środa, 24 stycznia 2018

Hunter III: Curse Rozdział VIII: Zwariowane miasto; Chowańce i inne (niestworzone?) historie

Vincent Rodriguez; kapitan szkolnej drużyny koszykówki; licealista drugiego roku. 
Wychodziłem właśnie ze spożywczego; gdy w mojej kieszeni rozdzwonił się telefon. Z przepełniającym mnie uczuciem niepokoju zacząłem grzebać po kieszeniach. Widząc nieznany kontakt odebrałem połączenie. 
-Dodzwoniłem się do pana Vincenta Octavio Rodrigueza?- Usłyszałem po drugiej stronie linii. 
-Tak; o co chodzi?- Szybko wrzuciłem zakupy na siedzenie Nissana. 
-Pańska dziewczyna właśnie do nas dotarła... 
-Już jadę- odparłem uruchamiając wóz. Ruszyłem z piskiem opon. -To się mały pospieszyłeś...- Mruknąłem skręcając w stronę szpitala. 

-Vincent- Matka Tori wstała i podeszła szybko. 
-Co z Tori? Z dzieckiem? Wszystko w porządku?- Dopytywałem zdenerwowany. 
-Zaczęło się..- Nawet nie zauważyłbym istnienia babci Tori; gdyby ta się nie odezwała. 
Godziny wlokły się w nieskończoność. Nie potrafiłem znaleźć sobie miejsca; chodziłem korytarzem przed salą porodową przeklinając pod nosem. 
-Ile to jeszcze potrwa??- Zacząłem się niepokoić. Byłem coraz bardziej zdenerwowany. Trzasnąłem w coś otwartą dłonią. Starsza kobieta uniosła wzrok znad różańca i spojrzała na mnie. 
-Uspokój się; chłopcze- oznajmiła cicho; innym, niż zwykle tonem. Nigdy tak do mnie nie mówiła. 
-Jak mam się uspokoić; skoro to trwa tak długo?? Czemu nikt nie wychodzi?? Nikt nie wychodzi, żeby cokolwiek powiedzieć! Kurwa.!- Pierwszy raz od dłuższego czasu zakląłem. Zza drzwi dało się słyszeć płacz dziecka i niewyraźną rozmowę.. 
Oparłem się o ścianę. Pociemniało mi w oczach i zrobiło mi się słabo. 
-Vincent; wszystko z tobą dobrze??- Zaniepokoiła się matka Tori. 
-On zaraz zemdleje.. Pomocy!- Babcia Tori zaczęła wołać... Kogoś. 

-Panie Rodriguez...?- Zmrużyłem oczy przed światłem punktowej latarki.- Źrenice reagują prawidłowo. Nie uderzył się w głowę?- Zapytał kogoś. 
-Nie; zdążyłam zauważyć, że odlatuje- oznajmiła babcia Tori; używając młodzieżowego określenia. 
-To wygląda na skutek długotrwałego stresu...- zauważył lekarz.- A pan to..?- Zdziwił się widząc w przejściu mężczyznę o śniadej cerze i obcych rysach. 
-Octavio Rodriguez- odparł głos mojego ojca.- Co z moim synem? 
-W porządku. Tylko zemdlał..- Zaczęli rozmawiać. 
-Dobra, spadam stąd..- wymruczałem wstając ze szpitalnego łóżka. 
-Dokąd?- Zdumiała się Margaret Fray; czyli babcia Tori. 
-Muszę wiedzieć, co z nimi..- Kobieta powstrzymała mnie; sadzając siłą na łóżku. -Wszystko dobrze.. Nie musisz się już denerwować; chłopcze..- odparła opierając mi dłoń na ramieniu.- Masz syna. Tydzień przed terminem. 
-Jest zdrowy? A Tori?- Dopytywałem się. 
-Pewnie, że zdrowy; a jak inaczej?- Zapytała z irytacją.- Tori odpoczywa..  Po takim bobasie to się, w sumie, nie dziwię.. 
-Co chce pani przez to powiedzieć?- Zapytałem powoli. Kobieta uśmiechnęła się z zakłopotaniem. 
-Trzy tysiące czterysta gramów i pięćdziesiąt centymetrów to dużo; jak na wcześniaka- powiedziała zawstydzona. 
Szybko przeanalizowałem to; co czytałem o noworodkach i zrozumiałem; że przedział mi nie pasuje. 
-Nie powinien być bardziej mniejszy?- Zapytałem zaniepokojony. -Lekarze nie uważają; żeby był to powód do niepokoju- odparła spokojnie. 
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪ 
Trening... 
-Rodriguez; skup się!- Warknął Hooch; rzucając mi piłkę. 
-Vincent; wszystko gra?-  Zapytał Paul przyglądając mi się. Zresztą widziałem; że wszyscy, z trenerem włącznie, dziwnie na mnie patrzą. 
-Nic mi nie jest- zbyłem okręcając na palcu piłkę do kosza. 
Zaczęliśmy znów grać. Kilka sekund później kolejny raz leżałem na glebie. Jeden z chłopaków pomógł mi się podnieść. 
-Co się z tobą dzieje; Rodriguez? Od miesiąca drobisz; jak jakaś...  Panienka- prychnął z irytacją Hooch. Spojrzałem na faceta z dystansem. Ledwo panując nad sobą, z trudem oparłem się pokusie przypierdolenia mu z pięści. Wiedziałem; że robi to specjalnie; by mnie sprowokować. 

W szatni... 
-On tylko na to liczy- odezwał się Dominic wtrącając się do gadki. 
-Niedoczekanie- odparłem zawzięcie. 
-Możemy gdzieś na niego po ciemku zaczekać- zasugerował cicho Josh. 
-Dajcie spokój. Jeśli drugi raz zarobi od kogoś ze szkoły, znów pójdzie na moje konto- wzruszyłem ramionami.- Wiecie, że raz się nie powstrzymałem. Dostanie następnego strzała; poskarży na mnie; a mnie wyjebią ze szkoły. Prosty temat, bo kto uwierzy jakiemuś szczeniakowi: do tego obcokrajowcowi z rozbitej rodziny. Chyba wiecie, co jest synonimem "rozbitej rodziny"..- Dodałem z niechęcią zamykając szafkę. 
-Nie łam się. On w końcu odpuści- Paul; jak zwykle starał się mnie wesprzeć. 
-Taa; odpuści. Jak Undertaker wykopie mi dołek tuż za miastem- zakpiłem. Zakładając skórzane rękawiczki sięgnąłem po torbę
-Nara- rzuciłem wychodząc z szatni. 
Poniedziałek, po zajęciach. 
-Dzień dobry..- rzuciłem niepewnie, wchodząc na salę. 
-Pan do kogo?- Zapytała gruba pielegniarka przyglądając mi się. 
-Vincent...- usłyszałem cichy szept. Tori próbowała się podnieść; ale kobieta jej nie pozwoliła. 
-Do tej pani...- Uśmiechnąłem się do Tori. 
-Pół godziny; pani Miles jest jeszcze osłabiona- oznajmiła surowo. 
-Godzinę- przerwał lekarz wprowadzając mnie do sali.- To pan jest ojcem malucha? 
-Tak- potwierdziłem witając się z Tori. 
-Chciałbym; żebyście państwo wypełnili dokumenty maleństwa.. 
-Oczywiście- odpowiedziałem z uciechą; biorąc papiery.- Imię lub imiona... 
-Vincent Octavio; po tatusiu- Podyktowała z diabelskim uśmieszkiem Tori. 
-Zawsze stawiasz na swoim?- Spytałem udając niechęć. 
-Wiesz, że zawsze- szepnęła przymilnie. 
-Nazwisko...? Wiadomo, że Rodriguez- rzuciłem wymownie. Od razu wpisałem w rubrykę "ojciec" swoje dane. 
-Jest pan obcokrajowcem?- Zapytał z zainteresowaniem doktor. 
-Tak; pochodzę z Hiszpanii.- odpowiedziałem uprzejmie. 
-Słyszałem, że tam są piękne widoki- zauważył mężczyzna. 
-Szczególnie nad morzem- przytaknąłem oddając mu wypełnione dokumenty. 
Tori Miles; Królowa Ogólniaka 
Wydawało mi się; że Vincent wyraźnie posmutniał; gdy rozmowa skierowała się na temat jego rodzinnego kraju. Niezwykle rzadko opowiadał o Hiszpanii, a w rodowitym języku nie rozmawiał nawet ze swoim ojcem: gdy ten pytał o coś syna w ojczystym języku, Vincent odpowiadał po prostu po naszemu. 
-Nic mi nie jest- powiedział gdy lekarz zniknął w korytarzu. 
-Brakuje ci Hiszpanii?- Zapytałam ostrożnie, wiedząc; że ten niewinny temat może go rozdrażnić. 
-Wszędzie jest dobrze. Wszędzie, czyli tam; gdzie nie ma mojej matki- nie takiej odpowiedzi się po nim spodziewałam. 
-Za co ty jej tak nienawidzisz; Vincent?- Zapytałam biorąc jego dłoń w swoje, spojrzałam w te tęczówki w kolorze palonej kawy. 
-To nie tak...- westchnął ciężko.- Wcale jej nie nienawidzę. Ona po prostu umarła.. Przestała dla mnie istnieć- wyznał z goryczą. Usłyszałam ciche kroki. W drzwiach mignęła mi czarna kurtka jego ojca. 
-Moje miejsce jest tu. Z wami- powiedział cicho. 
-Widzę, że ci smutno za każdym razem; gdy ktoś wspomni o...- urwałam nagle widząc wyraz jego oczu.- Nie wiem; czemu niewiele mówisz o domu. Vincent długo patrzył mi w oczy nic nie mówiąc. 
-Chodzi ci o to czemu nie mówię w rodzimym języku..- zauważył powoli. 
-Po prostu chciałabym zrozumieć; czemu zaczęliście wszystko od nowa..- zaczęłam cicho. 
-Dlaczego ciągle musimy do tego wracać?- Zapytał ponuro. 
-Chcę cię zrozumieć.. Mam wrażenie; jakbym cię wcale nie znała. 
-Chciałem po prostu o tym wszystkim zapomnieć. Nie oglądać się wstecz i iść do przodu, czy to aż tyle?- Czułam; że to cholernie go rani.- Jak ty byś się czuła, gdyby twoja matka z dnia na dzień zostawiła wszystko i odeszła bez słowa? Gdybyś dowiadywała się prawdy; którą wiedzieli wszyscy, oprócz ciebie?- Zapytał dobitnie.- Moja matka będąc w związku małżeńskim z ojcem równocześnie miała na boku trzech innych facetów; ale nie to jest najgorsze- nie przerywałam mu. Wiedziałam, że jeśli teraz to zrobię; to nigdy więcej nie wrócimy do tej rozmowy.- Najgorsze jest to; że potrafiła zdradzić ojca z jego najlepszym przyjacielem i po tym wszystkim spojrzeć mu prosto w oczy. Nie pamiętam; jak przebiegł ich rozwód; ale od tamtej pory nie chcę tej kobiety ani znać; ani widzieć. Nie interesowała się mną przez dwanaście lat, a teraz nagle sobie o mnie przypomniała? Totalne dno. Totalne- powiedział z obrzydzeniem.- Nie rozumiem ojca.. Nie rozumiem; dlaczego potrafił jej wybaczyć to, co zrobiła... Czemu ciągle się stara; żebym też jej wybaczył- zwierzył mi się smutno.- Ona go zniszczyła, rozpieprzyła mu całe życie; a on tak po prostu jej wybaczył.. Ja tak nie mogę..- Powiedział cicho, obejmując mnie oparł czoło na moim ramieniu.- Zwyczajnie nie potrafię. 
-Nie jesteś, po prostu, na to gotowy- powiedziałam spokojnie; gdy zamilkł.- Rozumiem..- objęłam go mocniej.- To się więcej nie powtórzy.. Będziesz szczęśliwy.. Będziemy- nadal byłam osłabiona, ale zdobyłam się na lekki uśmiech i otarcie jego łez.- Nawet twój ojciec będzie.. Na pewno- powiedziałam pocieszająco kładąc się spowrotem na łóżku. 
Vincent Rodriguez; kapitan szkolnej drużyny koszykówki; licealista drugiego roku. 
Tori znów zasnęła. Naprawdę potrzebowała odpoczynku. Właściwie nie miałem pojęcia, czemu akurat mnie trafiła się taka dziewczyna, jak Tori. Była wspaniałą, naprawdę wrażliwą i pełną zrozumienia osobą; choć przed innymi ukrywała te cechy. 
-Eres todo lo, que tengo de más preciado en este maldito mundo. Ustedes dos son: tú y él..- Nagle zamrugałem zdziwiony. 
-Después de tantos años, finalmente oír de su boca española; Vicent- zauważył mój ojciec od drzwi. Stał na korytarzu z dwoma kawami z automatu. Nie zrozumiałem, czemu akurat teraz powiedziałem coś tak ważnego właśnie po hiszpańsku, którego nie używałem- jak słusznie stwierdził ojciec- od tylu lat. Wstałem powoli i wyszedłem. 
-Dzięki- rzuciłem; gdy podał mi kawę. Upiłem spory łyk. 
-Musisz naprawdę bardzo kochać Tori- powiedział mój ojciec. 

Po tylu latach wreszcie słyszę z twoich ust hiszpański; Vincent- Ojciec chyba bardzo chciał, żebym w domu mówił po naszemu. 

Jesteście dla mnie wszystkim, co cenne na tym cholernym świecie. Ty i on.- Właściwie po hiszpańsku nie brzmiało to tak pusto... 
-Tak bardzo; że ustaliliśmy już datę- odparłem zamyślony. 
-Qué fecha?- Zapytał powoli. 
-Ślubu, ojcze- odpowiedziałem po prostu. 
-Nie mówiłeś, że chcesz się ożenić- zauważył zaskoczony. 
-To miała być niespodzianka, więc nic nie wiesz, jakby co- uśmiechnąłem się porozumiewawczo. 
-Dobrze... Tajemnica to tajemnica- odparł przewracając oczami.- Jak nazwaliście małego.? 
-Tori się uparła na imiona po mnie.. Powiedziała, że świetnie brzmią i w ogóle.. 
-Drugi Vincent Octavio... Mam nadzieję, że nie będzie tak wybitnym rozrabiaką; jak ty- Octavio Rodriguez objął mnie i pierwszy raz od dawna się uśmiechnął. 
Callisto Raven, postrach ogólniaka. 
Biegłam na komisariat; gdy zderzyłam się z jakimś chłopakiem. Szybko złapałam go za rękaw kurtki i osadziłam na miejscu. 
-Raven..- po dłuższej chwili poznałam Thomasa. 
-Co jest...? Trochę się spieszę- Zapytałam nieco zdenerwowana. 
-Chodzi o Anastasię... Po prostu się o nią martwię.. Od weekendu się nie odzywa; nie przyszła do szkoły i.. 
-Coś się stało Stacii?- Zapytałam powoli, lecz z niepokojem. Thomas opowiedział, co wydarzyło się w sobotę u Wayland. 
-I ona... Prawie ześwirowała, jak zobaczyła krew... Chciałem jakoś jej pomóc; ale ona... W tym samym momencie usłyszałam z boku coś dziwnego. Byliśmy w pobliżu kościoła farnego. Odgłos dochodził z dużego parku i przypominał trzepot płetw. W dodatku niepokojąco się zbliżał. 
-Padnij!- Pchnęłam go na chodnik i sama uchyliłam się przed dziwnym stworem. W tej samej chwili padło kilka strzałów z broni palnej. Zza topoli wynurzyła się lufa strzelby i padł kolejny strzał. Zaskoczony Jacob Tanner widząc rozpadające się truchło rybo-ślimaka rozejrzał się oszołomiony; lecz Bergmann zdążył zniknąć w położonym niedaleko małym parku. Jacob powoli opuścił służbową broń. 
-Jest tu ktoś jeszcze...- zaobserwował w zamyśleniu.- Raven; wszystko gra? 
-Taa, nic mi nie jest...- odparłam. Oszołomiony Thomas dźwignął się z zaspy i otrzepując się ze śniegu, jęknął: 
-Skąd to tu przylazło..?- Wymamrotał zdumiony. 
-Widziałeś to już?- Zdziwił się Jake. 
-Zaatakowało mojego kumpla. Wybiło szybę w aucie i prawie zeżarło mu ramię... 
-Jak się nazywa ten chłopak..?- Zapytał ostro komisarz. 
-Malcolm Star- odpowiedziałam ubiegając Thomasa. 
-Był z wami ktoś jeszcze?- Wypytywał dalej Jacob. 
-Stacia Forbes i Hannah Coleman...- Thomas nie do końca rozumiał, czemu policjant pyta o takie głupoty. 
-A ty nazywasz się..? 
-Thomas Carver- odparł nieco przestraszony chłopak. 
-Dziękuję; jesteś wolny- oznajmił Jacob zapisując w notesie nazwisko chłopaka. Thomas powoli ruszył w swoją stronę. 
-Carver...- rzuciłam za nim. 
-Pogadamy później- odparł cicho odchodząc. Budynek komendy miejskiej policji... 
-Naprawdę nie zajmujemy się takimi bzdurami..- oznajmił poirytowany posterunkowy Church; spoglądając z opanowaniem na rozhisteryzowaną kobietę. 
-Mój Flaps oszalał, a pan twierdzi, że to bzdura?- Hornett była może nieco zwariowaną staruszką i straszną plotkarą; ale nigdy nie widziałam jej w takim stanie. 
-Naprawdę nie zajmujemy się sprawami "opętanych psów". Może powinna jechać pani z pupilem do weterynarza- zasugerował poirytowany posterunkowy Church. 
-Callisto?- Zaczął zdziwiony Jacob patrząc na mnie przez ramię. 
-To może być ciekawe..- zawróciłam w stronę Hornett. -Co dalej z tym psem?- Zapytałam zaciekawiona. Kobieta zmierzyła mnie uważnym spojrzeniem i zaczęła opowieść. Z tego, co udało mi się zrozumieć pies się wybiegał i piszcząc wbiegł do domu. Demolując wszystko na swojej drodze wpadł w najciemniejszy kąt i ukrył się pod starym łóżkiem. 
-Od trzech dni stamtąd nie wyszedł, a w nocy... W nocy to łóżko wali w podłogę i ściany... 
-Takich głupot nie słyszałem od kiedy zostałem policjantem- stwierdził z irytacją Church. 
-Cicho- odparłam zamyślona.- Mam rozumieć, że to ten sam mebel, pod który wlazł pani pies..- zaczęłam. 
-Właśnie...- Przytaknęła Hornett; lecz nagle na jej twarzy pojawiła się podejrzliwość.- Zresztą, po co ja to mówię..? I tak wszyscy tu są sceptyczni... 
-Te hałasy dzieją się o tej samej godzinie?- Zapytałam nie słuchając jej ostatnich słów. 
-Dlaczego o to pytasz; Callisto?- Zapytał zdziwiony Jacob. Hornett wydusiła krótkie potwierdzenie. 
-A ten pies... Zauważyła pani żeby coś go pogryzło?- Pytałam dalej. 
Hornett była może nieco walniętą i wścibską babą; ale nigdy nie widziałam jej w takim stanie. 
-To się dzieje o czwartej czterdzieści cztery; ale...- zaczęła z wahaniem staruszka. 
-Hmmm- mruknęłam otwierając wyciągniętą z kieszeni czekoladę. Chrupiąc kostkę zastanawiałam się przez chwilę.- Opętany pies wlazł pod łóżko i hałasuje dokładnie o czwartej czterdzieści cztery... Trzy dni temu coś go ugryzło i się zaczęło... Podejrzane..- oparłam się o biurko, nadal jedząc spojrzałam na zimę za oknem. 
-Ten pies pewnie potrzebuje egzorcysty- zakpił Church. 
-Nie sadzę..- odparłam nadal pogrążona w rozmyślaniach. 
-Myślisz; że to ma związek z tymi..- Zaczął komisarz. 
-Jestem prawie pewna..- Nagłe trzaskanie krotkofalówki na biurku Churcha i zniekształcony głos wybudziły mnie z letargu. 
-Zero zero tu zero dziewięć! Odbiór!- Mówił przerażony głos policjanta. Dochodziły do tego hałasy tłuczonego szkła i zgrzyt giętej blachy.- Atakują nas... Drzewa..!? Jesteśmy kilometr na północ od  farmy Wolfa; w lesie.. Przyślijcie karetkę - Chwilę potem usłyszeliśmy tylko urwany krzyk policjanta. Potem nastała cisza. 
-Zero dziewięć.? Dziewiątka; odezwij się- Jacob próbował nawiązać jakiś kontakt z patrolem. Bez skutku. Natychmiast wydał polecenie, by namierzyć radiowóz i wysłać karetkę we wskazane miejsce. 
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪ 
-Czy wam już kompletnie odbiło??!! Nudzicie się w tym jebanym schronisku i stroicie sobie głupie żarty??- Warknął godzinę później kierowca karetki. 
-Myślisz; że nie mamy ważniejszych rzeczy do roboty??- Odparował ostrym tonem Church. 
-Co się tu, na litość boską; wyrabia??- Silver wypadł ze swojego biura. 
-Wysłaliście nas niby do patrolu numer dziewięć, twierdząc, że coś im się stało! I co się okazało?- Zapytał rozwścieczony ratownik.- NIKOGO TAM NIE MA! To środek lasu; gdzie nie ma żadnej drogi. 
-Jak to nie ma drogi??- Wybuchnął Church, grzebiąc w komputerze.- Patrz na mapę! Jak tam może nie być drogi; kurwa!?- Odwrócił ku nam monitor. Plan miasta wyraźnie wskazywał białą linię leśnej drogi, z czerwonym punktem w połowie lasu. Facet wpatrując się w obraz poruszał ustami, jak ryba wyciągnięta z wody. 
-Wiem, co widziałem...- Powiedział drżącym głosem, bezgranicznie zdumiony.- Tam były same drzewa... Żadnej drogi...- Bezsilnie padł na krzesło i przetarł dłonią twarz.- Tam nie było nic, poza drzewami...- wyjąkał.- Co tu się, kurwa mać; dzieje...? 
-To wszystko coraz mniej mi się podoba..- stwierdził podejrzliwie Jacob. 
-Widziała pani to gdzieś?- Zapytałam pokazując Hornett fotografię przesłaną mi przez Stacię po ataku na Malcolma. 
-Nie; a powinnam?-Staruszka ledwo rzuciła okiem na obrzydliwą poczwarę utrwaloną na zdjęciu. 
-Niech się pani dobrze przyjrzy..- poprosił Jacob.  
-Uznacie mnie za wariatkę..- powiedziała z porażką Jane Hornett unikając naszego wzroku.- Tamto wyglądało zupełnie inaczej...- powiedziała cicho.- Wyglądem przypominało olbrzymiego psa. Wilczura... Akurat miałam w palcach bloczek i ołówek.- Był wielki. Miał gęstą, ciemnobrązową sierść i żółte ślepia. Nie był groźny. Zanim to się stało, bawił się z Flapsem. 
-Wyglądał mniej, więcej tak?- Zapytałam pokazując rysunek. 
-O to to... Właśnie taki...- Potwierdziła ochoczo kobieta. 
-Co było dalej?- Spytał Jacob pisząc dalej zeznanie kobiety. 
-To zwierzę pozwoliło się pogłaskać. Zachowywało się; jak zwykły psiak- przyznała Hornett.- Po chwili wbiło oczy w jakiś daleki punkt i zaczęło wyć i ujadać w tamtą stronę. Potem zaciągnęło mnie za rękaw w kierunku domu; szczeknęło i pobiegło tam; gdzie coś widziało. I tyle. 
-Jak myślisz; co to mogło być?- Zapytał Jacob; gdy Hornett odeszła. 
-Sama się zastanawiam- skłamałam. Ze słów Hornett wynikało tylko jedno. 
Czekoladowy wielki wilczur... 
Michelle. 
Wataha. 
Likantrop. 
-Najbardziej nurtuje mnie ten cały las...- Stwierdziłam. 
-To znaczy..? 
-Z meldunku dziewiątki i tego, co mówił ten kierowca karetki wynikałoby, że las żyje własnym życiem. 
-Nie rozumiem- oznajmił powoli przyglądając mi się uważnie. 
-Dowódca patrolu mówił że...- zaczęłam pytająco. 
-Zaatakowały ich drzewa. Ten od karetki; Shaw: też przez moment nawijał o drzewach.. 
-A Hornett z kolei twierdzi, że ten wilczur odciągał ją od zagajnika.- Dodałam. 
-Coś w tym jest..- zgodził się powoli.- Im dalej w las, tym więcej drzew... 
Jeszcze nie wiedziałam; że to przysłowie nabiera właśnie dosłownego znaczenia... 
Michael Tyler; uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów... 
Szedłem akurat zająć się dzieciakiem naszych sąsiadów. Państwo Anderson mieli wyjechać na wesele i poprosili mnie o opiekę nad synem- wcielonym diabłem w osobie siedmioletniego chłopca o uroczym imieniu Chris. 
-Znów użerać się z tym rozpuszczonym bachorem...- mruknąłem niechętnie. Byłem też ciekaw, co się dzieje w mieście i, czy to dlatego wampiry tak rzadko pojawiają się na ulicach. -Przecież muszą polować- mruknąłem wsuwając ręce w kieszenie płaszcza. Być może Callisto odkryła coś wiecej- pomyślałem. 
Stanąłem przed drzwiami Andersonów i zadzwoniłem lekko dzwonkiem. 
-Już idę- rzucił miły, kobiecy głos; dało się słyszeć stukot obcasów; a po chwili drzwi się otworzyły. 
-Dobry wieczór; pani Anderson- przywitałem wyfryzowaną kobietę w wieczorowej kreacji.- Pięknie pani wygląda. 
-Dobry wieczór i dziękuję. Wejdź, wejdź- uśmiechnęła się, wpuszczając mnie. 
-Dobry wieczór; Michael- rzucił uprzejmie wychodzący z salonu pan Anderson. Był przystojnym, dobrze zbudowanym, łysym czterdziestokilkulatkiem o jasnoniebieskich oczach. 
-Dobry wieczór- w tej samej chwili złapałem młodego; zanim zdążył zrobić z sukni matki totalną katastrofę. Ręce miał całe w czekoladzie. 
-Dziękuję...- rzuciła z ulgą kobieta.- Zasady znasz; więc... 
-Wszystkim się zajmę- zapewniłem; gdy wychodzili. Chwilę później samochód wyjechał z podjazdu. Młody czymś we mnie rzucił wychylając się zza framugi drzwi wiodących do salonu. Złapałem pocisk i zanim zdążył się ukryć oberwał. 
-Jeden jeden; szczylu- mruknąłem idąc tam.- Jak moje dziecko takie będzie; to ja chyba ocipieję..- westchnąłem.- Chris; fanty na stolik- rzuciłem rozkazująco. 
-Nie jesteś moim tatą- burknął dzieciak. 
-Okej. To ja powiem twojemu tacie; jaki jesteś niegrzeczny- zagroziłem.- Chciałem ci pokazać coś cool; ale chyba nie zasłużyłeś- Udałem że się zastanawiam. 
-Pokaż; co masz...- Mały zaczął marudzić.- Ty zawsze masz coś super... 
-Jak oddasz fanty i umyjesz ręce, to ci pokaże: ty mały brudasie- poczochrałem małego po głowie pieszczotliwie. W ciągu trzech minut znalazły się wszystkie słodycze. Chłopiec pobiegł umyć ręce. 
-No pokaż...- poprosił patrząc na mnie przymilnie.
-Zobacz...- Wyciągnąłem z kieszeni kilka piłek i zacząłem nimi żonglować. 
-Ta pani na święcie założycieli w zeszłym roku była bardziej cool- stwierdził niezbyt przekonany.- Na pewno masz coś lepszego- powiedział podejrzliwie. 
-Jak będziesz grzeczny, to zobaczysz- obiecałem. 

Siedziałem na kanapie, czytając książkę. Chris robił to co zwykle- hałaśliwie bawił się samochodami i zabawkami. 
-Mały psychopata- mruknąłem unosząc wzrok znad książki. W tej chwili rozległ się dziwny hałas. Dzieciak przybiegł z pokoju obok i zalany łzami schował się za mną wczepiając się w moją bluzę.- Co się stało; Chris?- Zapytałem cicho chłopca. 
-Taam..- Zachlipał; pokazując na coś w pokoju. 
-Chodź pokazać... Nie bój się, ze mną nic ci się nie stanie- po długich namowach wreszcie przekonałem Chrisa, który zaprowadził mnie w stronę małego pokoju. Wszedłem w próg i spojrzałem na małego; który pokazywał ręką stary mebel. Była to antyczna szafa, której nie lubił. 
-Taki duży chłopak, a boi się starej szafy?- Zapytałem z przekąsem. 
-Patrz...- Chris ukrył twarz w mojej bluzie. 
-Jeśli robisz sobie ze mnie jaja...- zacząłem idąc nieufnie w stronę mebla. Powoli otworzyłem drzwiczki... -Tu nic nie ma; mały- zachichotałem uspokajając chłopca. Niemal w tej samej chwili odpowiedział mi chichot dziewczyny. -Co do..?- Zacząłem zdumiony. Wtedy z wnętrza szafy wychyliła się niemozliwie poskręcana postać dziewczyny. Odskoczyłem gwałtownie na ten widok. Chris nie miał rodzeństwa, więc skąd ona tutaj? Zacząłem się gorączkowo zastanawiać. W końcu już mocno zirytowany warknąłem trzaskając drzwiami szafy: 
-Spadaj straszyć inne niegrzeczne bachory.!- Dodatkowo zapodałem kopniaka w mebel. I odwróciłem się. Odchodząc zobaczyłem, że szafa kołysze się na boki waląc niemiłosiernie; a z jej wnętrza usłyszałem potworny gadzi syk. Chris nie odstępował mnie na krok. 
Kiedy położył się wreszcie do łóżka, a ja chciałem zgasić światło szepnął: 
-Ona przychodzi jak jest ciemno i trzęsie...- szepnął autentycznie wystraszony. 
-Czym trzęsie..?- Zapytałem ostrożnie. 
-Łóżkiem..- szepnął patrząc na mnie ze strachem.. 
Oglądałem na dole jakiś film; gdy z góry dobiegły hałasy; przeplatane histerycznym krzykiem Chrisa i dziwnymi trzaskami. Sprintem znalazłem się na górze i wpadłem do pokoju malca otwierając drzwi na oścież; zapaliłem światło. To, co zobaczyłem sprawiło; że zszokowany znieruchomiałem gapiąc się z otwartą gębą na oplecione na nogach łóżka, na którym siedział roztrzęsiony Chris; macki; które potrząsały meblem uderzając nim mocno o podłogę. Te macki wychodziły z otwartej szafy. Nie mogłem wydobyć z siebie głosu. W pewnej chwili- czyli, gdy już się opanowałem- wyciągnąłem z ukrytej pod rekawem bluzy pochwy miecz i ciąłem ostrzem najbliższą z obrzydliwych macek. Z szafy wydobył się wściekły syk; a ramiona potwora cofnęły się w stronę, z której przyszły. 
-Co to; do huja, ma być...?- Wyszeptałem wpatrując się w zatrzaśniętą szafę. Powoli opuściłem broń; gdy Chris rzucił mi się na szyję. 

-Nie mówiłeś o tym rodzicom?- Zapytałem przygotowując chłopcu kakao. 
-Tata powiedział, że ona nie istnieje- poskarżył się chłopiec.- Był zły; że zmyślam. Ale ja wcale nie wymyślam! Widziałeś ją, prawda...?- Patrzył na mnie żałośnie.- Prawda..?- Pewność w oczach dzieciaka przygasła. Bał się, że jednak mu nie wierzę. 
-Tak, widziałem..- Postawiłem przed chłopcem kubek z kakao, wzdychając ciężko. Nagle z pokoju dało się słyszeć wesoły chichoczący śpiew.. Po chwili słuchania zrobiłem się czerwony; jak piwonia ze wstydu. 
-Co to jest "dziwka"?- zapytał zdziwiony Chris. 
-Lepiej nie mów tak przy rodzicach- bąknąłem. Z każdym kolejnym wersem miałem coraz większą  ochotę zatłuc to; co było odpowiedzialne za nieprzyzwoite zachowanie tej dziewczyny. 
Godzina pierwsza w nocy. Ta franca z szafy dalej śpiewała tą chamską piosenkę. Zaczynało mnie to irytować, zresztą żal było patrzeć na dzieciaka próbującego zasnąć przy takiej... Kołysance. 
-Och, zamknij się wreszcie; poczwaro!- Warknąłem znudzonym tonem; rzucając czymś w antyczny mebel w mniejszym pokoju. Przedmiot odbił się od przeszkody i poleciał we mnie. Chwyciłem i obejrzałem piłkę. Tenisowa. Za każdym razem, gdy rzuciłem nią w szafę, ukryty w niej potwór wydobywał z siebie wrogi syk. Nagły dzwonek do drzwi sprawił, że podskoczyłem. Dziewczyna z szafy zaczęła syczeć coraz wyraźniej. 
-Kto przychodzi do czyjegoś domu tak późno?- Zdziwiłem się. 
-To pewnie ta dziwnie ubrana pani...- Powiedział młody pijąc kakao. 
-Dziwnie ubrana pani?- Spytałem zaskoczony. W tym momencie szafa znów zaczęła się trząść i hałasować; jakby ten powyginany potwór wyjątkowo nienawidził  osoby stojącej za drzwiami. Jakby wręcz się jej bał. Ciche, nieśmiałe pukanie ucichło. Usłyszałem stukot i szelest ubrania odchodzącej postaci. W ostatniej chwili otworzyłem drzwi wołając: 
-Niech pani zaczeka..- Sam właściwie nie miałem pojęcia; dlaczego to robię.  Postać w pięknym, orientalnym stroju powoli  odwróciła się ku mnie i patrzyła na mnie długą chwilę z dziwnym wyrazem twarzy. Chris zapalił żarówkę na schodach wejściowych. Ciepłe, jasne światło padło na odzianą w jedwabne i wzorzyste kimono o turkusowym kolorze. Na talii miała szeroki złoty pas materiału. Buty stukały z każdym drobnym krokiem dziewczyny z wymyślną fryzurą na głowie. Czarne włosy i oczy; azjatycka cera. Chris dołączył do mnie i wczepił się palcami w kraniec mojej bluzy. 
-Dobry wieczór; Tyler-sama- Zastanawiałem się; skąd dziewczyna zna moje nazwisko; skoro widzimy się dopiero pierwszy raz w życiu. Z lekkim opóźnieniem odwzajemniłem ukłon dziewczyny. Ostatnia lekcja profesor Lee się na coś przydała. 
-Proszę wejdź...- Zaprosiłem uprzejmie. Dziewczyna nieśmiało weszła do środka; wtedy tuż przed nią pojawiła się ta poczwara. Nadal na czworakach sycząc, jak żmija- zrobiła coś niemożliwego: okręciła głowę dookoła wpatrując się w nieznajomą i chichocząc upiornie. Azjatka odwzajemniając wzrok zgniłozielonych oczu zaczęła dziwacznie gestykulować mówiąc coś po swojemu. Chris schował się za mną. 
-Akuma- powiedziała z namysłem Azjatka. Pełzający stwór powoli odkręcił dziewczęcą głowę do normalnej pozy i zaczął pełznąć do tyłu wykrzykując coś w tym piskliwym dialekcie z nienawiścią.- Zrobię je z drewna i pędów; z drewna i pędów; z drewna i pędów. Wybiję wam kilka zębów. Patrzcie chłopcy, co tam leci; co tam leci; co tam leci. To lisica sprząta śmieci- Zanuciła dziewczyna w kimonie znudzona. 
-Co to ma być?- Jęknąłem z irytacją. Azjatka trzymając między dwoma palcami lewej dłoni jakąś małą; prostokątną karteczkę z jakimiś krzaczkami spojrzała na mnie przez ramię rzucając: 
-Tropię ich od siedmiu lat- odpowiedziała, wymamrotała kilka obcych słów. Kartka w jej palcach stanęła w szmaragdowym płomieniu; a przy niej, po bokach stanęły dwa mgliste lisy i rzuciły się na poczwarę. 
-Ich?- Zapytałem; czując wtulającego się we mnie  Chrisa. Potworna dziewczyna z sykiem rzuciła się do ucieczki. Zaraz potem zniknęła w... Czarnym przejściu? Lisy cofnęły się sprzed portalu i kilka sekund później wyparowały. 
-Chyba niewiele wiesz; o tym, co przyszło do tego miasta..- Zauważyła powoli. 
-Więc może mi; łaskawie; powiesz: o co w tym wszystkim chodzi?- Spytałem trochę niecierpliwie. 
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪ 
Chris z trudem zasnął w swoim pokoju. Zszedłem na dół. Dziewczyna czekała w salonie. Siedziała na kanapie; i przegladała wachlarzyk prostokątnych karteczek w swojej dłoni. 
-Co to takiego?- Odważyłem się zapytać. 
-Zaklęcia- odpowiedziała krótko szybkim ruchem składając wachlarzyk, który znikając zmienił się w smużkę dymu. 
-A to wszystko...?- Zacząłem; chcąc się czegokolwiek dowiedzieć.- W ogóle skąd wiesz; jak się nazywam? Dziewczyna przez długi czas przyglądała mi się w ciszy. 
-Pamiętasz swoją wymyśloną przyjaciółkę?- Zapytała ni z gruchy; ni z pietruchy. 
-Miałem pięć lat, skąd mogę pamiętać.? Zresztą, czemu cię to obchodzi?- Zdenerwowało mnie to dziwne pytanie. Skłamałem. Bardzo dobrze pamiętałem "dziewczynkę spod łóżka"; jak zwali Yuri moi rodzice. 
-Bo to ja jestem Yuri- odparła; jakby czytając mi w myślach. 
-Yuri nigdy nie istniała. Byłem tylko dzieciakiem z wybujałą wyobraźnią- wzruszyłem obojętnie ramionami. 
Nieznajoma wbiła we mnie oczy. To przenikliwe iskrzące spojrzenie było mi tak bardzo znajome... Chciałem odepchnąć tę myśl; ale dziewczyna odezwała się: 
-Nazywam się Yuri Hanayakana i to ja byłam "dziewczynką spod łóżka".. Lubisz książki; interesujesz się rusznikarstwem, twoje ulubione rzeczy to: kolor turkusowy, danie: spaghetti bolognese; napój: czarna kawa bez cukru; przedmiot: pluszak Ryjek; zapach: morza. Mam wymieniać dalej?- Zapytała cicho.
 Gapiłem się na nią z rozchylonymi ustami, nie umiejąc wypowiedzieć ani słowa. Totalnie mnie zamurowało. 
-To nieprawda...- Wyszeptałem oszołomiony osuwając się na jakiś fotel.- Niemożliwe... Jakim cudem...?- W mojej głowie szalało tornado różnych myśli. Miałem w niej cholerny mętlik. 
Ta dziwna dziewczyna wiedziała o mnie wszystko. 
*** 
-Jest coś, co mnie zastanawia- Zauważyłem po półgodzinnym milczeniu; gdy wreszcie minął mi szok. 
-Co takiego?- Spytała. 
-Chodzi o to, jak pojawiałaś się pod moim łóżkiem...- zauważyłem wolno. 
-No, tak.. Powinnam to wyjaśnić- westchnęła głęboko.- Widzisz to; co potrafię zaczęło się, kiedy miałam cztery lata; a więc rok zanim się poznaliśmy, jeśli mogę to tak ująć- zaczęła mówić- -Pochodzę z Nagoi. To miasto portowe nad zatoką Ise. Japonia- Kontynuowała Yuri.- Pierwszy raz; kiedy to zrobiłam wylądowałam na torach stacji kolejowej Shibuya w Tokio. To jakieś trzysta czterdzieści cztery kilometry. Po prostu zamknęłam oczy; a po chwili byłam w stolicy- wzruszyła ramionami.- Przez kilka miesięcy pojawiałam się w różnych; niekiedy dziwnych miejscach. Zanim znalazłam się u ciebie, zdążyłam trochę nabroić- westchnęła ciężko.
-Czyli wtedy; pod moim łóżkiem też znalazłaś się przypadkiem?- Zapytałem ostrożnie.
-Nie do końca..- zaprzeczyła z namysłem.- To dziwne, ale już wtedy czułam; że ktoś chce mnie znaleźć.. Myślałam, że to źli ludzie; ale potem okazało się inaczej. To była ucieczka. Potem w Nagoi zaczęło się to; co teraz dzieje się tutaj.. Nie pierwszy raz widziałam coś takiego; jak ona- przyznała widząc; że chcę przerwać.
-A te lisy to...?- Zacząłem wolno.
-To "Chowańce". Są to lisy, które wyczuwają to..
-Co tropisz od siedmiu lat?- Wtrąciłem nagle.
-Tak..- Westchnęła ciężko.- Możesz mi nie uwierzyć; ale oni chcą zniszczyć to miasto; tak jak kiedyś próbowali zniszczyć Nagoyę i; jak dawno temu zrównali z ziemią Wyspę Nadziei
-Jak to zrównali z ziemią?- Ze zdumienia omal nie udławiłem się ciastkiem.
-Po prostu. Nie zostało po niej nawet śladu. Zaczęło się tak samo niewinnie; jak tutaj..
Następnego dnia, budynek liceum.
-Tyler; uważaj na...- zaczął ostrzegawczo Paul.
Bum!
-Drzwi..- skończył Paul wolno.
-Co..?- Ocknąłem się z zadumy i cofnąłem się o krok w akompaniamencie drwiących śmiechów innych uczniów.
-Co się z tobą dzieje?- Zapytała z troską Callisto.
-Nic, tylko się zamyśliłem..- odpowiedziałem wchodząc do szkoły.
Sztuka.
-Tyler- Lee chyba znów była nie w humorze.
-Hmm?- Mruknąłem zawieszając spojrzenie na obrazie z projektora.
-Co powiesz o twórczości Lorda Byrona?- Zapytała Lee przyglądając mi się bardzo uważnie.
-Eee..- obudziłem się z rozmyślań.- No.. Ja tam się nie znam; ale dramaty i poezja to nie do końca moje klimaty..- Stwierdziłem wolno.
Ciągle rozmyślałem nad tym; co powiedziała mi Yuri. Bardziej brzmiało to; jak niestworzone rewelacje; ale...
-Po tym, co zdążyłem już zobaczyć jestem skłonny w to wszystko uwierzyć...- mruknąłem w zastanowieniu.
Paul i Callisto wymienili pełne niepokoju spojrzenie.
Wychowanie fizyczne.
-Co się z tobą dzisiaj dzieje; Tyler?- Paul odciągnął mnie od drzwi szatni i oparł mnie mocno o ścianę tuż obok.
-O co ci chodzi?- Zapytałem odsuwając go na wyciągnięcie ręki.
-Jesteś dzisiaj jakiś... Jak nie ty- zauważył Paul przyglądając mi się.
-To nic takiego..- odpowiedziałem, chcąc ominąć temat.
Paul zmierzył mnie poważnym spojrzeniem. Puścił mnie i wchodząc do szatni zauważył:
-Callisto bardzo się o ciebie martwi- powiedział tylko i zniknął za drzwiami.
-Vincent?- Na widok śniadego dryblasa przez chwilę miałem tak zwany crash systemu.
-Co go tak dziwi?- Spytał Rodriguez Paula.
-Od samego rana ma zawieszony mózg, więc mnie nie pytaj- Paul wzruszył ramionami.
-Od mojego mózgu to ty się odwal- prychnąłem.- Po prostu myślałem; że zrobiłeś sobie urlop od szkoły- zwróciłem się do Vincenta; szukając w plecaku stroju sportowego.
-Nic z tych rzeczy- zaprzeczył Rodriguez rozluźniając krawat. Zdjął marynarkę i rozpinając guziki koszuli dodał- ostatnio miałem kilka szalonych dni- westchnął ciężko.- Tori przedwczoraj urodziła i..
-I co macie?- Zaciekawiłem się.
-Chłopaka; tydzień przed terminem. Macie chrześniaka; Spaghetti- Vincent szturchnął mnie w ramię z uciechą.
-Kuuurczę; ale odlot- Jęknął z podziwem Paul.
-Wow- wydusiłem z siebie zaskoczony.
-Mało powiedziane..- powiedział Vincent zakładając czarną koszulkę.- Na razie mały jest w inkubatorze; ale  wszystko jest w jak najlepszym porządku.. Chcecie zobaczyć?- Spytał.
-Pewnie- rzuciliśmy ochoczo; gdy podał nam swój telefon.
Na zdjęciu w inkubatorze patrzył na nas maluch.
-O żesz ty... Ale byczy- zauważył Paul.
-Piękny i fotogeniczny. Miodzio- dorzuciłem oddając chłopakowi telefon.- Ma już imię?
-Tori się uparła, żeby dać małemu imiona po mnie- przyznał Vincent.
-Vincent Octavio; ładnie- rzucił Paul wesoło.- A jak się ma Tori?
-Na razie odpoczywa. Lekarz stwierdził; że za jakiś tydzień wypiszą oboje- Vincent dawno nie wyglądał na tak ucieszonego. W ogóle rzadko na jego twarzy było widać coś więcej, niż zwykły spokój i powagę.
-Jesteś szczęśliwy; Rodriguez- rzuciłem lekko.
-I to jak. Szczęściarz został tatą- Paul poklepał Vincenta po ramieniu.
-Wiecie; trochę się martwię; czy zdążę przygotować wszystko na czas...- Vincent nagle zmarkotniał.- Trzeba zrobić pokoik i w ogóle tyle rzeczy jest do ogarnięcia...
-Od czego ma się kumpli, Vincent.? Pomożemy ci we wszystkim- Rzucił Paul wymownie.
-Dzięki; chłopaki..- westchnął z wdzięcznością Hiszpan.
-Wredny Hooch... Znowu musimy nabijać dychę wokół sali- Sapnął ze złością Dominic Silver, nieco za nami.
-Nienawidzę go- burknął Fox.- Tak go nienawidzę; że najchętniej skopałbym mu tył..- Nagle zaklął soczyście i zawył z bólu. Leżąc na podłodze trzymał się za prawą kostkę.
Hooch znalazł się przy nim.
-Zabierz rękę- rzucił nauczyciel. Oglądając przez chwilę wygiętą dziwnie stopę chłopaka rzucił- Silver, Brandt; pomóżcie mi go podnieść.- Rzucił krótko i zwrócił się do Fox'a.- Jesteś w stanie wstać?
-S-Spróbuję- Fox syknął i opierając się na chłopakach stanął na zdrowej nodze.
-Zaprowadźcie go do pielęgniarki; chłopcy- nakazał Hooch.
Historia...
Bergmann zamknął z trzaskiem swoje tomiszcze; rzucając:
-Zapraszam; uczniowie, zapraszam- powiedział uprzejmie.
Zauważyłem, że Callisto obserwuje mnie uważnie.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Tylko dobrze chroń swojego króla- usłyszałam  jego cichy głos.
W ciele poczułam nagłe uderzenie. Było tak mocne; że zgięłam się wpół. W ułamku sekund dłoń zacisnęła się na krańcu najbliższego stolika.
-Callisto..
-Raven.. Dobrze się czujesz?
Michael i Bergmann równocześnie przyskoczyli i podtrzymując w pionie doprowadzili mnie do najbliższego krzesła.
-To zaraz przejdzie...- odparłam słabo, biorąc kilka głębokich wdechów.
-Callisto; naprawdę wszystko gra..?- Zapytał zaniepokojony nie na żarty zielonooki.
-J-już mi lepiej..- skłamałam.
-Proszę.. Wypij..- Bergmann na oczach całej grupy podsunął mi plastikowy kubeczek.
-Dziękuję; profesorze..- powoli wypiłam napój. Miał lekko pomarańczowy smak. Od razu poczułam się lepiej. Wszyscy gapili się na historyka zaskoczeni.
-Sadzę, że masz niedobór żelaza; Raven- zauważył pod ostrzałem spojrzeń nauczyciel przyglądając mi się typowo lekarskim okiem.
-To coś groźnego?- Zaniepokoił się Michael.
-Może prowadzić do anemii- odparł z namysłem nauczyciel.- Powinnaś zrobić podstawowe badania; Raven.. Mam nadzieję; że przypilnuje pan swoją przyjaciółkę- zwrócił się do Michaela.
-Oczywiście- odpowiedział zielonooki poważnie.
-Zatem zaczynamy lekcję- Bergmann ruszył do swojego biurka...
-Ten facet ma łeb na karku- rzuciła Sheila Sand do Julie.
-Ciekawe; skąd tyle wie..- zauważył za nami Silver.
Po tej sytuacji na lekcji historii wszyscy plotkowali nie tylko o Bergmannie; ale także o mnie.
-Tylko kłapią tymi dziobami; padalce jedne- mruknęłam niechętnie.- Cisza.. Cisza i... Bum! Nagle mamy zajebisty temat do plot- burknęłam rozdrażniona.
-A jeśli on ma rację?- Zapytał rozsądnie Paul.
-To naprawdę poważna sprawa; Raven- poparł go Vincent.- Nie chcę ci mówić, co masz robić; ale jesteś w ciąży i... No..
-Powinnaś o siebie dbać- dokończył z troską Michael.
-Cholerna męska solidarność- wybuchnęłam poirytowana.- Jak zawsze zgodni w obrzucaniu mnie śledziami- prychnęłam.
-Och; Callisto..- Michael ścisnął mocniej moją dłoń patrząc na mnie prosząco.- Chcę dla ciebie jak najlepiej; przecież wiesz..
Zamilkłam. Wciąż byłam wściekła; ale nie miałam ochoty się kłócić. W końcu mieli rację.
-Zjadłabym coś słodkiego..- powiedziałam.
-Na co masz ochotę tym razem?- Michael wyraźnie się uspokoił.
-Marzą mi się...- zastanowiłam się.
Przez określenie "coś słodkiego" dotąd rozumiałam tylko ciastka; żelki lub czekoladę; a teraz miałam ochotę na coś... Coś mega pysznego; najlepiej z toffee; albo...
-Może drożdżówka?- Zasugerował Paul przyglądając mi się.
-Rogaliki?- Strzelił Rodriguez; gdy pokręciłam głową w geście odmowy; rzucił.- Sernik??
-Skąd ci się sernik wziął; człowieku?- Zdziwił się Paul; a Vincent wzruszył ramionami.
-Coś pomiędzy pierwszą i trzecią opcją...?- rzuciłam z nutą pytania.
-Może jej chodzi o pączki albo donuty?- Spytała nagle siedząca na ławce Diana odwracając wzrok od telefonu.
-Pączki? Z toffee?- Zapytałam z nadzieją.
-Lekko; ale z serem są lepsze- zauważyła powoli, nieco zdziwiona.
-Tryb "słodkie szaleństwo" aktywowany.. Bomba zegarowa ruszyła...- zauważył wymownie Michael.- Zaraz wracam..- rzucił znikając za zakrętem.
Michael Tyler; uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Wypadłem za szkolną bramę i zaraz odbiłem w prawo. Po kilkunastu metrach wbiegłem zasapany do sklepu z pieczywem mieszczącego się obok piekarni.
-Dzień dobry...- wydusiłem oddychając ciężko.
-Dzień dobry; co podać?- Spytała lekko kobieta.
-Sześć pączków: trzy z serem i trzy z toffee-rzuciłem szybko.
Pięć minut później...
Przez trzy piętra odprowadzały mnie chichoty; komentarze i zdziwione spojrzenia licealistów.
-Tyler- zahamowałem ostro; z piskiem butów; tuż przed Modliszką.
-Gdzie się szwendasz podczas zajęć; jeśli mogę wiedzieć?- Zapytała tonem reprymendy, patrząc na mnie znad szkieł okularów.
-Ja.... No; tego..- Nie bardzo wiedziałem, jak się wytłumaczyć.
-Żeby mi to twoje włóczenie się było ostatni raz; Tyler- kobieta widząc kartonik ze znakiem najbliższej cukierni jakoś szybko odpuściła.
-Oczywiście, pani profesor; mogę już...
-Jesteś wolny- rzuciła i obejrzała się; gdy pędziłem korytarzem ku sali fizyki.
-Patrzcie, jak koleś zasuwa!- Rzucił jakiś chłopak, obok którego przebiegłem.
-Mówisz i masz; Cally- zauważył Paul, gdy zatrzymałem się tuż przed turkusowooką.
-O to mi chodziło...- Callisto chyba nie słyszała słów Paula, biorąc jednego pączka. Wgryzła się w niego; a na jej twarzy pojawił się błogi uśmiech. Przeciągnęła się lekko i wróciła do jedzenia.- To jest to..- oznajmiła z uciechą pałaszując.
-A coś w formie uznania?- Spytałem z ironią i dostałem lekkiego buziaka.
Fizyka..
-Smacznego; panno Raven- rzuciła Black.
Callisto z pączkiem w ustach rozpakowując się przewróciła oczami. Wyciągnęła jedzenie z ust.
-Przepraszam; pani profesor... Nie zdążyłam zjeść...- odłożyła pół pączka w kartoniku z boku. -Rodriguez- Czarne oczy "Czarownicy" dostrzegły kolejny obiekt na odstrzał.- Jak miło; że znalazł pan wreszcie drogę do szkoły..
-Dzień dobry; pięknie dziś pani wygląda- odparł Hiszpan przymilnie.
-A klasówkę kiedy pan napisze; jeśli mogę wiedzieć?- Zapytała przyglądając mu się.
-Bazyliszek w natarciu- szepnął Paul udając tajemniczość, w tej samej chwili krzesło, na którym się bujałem wychyliło się niebezpiecznie i zaliczyłem glebę z trudem powstrzymując się od śmiechu.
-Tyler; kolejna zakała tej szkoły... Kiedy przyniesie pan swój referat?
Podniosłem się i jęknąłem cicho.
-Jutro na pewno przyniosę...- zapewniłem.
Nawet go nie zacząłem; ale to szczegół...
-Widzę; że ciebie też uwielbia za całokształt-  szepnęła Callisto tłumiąc uśmiech.
-A fuj... Nie strasz; bo będę miał koszmary- odszepnąłem z ironią.
-Brandt.. Miło, że widzę pana na moich zajęciach; jaką wymówkę wymyśli pan tym razem?- Zapytała surowo.
-Ja bardzo chętnie ten sprawdzian napiszę..- Shawn wzruszył ramionami.
Black się zacięła, a na jej twarzy wymalowało się zaskoczenie.
-Doprawdy, czasem potrafi pan zaskoczyć; Brandt- stwierdziła powoli.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz