środa, 24 stycznia 2018

Hunter III: Curse Rozdział V: Wpadka...? Gmach Senatu. 

Tydzień później, dziewiąty listopada; piątek.
Angello zostawił nam bilety na samolot do Paryża i trochę forsy z Kasy Stowarzyszenia na ogólne wydatki. O zakwaterowanie na miejscu nie musieliśmy się martwić- kwatera główna w stolicy Francji miała dla nas wolny pokój. Nasze torby podróżne leżały na łóżku czekając na nasz powrót ze szkoły.
Michael wiążąc na szyi krawat zauważył:
-Ciekawe, co zastaniemy na miejscu- powiedział wolno.
-Pewnie nie lepszy bajzel; niż tutaj- odparłam.
-Leciałaś kiedyś samolotem?- Spytał z obawą.
-Nie, a ty?- Odparłam wciągając na stopy kolanówki.
-Też nie.. I trochę mam stracha- przyznał cicho i niepewnie.
-Ze mną nie masz się czego bać- odparłam całując go lekko.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Popołudnie.
-James; paszport masz?- Spytał Armand Tyler.
-Co..?- Zapytał Michael półprzytomnie. Zamrugał szybko.- Wziąłem; wziąłem- przytaknął budząc się z odrętwienia.
-Masz wszystko?- Spytał granatowooki kładąc mi dłonie na ramionach.
-Tak, ojcze- odparłam patrząc mu w oczy.
-Uważaj na siebie- powiedział cicho chcąc się odsunąć; ale objęłam go mocno wtulając się w jego pierś.
-Wszystko będzie dobrze. Trzymaj się; synu- Armand  klepnął mocno Michaela w ramię.
Obaj nagle wpadli sobie w objęcia i uściskali się serdecznie. Mimo wszystkich kłótni byli bardzo ze sobą zżyci.
-Do zobaczenia; tato- powiedział Michael cicho.
***
Odprawa na lotnisku odbyła się szybko i bezproblemowo. Na pokładzie samolotu Michael czuł się wyraźnie niepewnie.
-Wszystko w porządku- powiedziałam uspokajająco, czując jak wplata palce między moje i zaciska je delikatnie, przymykając oczy.
-Co będzie; jak spadniemy?- Zapytał drżącym głosem.
-Nie spadniemy, nie panikuj uśmiechnęłam się przepraszająco do jakiegoś staruszka w garniturze, który przyglądał się nam dziwnie.
-Pierwszy lot, co?- Spytała dziewczyna w fotelu po drugiej stronie z uśmiechem. Wyglądała na studentkę.
-I chyba ostatni...- Michael powoli uniósł powieki i spojrzał na mnie ze strachem.
-To na uspokojenie, poczujesz się lepiej- rzuciłam wyciągając z wewnętrznej kieszeni płaszcza paczkę ziołowych tabletek.
-Zawsze masz głowę na karku, moja ty mądralo- westchnął biorąc tabletkę; pocałował mnie lekko.
Godziny w samolocie wlokły się niemiłosiernie. Michael zasunął zasłonkę w oknie samolotu i uśmiechnął się słabo.
-Naprawdę wszystko gra; Michael?- Zapytałam z wahaniem, opierając głowę na jego ramieniu.
-Już jest dobrze- odetchnął głębiej obejmując mnie delikatnie.- Cholernie cię kocham; wiesz..?- Szepnął dając mi całusa.
-Wiem; głuptasie- odparłam odwzajemniając pieszczotę. Facet w garniaku przyglądał się nam ze zgorszoną miną. Michael wygiął usta w tym, moim ulubionym, seksownym półuśmiechu patrząc na mnie tymi intensywnie zielonymi oczami. Facet chrząknął nieco zniecierpliwiony.
Michael zignorował to i nadal obejmował mnie ramieniem, przytulając do siebie, szepcząc mi do ucha:
-Nawet nie mamy czasu pogadać o ślubie- szepnął cicho.
-Tak ci się spieszy stracić wolność?- zażartowałam lekko.
-Uwielbiam ten twój wrodzony sarkazm...- zachichotał z uciechą.- Zresztą jestem wolny, bo mam ciebie..
-Romantico- zarechotałam i po chwili zasnęłam z policzkiem opartym o jego ramię.
-Śpij dobrze- szepnął, przez szparki w powiekach zobaczyłam, że się uśmiecha.
***
Paryska kwatera główna Stowarzyszenia Łowców, jakiś czas później.
Wysiedliśmy z taksówki i biorąc bagaże ruszyliśmy na schody.
-Niezła buda...- Rzucił z podziwem zielonooki.
Biały budynek w stylu gotyckim nad strzelistą wnęką z podwójnymi drzwiami miał wyrzeźbione ornamenty w postaci liści dzikiego wina. Wrót "domostwa" strzegły dwa Anioły: nasz łowczy patron Suriel oraz Archanioł Michał. Drzwi posiadały staromodną kołatkę w kształcie młotka. Zastukałam ostrożnie.
Chwilę potem drzwi się otworzyły. Stanęła w nich wysoka kobieta; koło lat trzydziestu ośmiu o niezwykle turkusowych oczach, które były znakiem rozpoznawczym rodu Holy.
-Dzień dobry, ciociu- rzuciłam nieco zdziwionym tonem.
-Callisto... Dziecko moje; jakże urosłaś.. Wejdźcie, wejdźcie- zaprosiła nas.- A cóż to za błyskotka u boku mojej słodziusiej chrześniaczki?- Ciotka Genevieve zmierzyła Michaela pełnym zainteresowania spojrzeniem.
-To mój narzeczony; ciociu: Michael Tyler..
-Tak też myślałam, że skądś tę twarzyczkę kojarzę. Przystojniaczek, jak każdy Płomień- rzuciła konspiracyjnie.
Michael chyba dosłyszał, bo znów uniósł brwi z zaskoczeniem.
Chwilę potem ogarnął nas tłum łowców wychodzących z jadalni. Wszyscy przyglądali się uważnie Michaelowi, jakby nie wierzyli własnym oczom.
-Wypisz; wymaluj Armand- rzucił jeden z łowców po francusku.
Grupka nastolatek rozmawiała szybko; strzelając nań zaciekawionym wzrokiem.
Michael zdawał się zakłopotany; więc przyciągnął mnie lekko do siebie i obejmując oparł mi podbródek o ramię.
-To na pewno syn Armanda- rzucił szeptem blondyn do stojącego obok szatyna.
-Co w moim ojcu jest takiego interesującego; Callisto?- Zdumiony Michael patrzył na mój zagadkowy uśmieszek.
-Armand Tyler to niemal legenda- odezwała się wysoka kobieta, a tłum rozstąpił się przepuszczając ją ku nam.
-Legenda? Mój ojciec?- Zaczął z niedowierzaniem zielonooki okularnik.
-Dawno temu, jako jedyny łowca pierwszego stopnia załatwił Arystokratę- oznajmiła z lekkim uśmiechem.
-Dzień dobry, pani przewodnicząca Light, herbu Światło.
-Dzień dobry, Raven; herbu Kruk. Miło cię widzieć po tylu latach- odpowiedziała uprzejmie.-Pewnie jesteście głodni i zmęczeni podróżą. Zapraszam do jadalni- Dwóch chłopaków wzięło nasze torby i ruszyło po schodach na górę.
-Smacznego wszystkim- rzuciła Light, a wszyscy, jak na komendę rzucili się na jedzenie.
-Nawet nie wiem, co tu jest dobrego...- Rzucił szeptem Michael biegając zdziwionymi oczami po lokalnych daniach Francuzów.
-Spróbuj wszystkiego po trochu- zachichotałam wyciągając w jego stronę widelec; powoli otworzył usta i odebrał kęs jedzenia.
-Niebo w gębie- skomentował z rozmarzeniem, gdy obserwujący nas łowca przyglądał się nam z zaskoczeniem, pocałował mnie lekko.
***
-Bonjour, monsieur Noire- rzuciłam uprzejmie.
-Twój francuski do dziś jest na imponującym poziomie; Callisto Anabelle; bonjour- odparł Francuz z lekkim uśmiechem.- Dzień dobry, panie Tyler- rzucił do zielonookiego.
-Michael jestem- odparł z zakłopotanym uśmiechem okularnik.
Nagły huk przerwał naszą rozmowę; Noire spojrzał w stronę źródła hałasu i zawołał:
-W swoich nie wal; Pietro!- Rzucił ze śmiechem łapiąc sztylet o włos przed swoją twarzą.
-Niezły jest- szepnął mi do ucha Michael.
-Moje biedne, wrażliwe uszy... Co to było?- Spytałam powoli.
-Prototyp bomby na wampiry zrobiony przez Pietro- odparł Noire z ironią.
Dym rozwiał się; a z krzaków wyczołgał się Pietro Garcia przeklinając pod nosem.
-I jak tam bombka?- Zapytał ze śmiechem Noire.
-A weź się odwal, Marcel- prychnął blondyn otrzepując ciuchy z liści.- Kompletnie do kitu...- kopnął ze złością odłamek bomby.
-Ej, ty jesteś dobry z chemii- zauważyłam nagle szturchając Michaela.
-Bardzo śmieszne- burknął Michael urażony.- Jestem perfekcyjny tylko w wysadzaniu czegokolwiek.
-Więc się przydasz- rzucił Pietro z przyjaznym uśmiechem.
-------------------------------------
Nazajutrz rano..
Obudził mnie potężny wybuch. Rozejrzałam się. Michaela nigdzie nie było, więc powoli podeszłam do okna i wyjrzałam przez szybę.
-Nieźle; ale to wciąż za mało..- zauważył Pietro.
-Co powiesz na zapalnik z bomby dymnej?- Spytał głos Michaela.
-Próbowałem; nic z tego- oznajmił ponuro Garcia.
Michael spojrzał z politowaniem na kolejny nieudany wynalazek "pirotechniki antywampirzej".
-Trzeba się nad tym trochę bardziej wysilić- stwierdził z namysłem.
-Chodźmy na śniadanie; źle mi się myśli; kiedy jestem głodny-odparł Pietro.
-Kiedy w brzuchu pusto; we łbie groch z kapustą- Zarechotał przyjaciel Pietro imieniem Daniel.
-Twój hiszpański jest koszmarny- zakpił Pietro.
-Naucz się nawijać po mojemu, to pogadamy- Zarechotał z akcentem Daniel.
-Kiedyś ci pokażę..- burknął Pietro.
-Będę przezajebiście szczęśliwy- rzucił Daniel po swojemu.
-Że co?- Zapytał zdezorientowany Michael.
Stwierdził że się ucieszy, jak się nauczę powiedzieć chociaż... Kuuu..- jak to dalej było?- Spytał Pietro.
-Zwyczajnie: Kurwa- rzucił po swojemu z szerokim uśmiechem Daniel.
-Co w tym trudnego..?- Michael spojrzał na Daniela z ironią.
-Zaraz ci coś wymyśli- zagroził Pietro ze śmiechem.
-"Wrzeciono"- rzucił po swojemu Daniel.- Żaden obcokrajowiec tego poprawnie nie wypowie.
-Wrżeśiono?- Michael uniósł brwi próbując powtórzyć to dziwne słówko.
-Koszmarnie; ale plus za śmiałość- skomentował Daniel chichocząc wesoło.
-Jak idą prace nad bombką?- Zapytałam ze śmiechem Michaela.
-Słabo, ale ujdzie- odparł z ironią.- Blado wyglądasz..- zaczął z troską.
-Nic mi nie będzie..- odparłam próbując go uspokoić.
To prawda, byłam bledsza niż zwykle i czułam się słabo; ale zwalałam to na wydarzenia ostatnich kilku dni, w tym wyczerpujące walki z Rządowym ścierwem.
Wiedziałam, że Michael nadal szuka wszelkich sposobów by powstrzymać to, co nieuniknione. Nawet krew najwyższego statusem wampira była tylko chwilowym rozwiązaniem. Każdy medal ma dwie strony- tak i ten. Krew Arystokraty mogła mnie nie tylko wyleczyć... Mogła też być dla mnie przysłowiowym "gwoździem do trumny" i- w głębi serca- czułam; że tak to się właśnie skończy.
-Callisto- wymówił moje imię z uczuciem; patrząc mi w oczy smutno.
Westchnęłam ciężko; odkładając widelec i spojrzałam nań ciepło, mówiąc:
-Naprawdę nie musisz się o mnie martwić. Wszystko gra- oznajmiłam, całując go delikatnie.
***
Michael objął mnie w żebrach i opierając podbródek o moje ramię musnął ustami tatuaż na mojej szyi.
Przez moje ciało przeszła fala bólu. Zadrżałam, z trudem powstrzymując jęk.
-Nic nie jest "w porządku"; Cally- szepnął smutno; miarowe uderzenia jego serca rozchodziły się echem w moim ciele. Szmer krwi w jego żyłach coraz mocniej mącił mi w głowie. Kły zaczęły strasznie boleć.
-Nie chcę...- zaczęłam drżącym głosem; próbując uwolnić się z jego rąk.
Oparł mnie siłą o ścianę, sprytnie wykorzystując moją słabość do niego.
-Powtórzę to; ile razy będziesz chciała...- Powiedział poważnie patrząc mi prosto w oczy, których turkus zasnuła ponura czerń.- Nic się nie zmieniło; Callisto- poczułam wibrujący ból w kłach gdy pocałował mnie delikatnie w usta.- Możesz brać ode mnie; ile tylko potrzebujesz- te zielone oczy i jego głos zaczęły mnie hipnotyzować.
-Nie mogę...- szepnęłam z trudem, stłumionym głosem.
-Nie chcesz- zaprzeczył nie przestając mnie całować, równocześnie nie przestawał mnie kusić.- Robisz wszystko; byle mnie nie ugryźć..- uniósł moją dłoń i złożył ją na swojej szyi zasłaniając nią ślady moich kłów. Natychmiast przykrył ją swoją dłonią.
-Micha..el- wyszeptałam z trudem. Czułam ten przepyszny zapach; który przemocą wdzierał się w moje myśli przywołując ból nasilającego się pragnienia. Oddychając ciężko nadal starałam się mu odmówić, ale ból był tak silny, że nie mogłam nawet mówić. Przez ostatni tydzień nie widziałam krwi na oczy; ciągle hamując głód lekiem od Devona.
-Callisto- szepnął całując mnie delikatnie.
Kły wysunęły się, a ja przestałam walczyć.
Zamglone spojrzenie widzi tylko płonące; jak dwie jasne gwiazdy zielone oczy; a po chwili usta zalewa fala jego krwi...
Była tak pyszna; że ledwo się powstrzymałam. Oparłam się o ścianę i wplatając palce między jego, przymknęłam oczy oddychając ciężko.
-Callisto?- Szepnął z niepokojem.
-Wszystko gra..- oblizałam usta i zaczęłam go całować.
Jesteś po prostu...
Uzależniona.

Uzależniona od Jego krwii..
-Kurwa mać...- jęknęłam, zrywając się ze snu. Rozejrzałam się po pokoju z przerażeniem.
Kolejny raz, postać Ethana Link... On... Podchodzący do mnie...
-Senat cię ochroni..- szepta, a jego kły rozdzierają moją tętnicę wciskając w krew wampirzy jad. Z całych sił chcę go odrzucić; a jednocześnie...
Tak bardzo chcę żyć...
Chcę żyć; żeby CIĘ zabić... Żeby wykończyć całą waszą wampirzą linię...

-Kurwa jebana mać...- powtórzyłam dobitnie sięgając po kolejną strzykawkę z lekiem.
Michael przez sen wytrąca mi z dłoni przedmiot. Strzykawka wpada pod szafkę.
-Już ci mówiłem..- mówi siadając na łóżku.- Możesz brać ode mnie; ile tylko potrzebujesz..- szepnął biorąc mnie w ramiona.
-Śnił mi się Link...- zaczęłam cicho.
-Jestem przy tobie- odparł muskając ustami pieczęć na mojej szyi.- Zawsze będę tuż obok... Ciągle będę.
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Nie mów "zawsze". Zawsze nigdy nie przestaje boleć..

Gdybym mógł przejąć na siebie choć część jej cierpień..
Paryska obława na Rządowych bardzo różniła się od tego; do czego byłem przyzwyczajony...
-Kici kici; skurwysyny- rzucił po swojemu Daniel; obracając w dłoni piękny dwuręczny miecz o prostej głowni.
-A żeby was diabli wzięli.. - warknęła Light odbijając włócznią cios pierwszego z brzegu Sępa Rady.- Z lewej; chłopaki!
-I po co ci było to "kici, kici", kurwa?- Warknął Pietro do Daniela.
-Bo lubię ich wkurwiać- zarechotał tamten jednym zamachem broni pozbywając się następnych trzech.
-Z prawej Michael!- Rzuciła Callisto zabijając dwóch.
-Niech was Anioł w dupę kopnie...- wysapałem rozcinając dwóch.- Cholerne Rządowe Śmiecie...
***
-Padam z nóg...- Jęknął Noire ze zmęczeniem.- Starość, nie radość...
-Pogrzeb, nie wesele: taka balanga; że "o ja pierdzielę"..- Daniel położył się na trawie przed budynkiem i spojrzał w pełne gwiazd granatowe niebo.
-Masakra...- westchnęła Callisto opierając się o mnie. Słaniała się na nogach. Podtrzymując ją szepnąłem cicho do jej ucha:
-Chce ci się pić...- rzuciłem ledwie słyszalnie całując ją lekko po szyi.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
-Michael.. Ja...- Zaczęłam cicho.
-Cały czas próbujesz mi odmawiać; bo uważasz się za potwora- szepnął smutno; przytulając mnie mocno.
-Nie o to chodzi..- zaczęłam z porażką.- Po prostu nie chcę, żeby coś ci się stało przeze mnie..
Przez mój głód...- dodałam w myślach.
-Jestem przy tobie..- wziął mnie na ręce i zaniósł do pokoju.
Ułożył mnie na pościeli i położył się na boku. Przez długi czas patrzył na mnie w milczeniu z głową podpartą na ręku.
-Powiedz mi; o co chodzi- zaczął z troską; biorąc mnie lekko za rękę.- Widzę, że czymś się przejmujesz...
-Nic mi nie jest- skłamałam cicho.
|***|
Biip. Biiip. Biiiip...
-Tu Tori. Wiesz, co robić po sygnale- w głośniku odezwała się automatyczna sekretarka.
-Cześć; Miles. Musimy pogadać; oddzwoń, jak znajdziesz chwilę..
Powoli odłożyłam Samsunga na szafkę nocną wzdychając ciężko. Nagle napadł mnie jeden z tych niespodziewanych ataków mdłości.
-Callisto- rzucił Michael wchodząc do pokoju.
Minęłam go biegiem i w sprinterskim tempie przecinając korytarz wpadłam do łazienki; po czym zatrzaskując z hukiem kabinę zaczęłam wymiotować.
-O; Boże...- wydyszałam po kilkunastu minutach wychodząc z klopa.
-Wszystko z tobą okej?- Zapytał zaniepokojony zielonooki przyglądając mi się.
-Nie wiem...- odparłam grzebiąc w torbie, wyciągnęłam kalendarz i zajrzałam; a moje oczy przybrały wielkość talerzy obiadowych...
-To niemożliwe... Chyba źle policzyłam...- zaczęłam w głębokim zaskoczeniu; wertując notes.
-Co jest niemożliwe? Callisto, co się dzieje??- Zaczął zielonooki; przyglądając mi się.
-Nic. Nie ma strachu... Może to żarcie na mieście mi zaszkodziło...- wymruczałam myśląc zupełnie o czymś innym. Wrzuciłam kalendarz spowrotem do torby.
-Callisto...- podniósł mnie na nogi i przytulił; a ja prosiłam Boga; żeby to była tylko wina paryskiego żarcia.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
Późny wieczór...
-Marcel; przypilnuj tej hałastry- rzuciła z uśmiechem Light; wsiadając do niebieskiego samochodu marki Peugeot.
-Nie ma sprawy- rzucił Noire, gdy pakowaliśmy się do wozu.
-No, to jazda za Anioła- Dorzucił dziarsko Daniel zza kierownicy. Wrzucił bieg i ruszyliśmy wąską drogą.
***
Wysiadając z auta rzuciłam okiem na ogromny biały budynek zbudowany na planie koła. Przed kutą bramą ogrodzenia zebrał się już spory tłum łowców ze wszystkich kwater głównych Stowarzyszenia. Każdy posiadał inny kolor wstążki z przywieszoną doń tarczką ze znakiem Zrzeszenia i miastem, z którego przybyła delegacja. Na ten przykład Niemcy mieli tarczę z przypiętą ciemnozłotą wstążeczką, a na jej dole napis: KGS Berlin, z kolei Rosjanie posiadali wstążkę srebrną i w swoim alfabecie: KGS Moskwa. Zewsząd słyszało się mieszankę różnych języków.
-A ci to skąd się urwali?- Michael szturchnął mnie wskazując oczami na ubranych w czarne kimona Azjatów.
-Macki Stowarzyszenia są bardzo długie. Delegacja kwatery z Tokio, Japonia- odparłam powoli.
-Ale mają ciuchy...- skomentował kręcąc głową z niedowierzaniem.
-Jebane senackie szmaty, z tą skurwiałą dziwką Tower na czele..- usłyszałam gdzieś z lewej wściekły męski ton głosu.
-Daj spokój; Paweł. Kurwa nabiera większego kurestwa; gdy zasiada w Senacie. Senackie ścierwo..- odparł inny, dostrzegłam białą wstążeczkę, a na tarczy podpis: "KGS Warszawa".- Czas nakarmić raka- rzucił lekko wsuwając w usta zapalonego papierosa.
-Nie wywołuj; bo jeszcze se wykraczesz- zaczął ten pierwszy, nazwany Pawłem.
-Na coś trza zdechnąć, nie?- odpowiedział z kaszlącym śmiechem jego rozmówca. Zaciągnął się dymem.- Ciekawe kiedy nas wreszcie wpuszczą; trochę długo tu już kwitniemy...
W tym samym momencie kuta brama otworzyła się na oścież wydając z siebie charakterystyczny zgrzyt.
Wielkie mahoniowe odrzwia otwarły się tuż przed nami Delegacje wolnym krokiem i w milczeniu ruszyły po schodkach ku wejściu.
Ławy sali obrad Wampirzej Rady Głównej wypełniły się po brzegi. Łowcy ze wszytkich kwater głównych zajęli miejsca po prawej stronie, a wampiry Senatu po lewej. Główny senator, zwany inaczej Marszałkiem; nazwiskiem Thunder stanął przed mównicą; poczekał aż zapadnie cisza i zaczął:
-Dobry wieczór. Szczególnie pragnę powitać delegacje wszystkich kwater głównych
Stowarzyszenia Łowców; oraz Związek Stowarzyszenia. Dziękuję; że zechcieliście przybyć. Otwieram zebranie Senatu; o zabranie głosu proszę senator Tower, która przybliży wam całą sprawę..
Tower zastąpiła Thunder'a przy katedrze. Przelotnie zamienili jeszcze kilka słów.
-Otóż; jak zapewne wszystkim wiadomo cały ten kłopot rozpoczął się tuż po śmierci Ethana Link. Oczywiście według praw wampirów, wampir niższej rangi nie może zabić Stwórcy; zatem zarzuty wobec Callisto Anabelle Raven, herbu Kruk zwyczajnie są bezpodstawne. Poza tym nie ma także dowodów.- Oznajmiła wyjątkowo obojętnie Tower.- Tę kwestię tłumaczyliśmy także Rządowi; któremu przewodził Vincenzo Corvin; jednak ten uznał; że dziewczyna; jako że pochodzi ze Szlachetnej Linii łowców mogłaby to zrobić i nie przyjmował do wiadomości naszych argumentów-  ciągnęła dalej miodowooka, a wszyscy łowcy słuchali uważnie.- Ponadto nasze śledztwo wykazało udział kogoś trzeciego, lecz nie wiadomo nic o tej osobie. Sam senat z kolei, stara się wyjaśnić tę sprawę.- Powoli rozejrzała się po sali; a łowcy po cichu wymieniali uwagi. Wampiry Senatu również zaczęły rozmawiać.
-Senat uznał wówczas; że nie ma żadnego zagrożenia ze strony owego Rządu. Przyznaję, że nasze założenia co do zaistniałej sytuacji były błędne. To właśnie druga sprawa: Vincenzo nie tylko bezpodstawnie, ale i wbrew woli Senatu domagał się wydania łowczyni Rodu Kruka jego Rządowi.
-Od kogo tyle wiedzą..?- Szepnęła zaskoczona Light do Daniela.
-Od tamtej pory zaczął się konflikt między tamtejszą  Radą Wampirów i Stowarzyszeniem pod wodzą łowcy Rodu Cheruba, Michaela Angello- Kontunuowała Tower; uciszając dalsze rozmowy łowców.- Zajmijmy się pierwszą sprawą. Chciałabym złożyć wniosek o przesłuchanie panny Raven w charakterze świadka; jeśli panna się zgodzi- mówiąc to spojrzała na mnie pytająco; lecz zanim zdążyłam się odezwać; jeden z łowców uprzejmie podniósł rękę, prosząc o udzielenie mu głosu.
-Słuchamy- rzuciła uprzejmie Tower.
Wysoki brunet o słowiańskiej urodzie wstał.
-Kwatera główna w Warszawie- oznajmił krótko, spokojnym tonem.- Chciałbym zapytać; z jakiego powodu ciągać tę dziewczynę na jakieś pozbawione sensu przesłuchania, zamiast umorzyć całe postępowanie.- Wpatrzony w Tower czekał na jej odpowiedź.
-Potrzebujemy tego zeznania do zakończenia owego postępowania. Senat na wczorajszym posiedzeniu jednogłośnie stwierdził; iż tylko to zeznanie dzieli nas od zamknięcia całego śledztwa. Wierzę również, że sama panna Kruk nie ma nic do ukrycia- oznajmiła uprzejmie Tower; patrząc mężczyźnie w oczy.
Poczułam dłoń Michaela na swojej; popatrzyłam nań uspokajająco widząc jego zmartwienie i niepokój.
-Wszystko w porządku...- Szepnęłam cicho.
Łowca w milczeniu zajął miejsce. Zauważyłam, że głęboko się nad czymś zamyślił.
-Zatem; panno Raven?- Zapytała krótko wampirzyca w bieli.
-Jak pani słusznie stwierdziła: nie mam nic do ukrycia, senator Tower- oznajmiłam spokojnie.- Szczerze mówiąc mnie samą męczy to, że jestem na językach waszej społeczności; jakbym była celebrytą wśród wszystkich wampirów- dodałam niechętnie.- Jeśli moje zeznania mają doprowadzić do ładu sytuację w całym podziemiu; złożę je nawet dziś. Dziękuję; to wszystko, co chciałam powiedzieć- oznajmiłam siadając.
Wśród wampirów zapanowało poruszenie. Tworzący Senat zaczęli rozmawiać cicho między sobą. Thunder siedzący na podwyższeniu z głową podpartą na ręku rozmyślał przez chwilę. Głównie od jego decyzji zależało, czy przesłuchanie w ogóle się odbędzie.
-Wniosek przyjęty; proszę senat o przegłosowanie- oznajmił Thunder znudzony; jakby "zabójstwo Linka" zupełnie go nie obchodziło. Nawet więcej: jakby chciał jak najszybciej zamknąć to całe "śledztwo".
-Głosujmy- Rzuciła Tower, a wszystkie pijawy zaczęły coś  majstrować przy swoich stanowiskach.
Na ekranie za Tower wyskoczył wynik:
      Za: 10

      Przeciw: 327

      Wstrzymało się: 163

    Wniosek odrzucono większością głosów.
Łowcy spoglądali po sobie ze zdziwieniem; rozmawiając przyciszonymi głosami. Niezwykle rzadko się zdarzało; by Senat w tak trudnej sprawie odrzucał jakikolwiek wniosek- w swoich działaniach (zwłaszcza w śledztwach) był bardzo skrupulatny.
-Wróćmy, więc do kwestii Rządu. Według doniesień szerzy się nieposłuszeństwo Krajowych Rządów Wampirów; co grozi nie tylko wojną z łowczymi; ale i ogólnym chaosem; bo nasi pobratymcy mieszają w ten konflikt także śmiertelników- powiedziała Tower.- Nasze główne prawo tego zabrania, więc musimy się zastanowić, jak przywrócić harmonię i odpowiednio ukarać winnych całego zamieszania.
-Postawienie ich przed Trybunałem będzie trudne, bo podejrzanych jest multum; senator Tower- odezwał się znajomy, usypiający głos z najwyżej usytuowanej ławy.
Wszyscy- zarówno łowcy, jak i pijawy- obejrzeli się w tył...
Na samej górze; jakby była to sala kinowa siedział Jean Féu.
Wszystkie pijawki włącznie z Marszałkiem zerwały się z miejsc i zwróciły się przodem ku Starszemu. Prawe dłonie powędrowały na piersi; a wampiry ukłoniły się Jean'owi. -Pan Sędzia; jak zawsze na czas..- zaczęła Tower siląc się na uprzejmość.
-Plujesz jadem; jak na żmiję przystało, Katherine- odparł Féu wprost.- Głównie dzięki  opieszałości twojego resortu mamy teraz ten bałagan, więc weź się łaskawie do roboty i zamknij twarzyczkę. Wiesz; że bardzo nie lubię, kiedy pyskuje mi wampir twojego pokroju- dodał spokojnie i skinął dłonią na pozostałe pijawy; pozwalając im usiąść.
-Kontynuujcie tę komedię; byle było zabawnie- Rzucił Féu znudzonym tonem.
-Ciebie to bawi; ale nas niekoniecznie- Zauważył niechętnie Thunder.
Féu siedział w wyluzowanej pozie z nogą założoną na nogę. Przez jego bladą; piękną twarz przemknął ironiczny uśmiech.
-Nie zaprzeczę; że zabawnym jest fakt; iż myśleliście, że łowczy odwalą za was brudną robotę- zauważył spokojnie, rozparty wygodnie w najwyższej ławie.- Jednak najbardziej żałosne jest to, że nie potraficie utrzymać naszej rasy w ryzach. Zupełnie, jakbyście się bali wampirów niższego statusu- powiedział leniwie.- Pod dumą Starszyzny skrywacie zwykły strach. Nawet łowcy mają więcej honoru i glorii; niż wy bando tchórzy- dodał drwiąco.
Wszyscy łowcy patrząc na Wampira zaczęli rozmawiać cicho. Michael patrzył nań w milczeniu; trzymając mnie za rękę.
Tower wyglądała na spiętą. Stała w bezruchu z oczami utkwionymi w Jean'a Féu. Jej twarz przypominała maskę- próbowała ukryć złość i niechęć do "Sędziego".
-Śmiało mógłbym cię postawić przed Trybunałem pod zarzutem niedopełnienia obowiązków lub, wręcz, zdrady stanu; Katherine Tower- oznajmił spokojnie po krótkim milczeniu Féu.- Jeśli mogę; chciałbym złożyć odowiedni wniosek w tej sprawie- kontynuował ignorując plotkujących między sobą łowców.
-Przyjmuję wniosek i proszę o jego natychmiastowe przegłosowanie- oznajmił Thunder.
Wampiry zaczęły głosować.
      Za: 399

      Przeciw: 201

      Wstrzymało się: 0

    Wniosek przyjęto większością głosów.
Féu uśmiechnął się ledwie zauważalnie. Do pokoju weszło czterech wampirów ubranych na szaro. Obserwowałam, jak wyprowadzają bladą jak płótno Tower z sali.
Féu przeszedł między ławami i  schodząc z podwyższenia ruszył w stronę mównicy. Wszystkie oczy śledziły jego postać.
-Wiadomo wszystkim; że, żeby poradzić sobie z rozmiarem tego kłopotu powinniśmy najpierw zacząć od samego źródła.- Oznajmił stojąc przed katedrą.- Pierwszym i najważniejszym celem jest Caius Woroszyłow, główny sprawca obecnych wydarzeń. Ponadto; jak zapewne wiedzą przedstawiciele Stowarzyszenia Łowców trzeba uspokoić wampiry siejące zamęt. Proszę teraz o zabranie głosu przedstawiciela Kwatery głównej w Madrycie.
Z ławy za nami wyszła niewysoka śniada kobieta; która ruszyła ku mównicy.
-Hiszpańska Kwatera Główna Stowarzyszenia Łowców; Madryt.- Rzuciła krótko.- Co mogę powiedzieć o sytuacji naszego kraju.. Pokrótce: wampiry podzieliły się na dwa obozy: jedni są za tamtejszym rządem; drudzy stoją twardo za Senatem. W każdym miejscu co godzinę wybuchają między nimi bójki, a głównymi prowodyrami są ci, opowiadający się po stronie rządowych. Współpraca między naszą organizacją, a Rządowymi jest praktycznie zerowa z powodu braku porozumienia. Zważając na cały ten bałagan, zapewne nie tylko nasza kwatera; ale i  większość kwater głównych wydała odpowiednie rozporządzenia; by powstrzymać tę szerzącą się zarazę i likwidować wampiry bez względu na pochodzenie. To wszystko z mojej strony; dziękuję- oznajmiła wracając na swoje miejsce; a łowcy odprowadzali ją wzrokiem.
₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪₪
-Tu Tori, wiesz, co robić po sygnale..- kolejny raz w słuchawce słyszę głos Tori na automatycznej sekretarce.
Zakończyłam połączenie i wsunęłam telefon do kieszeni dżinsów.
Bałam się; jak cholera. Ściskając w kieszeni kurtki test westchnęłam ciężko. Nie do końca wiedziałam, czy będę mogła wierzyć jego wynikowi.
-Ja pierdolę...- Jęknęłam cicho z rezygnacją.
Czy ludzie zmienieni w pijawy mogą zajść w ciążę...?- Przemknęło mi nagle przez myśl.
Michael Tyler; uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
Callisto od naszego przyjazdu do Paryża dziwnie się zachowuje... Te jej wczorajsze złe samopoczucie i wymioty.. No i ta dziwaczna sytuacja z kalendarzem...
Martwiła mnie ta cała jej  tajemniczość. Czy Callisto czuje się gorzej i ukrywa to przede mną? A może zrobiłem coś nie tak? Może jest na mnie zła?
Byłem skołowany, bo nie miałem pojęcia, co znaczą te wszystkie jej uniki. Bałem się, że znów ją stracę.. Że ktoś mi ją odbierze...
Leżąc w poprzek łóżka w sypialni wpatrywałem się w kasetony na suficie rozmyślając o wszystkim; co mnie spotkało od kiedy się poznaliśmy. Przed oczami przebiegały mi wszystkie wspomnienia z czarnowłosą pięknością o turkusowych oczach w roli głównej.
Tamten pierwszy dzień w nowej szkole i widok pewnej dziewczyny o sarkastycznym usposobieniu i złowieszczym, granatowym tatuażu na szyi.
-Ogień parzy.. Daj sobie spokój z tą laską, koleś..- usłyszałem głos jednego z licealistów, który w poprzednim semestrze przeniósł się do innej szkoły.
-Gdybyś to teraz widział, "ko-leś"- mruknąłem do swoich myśli.
Spod uchylonych lekko powiek dostrzegam cień przechodzącej postaci. Callisto zakłada właśnie czarną koszulkę. Na jej twarzy maluje się zmęczony wyraz. Otwiera torebkę transfuzyjnej i popijając spaceruje po pokoju z ręcznikiem na głowie. W torbie szuka suszarki i szczotki do włosów. W powietrzu unosi się zapach jej kwiatowego szamponu, który uwielbiam.
-Jaki ja mam tu chlew...- mruknęła szperając we wnętrzu czarnego bagażu.- Na nieskończoną cierpliwość Anioła, ale mi się spać chce..- ziewnęła przeciągle.
Jaka ona jest piękna.. I te cudowne majtki z całuśną buźką i napisem na tyłku: sobota.
Kurczę... Wygląda naprawdę sexy..- pomyślałem z zamkniętymi oczami uśmiechając się.
Callisto Raven; postrach ogólniaka.
Test ciążowy wskazał dwie kreski.
-To jest jakiś koszmar...- mruknęłam susząc włosy.
W mojej kieszeni odezwał się telefon. Wyłączając suszarkę wyciągnęłam go z kieszeni i widząc zdjęcie Tori odebrałam.
-Co tam; Cally?- Rzucił głos Tori po drugiej stronie.
-Cześć... Mam cholerny problem, laska...- westchnęłam odkładając szczotkę.
-Nawijaj, co jest grane- odparła poważnie.
-Nie mam zielonego pojęcia; czy to w ogóle możliwe..- Zakończyłam opierając dłoń na umywalce; spojrzałam w lustro.- To jest jakaś masakra. Wczoraj haftowałam; w nocy nie mogłam spać..
-Robiłaś test?- Spytała rzeczowo.
-Wyszedł pozytywny; ale nie do końca mam pewność; czy to się sprawdza w przypadku pijawek..- zauważyłam powoli.
-No; tak... Racja- westchnęła ciężko.- Zostają nam dwie możliwości.. Albo zapytać Angello, albo...
-Angello odpada- ucięłam szybko.
-Czyli zostaje Féu- powiedziała spokojnie. Zamilkłam na dłuższą chwilę.- Callisto. Cally??
-Jestem...- rzuciłam krótko.- O, cholera..- Jęknęłam zginając się wpół.
-Co się stało?- Zaniepokoiła się Tori.
-Coś dziwnego się ze mna dzieje...- zaczęłam powoli; oddychając głębiej.
-Mów..
-Tego się nie da opisać..- odparłam zaskoczona.
-Kiedy wracacie?- Spytała.
-Jutro wieczorem...- odpowiedziałam z namysłem.- Ja kompletnie nie wiem, co mam robić...
-Nie panikuj. Znajdź tego Starego Diabła i poproś go o rozmowę. Może się czegoś dowiesz..- poradziła z namysłem.
-Dzięki; Miles...- powiedziałam z wdzięcznością.
-Trzymaj się i nie panikuj; Raven.. Najważniejsze to nie panikować..
-Do zobaczenia po powrocie; Miles..- odłożyłam telefon na krawędź umywalki i wróciłam do czesania włosów.
Godzina trzecia w nocy..
Wsunęłam pod rękawy sztylety i wymknęłam się z budynku przez okno.
Miałam nadzieję, że Féu nadal jest w budzie Senatu..
***
Weszłam przez uchyloną bramę i ruszyłam szybko w stronę okrągłego budynku.
-Czego tu szukasz; łowczyni? Przyszłaś węszyć?- Zapytał ostro wampir w szarym stroju, chwytając mnie za ramię, żebym mu nie zwiała.
-Puszczaj; pijawo..- odparowałam chłodno podbijając jego rękę.- Przyszłam poprosić o rozmowę..
-Kogo?- Zapytał chłodno i wyniośle.
-Jean'a Féu; jeśli będzie łaskaw ze mną rozmawiać- odparłam spokojnie.
Za mną- rzucił obojętnie.
Weszliśmy do środka i poprowadził mnie korytarzem. Starałam się zapamiętać drogę.
Nagle to samo uczucie.. Niemal ścinający z nóg ból w brzuchu i spiralne uderzenia Mocy w moim ciele..
-Na nieskończoną cierpliwość Anioła..- Oparłam dłoń na jednym z posągów i pochyliłam się lekko; biorąc kilka głębokich oddechów.
Wampir spojrzał na mnie przez ramię ze zdziwioną miną. Powoli się wyprostowałam i powłócząc nogami rzuciłam:
-Idźmy dalej... Prowadź...- powiedziałam słabym głosem.
-Na pewno czujesz się na siłach; marny poziomie D?- Zapytał obojętnie.
-Jeszcze jedno słowo; a rozwalę ci łeb; pijawo- warknęłam lodowato.
-Pyskujesz mi?- Zakpił spogladajac na mnie z ukosa, z politowaniem.
-Stul dziób i zaprowadź mnie do swojego pana; ścierwo- syknęłam z wściekłością.
-Co się tu dzieje, do czarta..?- Usłyszałam od drzwi po lewej na końcu korytarza, którym szliśmy.
Wampir przystanął i kłaniając się Jean'owi odparł:
-Ta dziewczyna życzy sobie rozmowy z Tobą- powiedział z czcią wobec Czystokrwistego.
-Wejdź proszę; Kruk- powiedział Féu spokojnie, obserwując mnie. Po chwili wszedł za mną zamykając mojemu przewodnikowi drzwi przed nosem.
Znalazłam się w bogato urządzonym gabinecie. Na biurku leżało kilka grubych tek z napisem 'akta'. W jednej z nich była karta z moimi danymi i kilkoma zdaniami.
Wychwyciłam ostatnie z nich: "Decyzją Senatu Callisto Anabelle Raven nie zostanie przesłuchana w charakterze świadka, a sprawa zostaje uznana za zamkniętą."
-Usiądź; proszę. Z czym do mnie przychodzisz; łowczyni?- Zapytał; gdy usiadłam powoli.
-To bardzo delikatna i skomplikowana sprawa.. Sama nie wiem; jak to określić, bo...- zaczęłam powoli.
-Mów wprost, śmiało- zachęcił Starszy.
-Chciałabym zapytać; czy... Czy wampir taki, jak ja może zajść w ciążę?- Szybko skończyłam, zanim straciłabym odwagę.- Nie wiedziałam; do kogo się z tym zwrócić; więc pomyślałam, że skoro jesteś najstarszym wampirem na tym kontynencie, to wiesz wszystko na temat przemienionych wampirów...- dodałam cicho.
Féu przyglądał mi się uważnie przez długi czas; jakby zastanawiając się nad czymś.
-Opowiedz mi wszystko od początku..- Powiedział spokojnie i uprzejmie.
-Właściwie to wszystko zaczęło się jakiś miesiąc temu... Czasem czułam się koszmarnie i ledwie mogłam wstać z łóżka...- zaczęłam opowiadać.
***
-Najgorzej było wczoraj.. Co kilka godzin haftowałam i było mi słabo... Zrobiłam test ciążowy, no i...
-Wynik pozytywny?- Wtrącił pytająco.
-Właśnie...- westchnęłam ciężko.- To w korytarzu było...
-Pozwól; że ci przerwę..- powiedział wampir spokojnie. Zamilkłam i skinęłam głową, by mówił dalej.
-Rzadko się zdarza by przemieniony wampir mógł mieć potomstwo; ale się zdarza. Jako, że pochodzisz w prostej lini z dwóch starych Rodów łowczych; jesteś równa statusem ze Szlachetnymi; choć posiadasz odrobinę mniej Mocy- zauważył spokojnie.- Jak sądzę sypiasz ze swoim narzeczonym...- zasugerował, skinęłam twierdząco nieco zażenowana tym pytaniem o sprawy prywatne.
-Ciąża u wampirów trwa siedem miesięcy. Możesz odczuwać zwiększony głód, bóle i inne, czasem zaskakujące, dolegliwości- wyjaśnił spokojnie.- Skoro test był pozytywny i odczuwasz niektóre stany...
-A propos tych "stanów"; jesli mogę ci przerwać..- Féu skinął, więc kontynuowałam.- W korytarzu przytrafiło mi się coś... Niecodziennego.- Urwałam nie do końca wiedząc; jak to określić.
-Mów dalej; proszę..- oznajmił powoli.
-To uczucie... Ono..- Powiedziałam z zastanowieniem.- Najpierw ten ból, jakby ktoś zdzielił mnie kijem baseballowym w brzuch i te przechodzące mnie.. Coś jakby.. Kręgi Mocy.. Tego nie można opowiedzieć..- zauważyłam poruszona i jednocześnie zaniepokojona.
-To jednoznacznie wskazuje na to; że rodzina się powiększa. Gratuluję, panno Raven- powiedział spokojnie.
Ukryłam twarz w dłoniach i pochylając się jęknęłam załamanym tonem:
-O, ja pierdolę... To jakaś masakra po prostu.. MA- SA-KRA..- wyszeptałam stłumionym przez przerażenie głosem.- To chyba jakiś pieprzony kawał... Powiedz, że sobie żartujesz... Powiedz, że tylko żartujesz...- powtórzyłam oszołomiona tą informacją.
-To niestety nie jest żaden żart. Nie ośmieliłbym się żartować w tak poważnej sprawie, w której zdecydowałaś się tutaj przyjść...- Oznajmił wampir z niespotykaną dotąd powagą.
-To koszmar... To mi się tylko śni...- wymamrotałam; starając się oszukać samą siebie. Byłam zdumiona,  przerażona i niezwykle zagubiona. Byłam zwyczajnie zszokowana..
-Spokojnie; to jeszcze nie koniec świata, panno Raven...- oznajmił Jean Féu spokojnie.
Powoli odjęłam ręce od twarzy i prostując się spojrzałam nań zdumiona.
-Nie koniec świata..?- Wychrypiałam płaczliwym tonem.- Mały wampirek to nie koniec świata...??
-Dla ścisłości "półwampirek"; Callisto Anabelle- poprawił Féu spokojnie.
Wstałam powoli.
-Dziękuję i przepraszam za cały kłopot; dobrej nocy- powiedziałam cicho. Musiałam stamtąd odejść zanim totalnie bym się rozkleiła.
Zamknęłam za sobą drzwi i pobiegłam ku wyjściu z budynku.
Cholernie chciało mi się płakać z przerażenia, załamania- w ogóle miałam mieszane uczucia co do tej wiedzy.
-Tobie również; przyszła pani Tyler- usłyszałam głos Wampira; gdy przebiegałam przez bramę.
Płakałam przez całą drogę powrotną. Czułam się, jakbym grała w tandetnym miksie horroru i komedii romantycznej. Cholernie deszczowej komedii romantycznej...
-Callisto!- Rozbrzmiał za mną jego głos.
Przystaję, jak wmurowana w chodnik i szybko ocieram łzy. On odwraca mnie ku sobie.
-Płakałaś..- stwierdza zaniepokojony, przyglądając mi się z troską. Jego ramiona przysuwają mnie do siebie, a głos szepcze cicho...
Michael Tyler, uczeń drugiej klasy ogólniaka- łowca wampirów...
-Co się dzieje? Dlaczego jesteś smutna?- Szepnąłem, tuląc ją mocno przesunąłem dłonią po jej twarzy. Choć byłem przemoknięty i drżałem z zimna przytulałem ją z uczuciem.
W jakiś sposób wiedziałem, że bardzo mnie potrzebuje. Ona nie płacze z byle powodu; bo jest "moją twardą Cally".
-Callisto.. Kochanie- szepnąłem do jej ucha.
-To straszne..- znów zaczęła płakać opierając głowę o moje ramię.- Okropne...
-Co takiego?- Zapytałem cierpliwie, choć ze zdziwieniem.
Rozmowa na trochę się urwała. Czarnowłosa potrzebowała się wypłakać; staliśmy tak w rzęsistym deszczu; gdy nagle przestało na nas padać. Zaskoczony spojrzałem w bok i zobaczyłem Jane trzymającą nad naszymi głowami drugi parasol.
-Przeziębisz się, paniczu- powiedziała po prostu.
-Powiesz mi wreszcie, o co chodzi; Callisto Anabelle Raven, herbu Kruk?- Zapytałem nieco zdenerwowany chodząc po pokoju.
Turkusowooka już od godziny milczała pochłaniając trzecią tabliczkę czekolady. Jane przyglądała jej się uważnie.
Moja narzeczona bardzo powoli podniosła głowę i spojrzała na mnie tymi dużymi oczami; po których poznałem, że szykuje dla mnie jakąś mega bombę.
Powoli otworzyła drżące usta, z których wyszedł pełen szoku szept:
-Michael; ja...- zaczęła, próbując nie pokazywać po sobie nerwów splotła i zacisnęła złożone na kolanach dłonie.- Jestem w ciąży..- wyznała w końcu.
Zamurowało mnie tak bardzo, że zaniemówiłem na kilka minut. Potrafiłem tylko patrzeć w te turkusowe oczy ze zdumieniem. Powoli zrobiłem kilka kroków w jej stronę i przyklęknąłem przy niej. Biorąc jej dłonie w swoje przesunąłem opuszkiem po pierścionku i sygnecie na palcach jej lewej dłoni.
Callisto Raven, postrach ogólniaka.
Odrzucając paczkę z czekoladą na pościel wziął mnie na ręce i obrócił się ze mną kilka razy, tańcząc po pokoju śmiał się radośnie.
Otworzyły się drzwi naszej sypialni.
-Ludzie tu się śpi, a nie tańczy i rży o czwartej rano...- powiedział z pretensją Pietro, patrząc na nas zaspanym wzrokiem.
-Będę tatą; kurwa- odpowiedział z uciechą Michael.
Pietro gapił się nań osłupiały.
-Nagrzany jesteś, czy ki diabeł...??- Zapytał z niedowierzaniem, gapiąc się na nas zupełnie rozbudzonym spojrzeniem. Powoli pokręcił głową z niedowierzaniem i odszedł.
Michael wzruszając ramionami do swych myśli, zaczął mnie całować. Rozejrzałam się ukradkiem, lecz Jane, postanawiając zostawić nas samych zniknęła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz