Michael Tyler; uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów…
-Wróciłem…- Rzucam cicho, wchodząc odwieszam klucze na wieszak. Słysząc cichą rozmowę przystaję wpół ruchu i przysłuchuję się.
-Mówisz; że to odpowiedni moment…?- Pyta usłużnie miękki kobiecy głos.
Co tu robi ta kobieta? Czy ojciec ma kogoś?- pojawiają się w mojej głowie pytania. Podchodzę chyłkiem do uchylonych drzwi salonu i zaglądam przez szparę.
-Moment jest jak najbardziej odpowiedni; Jane. Michael niedługo kończy siedemnaście lat i powinien się o tym dowiedzieć…
Zaraz.. Czemu rozmawiają o mnie? O czym powinienem się dowiedzieć..?
Czy ona.. Ona będzie moją.. Moją macochą??!!
Nie ma mowy. Nie pozwolę na to; żeby rozstawiała mnie po kątach jakaś baba!
Nawet nie myśląc pchnąłem drzwi salonu, mówiąc głośno:
-Ani mowy nie ma..- Zaprotestowałem.- Nie będziemy wielką szczęśliwą rodzinką.. Nie pozwolę ci się z nią.. Nie ożenisz się z tą babą!- Warknąłem wściekły w stronę ojca.
-Ożenić się?? O czym ty..- Ojciec gapił się na mnie zdumiony.
-Babą?- Zawtórowała mu z oburzeniem kobieta. Ta Jane.. -Wszystko słyszałem! Nie jestem głupi, jeśli myślisz..
-Źle to zrozumiałeś; Michaelu Jamesie..- zaczął mój ojciec zaskoczony.
-Nie musisz się tłumaczyć; już dosyć usłyszałem- odparłem chłodno.
-Nie wiem; o czym mówisz..- próbował dojść do słowa.
-Już dobrze wiesz; o co mi chodzi..- Syknąłem jadowicie, wpatrując się w niego ze złością.- Nie myśl sobie; że polubię tę pindę..
-Zamknij jadaczkę i mnie wreszcie posłuchaj!- Przerwał mi głośno; ale spokojnie.
-Ciekawe, co masz mi do powiedzenia…- zignorowałem; że Jane dusi się z tłumionego śmiechu.- Zamieniam się w słuch..
-Nieodrodny syn Rodu Płomień…- Wymamrotała zasłaniając twarz dłonią i kręcąc głową z niedowierzaniem.- Poczucie humoru godne mojego panicza..
-O czym ona bredzi?- Spytałem powoli; nic z tego nie rozumiejąc.
-Gdybyś dał mi dość czasu na wyjaśnienia, a nie wpadał tu i warczał jak opętany, i Bóg jeden wie, o co ci chodzi…- Ojciec westchnął ciężko zmęczony całą tą sytuacją; zajmując swój ulubiony fotel. Oparł się wygodnie.- Uspokój się i słuchaj uważnie.
Powoli usiadłem w drugim fotelu i spojrzałem na ojca.
-Okej…- oznajmiłem obserwując kobietę; która zajęła miejsce za ojcem, kładąc dłonie na oparciu mebla.
-Wróciłem…- Rzucam cicho, wchodząc odwieszam klucze na wieszak. Słysząc cichą rozmowę przystaję wpół ruchu i przysłuchuję się.
-Mówisz; że to odpowiedni moment…?- Pyta usłużnie miękki kobiecy głos.
Co tu robi ta kobieta? Czy ojciec ma kogoś?- pojawiają się w mojej głowie pytania. Podchodzę chyłkiem do uchylonych drzwi salonu i zaglądam przez szparę.
-Moment jest jak najbardziej odpowiedni; Jane. Michael niedługo kończy siedemnaście lat i powinien się o tym dowiedzieć…
Zaraz.. Czemu rozmawiają o mnie? O czym powinienem się dowiedzieć..?
Czy ona.. Ona będzie moją.. Moją macochą??!!
Nie ma mowy. Nie pozwolę na to; żeby rozstawiała mnie po kątach jakaś baba!
Nawet nie myśląc pchnąłem drzwi salonu, mówiąc głośno:
-Ani mowy nie ma..- Zaprotestowałem.- Nie będziemy wielką szczęśliwą rodzinką.. Nie pozwolę ci się z nią.. Nie ożenisz się z tą babą!- Warknąłem wściekły w stronę ojca.
-Ożenić się?? O czym ty..- Ojciec gapił się na mnie zdumiony.
-Babą?- Zawtórowała mu z oburzeniem kobieta. Ta Jane.. -Wszystko słyszałem! Nie jestem głupi, jeśli myślisz..
-Źle to zrozumiałeś; Michaelu Jamesie..- zaczął mój ojciec zaskoczony.
-Nie musisz się tłumaczyć; już dosyć usłyszałem- odparłem chłodno.
-Nie wiem; o czym mówisz..- próbował dojść do słowa.
-Już dobrze wiesz; o co mi chodzi..- Syknąłem jadowicie, wpatrując się w niego ze złością.- Nie myśl sobie; że polubię tę pindę..
-Zamknij jadaczkę i mnie wreszcie posłuchaj!- Przerwał mi głośno; ale spokojnie.
-Ciekawe, co masz mi do powiedzenia…- zignorowałem; że Jane dusi się z tłumionego śmiechu.- Zamieniam się w słuch..
-Nieodrodny syn Rodu Płomień…- Wymamrotała zasłaniając twarz dłonią i kręcąc głową z niedowierzaniem.- Poczucie humoru godne mojego panicza..
-O czym ona bredzi?- Spytałem powoli; nic z tego nie rozumiejąc.
-Gdybyś dał mi dość czasu na wyjaśnienia, a nie wpadał tu i warczał jak opętany, i Bóg jeden wie, o co ci chodzi…- Ojciec westchnął ciężko zmęczony całą tą sytuacją; zajmując swój ulubiony fotel. Oparł się wygodnie.- Uspokój się i słuchaj uważnie.
Powoli usiadłem w drugim fotelu i spojrzałem na ojca.
-Okej…- oznajmiłem obserwując kobietę; która zajęła miejsce za ojcem, kładąc dłonie na oparciu mebla.
-Czyli wy wcale nie chcecie…- zacząłem; czując się, jak idiota.
-Nie rozmawialiśmy o żadnym ślubie; tylko o „zaślubinach”- Wytłumaczył, kładąc nacisk na ostatnie słowo.
-A co to za różnica?- Spytałem powoli, nadal obserwując Jane.
-Dość duża; bo „zaślubiny”…- zaczął tłumaczyć ojciec.
-Nie rozmawialiśmy o żadnym ślubie; tylko o „zaślubinach”- Wytłumaczył, kładąc nacisk na ostatnie słowo.
-A co to za różnica?- Spytałem powoli, nadal obserwując Jane.
-Dość duża; bo „zaślubiny”…- zaczął tłumaczyć ojciec.
-Czekaj… Czyli ona jest…- zacząłem.- Ty nie chcesz mi powiedzieć; że ona jest..- zrobiłem się czerwony; jak burak.
-Tak; jest- potwierdził ojciec, wskazując ruchem dłoni kobietę.- Oto Anioł Rodu „Płomień”; Jane- przedstawił z lekkim uśmiechem.
Jane złożyła dłoń na sercu i skłoniła się delikatnie.- A to: Jane; jest właśnie mój syn: Michael James, czyli…
-Mój młody panicz; który; hmmm… Jest nawet całkiem przystojny..- Zauważyła uprzejmie; ale z uśmiechem. Chyba poczerwieniałem jeszcze bardziej, bo ojciec zwrócił się do niej cicho:
-Jest trochę wstydliwy i nieśmiały- powiedział konspiracyjnie.
Cholera; wyszedłem na ostatniego kretyna.. Jaki ze mnie barani łeb…
-Tato!- Burknąłem obrażonym tonem.- Wcale nie jestem…
-Och; niech ci będzie…- ustąpił lekko.
-Tak; jest- potwierdził ojciec, wskazując ruchem dłoni kobietę.- Oto Anioł Rodu „Płomień”; Jane- przedstawił z lekkim uśmiechem.
Jane złożyła dłoń na sercu i skłoniła się delikatnie.- A to: Jane; jest właśnie mój syn: Michael James, czyli…
-Mój młody panicz; który; hmmm… Jest nawet całkiem przystojny..- Zauważyła uprzejmie; ale z uśmiechem. Chyba poczerwieniałem jeszcze bardziej, bo ojciec zwrócił się do niej cicho:
-Jest trochę wstydliwy i nieśmiały- powiedział konspiracyjnie.
Cholera; wyszedłem na ostatniego kretyna.. Jaki ze mnie barani łeb…
-Tato!- Burknąłem obrażonym tonem.- Wcale nie jestem…
-Och; niech ci będzie…- ustąpił lekko.
Jane podeszła ostrożnie i wyciągnęła rękę w stronę mojej szyi. Wzięła w dłonie zawieszkę wisiorka i pochyliła lekko głowę przymykając oczy. Trwało to dłuższą chwilę; po której kobieta wyprostowała się i odsuwając się o krok uklęknęła na kolano z dłonią przy sercu; mówiąc po łacinie:
-Anioł Rodu szlak wskazuje;I przysięgi dotrzymuje.
Trwa przy boku swego pana,
By go nie spotkała kara.
Wierność, służba i ochrona:
Ród Płomienia już mnie woła.
Związana z synem Płomienia
Nie pozwolę zadać mu cierpienia
-
Tak to mniej więcej brzmiało po naszemu.
-Powstań Aniele Płomienny;Tak to mniej więcej brzmiało po naszemu.
Wstrzymaj, proszę swe zapędy.
Trzymaj honor mego rodu,
Nie przynosząc mi zawodu.
Przysięgę twoją przyjmuję
I Płomieniem pieczętuję.
- odparłem, czytając z książki łacińskie słowa.
W tej samej chwili spletliśmy palce, a znak na jej nadgarstku wraz z zawieszką wisiorka na mojej szyi na sekundę zapłonęły ognistym blaskiem.
Przysięga została zawarta; ale przeczuwałem, że Jane jeszcze nie raz da mi ostro popalić.
W tej samej chwili spletliśmy palce, a znak na jej nadgarstku wraz z zawieszką wisiorka na mojej szyi na sekundę zapłonęły ognistym blaskiem.
Przysięga została zawarta; ale przeczuwałem, że Jane jeszcze nie raz da mi ostro popalić.
Dwa dni później.
Zrywam się ze snu i z przyzwyczajenia patrzę na budzik. Wskazuje dziesięć po dziewiątej rano. Wyskakuję z łóżka; jak z procy; sycząc:
-Niech to szlag, zaspałem…- przeklinam soczyście, ubierając się szybko.
-Paniczu ten zegarek stanął…- Zamieram słysząc głos Jane i ze skupieniem wpatruję się w czasomierz.
Ze zdumieniem stwierdzam, że sekundnik nie poruszył się ani o milimetr.
-Która godzina?- Pytam wolno.
-Kwadrans po szóstej rano; sobota. Na zewnątrz bezchmurnie i ciepło. Szkolny mundurek jest w praniu, a impreza była wczoraj…
-Jaka impreza…?- Jęknąłem nieprzytomnie, zbolałym głosem. Głowę chciało mi po prostu rozsadzić…- Rany.. Masakra…- w ustach miałem sucho; jak na Saharze. Czułem się ogólnie zmaltretowany…
-Jak się czujesz?
…a ona jeszcze pyta; jak się czuję…! Boże… Widzisz Ty to i nie grzmisz..(!)
-Tak; jak wyglądam…- wymamrotałem słabo.
-Wyglądasz… Eee..- Jane zawahała się; wręczając mi szklankę z jakimś napojem. Wypiłem duszkiem zawartość naczynia i ruszyłem do łazienki, by się ogarnąć.
-Jaki koszmar!- Prychnąłem załamany gapiąc się na swoje sponiewierane odbicie.
Oczy jak szparki; twarz zapuchnięta i blada; włosy lepiej nie wspominać; wargi… Bez komentarza.- Straszne… Muszę się pozbierać, zanim ojciec wróci…- Szepnąłem do lustra. Nagle znów ten dziwny stan…
Dłoń, jakby sterowana przez kogoś innego składa się na piersi, a głos szepcze usłużnie:
-Tak; moja pani…
Nadal wpatrując się w swoje odbicie zauważam; że w lustrze moje oczy są…
Zrywam się ze snu i z przyzwyczajenia patrzę na budzik. Wskazuje dziesięć po dziewiątej rano. Wyskakuję z łóżka; jak z procy; sycząc:
-Niech to szlag, zaspałem…- przeklinam soczyście, ubierając się szybko.
-Paniczu ten zegarek stanął…- Zamieram słysząc głos Jane i ze skupieniem wpatruję się w czasomierz.
Ze zdumieniem stwierdzam, że sekundnik nie poruszył się ani o milimetr.
-Która godzina?- Pytam wolno.
-Kwadrans po szóstej rano; sobota. Na zewnątrz bezchmurnie i ciepło. Szkolny mundurek jest w praniu, a impreza była wczoraj…
-Jaka impreza…?- Jęknąłem nieprzytomnie, zbolałym głosem. Głowę chciało mi po prostu rozsadzić…- Rany.. Masakra…- w ustach miałem sucho; jak na Saharze. Czułem się ogólnie zmaltretowany…
-Jak się czujesz?
…a ona jeszcze pyta; jak się czuję…! Boże… Widzisz Ty to i nie grzmisz..(!)
-Tak; jak wyglądam…- wymamrotałem słabo.
-Wyglądasz… Eee..- Jane zawahała się; wręczając mi szklankę z jakimś napojem. Wypiłem duszkiem zawartość naczynia i ruszyłem do łazienki, by się ogarnąć.
-Jaki koszmar!- Prychnąłem załamany gapiąc się na swoje sponiewierane odbicie.
Oczy jak szparki; twarz zapuchnięta i blada; włosy lepiej nie wspominać; wargi… Bez komentarza.- Straszne… Muszę się pozbierać, zanim ojciec wróci…- Szepnąłem do lustra. Nagle znów ten dziwny stan…
Dłoń, jakby sterowana przez kogoś innego składa się na piersi, a głos szepcze usłużnie:
-Tak; moja pani…
Nadal wpatrując się w swoje odbicie zauważam; że w lustrze moje oczy są…
-Callisto…- mówię z trudem.
***
-Nie powiedziałeś; że łączy ich Purpurowy Łańcuch; panie- oznajmiła z wściekłością.
-Zapomniałem..- ujął krótko głos mojego ojca.
-Czyżby?- Zapytała jadowicie Jane.- Mój panicz złączony z „jakimś wampirem” to dla Ciebie NIC ZNACZĄCEGO?
-Kocham „tego wampira”; Jane.- oznajmiłem z chłodem; wchodząc do salonu.
-Marnie wyglądasz; James- ojciec musiał zauważyć, że trochę przesadziłem na wczorajszej imprezie.
-Jak to? Kochasz to coś?? Kochasz tego potwora, paniczu…?!- Zaczęła z oburzeniem.
Jak nigdy nie uderzyłbym dziewczyny; tak teraz chciałem jej porządnie przydzwonić…
-Ona nie jest potworem; a ty uważaj na słowa; bo inaczej…- zacząłem zły.
-Kim jest ta pijawa?- Zapytała równie rozzłoszczona. Zbliżyła się i zajrzała mi w oczy.
-Córką rodu Raven- odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
Jane zbladła; jak trup wpatrując się we mnie.
-To kłamstwo; paniczu…- Z jej ust wyszedł tylko szept.
-To szczera prawda; Jane. Uwierz mi- wzruszyłem ramionami patrząc prosto w jej płomienne oczy.
Kobieta zadrżała jakby z zimna.
-Nie.. Nieprawda..- powiedziała bezgłośnie. Najwyraźniej była w głębokim szoku.- To niemożliwe… Powiedz; że to żart; paniczu..- Powiedziała błagalnie, obejmując dłońmi moją twarz; bym patrzył tylko na nią.- Powiedz; że to żart… Paniczu… Michael..- Zaczęła.
-Chciałbym; żeby to był żart, ale niestety nie jest. Kocham Callisto Anabelle Raven, herbu Kruk i to prawda, czy tego chcesz; czy nie..
Powoli się cofnęła opuszczając ręce. Nadal blada i drżąca, lecz pełna ‚anielskiego’ majestatu..
Właśnie doprowadziłem do szoku własnego Anioła…
Dziwne uczucie…
Ojciec przyglądał się całej tej sytuacji w milczeniu.
-To prawda. Mój syn i córka Ravenów są parą..- odezwał się wreszcie.
-Jak miło, że w końcu przyjąłeś to do wiadomości; tato- skomentowałem uszczypliwie.
***
-Nie powiedziałeś; że łączy ich Purpurowy Łańcuch; panie- oznajmiła z wściekłością.
-Zapomniałem..- ujął krótko głos mojego ojca.
-Czyżby?- Zapytała jadowicie Jane.- Mój panicz złączony z „jakimś wampirem” to dla Ciebie NIC ZNACZĄCEGO?
-Kocham „tego wampira”; Jane.- oznajmiłem z chłodem; wchodząc do salonu.
-Marnie wyglądasz; James- ojciec musiał zauważyć, że trochę przesadziłem na wczorajszej imprezie.
-Jak to? Kochasz to coś?? Kochasz tego potwora, paniczu…?!- Zaczęła z oburzeniem.
Jak nigdy nie uderzyłbym dziewczyny; tak teraz chciałem jej porządnie przydzwonić…
-Ona nie jest potworem; a ty uważaj na słowa; bo inaczej…- zacząłem zły.
-Kim jest ta pijawa?- Zapytała równie rozzłoszczona. Zbliżyła się i zajrzała mi w oczy.
-Córką rodu Raven- odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
Jane zbladła; jak trup wpatrując się we mnie.
-To kłamstwo; paniczu…- Z jej ust wyszedł tylko szept.
-To szczera prawda; Jane. Uwierz mi- wzruszyłem ramionami patrząc prosto w jej płomienne oczy.
Kobieta zadrżała jakby z zimna.
-Nie.. Nieprawda..- powiedziała bezgłośnie. Najwyraźniej była w głębokim szoku.- To niemożliwe… Powiedz; że to żart; paniczu..- Powiedziała błagalnie, obejmując dłońmi moją twarz; bym patrzył tylko na nią.- Powiedz; że to żart… Paniczu… Michael..- Zaczęła.
-Chciałbym; żeby to był żart, ale niestety nie jest. Kocham Callisto Anabelle Raven, herbu Kruk i to prawda, czy tego chcesz; czy nie..
Powoli się cofnęła opuszczając ręce. Nadal blada i drżąca, lecz pełna ‚anielskiego’ majestatu..
Właśnie doprowadziłem do szoku własnego Anioła…
Dziwne uczucie…
Ojciec przyglądał się całej tej sytuacji w milczeniu.
-To prawda. Mój syn i córka Ravenów są parą..- odezwał się wreszcie.
-Jak miło, że w końcu przyjąłeś to do wiadomości; tato- skomentowałem uszczypliwie.
Callisto Raven; postrach ogólniaka…
Przed lustrem spędzam więcej czasu, niż zwykle. Od czasu odnowienia „rytuału ochrony” i ponownego spotkania z ojcem czuję się dziwnie.
-Tak; mój panie…- mówię znów z dłonią przy piersi. Czyjaś dłoń spoczywa nagle na moim ramieniu. W lustrze widzę odbicie. Lucian delikatnie przesuwa palcami po pieczęci na mojej szyi.
-Naprawdę tak go nienawidzisz?- Zapytał cicho.
Wpatruję się w jego odbicie w zastanowieniu.
-Sama nie wiem; co mam o tym wszystkim myśleć- zwierzam mu się smutno.- Zresztą sam to w nim czujesz, hm? Ten… To… Nawet nie wiem; jak to nazwać..
-Tak, też to wyczuwam- przyznał powoli.
Przed lustrem spędzam więcej czasu, niż zwykle. Od czasu odnowienia „rytuału ochrony” i ponownego spotkania z ojcem czuję się dziwnie.
-Tak; mój panie…- mówię znów z dłonią przy piersi. Czyjaś dłoń spoczywa nagle na moim ramieniu. W lustrze widzę odbicie. Lucian delikatnie przesuwa palcami po pieczęci na mojej szyi.
-Naprawdę tak go nienawidzisz?- Zapytał cicho.
Wpatruję się w jego odbicie w zastanowieniu.
-Sama nie wiem; co mam o tym wszystkim myśleć- zwierzam mu się smutno.- Zresztą sam to w nim czujesz, hm? Ten… To… Nawet nie wiem; jak to nazwać..
-Tak, też to wyczuwam- przyznał powoli.
Gabriel Mikaelis, anioł rodu Raven.
Nadal rozmyślałem o tym; co powiedział Michael podczas naszej ostatniej rozmowy.
A gdybyś; czysto teoretycznie; mógł pokochać ją jako człowiek…
-Czysto teoretycznie…- mruknąłem w zamyśleniu.
-Co?- Spytała panienka spinając włosy klamrą.
-Nie, nic…- odparłem po dłuższej chwili wychodząc z łazienki; przeszedłem do pokoju i biorąc płaszcz skierowałem się ku drzwiom.
Callisto wypada za mną z łazienki i zarzuca mi ręce na barki obejmując mnie; jakby nadal miała dwanaście lat. Przystaję i kładę dłoń na jej splecionych na mojej piersi dłoniach.
Gdybyś mógł pokochać ją jako człowiek…(?)
Gdybym tylko mógł..
-Jesteś jakiś nieobecny.. Co się z tobą dzieje; Lucian?- Pyta z troską.
Nadal rozmyślałem o tym; co powiedział Michael podczas naszej ostatniej rozmowy.
A gdybyś; czysto teoretycznie; mógł pokochać ją jako człowiek…
-Czysto teoretycznie…- mruknąłem w zamyśleniu.
-Co?- Spytała panienka spinając włosy klamrą.
-Nie, nic…- odparłem po dłuższej chwili wychodząc z łazienki; przeszedłem do pokoju i biorąc płaszcz skierowałem się ku drzwiom.
Callisto wypada za mną z łazienki i zarzuca mi ręce na barki obejmując mnie; jakby nadal miała dwanaście lat. Przystaję i kładę dłoń na jej splecionych na mojej piersi dłoniach.
Gdybyś mógł pokochać ją jako człowiek…(?)
Gdybym tylko mógł..
-Jesteś jakiś nieobecny.. Co się z tobą dzieje; Lucian?- Pyta z troską.
Co raz utracone; nigdy już nie powróci…
-Nic mi nie jest; Panienko..- Odpowiadam ściskając lekko jej dłonie.
Przemieniona.
Niestabilna.
Wampir.
Bestia spragniona ludzkiej krwi, która jeszcze do niedawna wiodła szczęśliwy żywot; jako śmiertelniczka.
Niestabilna.
Wampir.
Bestia spragniona ludzkiej krwi, która jeszcze do niedawna wiodła szczęśliwy żywot; jako śmiertelniczka.
Powoli opuszcza ręce, wypuszczając mnie z objęć.
-O czym myślisz, że jesteś taki smutny?- Zapytała cicho.
-To nic takiego; Panienko- staram się ominąć temat, mówiąc lekceważącym tonem.
-Michael coś ci powiedział…- Zaczęła powoli.
-Nie.. Ja po prostu…- Wyjątkowo nie wiem; jak wybrnąć z tej niezręcznej sytuacji.
-Lucian; co Michael ci takiego nagadał, że tak dziwacznie się zachowujesz?- Zapytała odbierając mi płaszcz.
-Nic mi nie nagadał- wzruszyłem ramionami; gdy obróciła mnie i popchnęła lekko, lecz stanowczo w kierunku łóżka. Usiadłem powoli i spojrzałem na swoją panienkę.
Była naprawdę piękna i bardzo podobna do swego ojca. Tę chłodną urodę Ravenów znakomicie dopełniały duże turkusowe oczy- identyczne, jak jej matki- znak szczególny każdego mającego w żyłach choć odrobinę krwi rodu Holy.
-Nie wierzę. Musiał coś palnąć nieprzemyślanie…- Odparła przyglądając mi się.
-Naprawdę nic się nie stało- Powiedziałem spokojnie.- Po prostu cieszę się; że znów jestem przy tobie; panienko.
-Jakoś dziwnie okazujesz radość- Stwierdziła natychmiast, patrząc na mnie podejrzliwie.
-Nie bardzo rozumiem, o co ci chodzi- odparłem wolno.
Padła na łóżko i spojrzała w sufit.
-Chodzi o ciebie; Lucian. Zmieniłeś się. Trzymasz ode mnie dystans, jakbyś…- zastanowiła się przez krótką chwilę.- …jakbyś czegoś się bał i przez to „coś” się odsuwasz.. Niewiele mówisz… Nie przypominasz mi tamtego siebie.. Jakbyś był własnym cieniem- wyznała cicho; nadal wbijając wzrok w sufit
-Martwisz się o mnie?- Spytałem ostrożnie.
-W końcu sama pozwoliłam; żebyś…- zaczęła; ale położyłem jej palce na ustach i przerwałem, mówiąc:
-To tylko i wyłącznie moja wina; Callisto. Pani mogłaby żyć; gdybym wykonał rozkaz twojego ojca. Zawahałem się; a to zdrada.. To tak; jakbym sam zabił Valerie- powiedziałem z poczuciem winy.
Zdjęła moją dłoń ze swojej twarzy, patrząc mi w oczy.
-Dobrze wiesz; że to nie tak…- powiedziała cicho, smutno.
-A niby jak?- Zapytałem z goryczą.- Przysięgałem posłuszeństwo, wierność i ochronę.. Tamtej nocy wszystkie te obietnice runęły; ponieważ zawahałem się wykonać rozkaz. Sprzeciwiłem się woli twojego ojca; tym samym łamiąc tę przysięgę.- Musiałem to z siebie wyrzucić, inaczej nie mógłbym; choć na chwilę, pozbyć się tego okropnego żalu- Nie powinienem czuć obowiązku; więc czemu nadal… Jakim prawem czuję potrzebę służby u twojego boku..?- Callisto wpatrywała się we mnie w milczeniu tak długo, że straciłem nadzieję, czy w ogóle udzieli mi jakiejś odpowiedzi.- Czy taki jest właśnie sens mojego istnienia? A może to tylko kara za zdradę?- odwróciłem wzrok wbijając oczy w puchaty turkusowy dywanik.
Uklęknęła na łóżku nadal patrząc na mnie w ciszy. Powoli wzięła moją prawą dłoń i zamknęła ją w swoich.
-Spójrz na mnie; Lucian..- poprosiła wreszcie, cichym i spokojnym głosem.
Nie mogłem. Bałem się tego; co mogę od niej usłyszeć. Nie potrafiłem patrzeć na nią inaczej, niż jak żebrzący o kość głodny pies.
-O czym myślisz, że jesteś taki smutny?- Zapytała cicho.
-To nic takiego; Panienko- staram się ominąć temat, mówiąc lekceważącym tonem.
-Michael coś ci powiedział…- Zaczęła powoli.
-Nie.. Ja po prostu…- Wyjątkowo nie wiem; jak wybrnąć z tej niezręcznej sytuacji.
-Lucian; co Michael ci takiego nagadał, że tak dziwacznie się zachowujesz?- Zapytała odbierając mi płaszcz.
-Nic mi nie nagadał- wzruszyłem ramionami; gdy obróciła mnie i popchnęła lekko, lecz stanowczo w kierunku łóżka. Usiadłem powoli i spojrzałem na swoją panienkę.
Była naprawdę piękna i bardzo podobna do swego ojca. Tę chłodną urodę Ravenów znakomicie dopełniały duże turkusowe oczy- identyczne, jak jej matki- znak szczególny każdego mającego w żyłach choć odrobinę krwi rodu Holy.
-Nie wierzę. Musiał coś palnąć nieprzemyślanie…- Odparła przyglądając mi się.
-Naprawdę nic się nie stało- Powiedziałem spokojnie.- Po prostu cieszę się; że znów jestem przy tobie; panienko.
-Jakoś dziwnie okazujesz radość- Stwierdziła natychmiast, patrząc na mnie podejrzliwie.
-Nie bardzo rozumiem, o co ci chodzi- odparłem wolno.
Padła na łóżko i spojrzała w sufit.
-Chodzi o ciebie; Lucian. Zmieniłeś się. Trzymasz ode mnie dystans, jakbyś…- zastanowiła się przez krótką chwilę.- …jakbyś czegoś się bał i przez to „coś” się odsuwasz.. Niewiele mówisz… Nie przypominasz mi tamtego siebie.. Jakbyś był własnym cieniem- wyznała cicho; nadal wbijając wzrok w sufit
-Martwisz się o mnie?- Spytałem ostrożnie.
-W końcu sama pozwoliłam; żebyś…- zaczęła; ale położyłem jej palce na ustach i przerwałem, mówiąc:
-To tylko i wyłącznie moja wina; Callisto. Pani mogłaby żyć; gdybym wykonał rozkaz twojego ojca. Zawahałem się; a to zdrada.. To tak; jakbym sam zabił Valerie- powiedziałem z poczuciem winy.
Zdjęła moją dłoń ze swojej twarzy, patrząc mi w oczy.
-Dobrze wiesz; że to nie tak…- powiedziała cicho, smutno.
-A niby jak?- Zapytałem z goryczą.- Przysięgałem posłuszeństwo, wierność i ochronę.. Tamtej nocy wszystkie te obietnice runęły; ponieważ zawahałem się wykonać rozkaz. Sprzeciwiłem się woli twojego ojca; tym samym łamiąc tę przysięgę.- Musiałem to z siebie wyrzucić, inaczej nie mógłbym; choć na chwilę, pozbyć się tego okropnego żalu- Nie powinienem czuć obowiązku; więc czemu nadal… Jakim prawem czuję potrzebę służby u twojego boku..?- Callisto wpatrywała się we mnie w milczeniu tak długo, że straciłem nadzieję, czy w ogóle udzieli mi jakiejś odpowiedzi.- Czy taki jest właśnie sens mojego istnienia? A może to tylko kara za zdradę?- odwróciłem wzrok wbijając oczy w puchaty turkusowy dywanik.
Uklęknęła na łóżku nadal patrząc na mnie w ciszy. Powoli wzięła moją prawą dłoń i zamknęła ją w swoich.
-Spójrz na mnie; Lucian..- poprosiła wreszcie, cichym i spokojnym głosem.
Nie mogłem. Bałem się tego; co mogę od niej usłyszeć. Nie potrafiłem patrzeć na nią inaczej, niż jak żebrzący o kość głodny pies.
Co raz utracone nigdy już nie powróci
Michael ma rację.
Jestem zwykłym śmieciem
Michael ma rację.
Jestem zwykłym śmieciem
-Spójrz na mnie; Lucian..- powtórzyła łagodnie. Podniosła mój podbródek i odwróciła moją twarz ku sobie.
Spojrzałem na nią ponuro; jak skazaniec idący do kata.
-Powiedz; że za mną nie tęskniłeś. Że wcale nie chciałeś do mnie wrócić. Przyznaj; że nigdy nie czułeś najmniejszej potrzeby, aby wrócić- usłyszałem z jej ust te ciche słowa.- Jeśli naprawdę jesteś zdrajcą, za którego się uważasz: powiedz, że tak właśnie było, Lucian..
Jej słowa brzmiały dla mnie; jak akt oskarżenia. Nie czułem krzywdy; bo sobie na to zasłużyłem.
Jednak nie mogłem; patrząc jej prosto w oczy; potwierdzić tych słów- skłamałbym, mówiąc to.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Czarne oczy Luciana znów straciły blask. Znowu na jedną chwilę stały się matowe i pozbawione blasku; jakby były bez życia. Obserwowałam jego zaciśnięte usta i zobaczyłam w nim tylko jedno.Od czasu; gdy odszedł nie było nocy; kiedy nie zasnąłby; nawet o mnie nie myśląc.
-Nie.. Nie mógłbym tego powiedzieć..- odpowiedział niemalże szeptem.
-I właśnie dlatego nie powinieneś się zadręczać z powodu tego, co się stało- powiedziałam chłodno.
Spojrzałem na nią ponuro; jak skazaniec idący do kata.
-Powiedz; że za mną nie tęskniłeś. Że wcale nie chciałeś do mnie wrócić. Przyznaj; że nigdy nie czułeś najmniejszej potrzeby, aby wrócić- usłyszałem z jej ust te ciche słowa.- Jeśli naprawdę jesteś zdrajcą, za którego się uważasz: powiedz, że tak właśnie było, Lucian..
Jej słowa brzmiały dla mnie; jak akt oskarżenia. Nie czułem krzywdy; bo sobie na to zasłużyłem.
Jednak nie mogłem; patrząc jej prosto w oczy; potwierdzić tych słów- skłamałbym, mówiąc to.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Czarne oczy Luciana znów straciły blask. Znowu na jedną chwilę stały się matowe i pozbawione blasku; jakby były bez życia. Obserwowałam jego zaciśnięte usta i zobaczyłam w nim tylko jedno.Od czasu; gdy odszedł nie było nocy; kiedy nie zasnąłby; nawet o mnie nie myśląc.
-Nie.. Nie mógłbym tego powiedzieć..- odpowiedział niemalże szeptem.
-I właśnie dlatego nie powinieneś się zadręczać z powodu tego, co się stało- powiedziałam chłodno.
Tori Miles; Królowa Ogólniaka.
Pchnęłam drzwi i weszłam do domu. Od razu skierowałam się do kuchni.
-Znów chlejesz?- Zapytałam niechętnie, widząc na blacie szafki kieliszek czerwonego wina.
-Nie twoja sprawa-Odpowiedziała mi burkliwie, pociągając spory łyk z kieliszka.
Tego było zbyt wiele. Za długo byłam cierpliwa i się nad nią litowałam. Wytrąciłam z jej dłoni kieliszek i szybkim ruchem odebrałam jej butelkę.
-Co ty, do jasnej cholery robisz?!- Warknęła z wściekłością.- Oddaj mi to natychmiast!
Cofnęłam się gwałtownie; popchnęła mnie, wyciągając rękę po butelkę. Zatrzymałam się na ścianie i nim pomyślałam; co robię uderzyłam ją mocno w twarz.
Odsunęła się zdumiona i upokorzona. Miała łzy w oczach. Pociągnęłam spory łyk z gwinta; krzycząc:
-Otrząśnij się w końcu; kobieto! Przestań wreszcie robić z siebie taką idiotkę; pieprzona alkoholiczko!- Wygarnęłam jej w twarz. Cierpliwość już mi się skończyła; byłam na skraju wytrzymałości.- Ten bydlak zdechł tak, jak sobie na to zasłużył, a ty jeszcze po nim rozpaczasz?!
-Nie mów tak o swoim ojcu..- próbowała mi przerwać.
-Zamknij się i słuchaj!- Odwarknęłam ostro; wlewając w siebie kolejną porcję alkoholu.- Ten podły łajdak; którego nazywasz „moim ojcem” był zwykłym śmieciem. Zapomniałaś już; jak zniszczył ci życie; pieprzona pijaczko? Nie pamiętasz, przez kogo stoczyłaś się na samo dno?!- Znów podniosłam głos. Otworzyła usta; chcąc coś powiedzieć: być może zaprzeczyć; ale nie pozwoliłam jej, kontynuując.- Właśnie tak; mamo: jesteś niczym innym; niż stoczoną pijaczką; a to wszystko zasługa „mojego ojca”.!- Powiedziałam jadowitym tonem.
Pchnęłam drzwi i weszłam do domu. Od razu skierowałam się do kuchni.
-Znów chlejesz?- Zapytałam niechętnie, widząc na blacie szafki kieliszek czerwonego wina.
-Nie twoja sprawa-Odpowiedziała mi burkliwie, pociągając spory łyk z kieliszka.
Tego było zbyt wiele. Za długo byłam cierpliwa i się nad nią litowałam. Wytrąciłam z jej dłoni kieliszek i szybkim ruchem odebrałam jej butelkę.
-Co ty, do jasnej cholery robisz?!- Warknęła z wściekłością.- Oddaj mi to natychmiast!
Cofnęłam się gwałtownie; popchnęła mnie, wyciągając rękę po butelkę. Zatrzymałam się na ścianie i nim pomyślałam; co robię uderzyłam ją mocno w twarz.
Odsunęła się zdumiona i upokorzona. Miała łzy w oczach. Pociągnęłam spory łyk z gwinta; krzycząc:
-Otrząśnij się w końcu; kobieto! Przestań wreszcie robić z siebie taką idiotkę; pieprzona alkoholiczko!- Wygarnęłam jej w twarz. Cierpliwość już mi się skończyła; byłam na skraju wytrzymałości.- Ten bydlak zdechł tak, jak sobie na to zasłużył, a ty jeszcze po nim rozpaczasz?!
-Nie mów tak o swoim ojcu..- próbowała mi przerwać.
-Zamknij się i słuchaj!- Odwarknęłam ostro; wlewając w siebie kolejną porcję alkoholu.- Ten podły łajdak; którego nazywasz „moim ojcem” był zwykłym śmieciem. Zapomniałaś już; jak zniszczył ci życie; pieprzona pijaczko? Nie pamiętasz, przez kogo stoczyłaś się na samo dno?!- Znów podniosłam głos. Otworzyła usta; chcąc coś powiedzieć: być może zaprzeczyć; ale nie pozwoliłam jej, kontynuując.- Właśnie tak; mamo: jesteś niczym innym; niż stoczoną pijaczką; a to wszystko zasługa „mojego ojca”.!- Powiedziałam jadowitym tonem.
-Już dawno powinnam tobą potrząsnąć.. Mam dość wiecznie nachlanej, zgorzkniałej baby; którą się stałaś… Mam cię serdecznie dość; możesz się nawet zachlać na śmierć…- powiedziałam drwiąco i odstawiłam butelkę na stół patrząc jej prosto w oczy z obojętnością; choć serce krajało mi się z rozpaczy za każdym razem, gdy sięgała po kieliszek.- A, gdy już umrzesz nawet nie przyjdę na twój pogrzeb.. Proszę bardzo, napij się!- Przesunęłam szkło po blacie w jej stronę.- No, co tak patrzysz?! Pij! Urżnij się do nieprzytomności!- I minęłam ją szybkim krokiem wychodząc z kuchni.
Idąc po schodach na piętro usłyszałam stek przekleństw; trzask rozbijanej butelki i płacz mojej matki.
Kopniakiem zamknęłam drzwi pokoju i ocierając łzy z twarzy rzuciłam się na łóżko.
Żałowałam; że musiałam jej to powiedzieć.
Byłam wściekła, bo wyżywanie się na niej wcale nie przychodziło mi łatwo, a już na pewno nie przynosiło mi to żadnej przyjemności.
Wsunęłam w uszy słuchawki telefonu i włączyłam muzykę- potrzebowałam spokoju. Musiałam wymyślić; jak wyciągnąć Vincenta z tego syfu; w który się wmanewrował i, żebym przy okazji, sama nie wpadła w porządne kłopoty…
Spojrzałam na chorągiewkę wyścigową w zamyśleniu; w uszach słysząc wolną rockową balladę. Od razu skojarzyło mi się z szachownicą, nad którą rozmyślała niedawno Cally.
Jaką figurą w tej grze mogłaby być?
Królową? Nie; to by było zbyt proste do przewidzenia.. Zresztą Callisto; gdy zdystansowała się nieco od klasy, potrafiła nie przejmować się niczym i grać naprawdę ostro; niekiedy nie przebierając w środkach i oszukiwać ile fabryka dała; by osiągnąć upatrzony cel.
Odpada: Callisto nie postawiłaby się w miejscu królowej na planszy.. Na pewno nie.
Idąc po schodach na piętro usłyszałam stek przekleństw; trzask rozbijanej butelki i płacz mojej matki.
Kopniakiem zamknęłam drzwi pokoju i ocierając łzy z twarzy rzuciłam się na łóżko.
Żałowałam; że musiałam jej to powiedzieć.
Byłam wściekła, bo wyżywanie się na niej wcale nie przychodziło mi łatwo, a już na pewno nie przynosiło mi to żadnej przyjemności.
Wsunęłam w uszy słuchawki telefonu i włączyłam muzykę- potrzebowałam spokoju. Musiałam wymyślić; jak wyciągnąć Vincenta z tego syfu; w który się wmanewrował i, żebym przy okazji, sama nie wpadła w porządne kłopoty…
Spojrzałam na chorągiewkę wyścigową w zamyśleniu; w uszach słysząc wolną rockową balladę. Od razu skojarzyło mi się z szachownicą, nad którą rozmyślała niedawno Cally.
Jaką figurą w tej grze mogłaby być?
Królową? Nie; to by było zbyt proste do przewidzenia.. Zresztą Callisto; gdy zdystansowała się nieco od klasy, potrafiła nie przejmować się niczym i grać naprawdę ostro; niekiedy nie przebierając w środkach i oszukiwać ile fabryka dała; by osiągnąć upatrzony cel.
Odpada: Callisto nie postawiłaby się w miejscu królowej na planszy.. Na pewno nie.
Tori Miles; Królowa Ogólniaka.
Wymknęłam się chłopakom pod pretekstem pójścia do klopa. Gdy kroki ucichły wyjrzałam dyskretnie z klopa i rozejrzałam się po korytarzu. Pusto. Szybko przemknęłam od toalet w stronę głównego przejścia i skręciłam w prawo i zaraz potem znów w prawo. Po dystansie kilkunastu metrów poszłam w lewo; a później tak; jak prowadziło przejscie, czyli prosto. Po lewej od drzwi na wprost mnie stały te ohydne posągi przedstawiające wampiry i inne legendarne ‚potwory’ Zapewne za tymi drzwiami był gabinet przewodniczącego Stowarzyszenia…
Drgnęłam; słysząc kroki i ukryłam się za jedną z figur. Dyskretnie wyjrzałam i zobaczyłam Vincenta.
Szedł szybkim krokiem zaciskając usta. Lewą dłonią wcisnął magazynek w pistolet, który trzymał. Przeciągnął zamek broni idąc w stronę podwojnych drzwi na końcu.
-Nie mam wyboru; Angello. Mam nadzieję, że nie będziesz mieć o to żalu..- mruknął ponuro.
Nagle przystanął i wstrzymał na chwilę oddech, jakby coś usłyszał. Wyjrzał przez okno tuż obok mnie. Przeraziłam się, myśląc, że mnie dostrzegł. Podążyłam jednak za jego wzrokiem i zobaczyłam to.
Wampiry Rady z Corvinem na czele zmierzające w stronę budynku Stowarzyszenia. Przy Corvinie szła śniadolica dziewczyna ubrana tak samo; jak inni na czarno.
Vincent nawet mnie nie zauważył. Przecisnął się między dwoma posągami i oparł dłonie o szybę. wpatrując się w ten obraz z otwartymi ustami. Broń upadła na podłogę.
-Zabiję cię; ty..!- Warknął z gniewem. Nagle spojrzał wprost na mnie.- Co ty tu robisz; Tori?- Zdumiał się. Podniósł broń i zabezpieczając ją wsunął ją do plecaka.
Wymknęłam się chłopakom pod pretekstem pójścia do klopa. Gdy kroki ucichły wyjrzałam dyskretnie z klopa i rozejrzałam się po korytarzu. Pusto. Szybko przemknęłam od toalet w stronę głównego przejścia i skręciłam w prawo i zaraz potem znów w prawo. Po dystansie kilkunastu metrów poszłam w lewo; a później tak; jak prowadziło przejscie, czyli prosto. Po lewej od drzwi na wprost mnie stały te ohydne posągi przedstawiające wampiry i inne legendarne ‚potwory’ Zapewne za tymi drzwiami był gabinet przewodniczącego Stowarzyszenia…
Drgnęłam; słysząc kroki i ukryłam się za jedną z figur. Dyskretnie wyjrzałam i zobaczyłam Vincenta.
Szedł szybkim krokiem zaciskając usta. Lewą dłonią wcisnął magazynek w pistolet, który trzymał. Przeciągnął zamek broni idąc w stronę podwojnych drzwi na końcu.
-Nie mam wyboru; Angello. Mam nadzieję, że nie będziesz mieć o to żalu..- mruknął ponuro.
Nagle przystanął i wstrzymał na chwilę oddech, jakby coś usłyszał. Wyjrzał przez okno tuż obok mnie. Przeraziłam się, myśląc, że mnie dostrzegł. Podążyłam jednak za jego wzrokiem i zobaczyłam to.
Wampiry Rady z Corvinem na czele zmierzające w stronę budynku Stowarzyszenia. Przy Corvinie szła śniadolica dziewczyna ubrana tak samo; jak inni na czarno.
Vincent nawet mnie nie zauważył. Przecisnął się między dwoma posągami i oparł dłonie o szybę. wpatrując się w ten obraz z otwartymi ustami. Broń upadła na podłogę.
-Zabiję cię; ty..!- Warknął z gniewem. Nagle spojrzał wprost na mnie.- Co ty tu robisz; Tori?- Zdumiał się. Podniósł broń i zabezpieczając ją wsunął ją do plecaka.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
To dziwne uczucie obezwładniającego strachu…
Oplotłam jeden z łańcuchów na nadgarstku podnosząc się na nogi. Zachwiałam się i uderzyłam w ścianę; słysząc kroki kilku par stóp.
-Mistrzu…- wydyszałam z trudem.- Czuję krew tej czystokrwistej gnidy..
-Callisto..- Zaczął przyglądając mi się.
-Czuję krew Corvina… Pijawy idą…!- Osunęłam się na podłogę wypuszczając łańcuchy z dłoni.
Wtedy wbiegł Michael z Paulem Tannerem i dwóch innych łowców.
-Rada Wampirów żąda wydania im Callisto- powiedział Felix Moon; ojciec Jasona.
-Po co?- Zapytał beznamiętnie Mistrz.
-A, cholera ich wie- odparł z irytacją mężczyzna.- Angello siedzi u siebie i nikogo nie wpuszcza.- Dodał widząc, że Morgenstern chce mu przerwać.
Michael rozejrzał się.
-Paul; gdzie Tori??- Zapytał wolno.
-Poszła do klopa… Idę jej poszukać- oznajmił wychodząc.
-Co robimy?- Zapytał drugi z mężczyzn. Po dłuższej chwili poznałam głos. Młody Kostenlos, syn jednego z członków Rady.- Mamy ich spławić; czy zabić?- Zapytał nagle po niemiecku.
-Na razie ich przytrzymajcie. Młody.
-Tak; Mistrzu?-Zapytał Michael; poczułam jego dłoń na mojej szyi, po lewej stronie: w miejscu, gdzie nosiłam pieczęć. Chyba mistrz rzucił mu wymowne spojrzenie, bo odparł.- Tak, mistrzu..- palce odsunęły się, a ja poczułam, jakbym zamarzała.- Wrócę do ciebie; Callisto..- Szepnął wychodząc.
Michael Tyler, uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów…
Wybiegłem z podziemi; przeciąłem biegiem kilka korytarzy i popędziłem schodami. Na piętrze skierowałem się w prawo i po dystansie kilkunastu metrów znalazłem się tuż przed gabinetem Angello.
Wpadłem bez pukania.
-Wyjdź- rzucił chłodny głos Angello. Stał przy oknie i wpatrywał się za szybę.
-Rada Wampirów zażądała wydania im Callisto..- Odpowiedziałem równie chłodno.
-Póki ja tu rządzę, Rada może się pocałować w dupę- odwarknął zimno.
-Czyli; co mamy z nimi zrobić; Angello?- Zapytałem niepewnie, zdziwiony jego gniewnym tonem.
Przewodniczący Stowarzyszenia; Angello od zawsze wydawał mi się ostoją spokoju, anielskiej wręcz cierpliwości, oraz rozwagi. Nigdy podczas swojej obecności w budynku kwatery głównej Stowarzyszenia nie usłyszałem z jego ust ani przekleństwa, ani takiej wściekłości.
-Każ im iść do diabła.
-A jeśli to nie poskutkuje?- Zapytałem znowu.
-Zadajesz głupie pytania; łowco herbu Płomień..- oznajmił krótko, nadal nie odwracając się od szyby.- A teraz: wyjdź. Chcę zostać sam- powiedział cicho.
Skinąłem głową i wyszedłem zamykając drzwi. Poszedłem na dół, nawet nie zauważając Vincenta i Tori.
Grupa łowców stłoczona pod drzwiami w szerokim przedsionku Stowarzyszenia w pełnym rynsztunku bojowym rozmawiała o czymś podniesionymi głosami.
-Przepraszam..- rzuciłem przepychając się łokciami.- Przepraszam najmocniej..- starałem się być bardzo uprzejmy.- Do jasnej cholery; czy możecie uprzejmie zejść mi; psiakrew; z drogi??!!- Warknąłem.
Tłum rozstąpił się; jak biblijne wody Morza Czerwonego. Łowcy zaczęli pytać:
-Gdzie Angello?- Zapytał mój ojciec.
-Co mamy tak czekać do zasranej śmierci?- Dodał głos Portera.
-Dokąd i po co tam idziesz?- Przebił się ponad tłumem głos Jasona Moon.
-Jeśli nie pójdą stąd po dobroci; mamy ich zabić- oznajmiłem krótko idąc między nimi i ucinając tę dyskusję. Otworzyłem na oścież podwójne drzwi.- Jeśli zobaczycie miecz… Weźmiecie się do roboty. Z powodu cięć budżetowych imprezy nie będzie- rzuciłem z ironią wkraczając na schody.
-James; moje dziecko…- zaczął z troską mój ojciec, kładąc mi dłoń na ramieniu.
-Pamiętaj; że cię kocham; tato..- odparłem. Zdjąwszy jego dłoń z ramienia, ścisnąłem lekko jego palce i poszedłem w kierunku stojacych w szeregu siedmiu mężczyzn- siedmiu przedstawicieli Rady Wampirów.
To dziwne uczucie obezwładniającego strachu…
Oplotłam jeden z łańcuchów na nadgarstku podnosząc się na nogi. Zachwiałam się i uderzyłam w ścianę; słysząc kroki kilku par stóp.
-Mistrzu…- wydyszałam z trudem.- Czuję krew tej czystokrwistej gnidy..
-Callisto..- Zaczął przyglądając mi się.
-Czuję krew Corvina… Pijawy idą…!- Osunęłam się na podłogę wypuszczając łańcuchy z dłoni.
Wtedy wbiegł Michael z Paulem Tannerem i dwóch innych łowców.
-Rada Wampirów żąda wydania im Callisto- powiedział Felix Moon; ojciec Jasona.
-Po co?- Zapytał beznamiętnie Mistrz.
-A, cholera ich wie- odparł z irytacją mężczyzna.- Angello siedzi u siebie i nikogo nie wpuszcza.- Dodał widząc, że Morgenstern chce mu przerwać.
Michael rozejrzał się.
-Paul; gdzie Tori??- Zapytał wolno.
-Poszła do klopa… Idę jej poszukać- oznajmił wychodząc.
-Co robimy?- Zapytał drugi z mężczyzn. Po dłuższej chwili poznałam głos. Młody Kostenlos, syn jednego z członków Rady.- Mamy ich spławić; czy zabić?- Zapytał nagle po niemiecku.
-Na razie ich przytrzymajcie. Młody.
-Tak; Mistrzu?-Zapytał Michael; poczułam jego dłoń na mojej szyi, po lewej stronie: w miejscu, gdzie nosiłam pieczęć. Chyba mistrz rzucił mu wymowne spojrzenie, bo odparł.- Tak, mistrzu..- palce odsunęły się, a ja poczułam, jakbym zamarzała.- Wrócę do ciebie; Callisto..- Szepnął wychodząc.
Michael Tyler, uczeń pierwszej klasy ogólniaka- łowca wampirów…
Wybiegłem z podziemi; przeciąłem biegiem kilka korytarzy i popędziłem schodami. Na piętrze skierowałem się w prawo i po dystansie kilkunastu metrów znalazłem się tuż przed gabinetem Angello.
Wpadłem bez pukania.
-Wyjdź- rzucił chłodny głos Angello. Stał przy oknie i wpatrywał się za szybę.
-Rada Wampirów zażądała wydania im Callisto..- Odpowiedziałem równie chłodno.
-Póki ja tu rządzę, Rada może się pocałować w dupę- odwarknął zimno.
-Czyli; co mamy z nimi zrobić; Angello?- Zapytałem niepewnie, zdziwiony jego gniewnym tonem.
Przewodniczący Stowarzyszenia; Angello od zawsze wydawał mi się ostoją spokoju, anielskiej wręcz cierpliwości, oraz rozwagi. Nigdy podczas swojej obecności w budynku kwatery głównej Stowarzyszenia nie usłyszałem z jego ust ani przekleństwa, ani takiej wściekłości.
-Każ im iść do diabła.
-A jeśli to nie poskutkuje?- Zapytałem znowu.
-Zadajesz głupie pytania; łowco herbu Płomień..- oznajmił krótko, nadal nie odwracając się od szyby.- A teraz: wyjdź. Chcę zostać sam- powiedział cicho.
Skinąłem głową i wyszedłem zamykając drzwi. Poszedłem na dół, nawet nie zauważając Vincenta i Tori.
Grupa łowców stłoczona pod drzwiami w szerokim przedsionku Stowarzyszenia w pełnym rynsztunku bojowym rozmawiała o czymś podniesionymi głosami.
-Przepraszam..- rzuciłem przepychając się łokciami.- Przepraszam najmocniej..- starałem się być bardzo uprzejmy.- Do jasnej cholery; czy możecie uprzejmie zejść mi; psiakrew; z drogi??!!- Warknąłem.
Tłum rozstąpił się; jak biblijne wody Morza Czerwonego. Łowcy zaczęli pytać:
-Gdzie Angello?- Zapytał mój ojciec.
-Co mamy tak czekać do zasranej śmierci?- Dodał głos Portera.
-Dokąd i po co tam idziesz?- Przebił się ponad tłumem głos Jasona Moon.
-Jeśli nie pójdą stąd po dobroci; mamy ich zabić- oznajmiłem krótko idąc między nimi i ucinając tę dyskusję. Otworzyłem na oścież podwójne drzwi.- Jeśli zobaczycie miecz… Weźmiecie się do roboty. Z powodu cięć budżetowych imprezy nie będzie- rzuciłem z ironią wkraczając na schody.
-James; moje dziecko…- zaczął z troską mój ojciec, kładąc mi dłoń na ramieniu.
-Pamiętaj; że cię kocham; tato..- odparłem. Zdjąwszy jego dłoń z ramienia, ścisnąłem lekko jego palce i poszedłem w kierunku stojacych w szeregu siedmiu mężczyzn- siedmiu przedstawicieli Rady Wampirów.
-Przewodniczący Angello chyba się starzeje; Vincenzo- zwrócił się jeden z wampirów tuż obok Corvina, po jego prawej.
-Wysyła jakiegoś niegroźnego szczeniaka; naiwniak- prychnął pogardliwie drugi, stojący po lewej od przewodniczącego Rady Wampirów.
Corvin trzepnął go mocno przez głowę.
-Nie lekceważ Angello; barani łbie- odparł lodowato.- To, że wysłał dzieciaka jeszcze nie znaczy; że podda się bez walki o tę dziewuchę- warknął. Otworzył usta widząc mnie i zbladł.- Młody Tyler; jak miło, że łaskawie wita nas rodowy.
-Muszę was rozczarować. Odjedziecie z kwitkiem; Corvin. Poza tym wiem o wszystkim; a zwłaszcza o tym, że Vincent Rodriguez miał zabić Angello.
-To nieprawda; a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. Jeśli tak istotnie było; ten kto za to odpowiada…- zaczął udając niewinnego.
-Stul ten paskudny pysk; Czystokrwista Gnido..- przerwałem mu lodowato.- Nie dostaniesz Callisto w swoje brudne łapska.
-Jak śmiesz pyskować; głupi szczeniaku!- Warknął stojący po prawej Corvina wampir.
-Silencio, Vladimir- zastopował go Corvin spokojnie.- Dobrze wiesz; co Rada ma do panny Callisto Anabelle Raven herbu Kruk.
-Bezpodstawne zarzuty; ktorych nijak nie możecie jej udowodnić- odparłem kpiąco.
-Ty przebrzydły; mały gadzie…- warknął jeden z wampirów w pobliżu.
Poruszył się- pewnie, żeby się na mnie rzucić- lecz nagle zamarł w bezruchu, widząc płonącą ogniem kobiecą dłoń wyciągniętą w stronę jego gardła.
-Jak zawsze na czas; Jane- uśmiechnąłem się do niej przyjaźnie.
-Dzień dobry, paniczu- odparła usłużnie.
Przerzuciłem wzrok spowrotem na Corvina.
-Odejdźcie stąd; póki grzecznie proszę; Corvin..- powiedziałem spokojnie.- Inaczej przewodniczący dowie się o kilku rzeczach… Choć, jak sadzę Vincent już kopie pod wami dołek- uśmiechnąłem się zimno.
-Nie zrobiłby tego. Nie za życie swojej siostry- odparł chłodno wampir.- Blefujesz; łowco Rodu Płomień..
-Wpadłeś w gówno po uszy; Corvin. Przemieniłeś ją. Dokonałeś „wymiany krwi”; myśląc, że będziesz miał nie tylko ją na własność, ale i Vincenta- Roześmiałem się kpiąco; opierając na dłoni lekko wysuniętą z rękawa marynarki rękojeść miecza, by dobyć go w każdej chwili.- No; cóż; wkopałeś się… Vincent już na pewno o wszystkim wie; albo składa właśnie raport na biurku Angello.. Vincent Rodriguez jest naszym najlepszym Szczurem.
-Kłamiesz mała pluskwo!- Oczy Vincenzo zabarwił głęboki szkarłat; ręka wystrzeliła do przodu, chcąc mnie pochwycić. Być może zabić.
Odskoczyłem; robiąc unik i jednym płynnym ruchem wyciagajac z ukrytej pod rękawem pochwy miecz opuściłem go do boku.
-Ostatni raz proszę was, żebyście odeszli; inaczej…- powiedziałem. Znów machnął ręką próbując mnie dosięgnąć; zamach ręki z mieczem ozdobiony pierścieniem i mały palec jego prawej dłoni wylądował w trawie.
Pozostałych łowców nie trzeba było długo namawiać. Z okrzykami najwyższej radochy, na jaką było ich stać ruszyli do bitwy.
-Wysyła jakiegoś niegroźnego szczeniaka; naiwniak- prychnął pogardliwie drugi, stojący po lewej od przewodniczącego Rady Wampirów.
Corvin trzepnął go mocno przez głowę.
-Nie lekceważ Angello; barani łbie- odparł lodowato.- To, że wysłał dzieciaka jeszcze nie znaczy; że podda się bez walki o tę dziewuchę- warknął. Otworzył usta widząc mnie i zbladł.- Młody Tyler; jak miło, że łaskawie wita nas rodowy.
-Muszę was rozczarować. Odjedziecie z kwitkiem; Corvin. Poza tym wiem o wszystkim; a zwłaszcza o tym, że Vincent Rodriguez miał zabić Angello.
-To nieprawda; a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. Jeśli tak istotnie było; ten kto za to odpowiada…- zaczął udając niewinnego.
-Stul ten paskudny pysk; Czystokrwista Gnido..- przerwałem mu lodowato.- Nie dostaniesz Callisto w swoje brudne łapska.
-Jak śmiesz pyskować; głupi szczeniaku!- Warknął stojący po prawej Corvina wampir.
-Silencio, Vladimir- zastopował go Corvin spokojnie.- Dobrze wiesz; co Rada ma do panny Callisto Anabelle Raven herbu Kruk.
-Bezpodstawne zarzuty; ktorych nijak nie możecie jej udowodnić- odparłem kpiąco.
-Ty przebrzydły; mały gadzie…- warknął jeden z wampirów w pobliżu.
Poruszył się- pewnie, żeby się na mnie rzucić- lecz nagle zamarł w bezruchu, widząc płonącą ogniem kobiecą dłoń wyciągniętą w stronę jego gardła.
-Jak zawsze na czas; Jane- uśmiechnąłem się do niej przyjaźnie.
-Dzień dobry, paniczu- odparła usłużnie.
Przerzuciłem wzrok spowrotem na Corvina.
-Odejdźcie stąd; póki grzecznie proszę; Corvin..- powiedziałem spokojnie.- Inaczej przewodniczący dowie się o kilku rzeczach… Choć, jak sadzę Vincent już kopie pod wami dołek- uśmiechnąłem się zimno.
-Nie zrobiłby tego. Nie za życie swojej siostry- odparł chłodno wampir.- Blefujesz; łowco Rodu Płomień..
-Wpadłeś w gówno po uszy; Corvin. Przemieniłeś ją. Dokonałeś „wymiany krwi”; myśląc, że będziesz miał nie tylko ją na własność, ale i Vincenta- Roześmiałem się kpiąco; opierając na dłoni lekko wysuniętą z rękawa marynarki rękojeść miecza, by dobyć go w każdej chwili.- No; cóż; wkopałeś się… Vincent już na pewno o wszystkim wie; albo składa właśnie raport na biurku Angello.. Vincent Rodriguez jest naszym najlepszym Szczurem.
-Kłamiesz mała pluskwo!- Oczy Vincenzo zabarwił głęboki szkarłat; ręka wystrzeliła do przodu, chcąc mnie pochwycić. Być może zabić.
Odskoczyłem; robiąc unik i jednym płynnym ruchem wyciagajac z ukrytej pod rękawem pochwy miecz opuściłem go do boku.
-Ostatni raz proszę was, żebyście odeszli; inaczej…- powiedziałem. Znów machnął ręką próbując mnie dosięgnąć; zamach ręki z mieczem ozdobiony pierścieniem i mały palec jego prawej dłoni wylądował w trawie.
Pozostałych łowców nie trzeba było długo namawiać. Z okrzykami najwyższej radochy, na jaką było ich stać ruszyli do bitwy.
-Skąd się tu wzięłaś; Jane?- Zapytałem; kopniakiem odrzucając od siebie wampira Rady.
-Wezwanie było bardzo wyraźne; paniczu.- Przez ułamek sekundy w jej dłoni dostrzegłem identyczny stary klucz; taki sam jak ten, który posiadał Lucian. Ów przedmiot błysnął płomiennym blaskiem zmieniając się w długi półtoraręczny, bogato ozdobiony w dziwne symbole miecz.
-Nie przypominam sobie; żebym cię wołał, czy coś takiego- stwierdziłem wolno, przebijając mieczem jednego; równocześnie zastrzeliłem następnego.
-Sama wiem; kiedy mam chronić mojego panicza- Zauważyła uprzejmie, pozbyła się kolejnego z wampirów niższej rangi.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
-Wezwanie było bardzo wyraźne; paniczu.- Przez ułamek sekundy w jej dłoni dostrzegłem identyczny stary klucz; taki sam jak ten, który posiadał Lucian. Ów przedmiot błysnął płomiennym blaskiem zmieniając się w długi półtoraręczny, bogato ozdobiony w dziwne symbole miecz.
-Nie przypominam sobie; żebym cię wołał, czy coś takiego- stwierdziłem wolno, przebijając mieczem jednego; równocześnie zastrzeliłem następnego.
-Sama wiem; kiedy mam chronić mojego panicza- Zauważyła uprzejmie, pozbyła się kolejnego z wampirów niższej rangi.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz