-Ktoś cię obserwuje, Callisto Anabelle..- zaczął mój ojciec chrzestny świdrując mnie wzrokiem.
Siedzieliśmy na piętrze, w jego gabinecie. Dzielił nas tylko blat potężnego biurka, na którym stały teczki pełne dokumentów, kubek z długopisami; oraz kilka ramek ze zdjęciami.
-I co z tego, że ona się gapi?- Wzruszyłam ramionami obojętnie. Oparłam się wygodniej w fotelu i spojrzałam spod oka na brata mojego ojca; mówiąc- Wszyscy w szkole się na mnie gapią; bo czują we mnie coś dziwnego. Ona nie jest wyjątkiem, wujku- jęknęłam.
-Ta dziewczyna o ciebie wypytuje.
-I?
-Nie wydaje ci się to dziwne?- Zapytał powoli.
-Niespecjalnie- odparłam spokojnie.
Ta rozmowa zapewne nam obojgu wydawała się dziwna.
Kłamstwo goniło kłamstwo.
-Ty i ojciec Michaela… Wydawało mi się jakbyście się znali- zauważyłam powoli.
-Nie znamy się. To po prostu niechęć od pierwszego wejrzenia- uśmiechnął się słabo.
Kłamał i oboje o tym wiedzieliśmy.
Oboje okłamywaliśmy się w tej chwili.
Oboje sporo rzeczy ukrywaliśmy przed innymi ludźmi.
Siedzieliśmy na piętrze, w jego gabinecie. Dzielił nas tylko blat potężnego biurka, na którym stały teczki pełne dokumentów, kubek z długopisami; oraz kilka ramek ze zdjęciami.
-I co z tego, że ona się gapi?- Wzruszyłam ramionami obojętnie. Oparłam się wygodniej w fotelu i spojrzałam spod oka na brata mojego ojca; mówiąc- Wszyscy w szkole się na mnie gapią; bo czują we mnie coś dziwnego. Ona nie jest wyjątkiem, wujku- jęknęłam.
-Ta dziewczyna o ciebie wypytuje.
-I?
-Nie wydaje ci się to dziwne?- Zapytał powoli.
-Niespecjalnie- odparłam spokojnie.
Ta rozmowa zapewne nam obojgu wydawała się dziwna.
Kłamstwo goniło kłamstwo.
-Ty i ojciec Michaela… Wydawało mi się jakbyście się znali- zauważyłam powoli.
-Nie znamy się. To po prostu niechęć od pierwszego wejrzenia- uśmiechnął się słabo.
Kłamał i oboje o tym wiedzieliśmy.
Oboje okłamywaliśmy się w tej chwili.
Oboje sporo rzeczy ukrywaliśmy przed innymi ludźmi.
Luca spojrzał na mnie poważnie.
-Mogłoby się wydawać że ona nadal żyje..- odezwał się.
-Grace Ann?- Zapytałam udając, że przejmuję się jej losem.- Ty chyba nie myślisz…- nagle zrozumiałam sens tej rozmowy.
-To tylko przypuszczenia; Callisto..- odezwał się wolno; a mnie przeszedł zimny dreszcz.
Chwilę potem wybiegłam z gabinetu i odnalazłszy łazienkę zdążyłam dobiec do umywalki.
Znów zaczęłam wymiotować transfuzyjną.
-Boże… Kiedy to się skończy..?- Jęknęłam ochrypłym głosem.
-Wszystko gra..?- Zapytał wujek Luca z niepokojem.
-Taa..- rzuciłam, opłukałam usta; zmywając resztki zwróconej krwii.- Niech to wszystko diabli…
-Mogłoby się wydawać że ona nadal żyje..- odezwał się.
-Grace Ann?- Zapytałam udając, że przejmuję się jej losem.- Ty chyba nie myślisz…- nagle zrozumiałam sens tej rozmowy.
-To tylko przypuszczenia; Callisto..- odezwał się wolno; a mnie przeszedł zimny dreszcz.
Chwilę potem wybiegłam z gabinetu i odnalazłszy łazienkę zdążyłam dobiec do umywalki.
Znów zaczęłam wymiotować transfuzyjną.
-Boże… Kiedy to się skończy..?- Jęknęłam ochrypłym głosem.
-Wszystko gra..?- Zapytał wujek Luca z niepokojem.
-Taa..- rzuciłam, opłukałam usta; zmywając resztki zwróconej krwii.- Niech to wszystko diabli…
Michael Tyler; uczeń pierwszej klasy ogólniaka
-Ile razy jeszcze będę ci powtarzać; żebyś trzymał się od tej dziewczyny z daleka?- Zapytał ze złością głos mojego ojca.
-Wy się znacie. Ty i Luca Raven- odparłem z naciskiem ignorując jego pytanie.
-To nie twoja sprawa; Michael- odparł chłodno.
Nie chciałem kłócić się z nim znowu. Nie było sensu…
Właściwie od śmierci Billa; stale wybuchały między nami kłótnie.
-Właściwie moja; skoro to ma związek z nami- warknąłem ostro.
-Chcę cię tylko chronić- Odwarknął z gniewem.
-Nie jestem już dzieckiem; tato!- Burknąłem z rozdrażnieniem.
-Ale jesteś moim synem!- odciął się z gniewem.
Te słowa przelały czarę goryczy. Nadal traktował śmierć Billa; jako tani argument, by przed czymś mnie powstrzymać.
-Jakoś mojego brata w ten sposób nie ochroniłeś!!- Wykrzyczałem mu w twarz. Odwróciłem się i wyszedłem z salonu; a potem trzasnąłem drzwiami wejściowymi. Wsiadłem na rower i pognałem na trening. Dochodziła dziewiąta..
Byłem wściekły i rozżalony: jak mógł być aż tak podły? Jak mógł grać na moim poczuciu winy związanym ze śmiercią Billa? Aż tak mnie nienawidzi za to; że nie mogłem wtedy nic zrobić?
Za sobą usłyszałem grzmot.
Przyspieszyłem.
Nie wiedziałem co było pierwsze: mój wybuch szlochu; czy to; że lunął deszcz.
Tęsknię za tobą; Callisto…
-Ile razy jeszcze będę ci powtarzać; żebyś trzymał się od tej dziewczyny z daleka?- Zapytał ze złością głos mojego ojca.
-Wy się znacie. Ty i Luca Raven- odparłem z naciskiem ignorując jego pytanie.
-To nie twoja sprawa; Michael- odparł chłodno.
Nie chciałem kłócić się z nim znowu. Nie było sensu…
Właściwie od śmierci Billa; stale wybuchały między nami kłótnie.
-Właściwie moja; skoro to ma związek z nami- warknąłem ostro.
-Chcę cię tylko chronić- Odwarknął z gniewem.
-Nie jestem już dzieckiem; tato!- Burknąłem z rozdrażnieniem.
-Ale jesteś moim synem!- odciął się z gniewem.
Te słowa przelały czarę goryczy. Nadal traktował śmierć Billa; jako tani argument, by przed czymś mnie powstrzymać.
-Jakoś mojego brata w ten sposób nie ochroniłeś!!- Wykrzyczałem mu w twarz. Odwróciłem się i wyszedłem z salonu; a potem trzasnąłem drzwiami wejściowymi. Wsiadłem na rower i pognałem na trening. Dochodziła dziewiąta..
Byłem wściekły i rozżalony: jak mógł być aż tak podły? Jak mógł grać na moim poczuciu winy związanym ze śmiercią Billa? Aż tak mnie nienawidzi za to; że nie mogłem wtedy nic zrobić?
Za sobą usłyszałem grzmot.
Przyspieszyłem.
Nie wiedziałem co było pierwsze: mój wybuch szlochu; czy to; że lunął deszcz.
Tęsknię za tobą; Callisto…
Callisto Raven; postrach ogólniaka…
-Nadal odrzucasz krew…- powiedział z troską wujek Luca.
Oparłam się o framugę drzwi łazienki ze zmęczeniem.
-Nawet pijawy mają czasem pod górkę..- zauważyłam uśmiechając się blado.
Już otwierał usta; by coś powiedzieć; powstrzymał się jednak i rzucił:
-Powinnaś się przespać; dokończymy tę rozmowę jutro- przechodząc obok; oparł dłoń na moim ramieniu i spojrzał mi w oczy.- Śpij dobrze; Cally- dodał odchodząc.
Długo patrzyłam mu przejściu na schody, na których zniknął; zastanawiając się, co z tego wszystkiego wyniknie.
Wreszcie powlokłam się do swojej sypialni.
Padłam na bujany fotel przy oknie, na którym zwykle siedział Michael. Co widział za szybą? Nad czym myślał; gdy tak patrzył przez okno? Tęsknił za czymś, lub za kimś? O kim wtedy myślał?
Teraz to ja tęskniłam za nim..
-Nadal odrzucasz krew…- powiedział z troską wujek Luca.
Oparłam się o framugę drzwi łazienki ze zmęczeniem.
-Nawet pijawy mają czasem pod górkę..- zauważyłam uśmiechając się blado.
Już otwierał usta; by coś powiedzieć; powstrzymał się jednak i rzucił:
-Powinnaś się przespać; dokończymy tę rozmowę jutro- przechodząc obok; oparł dłoń na moim ramieniu i spojrzał mi w oczy.- Śpij dobrze; Cally- dodał odchodząc.
Długo patrzyłam mu przejściu na schody, na których zniknął; zastanawiając się, co z tego wszystkiego wyniknie.
Wreszcie powlokłam się do swojej sypialni.
Padłam na bujany fotel przy oknie, na którym zwykle siedział Michael. Co widział za szybą? Nad czym myślał; gdy tak patrzył przez okno? Tęsknił za czymś, lub za kimś? O kim wtedy myślał?
Teraz to ja tęskniłam za nim..
Nazajutrz rano.
Budzę się w bujanym fotelu i natychmiast odskakuję od okna z przerażeniem.
Oddycham ciężko podchodząc do okna; opieram czoło o zimną szybę.
-Znowu ty…- wymruczałam zła.
Nie dość; że odrzucam krew; to jeszcze doszły do tego zwidy… Czuję się coraz gorzej…
Słaniając się na nogach idę do łazienki, spodziewając się kolejnych mdłości.
Jedno spojrzenie w lustro utrzymuje mnie w przekonaniu, że kolejna walka dopiero się zaczyna… Wtedy w lustrze widzę twarz tej nowej. Odsuwam się z wrzaskiem zrzucając kilka przedmiotów.
Ktoś biegnie po schodach; jego kroki..
Leżę na podłodze, z trudem rozluźniam krawat i rozpinam guziki koszuli, oddychając ciężko.
-Callisto..!- Okrzyk Michaela.
On sam stoi w drzwiach łazienki.
-Nie patrz na mnie… Nie chcę…- Jęknęłam z trudem.
Wtedy zobaczyłam za nim nieznajomego mężczyznę.
-Mówiłem żebyś trzymał się z daleka od niej!- Mężczyzna pociągnął Michaela w tył.
-Puść mnie- Michael spróbował się wyrwać. Dłoń jego ojca zahaczyła o plaster na nadgarstku i zerwała go.
Jego ojciec puścił; słysząc syk bólu chłopaka. Michael wykorzystał okazję i przyklęknął przy mnie wyciągając rozwaloną rękę w moją stronę…
Odwróciłam głowę w bok i skrzywiłam się z bólu- żyły trawił ogień.
-Callisto..- Michael spróbował jeszcze raz.
Kilka kropel krwi spadło na mój policzek. Moje oczy błysnęły czerwienią; fala bólu rozrywała mnie od środka.
Ciche… Skradanie się… Zgrzyt wyciąganej z pochwy katany. Niemal bezszelestne kroki..
-Ojcze…- zaczerpnęłam powietrza i jęknęłam znowu.
-Callisto…
Wtedy usłyszałam głos wujka.
-Nie uprzejmie jest się tak skradać; Luca..- zauważył wolno mężczyzna.
-Nie uprzejmym jest wchodzenie do czyjegoś domu bez zaproszenia; Armand.- odciął się mój ojciec chrzestny; chowając miecz w pochwie.
-Michael; odsuń się proszę..- rzucił krótko; wyciągając coś z wewnętrznej kieszeni bluzy.
-Co to jest?- Zapytał z wahaniem Michael.
-Chyba jej tym nie leczysz..?!- Zaczął z oburzeniem ojciec Michaela; Armand.
Michael obserwował to jednego to drugiego, nie rozumiejąc, o co chodzi. Przymknęłam oczy…
-O czym wy mówicie?- Zapytał ostro.
-Nie twoja sprawa; Armand!- Warknął zły Luca; poczułam w szyi igłę strzykawki. Wcisnął tłoczek do oporu.
Zesztywniałam na chwilę; gdy lek rozchodził się po krwioobiegu.
Budzę się w bujanym fotelu i natychmiast odskakuję od okna z przerażeniem.
Oddycham ciężko podchodząc do okna; opieram czoło o zimną szybę.
-Znowu ty…- wymruczałam zła.
Nie dość; że odrzucam krew; to jeszcze doszły do tego zwidy… Czuję się coraz gorzej…
Słaniając się na nogach idę do łazienki, spodziewając się kolejnych mdłości.
Jedno spojrzenie w lustro utrzymuje mnie w przekonaniu, że kolejna walka dopiero się zaczyna… Wtedy w lustrze widzę twarz tej nowej. Odsuwam się z wrzaskiem zrzucając kilka przedmiotów.
Ktoś biegnie po schodach; jego kroki..
Leżę na podłodze, z trudem rozluźniam krawat i rozpinam guziki koszuli, oddychając ciężko.
-Callisto..!- Okrzyk Michaela.
On sam stoi w drzwiach łazienki.
-Nie patrz na mnie… Nie chcę…- Jęknęłam z trudem.
Wtedy zobaczyłam za nim nieznajomego mężczyznę.
-Mówiłem żebyś trzymał się z daleka od niej!- Mężczyzna pociągnął Michaela w tył.
-Puść mnie- Michael spróbował się wyrwać. Dłoń jego ojca zahaczyła o plaster na nadgarstku i zerwała go.
Jego ojciec puścił; słysząc syk bólu chłopaka. Michael wykorzystał okazję i przyklęknął przy mnie wyciągając rozwaloną rękę w moją stronę…
Odwróciłam głowę w bok i skrzywiłam się z bólu- żyły trawił ogień.
-Callisto..- Michael spróbował jeszcze raz.
Kilka kropel krwi spadło na mój policzek. Moje oczy błysnęły czerwienią; fala bólu rozrywała mnie od środka.
Ciche… Skradanie się… Zgrzyt wyciąganej z pochwy katany. Niemal bezszelestne kroki..
-Ojcze…- zaczerpnęłam powietrza i jęknęłam znowu.
-Callisto…
Wtedy usłyszałam głos wujka.
-Nie uprzejmie jest się tak skradać; Luca..- zauważył wolno mężczyzna.
-Nie uprzejmym jest wchodzenie do czyjegoś domu bez zaproszenia; Armand.- odciął się mój ojciec chrzestny; chowając miecz w pochwie.
-Michael; odsuń się proszę..- rzucił krótko; wyciągając coś z wewnętrznej kieszeni bluzy.
-Co to jest?- Zapytał z wahaniem Michael.
-Chyba jej tym nie leczysz..?!- Zaczął z oburzeniem ojciec Michaela; Armand.
Michael obserwował to jednego to drugiego, nie rozumiejąc, o co chodzi. Przymknęłam oczy…
-O czym wy mówicie?- Zapytał ostro.
-Nie twoja sprawa; Armand!- Warknął zły Luca; poczułam w szyi igłę strzykawki. Wcisnął tłoczek do oporu.
Zesztywniałam na chwilę; gdy lek rozchodził się po krwioobiegu.
Otworzyłam oczy i rozejrzałam się nieprzytomnie po pomieszczeniu. Mój wzrok padł na błękitny dywanik.
Wtedy wszystko sobie przypomniałam.
Michael i jego ojciec.
Wujek Luca.
Ten lek.
Zerwałam się do pozycji siedzącej i jęknęłam stłumionym głosem; opadając bezsilnie na łóżko.
-A niech to cholera…- wychrypiałam z trudem; przykładając palce do tatuażu na szyi.
-To może ją zabić; Luca- doszedł mnie głos Armanda; ojca Michaela.
-Nie powiedziałeś mu, że ma predyspozycje do bycia łowcą- odciął się Luca równie chłodno. Głośny trzask i warkot Armanda:
-Wiesz; dlaczego odszedłem ze Stowarzyszenia- odwarknął ostro.
-Więc byłeś łowcą??- Zapytał Michael, jakby go piorun strzelił.
Po raz drugi spróbowałam wstać. Z hukiem wylądowałam na podłodze i z trudem zacisnęłam dłoń na ramie łóżka i podniosłam się. Klęczałam przez kilka minut oddychając ciężko, zmęczona. Powoli zaczęłam podnosić się na nogi. Czułam; jakby moje ciało obudowano ołowiem.
Stawiając ciężko kroki ruszyłam w stronę drzwi pokoju i słyszalnych za nimi głosów.
Szłam wolno, tuż przy ścianie. Kształty i kolory zaczęły zlewać się w jedną wielobarwną plamę. Wszystkie zmysły szwankowały: słuch i węch na kilka minut nawet straciłam…
Wtedy wszystko sobie przypomniałam.
Michael i jego ojciec.
Wujek Luca.
Ten lek.
Zerwałam się do pozycji siedzącej i jęknęłam stłumionym głosem; opadając bezsilnie na łóżko.
-A niech to cholera…- wychrypiałam z trudem; przykładając palce do tatuażu na szyi.
-To może ją zabić; Luca- doszedł mnie głos Armanda; ojca Michaela.
-Nie powiedziałeś mu, że ma predyspozycje do bycia łowcą- odciął się Luca równie chłodno. Głośny trzask i warkot Armanda:
-Wiesz; dlaczego odszedłem ze Stowarzyszenia- odwarknął ostro.
-Więc byłeś łowcą??- Zapytał Michael, jakby go piorun strzelił.
Po raz drugi spróbowałam wstać. Z hukiem wylądowałam na podłodze i z trudem zacisnęłam dłoń na ramie łóżka i podniosłam się. Klęczałam przez kilka minut oddychając ciężko, zmęczona. Powoli zaczęłam podnosić się na nogi. Czułam; jakby moje ciało obudowano ołowiem.
Stawiając ciężko kroki ruszyłam w stronę drzwi pokoju i słyszalnych za nimi głosów.
Szłam wolno, tuż przy ścianie. Kształty i kolory zaczęły zlewać się w jedną wielobarwną plamę. Wszystkie zmysły szwankowały: słuch i węch na kilka minut nawet straciłam…
Nazajutrz rano.
Budzę się w bujanym fotelu i natychmiast odskakuję od okna z przerażeniem.
Oddycham ciężko podchodząc do okna; opieram czoło o zimną szybę.
-Znowu ty…- wymruczałam zła.
Nie dość; że odrzucam krew; to jeszcze doszły do tego zwidy… Czuję się coraz gorzej…
Słaniając się na nogach idę do łazienki, spodziewając się kolejnych mdłości.
Jedno spojrzenie w lustro utrzymuje mnie w przekonaniu, że kolejna walka dopiero się zaczyna… Wtedy w lustrze widzę twarz tej nowej. Odsuwam się z wrzaskiem zrzucając kilka przedmiotów.
Ktoś biegnie po schodach; jego kroki..
Leżę na podłodze, z trudem rozluźniam krawat i rozpinam guziki koszuli, oddychając ciężko.
-Callisto..!- Okrzyk Michaela.
On sam stoi w drzwiach łazienki.
-Nie patrz na mnie… Nie chcę…- Jęknęłam z trudem.
Wtedy zobaczyłam za nim nieznajomego mężczyznę.
-Mówiłem żebyś trzymał się z daleka od niej!- Mężczyzna pociągnął Michaela w tył.
-Puść mnie- Michael spróbował się wyrwać. Dłoń jego ojca zahaczyła o plaster na nadgarstku i zerwała go.
Jego ojciec puścił; słysząc syk bólu chłopaka. Michael wykorzystał okazję i przyklęknął przy mnie wyciągając rozwaloną rękę w moją stronę…
Odwróciłam głowę w bok i skrzywiłam się z bólu- żyły trawił ogień.
-Callisto..- Michael spróbował jeszcze raz.
Kilka kropel krwi spadło na mój policzek. Moje oczy błysnęły czerwienią; fala bólu rozrywała mnie od środka.
Ciche… Skradanie się… Zgrzyt wyciąganej z pochwy katany. Niemal bezszelestne kroki..
-Ojcze…- zaczerpnęłam powietrza i jęknęłam znowu.
-Callisto…
Wtedy usłyszałam głos wujka.
-Nie uprzejmie jest się tak skradać; Luca..- zauważył wolno mężczyzna.
-Nie uprzejmym jest wchodzenie do czyjegoś domu bez zaproszenia; Armand.- odciął się mój ojciec chrzestny; chowając miecz w pochwie.
-Michael; odsuń się proszę..- rzucił krótko; wyciągając coś z wewnętrznej kieszeni bluzy.
-Co to jest?- Zapytał z wahaniem Michael.
-Chyba jej tym nie leczysz..?!- Zaczął z oburzeniem ojciec Michaela; Armand.
Michael obserwował to jednego to drugiego, nie rozumiejąc, o co chodzi. Przymknęłam oczy…
-O czym wy mówicie?- Zapytał ostro.
-Nie twoja sprawa; Armand!- Warknął zły Luca; poczułam w szyi igłę strzykawki. Wcisnął tłoczek do oporu.
Zesztywniałam na chwilę; gdy lek rozchodził się po krwioobiegu.
Budzę się w bujanym fotelu i natychmiast odskakuję od okna z przerażeniem.
Oddycham ciężko podchodząc do okna; opieram czoło o zimną szybę.
-Znowu ty…- wymruczałam zła.
Nie dość; że odrzucam krew; to jeszcze doszły do tego zwidy… Czuję się coraz gorzej…
Słaniając się na nogach idę do łazienki, spodziewając się kolejnych mdłości.
Jedno spojrzenie w lustro utrzymuje mnie w przekonaniu, że kolejna walka dopiero się zaczyna… Wtedy w lustrze widzę twarz tej nowej. Odsuwam się z wrzaskiem zrzucając kilka przedmiotów.
Ktoś biegnie po schodach; jego kroki..
Leżę na podłodze, z trudem rozluźniam krawat i rozpinam guziki koszuli, oddychając ciężko.
-Callisto..!- Okrzyk Michaela.
On sam stoi w drzwiach łazienki.
-Nie patrz na mnie… Nie chcę…- Jęknęłam z trudem.
Wtedy zobaczyłam za nim nieznajomego mężczyznę.
-Mówiłem żebyś trzymał się z daleka od niej!- Mężczyzna pociągnął Michaela w tył.
-Puść mnie- Michael spróbował się wyrwać. Dłoń jego ojca zahaczyła o plaster na nadgarstku i zerwała go.
Jego ojciec puścił; słysząc syk bólu chłopaka. Michael wykorzystał okazję i przyklęknął przy mnie wyciągając rozwaloną rękę w moją stronę…
Odwróciłam głowę w bok i skrzywiłam się z bólu- żyły trawił ogień.
-Callisto..- Michael spróbował jeszcze raz.
Kilka kropel krwi spadło na mój policzek. Moje oczy błysnęły czerwienią; fala bólu rozrywała mnie od środka.
Ciche… Skradanie się… Zgrzyt wyciąganej z pochwy katany. Niemal bezszelestne kroki..
-Ojcze…- zaczerpnęłam powietrza i jęknęłam znowu.
-Callisto…
Wtedy usłyszałam głos wujka.
-Nie uprzejmie jest się tak skradać; Luca..- zauważył wolno mężczyzna.
-Nie uprzejmym jest wchodzenie do czyjegoś domu bez zaproszenia; Armand.- odciął się mój ojciec chrzestny; chowając miecz w pochwie.
-Michael; odsuń się proszę..- rzucił krótko; wyciągając coś z wewnętrznej kieszeni bluzy.
-Co to jest?- Zapytał z wahaniem Michael.
-Chyba jej tym nie leczysz..?!- Zaczął z oburzeniem ojciec Michaela; Armand.
Michael obserwował to jednego to drugiego, nie rozumiejąc, o co chodzi. Przymknęłam oczy…
-O czym wy mówicie?- Zapytał ostro.
-Nie twoja sprawa; Armand!- Warknął zły Luca; poczułam w szyi igłę strzykawki. Wcisnął tłoczek do oporu.
Zesztywniałam na chwilę; gdy lek rozchodził się po krwioobiegu.
Otworzyłam oczy i rozejrzałam się nieprzytomnie po pomieszczeniu. Mój wzrok padł na błękitny dywanik.
Wtedy wszystko sobie przypomniałam.
Michael i jego ojciec.
Wujek Luca.
Ten lek.
Zerwałam się do pozycji siedzącej i jęknęłam stłumionym głosem; opadając bezsilnie na łóżko.
-A niech to cholera…- wychrypiałam z trudem; przykładając palce do tatuażu na szyi.
-To może ją zabić; Luca- doszedł mnie głos Armanda; ojca Michaela.
-Nie powiedziałeś mu, że ma predyspozycje do bycia łowcą- odciął się Luca równie chłodno. Głośny trzask i warkot Armanda:
-Wiesz; dlaczego odszedłem ze Stowarzyszenia- odwarknął ostro.
-Więc byłeś łowcą??- Zapytał Michael, jakby go piorun strzelił.
Po raz drugi spróbowałam wstać. Z hukiem wylądowałam na podłodze i z trudem zacisnęłam dłoń na ramie łóżka i podniosłam się. Klęczałam przez kilka minut oddychając ciężko, zmęczona. Powoli zaczęłam podnosić się na nogi. Czułam; jakby moje ciało obudowano ołowiem.
Stawiając ciężko kroki ruszyłam w stronę drzwi pokoju i słyszalnych za nimi głosów.
Szłam wolno, tuż przy ścianie. Kształty i kolory zaczęły zlewać się w jedną wielobarwną plamę. Wszystkie zmysły szwankowały: słuch i węch na kilka minut nawet straciłam…
Wtedy wszystko sobie przypomniałam.
Michael i jego ojciec.
Wujek Luca.
Ten lek.
Zerwałam się do pozycji siedzącej i jęknęłam stłumionym głosem; opadając bezsilnie na łóżko.
-A niech to cholera…- wychrypiałam z trudem; przykładając palce do tatuażu na szyi.
-To może ją zabić; Luca- doszedł mnie głos Armanda; ojca Michaela.
-Nie powiedziałeś mu, że ma predyspozycje do bycia łowcą- odciął się Luca równie chłodno. Głośny trzask i warkot Armanda:
-Wiesz; dlaczego odszedłem ze Stowarzyszenia- odwarknął ostro.
-Więc byłeś łowcą??- Zapytał Michael, jakby go piorun strzelił.
Po raz drugi spróbowałam wstać. Z hukiem wylądowałam na podłodze i z trudem zacisnęłam dłoń na ramie łóżka i podniosłam się. Klęczałam przez kilka minut oddychając ciężko, zmęczona. Powoli zaczęłam podnosić się na nogi. Czułam; jakby moje ciało obudowano ołowiem.
Stawiając ciężko kroki ruszyłam w stronę drzwi pokoju i słyszalnych za nimi głosów.
Szłam wolno, tuż przy ścianie. Kształty i kolory zaczęły zlewać się w jedną wielobarwną plamę. Wszystkie zmysły szwankowały: słuch i węch na kilka minut nawet straciłam…
Z wahaniem opieram dłoń na framudze drzwi gabinetu wujka; słysząc głosy:
-Ty chyba dokumentnie zgłupiałeś; Michaelu Jamesie Tyler!- Warknął jego ojciec blady jak ściana.- Nie po to dziesięć lat temu odszedłem ze Stowarzyszenia, żeby cię chronić; żebyś ty teraz…
-Nie zmienię swojej decyzji; ojcze- odparł chłodno Michael.- Skoro dziesięć lat mnie okłamywałeś..
-Chciałem cię chronić. Jesteś moim synem..
-Już na to za późno; ojcze- odparł chłodno Michael.- Sprawdzę, co z Callisto..- dodał ruszając do drzwi.
Wyszedł i złapał mnie zanim upadłam na podłogę.
Bez słowa zaniósł mnie do pokoju.
***
Siedział przy mnie trzymając mnie za rękę. Milczał, przyglądając mi się.
-Nic mi nie jest..- powiedziałam szeptem- Pójdziemy na ten idiotyczny bal..
Nie wiem; dlaczego to powiedziałam. Zobaczyłam tylko jego zmartwiony wyraz twarzy.
-Powinnaś mi powiedzieć…- zaczął cicho.
-Że się staczam..?- Spytałam z niechęcią.
-Callisto- ścisnął mocniej moją lewą dłoń i spojrzał na mnie smutno.
Wyciągnęłam z wewnętrznrej kieszeni żakietu mundurka małe pudełeczko i wsunęłam mu je w palce.
-Chciałam ci to dać później…- odetchnęłam głębiej.- Kiedy zostaniesz pełnoprawnym łowcą; ale… Chyba będę wtedy w piachu..- westchnęłam smutno.
-Nie będziesz w żadnym piachu; Callisto Raven!- Warknął z nagłą wściekłością.- Zostaniesz tu ze mną..!- Jego złość minęła.- Musisz tu zostać..- dokończył cicho.
-Naprawdę muszę..?- Zapytałam z ironią
-Nie musisz… Po prostu zrób to dla… Kogoś; kogo kochasz- powiedział cicho wstając z zamiarem wyjścia z pokoju.
Zacisnęłam dłoń na jego nadgarstku.
-Jesteś jedną z tych osób..- powiedziałam cicho.
-Ty chyba dokumentnie zgłupiałeś; Michaelu Jamesie Tyler!- Warknął jego ojciec blady jak ściana.- Nie po to dziesięć lat temu odszedłem ze Stowarzyszenia, żeby cię chronić; żebyś ty teraz…
-Nie zmienię swojej decyzji; ojcze- odparł chłodno Michael.- Skoro dziesięć lat mnie okłamywałeś..
-Chciałem cię chronić. Jesteś moim synem..
-Już na to za późno; ojcze- odparł chłodno Michael.- Sprawdzę, co z Callisto..- dodał ruszając do drzwi.
Wyszedł i złapał mnie zanim upadłam na podłogę.
Bez słowa zaniósł mnie do pokoju.
***
Siedział przy mnie trzymając mnie za rękę. Milczał, przyglądając mi się.
-Nic mi nie jest..- powiedziałam szeptem- Pójdziemy na ten idiotyczny bal..
Nie wiem; dlaczego to powiedziałam. Zobaczyłam tylko jego zmartwiony wyraz twarzy.
-Powinnaś mi powiedzieć…- zaczął cicho.
-Że się staczam..?- Spytałam z niechęcią.
-Callisto- ścisnął mocniej moją lewą dłoń i spojrzał na mnie smutno.
Wyciągnęłam z wewnętrznrej kieszeni żakietu mundurka małe pudełeczko i wsunęłam mu je w palce.
-Chciałam ci to dać później…- odetchnęłam głębiej.- Kiedy zostaniesz pełnoprawnym łowcą; ale… Chyba będę wtedy w piachu..- westchnęłam smutno.
-Nie będziesz w żadnym piachu; Callisto Raven!- Warknął z nagłą wściekłością.- Zostaniesz tu ze mną..!- Jego złość minęła.- Musisz tu zostać..- dokończył cicho.
-Naprawdę muszę..?- Zapytałam z ironią
-Nie musisz… Po prostu zrób to dla… Kogoś; kogo kochasz- powiedział cicho wstając z zamiarem wyjścia z pokoju.
Zacisnęłam dłoń na jego nadgarstku.
-Jesteś jedną z tych osób..- powiedziałam cicho.
***
Cztery dni do balu…
Pchnęłam drzwi swojego pokoju z zamiarem chwilowej drzemki. Rzuciłam torebkę na biurko i ruszyłam w stronę łóżka, na którym zobaczyłam biały; podłużny pakunek, przewiązany turkusową wstążką z przyczepioną do niej kartką z moim imieniem.
Powoli wzięłam paczkę w ręce i rozwiązałam wstążkę.
Na łóżko wypadła turkusowa sukienka x dekoltem i liścik, a na nim tylko kilka słów; które mnie zmroziły:
Baw się dobrze na balu; siostro.
Pod tymi słowami widniał odręczny rysunek: medalion mojej matki- odwzorowany że wszystkimi szczegółami…
Cztery dni do balu…
Pchnęłam drzwi swojego pokoju z zamiarem chwilowej drzemki. Rzuciłam torebkę na biurko i ruszyłam w stronę łóżka, na którym zobaczyłam biały; podłużny pakunek, przewiązany turkusową wstążką z przyczepioną do niej kartką z moim imieniem.
Powoli wzięłam paczkę w ręce i rozwiązałam wstążkę.
Na łóżko wypadła turkusowa sukienka x dekoltem i liścik, a na nim tylko kilka słów; które mnie zmroziły:
Baw się dobrze na balu; siostro.
Pod tymi słowami widniał odręczny rysunek: medalion mojej matki- odwzorowany że wszystkimi szczegółami…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz