poniedziałek, 22 stycznia 2018

Hunter II Bloodlust ~Sin Rozdział XIV: Pani Czystej Krwii


Tymczasem gdzieś tam..
Tori Miles, Królowa Ogólniaka…
Muszę stąd zwiać.. Za wszelką cenę.
Słychać kroki.. To pewnie jeden z tych złych wampirów.
Przesuwam się tuż przy ścianie wnęki. Liczę, że jakoś znajdę stąd wyjście.
Teraz, kiedy dorwali Cally ogarnia mnie strach. Od tamtego wieczora boję się ciemności; nie: boję się, że w mroku kryją się te złe wampiry. Przedzieram się przez jakieś rozwalone deski.. Kurz gryzie mnie w nos.. Próbuję powstrzymać kichnięcie…
-Apsik…!
Kroki za mną przyspieszają. Usłyszał mnie.
Z szybkością światła zakładam buty i rzucam się do biegu. Biorę coś w palce.
To chyba drewno. Biegnąc obmacuję je i wyczuwam, że na końcu jest zaostrzone; jakby było przygotowane specjalnie do zabijania. W biegu zwijam jeszcze kilka i chowam w głębokich kieszeniach kurtki z myślą, że mogą mi się do czegoś przydać…
-Nie uciekaj przede mną; Pyszniutka!- rzucił za mną ze śmiechem głos chłopaka.
Zaciskam mocniej dłoń na broni. Pod palcami wyczuwam wyryte w drewnie jakieś symbole.. Może litery.. Nie zastanawiam się nad tym dłużej; mogę się temu przyjrzeć później.. Jak już stąd spierdolę..
-I tak cię złapię- rzucił za mną.
Biegnę. Płuca palą tak, że każdy kolejny oddech przyprawia mnie o kłujący ból.
On jest coraz bliżej..
Dopadnie mnie..
Obracam głowę przez ramię i przyspieszam jeszcze bardziej.
W pewnej chwili zauważam jakieś pomieszczenie. Ślizgiem wpadam przez uchylone drzwi i zatrzaskując je zastawiam stojącym w pokoju biurkiem; jednocześnie szukając drogi ucieczki.
Ucieszyłabym się niesamowicie; gdyby było tu jakieś okno… Wzrok ślizga się po ścianach.
W pewnej chwili; od drzwi dobiega hałas.
Złapie mnie! Nie zdążę mu uciec!
Żeby się otrząsnąć strzelam sobie porządnego plaskacza.
Myśl; Miles! Ogarnij się i myśl.
Gdy już czuję, że jestem na straconym polu wzrok dostrzega gdzieś z boku mały blask świateł miasta.
Światło..
Jestem uratowana!
Huk od strony drzwi, przez które tu weszłam nasila się. Przede mną są drugie. Metalowe. Jeśli zdołam je otworzyć…
Próbuję. Szarpanie za klamkę nic nie daje.
Zamknięte na amen.. Już po mnie..
Szukam klucza; blachy; czegokolwiek; czym mogłabym je wyważyć.
Hałas nie pozwala mi myśleć…
Pierwsze drzwi ustępują. Wampir wchodzi, kopniakiem wywracając biurko zmierza w moją stronę.
-Teraz porządnie mnie wnerwiłaś; Pyszniutka- warknął z gniewem.
-Nie podchodź!- Trzymam w drżącej dłoni…
Kołek. Teraz wyraźnie widzę jasne drewno z wyrzeźbionym napisem po łacinie; który skądś znam.
-Nawet nie wiesz; jak się tego używa- Oznajmił prześmiewczo.
-Jak cię załatwię; to już będę wiedziała- odpowiadam zaczepnie.
-Zobaczymy- rzucił się na mnie z wyszczerzonymi zębami.
W ostatniej chwili zrobiłam unik i kopnęłam go w tyłek. Wpadł na drzwi i zaklął; odwracając się.
Musiał dość mocno przydzwonić..
Nie było czasu się nad tym zastanawiać. Nie wiedziałam; jak daleko pobiegłam; gdzie jestem, ani jak wbić ten kołek.. Niezbyt uważałam na ostatnich lekcjach historii, gdy Delacroix opowiadał legendy o wampirach…
-Poddajesz się; Pyszniutka..?- Zapytał wesoło. Wbiłam mu kołek; ale musiałam źle trafić, bo raczej bardziej go tym  rozwścieczyłam.
-Teraz pogadamy inaczej; smarkulo- Warknął.
Przytulona do ściany wyciągnęłam z kieszeni drugi kołek. Zbliżał się w moją stronę. Pozostał mi tylko krzyk; jednak nie byłam w stanie wydobyć z siebie głosu..
Z mroku wynurzył się kraniec strzelby.
Ciszę rozdarł huk wystrzału. Wampir zmienił się w proch. Na podłodze zostały ciuchy, a wśród nich pozostały z niego piasek.
W krąg światła wszedł mężczyzna. Widząc brązowy płaszcz ze skórzanymi wstawkami i opaskę na jego oku odetchnęłam z ulgą.
-Nic ci nie zrobił?- Zapytał rzeczowo.
Przede mną stał pan Morgenstern- nauczyciel Callisto, którego licealiści nazywali Celownikiem. Podszedł i wyciągnąwszy mi z dłoni kołek przyjrzał mu się. Jego twarz nawet nie drgnęła.
-Skąd to masz…?- Zapytał powoli.
-Znalazłam; jak uciekałam przed nim..- odpowiedziałam.
-Gdzie?
-Co mnie pan pyta, skoro ja sama nawet nie wiem; gdzie jestem? Zawiązali mi oczy i…- uspokoiłam się nagle.
Położył mi dłoń na ramieniu i spojrzał mi prosto w oczy.
-Wiesz, co to jest?- Zapytał.
Spojrzałam na drewno w jego dłoni.
-Wiem tyle, że to jakieś drewno- wzruszyłam ramionami obojętnie.
-Nie byle jakie drewno. To poświęcony jesion, broń na wampiry.- Oznajmił.- Jedna z najstarszych broni wykorzystywanych przeciwko wampirom; jednak te kołki nieco się różnią..- odezwał się z zastanowieniem.
-To znaczy..?- Zaciekawiło mnie to trochę; przyznaję. Ruszyłam za nim.
-Ponieważ są na Starszych. Pewnie zauważyłaś ryty- Obracał zręcznie w palcach broń.
-Wydawało mi się; że to tylko jakaś tam fantazja wytwórcy- zauważyłam z uśmiechem.
-Przyznaj; że cię to ciekawi- stwierdził przyglądając mi się z boku.
-Odrobinę, a co?- uśmiechnęłam się uprzejmie.
-Druga Callisto Anabelle, nie ma co…- rzucił głos za nami.
Odwróciłam się na pięcie obserwując, czy mogę mu ufać; czy lepiej spieprzać jak najdalej stąd.
Zobaczyłam nieznajomego; przystojnego chłopaka. Trzymał w palcach długie noże.
-Znaleźli Młodą; Jason?- Zapytał Celownik.
Chłopak pokręcił głową.
-Nadal szukają. Te tunele są długie, jak diabli; mistrzu- stwierdził podchodząc.- A to co, na świętego Michała Archanioła..?- Zapytał ze szczerym zdziwieniem.
-Kołek na Stare.
Chłopak uniósł brwi w zdziwieniu.
-A tak z ciekawości… Co to za napis?- Zapytałam z namysłem.
-To „Te Deum Laudamus”, hymn koscielny. Tu jeden z wersów; a znaczy: „Tyś pokruszył śmierci wrota; starł jej oścień w męki dobie..”.
-”Ciebie Boga wysławiamy”- rzuciłam tryumfalnie.- A Cally twierdziła, że łowcy wcale nie są za bardzo wierzący…- zauważyłam z ironią.
-A skąd ty znasz Callisto?- Zapytał chłopak zdziwiony.
-A niech was szlag..! Porter, złaź mi z drogi!- warknął znajomy głos. Zawtórował mu jęk i głuchy odgłos- sekundę potem zobaczyłam Michaela lecącego w powietrzu z mieczem w ręku i rozwiewające się popioły kolejnego „wampira poziomu D”- jak zwała ich Cally.
-Cześć, Miles- Rzucił Michael; jakby nigdy nic; opuszczając broń.
°°°
Callisto Raven; postrach ogólniaka…
********************
Callisto Raven; postrach ogólniaka…
-Gdzie byliście, Szczury?- Z góry oparty rękoma na balustradzie schodów wychyla się Mephisto.
-Nie twoja sprawa- odparł obojętnie prowadzący mnie wampir.
Chłopak przeskoczył balustradę i wylądował tuż przed nami.
-Jedna wam uciekła- zauważył widząc tylko mnie.- Śmiertelna uciekła wampirom; ale ubaw- zarechotał złośliwie; uchylił się przed ciosem balansując na balustradzie, a drwiący uśmieszek natychmiast zniknął z jego twarzy.- Wyceluj we mnie jeszcze raz, a..- warknął zimno zeskakując na jeden ze stopni. Z dłońmi w kieszeniach bluzy zbliżył się do wampira.
Obaj przez długą chwilę piorunowali się wzrokiem. Mephisto uśmiechnął się z wyższością; gdy blondyn odwrócił spojrzenie.
-Macie ją przyprowadzić- odezwał się Mephisto ruchem głowy wskazując na mnie.- Cześć; tymczasem- rzucił schodząc do piwnicy.
-A ty dokąd?- Rzucił jeden z wampirów za nim.
-Nie twój interes; Szczurze- odparł chłopak nie odwracając się. Echo kroków ucichło w oddali.
Blondyn pchnął mnie mocno, warcząc:
-Ruszaj się! Szybciej.
Widząc czerwone drzwi w końcu korytarza i czując zapach krwi stanęłam; jak wryta wpatrując się w nie odsłoniłam kły wrogo.
Zniecierpliwiony blondyn pchnął mnie. Odtrąciłam mocno jego rękę i dalej gapiłam się; jak sroka w gnat na te drzwi.
-Ruszże się!- Warknął ostro stojący po mojej prawej wampir, szarpiąc mnie za ramię.
Nawet nie pomyślałam nad tym; co robię. Sznury na moich nadgarstkach rozerwały się; a ja przyciągając do siebie wampira zatopiłam w nim kły.
Truchło wampira stało się popiołem. Blondyn powoli się cofnął.
Ostrożnie zastanawiając się nad tym, co właśnie zrobiłam, i co będzie później ruszyłam do czerwonych drzwi.
***
Michael Tyler, uczeń pierwszej klasy ogólniaka..
-Pieprzone poziomy D- warknąłem ze złością, siekąc mieczem. Obok mnie Tori Miles z kołkami w palcach mocowała się z innym. Nieco przed nami Mistrz ładował swoją strzelbę. W pobliżu słychać było rozmowy i przekleństwa innych łowców.
-Ilu ich jeszcze stworzył..?- Jęknął z irytacją Porter, przelatując w pobliżu. Trafił w jakieś śmieci. Swym ciężarem  rozwalił jakąś skrzynię i froterując podłogę postrzelił kolejnego. Ataku dwóch  następnych uniknął i rzucił:
-Chłopaki; ktoś nam zostawił zaopatrzenie!- powiedział z uciechą.
-Zdecydowanie wolę moją Mary- odparł idący w naszą stronę dzieciak. Zakręcił młynka szpadą.
Stoczone wampiry nagle zbiły się w grupę i zaczęły się ostrożnie wycofywać.
-Claude- dzieciak zwrócił się do kogoś wymownie. Jego oczy na sekundę błysnęły szkarłatem
Porter podniósł się na nogi. Wszyscy łowcy obserwowali nieufnie małego wampira.
Bitwa zamarła. Zapadła cisza. Morgenstern również przyglądał mu się w milczeniu.
-Co ty tu robisz; wampirze?- Zapytał chłodno Mistrz mierząc doń ze strzelby.
Claude natychmiast znalazł się tuż za nim z ręką  wyciągniętą groźnie w stronę szyi Mistrza. Palce dłoni były sztywno wyprostowane.
-Opuść broń, proszę- Jego lokaj; jak zwykle był wyjątkowo  uprzejmy.
Łowcy w tym momencie rzucili się do dalszej walki, nie pozwalając wampirom uciec.
-Załatwimy to później..- Mistrz zniknął mi z oczu i raz po raz okładając wampiry kolbą broni strzelał; pozbywając się ich..
Wtedy dopadły mnie wątpliwości i strach. Co, jeśli będę musiał zabić Callisto..? Co zrobię; jeżeli straciła już swoje człowieczeństwo- jeśli jest teraz taka sama; jak oni..?
Każdego dnia bałem się; że to się stanie. Zwłaszcza, kiedy starała się; bym zrozumiał, że to- tak naprawdę- nieuniknione.
-Michael…- Tori kładzie dłoń na mojej i patrzy na mnie z siostrzaną troską.- Wszystko będzie dobrze..
Trzęsę się, zaciskając pewniej palce na rękojeści miecza. Każda myśl o tym; że mogła stać się potworem, którego tak bardzo nienawidzi; sprawiała mi ból.
-Jestem tu z tobą. Pomogę ci; Michael.- Objęła mnie i kopnęła wampira za sobą.- Ochronimy Callisto razem; zaufaj mi- Wampir znów zaatakował; przebiłem go klingą.
Dlaczego słuchając tego, co mówi zaczynam wierzyć; że tak właśnie będzie.? Czemu w myślach przyznaję tej małej plotkarze rację? Z jakiego powodu dzięki niej odzyskując resztki nadziei mogę walczyć do końca?
Nie wiem, ale na razie nie mam czasu się nad tym zastanawiać. Właściwie: nie chcę się zastanawiać.
Skinąłem do niej głową i rzuciłem się do dalszej walki.
-Musisz naprawdę mocno ją kochać; Michael..- Powiedziała to cicho; mimo to słyszałem jej słowa bardzo wyraźnie, choć byliśmy już kilka metrów od siebie.
***
Callisto Raven; postrach ogólniaka…
Tuż u progu, przed moimi oczami po raz kolejny pojawił się ten znienawidzony obraz trumny z koszmaru.
Zachwiałam się i runęłam na kolana. Obejmując się ramionami oparłam się o framugę drzwi, rozglądając się półprzytomnie po wnętrzu pokoju.
Nie znałam zapachu- mimo to był tak pyszny; że nawet ból spowodowany nasilającym się pragnieniem był bardziej znośny.
-Krew…- szepnęłam z rozmarzeniem.
-Czyżbyście nie karmili jej, jak należy?- Zapytał kobiecy głos z pretensją. Z półmroku wyłoniła się kobieca postać..
Jasnobłękitne oczy, piękna porcelanowa twarz; długie włosy w kolorze ciemnej czekolady; mały uroczy nos, oraz czerwone usta. Wysoka; miała delikatne dłonie z długimi palcami i zadbanymi paznokciami. Na szyi wisiorek z lazurytem. Gapiłam się na nią z otwartymi ustami z podziwu.
-Pani…- zaczął blondyn.
-Posprzatasz to- ruchem ręki wskazała pozostały z wampira proch.- Znów się spotykamy; Callisto Anabelle Raven, herbu Kruk.
Wtedy ten dziwny stan nagle minął. Spojrzałam na nią oszołomiona i natychmiast cofnęłam się gwałtownie.
To była ta sama wampirzyca. Tamtego dnia, w lesie; gdy spacerowałyśmy z Grace Ann, siedziała na gałęzi drzewa ściskając w dłoniach granatowy szal.
-Kim jesteś; wampirze?- Pytam lodowato.
-Nadal żywisz nienawiść wobec swojego Stwórcy, choć ten już nie żyje- patrzyła na mnie ze smutkiem.
-Czego chcesz?- Odparowałam ignorując jej słowa.
-Pomóc ci- odparła spokojnym tonem.
Cofnęłam się kolejne dwa kroki w tył. Wampir chwycił mnie za ramię i wykręcił je w tył.
-Puść ją; Tom- powiedziała lekko.
Młodzieniec cofnął się kilka kroków w tył puszczając mnie.
-Niby w jaki sposób?- Zapytałam obojętnie.- Link zdechł; więc nikt nie może mi już pomóc- wzruszyłam ramionami udając obojętność.
-A twoja siostra; Grace?- Zapytała uprzejmie.
-Nie potrzebuję jej pomocy- warknęłam ostro.
-Nie podnoś na Nią głosu.!- Syknął Tom lodowato, ale i z czcią wobec Czystokrwistej.
Kobieta zignorowała go i spojrzała na mnie.
-Nie tylko podobna do ojca z wyglądu. Upór i dumę również  odziedziczyła po Christopherze- powiedziała delikatnym tonem.
Odwróciłam się do niej plecami i ruszając w przeciwną stronę odparłam zachowując resztki godności:
-Nie jesteśmy takie same- odparłam nie zastanawiając się, co mówię.
-Obie chcemy, żeby wampiry przestały zabijać- jej słowa spowodowały że wrosłam w parkiet podłogi.
-To niemożliwe; żebyście przestali krzywdzić ludzi. Nigdy nie będzie pokoju między wampirami i nami; ludźmi- oznajmiłam beznamiętnie nie odwracając się w jej stronę.
-Nadal uważasz się za człowieka, Callisto?- Zapytała uprzejmie.
-Może nie jestem już stuprocentowym człowiekiem; ale nadal jestem łowcą wampirów; a prawdziwy łowca nie sprzymierza się z pijawami- odparłam wyzywającym tonem, zachowując w sobie resztki odwagi.
-Imponująca. Zupełnie jak ojciec..- westchnęła z podziwem.
Co ona tak mnie porównuje do taty?. Zastanowiło mnie to, nawet bardzo. Skąd w ogóle znała mojego ojca?.
-Twój ojciec zabił Jego.. Chciałam się na nim zemścić; ale… Gdy zobaczyłam ciebie biegnącą do niego; uwieszoną jego szyi nie potrafiłam go tknąć…- wyznała cicho; wprawiając mnie w zdumienie. Czułam jej wzrok wbity w moje plecy.
-Obserwowałaś moją rodzinę…?!- Wybuchnęłam zdumiona, odwracając się do niej na pięcie.
-Odrobinę ciszej…- warknął chłodno stojący po jej prawej Tom.
-Twój ojciec mnie zmienił…
-Gdyby cię zmienił; nie tworzyłabyś Nowych, pijawo!- Przerwałam jej wściekle.
Tom podszedł i chwycił mnie za ubranie.
-To nie ona nam to zrobiła!- Nagle odsunął się z wyrazem obrzydzenia na twarzy i opuścił ręce.- Cuchniesz Jego krwią bardziej, niż my…
-Jego krwią?? O czym ty…- zaczęłam myśleć gorączkowo; ale mogłam już myśleć tylko o krwi.
Jęknęłam z dłonią przy gardle. Znów to samo: najpierw przeszywający chłód, a zaraz potem gorąc.
Duszno mi..
Pić…
Ledwo trzymam się na nogach. Chwiejąc się, jak pijana mrugam powiekami, obraz zaciera się. Coraz ciężej oddycham. Opadam z sił..
-Wiesz.. kto… zabił Linka..?- Pytam podchodząc chwiejnie.
Potykając się o własne nogi wpadam na nią z impetem. Podtrzymała mnie w pionie i wcisnęła mi coś w rękę. Spojrzałam na to…
Torebka z krwią?- Patrzyłam na nią z niedowierzaniem.
-Czemu to robisz..? Dlaczego mi pomagasz..?- Z bólu ledwie mogę mówić.- Kto zabił Linka tamtego wieczora..?
Widzę zarys postaci za nią. Obejmuje ją i delikatnie przytula do siebie przyjacielskim gestem.
-Ja to zrobiłem- odzywa się głos bardzo podobny do głosu mojego ukochanego ojca.
Patrzę w twarz stojącego za nią mężczyzny i nie wierzę w to, co widzę..
Szok. Niedowierzanie. Tornado myśli w mojej głowie.
Potrafię tylko patrzeć szeroko otwartymi oczami wprost w…
Twarz mojego ukochanego ojca.
Nie była taka; jaką ją zapamiętałam. Postarzał się; co oznaczało, że nadal był człowiekiem.
Cofnęłam się kręcąc głową. Moja świadomość uparcie wypierała to, co rejestrował wzrok; uznając te obrazy za wywołane pragnieniem krwi halucynacje.
Przecież on nie żyje.. Link go zabił.. Zabił oboje.
To nie jest prawdziwe…
To niemożliwe.
To tylko sen, z którego zaraz się wybudzę..
Wpatrując się w niego poruszam ustami, jak ryba wyciągnięta z wody. Nie wiem, co powiedzieć- jak w ogóle mam na to zareagować. Nie potrafię przyjąć do wiadomości tego, co dzieje się tuż przed moimi oczami…
-To nieprawda…- szeptam z trudem.- Nie żyjesz… Opłakałam was… Nie żyjesz od roku…
Te wszystkie wspomnienia…
-Ojcze…- mimo to chwytałam się jakiejś nadziei. To wszystko nie miało żadnego sensu…
-Cally; moja najdroższa córeczko..- podszedł; by mnie objąć; ale odsunęłam się szybko.
Wbrew sobie; nadal nie wierząc, że to, co się dzieje; dzieje się naprawdę…
Opuścił powoli ręce; patrząc na mnie z bólem- a jednocześnie- tak; jak to zapamiętałam: z jedyną i niezwykle prawdziwą ojcowską miłością.
Słychać tupot nóg na schodach. Przekleństwa sypią się gęsto- nawet gęściej, niż ścielące się trupy rozpadających się w proch wampirów.
-Ojcze…- znów podejmuję próbę; chcąc powiedzieć cokolwiek… Mam tak wiele pytań, lecz wszystkie gubią się w natłoku myśli.
Ojcze…
Dlaczego zostawiłeś mnie samą..?
Ktoś podnosi mnie na nogi. Opieram się o Michaela. Obok nas stoi Tori, ale to nie ona zadaje to pytanie- robi to Mistrz:
-Cristopher… Jakim cudem ty…?- Zaczął, z wrażenia  opuścił strzelbę do boku.- Jakim cudem nadal jesteś…?- Podniósł rękę z bronią i wymierzył przeładowaną strzelbę w kobietę.
Nie wiem; dlaczego to zrobiłam- upuściłam torebkę z krwią i zasłoniłam sobą tę kobietę.
Mistrz z sykiem podniósł lufę i oparł strzelbę na obojczyku.
-Callisto…- zaczął Michael oszołomiony. Przerzucał wzrok to na mnie, to na mężczyznę przy Niej. Chyba dostrzegł cień podobieństwa między nami; bo spojrzał prosto w twarz mojego ojca; mówiąc:
-Dlaczego jej to robisz?- Zapytał pełen goryczy i rozczarowania. Opuścił miecz do boku.- Callisto już dość wycierpiała… Dosyć już przeżyła i płakała przez ciebie…- Wypuścił z palców miecz i wymierzył w niego odbezpieczony pistolet.
-Jesteś młodszym synem Armanda; prawda?- Zapytał Cristopher Raven ostrożnie.- Tą bronią mnie nie zabijesz. Jeszcze nie upadłem tak nisko, by stać się wampirem…
-Skąd wiesz; jak się nazywam??- Zapytał ostro Michael.
-Jesteś podobny do ojca.. Armand był dawniej taki sam. Tak samo walczył o wszystko- oznajmił mężczyzna cicho.
Broń w drżącej dłoni Michaela wypaliła- kula o włos minęła mojego ojca i wpadając przez otwarte drzwi wydostała się wybijając szybę w pokoju za nami.
    To wszystko, co działo się- tu i teraz- na moich oczach wydawało się tak dziwacznie nierealne; że nawet mój własny okaleczony umysł wykraczał poza pojmowanie tych wydarzeń…

      Moje uczucia- przeszłe i teraźniejsze- pierzchły, chowając się gdzieś; jakby czekały aż ja sama dojrzeję na tyle; by móc- bez niczyjej pomocy- je zrozumieć…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz