Ostatnia lekcja; czyli biologia nie interesowała mnie ani odrobinę. Rozmyślałam; w co się właściwie pakuję i; jak to potem (gdyby coś poszło nie tak) odkręcić.
Paul wytłumaczył mi, że grupa policjantów zajmująca się obiema sprawami widziała kilkoro wampirów poziomu D w akcji.
-Widzieli „to coś” z bliska i przeżyli..?- Zapytałam powątpiewająco.
-Może nie z aż tak bliska…- odparł.- Przez lornetkę- wyjaśnił.
-To nie oznacza; że ścierwo nie widziało również ich; Paul.- Odparłam powoli.
-Co masz na myśli?- Zapytał podenerwowany.
Oparta o drzwi wejściowe szkoły zmierzyłam go długim badawczym spojrzeniem.
-Wampiry cechują bardziej rozbudowane zmysły: w tym wypadku chodzi o wzrok; prawda młoda?- odezwał się męski głos.
-Prawda. Dzień dobry; Mistrzu- powitałam go ciepło.
-Dzień dobry- rzucił ciche powitanie Paul. Nie był zbytnio zadowolony, że ktoś przerywa nam rozmowę.
-Gdzie Michael?- Zapytał Morgenstern, idąc do drzwi, przekazał mi kopertę ze Stowarzyszenia.
-Chwilę temu wszedł do szkoły- odparłam odsuwając się.
Jednooki skinął głową wchodząc do budynku. Paul patrząc za nim zastanawiał się przez chwilę.
-On mówił to poważnie?- Zapytał nagle.
-Kolczyk ci się odpiął- wtrąciłam niefortunnie. Sięgnął do zasłoniętego czapką ucha, pytając ze zdziwieniem:
-Skąd wiesz; że mam kolczyk i do tego; że jest…(?) Cholera, rzeczywiście się odpiął..- cichy trzask zapinki w połączeniu z jego zdziwieniem brzmiał dziwacznie.
-Wampir zauważa każdą najdrobniejszą zmianę. Jako pijawa widzę; słyszę i czuję lepiej, niż ty- wzruszyłam ramionami obojętnie.
Zapadło dłuższe milczenie, przerywane wodą wlatującą do kanałów. Powoli topniał śnieg.
-Czyli widzisz też lepiej w ciemności..?- Zapytał, żeby się upewnić.
-To jedna z niewielu zalet bycia tym potworem- potwierdziłam niechętnie.
-Czyli są też tego wady..- powiedział, jakby odruchowo.
-Do czego zmierzasz..?- Zapytałam nieufnie.
Paul otwierając puszkę coli odparł:
-Ci policjanci widzieli tam też tego dzieciaka. Był z . ude’em. I…- zawahał się; jakby nie wiedział, czy powinien mówić dalej.
-I co..?- Podjęłam ostrożnie.
-Ci policjanci powiedzieli, że.. Tamte złe wampiry…
-Poziom D- poprawiłam wolno.
-Właśnie… Te poziomy D cholernie się wystraszyły widząc tamtych dwóch. Właściwie to bardzo dziwne; nie uważasz..?- Spytał.
-Jak dla mnie nie ma w tym nic dziwnego- stwierdziłam obojetnie.
-Nie rozumiem- oznajmił zbity z tropu.- Ty jakoś się ich nie przestraszyłaś- stwierdził nagle.
-Bo jestem człowiekiem. Z założenia- westchnęłam ciężko.- Tak będzie; póki nie zabiję człowieka. Kiedyś i tak będę taka sama; jak oni.- Jego oczy rozszerzyło zdumienie.- To nieuniknione i zdaję sobie z tego sprawę; Paul. To jest właśnie wada ludzi zmienionych w wampiry..- przyznałam ponuro.
-Nie lubisz o tym mówić- przejrzał mnie od razu.
-To także mój los; Paul, dlatego niechętnie o tym mówię- przyznałam cicho.
Przyciągnął mnie i objął mocno, jak siostrę.
-Masz jeszcze Michaela i w ogóle nas.. Wszystko będzie dobrze, Raven..- Szepnął, wypuszczając mnie z objęcia.
-Nie, Paul.. Nic już nie będzie tak samo..- odezwałam się cicho patrząc w przestrzeń.
Dołączyła do nas reszta grupy, ruszyliśmy przez plac koło szkoły do auta Paula.
-Widzieli „to coś” z bliska i przeżyli..?- Zapytałam powątpiewająco.
-Może nie z aż tak bliska…- odparł.- Przez lornetkę- wyjaśnił.
-To nie oznacza; że ścierwo nie widziało również ich; Paul.- Odparłam powoli.
-Co masz na myśli?- Zapytał podenerwowany.
Oparta o drzwi wejściowe szkoły zmierzyłam go długim badawczym spojrzeniem.
-Wampiry cechują bardziej rozbudowane zmysły: w tym wypadku chodzi o wzrok; prawda młoda?- odezwał się męski głos.
-Prawda. Dzień dobry; Mistrzu- powitałam go ciepło.
-Dzień dobry- rzucił ciche powitanie Paul. Nie był zbytnio zadowolony, że ktoś przerywa nam rozmowę.
-Gdzie Michael?- Zapytał Morgenstern, idąc do drzwi, przekazał mi kopertę ze Stowarzyszenia.
-Chwilę temu wszedł do szkoły- odparłam odsuwając się.
Jednooki skinął głową wchodząc do budynku. Paul patrząc za nim zastanawiał się przez chwilę.
-On mówił to poważnie?- Zapytał nagle.
-Kolczyk ci się odpiął- wtrąciłam niefortunnie. Sięgnął do zasłoniętego czapką ucha, pytając ze zdziwieniem:
-Skąd wiesz; że mam kolczyk i do tego; że jest…(?) Cholera, rzeczywiście się odpiął..- cichy trzask zapinki w połączeniu z jego zdziwieniem brzmiał dziwacznie.
-Wampir zauważa każdą najdrobniejszą zmianę. Jako pijawa widzę; słyszę i czuję lepiej, niż ty- wzruszyłam ramionami obojętnie.
Zapadło dłuższe milczenie, przerywane wodą wlatującą do kanałów. Powoli topniał śnieg.
-Czyli widzisz też lepiej w ciemności..?- Zapytał, żeby się upewnić.
-To jedna z niewielu zalet bycia tym potworem- potwierdziłam niechętnie.
-Czyli są też tego wady..- powiedział, jakby odruchowo.
-Do czego zmierzasz..?- Zapytałam nieufnie.
Paul otwierając puszkę coli odparł:
-Ci policjanci widzieli tam też tego dzieciaka. Był z . ude’em. I…- zawahał się; jakby nie wiedział, czy powinien mówić dalej.
-I co..?- Podjęłam ostrożnie.
-Ci policjanci powiedzieli, że.. Tamte złe wampiry…
-Poziom D- poprawiłam wolno.
-Właśnie… Te poziomy D cholernie się wystraszyły widząc tamtych dwóch. Właściwie to bardzo dziwne; nie uważasz..?- Spytał.
-Jak dla mnie nie ma w tym nic dziwnego- stwierdziłam obojetnie.
-Nie rozumiem- oznajmił zbity z tropu.- Ty jakoś się ich nie przestraszyłaś- stwierdził nagle.
-Bo jestem człowiekiem. Z założenia- westchnęłam ciężko.- Tak będzie; póki nie zabiję człowieka. Kiedyś i tak będę taka sama; jak oni.- Jego oczy rozszerzyło zdumienie.- To nieuniknione i zdaję sobie z tego sprawę; Paul. To jest właśnie wada ludzi zmienionych w wampiry..- przyznałam ponuro.
-Nie lubisz o tym mówić- przejrzał mnie od razu.
-To także mój los; Paul, dlatego niechętnie o tym mówię- przyznałam cicho.
Przyciągnął mnie i objął mocno, jak siostrę.
-Masz jeszcze Michaela i w ogóle nas.. Wszystko będzie dobrze, Raven..- Szepnął, wypuszczając mnie z objęcia.
-Nie, Paul.. Nic już nie będzie tak samo..- odezwałam się cicho patrząc w przestrzeń.
Dołączyła do nas reszta grupy, ruszyliśmy przez plac koło szkoły do auta Paula.
Jadąc na komendę policji mijaliśmy czarny karawan. Za kierownicą siedział Shian, a obok na miejscu pasażera Undertaker. Roztrzęsiony powiedział coś do Shian’a który nagle mrugnął światłami karawanu.
Paul włączył kierunkowskaz i stanął za karawanem.
-Nie podoba mi się to..- powiedział Vincent z namysłem.
-Nigdy nie widziałam go w takim stanie. Biedny chłopak..- odezwała się Tori ze współczuciem.
Shian wysiadł z karawanu jako pierwszy. My wysiedliśmy sekundę potem i podeszliśmy do Shian’a. Wywiązała się taka oto rozmowa:
-Co jest grane?- Zwrócił się Paul do Shian’a po uprzednim powitaniu.
-Co on taki roztrzęsiony..?- Zapytał Michael przechodząc obok Shian’a, który wyciągnął rękę zatrzymując go.
-Kolejna osoba popełniła samobójstwo..- odpowiedział Shian powoli. Rozejrzał się; czy nikt nas nie podsłuchuje i stwierdził.- Chociaż.. To nie bardzo wyglądało, jak samobójstwo; tylko jak morderstwo..- powiedział cicho.
Undertaker jęknał. Powoli otworzył drzwi karawanu i postanowił wysiąść z samochodu. Shian opuścił rękę którą powstrzymywał Michaela.
-Uznaliśmy, że powinniście o tym wiedzieć.
W tej chwili Michael złapał ubranego na czarno chłopaka i zaczął go cucić.
-Co ci jest..?- Zaczął klepiąc Undertakera po twarzy.
-Pomóżmy mu…- Vincent ruszył w stronę Michaela.
Shian podskoczył; jak oparzony; jakby nagle przypomniał sobie o czymś ważnym.
-Leki..- powiedział z sykiem wsiadając do samochodu pogrzebowego i zaczął przeszukiwać schowki.
-Jakie leki? O czym ty mówisz; Shian..?- Zapytałam ostrożnie.
-Od urodzenia jest chory na serce- oznajmił ostro Shian. Z jego ust wyszła wiązanka przekleństw.
-Shian..- Głos Vincenta sprawił; że chłopak z zasłoniętym okiem zamarł ze słoiczkiem tabletek w dłoni. Powoli; jak na zwolnionym filmie zwrócił głowę na śniadolicego dryblasa z pytającym i jednocześnie przerażonym wzrokiem.
-On nie oddycha..- zaczął Vincent z policzkiem przy twarzy Undertaker’a. Tymczasem Michael przyłożył palce do szyi chłopaka i zaklął ostro.
-Dzwoń po karetkę. Natychmiast- rozkazał wpatrując się w Tori.
Obaj zaczęli udzielać pierwszej pomocy.
Tori stała jak sparaliżowana. W trzęsącej się dłoni trzymała telefon. Shian siedział w samochodzie blady jak prześcieradło. Paul wyciągnął z dłoni Tori telefon. Wybrał numer.
-Zabierz ją do samochodu; żeby następna nam tu nie odjechała- powiedział poważnie.
Wzięłam przyjaciółkę pod ramię i poprowadziłam do Mazdy. Pomogłam jej wsiąść do auta i zostałam przy niej, przysłuchując się rozdrażnionej rozmowie chłopaków.
-Puls wrócił..? Zapytał Paul rozglądając się za karetką.
-Nadal nic..- odparł Michael z uporem reanimując Undertakera.
-Gdzie ta cholerna karetka?- Zniecierpliwił się Shian; próbując wysiąść z karawanu.
-Siedź spokojnie- nakazał Paul; powstrzymując Shian’a.
-Jadą… Nareszcie..- wyszeptał Michael widząc karetkę. Nie przerwał jednak udzielania pierwszej pomocy.
Ratownicy wzięli się do pracy i szybko znaleźli się obok chłopaków.
-Przejmiemy go.. Na trzy… Raz..dwa.. Trzy- nastąpiło przejęcie pracy przez ratowników.
Shian szybko wysiadł z auta, gdy Vincent informował ratowników o zajściu
-Czy bierze jakieś leki; jest na coś chory..?- Pytał rzeczowo lekarz.
-Na serce.. To są leki..- Shian podszedł i podał ratownikowi słoiczek. Ten odczytał nazwę i spojrzał na coś.
-Wracaj.. Wracaj dzieciaku..- Szeptał z naciskiem lekarz, prowadząc resuscytację. Znów zwrócił wzrok na monitor.- Wracaj, człowieku..
-Undertaker…- wymamrotał zdenerwowany Shian zaciskając dłonie w pięści.
Lekarz z uporem dalej reanimował chłopaka.
-Nie uratuje pan trupa; doktorze..- powiedział cicho drugi ratownik.- On zszedł.. Już za późno..
-On ruszy. Musi..- lekarz zignorował jego słowa.- Musi ruszyć..
Nagle sytuacja na monitorze zmieniła się. Maszyna zaczęła miarowo popiskiwać.
-Chwała Najwyższemu..- Lekarz odetchnął z ulgą.- Zabieramy go; pojedzie pan za nami..?
-Oczywiście- oznajmił Shian.
Lekarz pracując spojrzał na Vincenta i Michaela.
-Dziękuję wam. Gdyby nie wy..- zaczął.
-Nie ma sprawy- Oznajmił Vincent.
Michael okrążył samochód i ruszył ku nam. Shian opuścił szybę i rzucił doń coś cicho.
-W porządku… Zajmą się nim- odparł.
Shian skinął głową z zaniepokojonym wyrazem twarzy.
-Michael..- rzucił za odchodzącym zielonookim
-Co jest..?- Spytał okularnik.
-Dziękuję wam.
-Nie ma sprawy- Odparł Vincent; uśmiechnął się uspokajająco przechodząc obok Shian’a.
Jednak chłopak nadal był czymś zaniepokojony.
°°°
-Wszystko z nim w porządku..?- Zapytała nagle Tori.
-Wzięli go do szpitala. Ten lekarz jakoś dziwnie na niego patrzył..- zauważył Michael.
-Wszyscy dziwnie na niego patrzą. To w końcu grabarz- odparł wymownie Vincent.
-Nie o to chodzi- żachnął się Michael.- Shian’owi też się to zbytnio nie spodobało… Coś tu jest nie teges..
-Oni wszyscy coś ukrywają..- zgodził się Paul wolno. Zaparkował i zgasił silnik Mazdy.- I jeszcze to kolejne, dziwne „samobójstwo”.
-Czy wam się wydaje; czy też myślicie; że Undertaker może nam pomóc?- Zapytała Tori po dłuższej chwili.
-Być może..- Paul nie potwierdził, ale i nie zaprzeczył.- Zresztą, pogadamy o tym później.. Chodźmy- Paul pociągnął za klamkę i otworzył drzwi.
Sytuacja zaczynała coraz bardziej się komplikować..
Paul włączył kierunkowskaz i stanął za karawanem.
-Nie podoba mi się to..- powiedział Vincent z namysłem.
-Nigdy nie widziałam go w takim stanie. Biedny chłopak..- odezwała się Tori ze współczuciem.
Shian wysiadł z karawanu jako pierwszy. My wysiedliśmy sekundę potem i podeszliśmy do Shian’a. Wywiązała się taka oto rozmowa:
-Co jest grane?- Zwrócił się Paul do Shian’a po uprzednim powitaniu.
-Co on taki roztrzęsiony..?- Zapytał Michael przechodząc obok Shian’a, który wyciągnął rękę zatrzymując go.
-Kolejna osoba popełniła samobójstwo..- odpowiedział Shian powoli. Rozejrzał się; czy nikt nas nie podsłuchuje i stwierdził.- Chociaż.. To nie bardzo wyglądało, jak samobójstwo; tylko jak morderstwo..- powiedział cicho.
Undertaker jęknał. Powoli otworzył drzwi karawanu i postanowił wysiąść z samochodu. Shian opuścił rękę którą powstrzymywał Michaela.
-Uznaliśmy, że powinniście o tym wiedzieć.
W tej chwili Michael złapał ubranego na czarno chłopaka i zaczął go cucić.
-Co ci jest..?- Zaczął klepiąc Undertakera po twarzy.
-Pomóżmy mu…- Vincent ruszył w stronę Michaela.
Shian podskoczył; jak oparzony; jakby nagle przypomniał sobie o czymś ważnym.
-Leki..- powiedział z sykiem wsiadając do samochodu pogrzebowego i zaczął przeszukiwać schowki.
-Jakie leki? O czym ty mówisz; Shian..?- Zapytałam ostrożnie.
-Od urodzenia jest chory na serce- oznajmił ostro Shian. Z jego ust wyszła wiązanka przekleństw.
-Shian..- Głos Vincenta sprawił; że chłopak z zasłoniętym okiem zamarł ze słoiczkiem tabletek w dłoni. Powoli; jak na zwolnionym filmie zwrócił głowę na śniadolicego dryblasa z pytającym i jednocześnie przerażonym wzrokiem.
-On nie oddycha..- zaczął Vincent z policzkiem przy twarzy Undertaker’a. Tymczasem Michael przyłożył palce do szyi chłopaka i zaklął ostro.
-Dzwoń po karetkę. Natychmiast- rozkazał wpatrując się w Tori.
Obaj zaczęli udzielać pierwszej pomocy.
Tori stała jak sparaliżowana. W trzęsącej się dłoni trzymała telefon. Shian siedział w samochodzie blady jak prześcieradło. Paul wyciągnął z dłoni Tori telefon. Wybrał numer.
-Zabierz ją do samochodu; żeby następna nam tu nie odjechała- powiedział poważnie.
Wzięłam przyjaciółkę pod ramię i poprowadziłam do Mazdy. Pomogłam jej wsiąść do auta i zostałam przy niej, przysłuchując się rozdrażnionej rozmowie chłopaków.
-Puls wrócił..? Zapytał Paul rozglądając się za karetką.
-Nadal nic..- odparł Michael z uporem reanimując Undertakera.
-Gdzie ta cholerna karetka?- Zniecierpliwił się Shian; próbując wysiąść z karawanu.
-Siedź spokojnie- nakazał Paul; powstrzymując Shian’a.
-Jadą… Nareszcie..- wyszeptał Michael widząc karetkę. Nie przerwał jednak udzielania pierwszej pomocy.
Ratownicy wzięli się do pracy i szybko znaleźli się obok chłopaków.
-Przejmiemy go.. Na trzy… Raz..dwa.. Trzy- nastąpiło przejęcie pracy przez ratowników.
Shian szybko wysiadł z auta, gdy Vincent informował ratowników o zajściu
-Czy bierze jakieś leki; jest na coś chory..?- Pytał rzeczowo lekarz.
-Na serce.. To są leki..- Shian podszedł i podał ratownikowi słoiczek. Ten odczytał nazwę i spojrzał na coś.
-Wracaj.. Wracaj dzieciaku..- Szeptał z naciskiem lekarz, prowadząc resuscytację. Znów zwrócił wzrok na monitor.- Wracaj, człowieku..
-Undertaker…- wymamrotał zdenerwowany Shian zaciskając dłonie w pięści.
Lekarz z uporem dalej reanimował chłopaka.
-Nie uratuje pan trupa; doktorze..- powiedział cicho drugi ratownik.- On zszedł.. Już za późno..
-On ruszy. Musi..- lekarz zignorował jego słowa.- Musi ruszyć..
Nagle sytuacja na monitorze zmieniła się. Maszyna zaczęła miarowo popiskiwać.
-Chwała Najwyższemu..- Lekarz odetchnął z ulgą.- Zabieramy go; pojedzie pan za nami..?
-Oczywiście- oznajmił Shian.
Lekarz pracując spojrzał na Vincenta i Michaela.
-Dziękuję wam. Gdyby nie wy..- zaczął.
-Nie ma sprawy- Oznajmił Vincent.
Michael okrążył samochód i ruszył ku nam. Shian opuścił szybę i rzucił doń coś cicho.
-W porządku… Zajmą się nim- odparł.
Shian skinął głową z zaniepokojonym wyrazem twarzy.
-Michael..- rzucił za odchodzącym zielonookim
-Co jest..?- Spytał okularnik.
-Dziękuję wam.
-Nie ma sprawy- Odparł Vincent; uśmiechnął się uspokajająco przechodząc obok Shian’a.
Jednak chłopak nadal był czymś zaniepokojony.
°°°
-Wszystko z nim w porządku..?- Zapytała nagle Tori.
-Wzięli go do szpitala. Ten lekarz jakoś dziwnie na niego patrzył..- zauważył Michael.
-Wszyscy dziwnie na niego patrzą. To w końcu grabarz- odparł wymownie Vincent.
-Nie o to chodzi- żachnął się Michael.- Shian’owi też się to zbytnio nie spodobało… Coś tu jest nie teges..
-Oni wszyscy coś ukrywają..- zgodził się Paul wolno. Zaparkował i zgasił silnik Mazdy.- I jeszcze to kolejne, dziwne „samobójstwo”.
-Czy wam się wydaje; czy też myślicie; że Undertaker może nam pomóc?- Zapytała Tori po dłuższej chwili.
-Być może..- Paul nie potwierdził, ale i nie zaprzeczył.- Zresztą, pogadamy o tym później.. Chodźmy- Paul pociągnął za klamkę i otworzył drzwi.
Sytuacja zaczynała coraz bardziej się komplikować..
Szliśmy korytarzem komendy. Prowadził nas szczupły blondyn w mundurze.
Szliśmy w milczeniu. Blondyn rozejrzał się i wybrał drogę w lewo, mijając innych funkcjonariuszy bez słowa.
Zapukał w drugie drzwi po prawej i słysząc ciche zaproszenie otworzył przed nami drzwi. Paul puścił mnie i Tori przodem, po czym wszedł z chłopakami.
-Niezłe wyczucie czasu; Paul. Dzień dobry wszystkim, siadajcie- rzucił uprzejmie.
Usiadłam przed biurkiem naprzeciwko młodzieńca. Michael natychmiast stanął za moim krzesłem i położył dłonie na oparciu.
-Znam pana skądś..- zauważyłam powoli.
-Nazywam się Jacob Tanner; jestem podkomisarzem. Być może kiedyś się spotkaliśmy; panno..- spojrzał na mnie pytająco.
-Callisto Anabelle Raven- odparłam krótko.
-Tak mi się zdawało, że skądś kojarzę tę twarzyczkę..- rzucił ze szczerym uśmiechem Jacob.
-To wy się znacie, kuzyn?- Zdziwił się Paul.
-Trzy lata temu współpracowaliśmy nad pewną sprawą- wyjaśnił ogólnikowo Jacob.- Była trochę podobna do obecnych wydarzeń.
-Miała związek z wampirami?- Wypalił niespodziewanie Michael.
-Skąd wiesz o wampirach..?- Podkomisarz poruszył się niespokojnie.
Michael w odpowiedzi wyciągnął zza koszuli wisiorek i pokazał go.
-Ahm..- rzucił w zastanowieniu Jacob. Otworzył teczkę z aktami.
-Nabieram coraz większej pewności; że ostatnie dwie sprawy się łączą..- powiedział powoli.- Nikt nie wie, że poza „Kundlami..” podobny wisiorek noszą członkowie innej organizacji. Collins, który to zauważył wącha już kwiatki od spodu. Poza tym… Ostatni samobójca posiadał wisiorek ze znakiem Kundli Archanioła, natomiast identyczny znaleziono na miejscu..
-Czy, aby nie na miejscu ostatniego podpalenia..(?)- Tori wpadła mu w słowo nagle z nutą pytania; kończąc zdanie.
-I tu zaczynają się schody.- Zauważył Jacob.- Mniej więcej między podpaleniami; a samobójstwami dochodzi do zaginięć ludzi.
Zapadła cisza. Vincent wpatrywał się w milczeniu w tablicę korkową z ogłoszeniami o zaginionych.
-Raczej wątpię, by byli to świadkowie któregoś z wydarzeń dotyczących obu spraw- odezwał się zamyślony.- Co właściwie nie wyklucza; że mogliby coś widzieć- wzruszył ramionami.
Jacob roześmiał się cicho.
-Masz predyspozycje na policjanta. Nikt z wydziału na to nie wpadł. Sam odkryłem to dopiero godzinę temu- zauważył; gdy jego śmiech umilkł.
-Dzięki- rzucił krótko Vincent.
-Poza tym nieocenionym pomocnikiem okazał się chłopak pracujący w zakładzie pogrzebowym.
-Undertaker??- Wydyszeliśmy zdumieni.
-Przecież to szajbus..- Zaczął Paul.
-Nie do końca. Grupa ze slumsów pracuje dla policji od roku. Nawet my nie znamy ich nazwisk, może poza jednym chłopakiem; ale pomogli nam i zawarliśmy pewien układ.
-Coś za coś; spodziewałem się tego po kimś takim; jak Mikaelis..- mruknął nieufnie Michael.- A co do Undertaker’a leży w szpitalu.
-Jakim cudem..?- Zdumiał się podkomisarz.
-Coś z sercem. Prawie nam odwalił kitę- odparł Vincent.
…
Szliśmy w milczeniu. Blondyn rozejrzał się i wybrał drogę w lewo, mijając innych funkcjonariuszy bez słowa.
Zapukał w drugie drzwi po prawej i słysząc ciche zaproszenie otworzył przed nami drzwi. Paul puścił mnie i Tori przodem, po czym wszedł z chłopakami.
-Niezłe wyczucie czasu; Paul. Dzień dobry wszystkim, siadajcie- rzucił uprzejmie.
Usiadłam przed biurkiem naprzeciwko młodzieńca. Michael natychmiast stanął za moim krzesłem i położył dłonie na oparciu.
-Znam pana skądś..- zauważyłam powoli.
-Nazywam się Jacob Tanner; jestem podkomisarzem. Być może kiedyś się spotkaliśmy; panno..- spojrzał na mnie pytająco.
-Callisto Anabelle Raven- odparłam krótko.
-Tak mi się zdawało, że skądś kojarzę tę twarzyczkę..- rzucił ze szczerym uśmiechem Jacob.
-To wy się znacie, kuzyn?- Zdziwił się Paul.
-Trzy lata temu współpracowaliśmy nad pewną sprawą- wyjaśnił ogólnikowo Jacob.- Była trochę podobna do obecnych wydarzeń.
-Miała związek z wampirami?- Wypalił niespodziewanie Michael.
-Skąd wiesz o wampirach..?- Podkomisarz poruszył się niespokojnie.
Michael w odpowiedzi wyciągnął zza koszuli wisiorek i pokazał go.
-Ahm..- rzucił w zastanowieniu Jacob. Otworzył teczkę z aktami.
-Nabieram coraz większej pewności; że ostatnie dwie sprawy się łączą..- powiedział powoli.- Nikt nie wie, że poza „Kundlami..” podobny wisiorek noszą członkowie innej organizacji. Collins, który to zauważył wącha już kwiatki od spodu. Poza tym… Ostatni samobójca posiadał wisiorek ze znakiem Kundli Archanioła, natomiast identyczny znaleziono na miejscu..
-Czy, aby nie na miejscu ostatniego podpalenia..(?)- Tori wpadła mu w słowo nagle z nutą pytania; kończąc zdanie.
-I tu zaczynają się schody.- Zauważył Jacob.- Mniej więcej między podpaleniami; a samobójstwami dochodzi do zaginięć ludzi.
Zapadła cisza. Vincent wpatrywał się w milczeniu w tablicę korkową z ogłoszeniami o zaginionych.
-Raczej wątpię, by byli to świadkowie któregoś z wydarzeń dotyczących obu spraw- odezwał się zamyślony.- Co właściwie nie wyklucza; że mogliby coś widzieć- wzruszył ramionami.
Jacob roześmiał się cicho.
-Masz predyspozycje na policjanta. Nikt z wydziału na to nie wpadł. Sam odkryłem to dopiero godzinę temu- zauważył; gdy jego śmiech umilkł.
-Dzięki- rzucił krótko Vincent.
-Poza tym nieocenionym pomocnikiem okazał się chłopak pracujący w zakładzie pogrzebowym.
-Undertaker??- Wydyszeliśmy zdumieni.
-Przecież to szajbus..- Zaczął Paul.
-Nie do końca. Grupa ze slumsów pracuje dla policji od roku. Nawet my nie znamy ich nazwisk, może poza jednym chłopakiem; ale pomogli nam i zawarliśmy pewien układ.
-Coś za coś; spodziewałem się tego po kimś takim; jak Mikaelis..- mruknął nieufnie Michael.- A co do Undertaker’a leży w szpitalu.
-Jakim cudem..?- Zdumiał się podkomisarz.
-Coś z sercem. Prawie nam odwalił kitę- odparł Vincent.
…
***
Naszą rozmowę przerwał telefon na biurku Jacoba.
Odebrał, rzucając do sluchawki:
-Podkomisarz Jacob Tanner; słucham..- Zamilkł słuchając odpowiedzi.- Tak, już są..- kolejna odpowiedź z drugiej strony linii, po której Jacob uniósł brwi zdziwiony.- Rozumiem, komendancie.. Stawimy się niezwłocznie- odłożył słuchawkę.- Mamy kolejnego truposza.. Chodźmy- rzucił krótko.
Wstałam i skierowałam się za nim; zaraz potem Michael i chłopcy. Tori po chwili. Idąc z wyraźną niechęcią i ociąganiem wtuliła się w Vincenta; który objął ją troskliwie ramieniem.
-Na pewno powinieneś, Jake?- Zapytał Paul ostrożnie.
-Kto boi się trupów, może zostać na korytarzu. Znając Raven; opowie wam ze szczególnym okrucieństwem; jak truchło wygląda..- spojrzał na mnie z uśmiechem niewiniątka.
-Nie to miałem na myśli..- burknął Paul ze złością.
Tori pisnęła, blada jak prześcieradło wczepiła się mocniej w ramię Rodrigueza. Vincent spojrzał na nią mówiąc cicho:
-Nie musisz się do tego zmuszać..- powiedział uspokajającym tonem.
Tori odetchnęła ciężko. Czując na sobie nasz wzrok odparła:
-To nic. Naprawdę nic mi nie będzie..- mówiąc to starała się przekonać również samą siebie.
-Nie musisz nikomu niczego udowadniać, Miles..- powiedział z naciskiem Michael.
-Muszę…- Tori oddychała nerwowo. Michael wbił w nią zdziwione spojrzenie.- Muszę w końcu… Przestać się bać..- Zacisnęła dłoń na wisiorku w kształcie kuli; który kiedyś jej dałam.
-Podkomisarz Jacob Tanner; słucham..- Zamilkł słuchając odpowiedzi.- Tak, już są..- kolejna odpowiedź z drugiej strony linii, po której Jacob uniósł brwi zdziwiony.- Rozumiem, komendancie.. Stawimy się niezwłocznie- odłożył słuchawkę.- Mamy kolejnego truposza.. Chodźmy- rzucił krótko.
Wstałam i skierowałam się za nim; zaraz potem Michael i chłopcy. Tori po chwili. Idąc z wyraźną niechęcią i ociąganiem wtuliła się w Vincenta; który objął ją troskliwie ramieniem.
-Na pewno powinieneś, Jake?- Zapytał Paul ostrożnie.
-Kto boi się trupów, może zostać na korytarzu. Znając Raven; opowie wam ze szczególnym okrucieństwem; jak truchło wygląda..- spojrzał na mnie z uśmiechem niewiniątka.
-Nie to miałem na myśli..- burknął Paul ze złością.
Tori pisnęła, blada jak prześcieradło wczepiła się mocniej w ramię Rodrigueza. Vincent spojrzał na nią mówiąc cicho:
-Nie musisz się do tego zmuszać..- powiedział uspokajającym tonem.
Tori odetchnęła ciężko. Czując na sobie nasz wzrok odparła:
-To nic. Naprawdę nic mi nie będzie..- mówiąc to starała się przekonać również samą siebie.
-Nie musisz nikomu niczego udowadniać, Miles..- powiedział z naciskiem Michael.
-Muszę…- Tori oddychała nerwowo. Michael wbił w nią zdziwione spojrzenie.- Muszę w końcu… Przestać się bać..- Zacisnęła dłoń na wisiorku w kształcie kuli; który kiedyś jej dałam.
Tu nie chodziło tylko o trupy..
Ona bała się; że tamto się powtórzy..
Była przerażona myślą, że kolejny wampir chciałby się z nią zabawić tak samo; jak zrobił to Link.
Ona bała się; że tamto się powtórzy..
Była przerażona myślą, że kolejny wampir chciałby się z nią zabawić tak samo; jak zrobił to Link.
Wyswobodziłam dłoń z dłoni Michaela i podeszłam do Tori. Oparłam jej dłonie na ramionach i spojrzałam jej prosto w oczy.
-Jestem tu, Tori- oznajmiłam krótko nie spuszczając z niej wzroku.
-Jestem tu, Tori- oznajmiłam krótko nie spuszczając z niej wzroku.
Powoli weszliśmy do prosektorium.
-Miejmy to jak najszybciej za sobą..- powiedziałam niechętnie, podchodząc do stołu, przy którym pracował lekarz medycyny sądowej.
-Dzień dobry; panno Bergman- rzuciłam z uśmiechem do niewysokiej Niemki w białym stroju.
Spojrzała na mnie półprzytomnie.
-Luty rok temu. Sprawa morderstwa w domu rodziny Raven; małżeństwo Valerie i Cristopher Raven martwi. Ocalała jedna osoba: ich córka Callisto Anabelle- Wyrecytowała z wyjątkowym spokojem.- Cóż za miłe spotkanie; Callisto..- uśmiechnęła się ciepło; odsłaniając zwłoki.
Widząc zmasakrowane gardło i ślady walki o życie, oraz twarz zastygłą w wyrazie panicznego strachu cofnęłam się kilka kroków na miękkich kolanach. Tori przytuliła się do Vincenta odwracając wzrok.
Paul zrobił to samo. Tylko Michael uparcie wpatrywał się w ten drastyczny obraz…
-Miejmy to jak najszybciej za sobą..- powiedziałam niechętnie, podchodząc do stołu, przy którym pracował lekarz medycyny sądowej.
-Dzień dobry; panno Bergman- rzuciłam z uśmiechem do niewysokiej Niemki w białym stroju.
Spojrzała na mnie półprzytomnie.
-Luty rok temu. Sprawa morderstwa w domu rodziny Raven; małżeństwo Valerie i Cristopher Raven martwi. Ocalała jedna osoba: ich córka Callisto Anabelle- Wyrecytowała z wyjątkowym spokojem.- Cóż za miłe spotkanie; Callisto..- uśmiechnęła się ciepło; odsłaniając zwłoki.
Widząc zmasakrowane gardło i ślady walki o życie, oraz twarz zastygłą w wyrazie panicznego strachu cofnęłam się kilka kroków na miękkich kolanach. Tori przytuliła się do Vincenta odwracając wzrok.
Paul zrobił to samo. Tylko Michael uparcie wpatrywał się w ten drastyczny obraz…
Mój ojciec wyglądał tak samo; gdy Link z nim skończył
-To jego robota…- zaczęłam z trudem łapiąc powietrze.- To dzieło tego sukinsyna…- Paul doskoczył i złapał mnie, zanim upadłam na podłogę.- To dzieło tego popapranego sukinsyna…- powtórzyłam wściekle. Odepchnęłam Paula i stanęłam pewniej na nogach. Wyciągnęłam telefon i drżącą dłonią wybrałam numer Angello.
Wszystko wróciło. Śmierć rodziców; zdrada Grace; odejście Luciana..
Wszystko to sprawiło; że gniew, który czułam tamtej nocy powrócił ze zdwojoną siłą…
Znowu zapragnęłam zabijać te podłe bestie.
Wszystko wróciło. Śmierć rodziców; zdrada Grace; odejście Luciana..
Wszystko to sprawiło; że gniew, który czułam tamtej nocy powrócił ze zdwojoną siłą…
Znowu zapragnęłam zabijać te podłe bestie.
Wszystko barwi się kolorem krwi; Callisto Anabelle Raven.
Sięgnęłam po telefon i wybrałam numer do Angello..
-Ty… Przeklęty..- warknęłam w biegu rozpychając policjantów na boki. Jak z procy wyleciałam z budynku komisariatu i pobiegłam na złamanie karku ku centrum miasta.
Wyciągając broń, natychmiast odbezpieczyłam ją i wprowadziłam nabój w komorę.
-Czas się za was zabrać; ścierwa..- wymruczałam mściwie. Przejechałam kłem po wierzchu dłoni rozcinając ją.- No, chodźcie…- sycząc z bólu ruszyłam wolnym krokiem ulicami. Plamy krwi skapywały z palców, znacząc mój trop. Liczyłam, że najbliższe poziomy D podążą za zapachem prędzej, czy później..
Wyciągając broń, natychmiast odbezpieczyłam ją i wprowadziłam nabój w komorę.
-Czas się za was zabrać; ścierwa..- wymruczałam mściwie. Przejechałam kłem po wierzchu dłoni rozcinając ją.- No, chodźcie…- sycząc z bólu ruszyłam wolnym krokiem ulicami. Plamy krwi skapywały z palców, znacząc mój trop. Liczyłam, że najbliższe poziomy D podążą za zapachem prędzej, czy później..
Ukryłam się w ślepej uliczce za kontenerem i z bronią w ręku czekałam; aż któryś się zjawi. Dłoń zdążyła się już zaleczyć; ale znów zaczęłam potrzebować krwii.
Serce zaczęło walić, jak młot; sprawiając mi ból, który dodatkowo potęgował prąd z bransolety.
-Myśl; Callisto- syknęłam cicho uderzając mocno plecami o mur.
Przez tę Saharę w gardle nie potrafię nawet trzeźwo myśleć. Trzasnęłam ze złością lewym nadgarstkiem o mur.
Rozbić bransoletę. Środek usypiający, ukryty w maleńkich igłach był mi teraz wyjątkowo nie na rękę. Jeśli zbyt daleko się oddalę- mechanizm bransolety po zignorowaniu uprzedniego ostrzeżenia zwolni igły z dawką usypiacza; a wtedy..
Zaczęłam uderzać mocniej ręką o mur. Bransoleta za nic nie chciała się zerwać.
-Szlag by to..- Sapnęłam cicho.
Słysząc kroki wstrzymałam oddech. Chwyciłam pewniej broń w palce i wyjrzałam dyskretnie.
-Wyłaź; łowczyni- Warknął zniekształconym ochrypłym głosem wampir.
Trwałam dalej w ukryciu; ignorując pragnienie. Gardło paliło; jak diabli, a ból stawał się nie do zniesienia.
Wstałam z ziemi.
Serce zaczęło walić, jak młot; sprawiając mi ból, który dodatkowo potęgował prąd z bransolety.
-Myśl; Callisto- syknęłam cicho uderzając mocno plecami o mur.
Przez tę Saharę w gardle nie potrafię nawet trzeźwo myśleć. Trzasnęłam ze złością lewym nadgarstkiem o mur.
Rozbić bransoletę. Środek usypiający, ukryty w maleńkich igłach był mi teraz wyjątkowo nie na rękę. Jeśli zbyt daleko się oddalę- mechanizm bransolety po zignorowaniu uprzedniego ostrzeżenia zwolni igły z dawką usypiacza; a wtedy..
Zaczęłam uderzać mocniej ręką o mur. Bransoleta za nic nie chciała się zerwać.
-Szlag by to..- Sapnęłam cicho.
Słysząc kroki wstrzymałam oddech. Chwyciłam pewniej broń w palce i wyjrzałam dyskretnie.
-Wyłaź; łowczyni- Warknął zniekształconym ochrypłym głosem wampir.
Trwałam dalej w ukryciu; ignorując pragnienie. Gardło paliło; jak diabli, a ból stawał się nie do zniesienia.
Wstałam z ziemi.
Jeśli będę dość szybka..
Pozbędę się tego..
Ścierwa..
Pozbędę się tego..
Ścierwa..
Głupi wampir!
Chcesz namówić mnie do grzechu, co?
Nie uda ci się to..
Chcesz namówić mnie do grzechu, co?
Nie uda ci się to..
Przecież chcesz zabić tego wampira; Cally..
To było jasne jak słońce. Chciałam go zabić; ale mimo wszystko..
-Wyłaź. I tak cię znajdę, łowczyni..- znów zniekształcony głos wampira poziomu D.
Czekałam w ciszy; zastanawiając się, czy jednak postępuję słusznie.
-W porządku! Sama tego chciałaś!- Usłyszałam pisk Tori i jej szamotanie się z wampirem.
-Otwórz ją w końcu..! Jestem głodny- warknął inny głos.
-Stul pysk!- Warknął ostro ten pierwszy.- Przekonaj swoją znajomą, żeby wyszła z kryjówki.. Inaczej cię zjem..
-Pachnie.. Pozwól mi wziąć chociaż trochę..- jęknął drugi wampir.
Cios posłał go wprost w kontener, za którym się kryłam.
-Zamknij się wreszcie! Irytujesz mnie!!- Warknął trzymający Tori wampir.- To twoja ostatnia szansa łowczyni; inaczej będę zmuszony ją zabić..
Tori zaczęła ciężko oddychać; prosiła, żeby przestał.
Stałam przytulona do muru; zastanawiając się usilnie; co teraz..
Wtedy rozległ się jej szept:
-Możesz mnie załatwić. Nie zależy mi- stwierdziła obojętnie, zaprzestając jakiegokolwiek oporu.
Wampir wyprostował się, złapał ją w ostatniej chwili; zanim mu uciekła.
-Mógłbym cię zmienić.. Podobasz mi się; złotko- szepnął uwodzicielsko.
-Nie mógłbyś. Sam dawniej byłeś człowiekiem..- odparła zuchwała Tori.
Wampir zastanowił się przez chwilę.
-Mógłbym poprosić panią; jeśli zasłużę..- powiedział przymilnie- a zasłużę na pewno..- Uśmiechnął się nieprzyjemnie. Musnął delikatnie ustami szyję ciemnowłosej.- Pysznie pachniesz, złotko..
-Aż tak naćpałeś się jej zapachem; Wampirze..?- Zapytałam krzywiąc się z obrzydzeniem.
-Brać ją!- Warknął rozkazująco trzymający Tori.
Grupa wampirów rzuciła się na mnie.
-Wy nędzne wampirze wraki..- Zaczęłam do nich strzelać.
***
Szczeknęła iglica. Nie miałam zapasowych magazynków. Zaklęłam odrzucając broń. Czas był na moją niekorzyść.
Musiałam zagrać inaczej…
Wampiry nagle zamarły słysząc ostrzegawcze popiskiwanie bransolety.
-Szlag!- Zaklęłam ostro walcząc dalej.
W połowie zamachu lewą rękę przeszyły igiełki zamontowane w bransolecie.
-Wyłaź. I tak cię znajdę, łowczyni..- znów zniekształcony głos wampira poziomu D.
Czekałam w ciszy; zastanawiając się, czy jednak postępuję słusznie.
-W porządku! Sama tego chciałaś!- Usłyszałam pisk Tori i jej szamotanie się z wampirem.
-Otwórz ją w końcu..! Jestem głodny- warknął inny głos.
-Stul pysk!- Warknął ostro ten pierwszy.- Przekonaj swoją znajomą, żeby wyszła z kryjówki.. Inaczej cię zjem..
-Pachnie.. Pozwól mi wziąć chociaż trochę..- jęknął drugi wampir.
Cios posłał go wprost w kontener, za którym się kryłam.
-Zamknij się wreszcie! Irytujesz mnie!!- Warknął trzymający Tori wampir.- To twoja ostatnia szansa łowczyni; inaczej będę zmuszony ją zabić..
Tori zaczęła ciężko oddychać; prosiła, żeby przestał.
Stałam przytulona do muru; zastanawiając się usilnie; co teraz..
Wtedy rozległ się jej szept:
-Możesz mnie załatwić. Nie zależy mi- stwierdziła obojętnie, zaprzestając jakiegokolwiek oporu.
Wampir wyprostował się, złapał ją w ostatniej chwili; zanim mu uciekła.
-Mógłbym cię zmienić.. Podobasz mi się; złotko- szepnął uwodzicielsko.
-Nie mógłbyś. Sam dawniej byłeś człowiekiem..- odparła zuchwała Tori.
Wampir zastanowił się przez chwilę.
-Mógłbym poprosić panią; jeśli zasłużę..- powiedział przymilnie- a zasłużę na pewno..- Uśmiechnął się nieprzyjemnie. Musnął delikatnie ustami szyję ciemnowłosej.- Pysznie pachniesz, złotko..
-Aż tak naćpałeś się jej zapachem; Wampirze..?- Zapytałam krzywiąc się z obrzydzeniem.
-Brać ją!- Warknął rozkazująco trzymający Tori.
Grupa wampirów rzuciła się na mnie.
-Wy nędzne wampirze wraki..- Zaczęłam do nich strzelać.
***
Szczeknęła iglica. Nie miałam zapasowych magazynków. Zaklęłam odrzucając broń. Czas był na moją niekorzyść.
Musiałam zagrać inaczej…
Wampiry nagle zamarły słysząc ostrzegawcze popiskiwanie bransolety.
-Szlag!- Zaklęłam ostro walcząc dalej.
W połowie zamachu lewą rękę przeszyły igiełki zamontowane w bransolecie.
Niedobrze… Bardzo niedobrze..
-Środek usypiający..? Nie spodziewałbym się; że tak ułatwisz mi zadanie…
-Tori…- wyszeptałam ostatnimi siłami.
Potem ciemność.
***
Budzę się. W pomieszczeniu; w którym się znajduję jest ciemno. Od ścian bije chłód; mury są mokre i śliskie. W powietrzu unosi się zapach wilgoci.
Podnoszę się do pozycji siedzącej i opieram się o ścianę. Mam związane ręce i nogi; a na oczach opaskę; co jednak nie przeszkadza mi w określeniu; gdzie mniej więcej jestem.
-Gdyby nie ten cholerny środek usypiający…- mruknęłam rozzłoszczona.
Poczułam krew i zwróciłam głowę w kierunku zapachu. Tori leżała na podłodze, w celi obok; zakrwawiona i posiniaczona.
-Niedobrze.. Muszę się jakoś stąd wyplątać..- palce odruchowo rozluźniły krawat i rozpięły górne guziki koszuli.- Potrzebuję dobrego planu..- położyłam dłoń w miejscu pieczęci na szyi.
Usłyszałam kroki. Przymknęłam oczy, postanawiając nadal udawać nieprzytomną, żeby lepiej się zastanowić; pomyśleć.
Wampir zaciągnął się z lubością zapachem krwi Tori schodząc schodami.
Wszystko wskazywało na to; że jesteśmy zamknięte w piwnicy.
-Moja smaczna dziewczynka..- Głos minął mnie. Brzęknęły klucze, słuch wychwycił szczęk zamka drugiej celi. Wszedł do środka i oparł się szybko o kraty.
Z trudem ukrywał ból spowodowany przez nasilające się pragnienie. Powoli uspokoił oddech i ruszył w kierunku Tori.
Uniosłam delikatnie powieki i obserwowałam przez szparki wampira.
Podszedł do Tori i podniósł ją za ramię. Ostrożnie oparł dziewczynę o ścianę.
-Nie potraktowali cię delikatnie..- podniósł jej głowę i obejrzał posiniaczoną twarz. Zbliżył twarz do gardła Tori i odsłonił kły.
Po chwili jednak pocałował ją lekko w szyję i cofnął się.
-Znowu tu przyszedłeś; Marcus..?- Zapytał męski głos.
-Jesteś jak wrzód na dupie- odparł niechętnie klęczący przy mojej przyjaciółce wampir; Marcus.
-Zakochałeś się w tej małej; że tak od razu poprosiłeś Panią; żeby ją zmieniła?- Spytał wampir na pół z ciekawością i pogardą.- Zdaje się, że porządnie przegiąłeś.. Jest rozwścieczona na maksa..
-Kto wam w ogóle pozwolił ją tknąć; ścierwo?- Zapytał Marcus z lodowatą furią w głosie.
Pojawił się tuż przed młodszym wampirem i porywie gniewu zatopił w nim kły. Tamten spróbował się bezskutecznie wyrwać. Marcus po chwili zapanował nad sobą i odrzucił go; jak śmiecia.
Tamten wylądował na podłodze i spojrzał nań upokorzony.
-Sprowokuj mnie jeszcze raz; a cię zabiję.. Masz to; jak w banku- warknął pogardliwie ocierając wierzchem dłoni krew z twarzy. Chłopak nie uniknął porządnego kopniaka.- Którykolwiek z was ją tknął zginie; więc lepiej zacznij gadać; Dean. Sam wiesz; że z natury jestem bardzo nerwowy..- zauważył tonem miłej pogawędki.
-Ja nic nie wiem..- Dean jęknął słabo przewracając się na bok. Starszy poczęstował go kolejnym kopniakiem; tym razem w twarz.- Przysięgam; że nie wiem; kto ją ruszył..
-Kłamca pozostaje kłamcą nawet jako wampir; co Dean..?- Spytał swobodnie Marcus. Jego ciemnobrązowe oczy z sinymi kręgami spojrzały nań ze współczuciem.- Twoje przysięgi są nic nie warte; bo tutaj.. Tutaj jesteś nikim. Nic nie znaczącym popychadłem; na którym szczególnie lubię się wyżywać..- przyznał z mściwą satysfakcją Marcus.
Dean przyłożył z sykiem dłoń do złamanego nosa. Splunął krwią i dwoma wybitymi zębami.
-Gdybym wiedział; który z nich ją tknął.. Dowiedziałbyś się o tym pierwszy- powiedział upodlony Dean z porażką. Oddychał ciężko.- Wszyscy marzą tylko o tym, żeby się jej napić..- wpatrywał się w nieprzytomną ciemnowłosą chciwie. Skulił się; widząc rękę przygotowaną do ciosu- ..włącznie z tamtą dziewuchą.. Właściwie nie wiem; dlaczego Pani tak się na nią uparła..
Marcus powoli opuścił pięść. Na jego bladej wychudzonej twarzy zagościł wyraz głębokiego zdumienia.
-Kłamiesz; żebym zapomniał ci dokopać.. Dość nisko upadają tacy; jak ty..- powiedział udając obojętność.
-Cally…- usłyszałam zmęczony szept Tori. Szarpnęła się w więzach i poruszyła lewą dłonią.
Zaczęła stukać obcasami nie tylko w podłogę; waliła też w dzielące nas kraty.
-Cally… Jesteś tu…?
-Co ona robi..?- Zapytał zdziwiony Marcus obserwując tą dziwną dla niego sytuację.- Odbiło jej..??
-Tori…- wyszeptałam ostatnimi siłami.
Potem ciemność.
***
Budzę się. W pomieszczeniu; w którym się znajduję jest ciemno. Od ścian bije chłód; mury są mokre i śliskie. W powietrzu unosi się zapach wilgoci.
Podnoszę się do pozycji siedzącej i opieram się o ścianę. Mam związane ręce i nogi; a na oczach opaskę; co jednak nie przeszkadza mi w określeniu; gdzie mniej więcej jestem.
-Gdyby nie ten cholerny środek usypiający…- mruknęłam rozzłoszczona.
Poczułam krew i zwróciłam głowę w kierunku zapachu. Tori leżała na podłodze, w celi obok; zakrwawiona i posiniaczona.
-Niedobrze.. Muszę się jakoś stąd wyplątać..- palce odruchowo rozluźniły krawat i rozpięły górne guziki koszuli.- Potrzebuję dobrego planu..- położyłam dłoń w miejscu pieczęci na szyi.
Usłyszałam kroki. Przymknęłam oczy, postanawiając nadal udawać nieprzytomną, żeby lepiej się zastanowić; pomyśleć.
Wampir zaciągnął się z lubością zapachem krwi Tori schodząc schodami.
Wszystko wskazywało na to; że jesteśmy zamknięte w piwnicy.
-Moja smaczna dziewczynka..- Głos minął mnie. Brzęknęły klucze, słuch wychwycił szczęk zamka drugiej celi. Wszedł do środka i oparł się szybko o kraty.
Z trudem ukrywał ból spowodowany przez nasilające się pragnienie. Powoli uspokoił oddech i ruszył w kierunku Tori.
Uniosłam delikatnie powieki i obserwowałam przez szparki wampira.
Podszedł do Tori i podniósł ją za ramię. Ostrożnie oparł dziewczynę o ścianę.
-Nie potraktowali cię delikatnie..- podniósł jej głowę i obejrzał posiniaczoną twarz. Zbliżył twarz do gardła Tori i odsłonił kły.
Po chwili jednak pocałował ją lekko w szyję i cofnął się.
-Znowu tu przyszedłeś; Marcus..?- Zapytał męski głos.
-Jesteś jak wrzód na dupie- odparł niechętnie klęczący przy mojej przyjaciółce wampir; Marcus.
-Zakochałeś się w tej małej; że tak od razu poprosiłeś Panią; żeby ją zmieniła?- Spytał wampir na pół z ciekawością i pogardą.- Zdaje się, że porządnie przegiąłeś.. Jest rozwścieczona na maksa..
-Kto wam w ogóle pozwolił ją tknąć; ścierwo?- Zapytał Marcus z lodowatą furią w głosie.
Pojawił się tuż przed młodszym wampirem i porywie gniewu zatopił w nim kły. Tamten spróbował się bezskutecznie wyrwać. Marcus po chwili zapanował nad sobą i odrzucił go; jak śmiecia.
Tamten wylądował na podłodze i spojrzał nań upokorzony.
-Sprowokuj mnie jeszcze raz; a cię zabiję.. Masz to; jak w banku- warknął pogardliwie ocierając wierzchem dłoni krew z twarzy. Chłopak nie uniknął porządnego kopniaka.- Którykolwiek z was ją tknął zginie; więc lepiej zacznij gadać; Dean. Sam wiesz; że z natury jestem bardzo nerwowy..- zauważył tonem miłej pogawędki.
-Ja nic nie wiem..- Dean jęknął słabo przewracając się na bok. Starszy poczęstował go kolejnym kopniakiem; tym razem w twarz.- Przysięgam; że nie wiem; kto ją ruszył..
-Kłamca pozostaje kłamcą nawet jako wampir; co Dean..?- Spytał swobodnie Marcus. Jego ciemnobrązowe oczy z sinymi kręgami spojrzały nań ze współczuciem.- Twoje przysięgi są nic nie warte; bo tutaj.. Tutaj jesteś nikim. Nic nie znaczącym popychadłem; na którym szczególnie lubię się wyżywać..- przyznał z mściwą satysfakcją Marcus.
Dean przyłożył z sykiem dłoń do złamanego nosa. Splunął krwią i dwoma wybitymi zębami.
-Gdybym wiedział; który z nich ją tknął.. Dowiedziałbyś się o tym pierwszy- powiedział upodlony Dean z porażką. Oddychał ciężko.- Wszyscy marzą tylko o tym, żeby się jej napić..- wpatrywał się w nieprzytomną ciemnowłosą chciwie. Skulił się; widząc rękę przygotowaną do ciosu- ..włącznie z tamtą dziewuchą.. Właściwie nie wiem; dlaczego Pani tak się na nią uparła..
Marcus powoli opuścił pięść. Na jego bladej wychudzonej twarzy zagościł wyraz głębokiego zdumienia.
-Kłamiesz; żebym zapomniał ci dokopać.. Dość nisko upadają tacy; jak ty..- powiedział udając obojętność.
-Cally…- usłyszałam zmęczony szept Tori. Szarpnęła się w więzach i poruszyła lewą dłonią.
Zaczęła stukać obcasami nie tylko w podłogę; waliła też w dzielące nas kraty.
-Cally… Jesteś tu…?
-Co ona robi..?- Zapytał zdziwiony Marcus obserwując tą dziwną dla niego sytuację.- Odbiło jej..??
Widziałam złą wampirzycę. Bardzo złą. On poprosił ją; żeby mnie zmieniła.. Boję się; Cally..
Zaczęłam uderzać podkuwkami butów o kamienie.
-Tamta też.. Robi to samo..
-Tamta też.. Robi to samo..
Skąd się tam wzięłaś?? Czemu zawsze musisz pakować się w kłopoty..? Dobra, nieważne.. Ta wampirzyca.. Jak się zachowywała?- Waląc z uporem w podłogę zadawałam szybko pytania.
Wampir otwarł szybko celę. Uderzył mnie mocno w twarz. Leżałam na podłodze sycząc z bólu.
Stukanie obcasów Tori…
Stukanie obcasów Tori…
Zachowywała się gorzej; niż wredna suka. Okropna z niej sadystka: zabiła jednego z nich bez mrugnięcia okiem… Wiesz… momentami trochę przypominała mi ciebie..- z ust Tori wydobył się ironiczny chichot.
Mnie? Chyba ci porządnie odjebało; Tori!!- zamarłam na chwilę. Znów zaczęłam stukać.- Pani.. Więc to musi być Czystokrwista..
To oznacza kłopoty, prawda..?- Tori zawiesiła stukanie. Wyczułam jej niepewność.
Zastanowiłam się. Długą chwilę nie odpowiadałam wpatrując się w wampira imieniem Marco wbrew sobie uśmiechnęłam się. Zrobiłam szybki unik przed ciosem i wystukałam pytanie:
Możesz coś dla mnie zrobić; Miles?
Wampir rozkruszył pięścią mur.
Szybka odpowiedź Tori:
Co takiego, Callisto..?
Zaparłam się na ścianie i zapodałam kopniaka. Marco wyleciał z celi i zatrzymał się na ścianie. Dean tymczasem zdjął opaskę z oczu Tori.
Wystukałam odpowiedź:
Zajmij się nim- zwróciłam głowę w jej stronę z tajemniczym uśmiechem na ustach.
Skinęła głową i doczołgała się do krat. Spojrzała na mnie z nagłym zdziwieniem. Zaczęła śmiać się uwodzicielsko i przerzuciła wzrok na Marcusa.
-Ale mi się trafiła zdobycz..- rzuciła leżąc na podłodze nagle wyluzowana.- Ej, przystojniaku..- spojrzała na niego z dołu z nadąsaną miną.- Chyba nie tak trakuje się damę, co..?
-Mówisz do mnie, pyszniutka?- Zapytał podejrzliwie patrząc na mnie.
Zaczęłam ciężej oddychać i przymykając oczy szepnęłam:
-Pić.. Wypuść mnie..
Tori celowo mnie zagłuszając rzuciła ironicznie:
-Raczej nie tego śmiecia- ruchem głowy wskazała Deana.- Rozwiąż mnie, przystojniaku; a dam ci coś fajnego..- posłała mu czarujący uśmiech.
Świetnie.. Tak trzymaj; Tori..
Wiedziałam; że szybko zrozumie moje zamiary.
Zastanowiłam się. Długą chwilę nie odpowiadałam wpatrując się w wampira imieniem Marco wbrew sobie uśmiechnęłam się. Zrobiłam szybki unik przed ciosem i wystukałam pytanie:
Możesz coś dla mnie zrobić; Miles?
Wampir rozkruszył pięścią mur.
Szybka odpowiedź Tori:
Co takiego, Callisto..?
Zaparłam się na ścianie i zapodałam kopniaka. Marco wyleciał z celi i zatrzymał się na ścianie. Dean tymczasem zdjął opaskę z oczu Tori.
Wystukałam odpowiedź:
Zajmij się nim- zwróciłam głowę w jej stronę z tajemniczym uśmiechem na ustach.
Skinęła głową i doczołgała się do krat. Spojrzała na mnie z nagłym zdziwieniem. Zaczęła śmiać się uwodzicielsko i przerzuciła wzrok na Marcusa.
-Ale mi się trafiła zdobycz..- rzuciła leżąc na podłodze nagle wyluzowana.- Ej, przystojniaku..- spojrzała na niego z dołu z nadąsaną miną.- Chyba nie tak trakuje się damę, co..?
-Mówisz do mnie, pyszniutka?- Zapytał podejrzliwie patrząc na mnie.
Zaczęłam ciężej oddychać i przymykając oczy szepnęłam:
-Pić.. Wypuść mnie..
Tori celowo mnie zagłuszając rzuciła ironicznie:
-Raczej nie tego śmiecia- ruchem głowy wskazała Deana.- Rozwiąż mnie, przystojniaku; a dam ci coś fajnego..- posłała mu czarujący uśmiech.
Świetnie.. Tak trzymaj; Tori..
Wiedziałam; że szybko zrozumie moje zamiary.
Zasnęłam dość szybko. Sama nawet nie wiem, w którym momencie padłam.
Ze snu wyrywa mnie budzik.. Sięgam ręką do szafki by go wyłączyć (w skrajnym przypadku wyrzucić przez okno) i spotykam przyjemnie ciepłą dłoń Michaela.
-Dobrze spałaś?- Pyta z nieśmiałym uśmiechem.
-A ty?- Nie odpowiadam; drocząc się z nim.
Dzień był w sam raz na urwanie się z ostatnich zajęć. Michael chyba sam myślał o tym samym. Wtedy zwrócił wzrok spowrotem na obraz za oknem. Coś go zaniepokoiło.
Sama zrozumiałam to dopiero po chwili.
Dzień zastąpiła ciemność i krzyki. Ubrałam się w biegu. Michael wziął mnie za rękę.
Mój dom… Płonął..
-Uciekamy..- Wykrztusił..
Wtedy coś mi się nie spodobało. Na wierzchu prawej dłoni zobaczyłam znak.. Lucian. Potknęłam się o coś i wpadłam na niego.
-Gdzie wujek Luca??!! Gdzie wszyscy???- wydzierałam się.
-Nie można było mu już pomóc..- Czarne oczy wyrażały tylko poczucie winy. Pociągnął moją rękę i zmusił mnie do pójścia za nim.
-A moi kuzyni?? Michael??!- Dopytywałam się
-Dla nich jest już za późno.. O nim nic nie wiem..
Rozejrzałam się. Wszędzie, gdzie okiem sięgnąć ogień. Płonęło całe miasteczko. Potknęłam się o coś i wpadłam nań… Wylądowałam na nim, zaparłam się ręką. Podniosłam ją i spojrzałam na swoje palce.
Krew.. Cuchnęło tu krwią.
Na ziemi w kałużach krwi zobaczyłam trupy. Moi znajomi.. Ludzie; których znałam tylko z widzenia. Wszyscy z panicznym przerażeniem na twarzy..
-Kto…? Kto zrobił coś tak…- wyszeptałam z trudem. Wstając ruszyłam biegiem w kierunku miasteczka. Czarnooki doganiając mnie, chwycił moją rękę i osadził na miejscu.
Upiorną ciszę zakłóciły ciche kroki. Widząc zakapturzoną twarz cofnęłam się. Postać zatrzymała się wbijając wzrok w coś ponad nami. Powietrze przeciął świst miecza i krzyk Michaela:
-Jeszcze z tobą nie skończyłem..!- Warknął lodowato.
-Z drogi; szczeniaku- odpowiedziała pogardliwie, blokując dłonią cios broni. Zacisnęła dłoń na ostrzu, raniąc się i przyciągnęła go do siebie.
Chwilę potem Michael runął martwy w kałużę krwi. Z moich ust wyrwał się wrzask..
Osunęłam się załamana na ziemię. W jednej z krwawych kałuż ujrzałam coś dziwnego..
Kamienna trumna ciasno opleciona grubym łańcuchem, którego końce łączyła duża i wyglądająca na ciężką kłódka. Na owej kłódce umieszczony był znak…
Ze snu wyrywa mnie budzik.. Sięgam ręką do szafki by go wyłączyć (w skrajnym przypadku wyrzucić przez okno) i spotykam przyjemnie ciepłą dłoń Michaela.
-Dobrze spałaś?- Pyta z nieśmiałym uśmiechem.
-A ty?- Nie odpowiadam; drocząc się z nim.
Dzień był w sam raz na urwanie się z ostatnich zajęć. Michael chyba sam myślał o tym samym. Wtedy zwrócił wzrok spowrotem na obraz za oknem. Coś go zaniepokoiło.
Sama zrozumiałam to dopiero po chwili.
Dzień zastąpiła ciemność i krzyki. Ubrałam się w biegu. Michael wziął mnie za rękę.
Mój dom… Płonął..
-Uciekamy..- Wykrztusił..
Wtedy coś mi się nie spodobało. Na wierzchu prawej dłoni zobaczyłam znak.. Lucian. Potknęłam się o coś i wpadłam na niego.
-Gdzie wujek Luca??!! Gdzie wszyscy???- wydzierałam się.
-Nie można było mu już pomóc..- Czarne oczy wyrażały tylko poczucie winy. Pociągnął moją rękę i zmusił mnie do pójścia za nim.
-A moi kuzyni?? Michael??!- Dopytywałam się
-Dla nich jest już za późno.. O nim nic nie wiem..
Rozejrzałam się. Wszędzie, gdzie okiem sięgnąć ogień. Płonęło całe miasteczko. Potknęłam się o coś i wpadłam nań… Wylądowałam na nim, zaparłam się ręką. Podniosłam ją i spojrzałam na swoje palce.
Krew.. Cuchnęło tu krwią.
Na ziemi w kałużach krwi zobaczyłam trupy. Moi znajomi.. Ludzie; których znałam tylko z widzenia. Wszyscy z panicznym przerażeniem na twarzy..
-Kto…? Kto zrobił coś tak…- wyszeptałam z trudem. Wstając ruszyłam biegiem w kierunku miasteczka. Czarnooki doganiając mnie, chwycił moją rękę i osadził na miejscu.
Upiorną ciszę zakłóciły ciche kroki. Widząc zakapturzoną twarz cofnęłam się. Postać zatrzymała się wbijając wzrok w coś ponad nami. Powietrze przeciął świst miecza i krzyk Michaela:
-Jeszcze z tobą nie skończyłem..!- Warknął lodowato.
-Z drogi; szczeniaku- odpowiedziała pogardliwie, blokując dłonią cios broni. Zacisnęła dłoń na ostrzu, raniąc się i przyciągnęła go do siebie.
Chwilę potem Michael runął martwy w kałużę krwi. Z moich ust wyrwał się wrzask..
Osunęłam się załamana na ziemię. W jednej z krwawych kałuż ujrzałam coś dziwnego..
Kamienna trumna ciasno opleciona grubym łańcuchem, którego końce łączyła duża i wyglądająca na ciężką kłódka. Na owej kłódce umieszczony był znak…
Znak Saturna w kręgach łowczych oznaczający zniszczenie i śmierć.
-Czego ona tak się drze..?- Jęknął zniecierpliwiony głos.- Ej!
Stul dziób!!- warknął potrząsając mną. Czując smak krwi ocknęłam się i zaraz tego pożałowałam.
Ten wampir Marco wymierzył mi cios w brzuch z wściekłością. Oberwałam; bo go ugryzłam. Spojrzałam na niego półprzytomnie, miałam zdarte gardło i nieodparte pragnienie; by mu oddać.
-Czego się wydzierasz, głupia??
-Kto jest twoim Stwórcą?- Zapytałam spokojnie. Zdążyłam uchylić się przed ciosem.- Po co ją tu trzymacie; skoro chciałeś tylko mnie?
-Milcz; łowczyni- odwarknął.
-Wypuść ją; gadzie- odpowiedziałam chłodno. Kolejny cios, przed którym zrobiłam unik.
-Śmiesz mi rozkazywać; pyskata jesteś- rzucił, a grupa wampirów za nim buchnęła wesołym śmiechem.
-Jest zabawna nie; Marcus?- rzucił jeden z nich.
-Gadaj, bo rozwalę ci łeb; wampirze!- Odparłam pogardliwie. Pociągnęłam nosem.- Najbardziej z nich wszystkich cuchniesz jej krwią.. Czyżbyś był uzależniony od krwi Stwórcy; pieprzony poziomie D..?- Zapytałam swobodnie. Uchylając się przed kolejnym ciosem, okręciłam się na podłodze i powaliłam go na ziemię; przyciskając do podłogi.
-To prawda; Marcus…??- Rozległy się pytania.
-Nie stójcie tak; tylko mi pomóżcie; idioci.- Odwarknął.- Ta mała pyskata dziwka kłamie..- próbował się uwolnić.
-Świetnie was urabia; chłopaki..- skomentowałam z ironią. Ochyliłam się przed kopniakiem. Spojrzałam na Tori. Miała ślady kłów na szyi.
-Nie słuchajcie jej. Robi to celowo..- bronił się Marcus.
-Aż tak ci zasmakowała..?- Zapytałam pogardliwie.
Dwóch wampirów podniosło mnie i przytrzymało. Marcus podniósł się na nogi; warcząc:
-Trzymajcie mocno tę pyskatą sukę. Zatłukę ją..- Złapał rzuconą przez kogoś rurę.- Pożałujesz, że się urodziłaś; smarkulo..- wziął zamach i…
-Pani nie pozwoliła jej tknąć; zapomniałeś o tym, Marcus?- Upomniał cichy ton głosu spokojnie.
-Znowu ty..- Burknął brązowooki.
Rozpoznawałam ten głos, co świadczyło, że gdzieś już go słyszałam.
Uniosłam wzrok i spojrzałam na niego.
Przede mną stał…
-Czego ona tak się drze..?- Jęknął zniecierpliwiony głos.- Ej!
Stul dziób!!- warknął potrząsając mną. Czując smak krwi ocknęłam się i zaraz tego pożałowałam.
Ten wampir Marco wymierzył mi cios w brzuch z wściekłością. Oberwałam; bo go ugryzłam. Spojrzałam na niego półprzytomnie, miałam zdarte gardło i nieodparte pragnienie; by mu oddać.
-Czego się wydzierasz, głupia??
-Kto jest twoim Stwórcą?- Zapytałam spokojnie. Zdążyłam uchylić się przed ciosem.- Po co ją tu trzymacie; skoro chciałeś tylko mnie?
-Milcz; łowczyni- odwarknął.
-Wypuść ją; gadzie- odpowiedziałam chłodno. Kolejny cios, przed którym zrobiłam unik.
-Śmiesz mi rozkazywać; pyskata jesteś- rzucił, a grupa wampirów za nim buchnęła wesołym śmiechem.
-Jest zabawna nie; Marcus?- rzucił jeden z nich.
-Gadaj, bo rozwalę ci łeb; wampirze!- Odparłam pogardliwie. Pociągnęłam nosem.- Najbardziej z nich wszystkich cuchniesz jej krwią.. Czyżbyś był uzależniony od krwi Stwórcy; pieprzony poziomie D..?- Zapytałam swobodnie. Uchylając się przed kolejnym ciosem, okręciłam się na podłodze i powaliłam go na ziemię; przyciskając do podłogi.
-To prawda; Marcus…??- Rozległy się pytania.
-Nie stójcie tak; tylko mi pomóżcie; idioci.- Odwarknął.- Ta mała pyskata dziwka kłamie..- próbował się uwolnić.
-Świetnie was urabia; chłopaki..- skomentowałam z ironią. Ochyliłam się przed kopniakiem. Spojrzałam na Tori. Miała ślady kłów na szyi.
-Nie słuchajcie jej. Robi to celowo..- bronił się Marcus.
-Aż tak ci zasmakowała..?- Zapytałam pogardliwie.
Dwóch wampirów podniosło mnie i przytrzymało. Marcus podniósł się na nogi; warcząc:
-Trzymajcie mocno tę pyskatą sukę. Zatłukę ją..- Złapał rzuconą przez kogoś rurę.- Pożałujesz, że się urodziłaś; smarkulo..- wziął zamach i…
-Pani nie pozwoliła jej tknąć; zapomniałeś o tym, Marcus?- Upomniał cichy ton głosu spokojnie.
-Znowu ty..- Burknął brązowooki.
Rozpoznawałam ten głos, co świadczyło, że gdzieś już go słyszałam.
Uniosłam wzrok i spojrzałam na niego.
Przede mną stał…
************************************
Przede mną stał…
-Shian… Ty…!- Warknęłam z oburzeniem, próbując wyrwać się z rąk trzymających mnie wampirów.
Jednooki chłopak wpatrywał się we mnie obojętnie.
-Znasz mojego brata..- powiedział powoli.
-Brata…??- Wydukałam oszołomiona tą informacją.
-Nie powiedział ci o mnie? Fakt.. Jakoś nigdy nie chwalił się rodziną..- rzucił z lekceważeniem, przeciągając się.- Znikajcie- rzucił rozkaz obojętnie.
Wszyscy ruszyli ku schodom na górę. Oparłam się na kratach; zapierając się stopami, żeby nie wylądować na podłodze. Marcus został.
-Na co czekasz..?- Chłopak z opaską na oku spojrzał nań przez ramię.
-Przysłała ciebie? Niekontrolującego się potwora?- Zapytał kpiąco.
-Kwestionujesz wolę swojej Pani, szczurze?- Odparł lodowato bliźniak Shian’a.- Zejdź mi z oczu.- Warknął podnosząc prawą dłoń. Zobaczyłam w niej błękitny płomień.
-Nie będziesz mną pomiatał; smarkaczu..- Warknął Marcus z wściekłością. Zamachnął się chcąc zadać cios, gdy z ust chłopaka padło jedno słowo:
-Klękaj.
Powiedział to pewnym siebie; a jednocześnie tak władczym tonem; że zamarłam ze zdziwienia. Jego oko zapłonęło błękitem.
Wampir cofnął się powoli.
-Nie zmusisz.. Mnie..- powiedział z trudem, przez zaciśnięte z bólu zęby. Chwiał się na nogach.
-Na pewno?- Zapytał chłopak lekko.
Marcus jęknął z bólu, walcząc by utrzymać się na nogach.
-Czym ty jesteś…?- Zapytała zszokowana Tori gapiąc się na niego.- Zostaw go..!
Marcus runął na kolana oddychając ciężko. Jednak to nie klon Shian’a przerwał ciszę, lecz ja:
-Legendarny upadły anioł chóru potęg, eks serafin; a także kat: Mephisto. Demonologia; tom trzeci- wytłumaczyłam spokojnie.- Podobno nikt nigdy cię nie widział- zauważyłam uprzejmie.
-Cóż, byłem po prostu ciekaw; w jakim towarzystwie obraca się mój braciszek. Jesteś ładna; jak na wampira. Jednak ona podoba mi się bardziej- Spojrzał przez kraty w oczy Tori. W jego dłoni znów zmaterializował się płomień.
-Nie wiem; po co was związali..- Stwierdził spokojnie, przesuwając płomień po sznurach na moich nadgarstkach. Te opadły; a ja z trudem utrzymałam równowagę stając pewniej na zdrętwiałych nogach. Tori widząc ten dziwny ogień na swoich więzach zaczęła piszczeć ze strachem.
-Tak lepiej..- skomentował bliźniak Shiana. Wyciągnął z dłoni Marcusa klucze do cel i wreszcie uwolnił go spod swojej mocy. Wampir w milczeniu wstał i unikając wzroku chłopca ruszył na górę.
-Marcus; przyniesiesz im żarcie!- dodał za nim Mephisto, przyglądając się wiszącej na kratach Tori.- Na jakiś czas trzeba się go pozbyć; Raven- wzruszył ramionami.
-Więc zamierzasz nam pomóc..?- Zapytała szeptem Tori.
-Zamierzam..?- Chłopak zastanowił się na głos.- Zamierzam się pozbyć tej kobiety i wy mi w tym pomożecie- powiedział, jakby stwierdzając fakt.
-A jeśli nie..?- Zapytałam. Szybko uchyliłam się przed ciosem i łapiąc go za rękę wykręciłam ją w tył; wciskając go w kraty.
-Wówczas ona wykończy całe miasto- jednooki wzruszył ramionami z sykiem bólu.- Zresztą oboje na tym zyskamy; Raven.. Choć ty pewnie znacznie więcej- zawiesił głos.
-Co chcesz przez to powiedzieć..?- Zapytała zaskoczona Tori; widząc, że mnie zamurowało.
-Domyśl się- Rzucił z szerokim uśmiechem.
Powoli odsunęłam się; puszczając go. Myśli krążyły jak oszalałe wokół jedynego wspomnienia z Grace; które szczególnie wryło mi się w pamięć…
-Shian… Ty…!- Warknęłam z oburzeniem, próbując wyrwać się z rąk trzymających mnie wampirów.
Jednooki chłopak wpatrywał się we mnie obojętnie.
-Znasz mojego brata..- powiedział powoli.
-Brata…??- Wydukałam oszołomiona tą informacją.
-Nie powiedział ci o mnie? Fakt.. Jakoś nigdy nie chwalił się rodziną..- rzucił z lekceważeniem, przeciągając się.- Znikajcie- rzucił rozkaz obojętnie.
Wszyscy ruszyli ku schodom na górę. Oparłam się na kratach; zapierając się stopami, żeby nie wylądować na podłodze. Marcus został.
-Na co czekasz..?- Chłopak z opaską na oku spojrzał nań przez ramię.
-Przysłała ciebie? Niekontrolującego się potwora?- Zapytał kpiąco.
-Kwestionujesz wolę swojej Pani, szczurze?- Odparł lodowato bliźniak Shian’a.- Zejdź mi z oczu.- Warknął podnosząc prawą dłoń. Zobaczyłam w niej błękitny płomień.
-Nie będziesz mną pomiatał; smarkaczu..- Warknął Marcus z wściekłością. Zamachnął się chcąc zadać cios, gdy z ust chłopaka padło jedno słowo:
-Klękaj.
Powiedział to pewnym siebie; a jednocześnie tak władczym tonem; że zamarłam ze zdziwienia. Jego oko zapłonęło błękitem.
Wampir cofnął się powoli.
-Nie zmusisz.. Mnie..- powiedział z trudem, przez zaciśnięte z bólu zęby. Chwiał się na nogach.
-Na pewno?- Zapytał chłopak lekko.
Marcus jęknął z bólu, walcząc by utrzymać się na nogach.
-Czym ty jesteś…?- Zapytała zszokowana Tori gapiąc się na niego.- Zostaw go..!
Marcus runął na kolana oddychając ciężko. Jednak to nie klon Shian’a przerwał ciszę, lecz ja:
-Legendarny upadły anioł chóru potęg, eks serafin; a także kat: Mephisto. Demonologia; tom trzeci- wytłumaczyłam spokojnie.- Podobno nikt nigdy cię nie widział- zauważyłam uprzejmie.
-Cóż, byłem po prostu ciekaw; w jakim towarzystwie obraca się mój braciszek. Jesteś ładna; jak na wampira. Jednak ona podoba mi się bardziej- Spojrzał przez kraty w oczy Tori. W jego dłoni znów zmaterializował się płomień.
-Nie wiem; po co was związali..- Stwierdził spokojnie, przesuwając płomień po sznurach na moich nadgarstkach. Te opadły; a ja z trudem utrzymałam równowagę stając pewniej na zdrętwiałych nogach. Tori widząc ten dziwny ogień na swoich więzach zaczęła piszczeć ze strachem.
-Tak lepiej..- skomentował bliźniak Shiana. Wyciągnął z dłoni Marcusa klucze do cel i wreszcie uwolnił go spod swojej mocy. Wampir w milczeniu wstał i unikając wzroku chłopca ruszył na górę.
-Marcus; przyniesiesz im żarcie!- dodał za nim Mephisto, przyglądając się wiszącej na kratach Tori.- Na jakiś czas trzeba się go pozbyć; Raven- wzruszył ramionami.
-Więc zamierzasz nam pomóc..?- Zapytała szeptem Tori.
-Zamierzam..?- Chłopak zastanowił się na głos.- Zamierzam się pozbyć tej kobiety i wy mi w tym pomożecie- powiedział, jakby stwierdzając fakt.
-A jeśli nie..?- Zapytałam. Szybko uchyliłam się przed ciosem i łapiąc go za rękę wykręciłam ją w tył; wciskając go w kraty.
-Wówczas ona wykończy całe miasto- jednooki wzruszył ramionami z sykiem bólu.- Zresztą oboje na tym zyskamy; Raven.. Choć ty pewnie znacznie więcej- zawiesił głos.
-Co chcesz przez to powiedzieć..?- Zapytała zaskoczona Tori; widząc, że mnie zamurowało.
-Domyśl się- Rzucił z szerokim uśmiechem.
Powoli odsunęłam się; puszczając go. Myśli krążyły jak oszalałe wokół jedynego wspomnienia z Grace; które szczególnie wryło mi się w pamięć…
Wraz z Grace spacerowałyśmy po lesie żartując i plotkując. Byłyśmy jeszcze w podstawówce i lubiłyśmy spędzać czas w ten właśnie sposób.
-Za pół godziny przyjedzie mistrz…- Zauważyłam spoglądając na zegarek.
-Zdążymy. Zresztą ze mnie nie uczeń, zawsze jesteś o wiele lepsza; Cally- Grace szturchnęła mnie mocno w bok ze śmiechem.- Mam nadzieję, że będziesz najlepszym łowcą wampirów na świecie i…- nagle urwała wpatrując się w jedną z wyższych gałęzi rosnącej w pobliżu topoli.
Zauważyłam tam siedzącą kobietę. W palcach trzymała ciemnogranatowy wełniany szal i patrzyła na przedmiot smutno.
-Cofnij się; Grace.. To wampir..- odezwałam się cicho.
Grace słysząc to objęła mnie mocno ramionami stojąc za mną i szepnęła:
-Naprawdę jesteś zajebista.. Ja nawet nie zauwazyłam..- stwierdziła zdziwiona.
-Lepiej stąd chodźmy..- powiedziałam powoli odsuwając się od wampirzycy przezornie.- Rodzice będą się niepokoić..- Wyczułam; że Grace jest czymś bardzo zaciekawiona, jednak nie zaprzątałam sobie tym głowy.
-Taa.. W końcu nie możesz się doczekać spotkania z mistrzem.. Podkochujesz się w nim, co..?- Grace rzuciła to w żartach; a ja odparłam:
-Przecież mógłby być naszym ojcem; Grace..!- Zganiłam ją z ironią.
-Oj tam.. I tak wiem; że go lubisz- rzuciła ciepło, ruszając ze mną w drogę powrotną.
-To nie może być ona..- zaczęłam wstrząsnięta, przykładając lewą dłoń do tatuażu-pieczęci na szyi w zamyśleniu.- Na pewno nie Ona...
-Za pół godziny przyjedzie mistrz…- Zauważyłam spoglądając na zegarek.
-Zdążymy. Zresztą ze mnie nie uczeń, zawsze jesteś o wiele lepsza; Cally- Grace szturchnęła mnie mocno w bok ze śmiechem.- Mam nadzieję, że będziesz najlepszym łowcą wampirów na świecie i…- nagle urwała wpatrując się w jedną z wyższych gałęzi rosnącej w pobliżu topoli.
Zauważyłam tam siedzącą kobietę. W palcach trzymała ciemnogranatowy wełniany szal i patrzyła na przedmiot smutno.
-Cofnij się; Grace.. To wampir..- odezwałam się cicho.
Grace słysząc to objęła mnie mocno ramionami stojąc za mną i szepnęła:
-Naprawdę jesteś zajebista.. Ja nawet nie zauwazyłam..- stwierdziła zdziwiona.
-Lepiej stąd chodźmy..- powiedziałam powoli odsuwając się od wampirzycy przezornie.- Rodzice będą się niepokoić..- Wyczułam; że Grace jest czymś bardzo zaciekawiona, jednak nie zaprzątałam sobie tym głowy.
-Taa.. W końcu nie możesz się doczekać spotkania z mistrzem.. Podkochujesz się w nim, co..?- Grace rzuciła to w żartach; a ja odparłam:
-Przecież mógłby być naszym ojcem; Grace..!- Zganiłam ją z ironią.
-Oj tam.. I tak wiem; że go lubisz- rzuciła ciepło, ruszając ze mną w drogę powrotną.
-To nie może być ona..- zaczęłam wstrząsnięta, przykładając lewą dłoń do tatuażu-pieczęci na szyi w zamyśleniu.- Na pewno nie Ona...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz