicho Tori.
-Nie mam pojęcia, jak brzmi jego prawdziwe imię..- odparłam cicho.- Być może mój ojciec to wie.. W końcu służył każdemu najstarszemu z rodu..
-A Ginevra? Przecież to twoja starsza kuzynka..- zaczął Michael.
-Ginevra nie pochodzi… Nie wiem; jak wam to wyjaśnić..- zaczęłam w zastanowieniu.
-Tak; jak jest- skwitował Paul.
-Ginevra nie jest ze mną spokrewniona. Została adoptowana przez wujka i przyjęła rodowe nazwisko; a co za tym idzie…
-Chroni ją inny „rodowy anioł”?- Zapytała Tori.
-Właśnie. Jest ostatnią przedstawicielką innego łowczego rodu… Jako jedna z nielicznych umknęła Radzie Wampirów podczas Kryształowej Nocy..
Tori uniosła powoli wzrok.
-Czego, przepraszam?- Zapytała uprzejmie.
-Kryształową Nocą nazwano rozkaz likwidacji łowczej szlachty; głównie rodzin należących do ówczesnej Rady..„Historia Klanów Łowczych- tom drugi”- Skończył Michael widząc moje zdziwienie.
-Ten Horse… Nazywał cię „Płomień”- Zauważył Paul nagle.
-Taa. Zajrzałem do starych dokumentów Stowarzyszenia i dowiedziałem się; że nie tylko jestem rodowym łowcą; ale też; że większość mojej rodziny obejmowała wysokie pozycje w Stowarzyszeniu- Michael wzruszył ramionami.- Ojciec na pewno nie będzie zadowolony; że znam prawdę. Kiedy wczoraj zapytałem o wisiorek z płomieniem powiedział; że mam nie wtrącać się w nieswoje sprawy- uśmiechnął się krzywo.
-Ale czemu on to przed tobą ukrywa..?- Zapytała Tori z namysłem.
-Sam chciałbym wiedzieć..- przyznał zielonooki.- Może dowiem się czegoś więcej przed dniem założycieli.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Dwa dni później; dwudziesty pierwszy dzień kwietnia.
-Jesteś bardzo zajęta; panienko?- Usłyszawszy głos od okna obróciłam się w tamtą stronę na biurowym krześle.
Na zewnętrznym parapecie  opierając się o wnękę siedział Lucian. Michael uniósł wzrok znad wypełnianych przez siebie dokumentów na przyszły egzamin łowcy pierwszego stopnia.
-Niezbyt, masz coś ciekawego?- Spytałam powoli.
Lucian wskoczył do środka; mówiąc:
-Wiem, czego dotyczy „ostatnie zlecenie” Vincenta Rodrigueza
Tori zapiszczała nagle zrywając się z miejsca. Na jej koszulce widniała niebieska plama, po której rozpoznałam lakier do paznokci.
-I po bluzce…- mruknęła z ironią.
-Weź jakąś z górnej szafki- rzuciłam.- Od kogo się tego dowiedziałeś?- Zwróciłam się do Luciana.
Czarnooki rozejrzał się po naszych twarzach.
-Przejrzałem ukryte przez Angello kartoteki.. Vincent jest jednym ze Szczurów; sekcja czarna- wyjaśnił Lucian.
-Jak to? Ten przygłup Szczurem?- Zdziwił się Michael; a Tori spojrzała nań krzywo.
-Jeszcze do tego elitarnej sekcji?- Dodałam równie zaskoczona.
-Też mnie to zaskoczyło- odparł Lucian.- Wracając do tematu: Vincent miał; jako ostatni rozkaz: przedostać się do szeregów jednego z Klanów Rady i…
-Zabić Corvina; ale coś musiało pójść nie tak..- wpadłam mu w słowo zamyślona.
-Nie do końca- zaprzeczył.- Ta dziewczyna, którą porwały wampiry nazywa się Juanita Cruz i z tego; co było w papierach jest nie tylko przyrodnią siostrą Vincenta; ale także ocalałą z ataku rodzoną siostrą Grace Ann.
-ŻE CO…??- Wyparował zdumiony Michael.
-Oni są rodzeństwem? Jakim cudem…?- Zapytałam równo z Tori.
-Od początku..- Lucian przymknął na chwilę oczy i zwrócił twarz w stronę blasku księżyca; który oświetlił jego twarz ukazując w pełni całą jego chłodną i ostrą, męską urodę. Powoli uniósł powieki i kontynuował.- Wszyscy troje są rodzeństwem. Przyrodnim. Z jednej matki- wytłumaczył wreszcie.- Grace i Juanita miały jeszcze jedną siostrę; o której Stowarzyszenie wie tylko tyle, że miała na imię Selena. Podobno była ona bliźniaczką Grace..
-To by tłumaczyło, czemu podpalaczka ma identyczny głos; jak Grace…- zaczęłam w zastanowieniu.
-Czyli mamy na karku dzień założycieli; szalonego kumpla; masakrę w Stowarzyszeniu i Radę Wampirów…- wyliczył Paul.
-Oraz szurniętą podpalaczkę i Grace Ann- dodała Tori poprawiając na sobie moją bluzkę.
-Świetnie w niej wyglądasz- rzucił Paul tłumiąc śmiech.
-Bujaj się!.- burknęła Tori obrażona.- Musimy tylko rozwiązać to wszystko do Dnia Założycieli…
Michael i ja wbiliśmy w nią zdziwione spojrzenia:
-”My”??- Wychrypieliśmy zaskoczeni.
-Sądzę; że to ja powinnam się tym zająć; Tori.. Ty masz już dosyć zmartwień na głowie- odparłam z troską.
-Nie; Callisto- odpowiedziała poważnie.- Mój narzeczony też  narozrabiał i czuję się za niego  odpowiedzialna.. No i…
-Nie pakuj się w to; Tori. Jeśli już ktoś powinien potrząsnąć Vincentem to; to jest moja działka- Paul oparł jej dłoń na ramieniu.
-Nie mówię o Vincencie. Mam teraz na myśli Radę Wampirów; w którą uprzejmie się wkręcę.. Może czegoś więcej się dowiem..
-Nie ma mowy; Miles- uciął  Michael.- To zbyt niebezpieczne.
-Znam się i z wampirami- rzuciła ironicznie.
-Związać, zakneblować i zamknąć w piwnicy…- mruknął Lucian udając zamyślenie.- Jakie to dziewczę irytujące…
Tori podeszła doń i spojrzała mu prosto w oczy pytając ze złością:
-Co powiedziałeś; przepraszam bardzo?- Warknęła chłodno.
-Powiedziałem; że jesteś piękna, kiedy się złościsz- Lucian uśmiechnął się promiennie, chcąc wytrącić z równowagi Tori.
-Uważaj sobie; Mikaelis- Syknęła nie spuszczając wzroku z jego czarnych oczu
-Oczywiście, że będę; skoro tak się o mnie troszczysz..- Lucian zbliżył twarz do jej; dał jej buziaka i zanim go uderzyła zniknął za oknem uśmiechając się tryumfalnie. Pogwizdując ruszył w kierunku lasu i chwilę później zniknął za drzewami.
Tori prychnęła z irytacją.
-Bezczelny dupek- sapnęła ze złością.
-Musiałaś mu się spodobać; Tori- rzuciłam ze śmiechem.
-Pffff! Teraz nie lubię go nawet bardziej, niż Paula- burknęła.
-Wiesz, co..? Dzięki- jęknął teatralnie Paul.- Czuję się zaszczycony; Zołzo- rzucił w nią papierkiem chichocząc.
Odrzuciła kulkę w jego stronę mówiąc:
-Jak się postarasz; to potrafisz posłodzić; Tanner- rzuciła śmiejąc się lekko, wzięła  kolejnego cukierka z koszyka na łóżku. 
Gabriel Mikaelis; anioł rodu Raven..
-Wróciłeś; chłopie!- Rzucił Undertaker z uciechą, oberwałem od niego w ramię.
Rafael przestał grać na harmonijce i spytał:
-Gdzie Shian i Doll?
Drgnąłem gwałtownie i spojrzałem na młodszego z bliźniaków.
-Doll… Otoha nie żyje- powiedziałem cicho.- Chcę odpocząć, miałem ciężki dzień..- dodałem, chcąc uniknąć dalszych pytań. Padłem na fotel.
Sebastianowi (Undertaker’owi) uśmieszek spełzł z twarzy.
-Jak zginęła?- zapytał tym swoim szepczącym półgłosem.
Zamknąłem oczy, udając że zasnąłem. Nie chciałem im o tym mówić.
Shian niech cię… Pieprzony plugawy demon!
-Nie udawaj; że śpisz- zaczął Rafael chłodno.
-Raf, odpuść- powiedział cicho Sebastian.- Niech się prześpi.
Jutro czeka mnie pilnowanie przyjaciółki Callisto. Jeszcze tylko tego by brakowało, żeby zrujnowała cały plan panienki…!
Musiałem ją powstrzymać od zrobienia jakiejś głupoty; która mogłaby w jakiś sposób popsuć szyki Callisto.
Starałem się nie myśleć o Doll; bo już samo jej wspomnienie bolało. Shian. Na pewno dołączył do swojego piekielnego brata.
Nadal jednak czuję; że panienka coś przede mną ukrywa.
Michael mimo, że słyszał moje prawdziwe imię, nie przyznał; że wie, jak ono brzmi.
Nie mogłem zasnąć.. Bliźniacy chrapali w pobliżu na jakimś starym łóżku. Otworzyłem oczy i pomacałem ręką w poszukiwaniu lampy naftowej i zapałek. Podniosłem ostrożnie klosz lampy i przysunąłem płomień zapałki do knota. Opuściłem szklaną osłonę i wziąłem jakąś książkę. Obejrzałem okładkę i odłożyłem ją spowrotem na ławę.
Zapasem nafty nie musiałem się przejmować; w jednym z pokoi stało pełno kanistrów z paliwem do lamp.
Wstałem z fotela i przeszedłem kilka kroków do okna- teraz dopiero odczuwałem siniec od kija którym zaatakował mnie Shian, zanim Doll…
-Daj spać…- mruknął zaspanym głosem Undertaker.
-Zgaś, noo…- Rafael przykrył głowę poduszką.
-Niedługo stąd odejdę, chłopaki- mruknąłem do swoich myśli odpalając papierosa od światła lampy. Zaciągnąłem się dymem wieszając ją na haku przy oknie i wbiłem wzrok w noc.
-Wróciłem; panienko- mruknąłem wpatrując się w sierp księżyca.
Michael Tyler; uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów…
-Wróciłem…- rzucam wchodząc do domu. Kieruję się do salonu; gdzie pali się światło i widzę drzemającego w fotelu ojca.
Wyciągam z jego dłoni ramkę ze zdjęciem Billa i odkładam ją na stolik obok.
-James.. Wróciłeś wreszcie..- podskoczyłem słysząc cichy głos ojca. Jak zawsze zwracał się do mnie drugim imieniem.
-Tak; już jestem. Zrobić ci kawę?- Zapytałem ignorując ukłucie żalu.
Znów w samotności wspominał mojego brata; z powodu którego stale wybuchały między nami kłótnie. Nie lubiłem tego, że ojciec zawsze porównywał mnie do Billa; albo powstrzymywał mnie przed ryzykiem przypominając mi jego…
-Powinieneś się wyspać przed szkołą- odparł z troską.
Znów między nami był jakiś mur. Nigdy nie potrafiliśmy rozmawiać o śmierci Billa- być może miał do mnie żal; że nie potrafiłem walczyć z Linkiem tamtego wieczora…
-Nie jestem śpiący- odparłem idąc do kuchni.
Wstawiłem czajnik na gaz i sięgnąłem do szafki po ulubiony kubek ojca- czarny z nadrukiem: „Na dzień ojca- od synów, z miłością…” i naszym zdjęciem; które ukazywało się; gdy kubek zalano gorącą wodą. Wziąłem swój biały w czarne łatki i nasypałem do obu kawy. Spojrzałem przez okno na światła miasteczka.
-Nie próbuj znów jej zostawić; Lucian..- mruknąłem przez chwilę wpatrując się w księżyc.
Czajnik zaczął gwizdać; zgasiłem ogień i wziąłem go w rękę. Powoli zalałem kawę; zastanawiając się, co się zmieniło, że tylko się mijamy; czasem nawet nie rozmawiając ze sobą. A jeśli już próbujemy pogadać; zawsze wychodzi z tego tylko kłótnia..
Westchnąłem ciężko odstawiając czajnik, wziąłem kubki i powoli poszedłem do salonu.
Nadal zastanawiam się, jak otworzyć skrzynkę od Billa, którą przekazał mi Angello.
Bill twierdził; że mam do niej klucz; ale co nim jest, nie mam pojęcia. Może nie potrafię sobie teraz przypomnieć..
Co Bill zostawił w tej skrzynce? Czy ojciec o tym nie wiedział? A może wiedział i to właśnie on przekonał Angello by jednak mi ją przekazał?
Dlaczego nigdy mnie nie słuchasz? Ile razy ci mówiłem; żebyś nie spotykał się z tą dziewczyną?- nie mam pojęcia, dlaczego starał się nas rozdzielić.
Nie wtrącaj się w nieswoje sprawy. Najlepiej byłoby; gdybyś w ogóle nie został łowcą.. Gdybyś choć raz mnie posłuchał i nie był tak… Tak uparty, jak twoja matka..- Nie spodobało mu się; gdy oznajmiłem mu; że niedługo podejdę do egzaminu na łowcę i zakończę trening. Czy naprawdę jestem tak samo uparty; jak matka? Dlaczego zawsze mówi o niej tylko; gdy się kłócimy? Czy naprawdę aż tak bardzo obwinia się o jej śmierć…?
Często rozmyślałem; dlaczego ojciec zawsze był wściekły; gdy usłyszał słowa kryształowa noc. Do teraz; nawet czytając książki na ten temat; nie potrafię zrozumieć jego emocji; w każdą rocznicę śmierci Billa.
Jeśli stało się to w kryształową noc; dlaczego Link nie zabił też mnie? Skoro naprawdę zabijali rodowych łowców; czemu przeżyłem? Jaki Link miał w tym cel…? Dlaczego nie umiał zabić jakiegoś tam; słabego dzieciaka?. Może nigdy się tego nie dowiem…
Postawiłem kubek ojca na stoliku; a sam usiadłem w drugim fotelu i sięgnąłem po książkę.
-Dlaczego nie zostawisz tego w spokoju?- Zapytał z goryczą, niechętnie spoglądając na opasły tom.
-Dlaczego tak rzadko wspominasz matkę, a jeśli już o niej mówisz to za każdym razem musimy się kłócić?- Zapytałem nie odwracając wzroku od strony, którą czytałem.
Ojciec westchnął ciężko przymykając oczy.
-Tamtego wieczora mogłem go zabić; ale się zawahałem..-Przyznał cicho.- Zapłaciłem za to nie tylko życiem twojego brata, ale i moich przyjaciół.. Link zrujnował nie tylko nas i Ravenów.. Mordował każdego łowcę o którym wiedział. Miesiąc po tej tragedii Stowarzyszenie się podzieliło..
-Wtedy powstały Kundle Archanioła…?- Zapytałem ostrożnie.
Ojciec upił łyk kawy, mówiąc:
-Tamtego dnia podczas Rady wywiązała się kłótnia; a ja odszedłem ze Stowarzyszenia. Być może wtedy nastąpił rozłam;  nie wiem…- zauważył, że chcę mu przerwać; ale uciszył mnie ruchem ręki.- Wiem, o co chcesz zapytać… Odszedłem; bo chciałem was chronić; ale…
-Więc dlaczego wróciłeś do Stowarzyszenia?- Zapytałem powoli.
-Może chciałem zobaczyć cię w akcji; nie wiem- odparł z westchnieniem.
-Przecież nie podoba ci się, że zostałem łowcą- zauważyłem powoli.
Znowu kłamał; ale mimo wszystko pewna rzecz nie dawała mi spokoju.
-Mogę cię o coś zapytać?- Zacząłem z wahaniem znad kubka kawy. Skinął wolno głową; przyglądając mi się uważnie.
-Dlaczego tamtego wieczora nie zabił nas obu..?- Po tylu latach zdobyłem się na odwagę by o to zapytać.
Ojciec zamilkł i przymknął na chwilę oczy ze zmęczeniem. Spodziewałem się wybuchu standardowej awantury; jak tydzień temu, gdy dowiedział się; że przyjąłem kolejne zlecenie, więc patrzyłem na ojca długą chwilę zaciskając zęby.
Ojciec otworzył oczy i spojrzał na mnie smutno.
-Sam chciałbym wiedzieć. Nie wiem; dlaczego to zrobił..- Przyznał cicho.
Bill leżący na dywanie w kałuży krwi; szepta:
-Uciekaj stad; Michael…
Słyszę jego szept; ale przerażenie nie pozwala mi wykonać ruchu. Stoję sparaliżowany strachem i patrzę w czerwone oczy mężczyzny- potwora; który zranił mojego brata. Nie mogę się poruszyć; a on podchodzi coraz bliżej… Z trudem zaczynam się cofać- plecy napotykają przeszklony kredens,  drżę jak osika na wietrze; a przez głowę przechodzi myśl:
On niechybnie mnie zabije…
Jest tuż o krok…Nie potrafię się obronić, zupełnie nie wiem, co mam robić..
Widzę chłodny uśmiech na jego twarzy. Pochyla się i szepcze mi na ucho:
-Se habet spina rosam… Haec et luna in sanguinem in potum- Uśmiecha się zimno, a potem po prostu odchodzi…
Powiedział wtedy tylko kilka słów. Nawet nie znałem języka, w którym mówił- wtedy książka wypadła mi z rąk. Krzyknąłem z przerażenia widząc to samo zdanie na stronie; którą czytałem:
Każda róża ma kolce…
Te księżycowe piją tylko krew
- tak brzmiał przekład owych słów. W tej samej chwili usłyszałem głos Linka; mówiący te słowa powoli i wyraźnie- tak; abym nigdy nie mógł ich zapomnieć
-Co się dzieje? Michael James.. Co z tobą; dziecko?- Ojciec z niepokojem zerwał się z miejsca. Oparł mi dłonie na ramionach i spojrzał mi w oczy zaniepokojony.- Jesteś blady; jak ściana…- Siłą usadził mnie w fotelu i okrył kocem. Idąc do kuchni podniósł książkę i odłożył ją gdzieś. Wziął mój kubek i poszedł do kuchni.
Trząsłem się z przerażenia; było mi zimno. Zacząłem szczękać zębami- zupełnie; jakby Link znów stał tuż przede mną: tak samo; jak wtedy. Objąłem się ramionami wpatrując się w drzwi wejściowe.. Przez chwilę; jakbym znów go tam widział- nie wiem; czy to przywidzenie- stał tuż przed drzwiami; lecz nagle się odwrócił.
Tym razem wpatrywała się we mnie inna twarz; niż ta, którą zapamiętałem. Cichy szept powtarzał tylko jedno zdanie:
Już za późno; Grace.. Zresztą i tak nie zmieniłbym cię w wampira..- Chwila ciszy, po której myślałem, że te zwidy się skończyły.- Nie chcę… Ich życie jest zbyt krótkie; a twoje… Twoje było warte…
Ostrożnie wstałem i otulony kocem podszedłem do drzwi salonu.
..Zresztą i tak nie zmieniłbym cię w wampira..
Ich życie jest zbyt krótkie..
Pójdziesz ze mną; nie zostawię cię samej..
- w tej samej chwili czuję zapach ziół na uspokojenie, postać Linka znika..
Zaraz… One pachną inaczej…
Mają dziwny, mdlący zapach; który kojarzy mi się z krwią.
Sekundę potem zapadam w ciemność…
Callisto Raven; postrach ogólniaka…
Zbiegam po schodach na dół. Nagły atak pragnienia jest tak silny, że nagle tracę równowagę i potykając się spadam w dół obijając się boleśnie.
-Co to za hałas..?- Zdziwiła się ciotka Sussan szybko wypadając z kuchni.- Na Anioła… Callisto Anabelle..
Jęknęłam słabo; próbując się podnieść.
Luca wszedł do domu i zobaczywszy; jak ciotka rozluźnia mi krawat podszedł i obejrzał moją twarz i oczy.
-Nic mi nie jest. Tylko się potknęłam…- skłamałam, próbując wstać na nogi.
Słyszę telefon wujka. Irytujący, głośny dźwięk kłuje w uszy…
Wujek biorąc mnie na ręce odbiera telefon, mówiąc:
-Coś się stało; Armand??- rzucił do słuchawki; niosąc mnie na górę nakazał ciotce gestem przynieść kilka torebek z krwią transfuzyjną.
-Rozumiem- oznajmił krótko wujek.- W porządku, do zobaczenia za godzinę..- zakończył rozmowę.
-Kto dzwonił…?- Zapytałam słabo; gdy ułożył mnie na łóżku i zasłonił okno.
-Armand.
-Ojciec Michaela? Po co..?- Próbowałam się podnieść; ale mi nie pozwolił.
-Michael powiedział coś dziwnego.. Tak ujął to Armand, ale nie powiedział nic więcej- oznajmił mój chrzestny z namysłem.
-Wszystko z nim w porządku?
-Nadal jest nieprzytomny.
Ciotka weszła z przenośną lodówką i postawiła ją przy łóżku, wzięła moją lewą dłoń i spojrzała na sygnet.
-Lucian odnowił przysięgę…- Oboje sporzeli sobie w oczy i wyszli na korytarz; by o czymś porozmawiać.
Przechyliłam się w kierunku lodowki i wyciągnęłam stamtąd dwie porcje transfuzyjnej. Ze zdziwieniem spostrzegłam; że temperatura jest idealna- dzieciaki przestały grzebać przy pokrętle zamrażalnika (?)
Zaśmiałam się cicho z własnej głupoty. Taa; akurat by sobie odpuścili ulubioną rozrywkę; czyli robienie kuzynce-pijawce na złość.
Wbiłam słomkę w plastikowe opakowanie i półleżąc ciągnęłam swoje śniadanie; rozmyślając, co jest grane.
-Zabiorę dzieciaki do szkoły i kupię wszystko po drodze- oznajmiła ciotka idąc schodami; wzięła kurtkę i rzuciła do dzieci:
-Clarissa; Jason czas na nas. Pora do szkoły; ubierajcie się. Raz, raz!- Poganiała pociechy.
Wujek wszedł do mojego pokoju.
-Mogliśmy się tego spodziewać..- powiedział cicho, zamyślony.
-Czego się spodziewać? O czym ty mówisz…?- Zaczęłam szybko, oszołomiona.
-Musisz odpocząć; Callisto- odparł starając się nie rozwijać tematu.
-Ale…- zaczęłam; próbując coś z niego wyciągnąć.
-Nie przejmuj się szkołą; tylko odpoczywaj- oznajmił, wychodząc zamknął cicho drzwi; pozostawiając mnie z mętlikiem w głowie.
ₚₚₚₚₚₚₚₚₚₚₚₚₚₚₚₚₚₚₚₚₚₚₚₚₚₚ
Luca Raven; łowca Rodu Kruka.
-Jonathan; zaopiekujesz się Callisto?- Zapytałem biorąc z kuchni kluczyki od auta.- Muszę pilnie wyjechać na chwilę..- wyjaśniłem wychodząc.
Jonathan złapał mnie za ramię i osadził na miejscu.
-Na pewno chcesz zrobić to; co mówił Corvin?- Zapytał ostrożnie.
-Chwycę się wszystkiego, czym można ocalić Callisto od upadku do poziomu D- odparłem poważnie.
-To nie jest rozwiązanie; bracie- zastopował mnie ostrożnie Jonathan.
-Na pewno wiesz, co robisz?- Zapytał Alec, poczułem na sobie jego wzrok.
-Jeśli coś jej się stanie; załatwię Corvina- odparłem z groźbą. wychodząc.
Wskoczyłem do Volkswagena i zapaliłem silnik- ruszyłem w stronę miasta.
Dziesięć minut potem; rodzinna posiadłość herbu Płomień.
Zanim zdążyłem zapukać drzwi wejściowe otworzyły się ze skrzypnięciem. Stał w nich Armand; ocierając ręcznikiem twarz; zapewne chwilę temu się golił.
-Wejdź; Luca- rzucił ze zmęczeniem, wpuszczając mnie do środka.
-Jak z Michaelem?- Zapytałem ostrożnie.
-Na chwilę się obudził, ale nie odezwał się ni słowem. Powiedział tylko imię twojej bratanicy i znów zemdlał- odparł nastawiając wodę na kawę.
-Jaką masz do mnie sprawę..?- usiadłem przy stole.
-Mój syn powiedział coś po łacinie; zanim pierwszy raz stracił przytomność..- odparł zalewając kawę.
Wyprostowałem się, jak struna wpatrując się w Armanda jak sroka w kość; na pół z ciekawością i strachem.
-Co takiego powiedział..?- Zapytałem ostrożnie; gdy postawił przede mną ozdobną szklankę.
Armand podsunął mi otwartą książkę.
-Gdy to zobaczył; zbladł jak kreda. Musiał usłyszeć to już od kogoś wcześniej. Wydawało mi się; że miał potem halucynacje.
Przebiegłem wzrokiem po zdaniu w książce.
-I to tego się tak wystraszył..?- Zapytałem zaskoczony.
-Może niekoniecznie samego zdania… Może..- Armand zastanowił się.- Może odczytał tłumaczenie i domyślił się o jaką Księżycową Różę chodzi. Zresztą sam wiesz; że mojego syna i twoją chrześniaczkę nie łączy zwykła więź. Zapytał mnie też; czemu jako jeden z nielicznych przeżył, skoro Link mógł go bez problemu zabić.. Czemu Bill zginął, a on nadal żyje..
-Chyba nie powiedziałeś mu prawdy…- zacząłem poruszony.
-On już i tak wie, nie tylko o Tamtej Nocy; ale i o rodzinie..- zauważył.
-Nie o to pytam- odparłem panując nad głosem.
-Zatem o co pan pyta; panie Raven?- Michael stał w drzwiach kuchni- O czym jeszcze nie wiem; tato?- Zwrócił się do Armanda.
-James… Czujesz się już lepiej?- Zapytał Armand ostrożnie dobierając słowa.
-Na tyle dobrze; by móc już iść do szkoły i nie musieć słuchać; jak rozmawiacie o nas za naszymi plecami- odparł chłodno Michael; zaciągając krawat szkolnego mundurka.
-Nie tym tonem; Michaelu Jamesie- odparł surowo Armand; chwytając syna za ramię przyciągnął go do siebie; ale chłopak wyrwał się ojcu.
-Nie tym tonem? Niby jakim tonem?- Prychnął zielonooki wpatrując się w ojca uśmiechnął się kpiąco.- To tak; jakbym ja prosił cię żebyś przestał mnie okłamywać; a ty i tak perfidnie robisz to samo. Idealny facet; wdowiec z jedynym synem; który swoimi perfekcyjnymi kłamstwami udowadnia mi tylko jedno. To; że jestem dla niego ni.. – Armand zbladł; jak kreda. Walczył z gniewem; ale te słowa były dlań zbyt mocne i zanim Michael skończył zdanie; ojciec go spoliczkował.
-Milcz; James… Ani słowa więcej; proszę..- Powiedział cicho i z żalem jego ojciec; powoli opuszczając rękę.
Michael stał; jak wrośnięty w podłogę kuchni. Powoli przyłożył dłoń do czerwonego policzka ze zdziwionym wyrazem twarzy. Był zaskoczony; więc Armand musiał go uderzyć pierwszy raz w życiu.
Chłopak wziął torbę i wyszedł z domu bez słowa.
Armand chwilę obserwował syna przez okno z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
Michael James Tyler, uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów…
Ojciec uderzył mnie w twarz..
Mój własny ojciec pierwszy raz w życiu nie zapanował nad uczuciami i sprzedał mi mocnego liścia.
Dlaczego nie mogę się z nim dogadać? Czemu ciągle go ranię.? Z jakiego powodu stale się kłócimy??
-Niech to szlag…- mruknąłem kopiąc ze złością porzuconą niebieską puszkę. Wyblakłe logo wskazywało; że była to pozostałość weekendowej imprezy tegorocznych maturzystów; ponieważ w pobliskim rowie dostrzegłem pustą butelkę po wódce i kilka innych śmieci.
Nie rozumiem, dlaczego chciałem mu powiedzieć coś tak okropnego…
Idealny facet; wdowiec z jedynym synem; który swoimi perfekcyjnymi kłamstwami udowadnia mi tylko jedno. To; że jestem dla niego…
To, że jestem dla niego nikim..
Nie miałem ochoty iść do szkoły. Zresztą on i tak wie, że skoro znów się pokłóciliśmy; pójdę nad jezioro i będę chciał trochę pobyć sam.
Dlaczego nigdy nie mówi mi prawdy? Przed czym; tak właściwie chce mnie ochronić? Dlaczego ja żyję; a Bill jest tam; na tym cholernym cmentarzu??
I co jest kluczem do tej pieprzonej skrzynki…?!
Wyciągnąłem ją z torby i zacząłem oglądać prostokątne polakierowane na ciemny kolor drewno wielkości pudełka na cygara z licznymi śladami użytkowania na wieku przytwierdzonym do podstawy ozdobnymi metalowymi zawiasami.
Okrągły, nietypowy zamek znajdował się pośrodku szerszej z bocznych ścianek pudełka. Potrząsałem nim już kilka razy; ale nic nawet nie stuknęło.
Ów zamek nie posiadał ani szyfru; ani standardowej dziurki od klucza; jakie dotąd widziałem; dlatego skrzynka była dla mnie taka nietypowa. W sieci; ani książkach nie napotkałem się na tego typu zabezpieczenie. Wpatrzony w drewniane pudełko znów rozmyślałem nie tylko; jak je otworzyć; ale także, co w znajdę w środku.
W sypialni ojca, na biurku stała identyczna „skrzynka”- była zawsze zamknięta na klucz, lecz nigdy nie widziałem; jak; a właściwie czym ojciec ją otwiera.  Westchnąłem ciężko opierając się o belkę rozpadającego się mostu na jeziorze i spojrzałem w ciemną toń wody.
-Te księżycowe piją tylko krew…- szepnąłem w zastanowieniu; powtarzając słowa Linka z tamtego wieczora.- Księżycowa Róża.. Linie Mocy w mieście.. Powrót Luciana… Wampiry… To miasto jest jakieś porąbane..- wymruczałem nadal patrząc na swoje odbicie w wodzie.
-Tyler..!- Odwróciłem się słysząc głos Luciana i ukryłem pudełko w plecaku.
-Co jest?- Rzuciłem; gdy usiadł obok na gołej ziemi.
-Nie jesteś u panienki?- Zapytał szczerze zdziwiony.
-Coś się stało Callisto??- Drgnąłem; ale powstrzymał mnie; nim zerwałem się na nogi.
-Nie ma jej w szkole; więc myślałem, że ty coś wiesz..- stwierdził zaniepokojony.
-Luca Raven był u nas- odparłem ostrożnie.
-Najmłodszy syn czwartego pokolenia rodu Raven; po co??- Zdumiał się omal nie wypuszczając papierosa z ust; z których wyszedł kłąb dymu.
W odpowiedzi wzruszyłem ramionami, mówiąc:
-Nie wiem. Znowu pokłóciliśmy się z ojcem i niczego się nie dowiedziałem- odparłem obojętnie.
-No; tak… Temperamentny ród Płomienia; jak zawsze skory do kłótni – skwitował ze śmiechem.
-O co ci chodzi?- Spytałem z sarkazmem.
-O to; że niedaleko pada jabłko od jabłoni; Michael- odparł spokojnie; ale z uśmiechem.
-Jesteś denerwujący, koleś- Prychnąłem ironicznie; rozluźniając krawat.
Zapadło dłuższe milczenie. Siedzieliśmy w ciszy; każdy zamyślony nad innymi sprawami.
-Każdy ród łowczy ma swojego Anioła-Opiekuna, nie?- Zapytałem nagle przyglądając się czarnookiemu młodzieńcowi.
-Jeśli masz na myśli łowczą szlachtę to tak. Na większości herbów widnieje postać anioła- odparł Lucian.- Angello w herbie mają Archanioła Gabriela; Holy Uriela…
-A Ravenowie mają zwykłego  Kruka z kluczem w szponach- wzruszyłem ramionami.
-To nie jest taki sobie zwyczajny kruk- Lucian wyciągnął rękę nad głowę. Na jego przedramieniu wylądowało wielkie czarne ptaszysko. Jego fioletowe oko spojrzało na mnie a z dzioba wydobyło się krakanie.
Gabriel powoli opuścił rękę i sięgnął do obrączki na nodze ptaka. Wyciągnął stamtąd małą kartkę.
-Odezwał się dwa razy- rzucił czytając.
-Co z tego?- Zdziwiłem się.
Lucian uniósł wzrok znad liściku; mówiąc:
-To oznacza, że można ci zaufać- wyjaśnił.- Na ramię; Virgo..- Po tych słowach ptak przeskoczył na ramię Luciana; który wyciągnął z kieszeni kartkę i długopis i zaczął coś pisać.
-Nigdy jeszcze nie widziałem pocztowego kruka- rzuciłem z podziwem.
-Jeszcze sporo nie wiesz- odparł z namysłem.- Virgo spowrotem; dostarczysz coś.
Kruk przefrunął znów na przedramię; Lucian zwinął kartkę w rulon i przywiązał ją wstążką do obrączki; po czym wykonał zamach ręką.
Ptaszysko wzbiło się do lotu.
-Wracając do herbu rodu Raven…- uśmiech przemknął przez jego twarz.- …ten również przedstawia jednego z aniołów.
-Kruk aniołem; lepiej zmień dilera- szturchnąłem go przyjaźnie.- Ja tam słyszałem; że z tymi ptakami nic dobrego się nie kojarzy..- dodałem z nagłym niezadowoleniem.
-Bo?- Ciągnął mnie za język.
-Symbol śmierci; takie tam..- Machnąłem ręką z rezygnacją.
-I tu ludzie się mylą..- położył się wygodnie na trawie i założywszy ręce za głowę kontynuował, widząc moją dziwną minę.- Kruk jest kojarzony ze śmiercią; to prawda, ale pełni też rolę  przewodnika i przeprowadza dusze na drugą stronę. Bardziej adekwatnym jest to drugie znaczenie. Jak pewnie wiesz, Archanioł Michał jest patronem dobrej śmierci..
-Coś niecoś czytałem..- przyznałem.- Ponury herb dla dziewczyny…- zauważyłem.- Chociaż ona ma swojego aniołka na zawołanie- odezwałem się z namysłem.
-Twój też jest blisko. Nawet bliżej niż możesz sobie myśleć- zauważył patrząc w bezchmurne błękitne niebo.
-Tylko spadaj od moich myśli- obruszyłem się z lekkim niepokojem.
-Spokojnie; nie spieszy mi się do utraty skrzydeł- odparł z ironicznym grymasem.
-Dziwne; ale jakoś nie czuję tej twojej „anielskości”- rzuciłem ze szczerym uśmiechem.
-Stulecia praktyki- odparł wymownie.
-Nie męczy cię to?- Spytałem powoli.- Takie życie anioła musi być ciekawe- próbowałem go pociągnąć trochę za język.
-To zależy.. Właściwie, czemu o to pytasz?- odparł spoglądając na mnie nieco podejrzliwie.
-Jestem zwyczajnie ciekawy- wzruszyłem ramionami.
-Nie mogę o tym mówić- odparł niechętnie.
-Hm; skoro tak, to zapytam o coś innego.. Jeśli mogę..- odparłem patrząc nań pytająco.
-Możesz pytać o wszystko; poza ‚Domem’ i tym, jak jest w piekle: tego ci nie powiem; bo to zakazane- odpowiedział powoli.
-Spoko- skwitowałem; zastanawiając się.- Może to głupie pytanie; ale… Kochasz Callisto? W sensie… No, wiesz..- zacząłem z zakłopotaniem; unikając jego wzroku.
Czarnooki spojrzał na mnie z boku uważnie.
-Chcesz wiedzieć; czy kocham ją jako kobietę- upewniał się. Skinąłem twierdząco głową; a on uśmiechnął się tajemniczo.
-Muszę cię rozczarować: nie masz o co być zazdosny. Mam obowiązek służby; ochrony i wierności wobec Callisto; nic poza tym. Wiąże nas tylko pakt; więc miłość nie wchodzi w grę- odparł ze spokojem.
-A gdybyś czysto teoretycznie mógł ją pokochać jako człowiek..?- Zapytałem znowu.
-Jesteś uparty- powiedział uprzejmie.
-Tak tylko pytam- wzruszyłem ramionami.
-Gdybym mógł… Cóż, kto to może wiedzieć..- odpowiedział spokojnie i obaj spojrzeliśmy na niebo.
***
Luca Raven, łowca Rodu Kruka…
Wchodzę do domu; z przyzwyczajenia rzucając klucze na szafkę.
-Znów pachniesz kawą; to już dzisiaj czwarta. Czy ty czasem nie przesadzasz z tą kofeiną?- Sussan nadal mi nie odpuszcza.
-Och; daj spokój- odpowiedziałem niecierpliwie; wchodząc do kuchni zwinąłem z koszyka jabłko i wgryzając się w nie rzuciłem.- Kupiłaś?
-Tak- odparła wracając do garnków; zamieszała w jednym z nich.- Luca… Na pewno wiesz; co robisz?- Zapytała ostrożnie.
-Myślałem nad tym całą noc. To chyba jedyne rozwiązanie; jakie mamy- usiadłem na jednym z krzeseł; chrupiąc owoc.
-Jedyne wcale nie znaczy dobre- powiedziała cicho.- Co; jeśli Corvin jednak kłamie..?- Zapytała z wahaniem, ważąc słowa.
-Wtedy ukręcę mu łeb- burknąłem nienawistnie.- Co robi Callisto?
-Gdy byłam na górze sprzątała swoją „Jaskinię” jednocześnie czytając podręcznik historii- odpowiedziała.- W tle przeklinała w żywy kamień całą radę pedagogiczną, a zwłaszcza: „nieogarniętego”; „czarownicę” i „modliszkę”; kimkolwiek są…- skwitowała wzruszając ramionami.
-Niech diabli wezmą tę przeklętą „czarownicę”… Oby jej miotła gdzieś się rozkraczyła i nie dotarła na to zadupie..- Sapnęła Callisto w tej samej chwili; maszerowała między salonem; a kuchnią.- Nauczyć się tego w trzy dni… Chyba zawarła pakt z diabłem…- skomentowała złośliwie.
-Słyszałeś pokaz umiejętności językowych swojej przeuroczej bratanicy…- rzuciła wymownie Sussan.
-Chyba powiem; że pies zeżarł mi zeszyt…- wymruczała ze złością; idąc w naszą stronę.
Callisto Raven; postrach ogólniaka…
-Widzę; że pałasz niespotykaną chęcią do nauki- zażartował wujek Luca; widząc mnie w drzwiach.
-Szkoda gadać… Nawalili tego materiału, że normalnie szok i masakra…- westchnęłam ciężko; biorąc dwie gruszki z koszyka. Jedną wsunęłam w kieszeń bluzy; a drugą zaczęłam jeść.- Połowa nauczycieli to diabły wcielone; a druga połowa to szaleńcy: nie wiem którzy z nich są gorsi…- położyłam zeszyt na stole.- A matma i niemiecki to już będzie totalna porażka..- poskarżyłam się.
-Poproś mistrza; żeby cię trochę podszkolił- zasugerował wujek ciepło.
-Żeby się ze mnie potem nabijał? Proszę cię…- Jęknęłam załamana.
-Nie dramatyzuj… Jakoś dasz radę- stwierdziła ciotka niecierpliwie.- Nauczyciele nie są tacy okropni
-Taa; wcale- odparłam z ironicznym uśmiechem.- Shark to demon jakiś jest..
-Jak sądzę uczy matematyki- w odpowiedzi udałam, że od samej nazwy przedmiotu zbiera mi się na wymioty. Zgasiła palnik pod jednym z garnków.- Umiesz wymówić słowo wampir w dziesięciu językach (w tym po łacinie); a nie poradzisz sobie ze zwyczajną matmą? Aniele; ty to widzisz i nie grzmisz- Jęknęła teatralnie i wywróciła oczami; a wujek Luca spojrzał na nią zaskoczony.
-Od kiedy to rozmawiacie ze sobą tak swobodnie?- Zdziwił się.
-Od kiedy…?- Zastanowiła się ciotka na głos, spoglądając na mnie z ukosa. Obie zarechotałyśmy zgodnie z głupiej miny mojego ojca chrzestnego.
Vincent Rodriguez, kapitan szkolnej drużyny koszykówki; licealista pierwszego roku.
Szedłem ze szkoły na piechotę, rozmyślając. Odmówiłem; gdy Paul zaproponował mi podwózkę. Potrzebowałem chwili spokoju i samotności. Idąc koło fary poprawiłem torbę na ramieniu- miałem w niej broń; ale nadal się wahałem.
Życie Juanity za śmierć Angello. To nie było dobre rozwiązanie; ale nie mogłem pozwolić, żeby coś jej się stało.. Przeklęte wampiry.. 
Jestem w kropce i sam nie wiem, co robić; co myśleć. 
Który z nich bardziej zasługuje na śmierć? Corvin; czy jednak Angello.?
<em>Jeśli chcesz odejść; teraz nadarza się odpowiednia okazja...
Jeśli go nie zabijesz; Juanita stanie się wampirem i sługą Rady.. Chyba nie chcesz dla niej takiego losu? Jej życie jest w moich rękach; a wolność zależy od ciebie; Vincent. Pamiętaj o tym; gdy pociągniesz za spust..</em>
-Niech to szlag..- mruknąłem dobitnie idąc z dłońmi w kieszeniach. Palce zacisnęły się na czymś: wyciągnąłem przedmiot i spojrzałem nań pod światło.
Saszetka z zasuszonymi łodyżkami i pąkami werbeny.  Przed oczami stanęła mi twarz Raven.. To; co czułem; gdy przyprowadziła spowrotem Tori... To; że musiała wiecznie walczyć o swoje i znosić upokorzenia. 
Wpadłem na kogoś, ale nie zatrzymałem się idac dalej.
-Vincent; zaczekaj- usłyszałem za sobą głos Tori. 
Zmusiłem się, by iść dalej. Dogoniła mnie i uwiesiła się mojego ramienia.
-Zostaw mnie- powiedziałem rozpaczliwie. 
-Chcę ci pomóc.. Wiem o wszystkim; Vincent i pomogę ci; jak tylko potrafię- zapewniła cicho. 
Przystanąłem raptownie nadal patrząc na wprost. 
-Nie wtrącaj się w nieswoje sprawy- odparłem chłodno odpychając ją mocno; chciałem odejść w swoją stronę; ale..
Chwyciła mnie mocno za ramię i spojrzała na mnie ze łzami w oczach. 
-Posłuchaj mnie!- Zaczęła z  prośbą.- Chcę ci pomóc!- Powtórzyła z naciskiem.
-Zostaw mnie w spokoju- warknąłem. Wyrwałem się i odszedłem szybkim krokiem. Obróciłem lusterko, które trzymałem w dłoni. 
W jego tafli odbicie Tori patrzyło z mną. Po jej twarzy spływały łzy.
Byłem wściekły. Ona nic nie rozumie! Jeśli i ona dostałaby się w ich ręce; to byłby koniec- stałbym się tylko ich własnością i nie potrafiłbym stawiać już żadnego oporu. 
-Proszę cię; Tori...- wyszeptałem rozpaczliwie.- Nie rób nic głupiego... 
Ukryłem lusterko w kieszeni i znów na kogoś wpadłem. 
-Jak leziesz; koleś?- Warknąłem za biegnącym chłopakiem ubranym w szkolny mundurek i ciemnoszary płaszcz. Ten czarny plecak był mi dziwnie znajomy...
Chłopak słysząc głos  zahamował ostro, wzbijając w powietrze kurz.. 
Michael Tyler; uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów..
Oddychałem ciężko patrząc na majaczący niedaleko kościół farny. 
To na pewno głos Rodrigueza..   Odwróciłem się gwałtownie i podszedłem do niego szybkim krokiem i składając podniesioną rękę w pięść wyprowadziłem zamach. Zamknął moją dłoń w swojej blokując cios. Przez długą chwilę piorunowaliśmy się wzrokiem. Obaj powoli opuściliśmy ręce. Vincent wyglądał na rozdartego między lojalnością wobec jednej ze stron; a pragnieniem ochrony ukochanych osób. 
-Zrobisz coś dla mnie?- Zapytał w końcu cicho.
-Dla ciebie nie zabiłbym nawet obrzydliwego szczura- odparłem pogardliwie ruszając w swoją stronę. 
Złapał mnie mocno za ramię; spróbowałem się wyrwać, ale odwrócił mnie twarzą do siebie i chwytając mnie za krawat mundurka spojrzał mi w oczy; mówiąc:
-O nic więcej cię nie poproszę; tylko mnie posłuchaj- powiedział błagalnym tonem; spuszczając wzrok.- Pilnuj Tori; żeby nie próbowała zrobić dla mnie nic głupiego.- powiedział; po czym puścił mnie i odszedł z dłońmi w kieszeniach skórzanej kurtki. 
Dopiero po dłuższej chwili przypomniałem sobie; że się spieszę; więc zacząłem biec w stronę drogi prowadzącej do domu Callisto. 
Nie mogę się spóźnić... Ona będzie mnie potrzebować.. 

Luca Raven zadzwonił do mnie chwilę przed południem i wyjaśnił; że mogą jeszcze pomóc Callisto. Potrzebują do tego tylko mnie i Luciana. 
Wyjaśnił również; na czym ma to wszystko polegać i zapytał, czy się na to zgadzam. 
Zgodziłem się.
Zgodziłbym się na wszystko; co choć w małym stopniu mogłoby spowolnić upadek Callisto do poziomu D...

Biegnąc leśną drogą potknąłem się i miałem bliskie spotkanie z dębem. 
Oparłem dłonie o pień zanim walnąłem twarzą w drzewo. 
-A żeby to...- prychnąłem omijając przeszkodę i znów rzuciłem się do biegu. 
Kilkanaście metrów dalej zdążyłem odbić w prawo, nim zderzyłem się z Lucianem.
-Cześć- przywitaliśmy się równocześnie.
-Ciebie też wezwał?- Spytał wolno. 
-Tak.. Tylko, że nie do końca wiem; o co chodzi- przyznałem.- Wyjaśnił mi; na czym to ma polegać; ale...
Gabriel patrzył na mnie z boku biegnąc. W ostatniej chwili przeskoczył rów.
-Wszystko zrozumiesz na miejscu- oznajmił z uśmiechem. 
Jednym susem przesadziłem bramę i skierowałem się w stronę domu. Lucian dołączył do mnie zanim Luca Raven otworzył nam drzwi. 
-Wejdźcie- rzucił Luca. Z salonu usłyszałem rozmowy i szuranie przesuwanych przedmiotów. Sussan Raven krzątała się między kuchnią a salonem; niosąc to jakieś świece; to inne dziwne przedmioty. 
Patrzyłem pytająco na Gabriela; ale ten przygladał się przygotowaniom. 
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Zebraliśmy się w salonie. Widząc na podłodze- w miejscu; gdzie zwykle leżał dywan- na parkiecie widniał symbol, który widziałem w jednej z książek. 
Był podobny do znaku na dłoni Luciana; ale gwiazdę w okręgu otaczało drugie; nieco większe koło; a w przestrzeni pomiędzy okręgami twórca znaku namalował w miejscu stron świata cztery symbole wcale nie przypominające znanych mi liter. Sussan Raven ustawiła na tych znakach grube świece. Na łóżku w środku okręgu leżała pogrążona we śnie Callisto.
Alec Raven wpatrywał się w trzymaną przez siebie książkę w skupieniu. Jonathan z kolei obszedł krąg dookoła kładąc między świecami pozapisywane małe kartki- na każdej z nich była inna "litera". 
Luca Raven trzymał w palcach sztylet z wytłoczonym na rękojeści herbem rodu. 
-Możemy się jeszcze z tego wycofać; Luca- Alec podniósł oczy znad książki i spojrzał na mlodszego brata. 
Luca spojrzał nań; ale nim zdążył powiedzieć choć słowo od drzwi odezwał się męski głos:
-Tylko w ten sposób można ją ochronić...
Wszyscy; wliczając w to Luciana, skierowaliśmy oczy w tamtą stronę.
W drzwiach salonu stał ubrany w czerń wysoki i uderzająco podobny do Aleca mężczyzna. 
-Panicz...?- Lucian wpatrywał się zszokowany w stojącego przed nami...
Najstarszego z czterech synów czwartego pokolenia rodu Kruka..
Cristophera Johna Raven.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz