poniedziałek, 22 stycznia 2018

Hunter Shadow of Life Rozdział XXVI: Urok Wampira ~Szept

Chciałabym, żeby to wszystko było tylko koszmarnym snem..
Chciałabym się obudzić w moim starym domu, spojrzeć na śpiącą smacznie Grace Ann. Zapomnieć o poluzowanej balustradzie schodów i zbiec na dół tylko po to; żeby podkraść trochę orzechowego ciasta i mleka, a przede wszystkim zobaczyć rodziców żywych

Najgorsze jest jednak to; że nie ma żadnego „koszmarnego snu”. To równie koszmarna rzeczywistość.
-Co on z tobą zrobił; Grace?- zapytałam z goryczą. Wbrew pozorom nie czułam bólu i smutku, tylko gorycz.
-On?- Grace spojrzała na mnie, jakbym była małym dzieckiem, które właśnie pyta o sprawy dorosłych.- On wyciągnął mnie z dołka. Byłaś zawsze lepszą córeczką. Zawsze szybsza, silniejsza i najlepsza we wszystkim.- Ostatnie trzy słowa zaakcentowała.- Bardziej kochali ciebie.
-Nieprawda…- przerwałam jej cicho.
-Zamknij się i słuchaj!- Warknęła ostro, wymierzając we mnie broń. Moją broń.- Zawsze byłaś ulubioną córeczką Cristophera; a ja? Ja łaziłam za tobą; jak cień. Podziwiałam cię; kochałam…- odbezpieczyła pistolet i uśmiechnęła się krzywo.- W sumie to cię nienawidziłam, a jednocześnie…- przymknęła na chwilę oczy; to była dla mnie okazja..
Zerwałam się z zakurzonego łóżka i rzuciłam się na Grace.
Nagle to dziwne uczucie.
Ten zapach…
Pić..
Słabo mi.

Runęłam na kolana obejmując się ramionami, skrzywiłam się tłumiąc jęk bólu. Oparłam się o zakurzoną szafkę. Z trudem uniosłam głowę słysząc jej śmiech.
-Obrzydliwe wampiry drugiej kategorii- prychnęła drwiąco.- Żałosne; gdy tylko poczują krew Stwórcy od razu zaczynają wariować..
Ona cuchnęła JEGO krwią..! To dlatego znałam ten zapach..
Grace złapała mnie za klapę kurtki i podniosła lekko w górę.
-Jak to jest; Callisto…?- Zapytała patrząc mi prosto w oczy. Spojrzałam na nią nierozumiejąc; robiło mi się naprzemian gorąco i zimno, ledwo docierały do mnie jej słowa.- Jak to jest wiedzieć; że powoli stajesz się tym; czego tak bardzo nienawidziłaś..?- Uśmiechnęła się drwiąco i puściła mnie.
-Gra…ce…- wydyszałam z trudem, chcąc dosięgnąć jej płaszcza. Nie udało mi się, runęłam na podłogę i z trudem przewróciłam się na plecy sięgając za pazuchę.
Drżącą ręką wyciągnęłam z wewnętrznej kieszeni strzykawkę z lekiem… Zdjęłam z igły osłonkę.
-To będzie naprawdę ciężka noc, Tori…- szybkim ruchem wbiłam igłę i wcisnęłam tłoczek do oporu.
Poczułam znajomy paraliż spowodowany rozchodzącym się we krwi lekiem..
Strzykawka wypadła mi ze zdrętwiałej dłoni.. Potem pustka.
Przebudziłam się w zupełnie innym pomieszczeniu. Moje ciało było ciężkie jak bryła ołowiu.
-Znalazłam to przy niej- bez trudu rozpoznałam głos Grace Ann.
Wampir obracał w palcach strzykawkę. Milczał.
-Czy ona…? Callisto nie żyje..?- Zapytała z wahaniem, próbując coś z niego wyciągnąć.
-ZABIŁAŚ JĄ… CALLISTO NIE ŻYJE; BOŻE… JAK MOGŁAŚ; ISOBEL?!- Krzyk Tori odbijający się echem w pomieszczeniu zakłuł mnie w uszy.
Tori… Możesz mi zrobić przysługę i się zamknąć..?
Będę niezmiernie wdzięczna..
-Czy ja o czymś nie wiem; Grace.?- Po chwili rozpoznałam głos.
-Musiałam się trochę zmienić- odparła z zakłopotaniem.
-GRACE?? JAKA GRACE? CALLISTO… DAJ MI JAKIŚ ZNAK; COKOLWIEK..- Tori nawet nie przypuszczała w jakich jest tarapatach.
Tori… Proszę tylko o minutę ciszy… Czy to dla ciebie aż tyle..??
Znów zapach Jego krwii. Zaczęło zbierać mi się na wymioty, z trudem powstrzymywałam mdłości; które powoli ustąpiły. Usłyszałam wesoły rytm stukotu balerinek Grace na podłodze i dźwięk uginającego się drewna.
Drewno!!
Otworzyłam szybko oczy i spojrzałam w stronę bocznej ściany. Ujrzałam ciemną trumnę. Była otwarta, a w niej… Spoczywało truchło Linka.
Zastanowiło mnie to. Kim zatem jest ten wampir…?
Nagle przyszło olśnienie. W szparkach powiek zobaczyłam go.
Rafaela. Wszystko się zgadzało- poza tęczówkami oczu- były przenikliwie szare.
-Dzięki temu jeszcze nie upadła do grupy D- mruknął wampir w zastanowieniu. Podszedł do trumny i podniósł dłoń spoczywającego w niej ciała. Rozciął skórę- na widok krwi zacisnęłam zęby.
-Chyba wypiłam już dość..- zaczęła Grace z wahaniem.
Oczy wampira pociemniały przez gniew. Tori z wyrazem obrzydzenia odwróciła wzrok.
-Weź- powiedział z naciskiem podsuwając jej krew…
Wstrząsnął mną dreszcz bólu, ale nawet nie pisnęłam. Nie drgnęłam.
Czystokrwisty karmiący własną krwią człowieka…
Właśnie z podobnych powodów tak namiętnie zabijam te potwory.
Wampiry są takie obrzydliwe. Zwłaszcza tacy; jak on- gdyby nie oni, nie byłoby tej plagi..
Przewróciłam się ostrożnie na drugi bok i wyczułam coś pod dłonią. Odruchowo zacisnęłam palce na zimnym metalu i wstałam, podnosząc metalowy szpikulec, który zgrzytnął o kamień.
Rzuciłam nim w wampira podnosząc się na nogi.
Odepchnął Grace. Broń wbiła się w jego nogę. Odsunął się wyciągając ostry przedmiot z rany. Grace wpatrywała się w niego zmartwiona.
-Cally!- Tori z uciechy rzuciła moje stare przezwisko.
Wampir uśmiechnął się kpiąco.
-Callisto Anabelle Raven.. Jak miło; że jednak żyjesz. Jeszcze- zasyczał a oczy zapłonęły czerwienią. Cofnęłam się gwałtownie z jękiem bólu. Serce zaczęło walić mocniej, przytrzymałam się czegoś; żeby nie upaść- nie chciałam dać mu satysfakcji z mojej słabości.
Jedno było pewne- teoria Michaela w większej części była prawdziwa.
Upadłam ciężko na płyty podłogi i oparłam dłoń na spodniach. Poczułam coś mokrego… Tori napięła sznury na nadgarstkach i kostach wychylając się w przód.
-Miło usłyszeć głos Pana; co; Callisto?- Zapytał uwodzicielskim szeptem.
Odsunęłam dłoń od uda i spojrzałam na nią z przerażeniem. Krwawiła, choć nigdzie się nie zraniłam…! Wbiłam wzrok spowrotem w niego i syknęłam z bólu. Nogi ugięły się pode mną, odzyskałam równowagę opierając się o coś plecami.
-Boli?- Spytał ze śmiechem.- To ciało jest pożyczone i nie powinnaś się nad nim znęcać, kochanie- Wzruszył ramionami obojętnie.
Zaleczył się! Mną! Podłe ścierwo.!
-K-KOCHANIE?!!- Wyjąkała Tori oszołomiona gapiąc się na nas.
-Skończyłeś; wampirze?- Splunęłam gorzką przetrawioną krwią.
Jego śmiech odbijał się echem po pomieszczeniu.
-Nic się nie zmieniłaś; Callisto Anabelle- rzucił krótko.
-Jego głos zupelnie do ciebie nie pasuje; Link- odcięłam się, nie spuszczając z niego wzroku..
W ostatniej chwili ostrzegł mnie okrzyk Tori:
-Cally; uwaźaj na lewo!
Zwróciłam się w lewo i odskoczyłam przed ostrzem miecza.
Tori z przerażeniem obserwowała jak unikam ciosów. Z jej ust wyszedł nagle przerażony pisk.
-Postaraj się bardziej; Grace- powiedziałam chłodno.
Czarnowłosa zacisnęła zęby:
-Nic się nie zmieniłaś; Cally- odburknęła.- Powinnaś zapomnieć, że byłam twoim cieniem. Że w ogóle istniałam- Pchnęła miecz w moją stronę.
Złapałam ją za nadgarstek i rzuciłam nią w jedną z kolumn. Obserwując ją szukam na podłodze czegoś; czym mogłabym uwolnić Tori. Mój wzrok pada na jakieś szkło- podnoszę je szybko i zabieram się do przecięcia sznurów. Grace Ann ponawia atak- kopniakiem posyłam ją pod trumnę. W wyniku uderzenia słyszę trzask wieka. Trzask o otwartą dłoń. Piłując szkłem sznury wbijam wzrok w trumnę.
Przytrzymuje ją dłoń Linka.
Rafael powoli podchodzi w tamtą stronę. Więzy puszczają. Tori zaczyna szczękać zębami i trząść się ze strachu.
-Kim wy jesteście..?- Pyta takim tonem, jakby jednak nie chciała wiedzieć.
Wieko podnosi się. Spoczywające w trumnie ciało wyciąga rękę w kierunku Rafaela. Ich dłonie się stykają, obaj szeptem odpowiadają:
-Jesteśmy jednym; Callisto Anabelle.
Rafael upada nieprzytomny.
-Miło wrócić spowrotem do własnego ciała- mruknął Link z zadowoleniem wyskakując z trumny. Przeciągnął się i wpatrując się we mnie rzucił władczym tonem:
-Unieruchom ją; Callisto.
Zastygam w bezruchu. Jego głos zmusza mnie do poddania się jego woli- wszelkie próby oporu gasną. Robię to, co każe i jestem przy tym bezwolna, jak lalka w rękach lalkarza ciągnącego za sznurki.
-Musisz być mi posłuszna, kochanie..- zwraca się do mnie uwodzicielskim szeptem. W jego oczach odbija się moja własna twarz pozbawiona wszelkich emocji. Dłoń zaciska się mocniej na nadgarstku Tori i wykręca jej rękę w tył. Tori krzywi się z bólu. Drży.
-Cally…- z jej ust wyrywa się jęk; gdy Link podchodzi ku nam.
-Nie słyszy cię. Jest teraz moją własnością- wampir uśmiecha się patrząc jej w oczy. Zbliża się do niej niebezpiecznie: jego dłoń odwraca delikatnie jej twarz odsłaniając tętnicę.- To ja zrobiłem z niej to, co widzisz..-odsłonił kły.
-Więc zrobisz mi to samo…- zaczęła próbując się cofnąć. Zobaczyła, że moje oczy odzyskują turkusowy kolor.
Wtedy szybkim ruchem pociągnęłam ją za siebie i wymierzyłam w niego pistolet, warcząc:
-Już nikomu tego nie zrobisz; Link- mówię zimno, zdejmując kurtkę. Oddaję ubranie Tori nie spuszczając z niego wzroku.
-Już jesteś tym, czego nienawidziłaś; kochanie…- Patrzę mu w oczy chłodno. Palec naciska cyngiel- pada strzał. Strzelam do niego, ale znika. Z trudem unikam miecza Grace Ann i blokuję cios lufą broni. Zwinęłam ją zza jej paska podczas poprzedniej walki.
-Dlaczego przy nim jesteś?- Pytam odpychając ją. Strzelam kolejne kilka razy do Linka.
-Przy nim nie jestem twoim cieniem. On mnie kocha- zamachnęła się mieczem. Uniknęłam jej ciosu wpadając za jedną z kolumn. Klinga w zetknięciu z kamieniem zazgrzytała, sypnęły iskry. Stopa podbiła coś w górę- spojrzałam na przedmiot; który z przyzwyczajenia złapałam. Był to długi sztylet.
-On cię wykorzystuje!- Odparłam ostro.- Z jakiego powodu to wszystko; Grace..?- Pytam cicho; cofając się pod naporem jej ciosów.
Oni wszyscy…- broń zwarła się ze szczękiem. Jej twarz wykrzywiła nienawiść.- Kochali tylko ciebie… Byłam nikim, nikt się mną nie przejmował nikt mnie nie kochał!
-Ja cię kochałam… Nadal kocham..- powiedziałam cicho.
Nie wiem, jakim cudem udało mi się wypowiedzieć te słowa. Nie wiem; dlaczego one w ogóle padły. Odepchnęła mnie; uderzyłam plecami w ścianę i dostrzegłam, jak Tori wczołguje się w szczelinę między ścianą; a trumną. Link był ranny- jedna z kul musiała go trafić. Opierał się o coś ręką; przeklinając soczyście. Jego oczy błysnęły czerwienią.
-I Mistrz… On też..- zaczęłam opuszczając sztylet.
-Mistrz?!- Nie wiedziałam, że bardziej ją tym rozwścieczę.- Mistrz..- rzuciła się do następnego ataku.- On był z nich wszystkich najgorszy! Chronił i troszczył się tylko i wyłącznie o ciebie!- wrzeszczała atakując mnie.- To on powiedział, że nie mogę być… Powiedział; że się nie nadaję..- Ściszyła głos cofając się; gdy to ja zaczęłam atakować.
Rozumiałam jej uczucia. Jej ból i wściekłość. Przez te miesiące bez niej przeżywałam to samo.
Cios miecza ranił mnie w ramię. odskoczyłam i nasza broń znów zwarła się ze szczękiem. Odepchnęłam Grace- broń wyfrunęła z jej dłoni, a ona sama upadła, potykając się o coś. Miecz obrócił się w powietrzu i leciał ostrzem w dół wprost na nią.
Link zaczął się wycofywać. Obok przemknął brązowy płaszcz i rzucił się przed Grace, chroniąc ją przed bronią.
-Nigdy. Nigdy nie mów; że was faworyzowałem; Grace..- powiedział z jękiem.- Zawsze traktowałem was tak samo… Zawsze, moje dziecko…- Podniósł się chwiejnie i nakazał mi gestem wyciągnięcie ostrza z rany.
Grace Ann z rozszerzonymi ze zdumienia oczami podniosła się lekko i zaczęła cofać się tyłem. Miecz wypadł z mojej zdrętwiałej dłoni.
W milczeniu pobiegłam w stronę drzwi, za którymi zniknął Link…
***
 
 
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz