poniedziałek, 22 stycznia 2018

Hunter Shadow of Life Rozdział XXV: Lodowe Serce -Grace Ann-

  Czerwona Nokia w dłoni Vincenta nie wywołała tyle zamieszania; co sam chłopak.

-Kto to jest?- Zapytał nieufnie Kostenlos. Reszta członków Rady zaczeła się przekrzykiwać w kilku językach; w tym po niemiecku i francusku.
Angello próbował uciszyć cały ten szum, lecz bezskutecznie. Morgenstern siedział spokojnie przysłuchując się rozgorzałej kłótni ze spojrzeniem utkwionym w wiszący na przeciwległej ścianie gobelin przedstawiający Archanioła Michała. W lewej dłoni dzierżył on tarczę z napisem „Quis ut Deus?”, zza której widać było przy pasie pochwę z mieczem. Na drugim planie za postacią Archanioła był uwieczniony wierny zastęp Serafów. W prawej wyciągniętej ręce Michał trzymał złotą wagę szalową. Znałam ten gobelin- wykonała go moja matka na zlecenie pewnego księdza; któremu się on jednak nie spodobał- a jako; że matka była bardzo religijna zdecydowała, że powiesi go w pokoju; gdzie zbierała się Rada Łowczych.
-Odbierz; młoda- odezwał się jednooki spokojnie.
Wszystko ucichło nagle. Położyłam telefon na blacie i odebrawszy połączenie, włączyłam tryb głośnomówiący.
-Słucham..?- Zaczęłam ostrożnie.
-Jesteś chłodna, jak zawsze; Cally- odezwał się głos z drugiej strony.- Nie zapytasz; jak się mam, skoro żyję?
-Lepiej by było dla ciebie; gdybyś była martwa; Grace- oznajmiłam chłodno.- Czego chcesz?
Chichot Grace Ann i odpowiedź:
-Pozwól; że to ja zapytam o twoje samopoczucie; Cally..- rzuca chichocząc.- Wystarcza ci jeszcze krew tego chłopaka jak-mu-tam (?) Ahm… Michael, właśnie!- Powiedziała z uciechą.- Widziałam, że źle z tobą..
-Skończyłaś, Grace Ann?- Spytałam siląc się na obojętność, choć coraz mocniej zaciskałam palce na rzeźbionej ornamentami krawędzi stołu.- Po co dzwonisz?- zapytałam niechętnie.
Chwila ciszy w słuchawce. Cichy oddech Grace Ann.
Miałam świadomość tego, że Grace może zaraz się rozłączyć; spojrzałam na Vincenta i zobaczyłam jego ciemne tęczówki wpatrzone we mnie; jakbym była jedyną osobą; która wyciągnie Tori z syfu; w który nie do końca świadomie się wpakowała.
-Jeśli chodzi ci o to; czy Michael żyje; muszę cię zasmucić: żyje i ma się świetnie; a co do mnie: kolejna smutna wiadomość; Grace. Jeszcze się nie stoczyłam; dziękuję. Czego chcesz?- Zapytałam wprost; trochę ostrzejszym tonem.
-Przyjdź do starej posiadłości za farmą Wolfa o wpół do pierwszej dzisiaj. Masz być sama i nie kombinować.- Grace zakończyła połączenie.
-Za farmą Wolfa nie ma żadnej posiadłości- Zaczął Vincent z niepewnością w głosie.
-Callisto- zaczął z niepokojem Michael.
-Muszę iść tam sama- odparłam spokojnie.
Paul przekręcił się na drugi bok i otworzył oczy.
-Dokąd chcesz iść; Raven?- Zapytał ochrypłym głosem.
Zanim zdążyłam otworzyć usta, Vincent odparł:
-W pobliże farmy Wolfa.
Paul usiadł szybko na łóżku z szeroko otwartymi oczami; które wbił we mnie; mówiąc świszczącym szeptem:
-Przecież tam straszy..
Vincent spojrzał nań zdziwiony; Michael zamarł z nabojem i magazynkiem broni w palcach; a ja po prostu wybuchnęłam śmiechem.
-Daj spokój; Paul- odparłam ze śmiechem.-Duchy nie istnieją.
-Taa. Wampiry też podobno nie istnieją. Ha ha ha; bardzo śmieszne; Raven. Uśmiałem się, jak cholera- odburknął Paul ze złością.
-Boisz się mnie- spoważniałam nagle, przyglądając się chłopakowi.
Paul zastanowił się przez chwilę. Spojrzał na meble w pokoju i na rozłożoną na stoliku broń wszelkiego rodzaju; wreszcie przerzucił wzrok spowrotem na mnie.
-Było mi lepiej uważać cię za walniętą; niż znać prawdę- powiedział w końcu cicho.
-Rozumiem; Tanner- uśmiechnęłam się smutno.- Nawet ja nie potrafię się z tym pogodzić. Z tym; czym jestem..- wzruszyłam ramionami patrząc na księżyc za oknem.
Michael wsunął naładowany magazynek w kolbę broni i odłożył jąna stolik. Stanął tuż za mną i objął mnie w żebrach, opierając brodę o moje ramię.
-Callisto..- zaczął cicho; prosząco, splatając nasze palce.
-Nie chcę pić- odparłam ledwie słyszalnie; widząc jego smutny wyraz twarzy chciałam mu ulec; ale nadal pozostał we mnie strach. Bałam się; że pewnego dnia nad sobą nie zapanuję i…
Otrząsnęłam się z tej okropnej myśli. Rozmyślałam o wszystkim: jakie Grace miała powody, by to zrobić; czemu od tamtego czasu została przy tym wampirze; dlaczego zmieniła moje życie w piekło…
-Dlaczego; Grace..?- Mój własny szept wydał mi się obcy.
Michael bez słowa objął mnie mocniej. Paul i Vincent zaczęli do siebie migać. Śniady chłopak kiwnął nagle głową do przyjaciela.
-Wy coś kombinujecie- zauważyłam obserwując ich rozmowę na migi.
-Nic. Jak chcesz sama wejść w to opuszczone miejsce.. OK, nie zatrzymujemy- Vincent wzruszył ramionami.
Obróciłam głowę przez ramię i drasnęłam go szybkim spojrzeniem.
-Jak już wcześniej mówiłam; nie próbujcie za mną iść. Wyciągnę stamtąd Tori.. Sama.- odezwałam się ostrzegawczo; zakładając pas z bronią. Włożyłam za pas pochwę z mieczem.
-Wychodzisz, jakbyś szykowała się na jakąś wojnę..- zauważył Paul przyglądając mi się uważnie.
-Bo nie spodziewam się tylko jednego wampira- oznajmiłam. Pocałowałam Michaela na pożegnanie i ruszyłam do drzwi.
-Zapomniałaś czegoś, Raven- zaczął Vincent.
Otwierając drzwi rzuciłam:
-To dla was. Werbena- wyjaśniłam wychodząc.
Michael Tyler; uczeń pierwszej klasy ogólniaka
Vincent obracał w palcach saszetkę wypełnioną łodyżkami kwiatów werbeny.
-Właściwie w czym nam ma to pomóc; hm?- Spytał z namysłem, przyglądając się roślinie.
Paul czytał jakąś grubą książkę przy świetle lampy naftowej.
-Ci łowcy wampirów są albo świrami; albo znają się na rzeczy bardziej, niż my- zauważył czytając książkę pozostawioną przez Callisto.-A tak z ciekawości… skąd Raven tak dobrze umie niemiecki?
-Od Morgensterna- oznajmił głos Jasona od drzwi.- Cześć; Callisto już wyszła?
-Taa; pięć minut temu; Moon- odparłem powoli.- Jak tam?- Wskazałem na korytarz.
-Paru poszło sprzątać w mieście. Przynajmniej Portera mamy z głowy- oznajmił krzywiąc się z niechęcią.
-Taa, chyba większości działa na nerwy- westchnąłem ciężko.- Ale chyba nie po to przyszedłeś; co Jason?- Spytałem spoglądając nań spod oka.
Jason oparł się o ścianę i spojrzał na nas z tajemniczym uśmieszkiem.
-Zamierzałem… iść za Cally- powiedział widząc nasze natarczywe spojrzenia.
-Zwariowałeś? A co z Tori?- Zapytał zszokowany Vincent.
Jason w zastanowieniu podrzucał błękitną szklaną kulkę. Milczał przez chwilę.
-Ta dziewczyna to nasz najmniejszy kłopot- odezwał się zamyślony; przeciął ręką powietrze łapiąc kulkę.- Temu świrowi na niej nie zależy..- dodał patrząc za okno na księżyc.
-Więc na kim mu zależy??- Zapytał Vincent zniecierpliwiony.
-Czemu w mieście znikają ludzie?- Zawtórował mu Paul odrywając wzrok od książki.
Milczałem. Słowa Jasona bardzo mnie zastanowiły. Zacząłem zastanawiać się nad wszystkim od początku..
-Ty chyba nie myślisz; że..- zacząłem wolno.
-Jemu chodzi o Callisto, tak- dokończył moją myśl Jason.
Oparłem się o fotel ze zmęczeniem. Jednak nie ja przerwałem ciszę; która zapadła- zrobił to Vincent, mówiąc:
-Nic, a nic z tego nie rozumiem- powiedział z porażką.- W takim razie, po co mu Tori, skoro Raven stwierdziła to samo..- zauważył.
Jason zwrócił nań spojrzenie:
-Grałeś kiedyś w szachy?- Zapytał spokojnie.
-Co mają szachy do obecnej sytuacji?- Zdziwił się Paul, patrząc niechętnie na chłopaka.
Vincent zamyślił się. Patrzył na ozdobną galerię broni na ścianie mrużąc oczy.
-Dość sporo; Paul..- zaczął.- Raven idzie w pułapkę..
Wniosek; który wyciągnął Vincent sprawił, że przeszedł mnie zimny dreszcz. Odnosiłem coraz większe wrażenie, że Callisto do końca wiedziała, w co się pakuje; a mimo to udało jej się jakoś mnie uspokoić.
-Cholera jasna- zakląłem cicho, zły uderzyłem w coś otwartą dłonią.- Idę tam- zadecydowałem wstając, wziąłem pistolet i kilka magazynków. Ruszyłem ku drzwiom szybkim krokiem.
Jason odepchnął mnie od drzwi. Warknąłem coś do niego wściekły.
-Mistrz poszedł za nią- oznajmił.- Angello go wysłał.
-Raven się skapuje- zauważył Paul ostrym tonem.- Co, jak go zgubi?
-Nie każdy uczeń prześciga w mądrości swojego nauczyciela- powiedział z zagadkowym uśmiechem Jason.
-Zaczynasz mówić; jak jakiś filozof- burknął Paul patrząc na chłopaka nieprzychylnie.
-Nie mów; że nie zauważyłeś między nimi czegoś bliższego- stwierdził kpiąco Vincent, rzucając w kumpla jakimś papierkiem.
-Poza tym, że traktują się, jak rodzinę: nie- Paul wzruszył ramionami, odrzucił zgniecioną papierową kulkę spowrotem do Vincenta.
-Ty głąbie.!- Jęknął zniecierpliwiony Vincent, Paul syknął coś.- Raven i ten facet działają tak samo. Callisto nawet się nie domyśli, że ktoś idzie za nią.
Callisto Raven, postrach ogólniaka..
Zatrzymałam się raptownie, przytrzymując się dłonią konaru drzewa na skraju wzniesienia. Byłam niecałe dwa kilometry od celu i- dałabym głowę- w odległości dwudziestu metrów po prawej ode mnie usłyszałam szelest biegnącego człowieka. Teraz; gdy przystanęłam rozglądając się, ten dźwięk również zamarł.
Może tylko mi się zdawało?- Pomyślałam; licząc, że pomyliłam szelest mojej skórzanej kurtki z odgłosem biegnącej osoby; lub leśnego zwierzęcia. Spojrzałam na fluorescencyjną tarczę zegarka. Było dość wcześnie: wskazywał pięć minut przed północą. Miałam jeszcze trochę czasu i nadzieję, że nie zrobił z Tori tej bestii…
Potknęłam się o wystający korzeń i poturlałam się ze wzniesienia w rów. Uderzyłam ręką w drzewo i zaklęłam soczyście.
Super. Właśnie złamałam nadgarstek!- pomyślałam wściekła.
A jednak; czasem cieszyło mnie to, że jestem wampirem. Bez problemu mogłam nastawić sobie nadgarstek; a resztę zostawić wampirzej zdolności szybszej regeneracji. Czasem jednak moja gorsza strona była do czegoś przydatna…
Splunęłam gniewnie i podniosłam się na nogi, nasłuchując. Poza szumem wiatru i dalekim odgłosami leśnych zwierząt nie usłyszałam nic, co by mnie niepokoiło.
Był jednak jeden istotny szczegół..
Cały czas czułam się przez kogoś obserwowana.
Przecięłam asfaltową drogę, która dzieliła las na pół i skierowałam się w prawo, zamiast w lewo. Może i nadrobię trochę trasy; ale (jeśli faktem jest, że ktoś za mną biegnie) zgubię mój ‚ogon’…
Taaaa. Na co, ja idiotka; liczyłam…??!
Nie dość, że nie zgubiłam ‚ogona’; to jeszcze zmniejszyłam dystans między nami. Gdziekolwiek biegłam; czy kluczyłam- on stale był za mną. Nagle się odwróciłam i zdębiałam ze strachu przyspieszając bieg…
CHOLERNE DZIKI!
PRZEKLĘTE DZIKIE ŚWINIE!!
-A niech to..!- odbiłam w lewo unikając rozwścieczonych zwierząt, nie usłyszałam wtedy, że śledzący mnie ktoś zaklął. Bardziej byłam pochłonięta wydostaniem się spod kłów dzików- co gorsza: dwóch odyńców..
Przystanęłam i by określić swoją pozycję w terenie spojrzałam na kompas w swojej dłoni. Wskazywał północny wschód.
Zatem na następnym rozwidleniu leśnych dróg musiałam skierować się w lewo.. Ruszyłam znów biegiem, w połowie drogi przeskoczyłam powalone drzewo i lądując twardo na nogach biegłam dalej. W porę zauważając rozwidlenie skierowałam się w lewo wzbijając w powietrze trochę kurzu i szyszek.
Koniec lasu zbliżał się. Zza drzew zamajaczyła mi granica farmy Wolfa.
Dwieście metrów na prawo w oddali majaczył zarys jakiegoś budynku. Pobiegłam w jego stronę…
***
-Zbliża się- usłyszałam czyiś ucieszony szept; lecz nie zlokalizowałam należącej do głosu postaci.
Jednak ten głos.. Był mi skądś znany.. Jakbym już go słyszała.
Budynek wyglądał ponuro. Zwolniłam przed rozpadającą się zardzewiałą bramą i wyciągnęłam broń..
Z mieczem w ręku czułam się zdecydowanie bardziej bezpiecznie..
Przeszłam wolnym krokiem przez bramę i obróciłam się z mieczem w uniesionej lekko dłoni.
-Żadnych fanfarów na powitanie? Tym bardziej zero wampirzych wraków?- mruknęłam do siebie ironicznie.- Chyba mnie nie doceniasz; Grace..- rozglądałam się uważnie po ciemnym placu przed budynkiem; wyglądającym niemal identycznie; jak budynek Stowarzyszenia. Dostrzegłam jakiś ruch w oknie budynku. Ktoś na piętrze zaciągnął zasłonę. Czując zapach zaczęło mnie mdlić..
Oparłam się o murek i przechylając się ostrożnie, zwymiotowałam krwią.
Ten zapach…
Nie mogłam go pomylić z żadnym innym..
Tak pachniała tylko Jego krew.
Krew Ethana Link- wampira; który zmienił moje życie w piekło.
Splunęłam kilka razy. W porę zauważyłam nadchodzące upadłe wampiry, które ściągnął ku mnie zapach zwymiotowanej przeze mnie juchy.
-Przybył komitet powitalny- mruknęłam kręcąc młynka mieczem.
Rzuciłam się do walki…


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz